DemaraKot, wampir i tajemnica

Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.
Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Re: Kot, wampir i tajemnica

Post autor: Fobos » 1 rok temu

        Inspektor przyglądał się pannie Marice, w zamyśleniu marszcząc czoło. Zdawał sobie sprawę, że przeciągająca się cisza z całą pewnością stresuje kotołaczkę. Zdenerwowanie było jego sojusznikiem - ludzie szybko tracili rezon w obecności przedstawicieli prawa. Pomarańczowa panienka wyglądała co prawda na osobę uczciwą, jednak odrobina niepewności nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a mogła rozwiązać zbyt mocno zasupłany język.
        Powoli odłożył notatnik i wziął do ręki żółtą kopertę opatrzoną dużą, czerwoną pieczęcią. Przełamał ją szybkim ruchem i wyciągnął ze środka zapisaną eleganckim, ozdobnym pismem kartkę. Pobieżnie przeleciał wzrokiem po równych linijkach, a widoczne zaskoczenie odmalowało się na jego przystojnej twarzy.
- Czy zna panna treść tego listu? - zapytał, a jego brwi powędrowały wysoko w górę. Ubrane w bardzo eleganckie (i nieco kpiarskie, czego nie mógł nie zauważyć) słowa wyznanie było krótkim streszczeniem ostatnich dni. Wampir informował, że odkrył sprawcę obu morderstw i zalecał udanie się na ulicę Blasku 125E, gdzie na McColleya będzie czekać interesujące odkrycie. Zasugerował również, że Inspektora może zaciekawić rozdział “Demonologiji” poświęcony Demonowi cierpienia zwanemu Gnark. Usilnie zalecał też, by poinformować o tym prasę i oczyścić zmiennokształtnych z zarzutów, które coraz gęściej kumulują się dookoła nich (Inspektor przelotnie zerknął na kotołaczkę, zastanawiając się czy to ona jest powodem tej prośby). Na koniec, podkreślone zamaszystą linią stało oświadczenie, że choć on sam nie ma ze sprawą nic wspólnego, nie spocznie póki nie dowie się, kto wykorzystał jego rodowy (ach, cóż za nietakt, czy wspomniał już, że jest magiczny?) medalion. Z wyrazami krwistej sympatii, oddany sprawie lord Fobos de Loer.
        Choć jego blade palce mocniej zacisnęły się na kartce w reakcji na zawoalowane przytyki, McColley poczuł pewną dozę podziwu dla tego przerażającego mężczyzny. Wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Nie był pewien dlaczego szlachcic postanowił z nim współpracować. Czy tylko żeby oczyścić imię swojego rodu? A może zwyczajnie się nudził? Tak czy owak swoimi kanałami udało mu się dotrzeć tam, gdzie Ian nie znalazł się nawet przez moment. Przez chwilę postanowił odłożyć dumę na bok i posłuchać wskazówek lorda.
        Przeniósł wzrok z powrotem na pannę Marikę, przypominając sobie, że nie wypada wyglądać na zszokowanego przy gościach, a już na pewno nie kiedy jest się przedstawicielem prawa. Postanowił wprowadzić ją w szczegóły, zanim przejdzie do sedna rozmowy. Choć objawione przed nim informacje rzucały zupełnie nowe światło na całą historię, jego podejrzenia dotyczące lorda Fobosa nie zniknęły. Wręcz przeciwnie - cichy głos odezwał się w jego głowie jeszcze głośniej, pytając SKĄD właściwie wampir to wszystko wie.
- Z całą pewnością jest pannie wiadomo, że ostatnimi czasy w Demarze doszło do dwóch okropnych morderstw. Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, bowiem jest to temat nie przystojny dla młodej kobiety. Pewne… poszlaki nakazywały mi jednak sądzić, że być może lord Fobos de Loer wie o tej sprawie więcej niż może się wydawać. Treść tego listu potwierdza moje podejrzenia. Jako że jest panna jego pracownicą, sądzę, że może posiadać istotne dla śledztwa informacje. Proszę niczego nie zatajać, dobrze?
Zamilkł na chwilę, czekając na reakcję kotołaczki. Nie sądził, że jest zamieszana w morderstwa, ale kto wie? Już dawno nauczył się nie oceniać ludzi po pozorach.
- Wie panna jakiego herbu jest ród de Loer? - pytanie było czysto retoryczne, bo zaraz po nim wyciągnął z szuflady biurka zwrócony uprzednio w kopercie medalion. Podał go kobiecie i wskazał na najeżoną mantykorę zdobiącą przełamaną na pół pieczęć.
- Medalion z symbolem rodu de Loer znaleziono na miejscu pierwszego morderstwa. Czy lord Fobos ma jakichś znanych pannie członków rodziny w Demarze?
Doskonale zdawał sobie sprawę, że pokazując jej ten przedmiot, zasieje ziarno niepewności w jej ludzko-kocim sercu. O to mu właśnie chodziło. Kobieta jest w stanie zrobić wiele. Nieufna kobieta jest w stanie zrobić wszystko. Nie wiedział jak daleko sięgają granice jej lojalności wobec szlachcica, jednak miał nadzieję ugrać to na swoją korzyść.
- Niech mi panna powie, co robił lord w wieczór kiedy popełnione zostało drugie morderstwo? Gdzie spędził czas? Czy zachowywał się wtedy… inaczej? Dzielił się z panną swoimi przemyśleniami na temat mordercy?
Bezlitosne pytania nie pozostawiały pola do wykrętów. Słuchał odpowiedzi, notując słowa kotki w zeszycie, jednak część jego myśli była już gdzie indziej. Gorączkowo rozważał kogo ze swoich ludzi może zabrać we wskazane przez lorda miejsce. Jeśli słowa szlachcica były prawdą znajdzie tam ogniwo łączące zabójstwo ladacznicy i bogatego kupca. Być może to wszystko było przemyślanym kłamstwem, w tym momencie jednak ciekawość zaczęła brać w nim górę. Warto sprawdzić poszlaki przedstawione przez mężczyznę. Zamaszystym ruchem zamknął notatnik i spojrzał z góry na drobniutką kobietkę.
- Jeśli to już wszystko, mój służący odprowadzi pannę do drzwi. Dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi. Z całą pewnością będziemy w kontakcie - podkreślił ostatnie słowo, nie pozostawiając kotce żadnych wątpliwości. Będzie ją miał na oku.

        - Niech to szlag, dlaczego nie chce działać?! - zdenerwował się wampir, a jego białe włosy nastroszyły się w pracowitym nieładzie. Z okularami nasuniętymi na oczy i kościstym policzkiem umazanym smarem pochylał się nad stojącym przed nim mikroskopem. Magiczna soczewka lśniła kpiarską zielenią na ciemnym blacie, nic nie robiąc sobie ze starań nowego właściciela. Cisnął o podłogę niewielki śrubokręt i zirytowany opadł obok niego, opierając się plecami o biurko. Dwór zatrzeszczał z niepokojem, pytając czy wszystko w porządku.
- Odczep się - warknął wampir, odsłaniając kły. Pomny poprzedniej lekcji budynek umilkł i ponuro obserwował swojego jedynego mieszkańca. Fobos westchnął ciężko i podniósł się, otrzepując brązowy surdut z brudu. Strzelił palcami i wyprostował je mocno, pozwalając żeby na prawej dłoni osadziły się kryształki szronu.
- No dobrze. Jeszcze raz… - mruknął do siebie, przybliżając powoli palec w stronę wynalazku.

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 1 rok temu

        Marika spojrzała na inspektora nieco wystraszona.
- Oczywiście, że nie! - odparła na pytanie dotyczące treści listu. Po chwili dotarło do niej, że niekoniecznie było to oskarżenie o wścibstwo i łamanie świętej zasady poszanowania prywatności (bezpodstawne zresztą skoro koperta była zapieczętowana), a raczej wzięcie pod uwagę faktu, że Lord mógł pisać list w jej obecności albo nawet później powiedzieć jakie informacje w nim zamieścił. Tylko po co miałby to robić?
Chwilę milczeli, kiedy inspektor zajął się czytaniem wiadomości. Panna Ragrafford cały czas obserwowała jego twarz i nie mogła nadziwić się jego reakcjom. Co takiego przekazał mu Lord? I dlaczego zerknął na nią w ten sposób? Czuła się coraz bardziej nieswojo. Nerwy tłumiła przekąskami oraz odnawianiem w sobie świadomości, że przecież obok niej siedzi chłopaczek, którym się opiekuje. Nie chciała powodować u niego dyskomfortu ani sprawiać, żeby się martwił. Wolałaby też aby jadł tak, by nieco mniej okruszków spadało na jego wdzianko, a stamtąd na kanapę stróża prawa. Nie należało kruszyć u przedstawicieli władzy. Właściwie w ogóle kruszenie nie było w zbyt dobrym tonie, choć czasem naprawdę trudno było całkowicie nad tym zapanować. Jedzenie samo w sobie było trudną sztuką jeżeli chciało się robić to elegancko. Niektórzy co prawda mieli do tego dar - Marika widywała już dystyngowane panienki, które z gracją półeterycznej nimfy pochłaniały mięciutkie bułeczki wyglądając przy tym równie zniewalająco jak w czasie śpiewu czy recytowania poezji. Ona co prawda się do nich nie zaliczała, ale zawzięta nauka w tej kwestii, parę upokorzeń po drodze i jeszcze więcej zawziętości zrobiło swoje. No i nie zapominajmy, że w jej żyłach płynęła kocia krew! To przydawało jej przynajmniej odrobinkę zręczności.
Godząc się z faktem, że jej podopieczny nie jest ani panienką, ani kotołaczką, zwróciła swoje myśli z powrotem ku inspektorowi.
A więc zaczęło się. Jednak będzie zadawał pytania! Co prawda było to oczywiste od samego początku, jednak teraz nie było już odwrotu. Ale i dobrze. Ona nie ma przed prawem niczego do ukrycia, a lord de Loer tym bardziej na pewno nie!
Dumnie i z miną kogoś, kto doskonale zrozumiał prośbę, skinęła głową. Nie musiała niczego zatajać.
Z drugiej strony było jej miło, że mężczyzna postanowił ze względu na jej płeć i wiek nie zagłębiać się w brutalne i wcale nieprzyjemnie szczegóły. Niestety ona, chcąc powiedzieć prawdę, musiała. Obawiała się jednakże zrobić to przy chłopcu, ale kiedy na niego zerknęła spotkała się ze wzrokiem spokojnym, choć przepełnionym palącą ciekawością i może nawet odrobiną tłumionej ekscytacji. Młody najwidoczniej przejmował się sprawą o tyle, że wydawała mu się niezmiernie pociągająca, jak zapewne dla wielu młodzieńców w jego wieku i wychowanych w takim jak on środowisku. Twardy był po prostu. Nie znaczyło to, że należało na siłę pogłębiać tę cechę albo co więcej - że to ona powinna to robić. Spotkanie było jednak niemalże oficjalne, byli w domu szanowanego przedstawiciela władz, sprawa była poważna i aktualna, a młody… w końcu także w Demarze pomieszkiwał. Poza tym skoro inspektor nie kazał służbie go wyprowadzić lub zatkać mu uszy rzodkiewką to zapewne znaczyło, że uznał, iż dla zdrowia psychicznego młodzika słuchanie tych treści nie jest zagrożeniem. A Marika jakoś sądziła, że mężczyzna lepiej zna się na dorastających chłopcach niż ona.
Nie było co dłużej zwlekać.
Wyciągnęła rękę po medalion i przyjrzała mu się z uwagą. Mantykora nie robiła na niej ani złego ani zbyt pozytywnego wrażenia. Była nieco straszna, ale przy tym posiadała jakiś władczy urok. No i te lilie… ,,Pasuje do Lorda” pomyślała odruchowo, nie za bardzo zastanawiając się nad znaczeniem tych słów i tego jak mogły ją ostrzegać. Zwyczajne, proste skojarzenie.
- Nie, nie słyszałam nic o krewnych Lorda - odparła kręcąc powoli głową. - Z tego co wiem mieszka sam, o innych ewentualnych posiadłościach nic mi nie wiadomo - sprecyzowała jakby nieco smutna, że nie może udzielić dokładniejszej odpowiedzi. Ale może to i lepiej.
- Tamtego dnia… tamtego dnia zaczęłam pracować u Lorda. Trudno mi więc powiedzieć czy zachowywał się ,,inaczej”. Wydawał się być… taki jak teraz - odparła bezradnie, nie za bardzo umiejąc to lepiej opisać. - Otrzymałam swoje pierwsze zadanie i opuściłam posiadłość. Nie widziałam się z Lordem aż do wieczora kiedy… - Nagle słowa utknęły jej w gardle, ale otrząsnęła się. - Szłam uliczką kiedy usłyszałam hałas. Chwilę potem pojawił się Lord i on wtedy… uratował mnie przed tym potworem - powiedziała, na nowo bardzo przejęta wydarzeniem należącym już do przeszłości, choć wciąż niedalekiej. - Widzieliśmy go. Był wielki, o czarnym futrze. Miał rogi i dzikie, czerwone oczy i… i wielkie pazury - dodała ciszej, odruchowo chowając pod grzbietami dłoni swoje własne palce. - Potem Lord poszedł w stronę, z której ten stwór przybiegł… a, no i wcześniej oczywiście potwór zostawił nas i gdzieś zniknął. Poszłam za Lordem, sama już nie wiem dlaczego… chyba nie chciałam zostać sama kiedy to coś nadal szalało w pobliżu - przyznała, ale nie było jej z tego powodu wstyd. Miała prawo być przerażona. - Doszliśmy z Lordem do placu… i tam był ten mężczyzna. Ten… druga ofiara. - Widać było, że trudno ubrać jej to wszystko w słowa, ale starała się przynajmniej niczego nie pomieszać. Do tego musiała skupiać się bardziej na opanowywaniu emocji, a na zgrabność zdań zwracała chwilowo najmniejszą uwagę. Jednak nadal dało się ją zrozumieć.
- Lord… chyba badał ciało kiedy je zobaczył. Stałam dalej, żeby się nie przyglądać… znalazł coś i powiedział, żebym z nim poszła. Potem do rana siedzieliśmy w biblioteczce szukając informacji. Lordowi bardzo na nich zależało… szukaliśmy opisów tego demona, którego widzieliśmy i w ogóle Lord mocno analizował całą sprawę. Wykonał szkic i udało nam się w końcu znaleźć potrzebne informacje. A nad ranem, kiedy zrobiło się jaśniej, wróciłam do domu - zakończyła i odetchnęła głęboko.
Dzieciak słuchał jak urzeczony. Odwrócił się nieco bokiem do inspektora by lepiej widzieć pannę Marikę. Nie sądził, że była zamieszana w coś takiego. Niesamowite!

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 1 rok temu

        Demon przemykał po ulicach Demary, skrywając swoją sylwetkę w coraz bardziej wydłużających się cieniach. Jego ostre szpony lśniły w świetle latarni, a czerwone ślepia jarzyły się w półmroku. Gwałtownie wciągnął powietrze, a jego nozdrza rytmicznie rozszerzały się i kurczyły w miarę jak zwietrzył trop. Wpełzł po ścianie gospody i jednym susem znalazł się poza murami. Jego umysł opętała tylko jedna myśl.
Zabić!
Przekrzywiając głowę o kąt niemożliwy dla żywych stworzeń, zlokalizował swoją kolejną ofiarę. Jeden z głupców, którzy przyzwali go do tego plugawego świata, próbował opuścić miasto. Niedoczekanie! Gnark zamierzał rozpruć ich wszystkich, jednego po drugim, dopóki nie uwolni się od palącego jarzma, które wiązało go z tym wstrętny miejscem! Nikt i nic go nie powstrzyma! Jaki śmiertelnik miałby odwagę wystąpić przeciwko Demonowi cierpienia?! Warknął gardłowo i orając pazurami mur, jednym susem znalazł się po drugiej stronie. Widząc w oddali bijące w panice serce sędziego, uwięzione w (jeszcze całej) okrytej jedwabiem klatce piersiowej, popędził w stronę dyskretnego pochodu opuszczającego miasto.

        Sędzia ukrył się głębiej w powozie, zaciągając zasłonki i opatulając się płaszczem. To diabelskie nasienie, które usiłowali sprowadzić na swoje usługi, obróciło się przeciwko nim! W pierwszej kolejności zabiło dziwkę - i dobrze, jej nikt nie będzie żałował. Ona i tak miała zginąć, jako ofiara, narzucająca posłuszeństwo demonowi. Wszystko jednak poszło nie tak! Zamknął ciężkie od braku snu powieki i powrócił wspomnieniami do tamtej okropnej nocy.
        Powietrze drgało od blasku świec, a wnętrze piwnicy pod numerem 125E było duszne od dymu kadzideł. Okultystyczne symbole pokrywały całą podłogę - część krwi musiała pochodzić z nadgarstków dziewczyny przywiązanej do kamiennego stołu, przykrytego czarnym aksamitem, reszty pochodzenia nawet się nie domyślał. Nie musiał zresztą - to nie do niego należało odwalanie brudnej roboty. On wyłożył pieniądze, tak jak reszta możnych, i użyczył swoich wpływów. Wszak wszystkim przyświecał ten sam cel.
        Omiótł wzrokiem resztę ludzi zebranych w pomieszczeniu, kiwając im uprzejmie głową. Ktoś podał mu czarną pelerynę, którą zarzucił sobie na plecy. Wysoka, jasnowłosa kobieta dojrzała go kątem oka i odwróciła się w jego stronę. Miała wysoko upięty kok i lekko kpiący wyraz twarzy. Jej szyję zdobił ciężki, okrągły medalion, ten, którego mieli użyć podczas obrzędu. Mimochodem zerknął na wiszący za ołtarzem obraz - paskudna, rogata bestia szczerzyła się w obłąkańczym uśmiechu. Coś takiego chcieli wywołać, wykonując rytuał i zabijając prostytutkę. Jakiś Gralk czy coś w tym stylu. Nieważne. Byle tylko to paskudztwo było im posłuszne i zabiło…

        Głośny trzask wyrwał sędziego z rozmyślań. Powóz zatrzymał się. Spanikowany mężczyzna uchylił rąbka zasłonki, nie mogąc nabrać powietrza. “Co się dzieje? O bogowie, przecież wyjechałem z miasta! Powinienem być bezpieczny!”, myślał przerażony, obserwując ten fragment lasu, który był w stanie zobaczyć. Czarne cienie wieczoru zdawały się poruszać i żyć własnym życiem. Zapukał przez ściankę powozu, pragnąc dowiedzieć się czemu stanęli. Odpowiedziało mu głuche dudnienie. Z góry.

        Fobos siedział zadowolony na jednym z wyższych balkonów i palił smukłą, delikatnie rzeźbioną fajkę, wykonaną z kości słoniowej. Miała kształt bardzo kruchej syreny, z dużym, misternie poskręcanym ogonem. Rzadko kiedy palił, nie mając potrzeby oddawania się nałogowi, jednak taki sukces należało uczcić czymś przyjemnym. Mikroskop działał! Z lekkim uśmiechem, błąkającym się na bladych wargach, zaciągnął się dymem i wypuścił go powoli przez usta. Błękitne kłęby wirowały, układając się w wymyślne spirale i pięknie ozdabiając panoramę ogrodu. Daleko za nim, w dole, widniał gęsty las, ciemniejący coraz bardziej wraz z zachodem słońca. Lord podziwiał różnorodność jego barw i zastanawiał się nad ulotnością życia, w którym takie przedmioty jak jego wynalazek mogą pozostać wieczne.
        Wreszcie udało mu się skupić pryzmat i zmusić urządzenie do działania tak, jak sobie tego zażyczył. Do samego końca nie był pewien, czy jest to możliwe, jednak mało który wynalazca kiedykolwiek jest. Pierwszą rzeczą, którą w niemal sakralnej fascynacji obejrzał pod powiększeniem, była krew pobrana z miejsca zabójstwa prostytutki. Oczywiście nie wziął próbki krwi kobiety - ta nie miałaby w sobie niczego ciekawego do opowiedzenia. Interesowała go za to gęsta, zaschnięta, czarna krew czegoś, co kobietę zaatakowało. Teraz już wiedział czego.
        Krwinki miały ostre, poszarpane brzegi i pulsowały groźnie, tak jakby nadal stanowiły cząstkę swojego właściciela. Czy właśnie w ten sposób demony, nawet odchodząc z naszego świata, pozostawiały w nim cząstkę zła? Zafascynowany patrzył jak magia chaosu wiruje wokół komórek, spaja je i pulsuje, podtrzymując życie tam, gdzie nie powinno być go widać. Właśnie takie zadanie miał mikroskop. Ukazywał struktury magii.
Wampir ostrożnie odłożył na półkę próbkę, zapoczątkowując początek kolekcji. Zamierzał opracować struktury magiczne różnych przedmiotów i stworzeń, badając ich fragmenty, przesiąknięte magią. Póki co jednak miał inne rzeczy na głowie.
        Kolejną próbką, którą zbadał tamtego popołudnia, były zeskrobiny pobrane z powierzchni rodowego medalionu. Tym, co było oczywiste, były cząsteczki metalu i wplecione w nie nitki magii demonów i pustki. Lorda zaskoczyło zupełnie coś innego. Magia była tak głęboko zakorzeniona w wisiorze, że niemal zatarła się granica między tym co materialne a tym co niematerialne. Oznaczało to, że medalion musiał zostać zaklęty bardzo dawno temu. Przez chwilę Fobos oswajał się z tą wiedzą, nie będąc pewnym, jak się do niej ustosunkować. Jeżeli się nie mylił, wynikało z tego, że ród de Loer od stuleci parał się magią!
Skrzywił się, przypominając sobie ojca, który za najmniejszy przejaw magii karał służących chłostą. To właśnie z tego powodu uciekł z domu i nigdy nie zobaczył już swojej rodziny. Bo odkrył w sobie magię lodu.
        Dziesiątki lat starszy (i mądrzejszy) niż w dniu ucieczki, wampir westchnął ciężko i ponownie zaciągnął się fajkowym dymem. Słońce już niemal całkowicie schowało się za horyzontem, a miasteczko w dole rozbłysło dziesiątkami kolorowych świateł.
Medalion powiedział mu jeszcze jedną rzecz, która zburzyła spokój jego serca. Był w nim zaklęty wzór, coś jak magiczny odcisk palca. Znał ten wzór doskonale, bo widział go nie po raz pierwszy w życiu. Sam również taki posiadał. Znaczyło to tylko jedno i wcale nie był pewien, czy chciał dojść do takiego wniosku. Członkiem okultystycznej sekty, która przyzwała Gnarka i jedyną osobą, która umiała wykorzystać magię medalionu do wykonania rytuału był ktoś z rodu mantykory. Marika lub jej potomstwo żyli.
        Otrząsnął się z ponurych rozmyślań i postanowił przywołać pannę Ragrafford do pomocy. Chciał pokazać jej mikroskop (kiedy z “Nikt nie wejdzie do mojej pracowni!” przekształcił się w osobę dzielącą się swoimi odkryciami?) i potrzebował by zaszła do Nagietka, zapytać o nowe informacje w sprawie poszukiwań właścicielki płaszcza z liliowym herbem. Być może wcale nie była tak daleka od osoby, którą pragnął (a zarazem się obawiał) zidentyfikować. W jego głowie zaczęło świtać podejrzenie, że potomstwo Mariki mogło wdać się w jakiś pomniejszy ród, znikając w kolorowym kołowrocie miasta. Być może kobieta, która kazała wyhaftować lilię i dwa klucze na czarnej tkaninie była nikim innym jak jego siostrą lub jej dziedziczką.
        Zimny dreszcz przeszedł po jego plecach. Od tylu lat nie widział Mariki. Wcale mu na tym nie zależało. Nowo odkryta prawda otworzyła dawno zamknięte rany. Przywołała obrazy, których nie chciał widzieć. Wiecznie niezadowolonego, lodowatego ojca tyrana. Matkę, która zawsze potrafiła znaleźć dla niego słowa nagany. Służących, którzy naigrawali się z niego za jego plecami, wyśmiewając jego delikatną urodę i słaby stan zdrowia. Ciepłe spojrzenie siostry…
        Potrząsnął głową, odganiając od siebie myśli i natychmiast uspokajając emocje. Gdyby skontaktował się z panną Maką w takim nastroju, od razu by to wyczuła. Dopiero gdy zniknęło drżenie mięśni, pozwolił sobie odezwać się do niej telepatycznie.
”Panno Mariko, będę potrzebował panny w pracowni, jak tylko załatwi panna swoje sprawy w mieście. Chcę jej coś pokazać. Po drodze proszę zajść do Karczmy Nagietka. Barman może mieć dla mnie ważne informacje. Niech się panna tylko nie przerazi. Jest dosyć… nietypowy.” oznajmił, a na jego wargach ponownie zagościł cień uśmiechu. Drobne, pręgowane ciałko zwinnie wskoczyło na oparcie fotela i usadowiło się na jego kolanach. Spoglądając z zamyśleniem w dal, mimochodem muskał smukłymi palcami mięciutkie futro. Wieczorną ciszę wypełniło zadowolone mruczenie…

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 1 rok temu

        To był ciężki dzień.
To jak zawiodła Lorda i stres związany z przesłuchaniem u Inspektora powoli dawały jej się we znaki. Czuła się zmęczona i nieco osowiała. Niemniej z jednego mogła być w pełni zadowolona - obiad się jak najbardziej udał!

Wraz ze swoim chłopcem, kiedy tylko zostali wypuszczeni z posiadłości, udała się do znajomej karczmy ,,Dziki Baran”. Wesoły nastrój tego miejsca oraz kuszące zapachy dobrze na nią wpłynęły i niemal od razu odzyskała wigor. Utraciła go z powrotem kiedy zobaczyła ile ruenów miała ze sobą, a ile kosztowały dania. No ale. Nie można mieć wszystkiego.
Postanowiła, że przede wszystkim nakarmi młodzieńca, a sobie zaserwuje jakąś tłustą, gęstą zupę, ażeby jej starczyło i za drugie. Blondynek nie powinien się domyślić, że chętnie zjadłaby i kolejne danie, w końcu była malutka. O nie, nie dowie się tego i nie będzie miał przez nią wyrzutów sumienia!
Zresztą przed postawieniem sobie obiadu wcale się nie bronił. Uśmiechnął się za to szeroko kiedy tylko pojawił się przed nim talerz, którego treść zamawiał wcześniej z niedowierzaniem i drżącą niepewnością. Normalnie zdawał się powściągliwy, ale ciepły posiłek przełamał wszelkie bariery i kiedy tylko pochłonął połowę zaczął z pełnymi ustami opowiadać co tylko mu przyszło do głowy. Udomawianie go dobrze kotce wychodziło. Należało jeszcze tylko przypomnieć mu o manierach i zrobić coś z jego nieszczęsnymi szmatkami, na których nie wiadomo czy więcej było brudu czy dziur (nie, dobra, chyba jednak brudu).
Chociaż miała co robić, to kiedy zaczęła już pracować nad blondynkiem musiała to dociągnąć do końca. Coraz mocniej przywiązywała się do jego radosnego uśmiechu i musiała przyznać, że chętnie zobaczyłaby go jeszcze parę razy.
W trakcie obiadu pokazał się grajek. Ten młodzieniec o charyzmie wielkiego poety, a umiejętnościach wsiowego nieszczęśnika. Zaczął wesoło fałszować, a kiedy tylko rzucono w niego parę monet (by w końcu przestał), uśmiechnął się wdzięcznie do tłumu, pokłonił się z galanterią i o! - wypatrzył znajome twarzyczki.
- Dzień bardzodobry pani! - powiedział radośnie, podchodząc do kotki i uprzejmie zdejmując coś na kształt czapkolusza z wymiętym piórkiem. Wyglądało to trochę jak kawałek buta zszyty z resztkami koszuli, ale kto by tam dawał głowę. Za całokształt i zachowanie chłopak dostawał jednak piątkę.
- Witam młody, jak ci mijają dni? Nadal włóczysz się po naszym pięknym mieście tajemnic? - zwrócił się do blondynka i dramatycznie przeciągnął po strunach fideli, co wywołało parę stłumionych syków. - Ech, coś mi dzisiaj nie wychodzi, bardzo nie wychodzi… - westchnął. - Uzbierałem więcej miedzi niż przez cały ostatni siedmiodzień, ale moja muzyka… dzisiaj mi się nie podoba. Nie słucha mnie. Chyba coś jest nie w porządku! - orzekł, po czym zreflektował się i gorąco zwrócił się do pani-kotki.
- Najmocniej panią przepraszam, że tak zagaduję towarzysza… - chyba nie bardzo wiedział jak skończyć i co jeszcze powiedzieć, bo zmieszał się i zaciął, na zmianę to blednąc to się czerwieniąc. Tu kończyły się jego zdolności oralne.
- Czy mogę wyjść z nim na plac? - wtrącił się szybko młodszy, wyraźnie podekscytowany spotkaniem kolegi, a dodatkowo najedzony aż miło. Kotka uśmiechnęła się i skinęła głową, nie mając nic przeciwko. Pełni wdzięczności i entuzjazmu podziękowali i niemalże wybiegli na zewnątrz, niezdarnie przeciskając się między wchodzącą parą i zaburzając rytm ich wewnętrznej, miłosnej pieśni.

Maka została sama nad pustą miską, z nieco mniej pustą sakiewką i głową pełną myśli. Jakie to było śmieszne uczucie, gdy tak pytali ją o zgodę! Starszy dobrze wychowany, a młodszy… Kochane dzieciaki. Wróć! Jeden to prawie młodzieniec!
Tak czy inaczej była bardo zadowolona. Właśnie tak powinno zachowywać się młodsze pokolenie (czy też półpokolenie… zawsze miała problemy z domyśleniem się jak to działa) wobec starszego. Choć musiała przyznać, że nie spodziewała się takiej potulności ze strony blondynka. Musiała trafić na wyjątkowo udany egzemplarz młodego mężczyzny i teraz należało jedynie czuwać nad tym, by się nie popsuł. Tylko… jak? Co ona, panna z młodszą siostrą wiedziała o chłopcach? Niewiele. Nic. Poza tym nie należało się tak rozpędzać - przede wszystkim trzeba było znaleźć jego opiekuna i to z nimi zamienić parę słów… chyba.

Jednak po opiekunie nie było ni widu ni słychu. Dzieciak coś tam wymamrotał na temat kiedy wracali później przez miasto, ale nie był zbyt wylewny. Właściwie to wykręcał się jak zaskroniec złapany za ogon, byle tylko nie podać szczegółów, a już broń boże zaprowadzić Makę bliżej swojej kryjówki. Kotka mogła znosić to przez pewien czas, ale i tak sądziła, że należy coś z tym zrobić. Każdy rodzic przejąłby się, gdyby jego pociecha nie wróciła na noc i Marika nie chciała nieznanych sobie ludzi na to narażać, ale… chłodny wieczór zapowiadał niemalże mroźną noc, a chłopczyna jak zwykle latał w koszuli odsłaniającej patykowate ręce. Mało prawdopodobne, by jego piżamka okazała się cieplejsza (lub by w ogóle istniała - z tego co zdążyła się kotka zorientować spał na słomie w ubraniu dziennym).
Przez chwilę walczyła z dylematem czy narażać obcą rodzinę na stres, czy dać dalej gnić chłopcu nie wiadomo gdzie, ale ostatecznie zdecydowała się na porwanie.
- Choć ze mną - nakazała stanowczo, kiedy już mieli się rozstać. Trochę go oszołomiło (a i ją też), więc od razu chwyciła brudną, bladą dłoń i pociągnęła dzieciaka za sobą (żeby przypadkiem żadne z nich nie zdążyło zorientować się co właśnie planuje i jakoś temu zapobiec). Więcej nie było trzeba, bo po paru krokach młody zrównał się z nią i z zainteresowaniem oraz pełną ufnością dał się prowadzić dalej przez wymierające ulice spoczywające pod gasnącym niebem.

Do gospody doszli nadspodziewanie prędko. Tylko tutaj już zaczynał się kłopot. Jak wprowadzić nielegalnego gościa do pokoju i jeszcze przenocować nie płacąc za niego? Doświadczenia Mariki nie obejmowały takich akrobacji i co więcej pewna była, że słusznie. Nie zamierzała też tego zmieniać. Weszła więc od frontu, znalazła właścicielkę, spojrzała na nią wielkimi kocimi oczami i wyłożyła sprawę tak prosto i szczerze jak tylko potrafiła. Po ,,nie wiem gdzie mieszka”, ,,niepokoję się” i ,,uważam, że należałoby coś z tym zrobić”, padło dobitne ,,nie stać mnie na wynajęcie mu drugiego pokoju”, ,,czy mógłby…?” oraz ,,bardzo bym chciała doprowadzić go do porządku”. Kobieta obrzuciła zdezorientowanego przybysza szybkim spojrzeniem. Zrozumiała. Poociągała się chwilę dla pozorów, po czym skinęła i jak najbardziej pozwoliła mu na tę jedną noc zostać, byle kotka się nim dobrze zajęła.

- I dlatego właśnie należy mówić prawdę! - Triumfowała Maka wchodząc po wąskich, drewnianych schodkach, tak już powycieranych, że można było z nich zjechać na spodniach jeśli się miało pecha.
Chłopaczek powątpiewał. ,,To pani ma takie szczęście.” - myślał patrząc na jej plecy. - ,,Gdybym ja poprosił o coś takiego wyleciałbym na zbitą twarz.”
Możliwe, że coś w tym było. Szczęście i urok kotki miały jednak swoje granice (podobno), a z gospodynią akurat zaczęła się zaprzyjaźniać już jakiś czas temu. Miały zresztą wspólną znajomą i ostatecznie chęć utrzymania dobrych relacji międzyludzkich do czegoś zobowiązywała.

Młody postawił nogę w pokoiku. Nie był to salon Pana Szanownego Inspektora z Bokobrodem i Notesem, ale był ciepły, przytulny i nawet czysty. Na swój sposób pasował do jego tymczasowej lokatorki. Było w nim coś przytulno-jasnego, a zarazem prostego i niewydumanego. Chociaż to może tylko jemu się tak wydawało. Z miejsca polubił ten kącik i chętnie wszedł do środka, choć postawiwszy buty na dywanie począł się z niewiadomych przyczyn krępować. Był tak bardzo… nie u siebie. Czuł, że to wszystko nie jest do końca realne. Jego Pani Marika nie tylko okazała się być wraz z tajemniczym Lordem pogromczynią potworów ściganą przez władze, ale i zbierała przybłędy z ulicy w ogóle nie obawiając się konsekwencji! Popatrzył z szacunkiem i lekkim niepokojem na drobną sylwetkę grzebiącą nieporadnie przy walizce i zaklinającą się na wszelkie miasta, że ,,widziała niedawno ten kubek”. Chyba jej do tej pory nie doceniał.

Szczerze mówiąc kusiło go, by wypytać o tę całą aferę z bestią demarską, ale jakiś wewnętrzny głos ostrzegał go przed tym. Zresztą nagadał się o tym z Rzępolikiem (przy okazji nieco zabarwiając opowieść stwierdzeniami jakoby Pani Marika zaproponowała mu współpracę i właściwie razem zaczęli już pracować nad sprawą) i na razie zamiast dopytywać mógł skupić się na obecnej chwili. A takiej chwili obecnej jak ta, która go zastała, się nie spodziewał.
Jeżeli myślał, że starsza córka rodziny Ragrafford nie każe mu przejść do umywalnianej części pokoju, rozebrać się i z marszu wskoczyć do balii z wodą, to grubo się mylił. Maka bezlitośnie wpędziła go do sanktuarium czystości, skonfiskowała poplamione odzienie, a butów nie wywaliła za drzwi tylko dlatego, że nie wolno było zaśmiecać korytarza. Najlepsze miało jednak dopiero się zacząć. Przez chwilę kotka stała przy wannie i srogo powtarzała, że powierza szarą kostkę mydła w młode ręce, by owe ręce użyły jej do dokładnego wyszorowania całego ciała, po czym widząc ślamazarne i niezręczne ruchy chłopaka zagroziła, że jak on się nie zmobilizuje to ona go przeszoruje, ale szczotą ryżową. Zresztą zobaczenie ciała chłopca wraz z pełnym zbiorem przyszarzałych plam potu, kurzu i nie wiadomo czego jeszcze sprawiło, że naprawdę była na to gotowa. Dała jednak młodemu szansę na oswojenie się z wodą i kąpielą, a sama zniknęła na chwilę za parawanem, w drugiej części pokoju.

Młodzieniec słyszał w swoim życiu opowieści jak to pluskanie się w ciepłym wyniszczająco działa na organizm. Pory odtykały się i przedzierały się przez nie jakieś morowe wyziewy, a potem się chorowało. Dlatego… z wodą to wolał tak ostrożnie. Na zimno i lepiej bez podejrzanych kostek ze zwierzęcego tłuszczu czy innych świństw. Nie miał pojęcia co mogło składać się na to, co właśnie pieniło się wściekle w jego rękach. Jednak skoro ona kazała to chyba nie miał większego wyboru… nie, nawet ona mogła się mylić. Niech będzie, weźmie trochę tych szarych bąbelków i nałoży je na skórę, żeby wyglądało jakby się tym umazał, ale swojej zewnętrznej warstwy ochronnej się nie pozbędzie.
Jakże był wtedy naiwny.

Wykonując swój diaboliczny plan dał się zajść od tyłu jak ostatni niedorostek. Usłyszał tylko krótkie ,,uwaga, woda”, a na jego głowę spłynął znienacka ciepły strumień sprawiedliwości. Zakasłał, ale nawet nie zdążył dojść do siebie jak poczuł szpony wbijające mu się w głowę. Nie! To palce rozsmarowywały to szare okropieństwo na włosach! Próbował się wyrwać, ale upominające palnięcie w nagie plecy wybiło mu z głowy podobne numery. Grzecznie skulił się, zacisnął powieki i czekał aż zacznie się rozpływać. A jednak czekał i czekał i jakoś koniec nie nadchodził. Zamiast tego rozgrzewał się i upajał wcale nie takim złym zapachem czystości… to jednak nadal nie był czas na tracenie czujności! Przy następnym ,,uwaga woda” zareagował jak należało, czyli nie otwierał ust i oczu, żeby się tego nie nałykać. Potem przyjął pokornie ponowne znęcanie się nad jego czupryną, a w końcu przejechanie po jego plecach czymś chropowatym, ale na szczęście nie szczotką.
- Dobrze. Umyj jeszcze porządnie uszy i co tam zostało, bo na spłukanie mam już tylko jeden dzbanek. - Głos kobiety zdawał się być trochę niższy i donośniejszy niż zazwyczaj. Czy to dlatego, że kąpiel wyostrzyła mu zmysły? Przetarł oczy i odwrócił się, by zerknąć z bólem i urazą na pogromczynię brudu i potworów, ale zamarł, gdy tylko uniósł spojrzenie. A musiał je wznieść, bo na początku dostrzegł jedynie biały materiał - sięgające podłogi zwały białej tkaniny konkretnie, ale opływały coś co wyglądało na ciało, więc automatycznie zadarł głowę, by totalnie zgłupieć w konsekwencji.
Stała przed nim (a właściwie obok niego) ciemnowłosa kobieta, jak najbardziej ludzka i bez futra. Normalnych rozmiarów (jak na kobietę), bez sterczących uszu czy czegokolwiek innego. Okrągławe ramiona i dekolt miała całkiem odsłonięte, a w silnych rękach trzymała pokaźnych rozmiarów dzban. Białe okrycie zawiązała na piersi i spływało ono po niej niczym toga na fontannowych boginkach. Ale mimo wszystko nie pomylił jej. Od razu rozpoznał z kim ma do czynienia, choć obie postacie dramatycznie się od siebie różniły, a zalatana mała kotołaczka nie była nijak podobna do stojącego dumnie ablucyjnego kata. Nawet twarze obu postaci były niesamowicie odmienne i tylko w oczach pozostawała pokrewna iskra. Ale każdy ma w sobie coś co sprawia, że jest właśnie sobą, bez względu na ciało. To coś u Maki było albo bardzo wyraźne, albo po prostu dziecięcy instynkt chłopca nie zawiódł i pozwolił mu bezbłędnie poznać tą, która się nim zajęła.
Tak czy inaczej o ile z niewielką kotką miał jeszcze szanse dyskutować, tak z dorosłą babą z twardym dzbanem w ręce już nie za bardzo. Po namyśle umył się do połysku.

Maka tym czasem owinięta w prześcieradło zajęła się praniem (a wręcz odkażaniem) ściągniętych z nieszczęśnika szmatek. W najbliższej przyszłości będzie musiała toto pozszywać, ale najpierw należało wymyślić, gdzie je zostawić, aby wyschły do rana. Może na jakim piecyku?
Korzystając z siły większego ciała napracowała się aż miło, a i jeszcze raz opłukała nowego współlokatora. Jako kicia nie uniosłaby pełnego naczynia, a już tym bardziej nie na odpowiednią wysokość, dlatego właśnie wbrew przyzwyczajeniom paradowała teraz bez sierści. I bez odpowiedniego przyodziewku, bo żadnego o słusznym rozmiarze ze sobą do miasta nie zabrała. Trudno. Ostatecznie chłopczyna był jeszcze dzieckiem, więc nic to nie szkodziło. Na ołtarzu higieny można było ten raz złożyć ofiarę z dobrego smaku i niekoedukacyjnego wychowania.

- Wytrzyj się, tylko do sucha, żebyś się nie przeziębił - poradziła podając mu czysty ręcznik. To była dla niego nowość. Zwykle dostawał wilgotną i suchą ścierę i szczerze mówiąc nawet lubił ten zestaw. Parę sekund i po toalecie. A tu? Zaczął dygotać, więc owinął się ciaśniej. Ku własnemu przerażeniu zobaczył wtedy, że również jego ubrania są nie mniej mokre… w co on się teraz ubierze?
- Ubrać? - zdziwiła się Maka. - Wskakujesz od razu do łóżka. Musisz się wygrzać, a ja nie mam żadnych pasujących koszulek, więc i wyboru większego nie ma… och, czekaj, muszę pościelić! - to mówiąc wepchnęła go z powrotem za parawan, ściągnęła z siebie skonfiskowane z legowiska prześcieradło i przybrawszy swoją podstawową formę, szybko złapała halkę, by włożyć ją przez głowę w komicznym pośpiechu. W sumie chętnie złożyłaby już nocne wdzianko, ale najpierw sama musiała oddać się rytuałowi czyszczenia. Pozostała więc w dziennej bieliźnie uznając, że to w zupełności wystarczy i przygotowała miejsce dla podopiecznego. Chłopak z oczami przepłoszonego zwierzątka wyszedł nieśmiało zza przegrody. W napięciu otulał się wodochłonną płachtą, dziko wypatrując kolejnych niebezpieczeństw luksusu klasy średniej i nie za bardzo wiedząc czego jeszcze może się spodziewać. Nie planowała jednak dla niego nic więcej. Wskazała łóżko i z czystą przyjemnością patrzyła jak młody zawija się w kołdrę, otulając nią policzki, a w końcu naciągając ją aż na uszy. Wyglądał na szczęśliwego. Szybko jednak wypadał z podobnych stanów, by zadawać całkiem praktyczne pytania:
- A gdzie pani będzie spać? - zmartwił się, choć nic nie wskazywało na to, by miał zamiar oddać swoje grzejące się miejsce.
Maka poklepała krzesełko. Wygodniejszy byłby fotel (na takim spokojnie mogła przenocować), ale ostatecznie… nie, pewnie zmuszona będzie zmienić się kota i i zwinie się gdzieś w kąciku, o! Albo na walizce.
To niesamowite do czego jedno pachole jest w stanie skłonić dorosłą kobietę.

Jednak i pracodawca miał swoje do powiedzenia. Kiedy w umyśle kotki rozległ się znajomy, męski głos, aż cała naprężyła się w gotowości. Wysłuchała wszystkiego stojąc na baczność i niemal salutując, a chłopiec patrzył na nią zastanawiając się co znowu knuje. To jakiś rytuał mieszczuchów? Byle nie kazała mu wracać do balii!
Tego na szczęście mu oszczędzono. Kotka oznajmiła, że musi wyjść i w pośpiechu zaczęła doprowadzać się do porządku.
Może to był ciężki dzień, ale dla niej najwyraźniej jeszcze się nie skończył.

Biegła przez ulice czując, że jest karygodnie spóźniona. Co prawda Lord powiedział ,,kiedy załatwi panna swoje sprawy”, a ona wyrwała z gospody jak oparzona niemal od razu, ale i tak… to była jej szansa. Już raz się dzisiaj popisała i nie zamierzała robić tego ponownie. O nie! Ma swoją dumę! No i… nie chce narażać siebie na utratę pracy, a Lorda na gniew i zmarszczki. Nie, chwila! Lord na pewno nie dorobi się zmarszczek! Nie przez nią. Nie była warta zmarszczek Lorda! Chociażby dlatego, że nie dość, że nie umiała wykonać jego poleceń to jeszcze wyobrażała sobie go z pomarszczonym czołem. Bezczelność!
,,Przepraszam!” pomyślała pokornie i skupiła się na szukaniu wspomnianej przez białowłosego karczmy. Plan miasta jak najbardziej się przydawał, ale wielka tablica, na której był wyryty była już nieco nieaktualna, nie mówiąc o tym, że w kiepskim stanie. Jednak jeżeli lokal miał swoje lata to możliwe, że odnajdzie go gdzieś wśród zacieków i kępek porostów… o ile znajduje się na dole mapy.
Westchnęła. Brakowało jej Blondynki, która władczym tonem i urokiem osobistym urobiłaby jakiegoś handlarza, by pożyczył jej skrzynkę. Zresztą - handlarza też brakowało. Rozświetlone latarniami i lampkami mrugającymi przy oknach miasto powoli, ale skutecznie wymierało pogrążając się w niepokojącym szumie nocy. Rynek także pustoszał i nie za bardzo miał jej kto pomóc i podpowiedzieć. Ale nie była całkiem sama. Mroczny, zimny wietrzyk dmuchnął jej w kark przypominając o swoim demonicznym istnieniu, lecz zniknął gdy tylko odwróciła się gwałtownie. Zdążył jednak donieść do jej uszu wiadomość - słowa kogoś zza rogu, słowa o… morderstwie?
Pchana poczuciem obowiązku i tylko trochę zatrzymywana przez złe przeczucia ruszyła w kierunku pobladłych kamieniczek. Jej obcasiki stukały szybciutko, jak na złość zagłuszając cudzą rozmowę, ale mimo wszystko nie zdjęła butów, by podkraść się do tajemniczych osobników na palcach. Błąd.
Kiedy do nich doszła przywitana została raczej niechętnymi spojrzeniami i para mężczyzn nie dając się zaczepić ominęła ją dwoma zgrabnymi łuczkami. Obejrzała się na nich zdziwiona.
No nic, może to nie była znowu aż taka strata w wiadomościach…
Postanawiając się nie przejmować ruszyła dalej próbując znaleźć kogoś, kto wskaże jej drogę do Karczmy Nagietka. Jednak mrożąca i brutalna wieść rozprzestrzeniała się szybko i wyprzedzała ją o parę kroków. Co drugi głos, mówił coś o sędzi, o ucieczce, o ,,sprawiedliwym wyroku” i tak! - o podejrzanych śladach i innych okropnych szczegółach. Chodząc po mieście, kawałek po kawałku zbierała historię, a kiedy wskazano jej w końcu kierunek, wiedziała już niemal wszystko co trzeba, by przekazać plotkę dalej.
Trafiła na właściwe drzwi.

Wnętrze karczmy było wyjątkowo jasne i głośne - zgromadzili się tu ci, którzy nie chcieli zostać na ulicy. Nikt tu nie szeptał - krzyczano raczej przez siebie nawzajem, choć w granicach rozsądku. Harmider jednak ogłuszył Makę w progu, a światła oślepiły, więc doczołgała się do baru jak ktoś kto właśnie cierpi na atak migreny. Z trudem wspięła się na stołek i zaczęła dochodzić do siebie. Ktoś coś wrzasnął, coś stuknęło… litości.
Powoli otworzyła oczy, by zobaczyć za ladą właściciela w całej niemalże okazałości i udowodnić światu, że jej wielgachne ślepia mogą się jeszcze powiększyć i zając co najmniej drugie tyle co zwykle. Otchłanie źrenic pożarły wesoły pomarańcz tęczówek, a kotka uniosła głowę porażona.
- Czy… czy dobrze trafiłam? Jest tu pan Nagietek? - wydukała słabo, nie spuszczając wzroku z olbrzyma, ale i kulturalnie nie rzucając się do ucieczki. Ostatecznie skoro ponury jegomość stał za barem to znaczy, że tu pracował, a skoro pracował i miał klientów to raczej nie rzucał się na ludzi… z… ze swoim hakiem.
- Nagietek, do usług - olbrzym przedstawił się beznamiętnie.
- Ja… - zacięła się. - Przysyła mnie Lord Fo… de Loer. Podobno ma pan dla niego informacje. - Uspokajała się powolutku, przypominając sobie ostrzeżenie pracodawcy. Tak. Pan ,,Nagietek” był dość nietypowy. Ale skoro był przyjacielem Lorda należało wszelkie podejrzenia od niego odsunąć. Musiał być jak najbardziej w porządku.
Były elf, nie zadając żadnych pytań wręczył Marice kartkę. Obróciła ją w palcach. Mimo że nie została zatrudniona w roli stenografki i tak w nowej pracy często miewała do czynienia ze słowem pisanym. Przez kogoś innego.
- Dziękuję - powiedziała z ulgą i jakby zapomniała jak bardzo przed chwilą była wystraszona. Rozluźniła się, ale wyglądała bardziej na zmęczoną niż zrelaksowaną. Czy mówiła już, że to był ciężki dzień?
- Ma pan może coś do picia? Coś ożywczego co postawiłoby mnie na nogi? - zapytała ufnie, tak jak przyjaciela Lorda należało. Niedługo też dostała szklankę intensywnie pachnącej, półprzezroczystej cieczy o intrygująco zielonkawym kolorze i posmaku mięty. Kiedy wypiła ów dziwny wynalazek, jeszcze raz zwróciła się do Nagietka:
- Czy to będą wszystkie wiadomości dla Lorda? - Wskazała nadal złożoną kartkę, a barman skinął głową.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek napotka na innych potomków swojego rodu - rzekł tajemniczo, widząc, że kotka nie kwapi się do zapoznania z treścią wiadomości. Zaraz potem sucho odmówił wzięcia od niej pieniędzy i pożegnali się zdaje się w pokoju. Przynajmniej taką kotka miała serdeczną nadzieję.

Szybko trafiła na znajomy sobie miejski szlak i potruchtała nim prosto do posiadłości Lorda. Cieszyła się, że ma co mu przekazać (zarówno werbalnie jak i poprzez pismo), a także ciekawiła się co też on może chcieć pokazać jej. To coś ważnego? Na pewno tak, skoro ją wezwał. Dotyczyło jej obowiązków? A może sprawy, którą się zajmował? Albo też sądził, że jako nowa pomoc prawie-domowa wymaga douczenia? Nie miała pojęcia, ale chciała się dowiedzieć. Szybko minęła bramę, przeszła po żwirowej alejce bielącej się na tle ciemnych granatów nocnego ogrodu i podeszła do już otwierających się przyjaźnie drzwi. Miała nadzieję, że zjawia się na czas.

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 1 rok temu

        Dwór czekał na pannę Marikę już od godziny, wypatrując jej z niecierpliwością. W końcu lord powierzył jej kolejne zadanie! Kiedy ona się tu zjawi? Czy coś złego zatrzymało ją po drodze? Budynek bardzo lubił tę drobniutką kobietkę o pomarańczowych oczach. Gdyby mógł, przechadzałby się teraz nerwowo w tę i z powrotem, zamiast tego jednak trzaskał lekko okiennicami, co jakiś czas budząc któregoś ze śpiących na parapetach kotów. Zwierzaki doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że dom jest nawiedzony, jednak było im wszystko jedno, dopóki pozwalał buszować w swoich piwnicach i zakradać się do miseczek z mlekiem.
        Kiedy panna postawiła odzianą w bucik, futrzastą stopę na progu, hol rozjaśnił się miękkim światłem kandelabrów. Lord, który stał u szczytu schodów, normalnie zirytowałby się tym impulsywnym zachowaniem, jednak tym razem jego myśli krążyły bardzo daleko stąd. Kiwnął kotołaczce głową i podszedł do niej spokojnym krokiem. Białe ręce nieruchomo opierały się o balustradę, chociaż w środku cały drżał z niecierpliwości.
- Witam, panno Mariko. Chciałbym pokazać pannie coś, nad czym ostatnio pracowałem. Ale najpierw najważniejsze sprawy. Dowiedziała się panna czegoś od Nagietka?
Kiedy ujął w dłonie kartkę na chwilę zamarł, tak jakby zamierzał schować ją do kieszeni i odwlec jeszcze trochę ten moment. Nie można powiedzieć, że się bał - strach był czymś, czego nie zaznał już od bardzo dawna. Mimo całego opanowania poczuł jednak jak wnętrzności ściska mu zimna, bezlitosna łapa. Pomału, z szelestem który wydawał się głośny niczym grzmot, rozwinął kartkę i spojrzał na napisane kanciastym pismem słowa.

Panie lordzie! Herb dwóch lilii i klucza należy do rodu de Belloy, starej szlacheckiej rodziny spokrewnionej silnymi więzami z rodziną królewską. Kobieta, którą lord z najwyższą przenikliwością opisał to sama Hanna de Belloy, sześćdziesięcioletnia spadkobierczyni rodzinnej fortuny i bardzo wpływowa dama. Jej ojcem był lord Antoin Nicolas Phillippe de Belloy a matką Marika Henrietta de Loer. Lady de Belloy mieszka w południowej części miasta, nieopodal Alei zachodzącego słońca, w pobliżu zamkowych ogrodów. Nie chcę szkalować jej dobrej opinii, jednak moje ptaszki mówią, że to osoba na którą należy uważać. Nie jeden raz udowodniła, że ci którzy nie zgadzają się z jej poglądami, nie mają przed sobą radosnych perspektyw.

Z uszanowaniem,
Nagietek
P.S. Gratulacje.


Lord patrzył na kartkę niewidzącym wzrokiem cytrynowych oczu. Jego czarne źrenice przepalały słowa na wylot, a jasna twarz o ostrych rysach pobladła jeszcze bardziej. Gratulacje zamieszczone na końcu listu wydały mu się zupełnie absurdalne - jak miałby cieszyć się z tego, że jego siostra powiła dziedzica, który teraz maczał palce w czarnej magii? Dziedzica! Dopiero po chwili dotarła do niego siła tego słowa. Jego siostra Marika - jedyna istota, która okazywała mu ciepłe uczucia gdy był mały, pozostawiła po sobie córkę. Przed oczami stanęła mu uśmiechnięta twarz siostry. Była piękna i mądra. Zawsze posłusznie wypełniała polecenia i już gdy był nastolatkiem gotowała się do zamążpójścia. Tak, teraz sobie przypominał, że był tam wtedy jakiś Antoin. Chudy, wysoki typek, który przychodził na kurtuazyjne wizyty do ich dworu i czarował ojca rozmowami o strategiach militarnych. O ile lat był starszy od Mariki? Z tego co pamiętał, nie pałała do niego wielką sympatią. Ale jak widać nie miało to żadnego znaczenia.
        Przysiadł ciężko na pierwszym stopniu schodów, a dwór troskliwie przyciemnił światło. Nawet kryształowe żyrandole przestały pobrzękiwać radośnie. Budynek czuł emocje swojego pana i ostrożnie otulił go bezpiecznym półmrokiem.
- Nagietkowi udało się namierzyć jednego z członków sekty, która przywołała Gnarka - powiedział głuchym głosem, patrząc nieruchomo w podłogę. Jego dłonie drżały delikatnie. Nie spodziewał się, że wiadomość wywrze na niego taki wpływ, jednak lata tłumionej tęsknoty i nienawiści wreszcie znalazły swoje ujście.
- To lady Hanna de Belloy. Córka mojej zmarłej siostry. Ja… straciłem kontakt z rodziną kilkadziesiąt lat temu. Sądziłem, że Marika umarła bezdzietnie albo wyjechała z tego obłudnego miasta i zgasła gdzieś daleko. A teraz okazuje się, że jej pomiot jest współodpowiedzialny za ostatnie masakry.
”To stąd rodowy medalion, który posłużył za katalizator”, pomyślał beznamiętnie. Uniósł wzrok i uświadomił sobie, że kotołaczka obserwuje go z uwagą. Potrząsnął głową, wyprostował się i w jednej chwili na powrót przybrał opanowaną maskę lorda. I tak pozwolił sobie na zbyt wiele! Kobieta nie musiała (a zapewne również nie chciała) wiedzieć o nim takich rzeczy. Nagle jednak niemal całkowicie przeszła mu ochota na prezentowanie jej mikroskopu.
- Udało mi się zbadać pewne tropy, które jednoznacznie dowodzą, że to właśnie Hanna de Belloy przywołała demona. Uważam jednak, że udanie się do niej z marszu mogłoby nie być najlepszym pomysłem. To bardzo wpływowa kobieta, a my nadal nie znamy motywów jej działania. Z miejsca zbrodni zabrałem również przedmiot (póki co nie zamierzał wspominać, że jest to magicznie wspomagany but, rozmiar 42), który został wykonany przez bardzo konkretnego rzemieślnika. Myślę, że powinniśmy z nim porozmawiać, by dowiedzieć się, kto jeszcze uczestniczył w rytuale. Przeczucie mi mówi, że to może być ktoś ważny.
A ja w tym czasie otrząsnę się trochę z tych… rewelacji”, pomyślał, patrząc uważnie na zmiennokształtną. Jej spokojna obecność w jakiś przedziwny sposób dodawała mu otuchy. Już niemal zapomniał jakie to uczucie.
- Normalnie zleciłbym to pannie, ale myślę, że powinniśmy trochę się pospieszyć. Pójdziemy razem. Słyszała panna oczywiście o najnowszym morderstwie? Nasz przyjaciel z Otchłani nie zamierza odpoczywać, więc i my nie powinniśmy.
Podniósł się, w myślach układając plan działania. Ten konkretny kupiec wytwarzający magicznie wzmacnianą odzież i obuwie znajdował się niedaleko stąd. Jeśli jego podejrzenia się potwierdzą, powinni następnie udać się do Inspektora. Nie zamierzał pozwolić młodzieńcowi być świadkiem rodzinnej sceny, jednak jego wpływy mogły im się przydać. Domyślał się już, kto używa takich butów. Jeśli miał rację, musiał sprytnie to rozegrać.
        Zerknął z ukosa na Makę. Dotychczas wykazała się dużą odwagą jak na kota. Miał nadzieję, że i tym razem go nie zawiedzie.

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 1 rok temu

        Tyle nowych informacji… Prawdziwy chaos! Najazd na jej biedną głowę!
Do tej pory niewiele wiedziała o swoim pracodawcy i starała się nie wypytywać, co nawet było dość łatwe. Wystarczyło pamiętać kim się jest, a kim jest Lord i wszystko stawało się jasne. Inną sprawą była jednak zwyczajna ciekawość. Większa niż zazwyczaj. Tajemniczy białowłosy mężczyzna mieszkający samotnie (z kotami!) w domostwie, które zdawało się mieć własną wolę nie było codziennością. Nie - było niesamowitą iskrą, punktem zwrotnym w życiu panny Ragrafford i nawet jeśli nie określiłaby tego w ten sposób to wiedziała, że ta osoba istotnie wpływa na jej życie. Niby jak każdy pracodawca, ale jednak… inaczej. W końcu świadkiem samowolnej magii i okrutnych rzezi na ulicach zazwyczaj nie była. I o dziwo póki co jej to nie odstraszyło, a powinna już dawno powiązać fakty; Lord de Loer = niebezpieczeństwo. Tylko, że wraz z tym niebezpieczeństwem i smutkiem pojawiał się słodki smak odpowiedzialności i coś czego nazwać nie umiała, ale co pobudzało ją i sprawiało, że czekała na każdą kolejną wskazówkę zamiast odciąć się od sprawy i zniknąć. Może była silniejsza niż jej się wydawało? A może zbyt nierozsądna, żeby wiedzieć kiedy się wycofać? Zbyt skołowana?
To na pewno.
W parę chwil dowiedziała się tylu rzeczy!
Po pierwsze - że nawet Lord potrafi usiąść ciężko na schodach, choć w żadnym podręczniku wychowującym młodych arystokratów na pewno takiej sztuczki nie opisywali! Innymi słowy ten chłodny jegomość jest bardziej ludzki niż można by sądzić… chociaż ona o bycie czymś bez sumienia i litości nigdy go nie podejrzewała. Miał po prostu… dystans. Klasę. O! Tak się to zwało.
Była też kiedyś ciekawa jego rasy - i faktycznie! - człowiekiem być nie mógł. ,,Kilkadziesiąt lat”… to szmat czasu! Wyglądał o wiele za młodo jak na człowieka, ale elfem raczej nie był… czarodziejem? Miał w sobie coś zbyt drapieżnego na jednego z nich. Tak przynajmniej jej się wydawało. Więc może jednak zmiennokształtny? Tylko jaki? Po zapachu w sumie powinna była w stanie rozpoznać… mniej-więcej, ale poza wyżej wspomnianą drapieżnością nie wyczuwała nic istotnego. Nie wykluczała jednak, że z powodu odległości jaka ich zwykle dzieliła oraz woni czystych ubrań zwyczajnie jakaś istotna nuta umykała jej zmysłowi. Nadal więc mogła sądzić, że Lord Fobos jest… takim kotołakiem na przykład. Zachowywali oni swoją młodość, a niektórzy (jak ona) mogli się przemienić tak, by trudno było odróżnić ich od ludzi. To wyjaśniałoby kolor oczu i nawet włosów!
Chociaż to nadal była jedynie teoria.

Słuchała z uwagą i spokojnie, bo choć już odczuwała działanie pobudzającego napoju pana Nagietka, to jednak nadal była zmęczona. Poza tym dobrze wychowana dama, a tym bardziej pracownica nie będzie wytrzeszczać oczu i mówić ,,och” i ,,ach!”, nawet jeśli miałaby na to ochotę. Nie będzie patrzeć też zbyt współczująco i spoufalać się pocieszającymi gestami. Choć akurat nad spojrzeniem trudno było jej zapanować. Rodzina była dla niej bardzo ważna, więc rozumiała (albo przynajmniej sądziła, że rozumie) co czuje Lord dowiadując się takich rzeczy… stracić kontakt z krewnymi musiało być czymś strasznym. I pewnie powody też nie były błahe… Nigdy nie są w takich przypadkach! A teraz okazuje się, że Lord ma siostrzenicę. Uwikłaną w bardzo ponurą aferę i przyzywanie demona…
Chciałaby być lepszym wsparciem, ale znała zasady - mogła teraz jedynie wiernie towarzyszyć białowłosemu, aby okazać mu swoją lojalność, a w duchu mieć nadzieję, że Hannę de Belloy da się jakoś usprawiedliwić, że nie działała w złej wierze.
Nie umknęła jej też jeszcze jedna rzecz, taki mały akcent, który mimo przygaszonych świateł i przygnębienia pracodawcy nieco ogrzał jej serduszko - siostra Lorda też nazywała się Marika! To był taki… miły zbieg okoliczności. Mając to w pamięci wyraziła pełną gotowość do dalszych zadań, choć roztrzaskiwały one na okruszki jej szanse na odpoczynek dzisiejszej nocy. Było jednakże i światełko w całej tej sytuacji i perspektywie biegania nocą po mieście - skoro wybiorą się do rzemieślnika razem z Lordem to co mogłoby pójść nie tak?

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 1 rok temu

        Droga do warsztatu szewca, choć krótka, dłużyła się wampirowi w nieskończoność. Teraz żałował, że zaproponował kotołaczce, by mu towarzyszyła - pod postacią dymu poruszałby się o wiele szybciej! Cały czas był jednak pod wpływem emocji, a to nie sprzyjało ostrożności. Jeden nieopatrzny ruch, wyjście z cienia pod niewłaściwym kątem i mógłby zwrócić uwagę któregoś z “łowców potworów” (jak dumnie nazywali się ludzie, którzy w większości byli wyrośniętymi na balladach żółtodziobami), a narobiony przez nich raban mógłby ściągnąć kogoś, kto faktycznie zna się na rzeczy. Co prawda lord uważał, że jest nietykalny, jednak zbyt cenił sobie wygodne życie, by ryzykować. Koniec końców uznał, że dobrze zrobił, zabierając pannę Ragrafford ze sobą.
        Zerknął kątem oka na kotołaczkę, która truchtała grzecznie obok niego. Koty umieją co prawda szybko biegać, zwłaszcza jeśli chodzi o ratowanie skóry, ale skoro już zabrał ją ze sobą, powinien zadbać o jej bezpieczeństwo.
- Gdy trafimy do posiadłości Hanny de Belloy, może się zrobić niebezpiecznie. To chyba cecha wszystkich rodzinnych spotkań - dodał kwaśno, krzywiąc nieznacznie wargi. - Demon, jak już się zorientowaliśmy, usiłuje pozbyć się wszystkich członków sekty, by wrócić do swojego ciepłego gniazdka w Otchłani. Z całą pewnością będzie szukał również jej.
Przez chwilę zapatrzył się przed siebie niewidzącym wzrokiem, a kataryniarz, który miał nieszczęście znaleźć mu się na drodze zadrżał pod chłodem cytrynowych tęczówek i z opuszczoną głową odsunął się na bok. Muzyka ucichła, zostawiając ich w pełnej napięcia ciszy. Choć plac był opuszczony, wydawało się, że ktoś słucha ich z uwagą.
- Gdyby zaczęły się kłopoty, niech panna dobrze się schowa. Nie chcę mieć panny na sumieniu.
Nie dodał, że potrzebuje jej obecności. Do tego nie przyznałby się nawet przed sobą. Wyprostował się i wskazał dłonią witrynę, na której wystawione były pary zgrabnie wykonanych, kolorowych butów. Kołyszący się leniwie szyld głosił:
“Henry Tomkin,
Najlepszy szefc magiczny
Po tej i tamtej stronie Virassu”

- Może szewcem jest najlepszym, ale skrybą niekoniecznie - rzekł kąśliwie lord, popychając drzwi i wchodząc do środka.
Przywitało ich schludne wnętrze niewielkiego zakładu, wypełnione tu i ówdzie regałami. Na półkach w dużych odstępach stały pary butów, tak jakby podkreślały, że każda z nich jest absolutnie unikatowa. Zewnętrzną część sklepu od pracowni oddzielała wypolerowana na błysk lada. Ktoś poruszał się w głębi, zupełnie nie reagując na obecność nowych klientów.
Fobos podszedł do zamocowanego na ladzie srebrnego dzwoneczka i pociągnął za ładnie wypleciony sznurek. Henry Tomkin, mimo słusznej nadwagi, pojawił się przy nich błyskawicznie i całkowicie bezszelestnie. Lord zerknął na jego buty i zauważył na ich podeszwie ledwie dostrzegalną, migotliwą powłokę.
- Czyżby podeszwy były wyciszane magią? - zapytał uprzejmie, wskazując stopy mężczyzny.
- Ależ skąd panie! To moja wrodzona gracja! - odparł Tomkin, pusząc się lekko. Po chwili uważnego spojrzenia, jakim obdarzył go lord, roześmiał się jednak i pokiwał głową.
- Jak widzę szanowny pan nie z tych, którzy dadzą się nabrać! To jeden z egzemplarzy, które wyszły mi najlepiej, jestem z nich bardzo dumny. Czy i pana interesują magicznie wyciszone buty?
Wampir uśmiechnął się delikatnie, jednak jego oczy pozostały zimne i czujne. Tomkin, czując się nieswojo, poruszył się niespokojnie za ladą. Nie przywykł do tego, by ktoś wprawiał go w zakłopotanie w jego własnym zakładzie.
- Z poruszaniem się po cichu nie mam problemów, natomiast buty same w sobie interesują mnie, owszem, choć z nieco innego powodu.
Mówiąc te słowa wyjął powoli z torby but, który znalazł na miejscu zbrodni i położył go na ladzie. Był to czarny, elegancki trzewik wykonany z bardzo miękkiej skóry, a wpleciona w niego magiczna powłoka była praktycznie niedostrzegalna. Dopiero pod mikroskopem udało mu się dojrzeć nitki magii, wszyte głęboko w podeszwę.
Na ten widok szewc zbladł jak ściana i cofnął się lekko w stronę warsztatu.
- Szanowny pan raczył się pomylić! To zwykłe buty! Nigdy takich nikomu nie sprzedawałem!
Drobnymi kroczkami przesuwał się do tyłu, gotowy czmychnąć w głąb pomieszczenia. Nawet rude wąsy na pucołowatej twarzy nastroszyły się, jak ogon przestraszonego kota. Tylko jeden człowiek w mieście wywoływał u ludzi tak paniczny strach.
- Na nich nie widać ani śladu magii! A teraz przepraszam pana, ale mam bardzo dużo pracy! Do widzenia! - krzyknął, odwracając się plecami i zatrzaskując za sobą drzwi.
        Fobos, zadowolony z efektów przesłuchania, zostawił buta na ladzie i odwrócił się w stronę Maki.
- Sądzę, że ze strony pana Tomkina to już wszystko. Wyjdźmy na zewnątrz.
Kiedy znalazł się przed wejściem, blask pochodni oświetlił jego twarz. Białe włosy błysnęły jak srebrne pajęczyny, zebrane na karku w eleganckiego warkocza. Pochwycił pytające spojrzenie kotołaczki, a w jego oczach zabłysła ciepła iskierka. Lubił towarzystwo tego nierozumnego stworzonka. Dużo przyjemniej było tłumaczyć swój geniusz jej niż Dworowi czy kotom.
- Myślę, że mamy coś bardzo ważnego do przekazania Inspektorowi. Gnarka przywołała grupa najbardziej wpływowych ludzi w mieście, to oczywiste. Mistrz Gildii Handlowej, Najwyższy Sędzia... Najbogatsza kobieta w Demarze. Wśród nich musiał się również znaleźć ktoś, komu zależy, by nikt nigdy nie słyszał jego kroków. Właściciel magicznie wyciszanych butów. Mistrz pajęczyny. Alabaster Greyjoy, szef tajnej policji. Wierzę, że będzie on posiadał również nazwiska pozostałych członków ich wesołej sekty, a także przedstawi motyw, który nimi kierował. Skoro grupa takich ludzi zaczęła się bawić w okultyzm, są dwie rzeczy, które wchodzą w rachubę. Władza albo pieniądze. A najczęściej jedno wynika z drugiego. Od teraz proszę, żeby podwoiła panna ostrożność. Nie wątpię, że ludzie Greyjoya słuchają nawet teraz. Mam zresztą wrażenie, że nie tylko oni…
        Rozejrzał się dookoła, świdrując wzrokiem mrok. Nigdzie nie dostrzegł przyczajonej sylwetki ani błysku czerwonych ślepi. Noc nie była najlepszą porą na takie działania, jednak zostało zbyt mało czasu. Gnark ruszy śladem Greyjoya lub Belloy, to pewne. Poza nimi, z tego co ustalił lord, w pomieszczeniu znajdowała się jeszcze jedna osoba, której jak na razie udało się uniknąć śmierci. Miał więc trzydzieści procent szans na to, że zdąży odnaleźć córkę Mariki nim zrobi to demon.
        Przez chwilę rozważał przekazanie sprawy Inspektorowi i powrót do domu. Mógłby powiedzieć mu o wszystkim, napuścić go na szlachciankę i nigdy nie oglądać jej twarzy. Oczyściłby swoje dobre imię, a demon w ten czy inny sposób opuściłby Demarę. Nie zależało mu przecież na życiu tych ludzi - skoro bawili się w czarną magię, zasłużyli na to co ich spotkało.
Chciał jednak spojrzeć jej w twarz i oznajmić, że nikt nie ma prawa szargać dobrego imienia rodu de Loer, a już zwłaszcza w ten sposób. Potem najpewniej by ją zabił. Ponownie zerknął na Makę - zabranie jej ze sobą znowu wydawało się złym pomysłem. Ale słowo już się rzekło. Najwyżej wypędzi ją z dworu, jeśli nie będzie mogła sobie z tym poradzić. W końcu kto uwierzy słudze?
Poza tym lorda intrygowała prawda. Chciał wiedzieć dlaczego grupa demarskiej śmietanki wezwała demona. Miał kogoś zabić? Rozpętać wojnę? Opętać kogoś? Chciał poznać ich motywy, a usłyszenie opowieści z trzeciej ręki nie wchodziło w rachubę.
- Ruszamy? - zapytał, kierując swoje kroki w stronę domu McColleya. - Ian zapewne się zdziwi, widząc nas o tej porze.
        Tymczasem po drugiej stronie placu, skryty tak głęboko w mroku, że zlewał się z nim w jedno, czarny kłębek mięśni, futra i szponów poruszył się delikatnie. Błysnęło czerwone oko. Gnark już wiedział jak nazywa się jego następna ofiara. Zaczął węszyć, a jego nozdrza rozszerzały się i kurczyły jak szalone. Alabaster Greyjoy. Ruszył jego tropem, dokładnie tak jak chciał tego lord.

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 1 rok temu

        Ta noc była sucha, przejrzysta. Pachniała dymem, a rześkość mroku przebijała się ledwie niekiedy wraz z chłodnymi zawirowaniami powietrza, gdy mijali węższe przestrzenie między niskimi domami. W ciemności nawet w oczach Maki brunatność ich ścian pokrywała się popiołem i zlewała w jedno z zielonkawą szarością dalszych planów. Nie tam jednak, w tych ciasnych zaułkach, kryła się tajemnica, a na głównej ulicy, tuż przed nią, gdzie rozpalone latarnie zdobiły proste elewacje agresywnym cynobrem. Jaskrawa poświata uderzała w kocie łby ulicy rozpryskując się przed butami Lorda na brazilianity, chryzoberyle i rubiny. Odbicia ich igrały na wypastowanej skórze, po czym pięły się wyżej, aż na nogawki. Od góry, w białych, niteczkowatych włosach tańczyły młodsze siostry połysków, zrodzone wyżej, bliższej płomieni. Przyozdabiały kontur twarzy dumnego mężczyzny złocistym pudrem uwydatniając jego zgrabne rysy, po czym skromnie spływały po rzęsach nie ośmielając się razić go i rozpraszać. Maka pozostawała za nimi, z tyłu, z troską zerkając na pracodawcę. Wydawało się, że całkowicie pochłonęło go rozwiązywanie zbrodni, ale kto miał uczucia, ten wiedział, że to nie mogła być cała prawda. Ile emocji musiało w nim teraz się burzyć, ile myśli ze sobą walczyć. I jak to się działo, że mimo tego wciąż… był taki spokojny.
Przerażające i godne podziwu zarazem.
Nagle zwrócił się do niej. Niemal przystanęła. Świetliste połyski podkreśliły osobliwą barwę żółtych oczu; naraz zalały je jadem siarki, by po chwili zmienić w słodycz pomarańczy.
Jakie naprawdę były oczy Lorda?

- B-będę uważać - zapewniła nieśmiało, mocniej ściskając torebkę, wręcz zasłaniając nią swoją kocią pierś. Obecność zagrożenia z góry była wiadoma, ale kiedy usłyszała się o niej wprost, nagle perspektywa ta stała się nieunikniona i bliska. Niema groźba zawisła nad małą postacią, ale wyprostowana sylwetka mężczyzny, kroczącego szybko i pewnie na przedzie, wskazywała wystraszonej kotce właściwy kierunek.

To nie tak, że w jego obecności wcale się nie bała. Choć miała o nim wysokie mniemanie nie sądziła, by miał jakiekolwiek szanse w starciu z prawdziwym demonem. Jasnym było, który z nich jest dzikszy, potężniejszy i ma pazury długości makowej ręki. Ale to ze względu na jego determinację szła dalej. Nigdy nie czuła potrzeby ryzyka, pchania się z wąsikami w niebezpieczeństwo, w dodatku takie oczywiste i wyraźne. Ale ktoś musiał chyba teraz przy lordzie stać, prawda? Zabrał ją ze sobą nie bez powodu. Może była to myśl bezczelna, nieco zbyt arogancka, ale… chyba jej do czegoś potrzebował. A jeśli jej małe łapki i wielkie oczka miały pomóc mu uratować czyjekolwiek życie i wysłać demona tam skąd go przyzwano, to nie wycofa się! To już nie była kwestia wykonywania poleceń pracodawcy - to był obowiązek wiernej, miejskiej obywatelki!
Nie wykluczała jednak ucieczki w razie konieczności.
Chociaż nie, lepiej się schowa.
Tak jak mówił Lord.

Spojrzała na kiwający się, lekko skrzypiący szyld. Zmarszczyła brwi.
Po chwili już byli w środku.

Nie oceniała pana Tomkina źle - wydał jej się całkiem miłym człowiekiem. Może nie z tych, którym dobrze byłoby zwierzyć się przy herbatce, ale gdyby nie ta sprawa z magicznymi butami, to o jego fachu rozmawiałoby się z nim całkiem przyjemnie. Przy lordzie szybko jednak stracił rezon i przestał się śmiać - napięcie szybko zdominowało jego okrągłe ciało, a gdy zastąpiło je przerażenie mógł już tylko się wycofać. Maka chyba rozumiała jego zachowanie.
Zrobiło jej się trochę żal, ale lord nie czekał. Skupiła więc na nim całą swoją uwagę, żeby nadążyć tak za nim jak i biegiem wydarzeń. Była pewna, że białowłosy już wie. I czekała tylko aż raczy podzielić się z nią swoimi odkryciami, bo do tej pory tak robił. Nastawiła więc uszu i czekała.
Nie długo.

Z każdym słowem wyjaśnienia to co wydarzyło się do tej pory, a co było tylko chaotycznymi urywkami bez wiadomej przyczyny, zaczynało się w makowej główce układać. Stawało się jasne, logiczne i… niepojęte. Ona? Naprawdę w jakiś sposób wplątała się w sprawę Tajnej Policji?! Najbogatszej kobiety w Demarze?! Same wielkie, wpływowe osobistości, a ona… taka malutka…
Lecz między nimi a nią stał lord de Loer. To jego obecność wszystko wyjaśniała. Ona była kluczowa.
I to on rozwiąże sprawę.
Maka była pewna, że bez niego nic by się nie udało. Znaczy - stróżom prawa. Co prawda to dzielni ludzie, ale bez podpowiedzi arystokraty nadal pewnie brakłoby im poszlak. Lęk i duma zaczęły się w niej mieszać.
Lęk mówił, że należało szybko biec do Inspektora, a wzmógł się i wygrał z dumą, kiedy Lord zasugerował, że ktoś słucha… już teraz. Nie obejrzała się gwałtownie, lecz rzuciła paroma spojrzeniami na lewo i prawo. Wytężyła zmysły… nie chciała dać się zaskoczyć.
- Och, tak - odparła jasnym głosikiem, jakby przepraszając, że się zamyśliła i potruchtała w stronę znanego jej już domu.
Miała nadzieję jak najszybciej znaleźć się pod czujnym okiem Inspektora. Choć wcześniej ją przesłuchiwał i być może był dość wobec niej podejrzliwy teraz potrzebowała go by odzyskać spokój. Oficjalny stróż prawa, ktoś do granic praworządny… z nim czułaby się bezpiecznie.

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 1 rok temu

        Tego wieczoru Inspektor McColley nawet nie myślał o zasypianiu. W powietrzu czuć było dziwny, elektryzujący posmak, tak jakby w mieście coś narastało. Coś złowrogiego i niebezpiecznego. Coś, co każe mięśniom być w stanie ciągłej gotowości, przyspiesza oddech i zmusza do niespokojnego zerkania we wszystkie strony.
Wieczór szybko przeszedł w noc, a oświetlające ulicę latarnie dawały znacznie mniej blasku niż zazwyczaj. Nawet wnętrze posiadłości wydawało się Ianowi mroczniejsze, choć wypełniały je jasne, przytulne kolory. Coś było nie w porządku…
        Podskoczył jak oparzony, gdy rozległo się głośne, miarowe kołatanie do drzwi. Nawet nie zauważył kiedy pogrążył się w rozmyślaniach - ogień w kominku niemal całkowicie wygasł, a służba, nie chcąc go rozpraszać, taktownie czekała za drzwiami. Teraz, widząc że pan już wrócił do siebie, wyprostowany sztywno, chudy jak tyczka kamerdyner wsunął się do środka i skłonił nisko.
- Za waszym pozwoleniem, jakaś nietypowa para stuka do drzwi, panie. Białowłosy, elegancki mężczyzna i malutka kobietka o dosyć… specyficznych rysach - dodał, nie wiedząc jak inaczej ując krępujący go temat. Nigdy nie lubił mieszańców, a ten na dodatek obnosił się ze swoim dziwactwem. Do Inspektora przychodziły jednak najróżniejsze typy, a jemu nic było do tego, kogo przyjmuje jego pan.
- Sugerowałbym przyjąć ich w pokoju błękitnym, podczas gdy ja rozpalę tutaj ogień i przyszykuję panu miłą, wieczorną herbatę - zaproponował, skłaniając się nisko. Oczywiście nie zamierzał niczego robić sam, od tego miał pozostałych służących. Zarządzał jednak ich działaniami i to właśnie na nim spoczywał obowiązek upewniania się czy wszystko działa jak w zegarku.
- Tak zrobię, dziękuję. Jednak nie szykuj herbaty. Przeczucie mówi mi, że niebawem będę musiał wyruszyć do miasta.
Mężczyzna podniósł się z fotela i rozprostował zesztywniałe kości. Po jego plecach przebiegł dreszcz ekscytacji, tak jakby znowu był małym chłopcem, wybierającym się z ojcem na królewską paradę. Nie wypadało czuć takiego dreszczu w noc jak ta, zwłaszcza z morderczym demonem cierpienia na karku. Jednak to właśnie przez ten dreszcz był tak dobrym w tym co robił - kochał niebezpieczeństwo, a wyruszenie w ciemność działało na niego uzależniająco. Oczywiście zawsze działał zgodnie z zasadami logiki, którym hołdował ponad wszystko inne, jednak gdyby nie ten element gry, zapewne szybko by się wypalił. Nawet nie wiedział jak wiele cech łączy go z lordem, którego początkowo tak bardzo nienawidził.
        Lord Fobos de Loer. To właśnie on, wraz ze swoją pracownicą czekał na niego na zewnątrz. Ten dziwny, złożony mężczyzna skrywał własne, mroczne tajemnice - tego Ian był absolutnie pewien. Nigdy w życiu nie powierzyłby mu swojego losu. A jednak uwierzył mu, gdy ten przysłał list objaśniający część upiornych zjawisk, jakie nawiedziły ostatnio Demarę. Jakie były motywy jego działania? Czy faktycznie usiłował oczyścić swoje nazwisko z podejrzeń? A może to on był mordercą? Miejsca, które Inspektor zbadał i ślady, na które natrafił wskazywały w sposób nieoczywisty, ale dosyć jednoznaczny, że historia wampira była prawdziwa. Ciekawe co sprowadzało go do niego tym razem.
        McColley podszedł do zamkniętych drzwi i odchrząknął, poprawiając stojący sztywno kołnierzyk koszuli. Po drugiej stronie, czekając spokojnie na rozwój wydarzeń, lord wpatrywał się złotymi oczami w ładnie rzeźbioną kołatkę. Kątem oka zerknął na pannę Marikę - drobniutką, ale odważnie wyprostowaną u jego boku. Choć targały nim sprzeczne uczucia, coraz silniej odczuwał, że trafił na właściwego kompana do tego, co zamierzał zrobić. Był jednak ciekaw jak kobietka zareaguje na to, co planował wobec Hanny de Belloy. Usłyszał cichutkie chrząknięcie po drugiej stronie drzwi i lekko przechylił głowę, przywołując na twarz uprzejmy i jedynie odrobinkę pogardliwy uśmiech.
        Inspektor przeczesał ręką gęste, rude włosy, odetchnął głęboko i nacisnął klamkę.
- Witam lordzie de Loer... panno Mariko - powiedział uprzejmie, skłaniając lekko głowę. - Spodziewałem się państwa. Zapraszam do środka.
To drobne kłamstwo tylko połowicznie było nieprawdą. Faktycznie spodziewał się, że coś się wydarzy dzisiejszego wieczoru. Jeśli dzięki temu mógł wyglądać jakby lepiej kontrolował sytuację, niech tak właśnie będzie.
Fobos nieco mocniej skrzywił wargi i również uprzejmie skłonił głowę.
- Nie wątpię, Inspektorze. Prowadź.
Nawet mówiąc w ten sposób, w cudzym domu, zachowywał się jakby był u siebie. Władcza maniera lorda drażniła stróża prawa, jednak szybko stłumił zirytowane drżenie w podbrzuszu i poprowadził gości w stronę pokoju błękitnego.
        Pomieszczenie to zawdzięczało swą nazwę nie tylko kolorowi ścian, który przywodził na myśl barwę pogodnego nieba, ale również meblom i drobiazgom pokrytym niebieskimi ornamentami. W wazonach stały niezapominajki, wyhodowane w pobliskiej oranżerii. Nawet zastawa, którą służący pośpiesznie przygotowali, pokryta była granatowymi wzorami.
Wnętrze, choć piękne w słonecznych barwach dnia, dziś wydawało się niepokojące i zimne. Być może sprawiła to ogólna atmosfera tego szczególnego wieczoru, jednak McColley zadrżał, tak jakby sam nie poznawał własnego domu.
- Proszę, usiądźcie. Napijecie się czegoś?
Lord przecząco pokręcił głową. Elegancko ubrana służąca przeniosła wzrok na Makę, czekając na jej odpowiedź. Nie przygotowano żadnych przekąsek, jednak wystarczyło słowo gościa, by przynieść coś z dobrze zaopatrzonej kuchni.
- Co pana do mnie sprowadza, lordzie de Loer?
"I czemu nie miałbym cię natychmiast aresztować?", dodał w myślach, uśmiechając się uprzejmie. Przeczucie mówiło mu, że próba aresztowania lorda mogłaby skończyć się... nieciekawie. Choć białowłosy zachowywał się nad wyraz zrównoważenie, w jego oczach czaiła się pewna dzikość, przez którą McColley nadal widział w nim mordercę. Oby miał dobre dowody na odsunięcie tej tezy!
- Znalazłem żywego członka sekty. A przynajmniej żywego na razie - oznajmił lord niskim głosem - Mogę go wydać, jeśli zawrzemy układ.
Jasnoniebieskie oczy Inspektora momentalnie zamieniły się w lodowate odłamki. Nigdy dotąd nie poszedł na ugodę z kryminalistą. Nawet jeśli to nie lord był winny ostatnio popełnionych morderstw, z całą pewnością nie miał czystego sumienia! Wydawał się jednak bardzo pewny siebie, tak jakby wiedział, że to co powie zainteresuje Inspektora. Co jeśli faktycznie znalazł żywego okultystę?
- Układ? - brew McColleya powędrowała do góry, wyrażając zainteresowanie, ale także groźbę. "Oszukaj mnie, a to ty niedługo nie będziesz żywy!" zdawało się mówić jego spojrzenie. Rozbawiony wzrok wampira sugerował, że doskonale rozumie targające mężczyzną emocje i świetnie się przy tym bawi.

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 1 rok temu

        Lord był nadzwyczajny.
Oczywiście Maka przekonana była, że z inspektorem się co najmniej koleguje, jeśli nie przyjaźni (słowo ,,kolegować” nie pasowało do lordowskiej godności, lepiej więc by było gdyby się ,,przyjaźnił”), ale i tak pewność siebie jaką emanował w cudzym domu była zatrważająca. Na twarzy błąkał mu się delikatny uśmieszek - nie do końca miły, ale przydający mu pańskich rysów; charakterystycznego zdystansowanego podejścia do ludzi.
Kiedy panowie stanęli twarzą w twarz, Maka nawet nie wyczuła napięcia - obaj byli aż nadto opanowani. Jeśli jednak miałaby przypisać komuś nutkę wahania to padłoby na Inspektora. Miał przewagę, byli w końcu w jego nie do końca skromnych progach, a otoczony był własną służbą - a mimo tego nie zachowywał się swobodniej niż jej pracodawca. Może nie umiał? Chociaż biedak mógł być chwilowo spięty przez nawał pracy związany ze sprawą demona. Lord radził sobie dużo lepiej.
Marika - mile zaskoczona, że Inspektor pamięta jej imię - pokornie dreptała o kroczek za lordem i zerkała od czasu do czasu na obu dżentelmenów. Cieszyła się, że w końcu znaleźli się w tym miejscu - przebywanie pod czujnym okiem stróża prawa działało kojąco na jej wrażliwe nerwy. A jednak pokój, do którego ich zaprowadzono wywołał w niej dreszcze.
Nie była do niego odpowiednio ubrana!
Jej ciepłobarwna sukienka, o nieodzownym kapeluszu już nie wspominając, szalenie nie komponowały się z chłodnymi, lodowatymi wręcz błękitami salonu. Zapragnęła się schować. Wstyd i hańba, by płatna towarzyszka lorda (och niebiosa, ależ to źle brzmiało!) gryzła się z pokojem inspektora. Gdyby chociaż wiedziała wcześniej jak powinna się ubrać! A może tak drogi Inspektor zabrałby ich do tego pomieszczenia, gdzie wcześniej ją przesłuchiwał? Tam wyglądałaby o wiele ładniej i bardziej godnie lordowskich pieniążków. I zabierania po nocach do miasta.
Jednak wszystko wskazywało na to, że pozostaną tutaj, w tej nieszczęsnej zimnicy. No trudno, jakoś to zniesie - nie będzie się wychylać i może nikt nie zwróci na nią uwagę.
Ale, och, dlaczego Lord odmówił (w domyśle) herbatki!?
Pragnęła napić się ciepłego, ale skoro jej pracodawca się nie pokusił, nie wypadało jej prosić. Pokręciła więc grzecznie głową i w duchu tylko błagała o litość dla jej schnących ust.
Siedząc w pobliżu obu panów skupiła się na tym co zwykle - skromnym zerkaniu na najbliższą okolicę. Bardzo podobały jej się tutejsze meble, zachwycona też była odmiennością w wystrojach poszczególnych pomieszczeń, choć w sumie nie było to żadne nowatorskie rozwiązanie. W tym domu jednak zrobione ze smakiem i wyczuciem - Marika była ciekawa kto za to odpowiada. Żona? Projektant? A może poprzedni właściciele domu, najpewniej rodzice Inspektora?
Zerknęła na swoją sukienkę. Ach, jak bardzo źle! Mogłaby mieć chociaż jeden pasujący dodatek… a może taki kontrast nie będzie nikomu przeszkadzać?
Przysłuchała się panom.
Oczywiście, mówili o samych poważnych sprawach i na szczęście nikt nie miał czasu oceniać jej garderoby, choć pewna była, że służący na pewno już o tym pomyśleli. Że wlazła tu, żeby bezczelnie zaburzać harmonię gościnnego pokoju Inspektora. Znienawidzą ją za to. Chciałaby przeprosić - jak nie ich, to chociaż gospodarza, ale nie należało się wtrącać. Może nie będzie się zbyt długo gniewał, jeśli szybko zejdzie mu z oczu.
Choć poważnie zmartwiona, poczuła jak przez jej łapki przebiega odruch złapania rysika i kartki. W takich sytuacjach często zdarzało jej się notować, bo zwykle to właśnie do tego rodzaju pracy ją zatrudniano. Nie wysuwała się z inicjatywą, ale zastanawiała się czy kiedyś Lord cokolwiek jej podyktuje. Wspaniała byłaby możliwość zapisania jego słów. Na pewno byłyby ważne. I bardzo ładne. Przemyślane co do jednej literki.
Niemal się rozmarzyła.
Nie mogła jednak tracić czujności. Była świadkiem w sprawie i w dodatku obiecała pomagać Lordowi. Dlatego oczy i uszy ciągle miała otwarte, choć nie do końca rozumiała te wszystkie męsko-dżentelmeńskie gierki. Panowie z jednej strony dobrze się dogadywali, z drugiej - wcale nie ułatwiali sobie pracy. Musieli chyba bardzo się lubić, skoro przekomarzali się ,,układami” i wymieniali sztucznawe uśmiechy jednocześnie nie rzucając się sobie do gardeł.
Męska przyjaźń… doprawdy fascynująca dla małej kobietki.

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 1 rok temu

        Mówiąc Fobos koncentrował złote spojrzenie swoich oczu na Inspektorze. Nie zamierzał bezpośrednio wpływać na jego wolę - w tym nie byłoby żadnej zabawy. Chciał jednak nagiąć ją lekko, tak by mieć pewność, że rudowłosy przystanie na jego propozycję. Już raz młody mężczyzna padł ofiarą manipulacji, choć sam najpewniej tego nie pamiętał. To było na początku ich wspólnej drogi, tak niedawno, a jednocześnie tak dawno temu. McColley przyszedł do dworu lorda, by zadać pytania dotyczące pierwszego morderstwa - zabójstwa prostytutki. Wtedy de Loer nie zdawał sobie jeszcze sprawy, że tak bardzo zaangażuje się w śledztwo i zabawił się kosztem nieświadomego chłopaka. Wysłał go do karczmy na “parę drinków”, a sam ukradł jeden z dowodów, który później oczywiście zwrócił. Teraz, gdy wracał do tamtych wydarzeń, uśmiechał się w duszy i rozmyślał, jak inaczej by to rozegrał.
        Tym razem nie zamierzał popełniać błędów. Propozycja, którą chciał złożyć, była bardzo prosta. On zdradzi Inspektorowi tożsamość pozostałych przy życiu członków sekty, a w zamian zarządza tylko jednego - by McColley w pierwszej kolejności skierował swe kroki ku szefowi tajnej policji. W tym czasie lord zamierzał rozmówić się z Hanną de Belloy i wrócić w spokoju do domu. To, co stanie się z nią i demonem później, nie miało dla niego najmniejszego znaczenia.
- Członek naszej sekty, o którym mówiłem, ma się doskonale póki co. Miejmy nadzieję, że tak zostanie.
Na słowo “naszej” Ian McColley skrzywił się nieznacznie. Dla niego śledztwo było przede wszystkim obowiązkiem, pracą którą należało wykonać. Śmierć ludzi była bolesna i makabryczna, oczywiście. Jednak to przede wszystkim konieczność walki z bezprawiem popychała go do działania. Iskierka ekscytacji, która tliła się w nim przez cały ten czas, teraz przygasła, przytłumiona przez falę złości.
- Dla ciebie to świetna zabawa, prawda? - warknął, zaciskając dłoń w pięść. Zignorował konwenanse, zwracając się do lorda na “ty”. Zbyt długo bawił się z tym mężczyzną w kotka i myszkę.
        Jednocześnie w jego głowie pewien cichutki głosik zaczął powtarzać myśli zbyt nieuchwytne, by dało się je sprecyzować. Coraz bardziej jednak podobały mu się słowa lorda.
- Ależ skąd! - powiedział wampir z udawanym oburzeniem - Jako że sprawa dotyczy mojego rodu, od początku traktowałem ją… śmiertelnie poważnie.
Nawet jeden mięsień nie drgnął w arystokratycznej twarzy, gdy blade usta wypowiadały to kłamstwo. Tylko jasny błysk w oczach mógł zdradzić wewnętrzny chichot, jakim zaniosła się dusza mężczyzny.
        McColley zacisnął zęby, a jego żuchwa napięła się w wyrazie bezradnej wściekłości. Błękitne oczy były przejrzyste jak lód i z takim samym zimnem wpatrywały się w Fobosa. Gdyby tylko mógł, powiedziałby temu nadętemu szlachciurze… Ale nie mógł. Jego myśli stawały się coraz trudniejsze do wyrażenia. Jasny był tylko konformizm.
- Czego chcesz w zamian? - zapytał z trudem, cały czas próbując uporządkować myśli. Choć nie był tego świadomy, jego czoło pokryły kropelki potu. Coś było nie tak z osobą lorda de Loer. Teraz nie był w stanie określić co, ale w przyszłości…
- Podam nazwisko, ale musisz mi przysiąc, że udasz się do niego bezzwłocznie. Drugą osobę chciałbym odwiedzić najpierw ja.
Inspektor kiwnął głową, wpatrując się w wampira w milczeniu.
- Alabaster Greyjoy.
Na widok zaskoczenia malującego się na twarzy McColleya, lord nie mógł powstrzymać delikatnego uśmiechu. Tymczasem elementy układanki wskakiwały na swoje miejsce w rudej głowie. To dlatego Greyjoy, który zawsze wiedział co się dzieje w mieście, nie był w stanie dostarczyć mu żadnych przydatnych informacji. I dlatego dowody znikały tak szybko, choć niedokładnie. Strach dopadł nawet tego starego łajdaka. A skoro zamieszani w to byli najważniejsi ludzie w mieście - najwyższy sędzia, szef tajnej policji, mistrz gildii handlowej, to najprawdopodobniej musiała tam być także Ona. Najbogatsza szlachcianka Demary.
- Chyba domyślam się kto jest drugim, żyjącym członkiem naszej sekty - powiedział McColley, nieświadomie przejmując zwrot, którego wcześniej użył wampir. Jego umysł pracował już niemalże na tych samych falach.
- Hanna de Belloy - potwierdził Fobos. - Jednak do niej udasz się później.
”Mógłbym wysłać tam moich ludzi…”, przemknęło przez myśl Iana. Pomysł jednak zgasł, zduszony hipnotyzującym blaskiem złotych oczu.
- Zgoda - powiedział, podnosząc się z miejsca. - Nie ma czasu do stracenia.
Z tym stwierdzeniem lord zgodził się tylko skinieniem głowy i również podniósł się z miejsca.
- Panno Mariko, wychodzimy. Posiadłość Hanny de Belloy jest niedaleko.
Nie zaprzątał już sobie głowy tym, co pomyśli stróż prawa o jego zamiarach i motywach. Wiedział, że umysł McColleya wypełnia teraz tylko jedno zadanie.
        Ruszył szybkim krokiem w stronę drzwi, nie oglądając się za siebie. Słyszał tupot drobnych stóp swojej pracownicy za plecami. Teraz czekało ich największe wyzwanie. Wizyta w posiadłości Hanny de Belloy. Na tę myśl jego wnętrzności skręcił spazm złości. Zastanawiał się jak to rozegrać. Mógłby odesłać Makę do domu i zakraść się do komnat szlachcianki pod postacią dymu. Zaskoczenie jej brzmiało jak smaczny pomysł. Jednak jeśli wszystko poszło tak, jak zaplanował, Gnark w tej chwili rozprawiał się z Greyjoyem. Może mu to zająć dłużej niż zazwyczaj, bo szef tajnej policji na pewno przygotował się na ewentualny atak. Gdy piekielny skończy - a skończy na pewno, skieruje się ku posiadłości de Belloy. Kluczowym było, by rozmówić się z… dziedziczką zanim demon rozszarpie jej gardło. Zabawa w podchody mogła zająć za dużo czasu. Fobos zawsze cenił sobie proste rozwiązania, postanowił więc wejść głównymi drzwiami. Kotołaczka w niczym mu nie przeszkadzała, a jej cicha obecność dodawała mu otuchy. Zdecydowany, otworzył drzwi i wyszedł na zimne powietrze nocy.

        Ulice wyludniły się, tak jakby ludzie przeczuwali nadchodzące kłopoty. Stukot kroków wampira i kotołaczki brzmiał głucho w pustych uliczkach. Niebo pokryło się chmurami, odcinając mieszkańców od światła gwiazd. Jedynie mdły blask latarni oświetlał im drogę.
        Lord szedł w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co powinien zrobić, by ukarać Hannę się Belloy. Ile ona w ogóle ma lat? Z jego obliczeń wynikało, że powinna być kobietą w średnim wieku, między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką. Dobrze, przynajmniej miała już za sobą głupi wiek niedojrzałości. Przyjmie jego zemstę… jeśli nie z pokorą, to przynajmniej ze zrozumieniem.
        Chciał też dowiedzieć się co nią kierowało. Ponoć była bardzo bogata. Po co ta cała szopka z demonem? Jaka sprawa była tak ważna, że nie mogła jej załatwić swoimi pieniędzmi?
        W końcu zatrzymali się u wrót olbrzymiego dworu. Cały budynek aż krzyczał od przesady - fronton pokrywały liczne płaskorzeźby, a same drzwi były upstrzone roślinnymi motywami. Nigdzie nie dojrzał mantykory, lecz to nawet dobrze. Nie chciał by ktokolwiek więcej szargał dobre imię jego rodu.
        Gwałtownie odwrócił się do pomocnicy, jakby dopiero przypomniał sobie o jej istnieniu. W rzeczywistości cały czas tkwiła w zakamarkach jego myśli, nieustannie zadziwiając go faktem, że nadal nie dała nogi.
- Gotowa? - zapytał, pochylając się lekko i kładąc dłoń na jej ramieniu.

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 1 rok temu

        Uważnie przysłuchiwała się rozmowie między mężczyznami. Przerażała ją ona nieco, bo przypominała dobitnie dlaczego w ogóle się tutaj o tej porze znaleźli. Czuła, że kulminacja ostatnich okropieństw powoli nadciąga i nie mogła powstrzymać się przed nerwowym ściskaniem swojej torebeczki. Z drugiej strony jeżeli w Demarze gdzieś mogła czuć się bezpiecznie to właśnie w domu Inspektora, z dwoma nadzwyczaj rezolutnymi panami u boku. Ich słowa, gesty, postawa - wszystko to sprawiało, że podziwiała ich tylko bardziej, zachodząc w głowę jak można w ogóle poradzić sobie… z czymś takim. Sama nie uciekła jeszcze z miasta jedynie dlatego, że pomagała lordowi - plamą na honorze byłoby dla niej zostawić go samego z nierozwiązaną sprawą, a jeszcze wcześniej - odwrócić głowę od zarzutów i podejrzeń jakie po morderstwach padały na zmiennokształtnych w tym mieście.
Odetchnęła gdy zapomniała o gryzących się kolorach i kapeluszu, a skupiła na rzeczach poważniejszych.
Na męskiej przyjaźni Lorda z inspektorem chociażby.
Panowie ewidentnie byli na swój sposób sobie przeznaczeni, bo dogadywali się wyśmienicie, nawet czasem podnosząc głos czy rzucając żartami (głos podnosił w sumie jedynie Inspektor, Lord był na to zbyt opanowany). W dodatku pan McColley ostatecznie przyznał Lordowi rację, co musiało być słusznym wyjściem.
Jeżeli oni dwaj zajmują się tą okropną sprawą to nie ma mowy, by ciągnęła się ona dłużej!
Pewna ich umiejętności Marika postanowiła nawet zapomnieć o głodzie i pragnieniu. Nie było teraz na to czasu. Musiała godnie towarzyszyć białowłosemu, by jego przyjaciel nie sądził, że zatrudnia on byle kogo. Poza tym przy nich dwóch aż chciało się prostować i wyglądać kobieco (nawet w stroju rażąco niepasującym do umeblowania). Maka miała nadzieję, że nie zapomniała się przed wyjściem uczesać. Środek nocy czy nie, nie chciałaby pokazywać się im się nieprzygotowana, nawet jeżeli dzień był ciężki, a noc zapowiadała się tylko gorzej. Prawdziwa dama potrafi być damą w każdej sytuacji i odkąd była młodą pannicą nauczyła się o tym pamiętać - trochę inaczej rzecz się miała z wprowadzeniem w życie, ale cóż zrobić. Wyprostowała ramionka i szyję, by nie garbić się w domu Inspektora. Przynajmniej tyle udało jej się osiągnąć.

Kiedy mężczyźni doszli do porozumienia, wstała, by podreptać zaraz za Lordem w stronę frontowych drzwi. Zdążyła tylko ukłonić się grzecznie i podziękować za… nie sprecyzowała, bo ostatecznie nie dostała nawet złamanego ciasteczka. Ale nie ważyła się opuścić pokoju bez pożegnania. I to były ostatnie chwile względnego spokoju.
Już w zaciemnionym korytarzu czuła jak serce podchodzi jej do gardła - wcale nie chciała opuszczać ciepłego mieszkanka, wcale nie chciała oddalać się od stróża prawa (choć on i tak zaraz wychodził). Pragnąc dodać sobie otuchy skierowała spojrzenie wielkich oczków na sylwetkę pewnego siebie białowłosego. Choć może wbrew rozsądkowi to za jego przewodnictwem można by wejść i w ogień. Aż dziwne, że umiał zdobyć sobie zwolenników mimo dosyć stanowczego i surowego obejścia, a jeszcze dziwniejsze - że nie korzystał z tego znajdując sobie wierną i oddaną służbę. Taką jak z powieści - a’la załogę, gotową zrobić wszystko dla swojego przywódcy. Tylko… czy aby na pewno było mu to potrzebne? Choć Marika sądziła, że byłoby o wiele lepsze od samotnego mieszkania, nawet w domu tak żywym i niecodziennie oddanym ja Dwór. Jednak… gdyby Lord chciał to pewnie już by to miał. Więc pewnie zależało mu na wąsko rozumianej prywatności znacznie bardziej niż na towarzystwie. Bardzo nieczęste wśród arystokracji, by w odpoczynku i wygodnym życiu przeszkadzała im służba, istoty z zupełnie innego szczebla pojmowania społecznego. Lord do wielu spraw miał chyba niecodzienne podejście.

Przez całą drogę zamyśleniem walczyła z rosnącą paniką - z niewiadomych przyczyn wizyty u Hanny de Belloy obawiała się bardziej niż spotkania z demonem. Coś mówiło jej, że nie będzie to łatwe spotkanie i zupełnie nie wiedziała co ma tam robić. Póki co mogła tylko iść. Nie chciała pytać Lorda o jej miejsce w całej tej rodzinnej aferze, bo zwyczajnie czuła, że będzie je miała tylko dopóty, dopóki nie zostanie wspomniane na głos. Nie musiał się jej tłumaczyć. Nie chciała by zrezygnował z jej skromnego towarzystwa.
Nawet jeżeli tak by było najlepiej.

Gwałtowny ruch mężczyzny wyrwał ją ze stanu upartego, odruchowego marszu i przywołał do porządku. Kiedy się odwrócił nadal była wystraszona, lecz gdy pochylił się, a lordowska dłoń spoczęła na jej ramieniu, poczuła przypływ sił rozgrzewających jej zmęczone ciało. Na wezwanie nie umiała już odpowiedzieć inaczej jak zdecydowanym skinięciem główki w kapeluszu i zaciętą miną kobiety gotowej stanąć do boju u boku swojego… Lorda.
Na ile jednak starczy jej tej odwagi za nic nie umiała przewidzieć.

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 11 miesiące temu

        Widząc odwagę małej kobietki, lord jeszcze umocnił się w swoim przekonaniu. Należało zakończyć tę sprawę raz na zawsze i wrócić do normalnego życia - z książkami, pracą w laboratorium i okazjonalnymi wypadami na miasto. Miał już dosyć pogoni za demonami i Hanny de Belloy, która drażniła go najbardziej w całej tej historii.
- Czy po zakończeniu tej sprawy zechce mi panna pomóc w oczyszczeniu Dworu? Chciałbym usunąć z niego wszystkie symbole Mantykory i to, co może mi jeszcze przypominać Marikę.
Prośba była spontaniczna i nie miała formy polecenia, co zaskoczyło go chyba w równym stopniu jak kotołaczkę. Tak przywykł do jej cichej obecności, że nie wyobrażał już sobie, żeby odeszła. Choć zdawał sobie także sprawę, że może uciec przerażona, gdy skończy się to, co dla nich zaplanował.
- Oczywiście jeśli będzie panna chciała nadal dla mnie pracować - dodał, odwracając się z powrotem twarzą w stronę drzwi.
        Uniósł pięść i załomotał w nie z siłą odrobinę większą niż nakazywało to dobre wychowanie. Chciał podkreślić jak bardzo mu się spieszy. Nie zamierzał spędzić całego wieczoru czekając pod drzwiami aż Gnark rozszarpie gardła wszystkim mieszkańcom dworu.
        Przestraszony kamerdyner otworzył drzwi. Jak na najbogatszą szlachciankę w mieście, Hanna de Belloy nie miała zbyt dobrej ochrony - mężczyzna bez problemu wpuścił ich i gwałtownie zamknął za sobą wrota. Zapewne słyszał, że coś potężnego pragnie krwi jego pani. Nie wiedział jednak, że nie tylko demon może być śmiertelnym zagrożeniem.
        A może najlepsi ludzie dziedziczki nie pilnowali drzwi, bo szykowali się już do odparcia nieuniknionego ataku? Fobos wyczuwał gorączkową atmosferę przygotowań, tak charakterystyczną dla chwil poprzedzających bitwę.
        Dwór, wypełniony przygaszonym światłem i licznymi cieniami, nie różnił się wiele od innych, ociekających przepychem budowli tego pokroju. Ściany pokrywały wzorzyste tapety, a podłogi miękkie dywany, o trudnych do odgadnięcia kolorach. Jedynie ciemność, którą w przeciętnych posiadłościach wypierały zazwyczaj kandelabry i świece, wydawała się nie pasować do tego bogackiego obrazka. Mrok zdawał się rozpaczliwie mówić “Nikogo nie ma w domu!”, tak jakby gospodarz liczył na to, że przeczeka burzę w bezpiecznym ukryciu.
        Obok lorda i Mariki przebiegł kościsty mag w długiej szacie, mamrocząc pod nosem zaklęcia ochronne. To tyle jeśli chodzi o przeczekanie walki. Jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony.
        Kamerdyner, który wprowadził ich na piętro, otworzył drzwi do prywatnej komnaty lady de Belloy i wpuścił ich do środka. Zapewne wziął ich za jeszcze jednych magów, których kobieta sprowadziła do siebie.
        Wnętrze pomieszczenia okazało się sypialnią, z zasłoniętymi oknami i dużym łożem zawalonym bronią. Powietrze wypełniał słodki, ciężki zapach piżma i lekko szczypiąca w nos woń stali.
        Kobieta, która krzątała się w środku, w niczym nie przypominała Mariki, która przez cały wieczór krążyła po wspomnieniach lorda. Była wysoka i chuda, a jej ostre rysy okalały starannie ułożone, siwe włosy. Ubrana była elegancko acz prosto - w sam raz, żeby szybko się poruszać. U wezgłowia łóżka stała spakowana walizka.
        Hanna de Belloy uniosła czujny wzrok i spojrzała na nich drapieżnymi, otoczonymi czarnymi rzęsami oczami. Choć miały inny kolor, czaiła się w nich ta sama dzikość, co w oczach lorda. Przynajmniej w tym byli do siebie podobni.
        Obrzuciła pytającym spojrzeniem kamerdynera, który zorientował się w istocie swojej pomyłki i jąkając się wyjaśnił, że “ci państwo” zażądali natychmiastowego widzenia. Skrzywiła się i odprawiła go ruchem ręki, każąc mu zamknąć za sobą drzwi. Zostali we trójkę, a atmosfera zrobiła się iście lodowata.
- Czego chcecie? - zapytała krótko, bez owijania w bawełnę. Jej ładna, choć naznaczona już piętnem czasu twarz miała kształt sopla, z ostrym podbródkiem i prostym nosem. Takie samo skojarzenie budził z resztą jej głos.
        Fobos już wcześniej wykonał odpowiednie kalkulacje i był świadom tego, że córka jego starszej siostry będzie miała jakieś sześćdziesiąt lat. Co innego było jednak rozmyślać o nieokreślonym wyobrażeniu, a co innego zobaczyć dziedziczkę Mariki stojącą naprzeciwko niego.
        Zalała go fala złości. Ta wstrętna istota nie miała w sobie nic, co przypominałoby mu siostrę. Być może pobieżne podobieństwo zewnętrzne, ale ludzie całkowicie obcy też bywają do siebie podobni. W głębi serca liczył na to, że zbliży się do Mariki, którą utracił tak dawno temu. Spotkało go wielkie rozczarowanie.
        Kobieta, nie dość, że nie spełniła jego oczekiwań, to jeszcze śmiała zbezcześcić dobre imię rodu de Loer, używając ich rodowego medalionu jako zabawki w swoim okultystycznym obrzędzie. To utwierdziło lorda w jego cichym postanowieniu. Pozna przyczyny tej całej gry, a potem zadecyduje, czy ją zabić czy zostawić tę przyjemność Gnarkowi.
- Nazywam się lord Fobos de Loer.
Przez twarz kobiety, dotychczas wyniosłą i opanowaną, przebiegł cały szereg emocji. Zaskoczenie i niedowierzanie zmieniło się w olśnienie, a później podejrzliwość. Skrzywiła pogardliwie wąskie, czerwone wargi, kształtem nieco podobne do bladych ust wampira. Momentalnie zamaskowała zdumienie obojętnością, która jak kurtyna przesłoniła jej prawdziwe uczucia.
- Fobos de Loer. No proszę. Cóż za niezwykłe spotkanie.
Tym razem to oczy lorda zwęziły się w zimne szparki. Złoto tęczówek błyszczało jak słońce odbijające się na powierzchni lodu.
- Zaginiony, ukochany braciszek mojej matki. Blady, białowłosy... Niech zgadnę. Kły nieco dłuższe niż reszta zębów? - spytała, zwracając się teraz bezpośrednio do panny Maki. - A może lubi popijać czerwone wino? Nieumarły. To by wiele tłumaczyło… wuju.
Słowo to zabrzmiało niemal jak obelga padając z jej ust, wypowiedziane ostrym tonem.
- Dlaczego mi to mówisz? Nie boisz się, że wykorzystam twoją małą tajemnicę? Wy, wampiry, cenicie chyba sobie przede wszystkim dyskrecję? - zapytała, opierając się nonszalancko o szafkę. Była przyzwyczajona do wygrywania. Wydedukowała jego sekret i była pewna, że tym samym zyskała nad nim przewagę.
- Nie ma to żadnego znaczenia, bo niedługo i tak umrzesz - odparł spokojnie Fobos.
Hanna zamilkła na ułamek sekundy, przypatrując mu się uważnie, po czym wybuchła głośnym, gardłowym śmiechem.
- Chodzi ci o tego nieszczęsnego demona, który beztrosko bryka po mieście? Spokojnie, moi ludzie właśnie w tej chwili szykują kontregzorcyzm, który odeśle go na samo dno Piekła, czyli dokładnie tam, gdzie jego miejsce.
- Demony pochodzą z Otchłani.
Jej brwi ściągnęły się lekko, w wyrazie niemego niezadowolenia. Nie nawykła do tego, by ktoś ją poprawiał.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytała cierpko, sięgając po karafkę z winem. Nalała sobie kieliszek, jednak im nie zaproponowała napitku. Machnęła za to łaskawie dłonią, wskazując krzesła.
        Lord splótł dłonie za plecami i spojrzał na nią spod pajęczyny białych włosów. Jego złote tęczówki nabrały hipnotyzującej mocy. Nie zamierzał bawić się z nią w potyczki słowne, skoro lada chwila Gnark mógł zrobić tu krwawe piekło. Zamierzał poznać odpowiedzi i to natychmiast.
- Dlaczego odprawiliście obrzęd?
Widać było, że szlachcianka walczy ze sobą, jednak w końcu złamała się i lekko zawiesiła głowę. Jej wzrok był nieobecny i pusty.
- Chcieliśmy zabić króla Ildehara i jego żonkę, słodką królową Anaheę. Zamierzaliśmy podzielić się władzą, sprawowaną oczywiście z cienia. Oficjalnie na tronie zasiadłby synek króla, książę Archentar trzeci. Małolat. Mieliśmy już gotowego regenta, który byłby naszą marionetką.
Przez chwilę milczał, trawiąc jej słowa. Miał parę podejrzeń, jednak usłyszenie tego z jej ust upewniło go w ogromie przedsięwzięcia, które tak szczegółowo zaplanowali i oparli o tak ryzykowny rytuał.
- No tak… spisek doskonały. Żadne śledztwo nic by nie wykazało, a proces wyjaśniłby wszystko tak jak należy, skoro w waszej grupce był zarówno Sędzia Najwyższy jak i szef Tajnej Policji…
- Byli wszyscy najważniejsi ludzie w Demarze. A teraz wszyscy nie żyją. Jeśli uda mi się odesłać demona, będę mogła wiele zyskać na tym przetasowaniu…
- Niedoczekanie - mruknął lord, odrywając od niej wzrok i kończąc trans. Hanna de Belloy ciężko wciągnęła powietrze i spojrzała na niego nieufnie. Nie pamiętała ostatnich kilku minut prowadzonej przez nich rozmowy.
        Wampir pochwycił tymczasem spojrzenie kotołaczki i kiwnął jej lekko głową.
- Nie bój się - szepnął do niej. - Zaraz będzie po wszystkim.
Nie zdążyła się jednak dowiedzieć, czy miał na myśli to, że zamierza zabić dziedziczkę, czy zostawić ją demonowi, bo z dołu dobiegły ich krzyki i odgłosy walki. Gnark dostał się do środka.

Awatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Maka » 11 miesiące temu

        Dlaczego miałaby nie chcieć? Co musiałoby się stać, żeby porzuciła nagle swoje obowiązki? Oczywiście, że pomoże lordowi w porządkach! Co prawda smętnych nieco, ale bardzo ważnych. Więc jeżeli tego właśnie chciał… Miała zamiar skwapliwie zapewnić go o swojej gotowości, ale zaskoczył ją. Najpierw tak miło, że aż stojąc pod drzwiami - czarną kurtyną ostatniego aktu - uśmiechnęła się lekko. Lecz potem zamarła z rozchylonymi ustami, bo kolejne słowa lorda nie były już takie spokojne. Przerażały ją. Nagle zdała sobie sprawę, że białowłosy arystokrata nie tylko rozwiązuje sprawę, ale i może mieć coś do ukrycia.
No, szybko to nie łapała.
Ale była wierna, więc zebrała w sobie całą determinację i rozwiała niepewności, by zdążyć jeszcze powiedzieć:
- Dobrze.
Tyle jej się udało zrobić nim weszli.

Atmosferę napięcia i pośpiesznego pustoszenia poczuła od razu. Coś było tutaj bardzo nie w porządku - jakby mieszkańcy wiedzieli. Kocie źrenice rozszerzyły się w mroku próbując dojrzeć jakieś życie i może iskierkę nadziei. Ale ani kamerdyner, ani mijający ich mężczyzna nie mieli ich w sobie. I lord… też nie. Ale był, i to wystarczyło. Z głośno bijącym sercem podążała o kroczek za nim. Nie mogła go wyprzedzić, ale bała się pozostać w tyle. Wystrój posiadłości, choć przecież typowy, zdawał się wyjątkowo upiorny i niechętny gościom dzisiejszej nocy. Dzieła sztuki i drogocenne bibeloty wyglądały jak tanie zabawki, porzucone na strychu, bo nie miał kto się nimi bawić.
Nie mogła pojąć skąd w niej takie skojarzenia, ale nie pomagały jej ukoić nerwów. To pewnie wszystko przez te kryminały, które ostatnio czytała…
Nie, sprawa była zbyt poważna, by porównywać ją do książek. To działo się tu i teraz, a w każdej kolejnej masakrze brali udział prawdziwi ludzie. I ona. I lord. Od początku interweniował w sprawę, ale pozostawał zdystansowany i chłodny. Teraz czuła, że coś się zmieniło - stare rodzinne powiązania, drogie mu relacje; cała przeszłość podążała za nim. Jak jego własny demon. Właśnie dlatego po wszystkim pozbędzie się rodowego herbu i ucieleśnionych wspomnień o własnej siostrze.
Musiała przy tym być. Przecież nie zostawi go samego, prawda?

Dotarli na miejsce. Siostrzenica lorda przygotowywała się. Może nie na spotkanie z nim, ale i to nie wybiło jej z surowego rytmu.
Marika nim przypatrzyła się jej uważniej, szybko rozejrzała się po pomieszczeniu. Ciężkie zapachy agresywnie piekły ją w nosek, ale widok broni nie zrobił na niej większego wrażenia. Nie mógł konkurować z Hanną de Belloy.

Instynktownie zaczęła szukać rodzinnych podobieństw między nią a lordem, ale kobieta absolutnie jej się nie podobała. Nie była brzydka, ale miała w sobie coś odpychającego - jakąś surową szorstkość obycia, srogość urody. I patrzyła na nich takim okropnym wzrokiem! Być może jednak to nie wygląd, a usposobienie się za nim kryjące tak podziałało na Makę - przez skórę czuła, że lady de Belloy jest zdolna do podłych rzeczy.
Choć, nie, nie powinna jej tak oceniać. Nie znała jej przecież. Nawet jeżeli była zamieszana w przywoływanie demona to nie musiała być z natury zła. Nie można być z natury złym! Zasługiwała na karę, tak, ale nie na potępienie. Lecz kotce udzielała się niechęć lorda. Jak na to nie patrzyła nie lubiła Hanny de Belloy i co najgorsze nie tylko za jej czyny, ale za osobowość.
Jednak jej słowa…

Po wejściu Maka odruchowo przysunęła się do swojego pracodawcy i teraz zerknęła na niego zdezorientowana. Dłuższe kły… było coś takiego! Ale wino… jaki nieumarły? Co miała na myśli?
Pytająco, choć i nieufnie spojrzała na kobietę. Nie podobał jej się ton jakim zwracała się do lorda, a i nie była pewna o czym konkretnie mówi.
Lecz zaraz wszystko się wyjaśniło.

Nieświadomie, zaskoczona i zestresowana cofnęła się na słowo ,,wampir”. Nie brała tej opcji nigdy pod uwagę. Przyłapała się na czymś, czego nie lubiła. Strach wynikający z niewiedzy i ignorancji. Dobrze, nie znała wampirów, a słyszała wiele strasznych opowieści. Ale dhampira znała. I lorda znała. I jeżeli on był wampirem to mogła mieć o nich jedynie dobre mniemanie.
Buntowniczo zmarszczyła brwi i na powrót zajęła swoje miejsce u boku pracodawcy. Nie miała teraz czasu na głębsze przemyślenia, musiała słuchać i być gotowa. Tajemnica otwierała przed nimi swoje bramy.
I to lord posiadał klucz.

Zrozumiała, że Hanna de Belloy jest pod jego wpływem, gdy jej ostry wzrok stał się nieobecny, a z ust zaczęły wartko wypływać szczere wyjaśnienia, które pewnie wolałaby zachować dla siebie. Paskudne słowa. Bezwstydnie zdradzały najgorszą ludzką żądzę - pozbawione skrupułów pragnienie władzy. Czyli jednak o to chodziło… jak nie pieniądze to władza. A zapewne oba. I to jakim kosztem! Ludzkiego istnienia! Obywateli i władcy! To było nie do pojęcia. Przecież gdyby im się udało…!
Serce stanęło jej na chwilę, by zaraz uderzyć z podwójną siłą. Niemal fuknęła, gdy usłyszała o ,,przetasowaniu”. ,,Żonka”, ,,przetasowanie”! Co ona sobie myślała! Nie żyli ludzie! Więc ,,niedoczekanie” lorda było bardzo na miejscu. Maka poczuła niemal satysfakcję, kiedy to usłyszała. Ale poczuła znacznie więcej, kiedy szepnął, aby się nie bała. Nie uspokoił jej co prawda, ale…
Na odgłosy walki podskoczyła i uczepiła się lordowskiej nogawki. Bardzo nieprofesjonalnie, ale nic na to nie umiała poradzić. Spojrzała strwożona na drzwi. Po chwili z trudem odwróciła głowę i przeniosła wzrok na kobietę. I nagle przestała być jej tak niechętna. Gdyby mogła jej pomóc - gdyby mogła zrobić z niej inną osobę - cofnąć choć trochę czas i zapobiec temu co się stało.
- Lordzie? - szepnęła puszczając nogawkę, by zamiast tego delikatnie pochwycić mankiet jego fraka. Spojrzała mu w oczy jakby o coś prosiła.
Tylko jaką mogła mieć prośbę?

Awatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Kontakt:

Post autor: Fobos » 10 miesiące temu

        Gdyby lord Fobos przybył do dworu Hanny de Belloy sam, być może ten wieczór zakończyłby się inaczej. Być może nie doszłoby do pożaru, który pochłonął tę część żywotów, które z jakiegoś powodu oszczędził Gnark. Być może nawet dziedziczka zginęłaby inną, mniej bolesną śmiercią. A może bez względu na wszystko historia przybrałaby taki sam obrót. Wydarzenia te jednak należy opowiedzieć po kolei.
        Gdy panna Marika zwróciła w stronę lorda swoje błagalne spojrzenie, wydarzyły się jednocześnie trzy rzeczy.
        Twarz wampira, zamiast stać się bladą, przedśmiertną maską, ostatnią jaką ujrzałaby Hanna de Belloy, skierowała się w stronę uczepionej jego rękawa kotołaczki. W jego myślach szumiało już pragnienie wbicia się w szyję kobiety, rozszarpania tętnicy i posmakowania ostatnich momentów jej życia. Być może odbiło się to w złotych oczach o szeroko rozwartych, czarnych źrenicach. Spojrzał w przestraszone ślepka, proszące bezgłośnie by nie robił niczego okropnego, a między jego jasnymi brwiami pojawiła się delikatna zmarszczka. Uświadomił sobie, że jeśli teraz zabije Hannę de Belloy, utraci pannę Marikę na zawsze. Nie powinien się tym przejmować - w końcu była tylko służącą, którą wynajął by pomogła mu znaleźć soczewkę. A jednak na myśl o tym, że miałaby opuścić jego i Dwór, wampirze, od dawna nieruchome serce ścisnęło się ze smutku. Dotarło do niego jak ważną był dla niej osobą, skoro przyszła za nim aż tutaj. I jak bardzo nie chciał jej zawieść.
        W tym samym momencie Hanna de Belloy, nie zważając na krzyki dochodzące z dołu, chwyciła leżącą na skraju łóżka szablę i rzuciła się w stronę drzwi. Najwyraźniej, wbrew logice, chciała wyciąć sobie drogę ucieczki, bez względu na to kto stanie po drugiej stronie. Łapiąc za zdobioną, piracką rękojeść, zawadziła rękawem o stojącą na stoliku lampkę. Ta, jak zaczarowana, zakołysała się i poleciała w dół.
        Fobos obserwował jej lot, cienie przesuwające się gwałtownie po meblach i podłodze i grymas, jaki odmalował się na drapieżnej twarzy dziedziczki.
Nagle szkło pękło i łakomy płomień rozlał się po deskach niczym lawa.
        Te dwie rzeczy być może nie doprowadziłyby do tragedii, gdyby nie trzecia, najważniejsza z nich. W tej samej chwili bowiem drzwi do komnaty zostały wyrwane razem z framugą i wielkie, włochate cielsko wypełniło ziejącą po nich dziurę. Demon wyszczerzył swoje potężne zębiska, a czerwone ślepia błysnęły szyderczo.
- Ty! - rozległ się niski, grobowy głos. - Ty jesteś ostatnim ogniwem, suko! Teraz wreszcie będę mógł odejść!
        To, co nastąpiło później, działo się tak szybko, że nawet lord, wracając do tych wspomnień nie był pewien, w jakiej kolejności należałoby je ułożyć. Dość powiedzieć, że płomienie momentalnie ogarnęły większą część pomieszczenia, zajmując łoże z baldachimem i ściany. Gnark warknął gardłowo i rzucił się w przód, chwytając struchlałą ze strachu dziedziczkę i zanurzając zakończoną pazurami łapę w jej brzuchu. Jej wrzask rozdarł powietrze, razem z trzaskiem zapadającego się sufitu. Gęsty dym zaczął szczypać w oczy, upodabniając scenerię do jednego z malowideł przedstawiających Piekło.
        Wampir zarejestrował odłamki pękającego sklepienia jeszcze zanim te zdążyły uderzyć o ziemię. Odrzucił już palącą potrzebę zemsty na dziedziczce i skupił się na znalezieniu drogi ucieczki. Duży, malowany w anioły płat sufitu spadał bowiem dokładnie tam, gdzie stała nieświadoma jeszcze zagrożenia kotołaczka. Być może panna zdążyłaby uskoczyć dzięki swoim kocim instynktom, jednak lord nie zamierzał pozwolić sobie na takie ryzyko. W końcu to on wciągnął ją w to wszystko.
        Rzucił się do przodu i obejmując ją ramionami, poleciał prosto w stronę okna. Impet uderzenia roztrzaskał szybę na drobne kawałeczki. Jednocześnie palący ból rozdarł plecy nieumarłego, przebite rozżarzonym kawałkiem drewna. Fobos krzyknął, ale nie wypuścił Maki z uścisku, spadając razem z nią w dół. Znajdowali się na wysokości trzeciego piętra, i choć mówi się, że koty spadają na cztery łapy, nie zamierzał ryzykować strzaskania kruchego ciałka swojej podwładnej. Gorączkowo rozważył w myślach wszystkie opcje. Jedynym słusznym rozwiązaniem było ją puścić.
        Nie było czasu na wyjaśnienia, nie mógł jej nawet uprzedzić. W jednej sekundzie trzymał ją w ramionach, w drugiej pod postacią dymu poszybował w dół. Nigdy dotąd nie pędził tak szybko, zupełnie jakby zatracił samego siebie i stał się jedynie ruchem, myślą zmierzającą coraz niżej i niżej.
        Dotarł do ziemi i przybrał materialną formę w ostatniej chwili by unieść ręce i złapać kobietkę, zanim ta gruchnęła o ziemię. Impet uderzenia przewrócił go na chodnik i zamroczył. Przed jego oczami zatańczyły kolorowe plamki. Najważniejsze jednak, że Maka była bezpieczna.
        Gdy odzyskał ostrość widzenia, zwrócił spojrzenie ku płonącemu gmaszysku, a trzaskający ogień oświetlił na czerwono jego bladą twarz i potargane włosy. Między sykiem ognia słychać było krzyki ludzi. Nie słyszał już za to ryku demona, który najwidoczniej dopełnił swojej zemsty i w końcu wrócił do Otchłani. Hanna de Belloy dostała to, na co zasłużyła. Lord odetchnął ciężko i powoli, z trudem podniósł się na nogi. Wbity głęboko między łopatki, rozżarzony odłamek palił go żywym ogniem, ale już wiedział, że się z tego wyliże. Miał szczęście, że nie znalazł się bliżej serca. Podejrzewał, że trochę czasu zajmie oczyszczenie rany i może zostać po niej blizna. Jego ciekawska natura naukowca momentalnie zaczęła rozważać to, jakiego rodzaju musi być rana, by pozostawić bliznę na ciele wampira. Być może za jakiś czas napisze o tym pracę, zlecając pannie Marice dostarczenie odpowiednich książek ze źródeł niekoniecznie będących miejską biblioteką.
        Panna Marika. Zerknął z góry na kotołaczkę i chwiejąc się na nogach, posłał jej lekki uśmiech. Przeżyli spotkanie z Demonem Cierpienia i potomkinią rodu de Loer. Najwyższa pora było wrócić do Dworu na filiżankę herbaty.


~*~

Nie obawiajcie się! Lord Fobos i panna Maka powrócą w Akcie II - Lalkarz

Zablokowany

Wróć do „Demara”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości