ThenderionNa koszt państwa.

Thenderion zbudowany jest głównie z kamienia, więc domy są tu masywne i trwałe, ale ich wnętrza są zimne mimo dość ciepłego klimatu. Budynki mieszkalne mają zazwyczaj jedno lub dwa piętra, zaś budynki użyteczności publicznej są zwykle wyższe i bardziej rozległe jak np. gmach sądu. Okna masywniejszych budowli zdobią barwne witraże. W mieście znajduje się rezydencja króla Arina, sprawuję on głównie władzę nad miastem.
Awatar użytkownika
Ruu
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Re: Na koszt państwa.

Post autor: Ruu » 5 miesiące temu

        Smoczyca zmarszczyła brwi w zastanowieniu, gdy oszust ujawnił cel swojego działania. Tego nie do końca się spodziewała. O wiele logiczniejszym było dla niej kogoś zniszczyć i na tym się wzbogacić, coś sobie wziąć, niż zrujnować bogacza finansowo... i nic sobie nie zgarnąć do własnej jaskini. To wyraźnie wskazywało, że wystąpił tu powód mocno osobisty. Podobny do jej pobudek, tylko ona liczyła chociaż na garść rubinów.
        Kłamca przybrał ciało markiza, ale ani trochę nie uśmiechał się podobnie. Rayruu dziwiła się, że jeszcze nikt nie dostrzegł jakiejś niezgodności. Veryvin poruszał się zupełnie inaczej, gardził ludnością wokół, ale nie nienawidził. Po prostu obojętny był mu los nieinteresujących go jednostek. W dupie miał wszystko i wszystkich dopóki nie zahaczało to o jego interes. Jegomość przed nią wyrażał nieco sprzeczną ideę. Wydawało się, że lubi być w centrum zainteresowania a oblepianie go komplementami wyraźnie podbijało jego ego, co Ruu nie przypadło do gustu. Konflikt interesów, gdy spotykają się dwie jednostki lubiące/ wymagające komplementy/ów.
        Oszust również gardził innymi, robił to jednak niczym pies zaczepno-obronny. Mógł zaatakować każdego obok, tego kogo uważał za gorszego, byleby tylko pokazać swoją wyższość. A że wszyscy bez wyjątku byli gorsi, włącznie z Ruu, to odnalezienie celu nie było dla niego trudne. Musiał ciągle fundamentować swoją wyższość. Tak przynajmniej, w pierwszej chwili, odebrała go pradawna.
        Raryuu drgnęła, gdy mężczyzna położył na jej ramieniu dłoń. Nie zachowywał się jak Veryvin. Pachniał inaczej, oczy miał jakoś mniej jadowite, a parszywy uśmiech Vinka nadal był gorszy a przez to ładniejszy niż nieznajomego. Dziwnym było widzieć fizycznie markiza w zupełnie innej odsłonie. A mimo to nadal ulegała niewyjaśnionej słabości. Wystarczyło, że go przypominał, a jej serce rozrywało się na pół. Odczuwała niebywale wielki ból, gdy wściekłość ustępowała miejsca żalu i rozpaczy.
        Jego słowa brzmiały niebywale paskudnie, na swój sposób podniecająco, gdyby nie fakt, że akurat dotyczyły Vinka i jakby Ruu nie spotkałaby się wcześniej z prawdziwym Veryvinem to teraz z pewnością rzuciłaby się na oszusta rozszarpując go ostrymi zębiskami na drobno mielone. Podtrzymywałaby jego gardło zrywając z niego skórę, nie upewniając się nawet czy to co mówi jest prawdą. Wystarczył głupi żart by uznać tę karę za stosowną.
        Spojrzenia obu, w tak bliskim kontakcie, było nieuniknione. Miała jeszcze złudną nadzieję, że choć trochę kłamca zastąpi jej Veryvina, lecz jego oczy zupełnie odbiegały od oryginału. Nie patrzyły na nią... tak jak widział ją markiz.
Ruu odwróciła głowę chcąc ukryć szklistą powłokę pojawiającą się w jej oczach. Przez niego jest taka słaba. Odebrał jej słońce, a teraz i rozum!
        Czuła narastające napięcie. Osobowość jegomościa powoli przygniatała smoczycę, zdominował ją, choć jedyną jego przewagą był wygląd do cna przypominający Veryvina.
        - A który krasnolud nie jest krótki, brodaty i gruby? - odruchowo odpyskowała łapiąc się na tym, że chciała obronić Owo.
        „Na Prasmoka i ojca swego solarnego, co ty u licha robisz głupkowaty gadzie?!” skarciła siebie w myślach. Czuła rosnącą agresję wobec gościa, ale przecież to Veryvin ją oszukał! Nie musiała się z typem lubić, chodziło o zemstę! Cholera jasna!
        Aż nadeszła chwila bezpośredniego pytania do niej, które mogła potraktować na dwa sposoby. Albo przyznać, że Veryvin żyje albo wybronić się brakiem informacji. Nie wiedziała, że nemorianin opuścił jaskinie. Wciąż była przekonana, że arystokrata przebywa u boku swej żony wylizując się z ran, a to oznaczało, że nadal jest słaby. Nie chciała doprowadzić oszusta do kopalni pełnej jaszczurowatych dzieci, zdecydowała się je oszczędzić. Szczególnie jednego słodkiego gada, a tak poza tym... kopanie leżącego było dla Rayruu żałosne. Lepiej by Vinek odzyskał pełnię sił i wówczas go stratować... prawda?
        - Skoro leży pogrzebany w kopalni to pewnie nie wie – powiedziała niczym obrażona nastolatka. - Nie sądziłam, że go gdzieś przetrzymujesz. Mógł się równie dobrze pałętać po mieście co Ty – powiedziała, choć mina zrobiła się jej niesmaczna.
        - Skoro ukrywasz te szuje to jaki masz plan by doprowadzić go do bankructwa? Bo zgaduję, że masz zamiar go potem wypuścić... Chyba, że pogrzebałeś go na wieki wieków... choć wtedy nie mógłbyś zobaczyć jego porażki - spytała z długim uśmiechem na nowo nabierając pewności siebie i odzyskując werwę do działania. Ach, jak ona lubowała się w przekrętach!
        - I zastanawia mnie... - dodała po krótkiej pauzie cmokając i spoglądając kusząco na oszusta – jaki jest powód takiej zemsty?

Awatar użytkownika
Veryvin
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Veryvin » 5 miesiące temu

        Ingvar spojrzał na smoczycę poirytowany słysząc jej ripostę w temacie charakterystycznych cecha anatomicznych krasnoludów. Ani trochę nie podobał mu się ten brak szacunku wobec swojej osoby ze strony zielonowłosej, przecież to było niedopuszczalne by byle elfia kurtyzana odnosiła się tak lekceważąco do nemorianina! Powinien ją za to ukarać, ale nie miał zbytnio czasu na zabawy, musiał szybko uporać się ze wszystkimi sprawami swojego brata w Thenderionie by móc opuścić to miasto jeszcze przed przybyciem ich dziadka. Bo jeśli ktoś z ich rodziny dowie się, że Veryvin nie żyje i nie daj Prasmoku komuś przyjdzie do głowy powiązać tę tragedię z kilkudniowym zniknięciem Ingvara z posiadłości, nie będzie dla młodszego Raronara zbyt przyjemnie. Szczególnie, gdy całą sprawą zajmie się ich dziadek.
        - Nie ma takiej możliwości by się przechadzał po mieście! - warknął na kobietę z obawą czającą się w oczach. Choć ciężko było to jednoznacznie określić.
        Z jednej strony dobrze by było dla niego gdyby Veryvin jednak żył, bo Ingvar nie będzie miał kłopotów przez to, że go zabił, z drugiej jednak wcale nie był pewien czy ominą go konsekwencje, czy brat się na nim nie zemści i czy przypadkiem cała strona i tak nie zostanie zgłoszona głowie ich rodu. Jeśli chodziło o zdrajców Veryvin nie był litościwy. Inni członkowie rodziny tak, o ile sprawa nie dotyczyła ich bezpośrednio, ale markiz... Ingvar mógłby zapłacić jeszcze wyższą cenę za swoje występki gdyby okazało się, że markiz jednak przeżył i pałęta się beztrosko po mieście jakby nic mu się w ogóle nie stało.
        - Ja go nie ukrywam! - powiedział rozsierdzony, nie podobało mu się takie wypytywanie o tego żałosnego demona, którego przecież z taką łatwością pokonał.
        Nie było go już, nie istniał, a mimo to inni nadal cały czas myśleli i mówili tylko o nim, jakby nikt inny na świecie się już nie liczył! Jak niby Ingvar ma wyjść z cienia swojego brata, gdy mimo tego, że go w pobliżu, że w ogóle go już nie ma i tak dalej nie jest w stanie choćby postawić stopy poza obrębem cienia markiza?! Tak było cały czas, zawsze tylko Veryvin, Veryvin, Veryvin! Rodzina dokładała wszelkich starań by to on był najcenniejszym diamentem rodziny, najlepszym jej reprezentantem, to dla niego dziadek był w stanie zrobić absolutnie wszystko i zjawiał się jak pies na każde zawołanie.
        Nawet gdy Veryvin postanowił zapomnieć o rodzinnej hodowli i zająć się własną działalnością, niemalże urywając kontakt z rodziną, oni nadal go ubustwiali, podczas gdy Ingvara uważano za zakałę całego rodu, choć starał się jak tylko mógł, by wszystko robić nawet lepiej niż brat, by nikogo nie zawieść i choć na chwilę skupić na sobie uwagę. Nienawidził tych niewdzięcznych sierściuchów jakie hodowane były od pokoleń w ich rodzinie, a mimo to był gotów mimo własnej niechęci zadbać o rodzinny interes, ale to i tak nikogo nie obchodziło, bo przecież Veryvin założył własny biznes i jest nawet bogatszy niż ich rodzina. A przynajmniej był póki nie został okradziony najpierw przez swoją narzeczoną, a teraz nie zostanie doszczętnie zrujnowany przez własnego młodszego brata. Sprawiedliwości w końcu stanie się zadość.
        - Został pogrzebany na wieki, a o moją satysfakcję z jego porażki wcale nie musisz się martwić. Niech twoja zielona łepetyna będzie o to spokojna, elfko - burknął odzyskując panowanie nad sobą, choć miał już dość jej towarzystwa i ciągłych pytań.
        - Powód już jest raczej mało istotny skoro zniknął wraz z tym durniem nie uważasz? - odparł lekko, raz jeszcze poprawiając swoje ubranie i odpychając niezbyt delikatnie od siebie Ruu, by zakończyć tę rozmowę i po prostu odejść. - Teraz jeśli już skończyłaś, pozwolisz, że wrócę do pracy. Mam jeszcze masę spraw do załatwienia - powiedział z pogardą.

        Ledwo jednak zniknął za rogiem, gdy został napadnięty przez kolejną kobietę. Tym razem, to Gorgona bez wężowej, dolnej połowy ciała przyrżnęła jego plecami o ścianę kamienicy.
        - Gor...
        - Coś ty zrobił Veryvinowi?! - wrzasnęła na młodszego kuzyna, który zaniepokoił się wyraźnie jej pytaniem, ale nie zamierzał wziąć się tak łatwo pod włos.
        - A co ty zrobiłaś z Bazyliszkiem? Widziałem go ostatnio z jakąś wyjątkowo urodziwą jaszczurzycą, chyba nawet miała nogi z tego co zauważyłem, w przeciwieństwie do ciebie kuzyneczko - wysyczał równie jadowicie co ona, co niestety skończyło się bliskim kontaktem jego twarzy z jej pięścią, która roztrzaskała mu nos.
        Iluzja Ingvara została rozproszona, on wrócił do swej prawdziwej postaci i nie czekając długo z kontratakiem przyzwał dwa rozszalałe demony, nad którymi nie był w stanie długo utrzymać kontroli i nie dość, że rzuciły się na wężową, to jeszcze na niego samego.

Awatar użytkownika
Ruu
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Ruu » 4 miesiące temu

        Mimo, że znała prawdę to rzucona informacja o pogrzebaniu Veryvina na wieki była mroźna i chłodna. A gdyby tak naprawdę się stało? Gdyby markiza zabił ten dziwny typ a nie ona? Odebrano by jej prawo do słodkiej zemsty, do wymierzenia własnej sprawiedliwości, bo jakiś naburmuszony buc też miał powód. Najwidoczniej życie Vinka nie było tak kolorowe i spokojne, jak prezentowały to letnie czy też zimowe wieczory. Kolejne kłamstwa!
Elfie uszy Rayruu delikatnie opadły, a turkusowe oczy stały się okrągłe, nieco zagubione, jakby nie chciały wierzyć wypowiedzianym słowom. Nie odrywała od mężczyzny spojrzenia, śledząc go aż do zniknięcia na pożegnanie mrucząc jedynie:
        - Racja...
        Smoczyca obróciła się tyłem do znikającego mężczyzny i zacisnęła pięści. Co za zadufany gbur! On odrzuca jej pomoc! Właściwie, jeżeli był przekonany o śmierci Veryvina to faktycznie wydawała mu się niepotrzebna, ale jakże bezczelnie jej odmówił Pomocną, smoczą dłoń! Pradawna zazgrzytała zębami drżąc na całym ciele, czy nie postąpiła by podobnie na jego miejscu? Jeżeli pragnęła zemsty na arystokracie to powinna temu nieznajomemu powiedzieć prawdę! Albo chociaż część prawdy, te potrzebną część – „Veryvin żyje, durniu!” - tak pragnęła krzyczeć, a jednak nie potrafiła.
        Uszy smoczycy uniosły się do góry, gdy tylko dotarły do niej pierwsze dźwięki zza rogu. Ruu podbiegła do budynku wyciągając szyję, ale już po chwili wyskoczyła widząc dwa twory atakujące zarówno mężczyznę i kobietę.
        - Gorgona! - krzyknęła automatycznie smoczyca zwracając na siebie uwagę demona, który po tym jak pazurami zranił wężycę, matkę pięćdziesięciorga dzieci, uśmiechnął się paskudnie. To co jednak faktycznie go rozjuszyło to kamień jakim rzuciła zielonowłosa by sprowokować go do ataku. Uczyniła to wystarczająco skutecznie, a gdy ten ruszył w jej kierunku, ona z pewnym wybiciem także pobiegła. Patrzyła prosto w puste ślepa otwierającego paszczę potwora, tak zaślepionego wizją szybkiego wyeliminowania kobiety, że już nie myślącego o tym, co też ta może mu uczynić. A Ruu myślała równie szybko co bestia, bo planu żadnego nie miała – chciała po prostu odgonić demona. Dopiero w ostatniej chwili nastąpiło delikatne światło, źrenice smoczycy uszczuplały do miary niewielkich szparek, a następnie potwór wpadł do portalu, podczas gdy pradawna wykonała zgrabny (jak na gada przystało) ślizg tuż pod nim. Prawdopodobnie wysłany został tam, gdzie niegdyś urzędowała smoczyca przedstawiając się jako córka wielkiego Prasmoka lub jako sam duch Prasmoka i teraz niedowiarki cierpiały ów bytem będącym ich obecnie klątwą. To jednak mogła potwierdzić jedynie sama Rayruu, której pamięć w takich ekstremalnych sytuacjach była równie ulotna co bogactwo Veryvina w jej rękach.
        Przyszedł jednak czas na uratowanie oszusta. Gorgona była gotowa rzucić się do pomocy, lecz smoczyca pchnęła ją w tył, jakby chciała całkowicie odgrodzić od tej sytuacji demonicę. Wszak miała pięćdziesiąt dzieci na karku, miałyby stracić matkę?! W tym gronie znajdował się przecież Sylar...
        Z okrzykiem rzuciła się na drugiego demona. Oderwała go od mężczyzny i poturlała się z nim kawałek, aż ostatecznie to potwór nad nią górował unosząc mgliste łapska nad jej ciałem. W czarnym otworze gębowym zalśniły kły ustawione w jednym rzędzie. Zaskoczona smoczyca wysunęła gwałtownie ręce przed siebie, po czym wcisnęła je w nieokreślone ciało demona. Z paniką machała palcami próbując coś uchwycić, potwór był coraz bliżej niej, chuchając na jej twarz oddechem otchłani zmieszanej z nicością. Nagle poczuła jego kości. Chwyciła je mocno, a potwór zakwiczał.
        - Nie na mojej warcie – wycedziła z morderczą dzikością, co łatwo było dostrzec na jej twarzy, a szczególnie w rozjuszony oczach.
        Dłonie smoczycy stały się palące, niszczycielskie, gdy naciskała kości potwora. Warknięcie przemieniło się w paskudny i nieco psychodeliczny śmiech. Była gotowa zniszczyć twór we własnych rękach, ale ten wyrywał się z całych sił, aż w końcu omiótł Ruu mglistą i duszącą czernią. Na tyle uciążliwą, że ostatecznie musiała go odrzucić na bok by zaczerpnąć powietrza. To nie zniechęciło kobiety do działania, lecz akurat teraz stanęła przed wyborem. Albo ten chłopaczyna albo potwór. Oszust zatoczył się do tyłu chcąc zostawić upierdliwą kurtyzanę, a tym bardziej kłopotliwą kuzynkę, by same zajęły się demonem a on własnym interesem.
        Rozwścieczona smoczyca miała w głowie inne priorytety. Porzuciła demona, który wyślizgnął się bokiem, w głąb Thenderionu, a w swoje dłonie pochwyciła za ubranie nieznajomego.
        - Ty... - warknęła zdziczała, uspokajając swój oddech i obracając ku sobie młodzieńca.
        - Ty jesteś... - warknęła kolejny raz, gdy serce niemalże stanęło jej w miejscu. W jednej chwili sprawa nabrała jeszcze większych komplikacji. On nazwał Gorgonę kuzyneczką. Nie było nic dziwnego w tym, że kuzynostwo się ze sobą łączyło w związku małżeńskim, ale wygląd oszusta, jego zachowanie, jego słowa wskazywały na to, że...
        - Jesteś bratem Veryvina – wydusiła z siebie osłupiała, nadal jednak uciążliwie trzymając nemorianina.
        - Nic z tego nie rozumiem... - jęknęła zagubiona i jeszcze bardziej pogrążona w rozpaczy smoczyca.
        - Kim jest Bazyliszek? - Ruu zmierzyła wzrokiem Gorgonę.
        - I u diaska, nikt nie zna się bardziej na starszych braciach jak ja! - odpowiedziała naburmuszona puszczając młodzieńca, chyba, że temu zachciało się uciec to była gotowa go powalić na ziemię.

Awatar użytkownika
Veryvin
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Veryvin » 3 miesiące temu

        Pojawienia się Gorgony, Ingvar w ogóle się nie spodziewał. Owszem słyszał co przytrafiło się jego kuzynce i że ich wspólny dziadek przez jakąś urazę (to już go tak bardzo nie interesowało, bo tego faceta łatwo było urazić, no chyba że było się WSPANIAŁYM Veryvinem) nie tylko wygnał ją z ich rodowych włości, ale również rzucił klątwę, przez którą wężyca nie mogła wrócić do Otchłani. Nigdy by mu jednak do głowy nie przyszło, że ciepłolubna żmija zadomowi się gdzieś w okolicy górskiego Thenderionu, a nie na przykład na terenie Pustyni Nanher czy w okolicy Xan Lovar. Fakt, nie wiedział, w której części Alaranii wywaliło ją z Otchłani i jak daleko mogła mieć do tych dwóch, najlepszych dla niej miejsc na zadomowienie się, ale to już nie miało dla niego znaczenia. Jej tu w ogóle nie powinno być!
        Pojawienie się wrogo do niego nastawionej wężycy i to jeszcze nie w swojej naturalnej postaci było akurat dla niego najmniejszym zmartwieniem, gdy udało mu się przywołać dwa potężne demony, nad którymi nie był jednak w stanie zapanować. Maszkary szybko rzuciły się na najbliższe cele i nie obchodziło ich wcale to, że jeden z tych celów je przywołał, a oba w sumie były również demonami, choć wyższej rangi.
        Ingvar przerażony tą sytuacją chciał się wyłącznie uwolnić i zwiać, nie przejmując się kuzynką, której choć nie brakowało w obecnej postaci zaciętości, to jednak obecna forma nie zapewniała jej takiej siły i możliwości jak jej prawdziwa, a nie mogła jej przyjąć w środku miasta. Może i wszyscy byli zajęci pojawieniem się smoka przed bramą, ale ktoś wewnątrz murów na pewno został i nie przepuściłby okazji do zgładzenia wielkiego, smoczego węża.
        Z pomocą jednak przybyła Ruu, której pojawienie się wywołało wyraz ulgi na twarzy wężowej, choć na moment przez to zdekoncentrowanej. Spojrzała w stronę smoczycy, uśmiechnęła się serdecznie i niestety przypłaciła to długą raną po pazurach ciągnącą się przekątnie przez jej tułów od lewego ramienia, w prawą stronę do brzucha. Gorgona skrzywiła się z ogromnym bólem, ale z jeszcze większą wściekłością zasyczała na swojego napastnika, o którym przed chwilą zapomniała. Ten skupiony był już w pełni na pradawnej, co demonica mogła wykorzystać by odpłacić się pięknym za nadobne. Oko za oko jak to mówią. Nie zdążyła jednak, gdyż zaraz jej przeciwnik został wessany przez portal, który się nagle pojawił i gdyby kobieta w porę się nie zatrzymała, również podzieliła by los demona.
        W tym czasie młodszy brat Verywina nadal mocował się bez efektów z mglistą szkaradą i tylko widział kątem oka zbliżające się do niego kobiety. Średnio się skupiał przez to na swoim oponencie, jedynie broniąc się przed jego atakami tyle na ile mógł, przyparty do ściany i tylko wyczekiwał momentu, w którym elfka i wężyca skupią na sobie uwagę potwora, a wtedy Ingvar będzie mógł zwiać. Plan był dobry, ale i tak spalił na panewce. Mglisty demon nie miał zamiaru go zostawić czując po prostu zbyt łatwy łup, a jedynie obrócił swoją paszczę w stronę przeszkadzającej im smoczycy. Gorgona choć chciała pomóc, była zbyt osłabiona przez ranę na dalszą walkę, zwłaszcza w obecnej postaci i jedynie pilnowała by jej kochany kuzynek im się nie wymknął. Nie wiedziała co Ruu od niego chciała, może również miała w planach zemstę za to jak potraktował markiza. Nie ważne jaki interes miała do Ingvara, Gorgona była w pierwsza w kolejce do rozszarpania go.
        Kiedy potwór wymknął się z rąk Ruu, wężyca w pierwszej kolejności instynktownie chciała za nim pobiec, lecz tylko postąpiła krok naprzód i się zatrzymała. W takim stanie nie wiele dałaby radę zrobić to raz, dwa atakowanie nawet słabszego od siebie demona, gdy było się osłabioną, a zwłaszcza ranną o ile nie graniczyło z samobójstwem, to na pewno z głupotą. To było zbyt wielkie ryzyko, którego ona nie mogła się podjąć, miała stanowczo zbyt wiele do stracenia i nie chodziło już o starsze dzieci, które zaraz wybędą w wielki świat z matczynego gniazda, nie mogła zostawić tych małych i najmłodszych. Co z niej byłaby wtedy za matka? Została więc postanawiając zostawić sprawę uciekającego potwora na inny moment i po prostu została z Ruu, pilnując by Ingvar smoczycy nigdzie nie zwiał.
        - Zadziwia mnie twoja błyskotliwość, elfko - rzucił z ironią i przewrócił pogardliwie oczami, uważając, że domniemana kurtyzana nie stanowi dla niego żadnego zagrożenia. Już groźniejsza byłaby dla niego kuzynka stojąca obok, nawet w takim stanie.
        - Rayruu... - odezwała się z żalem Gorgona, widząc jak bardzo zdezorientowana jest teraz jej gadzia znajoma. Zaraz jednak dopadła ją złość, na samo usłyszenie imienia dawnego partnera. - Bazyliszek... ten podły, łuskowaty, obślizgły... łajdak - rzuciła przez zaciśnięte zęby całą wiązankę, od której gołym okiem widać było, że nie mogła się powstrzymać - jest ojcem moich dzieci... Moim dawnym partnerem - wyjaśniła z wściekłością i ogniem nienawiści w oczach. Zaraz jednak się zreflektowała nie do końca rozumiejąc skąd to pytanie skoro chyba jej wspominała o tym... Nie? W sumie dziś Veryvin coś napomknął o jakimś nieporozumieniu... - Już w jaskini ci przecież o nim mówiłam. Te wszystkie przerywniki i obelgi - podpowiedziała. Ingvar wybuchnął śmiechem, ale zaraz struchlał, gdy wężowa spiorunowała go spojrzeniem i zasyczała wściekle.
        Nemorianin nie był głupi, widział, że z tej sytuacji raczej się nie wywinie, więc nawet nie starał się uciekać, a to, że kombinował było już zupełnie inną sprawą, o której wcale nikt nie musiał wiedzieć, prawda?
        - Śmiałbym w to wątpić! - burknął jako zaczątek do kłótni pod tytułem: "kto miał gorszych braci", "kto ich bardziej nienawidzi i dlaczego".
        - Ingvar! - zbeształa go Gorgona, nie mogąc pozwolić by ktoś bezpodstawnie oczerniał markiza. Zwłaszcza przez tego kogoś poszkodowanego markiza i ledwo żywego.

Awatar użytkownika
Ruu
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Ruu » 2 miesiące temu

        Wyzywała? Oczywiście, że nawyzywała się wspomnianego Bazyliszka! Czy Ruu słyszała? Ba! PAMIĘTAŁA każde słowo wypowiedziane przez Gorgonę, lecz te brzmiały teraz jakby niespójnie. To wszystko by oznaczało, że Veryvin nie jest jej mężem, ani nawet partnerem życiowym tylko kuzynem. I nic więcej! Żadnych intryg ani małżeństw, żadnych dzieci. Markiz okazał się być wolnym kawalerem, a przecież smoczyca zdążyła go za to znienawidzić. Pradawna nie potrafiła nic zrobić. Niczym ogłuszone zwierzę patrzyła na dwójkę z niedowierzaniem, a uszy kobiety niemalże sięgały ramion, bo to oznaczało, że potwornie się pomyliła. A co gorsza – jej nienawiść była bezpodstawna i mogła rzucić się ze łzami w oczach w ramiona Vinka. Tylko to nie było takie proste dla zbyt logicznie myślącej Rayruu. No przecież to się tu nic nie zgadzało! On odebrał jej moc, powinna go nienawidzić. Zabić! A w rzeczywistości ocaliła życie jemu, jego kuzynce...i w sumie to miała na głowie całą rodzinę Ranorana.
        Rayruu nie potrafiła przekuć nienawiści w coś pozytywnego. To było dla niej niemalże fizycznie niemożliwe! Choć tu miara wkraczała na mentalną perspektywę... To tym bardziej! Życie było mniej skomplikowane, gdy siedziało się w jaskini, tatko nie powinien wyganiać swojej jedynej córci do otwartego świata. Po jakiego grzyba jej to wszystko potrzebne?
Mimo chaotycznych jak Ocean Jadeitów myśli, Rayruu postarała skupić się na obecnej sytuacji. Wziąć w garść, co dało się odczytać po mimice jej twarzy, gdy konsternacja i zagubienie odeszły na moment w zapomnienie.
        - Ahahahahhahahahah! - Smoczyca zaczęła się głośno śmiać przykładając zgrabne palce do piersi. - A więc to o to chodzi? Brat zalazł ci za skórę? - mówiła z rozbawieniem skubiąc odstający kosmyk zielonych włosów.
        - Bardzo oklepana historia, bardzo – mruknęła pod nosem w zastanowieniu.
        Rayruu tupnęła kilka razy stopą analizując na szybko za i przeciw sytuacji. Czyż mimo wszystko w swoich rękach nie trzymała karty przetargowej? Gorgona była ranna, a ten cwaniaczek nie jest w stanie zapanować nad demonami. A co dopiero nad smokiem!
        Pradawna soczyście cmoknęła zbliżając się do nemorianina a w jej oczach pałała dzikość.
        - Posłuchaj mnie młodzieńcze. Jesteś zdolny i ambitny, doprawdy zaimponowałeś mi, lecz brakuje ci pewnej cechy... Nie potrafisz dokańczać spraw. Mówisz, że zabiłeś Veryvina? - Smoczyca znacząco podniosła głos, lecz zaraz go zniżyła pochylając się ku mężczyźnie i pstrykając palcami. - A może jednak nie?
        Zielonowłosa zachichotała prostując sylwetkę i stając zgrabnie by uwypuklić wcięcie w talii.
        - A co byś zrobił gdybym ci powiedziała, że trochę się mylisz? - spytała retorycznie i uśmiechnęła się przy tym paskudnie. - Ja cie teraz nie wypuszczę, mój drogi. Ani też nie pozwolę cię rozszarpać. – Po tych słowach smoczyca znacząco spojrzała na Gorgonę, w szczególności mierząc jej ranę.
        - Chyba, że mi się sprzeciwisz, to nie będę miała oporu by puścić cię w łapska Gorgony i jeszcze dobić jeżeli rana będzie za bardzo przeszkadzać twojej kuzynce. A jak widać, wiem nieco więcej o Vinku niż byś przypuszczał. Wiem w jakim jest stanie, jak szybko się regeneruje i gdzie się chowa... Nie patrz tak na mnie Gorgono. Czy Vinek sam nie chciałby dopaść swojego brata? A gdyby się dowiedział, że ukatrupiłaś go sama? Byłby na ciebie zły i kto wie, może byłby to i jego powód by ci w przyszłości nie pomagać. Ryzykuję na tej szali tyle co wy, a wydaje mi się, że każdy ma w tym interes. Jeżeli są jakieś zastrzeżenia do tego planu to cóż... będziemy to musieli rozwiązać sytuację zupełnie inaczej. - Głos Ruu był jadowity, pewny siebie, choć oczy smoczycy ostatecznie spoczęły na Gorgonie, a nie na Ingvarze. Lubiła ją, ale teraz Ruu miała okazję odzyskać to, co do niej należy. Smoczyca działała praktycznie, ale w głębi duszy ciężko wzdychała tkwiąc w przekonaniu, że cokolwiek by nie czuła do Veryvina to nadal tylko jednostronna męczarnia. W głowie pradawnej pojawiły się obrazy niedawnych wydarzeń. Czy to możliwe, że słowa markiza byłby prawdziwe? Mógł jej tak nagadać w obawie przed tym, że go zabije. Ona też zdobyłaby się na ckliwe słówka by przeżyć. Wystarczyło przecież wbić pazur w jego szyję lub pozwolić mu się zwyczajnie wykrwawić, podziurawić jego ciało na tyle by nie zdążyło się zregenerować albo przebić serce. Ale nie! Ruu musi mieć swoją dumę i czuć, że sama, własnymi siłami i łapskami zabiła markiza! Nie musiał jej więc tego mówić. Tylko, że powiedział...
        Aghrr! Cwany jest!

Awatar użytkownika
Veryvin
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Veryvin » 2 miesiące temu

        To jak Ruu wybuchnęła nagle śmiechem spowodowało zdziwienie u obu demonów - u wężowej królowej Gorgony i u młodszego brata markiza, Ingvara. Zaskoczeni i jakby nie patrzeć zdezorientowani tym nagłym rozbawieniem smoczycy spojrzeli po sobie, a po tym na nią, lecz gdy pradawna się tylko odezwała, zwracając swoje słowa w szczególności do nemorianina, wężyca odetchnęła ciężko i zakładając ręce na piersi pokręciła głową z matczyną pobłażliwością, jakby przed chwilą miała ukarać niesforne pociechy, ale ich wybryk, powody czy tłumaczenia po prostu ją rozbroił.
        Zielonooki natomiast nie mógł się rozluźnić jak kuzynka i tak jak zaraz się spiął, że smoczyca czepiła się akurat jego, tak zaraz po prostu wybuchnął furią. Ona ostentacyjnie drwiła z jego motywacji! Drwiła z niego! Młodzik zacisnął zęby, niemal nimi zazgrzytał krzywiąc się w nieprzyjemnym grymasie i już zaczął układać w głowie kolejne zaklęcie przyzywające (pod wpływem złości zapominając o tym, że przed chwilą jego własny przywołaniec chciał go zabić), lecz struchlał ponownie widząc to niepokojące spojrzenie pradawnej. Gorgona w ciszy obserwowała ich oboje, gotowa w każdej chwili zareagować z szybkością kobry. Czy broniła by Ingvara przed Ruu? Raczej nie. Czy wykorzystałaby nieuwagę łuskowatej koleżanki i osobiście pożarłaby młodszego kuzyna? Z czystą przyjemnością! Acz to i tak stanowczo zbyt niska cena za utoczenie krwi markizowi, który nie dość, że nieświadomie ochronił jej dom przed intruzami, to jeszcze pozwolił jej tam zostać. Nie mówiąc już o tym, że przecież miał przekonać ich dziadka by zdjął klątwę z wężycy i pozwolił jej wrócić do Otchłani, do jej starej rezydencji, gdzie dla jej dzieci było by o wiele bardziej przytulnie i bezpiecznie. No i szkołę miałyby niedaleko, niemalże za rogiem. W końcu edukacja to podstawa pozwalająca na dobre relacje społeczne i życie poza rodzinnym gniazdem.
        Znacząco się odprężył, gdy zielonowłosa zaczęła mówić jaki to jest wspaniały, a Gorgona zachłysnęła się i patrzyła z niedowierzaniem oraz rozdziawioną buzią na koleżankę, jakby ta zmieniła się właśnie w jakieś bliżej niezidentyfikowane dziwadło. Odetchnęła jednak wyraźnie, gdy to co Ruu miała na myśli okazało się być jedynie kolejnym wytknięciem nieudolności gotowanego w gorącej wodzie najmłodszego obecnie Raronara. Temu oczywiście się to nie spodobało.
        - Zabiłem! Znaczy nie ja, ale moje demony, ale zabiłem tę szuję! Sam przecież zatargałem jego grube cuchnące cielsko do jaskini, gdzie miał zdechnąć jak bezpański kundel, zmiażdżony przez kamienie i ziemię z rozsypującej się jaskini! - wykrzyczał smoczycy w twarz, może ze dwa razy ją przy tym przez przypadek opluł z tych emocji, ale przynajmniej postawił sprawę jasno.
        Niestety jego kuzynka miała inne zdanie na ten temat i sycząc wściekle, szczerząc zęby, ociekające obficie jadem i w ogóle nie przejmując się raną, zaczęła się stanowczo zbyt szybko i niebezpiecznie zbliżać do rozpuszczonego młokosa, który był w stanie zabić własnego brata, by tylko zyskać uznanie członków rodziny. Nim wężyca go dopadła, schował się za pradawną i odwrócił ją twarzą w stronę rozwścieczonej Gorgony. Nie wierzyła jak mógł zrobić coś takiego Veryvinowi, który właściwie nawet się nie starał robić tego, co zadowoliło by jego rodziców, a raczej chodził własnymi ścieżkami, niejednokrotnie robiąc im coś na przekór. Choćby postanowienie sprzed kilku lat, że rodzinna hodowla go nie obchodzi i woli jednak siedzieć w tworzeniu magicznych ozdóbek dla rzeszy pustych i naiwnych snobów, którym najłatwiej było mu wciskać podróbki, a prawdziwe unikaty sprzedawać dużo bardziej prestiżowym osobistościom za cenę kilkukrotnie przekraczającą to, co snoby z podróbkami mu za oryginał proponowały. Cóż... Taki był już Veryvin. Niby robił odwrotnie niż powinien, a i tak na tym procentował i mało kto chciałby mieć go za swojego wroga, czy nie pokazać się choćby przelotem w jego towarzystwie. Nawet gdy smoczyca pozbawiła go całego materialnego majątku, jaki trzymał w swojej posiadłości w Efne. Praktycznie był bankrutem, gdyby nie kilka akcji i przedsiębiorstw wykupionych jakiś czas temu by usprawnić swój warsztat jubilerski w Efne.
        - Jeśli znowu go pobiłeś i faktycznie zabiłeś, przysięgam na wszystkie swoje łuski, że nawet Rayruu cię nie uratuje przed moi jadem - zagroziła wściekle, na ten moment odpuszczając, póki Ruu była na na linii rażenia. Nie wiedziała, że to co Ingvar mówił zdarzyło się przed przybyciem do niej osłabionego markiza, myślała, przez pewność kuzyna wobec tego co zrobił, że Veryvin został jeszcze raz poważnie ranny przez swojego brata, możne nawet chwilę po tym jak od niej wyszedł. A ona mu na to pozwoliła. Miała do siebie o to ogromny żal i przynajmniej zmieniając Ingvara w krwawą miazgę swoim ogonem mogła jakoś wynagrodzić jubilerowi to, że go nie zatrzymała w swojej jaskini do czasu odzyskania pełni sił.
        - Zrobię wszystko co zrobisz, tylko nie daj jej mnie zabić! - zaskomlał żałośnie, niemalże wtulając się w plecy smoczycy.
        Gorgona zasyczała wściekle raz jeszcze.
        - Zdradziecki szczur.
        - Co ty kombinujesz? - zapytała zaraz smoczycę, która choć mówiła z sensem, nie miała pojęcia czy Veryvinowi się przy tym nic nie stanie. Kto porozmawia z Dziadkiem jak Veryvin tak na dobre wyzionie ducha? Biedna wężyca będzie skazana na życie na tej nędznej Łusce w nieskończoność i to jeszcze w samotności za te kilkanaście lat, jak jej dzieci dorosną i się usamodzielnią na tyle, że zechcą wypełznąć z matczynych ramion w wielki niczym nieograniczony świat. Może nawet niektóre wrócą do Otchłani, w końcu tylko ona była przeklęta, dzieci były niewinne, ale przecież nie mogła ich zostawić samych w Otchłani. Zwłaszcza tych starszych... prawdopodobnie dzięki nim nie było by sensu wracać do Otchłani, o ile i ona by jeszcze wtedy istniała. Może i były łuskowate i przypominały bardziej węże niż ludzi, ale nadal były to zwykłe nastolatki. Ze wszystkimi nastolatkowymi wadami, wybrykami i pomysłami...
        - Nie ważne co, ważne, że to dobry pomysł i związany z Veryvinem - powiedział ochoczo Ingvar oczywiście nie szczędząc sobie lizusowskich słów, byleby tylko Ruu go nadal chroniła. Najlepiej jak najdłużej.
        Na szczęście dzięki słowom kuzyna, Gorgona powątpiewała jeszcze bardziej w to, że markizowi się nic przy tym nie stanie. Jakoś niepokoiła ją ta koalicja smoczycy z podstępnym młodszym nemorianem.

Awatar użytkownika
Ruu
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Ruu » 2 miesiące temu

        Smoczyca wypięła pierś, gdy brat Veryvina schował się za jej plecami. Na początku ją to odrobinę zdziwiło, ale zaraz się rozluźniła, co szczególnie widać było po jej twarzy. Ten chłopaczek nawet się jej spodobał. Taki młody a jaki cwany, z wielką przyjemnością wyściskałaby jego policzki, ale wiedziała, że takich ambitnych młodzieńców nie należy niańczyć! Gdyby przeszedł na jej stronę to mogłaby go nieźle wyćwiczyć, tylko nie na tyle by uczeń przerósł mistrza! Ostrożności nigdy za wiele...
        - Haha! - zaśmiała się odważnie Rayruu. - Młody, spokojnie! Przy mnie nie spadnie ci włos z głowy! - Kobieta poklepała nemorianina po dłoni, którą ułożył na jej ramieniu, gdy tak skrupulatnie się za nią chował.
        - Jaaaa? - spytała przeciągle smoczyca udając zaskoczenie wobec oskarżeń jakie skierowano w jej stronę. - Nic nie kombinuję, próbuję rozwiązać konflikt wszystkich. Poza tym, posłuchaj czasem swojego kuzyna. Nie ważne co, ważne, że to dobry pomysł i związany z Veryvinem – cytowane słowa w ustach przebiegłej smoczycy brzmiały niczym klątwa.
        - Chodźcie i tyle nie marudźcie – rzuciła kierując się w stronę wybranego celu.

        Całą drogę Rayruu podgadywała swoje towarzystwo i mimo że dwójka zdecydowanie nie pałała wobec siebie sympatią, to w żaden sposób nie przeszkadzało zielonowłosej. Żartowała, komentowała, ale przede wszystkich słuchała swoich towarzyszy chcąc się dowiedzieć od nich czegoś więcej. Szczególnie od Ingvara (między innymi jak nazywa się brat Veryvina!). Pytała o to, co też jeszcze fascynującego jest w stanie zrobić, wyczarować? Podpytywała o magię demonów wyraźnie zainteresowana tematem, choć i Gorgonie chciała zadać wiele pytań. Niesamowicie dużo! Tylko brakowało im prywatności. Nie sądziła by wypytywanie o Bazyliszka w tym momencie było najlepszą opcją, ale to niesamowicie dręczyło pradawną. Jak się tu dostała? Dlaczego mieszka w łysych górach, gdy jej kuzyn władał takim majątkiem? W zbiorze informacji brakowało jeszcze wielu odpowiedzi, ale Ruu hardo parła przez miasto. Jedynie bogate w błyskotki witryny odwracały jej uwagę. Jeden z naszyjników ozdabiający drewniany dekolt na wystawie wysadzony był szmaragdami. Kilka mniejszych oczek zbierało w kierunku dużego kamienia. Pomyślała o tym, że ów naszyjnik w komplecie z kolczykami pasowałby do jej włosów, które teraz skrywała pod chustą. Te mgliste marzenie przysłoniła jednak większa potrzeba. Potrzeba fizjologiczna, a dokładniej – męczący ją głód. Te kamienie były ogromne... i tak ładnie mieniły się w jasnym świetle!
        Nie-nieważne!
        Ingvar, Gorgona – ich należy słuchać.
        - Gorgona, dobrze się czujesz? - spytała nagle z troską smoczyca, która sama nie wiedziała skąd to nagłe zmartwienie z jej strony. - Może potrzebujesz odpoczynku?
        Jeżeli była taka potrzeba, to pradawna postanowiła z nią przysiąść czy też wykombinować jej jakieś dodatkowe okrycie lub, jak kto woli, zabezpieczenie na ranę. Niemniej, nie przedłużała podróży. A cel smoczycy był niebywale prosty i logiczny – karczma, w której Vinek wynajmował pokój. Gorgona najwidoczniej nie wiedziała gdzie znajduje się markiz. Nie opuściłaby kuzyna, najwidoczniej przez nią mocno lubianego, w tak dużej potrzebie. Nie zmartwiłaby się słowami Ingvara wiedząc, że Veryvin znajduje się w bezpiecznym miejscu. Demonica wyraźnie martwiła się o markiza, więc musiał się wrócić do karczmy, bo gdzie indziej miałby się schować?
        Schować to zresztą nieodpowiednie określenie. Ruu była przekonana, że jeśli nie odpoczywa to pracuje. Taki już był Veryvin – pracoholik z wyjątkowym umiłowaniem do pieniędzy. Co w przypadku Ruu nie było uznawane za wadę.
Dzieliło ich jeszcze około pół pręta od celu. Budynek pojawił się w zasięgu wzroku całej trójki, a gdy zbliżyli się jeszcze odrobinę to Ruu nie czekała na komentarz z niczyjej strony. Zwróciła się ku Ingvarowi i położyła dłoń na jego ramieniu.
- Drogi Ingvarze... - Rayruu spojrzała prosto w oczy mężczyzny, w którym odnalazła jakąś znajomą dla siebie cząstkę. Pradawną dopadło zwątpienie, czy aby na pewno powinna uczynić to co planowała? Teraz już nie było odwrotu, odzyska co do niej należy i już nigdy się tu nie pojawi! Nie chce... nie chce już nigdy więcej zobaczyć Veryvina.
Dłoń Rayruu spłynęła na kark młodego nemorianina i mocniej zacisnęła się w tym miejscu. Oczy pradawnej nabrały piekielnego wyrazu. Nie było odwrotu, nie istniały wątpliwości. Było oczywiste, co powinna zrobić jako smoczyca! Potomek wielkiej bestii!
        - Teraz mnie posłuchaj... - syknęła, ale nie skończyła zdania, gdy po okolicy rozległy się wrzaski. Zdezorientowana Ruu spojrzała w stronę zdzierających gardła mieszkańców i smoczycy aż uszy opadły widząc jak w ich stronę pędzi niedawno wezwany demon. Tylko jakiś taki większy i silniejszy!
        Jego ryk rozlał się po okolicy. Ogromna bestia parła w stronę trójki i niechybnie w środku znajdowała się Ruu, która nie zdążyła zareagować. Demon był błyskawiczny, a może oni za późno się zorientowali?
        Na szczęście sama bestia nie za bardzo przemyślała swój atak, gdyż Ruu jak najbardziej została staranowana, ale za szybkie tempo demona sprawiło, że oboje wywrócili się i przeturlali. Demon zdołał zerwać z głowy ofiary chustkę, przez co odsłonił zielone, gęste włosy smoczycy. Ta zaś zebrała się na równe nogi najszybciej jak tylko potrafiła i z plątającymi się nogami wycofała się o kilka kroków, lecz bestia znowu atakowała równie szybko co poprzednio. Spanikowana smoczyca wyrzuciła kulę ognia rozdzierając demona na pół. Jasne światło na moment ją oślepiło i wydawało się, że będzie po problemie, jednak... nie do końca tak było.
        Owszem, bestia rozpołowiła się na pół... ale i tak została. Silna, szybka, tylko, że przedzielona. Przerażona tym zwrotem akcji Ruu próbowała uciec od kolejnego ataku. Odbiegła, drugi raz rzuciła czar, a bestia znowu się rozpołowiła.
        „O matko, czy ona się teraz rozdziela pod wpływem ciepła?!”, pomyślała z niemałym dramatem unikając kolejnych ciosów. Gdzie podziały się kolejne połówki? Ludzie krzyczeli, strażnicy próbowali coś zrobić, gdy nagle ktoś krzyknął:
        - To ona, ona jest prawdziwym smokiem! Zagłada, smoczyca sprowadziła na nas demony!
Kilka par oczu zwróciło uwagę na Ruu, a sama pradawna spojrzała na tłum okazując wstrząśnięcie. Mają teraz poważniejszy problem, do jasnej cholery!
        I wówczas Ruu oberwała w łeb na tyle mocno by w sekundę zostać powaloną na ziemię. A dokładniej rzecz ujmując, wylądowała na jakiejś skrzyni, która wraz z nią upadła, po czym się otworzyła. Złoto rozsypało się po brukowej uliczce, a Rayruu zastękała czując okrutny ból. Gdy rozchyliła oczy, w pierwszej chwili pomyślała, że znajduje się na jakiejś rajskiej łusce Prasmoka. Tyle złota! Wpatrywała się osłupiała w kosztowności na moment zapominając po co tu jest i co się właściwie dzieje. Demon w kilku częściach szarżował po centrum królestwa, a wstająca smoczyca odruchowo chwyciła w garść wysypane kosztowności. Błądziła między instynktem a rozsądkiem. Myśli pulsowały jej w głowie rozmazując rzeczywisty obraz, czy jeszcze jest człowiekiem czy już smokiem?
        - A nie mówiłem?! Smok! Czeka tylko na nasze kosztowności!
        Kto tak darł mordę? Wściekła smoczyca rozejrzała się dookoła i dojrzała jednego z gości, których nie tak dawno przegoniła ocalając życie markiza. Wybudzona tymi oskarżeniami odrzuciła na bok kosztowności, a jej wzrok świdrował śledząc szalejącego demona.
        - To ona, ona jest źródłem problemów!
        - Co? Nieprawda! - krzyknęła rozjuszona Ruu, po czym względnie spojrzała na dłonie. Żadnej łuski, jeszcze się nie przemieniła, ale to złoto...wołało, błyszczało w kącikach jej oczu.
        Blask jednak zastąpił mrok, gdy jedna część demona wleciała do oberży. Chwila, gdzie jest Ingvar?!
        - Ingvar? INGVAR! - wrzasnęła Rayruu, po czym pobiegła w stronę karczmy, lecz na jej drodze stanęło kilku strażników. Zielonowłosa wpadła na nich. Kilku mężczyzn próbowało ją przytrzymać, ale kobieta szarpała się na wszelkie możliwe sposoby wdrapując się na ich ramiona, aż w końcu ktoś rzucił na nią ciężki łańcuch.
        Ruu poczuła jak ktoś nią szarpie i pradawna odsunęła się od strażników patrząc na budynek za nimi.
        „Zabiję ich...”, myślała. „Wyrżnę wszystkich w pień...”, niczym mantra powtarzały się w jej głowie owe słowa wyobrażając sobie jak wszystkich po kolei morduje. Jak stapiają się pod wpływem jej kwasu, jak wrzeszczą i starają się utrzymywać topniejącą skórę, po czym dostrzegają swoje odbicie w pobliskich witrynach.
        Rozwścieczona Ruu spięła się na całym ciele, a pięści smoczycy były na tyle mocno zaciśnięte, że aż drżały jej całe ręce. Echo rozsądku... nie, to echo wypowiedzianego imienia kazało pradawnej podjąć decyzję. Tak jak Ruu się pojawiła w łańcuchach tak nagle zniknęła i z pomocą magii teleportowała się do środka karczmy.
        - Veryvin... - wysyczała.

Awatar użytkownika
Veryvin
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Veryvin » 1 miesiąc temu

        - Wielka ulga! - odparł z entuzjazmem, gdy Ruu zapewniła go, że nic mu się przy niej nie stanie. Cóż... Gorgona nadal nie była zadowolona ze tej współpracy, czego dowodziło jej syczenie i niemalże bazyliszkowe spojrzenie, ale Ingvar już na to nie zwracał uwagi. W końcu miał ochronę. Przez myśl mu nawet przeszło, czy by nie zatrudnić smoczycy na pełen etat. Ale na to nie była na razie odpowiednia pora. Mieli w końcu do załatwienia sprawę z Veryvinem. Żywym czy martwym, to już nieważne.
        Wężyca westchnęła w końcu z rezygnacją, co przełożyło się na to, że z niewielkim entuzjazmem poszła razem z nimi, pełna obaw, z wykrzywiającym jej co chwila twarz grymasem bólu, ale mimo to jakoś się trzymała. Wypadałoby też dodać, że poruszanie się na dwóch nogach, bez długiego wężowego cielska było dla niej dodatkowo męczące, kilka razy zdarzyło jej się potknąć o własne nogi, starała się jednak mimo to nie zostawać z tyłu. Jeśli markizowi groziło jakieś niebezpieczeństwo, to ona była jego jedyną szansą na przeżycie. Taaak, nadal nie specjalnie wierzyła w dobre intencje smoczycy, zwłaszcza, że przytakiwał jej przebiegły Ingvar. Ten sojusz nie mógł się dobrze zakończyć. Nie dla Veryvina.

        Ciągnąc się za nimi przez miasto, jakoś uczestniczyła rozmowie zainicjowanej przez Ruu, choć ograniczało się to raczej do odpowiadania na jej pytania, bo pomijając to była pochłonięta własnymi myślami. Cały czas starała się rozgryźć co zamierzała pradawna.
        Ingvar natomiast w przeciwieństwie do kuzynki niemalże tryskał energią i radością, jakby właśnie zyskał najlepszego i pierwszego w swoim życiu przyjaciela. Ochoczo oddał się dyskusji z zielonowłosą, oczywiście wykazując się niezwykłą skromnością, zwłaszcza gdy dosłownie się chwalił jaki to on jest wspaniały w przeciwieństwie do Veryvina. Że dziewczyny to po prostu do niego lgną, jak ćmy do światła, a co do magii demonów to w sumie jest arcymistrzem. Mógłby nawet przywołać takiego Behemota na przykład, albo demonicznego smoka i zrobić z niego swojego pieska bez najmniejszego problemu, gdyby tylko zechciał. Po prostu zaprezentował się jako chodząca doskonałość, ale... umknęło mu chyba w tym wszystkim to, że Ruu widziała na własne oczy jak naprawdę prezentowały się jego umiejętności w tej dziedzinie. Przyznać jedynie trzeba było, że chłopakowi nie brakowało przynajmniej pewności siebie i talentu prawdziwego bajarza.
        W pewnym momencie tak się zatracił w swoich przechwałkach, że choć był najbliżej pradawnej, nawet nie zwrócił uwagi na to, że smoczyca go w ogóle nie słucha, zbyt skupiona na błyskotkach leżących za witryną sklepu. Nie spodobało mu się jednak, gdy zamiast się do niego odezwać, a miał właśnie opowiedzieć o najlepszym, smoczyca zwróciła się do Gorgony, tak, jakby on w ogóle nie istniał. Nadął z niezadowoleniem policzki i już obmyślał swoją zemstę.
        - Nic mi nie jest, nie pozbędziecie się mnie tak łatwo - burknęła hardo wężyca, przyspieszając nawet kroku by ich wyprzedzić, albo przynajmniej zrównać się z pradawną.
        - Ruu ma rację Gorgono, powinnaś gdzieś usadzić swój wielki, tłusty tyłek i sobie odpocząć. Poza tym nie boisz się zostawiać dzieci samych na tak długo? Wiesz... różne dziwne pomysły mogą im przyjść do głowy, a jeszcze tyle ich jest... - powiedział niby z troską, ale wiadomym było o co mu chodziło.
        Demonica spojrzała na niego wściekle i nawet wyciągnęła porastające łuskami dłonie w jego stronę, by rozszarpać gnojka na strzępy, ale ich przepychanki i złośliwości skutecznie zostały przerwane przez wrzask przerażonego tłumu i... zaraz pojawienie się wielkiego niż na początku demona. Gorgona utwierdziła się w tym momencie tylko w przekonaniu, że Ingvara od samego początku należało uziemić i najlepiej odesłać do Otchłani z wilczym biletem. Gdy monstrum szarżowało w ich stronę, skoczyła na zaskoczonego pojawieniem się własnego przywołańca Ingvara i powaliła go na ziemię. Chciała już dobrać mu się do gardła, lecz rana nagle o sobie przypomniała i dała młodemu możliwość ucieczki, z której ten szczur naturalnie skorzystał. Gdzie się schował? Nie miała pojęcia, wiedziała jednak, że Ruu ma kłopoty i to spore, w sumie podobnie jak ona sama, gdy smoczyca zbyt skupiona na demonie omal jej kilka razy nie usmażyła. Niestety ranna niewiele mogła zdziałać, a jeszcze mieszkańcy z uporem maniaka poszukiwali smoka do wypatroszenia, a ona miała dłonie pokryte łuskami... naprawę zrobiło stanowczo za gorąco, nawet jak dla ciepłolubnego gada. Po prostu nie mogła tu zostać.
        Na swoje nieszczęście, podczas ucieczki część mieszkańców pobiegło i za nią. Musiała się sporo natrudzić by ich zgubić i bezpiecznie uciec z miasta.

        Sytuacja nie należała do najciekawszych i nawet mimo teleportowania się z centrum kłopotów, nie mogła się w pełni czuć bezpiecznie, gdyż kwestią czasu było nim ją ponownie znajdą. W chwili obecnej miała nieco spokoju, gdyż Veryvin, ledwo stojąc na nogach przy oknie, zerkając na to co działo się przed karczmą, nieco namotał rozwścieczonemu tłumowi w głowach, przez co myśleli, że smoczycą jest przemykający bocznymi uliczkami Ingvar i to za nim skierowali swoje kroki. Na moment zrobiło się cicho, lecz to była tylko cisza przed burzą.
        - Wygrałaś - powiedział, jakby bez życia nawet się w stronę dawnej partnerki nie odwracając. - Jak rozumiem ty masz akt własności dotyczący Korestor i jeszcze kilka innych... Jestem pewien, że dzięki nim bez problemu wykupisz sobie możliwość bezpiecznego opuszczenia miasta, w spokoju - poinformował i westchnął ciężko, a warcząca do tej pory na smoczycę Tigra spojrzała zmartwiona na swojego pana, trącając jego dłoń pyskiem. Niewiele jego stan się poprawił, był osłabiony, a mimo to nadal szastał tak lekkomyślnie swoimi siłami, przecież omamienie iluzją tylu osób nie mogło być łatwą sztuczką.
        - Chodzi o tę klątwę? Porozmawiam z Dziadkiem by ją z ciebie zdjął... Będziesz mogła w końcu pójść w swoją stronę - obiecał bez emocji zerknął mimo woli na jej odbicie w oknie. Nie miał na ten moment po prostu siły, by dalej ciągnąć batalię między nimi. Do Thenderionu przybył, by poprawić swój interes, swoją sytuację materialną i mieć tani i łatwy dostęp do szlachetnych kamieni ze swojej kopalni, z których mógłby dalej wytwarzać biżuterię w swoim zakładzie jubilerskim w Efne. Niestety do tej pory jedynie nabył kopalnię, a kilka innych jego inwestycji upadało przez brak pieniędzy na utrzymanie, podobnie jak jego reputacja. Wciąż jednak miał dumę i właśnie dlatego był w stanie spróbować zakończyć to tu i teraz. Mógł mieć dzięki temu jeszcze szansę coś uratować... coś bardziej materialnego, bo dla ich związku było już za późno.
        Odwrócił się w końcu pobladły jak w chorobie w jej stronę i zbliżył się, by zaraz bez uprzedzenia chwycić jej policzek i delikatnie pocałować jak kiedyś. Z tą różnicą, że tym razem jego czułość była raczej dogasającymi iskrami, niż buchającym ogniem namiętności. Minął ją po tym jakby nigdy nic i skierował się do wyjścia, nie tracąc ani na moment godnej markiza postawy, jakby przed chwilą w ogóle nie przyznał się do swojej porażki, a raczej wygrał. Były to jednak wyłącznie pozory by przedwcześnie nie spotkać się z pogardą i szyderstwem ze strony innych.
        - Daj mi ostrzec Gorgonę przed sprzedaniem Korestor i czas by mogła przenieść się z dzieciakami gdzie indziej - poprosił na odchodnym, nim zniknął całkiem za zatrzaskującymi się za nim drzwiami.

Awatar użytkownika
Ruu
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Ruu » 1 miesiąc temu

        Ruu w pierwszej chwili nie wiedziała gdzie powinna patrzeć. Serce i adrenalina uderzały jak tysiące dzwonów kościelnych podczas narodowego święta, gdy kwiaty sypały się po ulicy, a ludzie klaskali i musieli się przekrzykiwać by usłyszeć choćby połowę wypowiedzianego zdania. Oczy miała szerokie a źrenicami pozostały zaledwie dwie, mało widoczne kropki. Szukała Veryvina, ale nie jako cel do zabicia, choć brzmiała zupełnie inaczej. Właściwie to przez chwilę nawet nie pamiętała z jakiego powodu chce go dorwać, lecz po kilku ciężkich łupnięciach w głowie obraz rozsądku zaczął jaśnieć. Jej spojrzenie przetoczyło się w stronę okna i gdy dostrzegła markiza nogi momentalnie jej zmiękły. Serce ciągnęło ją w dół, co od razu odbiło się na jej delikatnie skulonej sylwetce.
        „Wygrałaś”, usłyszała w pomieszczeniu absurdalnie cichym jak na takie zamieszanie. Smoczyca zorientowała się, że tylko oni dwoje znajdują się w oberży. W powietrzu zaś wisiała ciężka atmosfera, która płoszyła zdziczałego smoka. Myśli Ruu co sekundę zmieniały swój klimat i ostrość, z łagodnych skojarzeń i czułości, poprzez lęk i chęć ataku, kończąc na rozsądku i faktycznych priorytetach.
        Nagle mężczyzna wspomniał o papierach, które teraz nie miały dla niej absolutnie żadnego znaczenia. Jednak dzięki temu przypomniała sobie po co tu wparowała. Chciała dorwać Ingvara zanim w jakikolwiek sposób ruszy Veryvina, lecz los z niej zadrwił zamykając ją sam na sam z markizem, a jego brat znikł niczym kamfora.
        - Co? Papiery? - spytała głupio Rayruu, która nareszcie odzyskała rozsądek. Dzikość gdzieś zgasła w zadymionej sali, a ona powoli zaczęła orientować się dokąd zmierza ta sytuacja. Po części.
        Następne słowa sprawiły, że Ruu poczuła się znacznie gorzej. Ciężar odpowiedzialności kładł się na plecy pradawnej i dociskał bezlitośnie do ziemi, serce rozrywało równie w okrutnych katuszach. Nie mogła się odezwać, gdyż jakaś gula utknęła jej w gardle. Po prostu chciała by skończył mówić nim powie za dużo. Dlaczego tak gwałtownie zmieniły się relacje między nimi? Skąd te myśli i nadzieja, że gdy zobaczy go kolejny raz to powtórzy swoje wyznanie? Wiedziała, że to głupie i nierozsądne myślenie, ale okazało się, że liczyła na to od kiedy zwątpiła w realność ich uczuć. Ich... Ich wspólnych. Jeszcze chwilę temu mogli być razem, lecz teraz... Wszystko wypadało jej z rąk, piasek sypał się nieuchronnie w klepsydrze czasu, ale ona nie po to tu przyszła! Nie po to!
        Wyłapała jego spojrzenie w oknie i przeraziła się jeszcze bardziej. Błagała by ta chwila nie trwała już sekundy dłużej, ale by też nigdy się nie skończyła, bo to by oznaczało tylko jedno – jego odejście. A na to nie była przygotowana. Uzależniona od niego na swój pokrętny sposób dopiero teraz zaczęła wierzyć w każde wyznanie markiza, ale to wszystko się teraz waliło. Katastrofa w samym ogniu apokalipsy. Tak właśnie się czuła, a jednak nie potrafiła mu przerwać.
Potem obrócił się w jej stronę wbijając nóż jeszcze głębiej w serce smoczycy, która starała się podjąć z góry przegraną walkę.
        - Ve-veryvin... To... Tam na zewnątrz, a ty teraz... Nie możesz tak teraz czarować, a ten uciekł, a Gorgona... Nie tak to... Ja chciałam... a te papiery... - próbowała złożyć jakieś konkretne zdanie, ale nie wiedziała od czego zacząć ani jak. Markiz zaś był coraz bliżej niej, a ona czuła się coraz gorzej. Zamilkła, gdy znalazł się bardzo blisko. Ruu przełknęła cicho ślinę patrząc na mężczyznę wielkimi i niepewnymi oczami. Niemalże błagały go by przestał, by nawet nie próbował zrobić tego co planuje. Ta, jak i każda inna okazja nie była dobra do ukrócenia tej relacji, bo Rayruu nie chciała jej kończyć. Niestety tym razem nie miała dostać tego co chciała.
        Ostatecznym rozwianiem wątpliwości, co do decyzji markiza, był jego pocałunek. Ten różniący się od wszystkich wcześniejszych, tych rzuconych niegdyś w pośpiechu, ale i tych, które pomimo drobnych sprzeczek składał na jej ustach, gdy jeszcze mieszkali razem. Spojrzała na niego jeszcze raz, by spróbować wyłapać emocje Veryvina, lecz ten minął ją obojętnie zbliżając się do drzwi. Nie miała odwagi śledzić go wzrokiem, usłyszała trzask i po tym dźwięku nie nastąpił już żaden inny.
        Odszedł, a ona stała w tak samo samotnej sali, jak i w życiu. Coś nią wstrząsnęło i zanim doszło do niej to całe zdarzenie, policzki miała mokre i posklejane od łez. Spojrzała na swoje dłonie, podwinęła rękawy dostrzegając jak jej ciało pokrywa się łuskami. Chciała rzucić się na podłogę, uderzać pięściami i wrzeszczeć przez łzy. Oskarżyć Veryvina za złamane serce, choć będąc na jego miejscu postąpiła by inaczej?
        Ruu wytarła twarz w spódnicę. Jej mina stężała, chyba nie myśli, że tak łatwo się jej pozbędzie?! Jak na solarnego smoka przystało, jej porywczość dawała po sobie znać w każdej sytuacji, również i teraz. Będzie sterczała jak kołek wbity w wodę i za nim płakała, gdy on jest jeszcze tak blisko? Nigdy!
        Smoczyca szarpnęła drzwiami. Prędko wyłapała Veryvina w okolicy więc od razu do niego podbiegła nie zważając na to, co dzieje się dookoła. Cel był jeden i do niego brnęła, bez względu na wszystko, a ku jej szczęściu demon siał większe zniszczenie niż ona. Chwyciła nemorianina za nadgarstek i szybko łapiąc za ogon Tigrę teleportowała całą trójkę do jednej z dzwonnic Thenderion. Ruu nie odezwała się ani słowem widocznie skupiając się na obecnym zadaniu. Nie mogła już powstrzymać swojej częściowej przemiany więc smoczy ogon sunął się po chłodnej posadzce, a jej pazury rozwalały ścianę. Z wygrzebanej dziury wyjęła niewielki tobołek, po czym wstała wciskając go w ręce Veryvina.
         - To są dokumenty – rzuciła. - Tu jest wyjście, tam jest skrót do Korestor – mówiła wskazując kolejno wyznaczone punkty. - Twój brat jest głupi, a ty przestań szastać magią! Nie potrzebuję twojej pomocy, jestem do cholery smokiem! Po prostu... po prostu nie daj się złapać Ingvarowi – poprosiła ściskając jego ramiona łuskowatymi dłońmi.
        Pragnęła przygarnąć go do siebie i pilnować by nigdzie nie uciekł, owinąć ogonem i fukać na każdego przechodnia, lecz jego obojętność była gorsza niż złość. I z tego też powodu nie potrafiła wyrzucić z siebie nic więcej, na pewno nie nic bardziej wzniosłego i będącego w stanie przekonać go by jeszcze ich nie przekreślał. Czy istniały jakiekolwiek słowa, które nie brzmiałyby w jej ustach jak kłamstwo?
        Gwałtownie odsunęła się od nemorianina czując, że na nowo oczy zaczynają ją piec. Zbliżyła się do okna, zawrócić czy nie zawrócić?
        - Ja... - zacięła się. - Musze iść – bąknęła zeskakując na dach i po chwili znikając gdzieś między budynkami.


        W Thenderionie wciąż panował chaos, choć kilku magów próbowało zapanować nad sytuacją. Większość mieszkańców zdołało się schować, lecz nadal jakaś część biegała krzycząc w ogólnej panice. Głosy na nowo podniosły się, gdy miasto pokrył złocisty cień. Kilku gapiów podniosło wzrok dostrzegając na niebie znajomy i przerażający kształt, który po krótkiej prezentacji swojej osoby począł zniżać się do ich poziomu. Jeżeli ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości, co do istnienia smoka w okolicy, tak teraz mógł sobie pluć w twarz za bycie niedowiarkiem.
        Złocisty smok zniżył lot ostatecznie przysiadając na ratuszu. Smoczyca widziała, jak thenderiończycy uciekają spod jej cielska przypominając bardziej mrowisko niż ludzi. Łeb smoka pochylił się w dół, nagle i gwałtownie, a paszcza capnęła coś w powietrzu. Z nozdrzy smoka wydobył się dym wyrażający niezadowolenie. Smocza łapa skierowała garstkę mieszkańców na bok by po raz kolejny coś złapać. Wydawało się, że nikt nie rozumie tego co dzieje się wokół. Rayruu poczuła mrowienie, gdy jakiś mag próbował rozdrażnić ją zaklęciem, ale ona to zignorowała po raz kolejny wyciągając pysk.
        - Przestań! - krzyknął jeden z magów do drugiego. - Spójrz, nie widzisz co robi?! On...ten smok... zjada demona...
        I tak tez faktycznie było. Demon smakował paskudnie, ale Ruu pożerała każdą napotkaną jego część. Po kilku połknięciach na nowo wzniosła się do góry, niszcząc przy tym dach budynku, choć z owymi gabarytami zrobiła to i tak wyjątkowo zgrabnie. Okrążyła Thenderion po drodze połykając jeszcze demona. Spojrzeniem wyłapała Gorgonę i o ile, ktoś przeszkodził demonicy w ucieczce Ruu rozwiązała jej problem za pomocą łapy oddzielając komuś dojście do jaszczurzycy. Niestety nigdzie nie widziała Ingvara, ale wiedziała, że nie ma czasu bawić się w ceregiele, ponieważ smród spalenizny roznosił się po królestwie. Smok okrążył Thenderion, a potem zawrócił w przeciwna stronę do Korestor, by czasem nie sprowadzić ciekawskich w tamte rejony. Jednak już na obrzeżach królestwa złoty pył rozniósł się po okolicy pokrywając go mgłą, a w samym centrum światła odnalazła się Rayruu ponownie przybierając postać pół hybrydy i ostatkiem sił teleportując się w powietrzu do okolicy znanej sobie kopalni. Ten ruch był o tyle sprytny, że w jaśniejącym blasku nikt nie dostrzegł jej postaci, a smok wydawał się rozpłynąć w powietrzu.
        Ruu upadła na skały prężąc swoje ciało w potwornym bólu. Łzy ściekały jej po policzkach, a żołądek kurczył się i palił niemiłosiernie. Pozwoliła sobie na to cierpienie tylko przez kilka nic nie znaczących minut. Poparzenia wyglądały potwornie i każdy ruch sprawiał, że naruszała powstałe w słońcu rany. Mimo to wstała, bo czuła, że owe rany zewnętrzne i tak są lepsze od tego co musi strawić. Pradawna wspięła się po skałach dostrzegając na wejściu do kopalni gadziego chłopca.
        - Sylar... - parsknęła ze zdziwieniem, a młody demon z przerażeniem spojrzał na Ruu.
        - Ruu! - chrześniak Veryvina podbiegł do smoczycy, a gdy tylko zbliżył do niej dłoń, ona ją odtrąciła.
        - Nie dotykaj – zakazała.
        - Co ci się stało? - spytał głucho chłopczyk.
        - To poparzenia od słońca... Z resztą, nieważne!
        - Gdzie jest mama?! Jest cała, coś się jej stało?!
        - Gorgony nie ma? - spytała ze zdziwieniem. - Spokojnie, twoja mama jest cała. Na pewno niedługo wróci. – Ruu próbowała się uśmiechnąć, choć kosztowało ją to potwornie dużo wysiłku. Z drugiej strony zmartwiła się, że demonica jeszcze się nie pojawiła, może pomaga Veryvinowi? - Potrzebuję... potrzebuję chociaż garstki kryształów – jęknęła boleśnie smoczyca przyciskając dłoń do brzucha czując napływ mdłości.
        Sylara dopadła bezradność. Bardzo chciał, aby mama już wróciła do ich jaskini, ale smoczyca potrzebowała pomocy teraz. Poczuł się odpowiedzialny za jej stan więc ujął dłoń pradawnej i zaprowadził do środka.
        Ruu wygrzebała kilka rubinów dziękując Prasmokowi za istnienie dzieciaka. Na szczęście Sylar znał miejsce, w którym istnieje duże prawdopodobieństwo wykopania minerałów. Rayruu pożarła kilka sztuk, lecz nie zrobiło się jej lepiej. Czuła się jeszcze gorzej! Smoczyca uwiesiła się na jednej ze skał i zaczęła wymiotować niepokojąco zbyt ciemnym kwasem.
        - Nie podchodź – wybełkotała. - Rzygam niebezpiecznym kwasem...
        Ale Sylar i tak trzymał jej włosy nie wiedząc za bardzo co zrobić ze strutym smokiem.
        - Może mama już wróciła...
        - Nie! Twoja mama, ani twój wujek nie mogą wiedzieć, że tu jestem! - uniosła się pradawna i zaraz po swoim ekscesie wymiotowała po raz kolejny. - Będą bardzo źli, że tu jestem...
        - Pokłóciłaś się z nimi? - dopytywał chłopiec.
        - Narozrabiałam... - wymruczała z rezygnacją Ruu.
        - Jak ja rozrabiam to mama każe mi przeprosić – poradził Sylar, ale to wydawało się jeszcze bardziej zdołować Rayruu. Nie sądziła, że Veryvin ma co jeszcze wybaczać, nie po tylu ciosach.
        Siedzieli tak razem jeszcze jakiś czas i Sylarowi wydawało się, że jego przyjaciółka wcale nie czuje się odrobinę lepiej. Chciał zadać Ruu mnóstwo pytań, ale kobieta była za słaba i nie była w stanie skupić się za bardzo na rozmowie.
        - Muszę... chcę się położyć... - wydukała w końcu Rayruu.
        - Skoro słońce cię poparzyło, to może musisz pospać w ciemności? - zasugerował chłopiec wskazując najciemniejszy kąt w kopalni.
        Ruu uniosła głowę przyglądając się miejscu. Głos ojca w pamięci podpowiadał jej, wręcz nakazywał, by nigdy nie zbliżać się do takich terenów. Zbyt głęboko w jaskiniach, daleko od słońca – to nie było dobre dla solarnego smoka, ale w tej chwili to miejsce wydawało się wręcz idealne.
        - Tak... - powiedziała sennie smoczyca.
        Sylar pomógł pradawnej przedostać się do wskazanej części kopalni. Ruu myślała tylko o tym by się chwilę zdrzemnąć... albo tak na krótkie tysiąc lat, by mogła obudzić się w nowych, lepszych czasach, choć nie wiedziała co kryje się za tymi słowami. Może Veryvina już nie będzie? Sylarowi wydawało się, że powieki Rayruu na chwilę wysoko się uniosły, lecz już po chwili znowu przygasły. Smoczyca położyła się na ziemi, a ciemność działała na nią niczym magnez. Przestała myśleć o czymkolwiek, nawet Sylarowi wydawało się, że Ruu odnalazła spokój, lecz jej oddech ze spokojnego i sennego ustał. Stał się za to tak cichy, że nie był pewien czy faktycznie oddycha. Chłopiec szturchnął smoczycę, lecz ona nie zareagowała.
        - Ruu? - spytał Sylar jeszcze mocniej potrząsając pradawną, aż w końcu nią niemalże szarpiąc, a ona nadal... tak niebezpiecznie głęboko spała.
        Chłopiec poczuł jak ogarnia go lodowaty chłód, który też skuwa jego ciało. Roztrzęsiony wstał i zdecydował się jednak odnaleźć matkę albo wujka i prosić ich natychmiast o pomoc!

Awatar użytkownika
Veryvin
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Veryvin » 1 miesiąc temu

        Pierwszy raz w życiu było mu naprawdę ciężko powiedzieć to co myślał, zrobić to o czym zdecydował. Sama decyzja nie należała do najłatwiejszych, ale on nie tylko był osłabiony przez ostatnie wydarzenia... Od samego początku nie miał szans w tej wojnie interesów przeciwko smokowi, pradawnej istocie. Kochał Ruu całym sercem, jednakże nigdy tak naprawdę nie miał pewności co do jej uczuć. A to bolało chyba bardziej, niż to, do czego właśnie zmierzał jego wywód. Choć obecnie osłupiała, smoczyca stojąca naprzeciw niego najpewniej przyszła się zemścić za nałożoną na siebie klątwę, przecież cały czas do tego dążyła.
        Z drugiej strony Veryvin nie był lepszy. Po tym gdy go oszukała i uciekła, obiecał sobie, że ją odnajdzie i zabije, zrobi piękną biżuterię z jej łusek i kości. I miał niedawno taką szansę. Co prawda wzięła na zakładnika Sylara, ale... mimo innych nadarzających się okazji, z żadnej w ogóle nie skorzystał. Wręcz przeciwnie, każde kolejne spotkanie ze smoczycą coraz bardziej sprawiało, że nie chciał robić jej krzywdy. Nawet przez moment miał głupią nadzieję, że to co było kiedyś między nimi wcale nie było tylko ulotnym snem, że mogliby znów być razem. Przeliczył się jak nigdy, widocznie podleciał zbyt blisko słońca i teraz musiał za to zapłacić w niezbyt przyjemny sposób.
        Zrobiło mu się sucho w gardle gdy mówił, tkwiła w nim dziwna gula, przez którą trudno było mu mówić, ale nie mógł przecież pozwolić się ponieść emocjom. Już nie jeden raz popełnił ten błąd przy smoczycy. Dlatego właśnie starał się obecnie nic nie pokazać po sobie i mówić, jakby załatwiał jakiś czysto zawodowy interes. W prawdzie swoich klientów, pracowników czy wspólników, nigdy nie całował, ale w tym jednym przypadku, po prostu zapomniał o zachowaniu odpowiednich formalności od początku do końca. Poza tym... chciał ten ostatni raz poczuć słodycz i aksamitną miękkość ust byłej narzeczonej.
        Po tym wszystkim, po opuszczeniu pokoju nie poczuł się ani odrobiny lepiej. Żałował, że tak to wszystko wyszło, ale co innego mógł zrobić? Smoczyca przycisnęła go do ściany i nawet gdy chciał jakoś przełknąć przeszłość i spróbować żyć na nowo, nie pozwalała mu o sobie zapomnieć. Tylko głupiec udawałby, że się nic nie stało i prowadził niewzruszony swój biznes dalej. Tacy w większości wydawali się nemorianie, praktycznie nie interesowali się niczym co nie miało związku z ich przyszłymi wpływami, majątkiem i biznesem. Praktycznie byli wyjałowieni z wszelkich uczuć, bo się to nie opłaca. Może i Veryvin był jednym z nich, kiedyś na pewno, ale gdy poznał Rayruu zobaczył, że może być w życiu coś ważniejszego od złota i statusu społecznego. Może być ktoś równie ważny, jak nie ważniejszy od całego bogactwa. Nie był już jak cała ta banda głupców, nie jego interesy się teraz dla niego liczyły, a pewna zielonowłosa, w rzeczywistości łuskowata kobieta. Pierwsza i ostatnia w jego życiu, nawet jeśli jakimś cudem uda mu się z niej wyleczyć.
        - Idziemy Tigra - rzucił jałowo do tygrysicy, używając wszystkich swoich sił, by tylko nie pozwolić swojemu głosowi się załamać czy zadrżeć. W sumie nie był to teraz odpowiedni czas na poddanie się rozpaczy, co innego gdy już wróci do swojej nory w Efne. Teraz musiał jak najszybciej dotrzeć do Korestor i pomóc Gorgonie wraz z dziećmi znaleźć jakąś inną kryjówkę, do czasu aż nie przybędzie ich dziadek.
        Mimo panującego na zewnątrz chaosu spowodowanego grasującym po mieście demonem, markiz wraz z paskowaną towarzyszką wyszli z karczmy jakby nic się w ogóle nie działo. Ledwo jednak oddalili się o sążeń od karczmy, gdy poddająca się przemianie smoczyca wyleciała za nimi. Mężczyzna nim zdołał w jakikolwiek sposób zareagować, czy chociaż zorientować się co się w ogóle dzieje, został przez nią złapany i teleportowany do jakiejś wieży w mieście. Jedyne co przed tym nagłym przeniesieniem się zarejestrował, to pełne zaskoczenia i niezadowolenia piskliwe, warczące miauknięcie. Kiedy na nią spojrzał byli już gdzie indziej, tygrysica chowała swój zad za jego nogami, energicznie machając ogonem, niemal się nim biczując po bokach - była nieźle wkurzona - a na przeciwko nich stała pradawna, która nie mogła powstrzymać swojej przemiany.
        Veryvin był poważnie zdezorientowany tym wszystkim, a najbardziej chyba tym, jak smoczyca zaraz oddała mu wszystkie skradzione papiery i wskazała najkrótszą drogę do Korestor. Spojrzał osłupiały głęboko w jej oczy, teraz to mu odjęło mowę i cały jego wysiłek by zachować pozory dumnego i zobojętniałego markiza szlag trafił, lecz nim choćby przestał wstrzymywać oddech, jej już nie było. Zacisnął z niezadowoleniem zęby i zaraz podbiegł do okna, przez które wyskoczyła, wychylając się przez nie dość niebezpiecznie.
        - Ray... Ruu, czek...! - krzyknął za nią, lecz nic to nie dało, a mu jedynie zakręciło się w głowie i mało brakowało by nie wypadł. Zaklął siarczyście. W pierwszym odruchu chciał zniszczyć wszystkie papiery, ale zaraz się powstrzymał. Nie chodziło o to, że nemorianin o wysokim statusie nie powinien się tak zachowywać, ale raczej chodziło o kwestię niemarnowania pieniędzy. Te się przecież zawsze przydawały, nawet w najmniej spodziewanym momencie.
        Spojrzał porozumiewawczo na Tigrę i wybiegł z dzwonnicy, by jednak jakoś odwieść smoczycę od tego szalonego pomysłu, jaki zaczęła realizować, nie zważając w ogóle na to, jaką krzywdę sobie zrobi. Zwłaszcza, że dym unoszący się bezpośrednio z jej grzbietu i smród przypalanego powoli ciała nawet demona przyprawiał o mdłości, bo nie ukrywajmy, Otchłań nie jest tak kolorową i przyjazną krainą jak Alarania.
        Veryvin przez chwilę biegł ulicami Thenderionu, nawet w miarę zwinnie wymijając spanikowanych mieszkańców, których umysłami zawładnął obecnie panujący w mieście chaos, lecz nie był w stanie zbyt długo tak pędzić przez swój stan, co ostatecznie zakończyło się obraniem tempa szybkiego marszu, przy czym i tak zdarzało mu się potknąć. Niewiele to dało, bo gdy dotarł na miejsce, gdzie smoczyca wyłapywała ostatnie kawałki dzikiego demona, pradawna wzbiła się już w powietrze i poszybowała w stronę Korestor. Zaklął siarczyście i mimo wcześniejszego zakazu Ruu by nie szastać resztką swoich sił magicznych, użył na ukochanej tygrysicy zaklęcia z dziedziny struktury nieco zwiększając jej gabaryty. Zgarnął z bruku kilka ptasich piór walających mu się pod nogami w nadziei, że uda mu się wyczarować Tigrze skrzydła, lecz na to nie miał już niestety siły. Jak się można domyślić, wsiadł na jej złoty, paskowany grzbiet i nakazał jej skierowanie się galopem do posiadanej przez siebie kopalni, którą wymienił po drodze na tutejszy sklep jubilerski, ten na którego witrynie Ruu widziała zestaw biżuterii, co ją tak kusił. Plusy chaosu - ludzie rzadko myślą racjonalnie i da się im wcisnąć wszystko, nawet coś najmniej opłacalnego. Veryvin nie miał specjalnie czasu by kombinować, więc niestety rzeczywiście sprzedał kopalnię za podrzędny sklep jubilerski, ale przynajmniej był jeszcze przez pięćdziesiąt lat właścicielem Korestor. Zapakował do torby niemalże cały asortyment sklepu i pognał w stronę, w którą poleciała smoczyca.
        Po drodze, kawałek od miasta, w połowie drogi do kopalni, spotkał Gorgonę pełznącą w pośpiechu do swojej kryjówki, mimo rany. Przez tą nie mogła dokonać pełnej przemiany i przybrać swojej pierwotnej formy smoczego węża, ale i tak Tigra musiała się nieźle namęczyć by dogonić markizową kuzynkę. Paskowana ledwo zipała, gdy ich oczom w końcu ukazało się Korestor, wężyca też jakby nieco zwolniła, lecz tylko przez mgnienie, oka, póki nie zobaczyła w dali, zapłakanego syna przed wejściem do jaskiń.
        Sylar z początku nieco się uspokoił i odetchnął z ulgą widząc biegnących w swoją stronę wuja i matkę, ale nie długo się nacieszył ich widokiem, po ujrzeniu w jakim byli stanie, zwłaszcza, że jego mama miała paskudną ranę. I teraz mały miał problem natury emocjonalnej, bo nie miał pojęcia o co się bardziej martwić - o mamę, czy o pierwszą w życiu przyjaciółkę.
Był przez to jeszcze bardziej przytłoczony i zrozpaczony. Nie potrafił przez to składnie i logicznie wyjaśnić czemu był taki załamany i dobrze, że zdenerwowany zdołał wyszlochać "bo Ruu" i zerknąć w stronę gdzie smoczyca się położyła, bo inaczej ani Gorgona, ani Veryvin nigdy by się nie dowiedzieli o co chodzi i mogło być już za późno. Z tego całego stresu i zdenerwowania, znacznie przerastających małe ciałko wężowego chłopca, który do tej pory wiódł raczej beztroskie życie, pomijając przykrości ze strony rodzeństwa, Sylar zasłabł, co zmusiło Gorgonę do zajęcia się synem w pierwszej kolejności, lecz markizowi to nie zbyt przeszkadzało, bo i tak chciał kazać kuzynce najpierw zająć się sobą, a mu zostawić smoczycę. I tak otrzymał pomoc od Gorgony, w postaci wsparcia ze strony kilkoro z jej dzieci, raczej tych starszych od Sylara, które interesowały się hobbystycznie zielarstwem i magicznymi właściwościami niektórych podziemnych minerałów, których obecnie szukały do rany swojej mamy i poparzeń zielonowłosej.
        Veryvin zapalił jedną z pochodni wziętej z górniczego stojaka na nie i pochylił się zatroskany nad ukochaną, którą w pierwszej kolejności okrył swoim płaszczem, by zaraz wziąć ją na ręce i przenieść w bardziej sprzyjające jakimkolwiek zabiegom miejsce, do tej świetlistej groty, w której mieszkała Gorgona. Był obolały i poobijany, ale nie mógł tak zostawić ukochanej w zimnym, ciemnym kącie jaskini na twardej i jeszcze zimniejszej ziemi. Przez cały czas jak ją niósł tulił smoczycę do siebie, jakby od tego miało zależeć jej życie, acz był przy tym delikatny, bo przecież nie mógł jej tak z całej siły miażdżyć w swych objęciach. Tigra już w swojej poprzedniej postaci szła za swym panem niosąc w pysku worek z bogato wysadzaną biżuterią tutejszych stron, która miała być przeznaczona na posiłek dla poszkodowanej pradawnej. Veryvin miał szczerą nadzieję na to, że mogłoby się od tego jego ukochanej poprawić.
        W grocie kuzynki, gdzie nie tylko dla przybyłych rozpalono ognisko do ogrzania jamy, ale i wyłożono jedno miejsce grubymi skórami, by smoczyca nie musiała leżeć na twardym podłożu. Markiz ułożył zielonowłosą, na brzuchu, by był łatwiejszy dostęp do jej poparzeń na plecach i nie odstępował jej ani na moment, gdy młode wężyce, podobne z koloru łusek do ich matki, zajmowały się obrażeniami Ruu. Przez cały ten czas nemorianin gładził ją lekko po jej miękkich, puszystych włosach. Od strony ściany leżała przy niej i grzała ją Tigra, ale gdy zmęczenie zaczęło dopadać i demona, on również położył się przy pradawnej. Nie zasypiał jednak. Czuwał, głaszcząc ją po policzku i niemal na siłę doszukując się jakiejś poprawy swoimi zielonymi oczami.
        W między czasie otrzymał telepatyczną wiadomość od Dziadka, że jest już w drodze i markiz przekazał mu szczegółowe instrukcje o tym gdzie się znajduje, że poczeka na niego dwójka dzieci Gorgony, by stary nemorianin nie pogubił się w zawiłych tunelach kopalni. Nie darował sobie nawet wzmianki o Ingvarze, ale tym Dziadek kazał się Veryvinowi nie martwić, bo najmłodszy rodu był już w rodzinnym domu, z którego tym razem tak szybko się nie wymknie, a już na pewno nie przez kolejne pięćset lat. Sam stary nemorianin o to zadbał.

Awatar użytkownika
Ruu
Błądzący na granicy światów
Posty: 23
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Ruu » 1 miesiąc temu

        Rayruu przez długi czas niczego nie czuła. Zapadła w głęboki sen, tak twardy i odległy, że swoim stanem dorównywała głębokiej hibernacji samego Prasmoka. Malowały się przed nią odległe wizje, lecz były one ciemne i przemijały zaliczając się do grona szybko zapomnianych, jakby nigdy nie istniały. Czy też w podobny sposób Prasmok śnił o światach znajdujących się na jego łuskach? Być może podobnie jak Rayruu obudzi się i nie będzie pamiętał choćby skrawka obrazka, który zaprzątał mu głowę przez wiele wieków. Zmyślny kaprys wyobraźni, a nie rzeczywiste istnienie żyjących i emocjonalnie powiązanych z nim istot.
        Pradawna była całkowicie bezwładna w ramionach nemorianina, ale nadal oddychała. Jej klatka piersiowa dyskretnie unosiła się zaczerpując odrobinę powietrza a tętno swym spokojnym i rytmicznym tempie popychało krew do przodu. Pierwsza zmarszczka na twarzy smoczycy pojawiła się dopiero w okolicach światła jakie dawały płomienie ogniska, ale to jakby było już wszystko. Nie reagowała nawet na dotknięcie jej spalonych łusek, dopiero gdy w jaskini zrobiło się odrobinę cieplej i Sylar poustawiał gdzie się dało po części wypalone świeczki, Ruu zamruczała buntowniczo pod nosem, ale mogli ją zrzucić do najgłębszej dziury, a nadal by się nie obudziła, choć z czasem dawała swym opiekunom złudną nadzieję. Gadzi ogon zwinął się, gdy ktoś odważniej zajął się opatrywaniem łuski, potrąciła także dłonią Veryvina, gdy ten znalazł się blisko niej. Sylar dałby sobie ogon odciąć tkwiąc w przekonaniu, że powieki Ruu zadrżały, lecz smoczyca nie miała zamiaru prędko się obudzić. W pewnym momencie, w pomieszczeniu zapadła cisza, zbyt spokojna i zbyt głęboka, jakby trwali w rzadkiej zawiesinie niepewności tego co może nastąpić dalej. Jakikolwiek gest ze strony smoczycy nie został jednak przez nią zapamiętany.
        Pierwsze chwile tego, co miała pamiętać, pojawiły się dopiero, gdy jej ciało rozgrzała obecność Tigry oraz Veryvina. Lśniące w ciemnościach turkusowe tęczówki ledwie odkryły powieki. Rayruu widziała swego dawnego narzeczonego, ale była przekonana, że nadal tkwi w ciężkim śnie. To, że błądziła myślami było widać po jej twarzy. Łuskowata dłoń z długimi pazurami powlekła się w stronę mężczyzny. Z wysiłku zadrżała, a potem dotknęła jego twarzy jakby był tylko imaginacją. I znowu zamknęła oczy, tym razem jej grymas wyrażał ból. Pragnęła zamknąć się w złotej skorupie i w niej zostać na długie miesiące. Wydawało się, że ponownie zapadła w głęboki sen, ale kobieta poczuła się potwornie źle z tym jakie skojarzenia ją stopniowo naganiają. Chciała wyrwać się z tego tłoku, nie należała już ani do śniących, ani rozbudzonych. Potem zapiekły ją rozrywające się strupy od delikatnego ruchu kręgosłupa. To było zbyt dojmujące, zbyt wciągające by pozostało snem. Wówczas drugi raz otworzyła oczy opuszczając dłoń na posłanie. Z wysiłkiem uniosła niedawno zaciśnięte powieki, wyraźnie dostrzegła Veryvina.
        Jak od wypalonego strzału, Ruu zerwała się na prostych rękach i momentalnie opadła na łokcie zniewolona paraliżującym bólem. Nie była w stanie nawet wrzasnąć, cokolwiek powiedzieć, a jedynie zaciągnęła się powietrzem. Oczy smoczycy omiotły wściekle pomieszczenie i z niezgodną jak na jej stan siłą, starała się odepchnąć tych, co chcieli jej pomóc. Kobieta podciągnęła się do przodu i uwiesiła w pozycji półleżącej na jakimś kamieniu. Jedna z dłoni pradawnej wylądowała w skupisku błyskotek, które zadziałały na nią hipnotycznie. Przytuliła do siebie garść kosztowności, a chwilę potem z przerażeniem spojrzała na szafiry i inne drogocenne kamienie. Odrzuciła je od siebie, lecz też nie miała odwagi spojrzeć na nikogo. Ukryła twarz w dłoniach, które szybko stały się mokre od łez, lecz nie płakała głośno. Potrzebowała kilku sekund by wziąć się w garść, a gdy pierwsze instynkty ucichły, oparła się bokiem o kamień i wydawało się, że ten zimny głaz stał się dla smoczycy jedyną bezpieczna przystanią.
        Czy był to brak zaufania do Veryvina? Niedawno jeszcze zapadła w głęboki sen, z którego miała obudzić dopiero po kilkuset latach i choć jej uczucia do dawnego narzeczonego wciąż były żywe to doskonale wiedziała, że zasługuje na karę za swoje zachowanie. Sama była zdolna się na nim mścić, choć tak naprawdę jeszcze ani razu nie skrzywdziła go fizycznie. Zrobiła jednak to, w czym była najlepsza – manipulowała sytuacją i wykorzystała ją. Miała brudną duszę, a odraza do samej siebie była dołująca. Nie tak bardzo jak myśl o tym, że zraniła Veryvina, ale to ani trochę jej nie pocieszało. Szczególnie, że działała cały czas świadomie.
        - Sylar ci powiedział... - jej głos przedostał się przez suche gardło. Smoczyca kurczowo trzymała się kamienia, nie próbowała nawet spojrzeć na markiza.
        - Nie myliłeś się – dodała, pazurami zadrapując głaz. Uczucie rwania wzdłuż kręgosłupa było nie do zniesienia, a po kilku bolesnych wdechach nabrała odwagi by spojrzeć na nemorianina. - Zrobiłam... to wszystko żeby odzyskać moc. Nie mogłam cię zabić, dopóki byś mi jej nie oddał. Musiałam więc mieć cię na ostrzu, podstawić pod ścianą, żebyś to zrobił – mówiła z wysiłkiem i choć łzy żywo spływały jej po polikach to Ruu blado uśmiechała się do niego.
        - Te papiery... Twój majątek, który ukradłam... Cały go straciłam po tym jak banda dzielnych rycerzy postanowiła zaatakować moją jaskinię za dnia... i brat... Przyprowadziłam go w ramach wymiany. Chciałam pilnować gnoja dopóki nie odzyskasz sił, bo wycieńczony nie byłeś mi do niczego potrzebny... - wytłumaczyła ponownie kuląc sylwetkę, a jej głos stał się niemalże piskliwy, nabity bezradnością.
        - No bo... dlaczego ktoś miałby kochać smoka? - spytała nagle. Ruu wpatrzyła się w kamień niczym w lustro, w którym dostrzegła swoje mierne oblicze. Kciukiem głaskała jego gładką powierzchnię i mówiła spokojnie - Smoków się nie kocha. Z nich robi się trofea, a one robią sobie trofea z ludzi. Utrzymanie kogoś, kto pożera klejnoty jest... niewykonalne. Nieopłacalne. Nienormalnym jest kochać kogoś, kto doprowadzi cię do ruiny... Czy to nie oczywiste?
        Po krótkiej pauzie Ruu, jakby nigdy nic, postanowiła wstać czując jedynie duchową ulgę - przyznała się do swoich grzechów, a nieczęsto to robiła. Spróbowała stanąć na ugiętych nogach, lecz pożarty demon wywołał bolesny skurcz żelaznego żołądka smoczycy, a spalone obręby łusek zaraz sprowadziły ją na kolana. Nie była pewna czy to ona złapała Veryvina czy też on sam ją objął, ale łuskowata intuicyjnie schowała się w jego ramionach. Gorączka zalała jej czoło, pot momentalnie objął skronie zielonowłosej. Ruu zrozumiała, że nie jest w stanie postawić choćby kroku i gdyby nie ognisko łaskoczące ją światłem, zapewne znowu zapadłaby w sen. To była istna tortura, pozostawienie jej teraz w świadomości. Pradawna poddała się i wygodnie ułożyła w ramionach mężczyzny. Drżała, a po chwili cała się spięła. Choć nie powiedziała tego głośno, to po grymasach na twarzy smoczycy jasno dało się wyczytać słowa „boli”, a zarazem nie prosiły one o przyniesienie ulgi czy też nie wołały o pomoc.
        - Veryvin – wykrztusiła z siebie Rayruu łapiąc go za przedramię i zaciągając pazurem jego rękaw. Nie wiedziała co jest gorsze, skurcze żołądka i palący w brzuchu demon, czy też te wściekle kłujące okolice spalonych łusek. Po prostu cholernie ją bolało, ale nie tylko z tego powodu teraz poddała się chwili słabości, nie tylko z tego powodu płakała.
        - Przepraszam – wyszeptała starając się rozsądnie ważyć siły na słowa. - Nie potrafiłam uwierzyć. Gdyby... Gdybym teraz mogła... - starała się powiedzieć, lecz zaraz przeszyło ją na tyle mocne rwanie w brzuchu, że kobieta zwinęła się w kłębek z przerażającym dla uszu jękiem, po czym próbowała się wyprostować. Żadna pozycja nie przynosiła jej ulgi. Pociągnęła markiza za koszulę rozrywając ją na kolejne strzępy, a następnie rzut ustąpił. Ruu rozluźniła się odrobinę i spocona odchyliła głowę przywołując na twarzy uśmiech, wymuszony i krótkotrwały, lecz w kolejnym napływie poczucia bezradności wsparła się o klatkę piersiową Veryvina, ponownie kuląc się i poddając się jego opiece.
        - Błagam... - wyłkała zduszonym głosem. - Jeżeli masz odejść to zostaw mnie w najciemniejszym zakamarku kopalni. Możesz mnie opuścić i żyć beze mnie, lecz ja bez ciebie nie potrafię. Wolę przespać tysiące lat i obudzić się w świecie, w którym już cię nie ma, niż walczyć z tym okrutnym bólem i myśleć o tym, że już nigdy nie będę mogła cię przytulić ani obudzić się przy tobie o poranku... - Ruu zapłakała głośno i po tych słowach nie umiała zapanować nad łzami. W myślach wielokrotnie prosiła o litość. Czuła, że jeżeli ją tu zostawi to choćby miała wyrwać sobie zdrową łuskę i wbić ją w swoje serce, to zrobi to by już nie czuć tego dojmującego bólu.

Awatar użytkownika
Veryvin
Błądzący na granicy światów
Posty: 24
Rejestracja: 1 rok temu
Kontakt:

Post autor: Veryvin » 3 tygodnie temu

        Mimo wszechobecnego harmidru, w którym to Gorgona starała się wraz z garstką swoich starszych dzieci zapanować nad młodszymi, rozwrzeszczanymi i zdecydowanie zbyt podekscytowanymi zaistniałą sytuacją gadami, najbardziej żeby już nie przeszkadzały starszym siostrom w opiece nad Ruu, Veryvin w spokoju leżał przy swojej byłej narzeczonej,wiernie czuwał przy jej boku niczym pies, zdawać by się mogło, że całkowicie duchem i świadomością oderwany od tego małego chaosu, jaki w ten czas panował w głównej grocie zamieszkiwanej przez wężycę. Niewiele mógł zdziałać w obecnej sytuacji, nie znał się na leczeniu i niesieniu pomocy potrzebującym, o ile nie była to pomoc materialna, oczywiście taka, która przyniosła by mu mimo wszystko jakieś korzyści. To w żadnym stopniu nie był jego teren. Mógł jedynie co najwyżej być tak, jak obecnie przy Ruu i jakoś tak symbolicznie ją wspierać, choć nawet nie była tego świadoma. A kwestię ran smoczycy i doprowadzenia jej do pełni zdrowia pozostawił córkom swojej kuzynki.
        Nie to żeby im ufał.
        Po prostu wiedział, że młode wężyce, choć nie są i prawdopodobnie w tym wymiarze nigdy nie będą uzdrowicielkami, mają dużo większą wiedzę w tym zakresie niż on. W końcu taka żywa gromadka zapewne dość szybko i często łapała przeróżnego rodzaju kontuzje, a skoro Gorgonie się urodziło i nadal przy jej ogonie żyło pięćdziesięcioro dzieci, ktoś musiał sprawować pieczę nad ich zdrowiem. I oto właśnie sześć tych "ktosi" mieliło zioła i magiczne, rzadkie minerały spod ziemi, tworzyło maści, oczyszczało rany pradawnej i robiło okłady na jej rany. Biednie i raczej prymitywnie, bez najmniejszej wiedzy książkowej, a jedynie w oparciu o własną wiedzę i doświadczenia, ale mimo wszystko jakoś pomagało.
        Gorgona chyba pierwszy raz w życiu widziała żeby Veryvin jak się o kogoś troszczył i martwił, znaczy o kogoś innego niż Tigra. Był tym zdumiona i nawet trochę zazdrosna. Niee, nie o to, że to nie na niej skupia swoją uwagę i jest tak czuły, no gdzie?! On przecież miał nogi i ani jednej łuski! Dziwiła się Ruu, jako naczelnej wszystkich gadów, że zakochała się w stworzeniu stałocieplnym, ale to już jej sprawa. Gorgonie najbardziej siedziało cierniem w boku to, że smoczyca miała kogoś kto ją kochał i kto się o nią troszczył jak o własne życie (a w przypadku Veryvina - interesy), a wężyca nie miała nikogo. Fakt, była gromadka dzieci, ale to przecież nie o samo co bycie przy boku ukochanej osoby, co oddanie swojego serca do końca życia partnerowi.
        Czy podświadomie, mimo całej nienawiści jaką żywiła do Bazyliszka, brakowało jej go? Oczywiście! Albo raczej gada, który mógłby go w jej życiu zastąpić. Czy marzyła o związku ze smokiem? Może kiedyś, jako dziecko. Teraz jednak wolała być realistką i to nie tylko przez lata na karku, ale również przez wzgląd na dzieci. Jeszcze któreś zażyczyłoby sobie, że chce latać albo palić wioski i zjadać wieśniaków jak nowy tata i... byłby nie mały problem. Celowała bardziej w jakiegoś jaszczuroczłeka, repteliona, od biedy jakiś durny kappa co ma wodę zamiast mózgu, bo wątpiła by trafiła na tych ziemiach na węża podobnego do niej.
        Co rusz w trakcie uspokajania i nadzorowania zabaw swoich dzieci, zerkała smętnie w stronę goszczącej u niej pary, ale na tym się jedynie kończyło. Nawet za specjalnie się do nich nie zbliżała, przez co nie miała jak odgonić Sylara, ale w sumie może i dobrze. Chłopak się czegoś nauczy o życiu, a przy okazji w przeciwieństwie do swoich braci może w późniejszym okresie będzie bardziej wrażliwy.

        Kiedy Ruu zaczęła się przebudzać, Veryvin niemalże wstrzymał oddech i obserwował ją uważnie. Zawładnęło nim dziwne uczucie, które nawet go nie dopadało, gdy w końcu miał dostać coś czego od dawna oczekiwał czy to jakiejś rzeczy materialnej czy czegoś związanego bardziej z interesami. Pierwszy raz w życiu był czymś tak podekscytowany i nie mógł się doczekać finału. Bardzo pragnął by Ruu się obudziła, by rany jej się zasklepiły i by mogła w spokoju odpocząć w jego ramionach. Zapłacił by za to każdą cenę. Zaraz ustabilizował swoje emocje, po tym jak smoczyca położyła dłoń na jego policzku. Nakrył delikatnie jej drobną, choć szponiastą i łuskowatą, rękę swoją i przymknął oczy, czerpiąc nie małą przyjemność z tej chwili.
        Miał szczerą nadzieję, że jak tylko Ruu zobaczy, że nic jej nie grozi i markiz leży przy niej, to spokojnie uśnie ponownie. Niestety sporo się przeliczył w swoich planach dotyczących tej sytuacji. Nawet dość egoistycznych planów można by rzec.
        - Rayruu! - odezwał się może trochę zbyt surowym tonem niż powinien, ale to jak zareagowała było stanowczo nierozważne. Rozumiał, że szok i ból, i tylko Prasmok wie co jeszcze, ale mimo wszystko powinna bardziej panować nad swoimi emocjami i reakcjami, w końcu była smokiem.
Odetchnął by się uspokoić i na nowo nabrał łagodnych rysów, gdy tylko na nią patrzył. Nie liczyło się nawet to jak źle potraktowała Sylara, jakim oskarżycielskim tonem się zwróciła do małego węża, a przecież tylko troszczył się o przyjaciółkę i chciał pomóc.
Veryvin wstał i z nieznacznie wyciągniętymi przed siebie rękami, by w razie czego szybko zareagować i złapać słaniającą się na nogach smoczycę, zbliżył się do niej słuchając uważnie jak wylewała swe żale zapewne pod wpływem popychającego do szaleństwa bólu. Chłonął każde jej słowo, acz... nie specjalnie smoczycy wierzył, zwłaszcza jak mówiła o tym, że przez cały ten czas chciała go jedynie wykorzystać do odzyskania swojej utraconej jakiś czas temu mocy. Dopiero drugą część, tę o Ingvarze jako karcie przetargowej zdołał łyknąć bez większych problemów. Nawet jeśli z bratem nie specjalnie pałali do siebie sympatią, ale Ruu mogła o tym nie wiedzieć, bo zwykle starał się unikać wspominania o rodzinie, zwłaszcza o czarnej owcy.
        - Zdziwiłabyś się księżniczko - powiedział krótko, czułym tonem.
        Nie był to teraz najlepszy moment na opowieści o smokach wielbionych niczym bóstwa przez całe osady czy księżniczkach zakochujących się w smokach, które je porwały i przetrzymywały w wierzy. Co prawda te drugie bardziej podchodziły pod "nowoczesne" baśnie dla dzieci, ale przecież jeszcze kilka godzin temu sam został porwany przez smoka do wieży dzwonnicy i przez moment był tam przetrzymywany, więc może jest w tych bajkach nieco prawdy.
        Ruu zaraz zachwiała się niepokojąco na nogach, lecz Veryvin był cały czas na to przygotowany i co najwyżej pozwolił by w głowie smoczycy pojawiła się myśl, że ta mogłaby zaraz upaść, on natomiast nie pozwolił by myśl ta znalazła swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Trzymał ją w swoich objęciach pewnie, ale jednocześnie delikatnie, jakby była z najdelikatniejszej porcelany, cały czas miał świadomość tego jak bardzo zielonowłosa cierpiała przez swoje rany na skórze i sądząc po tym co mówiła, te w sercu również.
        Trzymał ją w swoich objęciach i ostrożnie tulił do siebie, nie zważając na to, że pradawna zniszczyła mu ubranie, a nawet nieco naruszyła jego skórę, gdy pazurami rozcięła markizowi koszulę. Nie liczyło się dla niego obecnie nic, by tylko być jej podporą.
        - Jedyne za co powinnaś mnie teraz przepraszać, to to, że nie odpoczywasz - powiedział, wydawać by się mogło, że trochę szorstko, ale pobrzmiewała w jego tonie tak naprawdę czułość i troska. I to w najczystszej postaci. Nie sposób jednak było przemówić jej do rozumu, ale szczerze powiedziawszy swoimi kolejnymi słowami całkiem zaskoczyła nemorianina i zamknęła mu usta.
        Zabolało, gdy tak lekko stwierdziła, że demon bez niej mógłby przeżyć. Szczerze, nawet nie była świadoma tego jak bardzo się myliła. I po części jak to zdenerwowało markiza. Fakt, raczej rzadko dawał jej odczuć, że ją naprawdę szczerze kocha czy to czułościami, czy romantycznym słowem bądź czynem. Obsypywanie jej prezentami i wszelkiego rodzaju kosztownościami faktycznie mogły nie być aż tak bardzo zrozumiałe, ale mimo wszystko Ruu dużo dla niego znaczyła. Nie wydawałby przecież dla niej tyle pieniędzy, nie postanowiłby zbudować swojej pracowni jubilerskiej i sklepu w Efne, blisko domu i cudownej narzeczonej. Zrobił to dla niej by nie musieć jeździć po świecie od festynu do festynu, by na straganach sprzedawać swoje błyskotki. Najwidoczniej chyba nie było to wystarczające.
        - Mój dziadek za niedługo przybędzie i każę mu zdjąć z ciebie TĘ klątwę. Wrócisz do pełni sił i będziesz wolna, zrobisz jak sama zadecydujesz - odrzekł z pobrzmiewającą w głosie goryczą, tuląc do siebie szlochającą smoczycę. W pewnym momencie nawet ostrożnie zniżył się by oboje mogli usiąść, ale mimo to jej nie puszczał. - Powinnaś odpocząć i do jego przybycia dać sobie pomóc z ranami córkom Gorgony. Co do kochania smoków... najwyraźniej jestem szaleńcem - mruknął i pocałował ją czule w czoło. Nie umiał być romantyczny i pewnie się to nigdy nie zmieni, ale przynajmniej się starał być choć teraz bardziej uczuciowy niż praktyczny. Naprawdę chciał jej pokazać, że się poważnie pomyliła w swojej ocenie. Nie miał jej tego za złe, bo przecież w naturze nemorian leży egoizm i materializm, dość często również narcyzm, ale on szczerze kochał smoczycę, nawet bardziej od swojego majątku i biznesu.
        - I za nic mnie już nie przepraszaj, zasłużyłem. - Pogładził ją delikatnie po włosach i lekko się uśmiechnął, by ją pocieszyć albo spróbować chociaż.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Thenderion”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość