[Okolice jeziora Doren] Karczma "Pijany alchemik"


Wielka równina słynąca przede wszystkim z trzech jezior. Legenda głosi, że trzy siostry Cara, Sitrina i Doren - księżniczki Demary, córki króla Filipa miały zostać wydane za książąt Elisji, Fargoth i Serenai by utrzymać pokój pomiędzy krainami. Jednak żadna nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa Księżniczki uciekły więc na północ kraju i nigdy już nie wróciły. Legenda głosi, że stały się one Nimfami i każda objęła panowanie nad jednym z jezior.

Postprzez Kolindar » Wt wrz 25, 2018 10:43 pm

        - Szczerze? Nie wiem - przyznał, rozkładając ręce. Poczuł niemiłe mrowienie w piersi, gdy wypowiadał kolejne słowa:
        - Jestem obecnie trwale związany z istotą, której istnienia do końca nie rozumiem. Żeby to prościej wytłumaczyć: czuję się, jakby w jednym ciele mieszkały dwie osoby. Dopóki jestem przytomny, mam nad tym kontrolę; dlatego odrzuciłem wtedy ofiarowany przez ciebie kufel, Mari. Nie wiem co się stanie gdy stracę tę kontrolę, jeszcze nigdy mi się to nie zdarzyło. Czy jestem martwy? - zawiesił pytanie, nachylając się nad stołem. - Możesz sprawdzić. Moje serce dalej bije. Mimo że odniosłem wiele ran, po których już nie powinno. Ten... "Drugi", zdaje się mnie leczyć, na swój pokrętny sposób. Nie daje mi umrzeć tak łatwo. Nie sądzę, by było to z życzliwości, jestem mu najwyraźniej potrzebny do przeżycia.
        Westchnął. Dziwnie było nagle to z siebie wyrzucić przed, technicznie rzecz biorąc, obcymi osobami.
        - Ale prawnie jestem całkowicie martwy. Wszyscy którzy mnie znali przed... - Wykonał tu niezgrabny ruch wokół swojej postaci. - TYM, pochowali pustą trumnę na cmentarzu w Meot. I chyba lepiej, by tak zostało.
        Zapadła w końcu cisza, pozwalając wszystkim zebranym zebrać myśli, przerywana jedynie obecnością - a była to bardzo głośna obecność - krasnoluda w ich towarzystwie.
        Autentycznie ani Kol, ani upiór nie spodziewali się - a co za tym idzie - nie zorientowali się, gdy ciężki klucz do pokoju przeleciał ponad stołem i uderzył cicho o policzek Kolindara, spadając na jego wyciągnięte ręce.
        - Tak właściwie, to tak, potrafię przeniknąć przez ścianę - mruknął, oddając rudowłosej naszyjnik. - Ale na efekt zaskoczenia nie licz; od razu zobaczyłabyś czarny wiatr, którym bym się wtedy stał - dodał, uśmiechając się lekko. - Co do najazdu ropuch, nie wiem. Czas pokaże.
        Wydawało się, że zbliżająca burza się uspokoiła. Pozostała jednak jeszcze sprawa śpiącego na kozetce rycerza. Kolindar spojrzał na Bervisara, w świetle obecnym wydarzeń mierząc go na nowo.
        - Poczekaj - zaczął, zerkając w stronę Mari na potwierdzenie. Czuł się teraz zawstydzony swoimi wcześniejszymi osądami. - Myślę, że nie musisz stąd nigdzie uciekać. Chcąc nie chcąc, jednak obecnie, z jedynej perspektywy jaką znam, czyli z prawnej, siedzimy w tym wszyscy troje. Powinniśmy więc we troje temu zaradzić.
        To mówiąc wstał, robiąc kilka kroków do czającego się za tarczą Bervisara, po czym wysunął w jego stronę otwartą dłoń.
- A jeśli nic nie wymyślimy - dodał zasłyszanym niedawno krasnoludzkim szeptem. - To zawsze mogę wyczarować katapultę.
Avatar użytkownika
Kolindar
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Slade,
Rasa: Upiór
Aura: Emanacja charakteryzuje się średnią siłą, nawet nieco niższą niż przeciętna. Otacza ją bursztynowe światło, jednakże jeśli odpowiednio przymruży się oczy, można dostrzec jeszcze rubinowy blask bijący od środka. Na powłoce natomiast widać migające, srebrzyste niteczki wywołujące wrażenie poruszania się, natomiast całość utrzymana jest w żelaznym kolorycie. Bardzo wyróżniające są na niej kobaltowe odpryski tu i ówdzie. Uszy z łatwością wyłapują głęboki ton i tajemnicze buczenie. Gdzieś obok słychać także echo czyichś słów oraz melodie z oddali. Nie mogą one jednak zagłuszyć wcześniejszego dźwięku. Czuć także burzową woń połączoną z zapachem ozonu. Do tego dochodzi także smród ludzkiego potu. Przechodząc do wrażeń dotykowych, można powiedzieć o znacznej twardości i elastyczności, a także o niebezpiecznie ostrych brzegach. W smaku zaś kompletnie sucha, wywołująca silne pragnienie.
Wygląd: Kolindar wraz z postępującą w jego ciele asymilacją z upiorem, coraz bardziej wyglądem upodabnia się do niego z czasów, gdy chodził po ziemi we własnej osobie. Blond włosy, długo nie strzyżone pokryły się popielatą czernią, która swą starczą aurą kontrastuje z dyskusyjnie młodą twarzą. Oczy koloru srebrzystej stali patrzą na świat niezmiennie kamiennym spojrzeniem, które ... (Więcej)

Postprzez Pani Losu » Cz paź 11, 2018 2:33 pm

Cisza, jaka otoczyła oberżę, okazała się być tylko chwilowa. Strugi deszczu stawały się coraz gęstsze i ostrzejsze, twardo uderzały o ziemię tworząc miriady kałuż. W tym właśnie czasie, gdy okolicę objęła nieokiełznana burza z piorunami, do karczmy zaczęli schodzić się wszyscy podróżnicy oraz wszelcy przechodni. Nagle zrobiło się tłoczno i ciasno, gwar wydawał się być nie do zniesienia, klienci burzliwi, ale w tym całym chaosie dało się usłyszeć szloch kobiety. Zaniepokojony Kolindar skierował się do centrum stolików, w którym niełatwo było odnaleźć źródło tego dźwięki. Poczuł, jak kobieca i stara dłoń obejmuje jego rękę w poszukiwaniu pocieszenie. Mężczyzna skierował na nią wzrok, a ona spojrzała na niego oczami pełnymi łez:
- Gdzieś został mój wnuczek, mój biedny wnuczek... Pobiegł się pobawić, nie mogę go znaleźć już od dłuższego czasu, a teraz ta burza... Gdzie on może być? - załkała staruszka, a Kolindar z lekkim westchnięciem postanowił pomóc starszej kobiecie.
Spojrzał przez okno, a na jego twarzy pojawił się grymas określający w jednoznaczny sposób pogodę – na (co najmniej) nieprzychylną. Zadał babci jeszcze kilka pytań nim wyszedł na zwiady. Sam nie wiedział do końca czemu się tego podjął, może mu było trochę szkoda? Niemniej jednak, chwilę później zniknął, lecz nie zdołał przecisnąć się do Marianne czy Bervisara by ich o czymkolwiek poinformować. Wierzył, że szybko wróci, lecz się pomylił. Co stało się dalej? Czy babcia łkająca nad wnuczkiem okazała się być wiedźmą, która pragnęła sprowadzić Kolindara na manowce? A może sam zgubił drogę? Lub też przeniknął przez ściany niczym prawdziwy upiór? Trudno powiedzieć, lecz jego podróż z pewnością tak szybko nie dobiegnie końca.
Avatar użytkownika
Pani Losu
Urzeczywistniający Marzenia
 
Rasa:
Aura: Nieznana.
Wygląd:

Postprzez Marianne » So sty 12, 2019 9:05 pm

        Rudowłosą przeszły dreszcze.
        Wielkie krople deszczu ciężko uderzały o dach i okna jej karczmy. W powietrzu unosił się specyficzny zapach ozonu, którego tak bardzo nie lubiła. Czuła w kościach, że jest to jeden z tych momentów w jej życiu, które należy nazwać przełomowym. Wszak ile osób mogłoby się pochwalić podobnymi przeżyciami? Przy czym bardzo duży nacisk położyłaby to na słowo "przeżycie". Jeszcze nikomu nie udało się jej zgładzić. A już na pewno nie pozwoli na to na jej własnym terenie. Tutaj to ona rządzi i bardzo głupio nie dbała o to, kto co o tym myśli. "To chyba pierwszy krok do bankructwa..." - przeszło jej przez głowę, ale się w niej nie zatrzymało. Robiła zbyt dobry alkohol by przejmować się takimi drobnostkami jak opinia publiczna o Rudej Wiedźmie, za jaką w końcu uchodziła.
        "Ej, mała, doprowadź się do mentalnej przyzwoitości..." - skarciła się szybko. Spojrzała po swoich towarzyszach, a w jej oczach pojawił się przelotny błysk niepewności. Wstrzymała oddech i odruchowo przygryzła dolną wargę. Zgodziła się zatrudnić upiora. O ile nie będzie musiała mu płacić własną duszą, to wszystko było w porządku. Prawda? Choć częściowa prawdeczka? Skrzywiła się nieznacznie do własnych myśli. Czasem myśl o kontrakcie z nieczystą siłą w zamian za spełnienie kilku doczesnych życzeń było wszystkim o czym marzyła, ale nigdy nie przypuszczała, że te fantazje staną się rzeczywistością.
        Jej brew uniosła się mimowolnie, gdy skierowała swoje spojrzenie na krasnoluda. Sięgnęła po jego tarczę i pociągnęła mocno w swoją stronę, z zamiarem pozbycia się tej bariery. Choć z zasady nie była skora do przemocy, dzisiejszy dzień całkowicie pozbawił ją ograniczeń w tej materii.
- Nikt tu nie żartuje, karzełku z oślej farmy - syknęła zniecierpliwiona. - Nie zmocz się tylko ze strachu, o wielki i potężny czarowniku... - wywróciła oczyma, kątem oka cały czas zerkając na Kolindara. Nie wiedziała co robi, ale miała przeczucie, że odmowa upiorowi jest jednym z głupszych pomysłów, na jakie mogłaby wpaść.
Kiedy Bervisar obwieścił, że zamierza odejść w góry, jej spojrzenie nabrało intensywności charakterystycznej dla osoby, która czegoś chce. Mari bardzo chciała, żeby jej teraz nie zostawiał. Obniżał szanse jej przedwczesnej śmierci o pięćdziesiąt procent. W tym momencie nie obchodziła jej jego historia. Po prostu za nic nie chciała zostać tutaj sama.
        Jakby w odpowiedzi na jej mierne modlitwy, pogoda wtrąciła swoje zdanie. Dziewczyna westchnęła przeciągle, przenosząc ciężkie spojrzenie na sufit. Deszcz siekał coraz mocniej, co było zwiastunem rychłej i intensywnej pracy, a fakt, że przed chwilą wywaliła wszystkich z karczmy, nie miał tutaj żadnego, nawet najmniejszego znaczenia. Kiedy otworzyła usta, żeby przerwać niezręczne milczenie, drzwi karczmy otworzyły się z cichym skrzypnięciem i głośnym, szybko roznoszącym się szmerem rozmów dużej ilości ludzi. Przymknęła oczy i wzruszyła bezradnie ramionami, zarzucając sobie ścierkę na ramię.
- Wiecie co robić - rzuciła głośno, stwierdziwszy, że problemy lepiej odłożyć na później i pobiegła do baru. Jej ogniste włosy powiewały za nią w warkoczu. Poczuła na policzkach ciepło od tak niedużego wysiłku, serce zaczęło jej bić mocniej, oddech przyspieszył. - Och, serio? Marianno, ogarnij się. To było tylko kilka sążni biegu z przeszkodami... - mruczała do siebie z przyganą. Co się stało z jej kondycją? Kiedyś mogła godzinami ćwiczyć szermierkę z żołnierzami jej ojca, a teraz? Nie mogła pozbyć się wrażenia, że dzieje się teraz coś dziwnego... "Poza nowym pracownikiem-upiorem, pracownikiem-krasnoludem i ukrytym trupem?" - zaraz odgryzła się jej bardziej racjonalna część osobowości. Mari bardzo jej nie lubiła. Zbyt często miała rację. Wystukała palcami staccato o gruby, drewniany blat. Nie umiała tego wyjaśnić, ale coś nie dawało jej spokoju, zupełnie niczym mała drzazga pod paznokciem.
- Niziołek, skocz po dwie beczki anduriańskiego piwa. Mam przeczucie, że szybko zejdzie - krzyknęła do Bervisara, którego wypatrzyła w tłumie. Choć, tak oddawszy prawdę, "wypatrzyła" to duże przeinaczenie faktów. Mari miała w głowie porównanie do człowieka, który idzie w wysokiej trawie - to nie tak, że widzi się samą postać, ale wyginające się w różne strony źdźbła. Podobnie było z krasnoludem. Choć w jego przypadku, to były raczej głośne przekleństwa - zarówno jego, jak i karczemnych gości. Złotooka pokręciła głową, choć w tym geście zabrakło przekonania. - Wróć szybciej niż piwo się skończy. Mam nadzieję, że twoje krótkie nóżki to ogarną.
        Sama zgarnęła po cztery kufle na rękę i wyruszyła w taniec pomiędzy stolikami, zapamiętując kolejne zamówienia. Kątem oka dostrzegła Kolindara, który z kimś rozmawiał, ale nie była w stanie wypatrzyć z kim. Czyli tak będzie teraz wyglądało jej życie? Upiór-morderca, którego serce okazało się łagodne niczym usłużnego psa oraz krasnolud-mag-idiota, przez którego zdecydowała się na zabójstwo? Chyba przestała panować nad własnym przeznaczeniem, o ile kiedykolwiek miała je w swojej mocy.
"To będzie kilka długich godzin..." - dziewczyna poczuła jak jej kolana niemal uginają się na samą myśl o tym. Niby uzyskała dodatkowe dwie osoby do pomocy za bezcen, a jednak czuła się wprost przeciwnie. Jakby miała co najmniej dwa razy więcej na swoich barkach. To chyba nazywa się poczucie odpowiedzialności, dotarło do niej z opóźnieniem.
- Kol, sala jest twoja, ja idę na bar! - ryknęła ponad tłumem, mając nadzieję, że wyczulone zmysły Kolindara były w stanie to zarejestrować. W końcu była jego szefową, do cholery! Czyj inny głos jak nie jej powinien do niego trafiać?
        Noc była długa. Ludzi zebrało się tyle, że niektórzy spożywali swoje zamówienia na stojąco, zgrupowani w różnych miejscach karczmy. Marianne z większością witała się wesoło, niektórych całowała w policzek, innym iście lordowskim gestem dawała do pocałowania swoją dłoń. Alkohol lał się strumieniami, zupełnie niczym deszcz na zewnątrz. Dziewczyna już dawno nie doświadczała takiego załamania pogody, burze nie były czymś częstym w tych okolicach.
- Jakby ktoś rzucił urok... - mruknęła, kiedy Bervisar pojawił się obok niej. Położyła mu dłoń na ramieniu, ale jej wzrok patrzył gdzieś w dal, a nawet bardzo daleką dal, jeśli można tak to ująć. Podskoczyła, kiedy się zreflektowała, że mały brodacz stoi tuż przy niej i popatrzyła na niego z powagą. - Mam złe odczucia odnośnie tej burzy. I ni cholery nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego.
Avatar użytkownika
Marianne
Błądzący na granicy światów
 
Rasa: człowiek
Aura: Tą aurę można łatwo dostrzec gdyż nie jest wcale słaba i promienieje jeszcze jasnym blaskiem. Jej pierwotna platynowa powierzchnia całkowicie zaszła już cyną a dróżki rtęci zlewają się po niej strumieniami do leżących dokoła form i odlewów. Porozwieszane wszędzie zapisane kartki papieru i ułożone gdzieniegdzie książki, lśnią niezwykłą barwą kobaltu. Gdzieś na szczycie zamigocze nieznacznie miedziany pył. W pobliżu aury przytłoczy cię ciężki zapach chemicznych odczynników i topionego metalu. W ustach pojawi się z początku łagodny smak lecz ten szybko przejdzie w pikantną gorycz lepiącą się niemiłosiernie do podniebienia. Gdy od zawrotów głowy, spowodowanym tą atmosferą, będziesz próbował się o nią oprzeć nieopatrznie zranisz się o jej ostre krawędzie. Jeśli jednak uda ci się dobrze złapać poczujesz jaka jest gładka, ale ciężko będzie Ci się utrzymać bo jest również niezwykle elastyczna. Wszystko to otoczone jest szmaragdową poświatą.
Wygląd: Na pierwszy rzut oka, wygląda na wredną. Zasadniczo, po rzuceniu kilku kolejnych ukradkowych spojrzeń, to wrażenie się nie zmienia ani trochę. Marianne potrafi wyjątkowo zręcznie trzymać ludzi na dystans posługując samym wzrokiem złoto-zielonych oczu, które najczęściej są rozeźlone, zirytowane i znudzone, a towarzyszą im zmarszczone w grymasie ciemne, niezbyt cienkie, wyraziste ... (Więcej)

Postprzez Bervisar » N sty 13, 2019 9:34 pm

Upiór rzeczywiście nie tylko się przypierdzielał do dyplomatycznych technik krasnoluda i Marianne, ale i w pewnym stopniu górował nad tą dwójką w tej dziedzinie. Nieco co prawda psuł to fakt, że był upiorem i popisywał się możliwością przywoływania broni, ale przynajmniej słowa dobierał jakby właściwiej. Krasnolud w pewnym niewielkim stopniu nawet to doceniał, w końcu Kolindar chciał zaoferować pomoc, choć zdaniem Bervisara, to on był tu bardziej naglącym problemem niż brudnobuty, którym jakoś zajęła się dziewczyna. Daleko mu było jednak do stłumienia obaw brodacza o pozostawanie w towarzystwie upiora i szurniętej młódki. Nawet, gdy ten pierwszy rzucił pomysłem o katapulcie.
Tymczasem dziewczyna...
- Au! - Karsnolud nie był zadowolony z jej szarpnięcia za tarczę. W szczególności, że po tym jak ta mu niedawno wypadła wcale nie trzymał jej solidnie i szarpnięcie wywołało nieprzyjemny ból dłoni. Nie wypuścił jej co prawda z rąk, ale musiał postąpić o dwa kroki do przodu. W odpowiedzi szarpnął tarczę z powrotem do siebie i o mało się nie przewrócił. Poprawił chwyt, ale teraz wcale się nią nie zasłaniał. Zerkał zamiast tego urażony.
Mari nie była najlepszą negocjatorką. Czy ktoś kiedyś skłonił kogoś do zastania w swoim towarzystwie wyśmiewając go? Być może jakaś oferma przekonana, że dowiedzie w ten sposób swej męskości i zaprzeczy śmieszkom, ale na pewno nie nikt normalny i poukładany.
Bervisar zmrużył oczy jeszcze bardziej niż zwykle i zrobił krok w tył nie odwracając się przy tym od rozmówców.
- Chuja a nie wielki czy potężny! - odburknął niezadowolony. - Za to dość stary, by woleć nasrać w gacie, niż w czystych portkach dać się zajebać jakimś dziwom na własne życzenie!
Po chwili wahania burknął w stronę Kolindara:
- Wybacz, za te "dziwy", taka mefatora – wtrącił z błędem, za to faktycznie, przepraszającym tonem, a zaraz po tym zerknął z powrotem na dziewczynę.
- Czy ty u diabła w ogóle nie masz instynktu samozachowawczego? - Wymierzył w nią palcem.
- Ja rozumiem wiele: odwagę, ufność, empatię... ale... żeby... w dupę trolla... za jajecznicę?! - Z racji na niewinne podkreślenie dramatyzmu słowami „w dupę trolla”, lepiej aby nikt nie zaczął ich teraz podsłuchiwać, bo mógłby zrozumieć tą wypowiedź opacznie.
Wtedy też drzwi do karczmy otworzyły się, a po karku krasnoluda przeszedł zimny dreszcz. Obejrzał się przez ramię w stronę wchodzących ludzi, nie bardzo wiedząc co w tej sytuacji. Wszyscy byli przemoczeni. W takich warunkach przecież nie wyniesie rycerzyka, bo jeszcze utonie z nim gdzieś w błocie. Przygryzł komicznie wargę, wyraźnie zamyślony.
Do uszu krasnoluda dobiegły słowa dziewczyny. "Wiecie co robić". Szlag! No właśnie, cholera, nie wiedział! Na szczęście potem wydała mu bardziej konkretne polecenie, a on uznał, że chyba je wykona. W końcu upiór nie będzie raczej mordował w takim tłumie ludzi. Natomiast jak się tylko wypogodzi, to może przecież ogłosić, że wychodzi wraz z wychodzącymi klientami, prawda? Prawda!
Poszedł więc do piwnicy, tym razem bez jej amuletu, nie mając zupełnie pojęcia, które beczki zawierają anduriańskie piwo. A srać na to! Poszwęda się trochę, poudaje, że pracuje aż deszcz przestanie lać.
Zszedł na dół i nawet nie próbował rozpalać płomienia. Na czuja wymacał pierwszą z brzegu beczkę i wyniósł ją na górę.
Potem przyniósł kolejną. I jeszcze kolejną, jeżeli te dwie nie spodobały się dziewczynie. I jeszcze ile chciała. Tak naprawdę czuł się wyczerpany i zupełnie przestał myśleć. Chodził jakby nażarł się jakiś grzybków. Tam, gdzie mu ktoś wskazał.
W końcu, po chwili albo po kilku godzinach - krasnolud sam nie potrafił stwierdzić - poczuł dłoń dziewczyny na swoim ramieniu. Coś do niego powiedziała, ale nie było to kolejne polecenie a on nie był przygotowany do aktywnego myślenia więc na początku nie zrozumiał.
- Urok? - powtórzył bezmyślnie po dłuższej chwili. Zachowywał się zupełnie, jakby to on padł ofiarą jakiegoś uroku.
Avatar użytkownika
Bervisar
Błądzący na granicy światów
 
Rasa: Krasnolud
Aura: Aura jawi się z dosyć ponadprzeciętną siłą, towarzyszy jej bursztynowy blask przywodzący na myśl zachodzące słońce. Następnie srebrzysta ciecz rozlewa się po powłoce niczym odbicie księżyca w pełni na wodzie. Gdzieniegdzie migotają kobaltowe drobinki niczym błędne ogniki. Całość utrzymuje twarda, żelazna podstawa. Nieugięta trwa w swej sztywnej pozie, prezentują ostre krańce oraz chropowate miejsca, spośród których tylko na nieznacznej części widać jakieś drobinki aksamitnego puchu. Niespodziewanie słychać trzask płomieni, następnie pojawia się także pojedynczy, głęboki ton, który niesie ze sobą zmysłowy szept wraz ze słodką wonią perfum, którą nieco zakłóca zapach świeżego piwa. Wszystko to zmienia się w istną kakofonię dźwięków, by ostatecznie utonąć w głębokiej i mrocznej ciszy, pozostawiając po sobie jedynie lekko pikantny i suchy posmak, z odrobinką czegoś lepkiego.
Wygląd: Wysoki, szczupły, przystojny - to idealne przeciwieństwo Bervisara - ten specyficzny krasnolud jest niski nie tylko, jeżeli zestawić go z typowymi przedstawicielami Alaranii, ale również w towarzystwie własnej rasy.
Braki wzrostu nadrabia natomiast kilkoma dodatkowymi centymetrami w orientacji poziomej, tym samym jeszcze bardziej zbliżając się do (uznawanego za niektórych idealnego) ...
(Więcej)

Postprzez Marianne » Cz sty 17, 2019 9:54 pm

        Gdyby Mari była choć w małym ułamku człowiekiem, który jest za pan brat z polityką czy dyplomacją, to na pewno nie uciekłaby z domu, z dala od arystokratycznego pochodzenia i zobowiązań rodu. Rudowłosa była wręcz do cna przesiąknięta pragmatyzmem, którego w dyplomacji nie można odnaleźć. Iść na ustępstwa? Mówić jedno, a myśleć coś wręcz przeciwnego? Spotykać się z ludźmi, których nie znosi? Tego typu niewidzialne okowy sprawiały, że budziła się w niej złośliwa i pogardliwa bestia. Bestia, która bez wyrzutów sumienia jest w stanie pozbawić nawet mizernego, nikłego poczucia bezpieczeństwa. Dlatego z poczuciem satysfakcji usłyszała krasnoludzkie "au!". Zółtooka była zdecydowanie wyższa od karłowatego dziadka, więc zachowanie równowagi też nie stanowiło większego problemu. Gdy Bervisar szarpnął tarczę z powrotem - dziewczyna ją puściła, rzucając niedźwiedziogłowemu miażdżąco-tryumfalne spojrzenie. Nie miała żadnych wątpliwości, zaraz usłyszy głuche dudnięcie towarzyszące upadkowi ciężkiej kuli.
- A to mi niespodzianka... - mruknęła, krzyżując ręce na piersiach, jakby całkowicie zapomniała, że kilka kroków dalej stoi upiór, potrafiący w magiczny sposób tworzyć lewitujące ostrza. Popatrzyła na krasnoluda, a jej oczy zaiskrzyły złością. - Czy ktoś tu Cię kurwa, z wyjątkiem szanownej gospodyni, w ogóle zaatakował? I to JEGO się boisz? - wskazała wyprostowanym palcem na Kolindara. - Jeśli wszystkie krasnoludy są tak tępe, to dziwem jest, że jeszcze istniejecie. - westchnęła i z niezadowoleniem wydęła dolną wargę.
        Przez chwilę siłowała się na spojrzenia z Bervisarem. W końcu pierwsza odwróciła spojrzenie i pomasowała sobie skronie.
- Jak widać, nie mam. Gdybym miała, to pewnie pozwoliłabym brudnobutemu cię zabić. - powiedziała cicho, jakby zmęczona tą chwilą absolutnej szczerości. Pokręciła głową, jakby chciała cofnąć te słowa. Nie miała zamiaru tłumaczyć się krasnalowi, że ten sam odruch, który uratował mu rzyć, teraz sprawił, że chciała zaufać upiorowi.
        Nim zdążyła dodać coś więcej, karczma wypełniła się przemoczonymi ludźmi, a ona rzuciła się w wir pracy. Kręciła tylko głową, kiedy Bervisar przynosił jej nie te beczki, co powinien, ale tego nie komentowała. Chyba żadne z nich nie miało ochotę na rozmowy. Dopiero po kilku godzinach Mari zwróciła się do krasnoluda.
- Urok. - powtórzyła po nim, wzruszając ramionami. - Coś dziwnego wisi powietrzu. Coś nie pasującego do normalnej nocy w mojej karczmie. Ale nie mam pojęcia co to może być.
Avatar użytkownika
Marianne
Błądzący na granicy światów
 
Rasa: człowiek
Aura: Tą aurę można łatwo dostrzec gdyż nie jest wcale słaba i promienieje jeszcze jasnym blaskiem. Jej pierwotna platynowa powierzchnia całkowicie zaszła już cyną a dróżki rtęci zlewają się po niej strumieniami do leżących dokoła form i odlewów. Porozwieszane wszędzie zapisane kartki papieru i ułożone gdzieniegdzie książki, lśnią niezwykłą barwą kobaltu. Gdzieś na szczycie zamigocze nieznacznie miedziany pył. W pobliżu aury przytłoczy cię ciężki zapach chemicznych odczynników i topionego metalu. W ustach pojawi się z początku łagodny smak lecz ten szybko przejdzie w pikantną gorycz lepiącą się niemiłosiernie do podniebienia. Gdy od zawrotów głowy, spowodowanym tą atmosferą, będziesz próbował się o nią oprzeć nieopatrznie zranisz się o jej ostre krawędzie. Jeśli jednak uda ci się dobrze złapać poczujesz jaka jest gładka, ale ciężko będzie Ci się utrzymać bo jest również niezwykle elastyczna. Wszystko to otoczone jest szmaragdową poświatą.
Wygląd: Na pierwszy rzut oka, wygląda na wredną. Zasadniczo, po rzuceniu kilku kolejnych ukradkowych spojrzeń, to wrażenie się nie zmienia ani trochę. Marianne potrafi wyjątkowo zręcznie trzymać ludzi na dystans posługując samym wzrokiem złoto-zielonych oczu, które najczęściej są rozeźlone, zirytowane i znudzone, a towarzyszą im zmarszczone w grymasie ciemne, niezbyt cienkie, wyraziste ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Równina Drivii

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron