Dalekie Krainy[Góry Stare, sierociniec i okolice] Pani Kozo, on mnie bije!

Wszystkie krainy znajdujące się poza terenami Środkowej Alaranii. Tu można zakładać wątki dziejące się na przykład na Dalekiej Północy, lub innych krainach poza Alaranią, które nie widnieją na mapie.
Dziki świat poza Alaranią, nieznany i tajemniczy dla większości mieszkańców kontynentu. Krainy mroczne i zimne, ale też gorące i egzotyczne. Pełne nieznanych ludziom Alaranii zwyczajów i obrzędów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Imelda
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 10 miesiące temu
Inne Postacie: Esmeralda , Sechmet , Luna, Antar, Rozalie, Aurea, Delia, Mari, Nadeya, Nimfea, Sakura, Imelda, Shirkhana, Anastasja, Xenja, Yrin, Zira
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

[Góry Stare, sierociniec i okolice] Pani Kozo, on mnie bije!

Post autor: Imelda » 8 miesiące temu

Dopiero niedawno wzeszło słońce, jednakże w murach sierocińca już większość osób nie spała. Ubierali się, jedli śniadanie, a pracownicy już od dawna robili, co trzeba, jak choćby Artemis, która przygotowywała posiłek, za posiłkiem dla kolejnych spóźnialskich. Nie ganiła ich jednak za to, a przynajmniej nie dziś, ponieważ miała zaskakująco dobry nastrój, który nie tylko jej się dziś udzielał.
Artemis miała naprawdę dużo pracy, dzieciaki różnych ras miały swoje specyficzne potrzeby, ale dawała radę i nucąc pod nosem, przygotowywała dania. Nie wiedziała nawet, że obserwują ją kocie trojaczki. Byli to trzej bracia, chyba największe łobuzy w sierocińcu, strasznie psotni, ale też podkochiwali się w Arti, w końcu była piękna i potrafiła gotować, a przez żołądek najszybciej do serca.
Zmiennokształtni tak bardzo nachylali się ze swej kryjówki, że w końcu spadli przykuwając uwagę wszystkich w pobliżu, w tym niedźwiedziołaczki.

- To znowu wy? – rzuciła im groźne spojrzenie. – PSYKA MI STĄD! Nie pozwolę wam znów tknąć mojej kocimiętki! – zagroziła, biorąc miotłę, chłopcy bardzo szybko uciekli. Tak, nikomu nie odpuszczali swoich psikusów i nie oszczędzali na głupich pomysłach.

Nieco później, w korytarzach zamku przechadzały się dzieci, zmierzając do swoich klas. Jedne stukając kopytkami o podłogę, inne biegły na czterech łapach, niektórzy lecieli, a jeszcze inni, jednak byli mniejszością, zwyczajnie szli.
W końcu nadszedł czas zajęć, prowadzone były nie tylko w sierocińcu, ale także przy jeziorze oraz w ogrodzie Arti. Jednakże największy chaos panował w pracowni Sobka.

- Wladimir, Zenon, Filip! Nie mieliście być na lekcjach pani Imeldy?! – krzyknął osmalony smokołak, chłopcy, wcześniej wspomniani kotołaczy bracia, dodali zły składnik do fiolki i nastąpił wybuch, teraz wszyscy byli wręcz czarni.
- Ale matma jest nuuuuudna… - odezwał się Wladi.
- Poza tym my to już wszystko wiemy – zapewnił Zenon.
- Pan się nie martwi, wszystko pod kontrolą! – dodał Filip.
- Jesteście za młodzi, by uczestniczyć w tych zajęciach, zapraszam za rok... albo dwa – dodał pod nosem, myśląc jaki armagedon będzie przy nich miał. – Darci, zaprowadź proszę, naszych urwisów, pod właściwą salę – poprosił czarnowłosą centaurzycę, była ona jedną z jego najlepszych uczennic.
- Oczywiście proszę pana. – Ruszyła, a za nią zniechęcone łobuziaki.

Na dole zaś przy zagrodach i stajniach Ares pokazywał i opowiadał młodzieży o zwierzętach, jak oswoić, jak się zachować podczas ataku czy też jak ujeżdżać, nie tylko konie. Damska część jego grupy była niestety dość rozproszona wzdychaniem do niego, był całkiem przystojny i kompletnie niedostępny, przez co niektóre dziewczynki miały na jego punkcie obsesję. Zmiennokształtny co chwile wyłapywał jakieś szepty o tym, jaki to on wspaniały, miał dobry słuch dzięki kocim uszom, ale udawał, że tego nie słyszy dla dobra ogółu.

- Podczas ostatniej mojej wyprawy na Równinę Eldanir przywiozłem pewne zwierzę podobne do konia, ale nie będące nim, ma bardzo charakterystyczne ubarwienie, mianowicie białe i czarne pasy, które służą maskowaniu. – Wszedł do stajni i wyprowadził zebrę, a większość dzieciaków oczywiście była zachwycona, pchali się do głaskania i zadawali najróżniejsze pytania, a kotołak nie dawał się zagiąć. – To może ktoś chciałby się przejechać? Będzie niemalże tak jak na koniu, ktoś chętny?
- Ja… - Z tłumu wyszła nieśmiało drobna dziewczynka o rudych włosach sięgających do ziemi, była syrenką, ale nie z tej grupy…
- Chwileczkę… Tiana? Dlaczego nie jesteś u pana Sugarro?
- Byłam, ale mieliśmy przerwę i chciałam podejść do zwierzaków…
- No dobrze, jedna jazda, ale potem wracasz na swoje zajęcia, byś zdążyła przed końcem przerwy.
- Mhm… - skinęła nieśmiało głową.

Tymczasem w najodleglejszym i najmroczniejszym zakątku zamku odbywały się zajęcia Ligii, miała bardzo mało grupkę, młoda wampirzyca, nemorianin, syrena i tryton będący rodzeństwem oraz smok. Byli skrytymi dzieciakami i lubili poznawać tajniki czarnej magii, ale nie, nie byli źli, niegrzeczni, wręcz przeciwnie. Zdolni, spokojni, nikomu nie wadzili, choć większość osób omijała ich szerokim łukiem, bo byli dla nich nieco dziwni.
Dzisiaj ożywali przedmioty martwe, między innymi stare, zużyte przytulanki. Niestety kilka im uciekło i pewnie będą dzisiejszą sensacją, gdy tylko zostaną odkryte przez innych. Na szczęście to tylko pluszaki, nic groźnego.
W nieco słoneczniejszym miejscu zaś działa się nieco inna magia, Hathor uczyła jak stwarzać różne rzeczy dzięki magii istnienia. Żartowała przy tym i niektóre zaklęcia podawała w formie piosenek. Miała naprawdę liczną grupę, w której wcale nie przeważali pradawni. Czarny kot czarodziejki skakał z ławki na ławkę, będąc dodatkową atrakcją, jedynie nietoperz skrywał się gdzieś na suficie i smacznie drzemał.

- Czy to prawda, że dzięki chowańcom nasze czary mogą być lepsze? – spytał ktoś z tyłu.
- Oczywiście, w końcu są one źródłem pozytywnej energii, a będąc pozytywnie nastawionym, można dokonać… wszystkiego – stwierdziła Hathor jak zwykle ze swym promiennym uśmiechem. – Zalecam więc wam pogłaskać Puszka, nim zaczniecie rzucać zaklęcia – zachichotała, oczywiście nikt nie omieszkał się sprzeciwić, kot był naprawdę wielkim pieszczochem, więc i jemu było dobrze.

W Szafranowym Jeziorze zaś Posejdon miał dziś grupę, w której nie było żadnych nimf, czy syren, czy innych wodnych ras. Dzisiaj uczył pływać tych, którzy pragnęli zgłębić tę trudną sztukę. Najtrudniej było tego nauczyć… centaury, zwykle kompletnie sobie nie radziły i wymagały większej ilości godzin ćwiczeń, ale jeszcze nie znalazł się taki, którego tryton by nie nauczył. Choć aktualnie najgorszym pływakiem była Kasja, bardzo tchórzliwa minotaurzyca, bardzo chciała się nauczyć, ale strasznie panikowała. Poza tym zgraja składająca się z wilkołaka, niedźwiedziołaka, tygrysołaka i smokołaka żartowała z niej, że ciężka krowa nawet nie powinna próbować. Posejdon miał utrapienie z tą bandą, ciągle komuś dokuczali.
Inaczej się sprawa miała podczas zajęć Ateny, teraz co prawda miała inną grupę, ale to nie było ważne, jej nikt nie próbował się sprzeciwiać, czy pyskować, a nawet jeśli to jej mocny chwyt za ucho był solidną nauczką. Jednakże teraz nie było takiej potrzeby, pośród jej obecnych podopiecznych były głównie naturianki, a jak to dziewczyny, spokojne i grzeczne. Szczególnie dużo fellarianek i nimf, a nawet jedna driada i syrenki. Chłopcy byli głównie czarodziejami, drakonami, a nawet się trafił błogosławiony.
Tymczasem Ember miała wraz z Artemis urwanie głowy, w sierocińcu były nie tylko dzieciaki, które potrafiły już chodzić i mówić, ale też te całkiem małe, którymi dziewczyny musiały się teraz zająć. Arti lubiła pomagać fellariance, choć czasami miała też mnóstwo swoich innych zajęć, jak gotowanie posiłków, ogród i jeszcze nauczanie, mimo to postanowiła się poświęcać jeszcze bardziej.
Znacznie spokojniej było natomiast w sali Imeldy. Rysowała kredą na tablicy różne trójkąty, bo jej grupa właśnie wchodziła w temat dotyczący geometrii. Miała kilku zdolnych uczniów i uczennic, ale reszta była dość przeciętna i ta trudna dziedzina nauki była dla nich mordęgą, więc gdy tylko „pani koza”, jak ją często nazywali, odwracała się do tablicy, to ci korzystając z okazji, przymykali oczy. Wszędzie wokół szóstka wróżkowych sióstr latała sobie tu i ówdzie. Zajęcia zostały nieco rozbite, gdy tylko centaurzyca przyprowadziła kocich łobuziaków, ale Imelda z drobną pomocą wróżek opanowała dzieciaki i wróciła do zajęć.

- No dobrze, to kto mi powie, ile stopni otrzymamy sumując miary wszystkich kątów dowolnego trójkąta?

Nastała głucha cisza, każdy udawał, że patrzy w inną stronę albo pragnie z pomocą umysłu przywołać odpowiedź na pergamin przed nosem. Wtem rozległ się dźwięk dzwonka, którym potrząsała Łucja, chodząc po korytarzach, czas leciał szybko, każdy był zajęty swymi podopiecznymi tak bardzo, że nie zważał na upływ czasu. Ów dzwoneczek sygnalizował porę obiadową i zarazem koniec oficjalnych zajęć na dziś.
Dzieciaki wyleciały, niczym wystrzelone z procy, pędząc do jadalni, by jak najszybciej zjeść i móc się trochę pobawić przed odrabianiem lekcji. Teraz też wszyscy pracownicy mogli odetchnąć. Imelda postanowiła przejść się i zobaczyć co u nich słychać, jak to miała w zwyczaju. W końcu to nie tylko współpracownicy, ale jej przyjaciele. Po drodze trafiła na swoją… mocno naciągając znaczenie tego słowa, siostrę.

- Dzień dobry, Imelda… - powiedziała z pokorą i lekkim uśmiechem.
- Dzień dobry, Łucja – odrzekła oschle satyrka i ruszyła w głąb zamkowego korytarza, stukając kopytkami.
- Imelda poczekaj, proszę… - Wampirzyca podbiegła do niej i chwyciła za ramię.
- Czego chcesz? – Wyszarpnęła się i rozejrzała, czy aby na pewno dzieciaki ich nie obserwują.
- Ja wiem, że nie zasługuje na wybaczenie, ale chciałabym choć trochę ocieplić naszą relację… Może wieczorem posiedzimy przy filiżance herbaty, porozmawiamy…
- Naprawdę myślisz, że w jeden wieczór naprawisz całą wyrządzoną krzywdę?! – zapytała zbulwersowana Pelargonia, podlatując z groźną miną.
- Poza tym wciąż jest tu brudno, wszędzie jest kurz! – dodała Niezapominajka tykając z całych sił nieumarłą w nos.
Stokrotka i Fiołek siedziały na ramionach naturianki, natomiast Różyczka i Słonecznik wolały utrzymywać się w powietrzu obok Im, nie chciały wdawać się w dyskusję z Łucją.
- Chyba nie mamy o czym rozmawiać – stwierdziła satyrka i poszła dalej.

Łucja pozostawiona sama sobie z miotłą i dzwoneczkiem westchnęła z bólem serca, naprawdę żałowała i miała potworne wyrzuty sumienia. Bardzo tęskniła za czasami, gdy z Imeldą były sobie bliskie. Poszła kawałek za satyrką, która napotkała po drodze Ligię i Hathor z nimi umówiła się na babski wieczorek przy herbacie. To okropnie bolało wampirzą elfkę. Imelda wolała spędzić czas w towarzystwie jakiegoś gnijącego i śmierdzącego potwora oraz wiecznie wesołej, co było bardzo podejrzane, czarodziejce. Spiczastoucha podejrzewała, że ta pewnie bierze jakieś ziółka, po których ma tak dobry humor za każdym razem.
Naturianka nieświadoma, że była przez chwilę szpiegowana zeszła na dół, by odwiedzić Sugarro, chciała z nim pogadać, zapytać jak tam lekcje, jak dzieciaki, poradzić się może w sprawię Sanriny…
Schodząc, nuciła sobie delikatną, kojącą melodię, a po schodkach wręcz zeskakiwała, by kopyta wystukiwały w takt piosenki bez słów. Po drodze napotkała Atenę, która coś majstrowała przy jednym stopniu.

- Dzień dobry, Atena, co porabiasz?
- Centaury i ich kopyta… wyszczerbił się i trzeba poprawić, bo nam się dzieciaki pozabijają!
- Hmm, na moje oko nie jest tak źle…
- Cii! Cii! – uciszyła ją krasnoludka. – Wszystko musi być w najlepszym stanie, by zapewnić bezpieczeństwo naszym podopiecznym i dla mnie jest to żelazna zasada.
- Dobrze, dobrze – uśmiechnęła się i poszła dalej w towarzystwie dość milczących dziś wróżek, chichocząc pod nosem.

Gdy tylko zeszła na sam dół poprosiła swe skrzydlate towarzyszki, by zajęły się zwierzątkami, dając im subtelny znak, że chciałaby pogadać z centaurem sama. Gdy dziewczyny ruszyły w stronę chatki Aresa, Imelda poszła tam, gdzie przebywał Sugarro.

Awatar użytkownika
Sugarro
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 10 miesiące temu
Inne Postacie: Lullasy, Hyiaxinthe, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Rubedo
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sugarro » 8 miesiące temu

        Noc była niemal bezsenna dla Sugarro tak jak kilka poprzednich. Z początku myślał, że to jego organizm potrzebuje czasu, coby przyzwyczaić się do nowego miejsca. To by było zresztą logiczne - warunki, jakie zostały mu tutaj zaoferowane, przebijały wszystko, z czym dotychczas miał do czynienia. Ciepłe, wygodne oraz - co najważniejsze - ciche miejsce do spania wewnątrz stajni, która służyła sierocińcu, było aż zbyt wielką wygodą jednak, jak domyślał się centaur obecnie. Za każdym razem, gdy próbował spać, poczuć mógł ukłucie w klatce piersiowej, jakby krzyk chciał samoistnie wydrzeć się z jego piersi.

“I tak nie powinienem spać zbyt długo. Muszę przyzwyczaić się do długich czasów bez odpoczynku, inaczej te małe istotki mnie zgniotą swoją najwyraźniej nieskończoną ilością energii.”

        Nim jeszcze słońce pojawiło się na niebie, zaprzestał bezczynnego leżenia na swoim legowisku. Pozostawiając swoją zbroję w kącie miejsca, w którym spał, wyruszył na zewnątrz stajni, po czym rozpoczął obchód dookoła terenu, który to należał do Imeldy. Może to paranoja, ale miał wrażenie, że zemsta za jego czyny z chęcią spadłaby na miejsce, w którym obecnie przebywa i wszystkich tutejszych. W głębi duszy wiedział jednak, że robił to także, by ominąć najbardziej ruchliwą część poranka - moment kiedy wszyscy się budzą.

- Wdech, wydech. Wdech, wydech - powtarzał, gdy kończył obchód. Pierwsze promienie słońca przebijały się zza horyzontu, a tak samo, jak one rósł także gniew. A przynajmniej senność opadła na tyle, by ta emocja stała się uparcie odczuwalna dla kopytnego. To był wciąż jego problem, z którym nie mógł się poradzić, ale i tak było lepiej niż wcześniej. Sama myśl o dzieciach, które są ochraniane i karmione wewnątrz murów sierocińca, przydusiła bolesny ogień. - Dałeś radę do tej pory. Idzie ci świetnie. Pokaż im, co potrafi odrobina doświadczenia i centaurzej dyscypliny.

        Z tym nastawieniem zaczął szykować się do nadchodzącego dnia. Pierwszą rzeczą, jaką musiał załatwić, był porządny posiłek - Pomimo pracy nauczyciela starał się utrzymywać swoją tężyznę fizyczną, a to oznaczało wielki apetyt wywołany ogromną ilością wykorzystywanej energii. Spokojnym truchtem zaczął przechodzić przez drzwi, korytarze i pomieszczenia. Z początku był zagubiony i często dochodziło do sytuacji, iż wchodził do miejsc, które nie pozwalały mu na komfortowe przemieszczanie się z jego rozmiarami, teraz jednak zdołał zapamiętać najważniejsze przejścia, gdzie sufit jest wysoko, a ściany daleko od siebie ustawione, nic więc dziwnego, że przyszedł jako ostatnia osoba do stołówki jedynie pięć minut po swym poprzedniku.

- Artemis - wypowiedział imię kucharki, co było dla Sugarro równoznaczne z powitaniem. Starał się być miły, jednak wciąż nie ufał samemu sobie na tyle, by w pełni wyzwolić swoje emocje i z tego to powodu jego słowa miały tę nieprzyjemną oschłość, jakby zawsze rozmawiał z kimś obcym. - To co zwykle.

        Niedźwiedziołaczka przewróciła oczami. Do teraz nie potrafiła rozgryźć powodu, dla którego centaur chciał żywić się resztkami, jeśli takowe zostały. Z początku stawiała sprzeciw, jednak upartość centaura zdawała się nie do zagięcia. Nie wspominając o tym, że im dłużej się z nim rozmawia, tym coraz gorzej mu z oczu patrzyło. Dlatego też obecnie spełniała jego życzenie bez marudzenia - wszystko, co za resztki można było uznać, nakładała jemu. Dzisiaj akurat, tak jak to czasami bywało, nie było ich wystarczająco dużo, by odżywić w pełni ogromne cielsko naturianina, dlatego też naładowała mu mnóstwo kąsków i pyszności, które upichciła, a na których widok Sugarro krzywił się, jakby były co najmniej zatrute.

- Słowo daję, nie wiem, co za skrzywiony rodzaj dumy każe ci nie jeść tego, co dobre, ale jak tak dalej pójdzie, to uznam twoje zachowanie za obelgę, jakoby moje jedzenie było dobre tylko jako resztki! - Artemis musiała aż odezwać się w ramach reakcji na niezbyt przyjemne spojrzenie naturianina. Sugarro nie chciał robić sobie wrogów, nie tutaj, więc pochylił głowę w geście przeprosin. Niedźwiedziołaczka aż machnęła ręką w jego stronę. - No już już, bo zaraz się popłaczę. Idź jeść, nie mam do ciebie żalu. - Sugarro, z rękami mocno trzymającymi talerz, zaczął kierować się w stronę wyjścia, zawsze bowiem spożywał posiłek na zewnątrz. Gdy był poza zasięgiem wzroku, Artemis krzyknęła, niby do niego, ale jednak nie chciała, by to usłyszał. - Ale wyjaśnienie to mógłbyś kiedyś mi powiedzieć, byłoby miło!

        Przechodząc przez kolejne korytarze, mijał przeróżne młodociane istoty. Niektóre miały po kilka lat, inne może i nawet kilkanaście. Wszystkie gdzieś się śpieszyły, co oznaczało, że pierwsze zajęcia już się zaczynały. Uważając, by nikt nie został przez niego stratowany, a także odpowiadając skinieniem głowy na każde przywitanie ze strony młodzieży, w końcu przedostał się na zewnątrz budynku, coby skierować swój krok do stajni.

        Nawet nie zauważył, kiedy zjadł. Galopem odniósł talerz, po czym powrócił do swojego miejsca w stajni. W innej części już trwały pierwsze zajęcia, ale na szczęście nie zakłócał ich. Stajnia była ogromna, posiadała także liczne wejścia, zaś miejsce przydzielone centaurowi było tak na uboczu, jak to było możliwe. Może nie było przestronne, ale spełniało swoje zadanie. Głowę miał przejętą myślami o dzisiejszych zajęciach, które to prowadzi, a przed których początkiem miał jeszcze trochę czasu.

“Zajęcia Praktyczne z Życia i Przetrwania… Jak ja dałem się namówić na tą nazwę. Jest długa. Zbyt ogólna… Ale Imeldzie się podobała. Chyba nie umiem jej odmawiać.”

        Westchnął ciężko. Czy to była jakaś oznaka słabości? Czy może w końcu zachodzą w nim zmiany, które w przyszłości raz i dobrze ugaszą jego gniew? Ciężko było powiedzieć. Dlatego też, zamiast wciąż myśleć, przyodział zbroje. Miał chwilę dla siebie, a to oznaczało trening, a tylko ze zbroją na sobie czuł jakiekolwiek zmęczenie podczas dbania o kondycję swojego ciała. W przeciwnym wypadku mógłby pewnie obiec dookoła cały kontynent i nie poczuć po fakcie, że cokolwiek robił.

        Galopował, skakał i wykonywał inne ćwiczenia, które poznał jeszcze jako mały źrebak w klanie Szczęścia. Trochę to trwało, zanim jego ciało się zgrzało, ale kiedy w końcu do tego doszło, zauważył po pozycji słońca, iż czas jego zajęć jest tuż-tuż. Skorzystał z najbliższej dostępnej wody, do której to wszedł aż po szyje, coby ochłodzić swoje ciało, po czym wyszedł, otrzepując się z nadmiaru wody kilkoma gwałtownymi ruchami. Gdy upewnił się, że ocieka wodą w akceptowalnym stopniu, ruszył do miejsca zbiórki.

        Zajęcia Praktyczne z Życia i Przetrwania, czy jak to niektóre dzieciaki mówiły w skrócie, “Zajęcia Żyć i Przetrwać”, rzadko kiedy odbywały się w tym samym miejscu. Na poprzednich zajęciach Sugarro ogłaszał, gdzie odbędą się kolejne. W tym dniu zebranie miało miejsce niedaleko stajni. Były to zajęcia nieobowiązkowe dla młodszych, jednak starsza, bardziej dojrzała część młodzieży musiała na te zajęcia uczęszczać, jeśli nie było przeciwwskazań. Nic więc dziwnego, że grupa, która ustawiła się w szeregu przed odzianym wciąż w zbroję Sugarro to były w większości bardziej samodzielne dzieciaki, z nielicznymi młodszymi wplecionymi w szereg.

        Z początku budził głównie strach i trwogę. Jego zajęcia były niczym jakiś legendarny potwór - nikt prawie nie wiedział, co się na nich dzieje, więc wymyślają niestworzone rzeczy. Obecnie też tak było, jednak liczba odważnych osobników, jak i również tych, którzy mieli obowiązek się zjawić na zajęciach, była wystarczająco duża, by strach przerodził się w szacunek. Lekcje przypominały momentami szkolenie wojskowe - Instrukcja, próba wykonania instrukcji i ewentualne pouczenia czy poprawki. Widać było, że centaur stara się nie być zbyt ostrym dla podopiecznych, jednak musiał on także wywierać wystarczający nacisk, co by jego nauczanie zapadło im w pamięć. Nic więc dziwnego, że w wyniku prób zachowania tego delikatnego balansu opancerzony centaur mógł zdawać się surowy dla starszych i stanowczo zbyt opiekuńczy dla delikatniejszych.

- Na niedalekiej polanie, poza granicami sierocińca, nazbieraliśmy kamienie oraz większe kawałki drewna podczas poprzednich zajęć w ramach przyzwyczajania was do ciężarów, które życie może wam postawić na drodze. Było to przygotowanie do dzisiejszego dnia. Wyruszymy na polanę, po czym, po moim przykładzie, nauczycie się tworzyć bezpieczne ognisko. Bezpieczne, ponieważ ma ono nie sypać iskrami poza swoją strukturę. Ogień daje ciepło. Ciepło to życie. Ale to ciepło może równie dobrze życie odebrać. Poza tym jest na świecie wiele istot, które gotowe by były za wszelką cenę ukarać tych, którzy swoim brakiem ostrożności doprowadzili do tego, iż ogień strawił nikomu nic niewinną roślinność. Idziemy.

        Lekcja była więc jedną z tych nudniejszych. Raz na przykład Sugarro ściągnął zbroję i kazał podopiecznym zrobić wszystko, co w ich mocy, by powalić go na ziemię, w ramach nauki pracy zespołowej. Nie udało im się, jednak znaczna większość uznała to za świetną zabawę, a nawet wykorzystała okazję na to, by wspiąć się na grzbiet centaura. Takie lekcje były lubiane. Szykowanie ogniska jednak nie wydawało się tak interesujące. Centaur pokazał im zarys tego, jak ułożyć kamienie, po czym pozwolił młodym zająć się tym samodzielnie. Nie przeszkadzał im, jedynie przechodził obok każdego i bacznie obserwował. Dał im dosyć dużo czasu, może trochę za dużo, jednak jedna z osób - drobna syrena Tiana - bardzo powoli i ostrożnie układała kamienie oraz drewno tak, jakby nie chciała, by coś im się stało.

        Gdy wszyscy ukończyli zadanie, ogłosił przerwę. Odprowadził dzieci do terenu sierocińca, coby mogły spędzić czas z rówieśnikami, bądź odwiedzić inne lekcje, sam zaś powrócił do ognisk. Przy każdym przyklęknął, oglądając je z każdej strony. Chciał im z pomocą żywego ognia pokazać, jak się spisały, ale najpierw chciał się upewnić, iż nie spowoduje to katastrofy. Na całe szczęście wyłapał tylko dwa nieakceptowalne ogniska, co oznaczało, iż nie zabłyśnie w nich płomień, oraz że ich twórcy dostaną kazanie o tym, co zrobili źle.

        Po ciągnącej się przerwie - Sugarro był bardzo ostrożny w kwestii tego, by nie przemęczać młodocianych, więc przerwy u niego były niezwykle długie - nastąpił czas na powrót do zajęć. Powrócił na miejsce zbiórki, skąd zabrał podopiecznych z powrotem na polanę. Ku ciekawości uczniów, zabrał on ze sobą swoją lancę. Gdy dotarli, zaczął prezentować osiągnięcia każdej osoby. Dzieciom kazał trzymać się w bezpiecznej odległości, sam zaś stawał nad każdym ogniskiem, w które gwałtownie i z wielką siłą wbijał lancę między drewno. Uderzenie, jak i również tarcie drewna o metal, rozgrzewało końcówkę lancy do tego stopnia, iż snop iskier natychmiast budził płomienie do życia.

        Za każdym razem, gdy to zrobił przy nowym ognisku, komentował to, jak dobrze zostało ono wykonane oraz co można by było poprawić i dlaczego. Jak na ironię, ognisko młodej syrenki było niemal idealne, gdyby nie brać pod uwagę tego, że jego ułożenie trwało stanowczo za długo. Dwoje chłopców, nemorianin oraz minotaur, otrzymali zaś długą, długą litanię na temat tego, jak to cała okolica poszłaby z dymem, gdyby tylko jedna iskra spadła na ich ogniska. Zmusił ich do przyjrzenia się wszystkim pozostałym dziełom uczniów, co rzecz jasna, nie było zbyt interesujące.

        Lekcja zakończyła się upomnieniem, iż z ogniem nie ma żartów i żeby bez nadzoru nawet nie myśleli o jego wywołaniu. I choć zdawać się mogło, że zrobili niewiele, to jednak zdołali przez cały ten czas dotrwać do końca zajęć na całym terenie sierocińca. Odprowadził po raz ostatni dzieci na teren sierocińca, a te rozeszły się w swoją stronę. On sam zaś znów udał się nad wodę, tym razem jednak poszedł na skraj sierocińca, gdzie zapuszczał się ostatnimi czasy dosyć często po zajęciach, o czym Imelda dobrze wiedziała. Klęcząc, opłukiwał tam lancę z sadzy nagromadzonej od rozpalania kilkunastu ognisk. Robił to dosyć powolnie, aż odpływał myślami gdzieś daleko. Momentami sadza na lancy zaczynała przypominać czerwoną posokę.

- Nie cofnę tego. Wypominanie tego nic nie zmieni. - Skarcił sam siebie, daremnie. Krew dalej tam była, przynajmniej w jego głowie, aż czuł chęć, coby rzucić z całych sił lancą, tak daleko, jak tylko mógł. Wiedział jednak, iż to by nic nie dało.

Awatar użytkownika
Imelda
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 10 miesiące temu
Inne Postacie: Esmeralda , Sechmet , Luna, Antar, Rozalie, Aurea, Delia, Mari, Nadeya, Nimfea, Sakura, Imelda, Shirkhana, Anastasja, Xenja, Yrin, Zira
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Imelda » 8 miesiące temu

Imelda szła przy jeziorze, mijając pobliskie stajnie i zagrody, gdy porządnie się oddaliła, w końcu znalazła swojego przyjaciela.

- Sugarro! – zawołała i podbiegła do centaura, po czym go uściskała na powitanie, choć nawet w tej pozycji był strasznie wysoki i wcale nie było to łatwe. – Jak tam lekcje? – spytała. – Wyobraź sobie, że u mnie to kotołacze rodzeństwo nie zjawiło się na lekcji, dopiero później zostali przyprowadzeni… Na dodatek w kajetach reszty uczniów podstępnie dorysowywali trójkątom… oczy i kocie uszy, a nawet ogony… Straszne łobuziaki. Naprawdę już nie wiem, co mogłoby ich nauczyć nieco ogłady.

Gadali tak dłuższy czas o dzieciakach, o lekcjach, aż w końcu temat drastycznie się zmienił.

- Natknęłam się dziś na Łucję… Chciała mnie zaprosić na herbatę, spróbować odbudować więź, jaką miałyśmy ze sobą… Odmówiłam, może zbyt impulsywnie, sama nie wiem… Wciąż czuje ten ból i krzywda, jaką mi wyrządziła, wciąż jest dla mnie tak świeża, jednocześnie jednak chciałabym mieć znów siostrę, ale po prostu nie potrafię tak po prostu jej wybaczyć – westchnęła, siadając obok naturianina tak, że oparła się o jego koński tułów.

Nie wiedzieli, że w tym czasie drobna nordka siedzi w krzakach i szkicuje, uwieczniając ich na papierze. Miała na imię Kelly, rysunek to była jej pasja, jednakże bardzo lubiła rysować pracowników sierocińca, przez co wstydziła się tym chwalić komukolwiek, ponadto nie uważała wcale, że ładnie rysuje, choć miała ogromny talent. Stroniła od reszty, zagłębiając się w tworzenie sztuki.
Tymczasem Ares właśnie karmił zwierzęta z pomocą Posejdona, który przybrał ludzką postać. Musieli się też uporać z wróżkami Imeldy, które były dosyć… irytujące momentami.

- Oh! Ares, Ares! Powiedz mi czy skoro jesteś kotołakiem, to dobrze dogadujesz się z kotami i innymi kotowatymi? – spytała bardzo zaciekawiona Słonecznik. – O! O! I czy boisz się psów?!
- Słuchaj…em… Mlecz, właśnie idę nakarmić młodego wilka, to chyba ostateczny dowód, że żadne zwierzęta mi niestraszne… Nawet psy i z każdymi mam taki sam kontakt, pomijając kwestię osobniczych charakterów.
- MLECZ?! – krzyknęła. – Jestem SŁONECZNIK! Jak możesz tego nie pamiętać! Nie zostałam nazwana po jakimś…byle zielsku! To oburzające!

Zmiennokształtny przewrócił oczami i zajął się swoją robotą, Posejdon jedynie zachichotał pod nosem.

- Stokrotko, choć tutaj, nakarmisz ptaszki. – Zmiennokształtny zawołał jedyną wróżkę, która zamiast przeszkadzać, zwykle była bardzo pomocna i na całe szczęście nie świergoliła bez przerwy tym swoim cieniutkim głosikiem.
- To oburzające, jej imię to pamiętasz! – Zdenerwowała się blondynka, kotołak westchnął ciężko. Naprawdę nie chciało mu się tłumaczyć, że Stokrotka częściej do niego przychodzi i pomaga, więc zdążył się nauczyć, choć na początku często nazywał ją z jakiegoś powodu paprotką.

Korzystając z zamieszania, Malwa próbowała wpuścić lisy do zagrody z kurami, w porę jednak złapał ją tryton, bo inaczej drobny kurnik stałby się jeszcze uboższy.

- Co ty wyprawiasz Malwa?
- Hihihih, chciałam, no wiesz… Zapewnić kurkom trochę ruchu, ciągle tylko siedzą na tych gniazdach i siedzą i są z nich grube kwoki!
- Malwa… Przecież liski jeszcze nie dostały swojej porcji, pożarłyby jedną czy dwie w najlepszym wypadku…
- Oj tam, oj tam… Nie umiesz się bawić – prychnęła niezadowolona. – A teraz puszczaj mnie, już nie będę rozrabiać… - powiedziała bardzo niezadowolona, ale przynajmniej łatwo było poznać po tym, iż naprawdę nic nie wykręci, co najwyżej będzie siedzieć gdzieś obrażona.
- Dobrze… - tryton ostrożnie ją puścił, a ta poleciała na dach stajni i sobie na nim usiadła, obserwując wszystko z góry.

Fiołek nie bardzo wiedziała, co ma zrobić, więc po prostu dołączyła do Stokrotki, pomagając jej nakarmić najróżniejsze ptaki ziarnami, Ares miał tu nawet piękne, kolorowe papugi.

- Oh, okropnie tu cuchnie! – narzekała Niezapominajka.
- Czego ty się spodziewała przy tylu zwierzętach? – Posejdon w przeciwieństwie do Aresa miał jeszcze siłę wchodzić w dyskusje z wróżką czyścioszką.
- Że te zwierzęta, no nie wiem, jakoś myć będziecie… To jest nie do zniesienia, obrzydliwość!
- Nikt inny jakoś nie narzeka tak jak ty… - stwierdził bezradny tryton.
- Ty się lepiej sama umyj – dogadał złośliwie kotołak.
- TY…! Poskarżę się Imeldzie! – Zatrzepotała skrzydłami i już chciała pędzić do satyrki, ale zatrzymała ją Pelargonia. – Przepuść mnie! Ona musi mu dać popalić!
- Niezapominajka, daj jej trochę spokoju, poza tym on nie powiedział nic złego…
- Kazał mi się umyć…a… - Dopiero teraz dotarło do niebieskiej wróżki absurdalność jej złości, przecież ona się myła, kilka razy dziennie i bardzo chętnie zrobiłaby to jeszcze raz. – No dobra… - Na jej policzkach pojawił się czerwony rumieniec zawstydzenia swoim brakiem pomyślunku.

Pelargonia odetchnęła z ulgą i latała od jednej siostry do drugiej, sprawdzając, czy wszystko w porządku, bardzo się o nie bała. Była obarczona ogromną odpowiedzialnością, pięć sióstr i musiała uważać, by nic im się nie stało, a już raz zawiodła i nie miała zamiaru po raz drugi.

W pałacu natomiast Ember i Artemis przybiły sobie cichą piątkę, w końcu udało im się położyć spać maluchy, dobrze, że nie było ich tak dużo, ale, jak tylko jeden zaczynał płakać, następował efekt domino, co było niezwykle męczące. Niedźwiedziołaczka zadowolona pobiegła do swojego ogródka, by zająć się jego pielęgnacją i ewentualnym nazbieraniem nieco owoców i warzyw.
Fellarianka zaś nigdzie się nie wybierała, jej gabinet był tuż obok komnaty, gdzie najmłodsi mieszkańcy sierocińca przebywali. Na szczęście dzieliła je gruba ściana i w razie jakiejś kontuzji u starszych i wrzasków raczej nie dotarłyby do maleństw i nie spowodowały gwałtownej pobudki. Ów pomieszczenia znajdowały się zresztą w jednej z tych części pałacu, które były po części odseparowane i przypominały rozsiane gęsto kapliczki. Dzięki temu żaden okropny hałas tu nie docierał i było bardzo spokojnie i bezpiecznie, szczególnie przed wybrykami kocich trojaczków. Aczkolwiek gdy tylko Ember wychodziła, to usilnie próbowali spłatać jej jakieś figle. Obecnie jednak wyszła tylko przed ów kapliczkę i poleciała na jej dach, na którym sobie przycupnęła. To był dosyć gorący dzień, a wietrzyk niósł kropelki wody z wodospadu, co przyjemnie chłodziło, dlatego naturianka lubiła tu przesiadywać.

Tymczasem wampirzyca miała mnóstwo sprzątania na głowie szczególnie w pracowni Sobka. Przeraziła się, tu ciągle coś wybuchało, ale zawsze miała wrażenie, że jest jeszcze gorzej niż poprzednio.

- Rety… Co tu się stało?
- He, he, drobny wybuch. – Uśmiechnął się jaszczur, nieco zawstydzony. – Nie mów Imeldzie, wściekłaby się, że zagrażam dzieciakom, a to był naprawdę niegroźny wybuch… choć bałagan narobił jeszcze gorszy niż te groźniejsze…
- Nie ma sprawy, ona i tak nie chce ze mną rozmawiać – westchnęła rudowłosa.
- Umm… Przykro mi, ja muszę już lecieć… obiecałem Atenie coś do utwardzenia schodów, taki magiczny specyficzek… Do zobaczenia – Smokołak ulotnił się jak najszybciej, nikt, a przynajmniej znaczna większość nie chciała się mieszać w sprawy, które wydarzyły się między dziewczynami w przeszłości.
- Jak zwykle… - dodała spiczastoucha pod nosem, czuła się tu strasznie samotna, albo patrzono na nią nienawistnie, albo nie chciano rozmawiać, albo ignorowano. Przynajmniej miała dach nad głową i świeżego jedzenia pod dostatkiem. To było i tak dużo, jak na jej przewinienia.

Oddała się sprzątaniu, musiała umyć podłogę, ławki i ściany, wszystko było osmalone. Na dodatek wszędzie walały się jakieś śmieci i drobinki niewiadomego pochodzenia, więc trzeba było też pozamiatać. Dziś naprawdę nie miała ochoty nic robić, ale musiała, bo inaczej zostałaby wyrzucona na bruk, a kto by pomógł komuś takiemu jak ona? Wtem na korytarzu zrobiło się jakoś głośno, dzieciaki przyszły się czemuś przyjrzeć i wyraźnie słychać było głosy Ligii oraz Hathor. Rudowłosa ostrożnie wychyliła się z sali i próbowała cokolwiek dojrzeć.
Do sierocińca przybył jakiś mężczyzna, który pragnął uczyć dzieciaki. Czarodziejka była zafascynowana, w końcu on sam już na wstępie ujawnił swoją przynależność do tej samej rasy co dziewczyna.

- Proszę za mną, Ligia za chwilę sprowadzi Imeldę i ona ostatecznie zadecyduje o pana przyjęciu. O, to właśnie Ligia. – Wskazała na nią pradawna.
- Miło mi – powiedziała z lekkim uśmiechem.
- Mi również, widzę, same piękności tu pracują. – Wyciągnął ku niej dłoń, co kompletnie zaskoczyło nieumarłą, była lichem, zwykle nie chciano jej podawać ręki, a nazywać pięknością… No po prostu nie mogła uwierzyć w to, co słyszy i widzi.
- To… To ja lecę po Imeldę… - powiedziała, z trudem odrywając wzrok od czarującego mężczyzny.
- Obrzydliwość… - prychnęła pod nosem Łucja, widząc, jak ten nieznajomy podrywał Ligię, przecież to były chodzące zwłoki… Nie podobał jej się ten facet i miała nadzieję, że Imelda też to dostrzeże, że coś jest z nim nie tak. Sama oczywiście nie mogła nic powiedzieć, nikt by jej nie wysłuchał.

Sugarro i Imelda mieli jeszcze chwilę spokoju na pogawędkę, nim dotarła do nich Ligia.

- Niedługo trzeba będzie się wybrać do miasta na zakupy, czy mogę na ciebie liczyć jak zwykle? – uśmiechnęła się prosząco. – Przydałoby się kupić jakieś materiały do nauki, no i ubrania, dzieciaki tak szybko rosną… - westchnęła po części radośnie, po części z żalem.
- IMELDA! – rozległo się wołanie nieumarłej.
- Ligia! – Satyrka jej pomachała.
- Imelda, choć szybko do pałacu, ty też Sugarro, przyszedł pewien czarodziej, chce tu uczyć… No musicie go zobaczyć!
- Ale przecież jest nas dosyć dużo…
- Najpierw go zobacz, potem ocenisz, jest naprawdę… czarujący – westchnęła i złapała Im za rękę, pomagając jej wstać.
- Aż tak? – zachichotała. – No dobra, podrzucisz nas? – Nawet niespecjalnie czekała na odpowiedź i wraz z lichką wsiadły na grzbiet centaura.

Gdy w końcu dotarli, tajemniczy mężczyzna uśmiechnął się ciepło, ciężko było nie obdarzyć go sympatią. Miał dość długą brodę sięgającą do brzucha i ogólnie wyglądał na starego, pewnie miał na karku kilka wieków.

- Ah! Sławna Imelda, jakże cieszy mnie możliwość poznania pani – Ukłonił się jej oraz wyciągnął dłoń ku Sugarro. – A pan to pewnie równie znany zastępca, pan Sugarro? Jakże wielką radość sprawiłaby mi możliwość uczenia przebywających tu dzieciaczków, a nawet jeśli nie mógłbym się przydać w roli nauczyciela, umiem wiele, przeszedłem wiele, więc w każdej sytuacji mogę się odnaleźć.
- Ojej, to wspaniała oferta, ale mamy już komplet w naszym gronie i…
- Jeśli można! – odezwała się Hathor. – W sumie moglibyśmy miłego pana przyjąć na czas próbny, myślę, że dodatkowa pomoc przy naszych najmłodszych podopiecznych mogłaby się przydać, ostatnio Ember i Artemis są bardzo zapracowane…
- W sumie to bardzo dobry pomysł, czy pan…
- Ah, tak byłem zafascynowany spotkaniem was tutaj… Zwę się Antonio Rin.
- A więc, panie Rin, czy pasowałoby panu opieka nad maluchami na okresie próbnym?
- Oczywiście, będę dbał o nie jak o własne z ręką na sercu!
- W takim razie… zgoda. – Podała mu dłoń i oficjalnie został przyjęty na pewien czas, choć Imelda miała dobre przeczucia co do niego, wyglądał na godnego zaufania. – Hathor, Ligia, oprowadzicie pana Rina?
- Tak jest – odpowiedziały zgodnie i natychmiast zaczęły opowiadać na przemian o dzieciakach, innych pracownikach i ogólnie całym pałacu.

Imelda zachichotała, straszne gaduły. Wtem złapała się za głowę, całkiem zapomniała, wróżki pewnie już nieźle dały w kość chłopakom, ale… Miała przyjść pewna para pragnąca adoptować dziecko.

- Skleroza nie boli! Rety, Sugarro, muszę polecieć po Kelly, zostań tu i jakby przyszli to powiedz, że za chwilkę będziemy! – krzyknęła, biegnąc ile sił w kopytkach do wszystkich komnat, by znaleźć młodą krasnoludzice.

Naturianka pytała dzieciaki, innych pracowników, których napotkała i nikt nic nie wiedział, najpewniej w pałacu jej nie było. Pobiegła więc do schodków przy wodospadzie, Atena chwilowo zniknęła, prawdopodobnie poszła do Sobka po utwardzający specyfik i musiała dokładnie wypytać o jego stosowanie, działanie i czy aby na pewno nie wybuchnie.
Naturianka przebiegła między zagrodami i stajniami. Zauważyły ją wróżki i jak na komendę wszystkie się zerwały i poleciały za nią.

- Imelda! Imelda! Co się stało? – zawołała Pelargonia.
- Muszę znaleźć Kelly, zaraz ma przyjść para, która chce ją adoptować.
- Ja widziałam Kelly… - odezwała się nieśmiało Fiołek.
- Gdzie?
- Szła za tobą i Sugarro, chyba chciała was namalować…
- Namalować? – zdziwiła się satyrka.
- Tak, ona bardzo lubi malować nauczycieli i opiekunów i ma wielki talent – zachwyciła się fioletowa wróżka.
- Czyli może jeszcze siedzieć gdzieś w krzakach… Dobra, rozdzielcie się i poszukajcie jej, może szybciej na nią trafimy.

Dziewczyny przeczesywały zarośla w pobliżu jeziora, satyrka była coraz bardziej podenerwowana, gdy nagle Słonecznik krzyknęła, że ją znalazła. Krasnoludzica smacznie drzemała sobie na trawie, a obok niej był szkicownik z rysunkiem przedstawiającym Im oraz Suga.

- Ohh… - wzruszyła się białowłosa, aż żal jej było budzić młodą. – Kelly… Kelly wstawaj, za chwilę trafisz do nowego domu…
- Hmm…? O…OH! – Wystraszyła się i chwyciła swoje rysunki, przytulając do siebie, miała wielki rumieniec na twarzy, nie sądziła, że ktoś, kogo rysowała przyłapie ją na tym.
- Spokojnie, nikomu nie powiemy, chodź z nami. – Pomogła jej wstać i trzymając za rączkę, ruszyła do pałacu wraz z wróżkami.

Tam już czekali mili państwo Drelowie, było to mieszane małżeństwo, ona była krasnoludzicą, całkiem wysoką jak na swoją rasę, a on był typowym przedstawicielem górskich elfów. Wróżki wolały obserwować te piękne zjawisko adopcji z ukrycia, by nie wywoływać sztucznego tłumu, więc ulokowały się gdzieś przy suficie.
Przyszli rodzice już czekali w towarzystwie centaura, prawdopodobnie ich jakoś zagadywał, w każdym razie nie wyglądali na zniecierpliwionych.

- Pani Kozo… - wydukała dziewczynka.
- Tak Kelly?
- Boję się, czy oni mnie polubią?
- Przecież już z nimi rozmawiałaś, mówiłaś, że wszystko było w porządku.
- No tak, ale…
- Posłuchaj Kelly, oni naprawdę chcą, byś dołączyła do ich rodziny, na pewno wszystko będzie dobrze i zanim się obejrzysz, będziesz mówić na nich „mama” i „tata”.
- A jeśli coś złego się stanie…?
- Kochanie, nie bój się, będzie dobrze, a przecież zawsze możesz nas odwiedzić i w razie czego pomożemy ci. – Przytuliła krasnoludzicę.
- Dziękuję… - uśmiechnęła się i już odważniej ruszyła w stronę swych nowych rodziców.
- Kelly – dorosła nordka powitała ją czule, podobnie jej mąż – tak bardzo się cieszymy, że będziesz członkiem naszej rodziny.
- J… Ja też – powiedziała nieśmiało, ale szczerze.
- Dziękujemy pani Imeldo, możemy obiecać, że będzie jej się żyło nawet lepiej niż w tym przepięknym pałacu – powiedział spiczastouchy, na co Imelda skinęła głową.

Łucja przyniosła kuferek z rzeczami dziewczynki, nic nie mówiła. Nowi rodzice młodej wzięli jej rzeczy i pożegnawszy się z Imeldą oraz Sugarro, wampirzycy praktycznie nie spostrzegli, ruszyli do wyjścia. Kelly jeszcze podbiegła do satyrki i wręczyła jej swój rysownik.

- To żeby pani mnie nie zapomniała – powiedziała zarumieniona, po czym pobiegła do elfa i nordki, machając naturiance, która również jej odmachała. Była wzruszona tym prezentem.

Cieszyło ją, gdy podopieczni znajdywali nowe domy, choć było to również bardzo bolesne, w końcu do każdego dziecka naturianka się przywiązywała, każde było na swój sposób wyjątkowe. Miała już gotowy portret krasnoludki, jednakże to, że oddała jej swój rysownik, było niezwykle uroczym prezentem. Postanowiła go przejrzeć na spokojnie wieczorem, ale szkic przedstawiający ją i centaura musiała pokazać Sugarro, to było naprawdę śliczne.

Awatar użytkownika
Sugarro
Zbłąkana Dusza
Posty: 3
Rejestracja: 10 miesiące temu
Inne Postacie: Lullasy, Hyiaxinthe, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Rubedo
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Sugarro » 6 miesiące temu

        Przybycie Imeldy było miłe, choć dosyć spodziewane. Satyrka zdawała się niezdolna do opanowania swej potrzeby plotkowania z centaurem o tym, co się działo i dzieje na terenie sierocińca. Sugarro nie narzekał, wręcz przeciwnie - to było dla niego niczym powiew morskiej bryzy, która koiła jego myśli. Nie miał wręcz czasu zamartwiać się przeszłością, gdy teraźniejszość przychodziła go uściskać i pogadać, o czym tylko się da. Nic więc dziwnego, że delikatny uśmiech malował się na jego twarzy, choć ten zauważyć można było, dopiero gdy ściągnął z głowy swój hełm, co zresztą zrobił tuż po tym, gdy naturianka przestała go obejmować.

- U mnie było spokojnie. Pokazywałem im jak zrobić ognisko i nie spalić przy okazji lasu. Dwoje starszych ma wiele do nadrobienia, ale jedna dziewczynka ułożyła kamienie i drewno tak starannie, że równie dobrze mógłbym się zachwycać nad tym, jak ładne to było ognisko, zamiast tego, że było perfekcyjnie bezpieczne - odezwał się, gdy tylko Imelda skończyła przemawiać. - Co do rozrabiaków, daj im czas, jeśli się sami z czasem nie poprawią, to ja o to zadbam, gdy będą mieli obowiązek chodzić na moje zajęcia. Możesz na mnie liczyć w kwestii wychowania niesfornych nicponiów.

        Rozmowa toczyła się dalej, głównie o innych uczniach i zajęciach. Z początku centaur jeszcze skupiony był na lancy, ale sam nie zauważył, kiedy odstawił ją na bok, obok hełmu, co by poświęcić całą uwagę swojej rozmówczyni. W końcu jednak temat stał się nieco mniej… przyjemny dla naturianki.

- Nie jestem dobrą osobą, by udzielać ci rad w sprawie kontaktów z innymi - powiedział od razu, ale szybko dodał kolejne słowa, co by Imelda nie uznała tego za obrazę. - Mogę ci tylko poradzić jedno… Emocje to zły przewodnik życia, szczególnie gdy chodzi o te negatywne. Spróbuj wyciszyć się i przemyśl jej ofertę. I najważniejsze, daj jej szansę. Jeśli tego nie zrobisz, możesz żałować tego, co nastąpi później - mówił, opierając się na własnych doświadczeniach. Przekładając swoje życiowe błędy na sprawę Imeldy, miał nadzieje, że to, co powiedział, jest wartościową informacją na drodze życiowej.

        Chwilę siedzieli w ciszy po tym, głównie Imelda zastanawiała się pewnie nad słowami swego towarzysza, Sugarro nie chciał zaś jej przeszkadzać, więc także milczał, przynajmniej do czasu aż kopytna nie zmieniła tematu.

- Jak najbardziej jest chętny pomóc. Dobrze wiesz, że mógłbym pół sierocińca na plecach wynieść i nie zauważyć, zwykłe zakupy to nawet nie jest przysługa z mojej strony. - Uśmiechnął się w jej stronę, trochę z racji bycia miłym, trochę z faktu tego, co wygadywał, starał się bowiem być zabawny.

        Uśmiech uległ jednak zdziwieniu, kiedy dotarły do nich wieści niesione przez Ligię. Bez chwili zwłoki skinieniem głowy zgodził się na bycie wierzchowcem obydwu kobiet, po czym ruszył do miejsca, które wskazała liszka. Był szczerze ciekawy tego nowego potencjalnego nauczyciela oraz jego motywów. Może to ktoś z równie trudną przeszłością co centaur?

        To, kogo zastali, było doprawdy fascynujące dla Sugarro. Nigdy nie miał okazji zobaczyć kogoś o tak… stereotypowym wyglądzie czarodzieja, a już na pewno nie spodziewał się kogoś tak kulturalnego.

- Nie wiedziałem, że jakimś cudem stałem się znany poza murami tego miejsca… - przyznał naturianin, nie spodziewając się takiego przywitania. - Miło mi pana poznać.

        Z uśmiechem patrzył, jak nowo poznany czarodziej został zabrany na przechadzkę i oprowadzanie po tym jakże wspaniałym miejscu. I uśmiechu tego nie zdołała złamać nawet nagła panika Imeldy.

- Idź, nie śpiesz się, wszystko będzie dobrze, ja dzielnie poczekam i jakby co postaram się, by wszystko poszło dobrze.

        Imelda wybiegła na poszukiwania, a on został… sam. Odetchnął mocniej, nie martwił się jednak. Ostatnimi czasy gniew był niemal zawsze pod kontrolą, jeśli w ogóle czuł go w sobie. Zazwyczaj ten był zagłuszany przez dzieciaki, którymi się zajmował, bądź dla których prowadził zajęcia.

“No nic, nic się nie dzieje. Jest dobrze i to się liczy”

        O dziwo, niemal chwilę po tym, jak ta myśl przeszła mu przez głowę, państwo Drelowie przybyli i już od progu wypytywali się o to, gdzie ta przeurocza kruszynka, której nie mogą się oprzeć. Sugarro przekazał im, iż już jest w drodze, a w międzyczasie zachęcił ich do tego, by opowiedzieli mu o tym, jak się czują w związku z tym. Sam centaur nie był dobrym rozmówcą, ale słuchacz był z niego nienaganny, dzięki temu całe czekanie zleciało krasnoludzicy niemogącej zaprzestać zachwycać się nadchodzącą córeczką.

        Sam fakt przekazania dziewczynki był niezwykle uroczy i emocjonalny, nawet dla Sugarro, który mógł przysiąc, że nigdy nie czuł się tak spokojny, jak teraz. Nic więc dziwnego, że gdy wieczorem okazało się, że Imelda chce mu coś pokazać, to też bez chwili namysłu udał się do jej lokum, do którego wszedł z lekkim trudem, gdyż samo wejście raczej nie było przystosowane do kogoś z jego gabarytami.

- No, przyznaj się, co tam masz, że aż mnie tu zaciągnęłaś? - spytał, a humor wciąż mu dopisywał po dzisiejszym dniu, co było widać, gdyż na spotkanie przyszedł bez zbroi, którą nosił zawsze na bardziej “oficjalne” spotkania.

Awatar użytkownika
Imelda
Zbłąkana Dusza
Posty: 7
Rejestracja: 10 miesiące temu
Inne Postacie: Esmeralda , Sechmet , Luna, Antar, Rozalie, Aurea, Delia, Mari, Nadeya, Nimfea, Sakura, Imelda, Shirkhana, Anastasja, Xenja, Yrin, Zira
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Imelda » 4 miesiące temu

- Dziewczynki zwykle są pilniejsze i staranniejsze od chłopców – zachichotała. – Nie wątpię Sugarro, kto jak kto, ale ty to potrafisz utrzymać wojskową wręcz dyscyplinę. Na razie jednak będziemy próbować bardziej po dobroci. Ale dziękuję – uśmiechnęła się do centaura.

Uśmiech satyrki zniknął, gdy temat obrał kurs na jej przybraną siostrę. To był naprawdę trudny temat, ale któż inny miałby ją wysłuchać i wspomóc radą niż najlepszy przyjaciel?
Naturianin wprawdzie twierdził, że nie nadaje się do takich rzeczy, ale mimo to dał jej rade i to bardzo wartościową. Miał dużo racji, sama wpajała dzieciom wartości i kazała dążyć do zgody i przebaczenia przy kłótniach, a sama… Wprawdzie Łucja zrobiła jej naprawdę wielką krzywdę, ale to było już dawno, może faktycznie nadszedł moment pojednania? Szaroskóra w głębi duszy tęskniła za elfką, za ich siostrzaną relacją, tylko czy będzie w stanie spojrzeć jej w oczy i szczerze przebaczyć? W głowie kłębiło jej się tysiące wymówek i usprawiedliwień, dlaczego nie może jednak się dziś spotkać ze spiczastouchą, ale z determinacją je odganiała, już zadecydowała. Jeszcze będzie musiała odmówić herbatki z resztą koleżanek, miała tylko nadzieję, że naprawdę nie pożałuje tej decyzji.
Nie chciała więcej rozważać tego w głowie, jeszcze by się rozmyśliła, na myśl więc przyszyły jej przyziemne tematy dotyczące spraw sierocińca.
Imelda zachichotała, słysząc odpowiedź centaura na jej prośbę. Rozmowa pewnie by trwała albo faktycznie ruszyliby już teraz do miasta, ale przerwało im nadejście Ligii z informacją o czarodzieju. Satyrka była bardzo ciekawa, co w nim takiego czarującego. W każdym razie dosiadły naturianina. Pierwsza wsiadała Ligia z drobną pomocą Imeldy, która obawiała się o stan rozkładającego się ciała przyjaciółki, czasem miała wrażenie, że nieumarła może się dosłownie rozsypać i to ją przerażało, ale wolała nie straszyć liszki swoimi przypuszczeniami. Ona i tak nie przepadała za gadaniem o tym.
Gdy satyrka wsiadła, ruszyli galopem. Dotarli w ten sposób bardzo szybko i spotkali mężczyznę o wyglądzie stereotypowego czarodzieja. Był bardzo dobrze wychowany, co spodobało się satyrce no i uznała go za całkiem sympatycznego.

- Ależ oczywiście panie Sugarro, sierociniec i jego kadra staje się coraz bardziej znany w coraz dalszych zakątkach Alaranii, wiele o was słyszałem, co prawda niektórym nie podoba się, że akceptujecie tu wszelkie rasy, ale poza tymi nietolerancyjnymi opiniami słyszałem tylko same najlepsze – mówił z prawdziwym zafascynowaniem czarodziej.

Białowłosej rogaczce aż serce rosło, słysząc to, że cieszą się tak dobrą sławą, aczkolwiek z drugiej strony wiedziała, że może ona także oznaczać kłopoty z tymi, którzy nieszczególnie akceptują istnienie nieludzi.
Imelda jednakże nie planowała przyjmować nikogo więcej do ich grona nauczycielskiego i wychowawczego, ale skoro Hathor stwierdziła, że będzie to dobry pomysł, satyrka postanowiła jej zaufać i dać szansę panu Antonio. Poprosiła więc koleżanki, by go oprowadziły.
Sama jednak zdała sobie właśnie sprawa, że na śmierć o czymś zapomniała i nie tylko o jednym czymś. Wróżki i adopcja, aż zbladła od stresu. Najpierw jednak musiała znaleźć młoda krasnoludzicę i to najlepiej w minutę, dwie. Dobrze, że Sugarro zawsze służył jej wsparciem.
Po drodze na szczęście spotkała swoje skrzydlate towarzyszki, które pomogły jej znaleźć Kelly, którą jednak trzeba było nieco uspokoić. To było naturalne dla dzieciaków, adopcja je stresowała, niektóre bały się, jak to będzie mieć rodziców, inne zaś przerażała wizja ponownego porzucenia. Mimo iż czas naglił Imelda, nie miała serca, by to zignorować i ucięła sobie z nordką krótką rozmowę, po czym szybko pobiegły spotkać państwo Derylów.
W tym czasie byli oni zagadywani przez Sugarro, uśmiechnęli się, słysząc jego pytanie.

- Jesteśmy nieco zdenerwowani, ale szczęśliwi – stwierdziła krasnoludzica.
- Nasze rodziny nie są zbyt przychylne naszemu związkowi, pewnie też będą niepocieszeni adopcją, ale naprawdę pragniemy mieć dziecko. A Kelly to wspaniała dziewczynka – wyjaśnił elf.
- Może za jakiś czas, jeśli wszystko będzie w porządku, ponownie was odwiedzimy – uśmiechnęła się, niska kobieta, tuląc swego ukochanego.
- Zawsze marzyliśmy o dziewczynce i chłopczyku, na razie jednak chcemy, by Kelly całkowicie nas zaakceptowała, zdajemy sobie sprawę, że to trudne – stwierdził spiczastouchy.

Chwilę jeszcze pogadali, wciąż wracając do tego, jak bardzo są szczęśliwi, że nawet nie zauważyli, jak czas mijał i Imelda wróciła z ich córeczką. Satyrka skutecznie ukrywała łzy napływające jej do oczu. I jeszcze ten cudowny prezent od młodej, kochała takie chwile. Wróżki, które zawisły w powietrzu wokół satyrki również były bardzo wzruszone.
W tym samym czasie liszka i czarodziejka oprowadzały pradawnego, postanowiły przedstawić mu resztę pracowników. Najpierw zawędrowały nad jezioro, gdzie pływał Posejdon i do Aresa czuwającego nad zwierzętami. Antonio pochwalał, że dzieciaki mogą mieć z nimi kontakt i zachwycał się krajobrazem, a także jego dopasowaniem dla praktycznie każdej rasy, przy czym miał na myśli głównie jezioro. Był naprawdę miły, podpowiedział nawet Sobkowi przepis na pewną substancję, która niweluje możliwość wybuchu. Atena także od razu go polubiła, wyraził ochotę na krasnoludzkie piwo. Powoli kierowali się do maluchów, przy których czuwały Ember i Artemis, tam też go miały zostawić i niedźwiedziołaczka z fellarianką powinny go wtajemniczyć co i jak jednakże natknęli się na Łucję.

- To nasza sprzątaczka, Łucja – powiedziała od niechcenia Ligia.
- Piękna jak wy wszystkie – uśmiechnął się do niej. – Sądząc po uszach, elfka? – zapytał, pytanie o rasę nie było niczym dziwnym w tym miejscu.
- Wampirzyca – odburknęła nieumarła, kompletnie nieoczarowana pradawnym.
- Chodźmy dalej – zaproponowała Hathor i tak też zrobili.

Szybko dotarli to ich pierwotnego celu, gdzie zmiennokształtna i naturianka zaczęły opowiadać Antonio jak zajmować się maluszkami, poszczególnych ras.

- Centaury strasznie szybko zaczynają chodzić, trzeba mieć oczy dookoła głowy, bardzo lubią wierzgać kopytami, więc nie może być w pobliżu nic, co może się stłuc lub zepsuć od takiego kopnięcia – zaczęła skrzydlata. – Z elfikami i mieszańcami jak błogosławieni czy dhampiry jest praktycznie jak z ludźmi, tu nie ma zbyt wielu niespodzianek.
- Niektóre maluchy z ras posługujących się magią czasami wykazują umiejętności magiczne już w tym wieku i używają, je podświadomie co może sprawiać kłopoty, ale myślę, że dla czarodzieja to nie będzie problem – dodała z uśmiechem blondynka, po czym lekko się zarumieniła, bo dotarło do niej, że ostrzegła czarodzieja przed między innymi czarodziejskimi maluchami.
- Ależ oczywiście, opowiedzcie mi coś jeszcze drogie panie. – Obdarował je sympatycznym uśmiechem, a na jego twarzy malowała się chęć poznania wszystkich szczegółów na temat nieludzkich dzieci. Nie wytknął Arti gafy, za co była mu niezmiernie wdzięczna i zaczęła mówić dalej, na zmianę z fellarianką.

Czas mijał nieubłaganie, Imelda kręciła się po zamku, wraz z gromadką skrzydlatych naturianek zaglądając do komnat dzieci, czy wszystko jest w porządku, odwlekała nieco moment, który miał nastąpić, musiała odwołać wieczorek z liszką i czarodziejką, niestety chyba los nawet chciał, by ona i Łucja pogrzebały topór wojenny, bo właśnie natknęła się na przyjaciółki.

- Jak tam Imelda? Kelly miała dziś adopcję prawda? – spytała truposzka.
- Tak, Derylowie byli bardzo szczęśliwi, ona także, choć lekko zestresowana.
- Ah, te momenty zawsze są takie wzruszające, gdy widzisz, jak dziecko znajduje nowy dom, to takie uczucie spełnienia i to ciepełko w serduszku – zachwycała się pradawna. – Opowiesz nam wszystko przy herbatce?
- Taa… Posłuchajcie, chyba muszę to odwołać – zaczęła niepewnie i była wdzięczna swoim niewielkim towarzyszkom, że nie przerwały tej rozmowy swoimi wtrąceniami.
- Jak to? Coś się stało? – spytała nieumarła.
- Stwierdziłam, że jednak przyjmę propozycję Łucji, nie wiem, czy jej wybaczę, ale może szczera rozmowa na spokojnie…
- Doskonale cię rozumiemy. – Czarodziejka położyła dłoń na jej ramieniu, chcąc okazać, że wspiera ją w tej decyzji.
- Dziękuję – rogata lekko się uśmiechnęła, po czym ruszyła w stronę niewielkiego pokoju swojej siostry, jednakże w pewnym momencie się zatrzymała i zwróciła do wróżek – Posłuchajcie, cieszę się, gdy mi towarzyszycie, ale w tej sytuacji…
- Nie możemy lecieć z tobą? – skrzywiła się Malwa.
- A tak chciałam przygadać tej Łucji, jak bardzo niedokładnie sprząta, wiecie, co dziś widziałam? Pająka! To niedopuszczalne, nikt ich tu nie zapraszał, a skoro jest pająk to i pajęczyny! – zaczęła marudzić Niezapominajka.
- Uspokójcie się drogie siostry – zarządziła najstarsza, a że rodzeństwo szanowało Pelargonie, szybko zrobiło to, co kazała. – Damy ci trochę prywatności – uśmiechnęła się do Imeldy.
- Cóż, zawsze możemy pogadać z Sugarro – zaproponowała Słonecznik. – Mam do niego kilka pytań.
- Dziękuję. – Satyrka ruszyła więc dalej do pokoju swej przybranej siostry.

Znajdował się on od strony wodospadów, przez okno był na nie piękny widok, ale gdy się je otwierało, ich szum był strasznie dokuczliwy. Wampirzyca jednak nie śmiała narzekać, wiedziała, że nie ma prawa liczyć na coś lepszego.
Satyrka westchnęła i zapukała do drzwi, nikt jej jednak nie otworzył, ośmieliła się więc zajrzeć, ale nie zastała tam nieumarłej. Postanowiła się więc pokręcić po zamku. Przechadzała się jego korytarzami, na górze, na dole, była nawet na wieży. Powoli zaczynała myśleć, że tylko marnuje czas, ale zdecydowała wyjść jeszcze na zewnątrz. Zaszła aż do altany będącej praktycznie tuż obok drogi do głównego wejścia, ale znacznie niżej. Huk był tu nieznaczny, bo znajdowała się ona w podobnej odległości od obu spadków, tego za sierocińcem i przed nim. Było to najlepsze miejsce, by się odprężyć, podziwiać widoki. Między zajęciami dzieci często tu przychodziły, ale po lekcjach to miejsce było zarezerwowane dla pracowników.
Białowłosa nie spodziewała się, że Łucja po jej odmowie może tu być, ale ku jej zaskoczeniu siedziała tam przy stoliku z pełnymi filiżankami herbaty. Zdziwiło do rogatą, która chciała po cichu do niej podejść, ale zdradził ją stukot kopyt.

- Przyszłaś… - Wampirzyca spojrzała na nią oczami pełnymi nadziei.
- Tak… - Naturianka podeszła do spiczastouchej i się dosiadła.
- Posłuchaj Imeldo, ja naprawdę żałuję, tego, co się stało, byłam zaślepioną, arystokratyczną snobką.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę… - Ciemnoskóra starała się trzymać emocję na wodzy, ale złość, gniew ją rozsadzały od środka, gdy tylko spoglądała na tego rudzielca.
- Tak. – Uśmiechnęła się lekko i nastała chwila niezręcznej ciszy. – To… jak tam twój… ogon? – spytała, pamiętała, jak oblała go żrącą substancją, ale spojrzenie naturianki i brak odpowiedzi kompletnie ją speszył. – Ja naprawdę myślałam, uwierzyłam, że jesteś piekielną istotą wtedy… W końcu nie spotyka się satyra co krok – próbowała się jakoś usprawiedliwić, choć wiedziała, że to nie ma sensu i coraz bardziej irytuje siostrę, musiała szybko zmienić temat. – Po twojej ucieczce rzuciłam się w pościg za tobą. Niestety zrobiło się ciemno i zgubiłam drogę do domu. Wtedy napadł mnie wampir… I zmienił. To był straszne, ciągle byłam głodna, robiłam złe rzeczy, a kiedy wreszcie wróciłam do rodziców… Liczyłam na wsparcie, a oni zamknęli mnie na tym strychu, a znajomym wciskali bajeczkę, że ty mnie zabiłaś… Cudem udało mi się stamtąd wyrwać, ale nie miałam gdzie iść, w domu wszystko miałam, dosłownie, sama wiesz najlepiej… Wtedy też zrozumiałam, co ja zrobiłam… - w jej oczach pojawiły się łzy. – Imeldo, tylko ciebie mam.

Satyrka słuchała na początku od niechcenia, ale w miarę upływu czasu zaczęła odczuwać lekkie współczucie, jej dobre serce po prostu nie mogło pozostać obojętne. Nie chciała jednak tego okazać, więc wstała i miała ochotę się stąd ulotnić jak najszybciej i na spokojnie to przemyśleć.

- Poczekaj! – wampirzyca także wstała i podbiegła do ciemnoskórej mocno ją przytulając, co kompletnie wybiło z rytmu białowłosą, która po prostu znieruchomiała.

Dopiero po chwili, gdy się opamiętała, położyła dłonie na ramionach spiczastouchej i delikatnie ją od siebie odsunęła.

- Przepraszam, naprawdę… - mówiła zapłakana rudowłosa.
- Łucjo… Niestety nie jestem jeszcze w stanie ci wybaczyć – powiedziała z bólem serca, bo choć chciała, to dawne rany bolały zbyt mocno – Myślę, że… czas na mnie.

Nieumarła westchnęła, ocierając ręką łzy, nie sądziła, że to będzie łatwe, ale przynajmniej próbowała.

- Mhm… - mruknęła podłamana. – A… Imeldo…
- Tak? – Spojrzała za siebie.
- Miej na oku tego czarodzieja… - Satyrka jednak już odchodziła, więc Łucja nie miała okazji wyjawić jej swych obaw i wątpliwości – CHĘDOŻYĆ TO! – krzyknęła, gdy tylko jej siostra odeszła wystarczająco daleko. – "Najchętniej napiłabym się krasnoludzkiego piwa…" - usiadła przy stoliku, kładąc na nim głowę, leżała tak długo, aż zaczęła przysypiać w tej pozycji.

Podczas tej trudnej chwili dla obu kobiet Sugarro mógł się przekonać, że to, iż wróżki były małe, to ich energia mogła się równać jego sile. Wciąż o coś pytały, siadały mu na głowie, grzbiecie, latały wokół. Świetnie się przy tym bawiły, ale w pewnym momencie znalazły sobie jeszcze jedno zajęcie, zadawanie pytań.

- Sugarroo, a jak to jest być centaurem? Ciężko ci się myć? Pewnie robisz to w jeziorze, czy może są jakieś specjalne wanny dla dorosłych centaurów? – dopytywała Niezapominajka, zaznaczając, że chodzi jej o dojrzałych przedstawicieli jego rasy, dzieci jeszcze mogły się mieścić w nieco większych balach.
- Ej, a umiesz chodzić na tylnych kopytach? Swoją drogą masz aż sześć kończyn, jak pająk! – zakrzyknęła Malwa, chichocząc.
- Ale pająki mają ich osiem… - nieśmiało wtrąciła Stokrotka.
- Sugarro, a mogę ci zapleść warkoczyk na ogonie? – spytała zachwycona tą wizją Fiołek.
- A ja bym wplotła ci w te loczki jakieś błyszczące koraliki, byś emanował blaskiem! – zawołała radośnie Słonecznik.
- Siostry moje, chyba widzę Imeldę, lećmy! – zakrzyknęła w końcu Pelargonia, co było dla centaura wybawieniem, bo cała szóstka skrzydlatych istotek go opuściła.

Wieczorem natomiast Imelda, gdy w miarę doprowadziła się do porządku, po burzliwym spotkaniu oczekiwała swego przyjaciela, wróżki powoli układały się do snu w swoich malutkich łóżeczkach, a ciemnoskóra przeglądała rysownik.
W końcu naturianin przyszedł. Imelda specjalnie zrobiła tyle miejsca, ile się dało, by nie czuł się źle w jej komnacie, która na szczęście też nie była taka mała.

- Witaj Sugarro, chodź, musisz to zobaczyć – zawołała przyjaźnie.

Gdy tylko usiedli obok siebie, zaczęła pokazywać mu rysunki w szkicowniku małej Kelly. Pierwszy to była ona i on jak wtedy rozmawiali przy jeziorku.

- Kelly ma niesamowity talent, nie sądzisz? Na pewno jej nowi rodzice będą z niej dumni.

Na kolejnych stronach były też rysunki reszty pracowników w różnych sytuacjach, na lekcjach, korytarzach, w codziennych obowiązkach. Przykładowo Sobek przy wybuchu jednej z substancji, Hathor idąca korytarzem ze swoim kotem i nietoperzem. Była nawet Łucja myjąca podłogę, ale strasznie smutna. Imelda znowu poczuła się wewnętrznie rozbita.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Dalekie Krainy”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość