Serenaa„Kim właściwie była ta piękna Pani..?”

Miasto kupców, szlachty i handlu. Położone w słonecznej części wybrzeża, stąd jego status Miasta Królewskiego. Znajduje się tu wiele dworów szlacheckich i oczywiście pałac króla.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

„Kim właściwie była ta piękna Pani..?”

Post autor: Oswald » 1 rok temu

        Blady alarański świt przywitał ich dojmującym zimnem, dosyć kiepską widzialnością z powodu normalnej o tej porze roku mgły zalegającej mlecznym oparem w strefie przybrzeżnej, a także absolutną ciszą, co jako jedyne mogło ich zdziwić, bowiem strome urwiska tutejszej zatoki były miejscem gniazdowania albatrosów, a te z rzadka tylko zachowywały się aż tak cicho. Wilgotne morskie powietrze z każdym oddechem wypełniało płuca i choć wychładzało organizmy tak, że prawie każdy z załogi drżał zziębnięty pomimo grubych kubraków, to skutecznie otrzeźwiało zmęczonych długim rejsem matrosów i dodawało sił do ostatniego w tym wyjściu wysiłku.
        Kamienna kaszyca powoli przesuwała się z prawego trawersu w kierunku rufy. Płonąca na jej szczycie magiczna watra migała do przybyszów wściekle zielonym okiem.
- Przygotować lewą burtę do zacumowania! – charkliwy, niezwykle rzadko słyszany w tych stronach język krasnoludzki poniósł się ponad drewnianym deckiem. Był nieprzyjemny dla ucha. Podobny był w odbiorze do kostropatej, dawno niegolonej marynarskiej gęby, trzeszczał podobnie jak rwące się na silnym wietrze żaglowe płótno, albo skrzypiące liny, gdy już ostrzegają swoim rzewnym jękiem, że zaraz trzasną nie wytrzymawszy nadmiernego przyłożonego doń obciążenia. Tu jednak jego bezwzględność nikomu nie przeszkadzała. Pewna komenda podana choćby najbardziej czerstwym głosem dowódcy okrętu, nawet mimo swej szorstkości niezaprzeczalnie dodawała mężczyznom kłębiącym się na pokładzie otuchy, jak również pewności siebie oraz przeświadczenia, że zawsze jest na łajbie ktoś, kto będzie wiedział co robić, kto o okręt i załogę zadba jak o własną dziatwę.
- Dziób kwituje, lewa burta!
- Rufa kwituje, lewa burta!
Znów w powietrzu zachrzęścił boleśnie kaleczący uszy khazalid, gdy potwierdzano zrozumienie wydanej wcześniej komendy. Niektórzy mądrale na lądzie uważali to za wręcz nadgorliwość, za przesadną dbałość o duperele, za przykład głupiego pompowania sobie męskiego ego. Jednak żyjące z pracy na morzu krasnoludy miały utwierdzoną doświadczeniem pewność, że to nie jest zaledwie tradycyjna, ceremonialna formułka, a prawdziwa, pozwalająca unikać kłopotów mądrość życiowa wielu pokoleń żeglarzy pracujących w jednym z trudniejszych, jeśli nie w ogóle najtrudniejszym środowisku. Regulamin służby na okrętach był świętością, który należało znać, stosować, ufać mu i wierzyć, a w kwestii bezpiecznego powrotu z rejsu stawiany był niemal na równi z bogiem mórz Aegirem i jego córkami – boginiami fal.
        Zgrana jak talia kart załoga pękatych brodaczy swoją przypominającą niemal taneczną choreografię krzątaniną szybko sprawiła, że dawno nieużywana gmatwanina cum, odciągów i rzutek kłębiąca się podczas rejsu gdzieś w forpiku, teraz ponownie pojawiła na górnych pokładach i sprawnie przybierała postać wyklarowanych lin gotowych do portowych manewrów.
Spłynęły wreszcie meldunki.
- Dziób gotowy!
- Rufa gotowa!
- Kwituję! – warknął kapitan w odpowiedzi, ani na moment jednak nie odrywając od oczu długiej mosiężnej lornety.

        Nie byli tu pierwszy raz, nikt zatem nie obserwował latarni morskiej, która choć bezużyteczna, to ciągle dumna i wyniosła górowała nad miastem ze skalistego klifu. Kolejny miesiąc nie działała, podobno przez jakieś tam urzędnicze machlojki z przetargiem na jej remont. Wszystko zdaje się oparło się o sądową wokandę, więc można się spodziewać, że jej światło jeszcze długo nie powróci nad wody zatoki. Nie dlatego jednak nikt na nią nie patrzył. Nawet gdyby była sprawna to i tak pomimo swoich zalet nie mogła pomóc na samym podejściu do portu ominąć czających się tam niebezpieczeństw.
        Oczy nawigatorów wypatrywały wysokiej iglicy na wieży remizy strażackiej. Jej widok wywoływał ogromną radość wśród rybaków wracających do swej przystani, a od momentu pierwszego zobaczenia go ten charakterystyczny budynek był obserwowany ciągle i bardzo skrupulatnie. Wszystko dlatego, że stanowił tylną stawę nabieżnika, który bezpiecznie przeprowadzał statki przez tutejsze rozległe mielizny. Wieża oczywiście stała tu już dawno, ale sama z siebie nie mogła wiele pomóc w manewrowaniu. Dopóki nie wystawiono przedniej stawy to nabieżnik nie istniał. Wcześniej więc, zanim powstał, to załoga każdego statku musiała przed płyciznami wynająć sobie pilota i zdać się na jego umiejętności, a to oczywiście wiązało się z kosztami, których wolni ludzie morza zwykle nie chcieli ponosić. Ryzykowali więc za każdym razem, gdy podróż prowadziła ich do portu handlowego czy rybackiego w Serenaai, co z rzadka tylko kończyło się sukcesem, a najczęściej skutkowało koniecznością uiszczenia dużo większych sum za pomoc portowych holowników w ściągnięciu jednostki z piaszczystej ławicy.
        Miasto widziane od strony wody mogło urzekać, zwłaszcza teraz, gdy w jego tle powoli na niebieski firmament wtaczała się wielka kula słońca, a pierwsze nieśmiałe promienie ślizgały się po miedzianych dachach, powodując liczne odbicia i refleksy i upodabniając budzącą się miejscowość do skrzącego się radośnie śniegu - przy założeniu oczywiście, że ktoś poczucia piękna nie wymienił na dwie paczki szlugów i zapałki, albo nie urodził się krasnoludem. Dla brodaczy piękny to był kilof wyszczerbiony na rudzie mithrillu, kamienny fort wykuty w całości w skale, troll górski ubity toporami, smukły drakkar prujący morze, a nie jakieś tam krajobrazy, miasteczka i światełka. Tu w Serenaai wszystkie ludzkie budynki bez wyjątków nijak nie mogły nawet aspirować do jakiejkolwiek urokliwości, bowiem były przede wszystkim za mało kamienne, zbyt wątłe, albo przynajmniej niewystarczająco przysadziste, zanadto wysokie i przesadnie epatujące elfią mimozowatością z tych wszystkich fikuśnych zawijasów, gzymsików i ozdóbek, w które wpatrywanie się mogło doprowadzić do zawrotów głowy nawet najtwardszego i wyhuśtanego na najgorszych sztormach marynarza. Słonobrody oficjalnie twierdził, że wcale mu się tu nie podobało, co jednak w ogóle nie przeszkadzało mu ze wszystkich portów środkowej Alaranii najczęściej zawijać właśnie tu.

        Kokosowe cumy „Myrmidona” objęły wreszcie stalowe polery na nabrzeżu i poczęły je dusić w ciasnym uścisku. Oswald Kandelason jednym susem przesadził burtę, a jego ciężkie gumowce zadudniły głucho o mokre deski pomostu. Słonobrody był brzydki, ale w taki sposób, w jaki powinien być brzydki stary krasnolud. Oblicze miał szare i zmęczone, pokryte gęstą pajęczyną zmarszczek, z których emanowało ogromne życiowe doświadczenie, jego fioletowe oczy jednak patrzyły niezwykle bystro. Facjatę szpecił wielki nos z charakterystycznym garbem na środku i nozdrzami tak szerokimi, że harpunnik spokojnie mógłby nimi wciągać do środka nawet najbardziej dorodne mirabelki w całości. Długa broda i sumiaste wąsiska potęgowały jeszcze powagę bijącą z twarzy, a wiszące na nich elementy biżuterii dodawały mężczyźnie nieco ekstrawaganckiej pstrokatości. Cała jego postawa jednak, a przede wszystkim jego przenikliwy wzrok sprawiał, że postronnym odechciewało się z niego śmiać lub w jakikolwiek inny sposób z nim zadzierać. Ubrany był skromnie, może oprócz wielkiego ryngrafu na piersi przebłyskującego złotem i srebrem spod siwej brody. Poza tym prostota, zwykłość, praktyczność - żadnych zbędnych elementów. Szóstym zmysłem wyczuwało się jednak, że sakwy ma ciężkie i to raczej nie od miedzianych ruenów, tylko od monet ze znacznie cenniejszych kruszców. Po uzbrojeniu, a szczególnie po sterczących za plecami rękojeściach harpunów każdy (zwłaszcza w portowym mieście) potrafił domyślić się tego, że ma tu do czynienia z wielorybnikiem, co tylko potwierdzało teorię, że stan kieszeni krasnoluda mógł się przeliczać nawet nie w byle orłach, ale raczej w złotych gryfach.
        Kapitan zachwiał się, jednak w porę wsparł ręką o spiżową blachę na burtach swojego drakkara i nie upadł. To normalne po tak długim pobycie na morzu, że marynarzem jeszcze przez dwa tygodnie buja po całej szerokości chodnika, ale u Słonobrodego chodziło o coś więcej. Nie wyznawał się na uczonym bełkocie medyków, ale był świadomy, że w jego mózgu coś jest nie tak. Na morzu nie chorował wcale, ale za to na lądzie jego funkcjonowanie było mocno komplikowane przez zawroty głowy pojawiające się bez widocznej przyczyny. Wstydził się trochę tej swojej słabości, choć nie na tyle, żeby czuć się przez to gorszym goszcząc od czasu do czasu pośród szczurów lądowych.
        - BOSMAN!!! – ryknął wściekle.
- AAAuuuYYYeee!!!! – donośny wrzask, stanowiący mieszankę: „Jestem!”, „Melduję się!”, „Czego!?”, „Nie teraz!” i „Spierdalać!” odpowiedziało mu gdzieś ze śródokręcia. Charakterystyczne dla bosmana okrętowego zawołanie. Każdy z załogi wiedział dobrze, że w zależności od twojej rangi i ważności sprawy, którą się bosman aktualnie zajmował, wołający mógł sobie wybrać jedną z wymienionych propozycji, by określić co ów ryk dlań oznacza.
- Do mnie! – Kandelason postarał się, by w krótkiej komendzie zawrzeć całą swoją obecną złość i niecierpliwość. Podziałało jak zwykle bardzo dobrze. Chwilę później kudłaty łeb Kargula Roransona wychylił się pomiędzy okrągłymi tarczami wiszącymi na burcie i swoim jednym zdrowym okiem popatrzył na dowódcę. Drugie oko śmiesznie zezowało na zewnątrz, jednak ta drobna ułomność cielesna zupełnie nie przeszkadzała krasnalowi być najlepszym we flocie fachowcem od kadłubów i urządzeń pokładowych. Między innymi dlatego Oswald wybrał go do swojej załogi.
- Jestem wodzu! – zameldował się.
- Czemu ten pokład się nie buja!?
- Bo stoi pan na kei, panie kapitanie!
- Masz mnie za durnia!? Widzę przecież! Czemu na pontonowym pomoście nie czuć fali?
- Może jak nas nie było to człowieki przerobiły te nabrzeża na palowe?
- Natychmiast mi to poprawić!
- Tak jest! – wrzasnął posłusznie podoficer i zniknął.
        Wydany rozkaz może i był głupi, ale należało mieć zupełną pewność, że zostanie starannie wykonany. Wola dowódcy najwyższym prawem. I nawet nie chodziło o podległość służbową, solidarność czy przyjaźń, ani o jakąś ślepą tendencję krasnoludów do bezmyślnego wykonywania poleceń. Po prostu zawdzięczali kapitanowi zbyt wiele, żeby buntować się, zwłaszcza o byle bzdurę. Jeśli nawet zażyczył sobie czegoś, nad czym trzeba było mocniej pogłówkować, to i tak należało przychylić się do jego zarządzenia. Tyle już razy wyciągał „Myrmidona” spod słonych gilotyn mogących zakończyć karierę okrętu, a wraz z nim załogi, że każdy pływający na drakkarze miał solidnie utwierdzone przekonanie, że ze Słonobrodym nikogo nie spotka krzywda. Zdecydowanie Oswald miał autorytet, charyzmę i to nieuchwytne „coś”, co wszakże sprawiało, że mógł od swoich kamratów wymagać choćby nawet niemożliwego, a oni nie tylko zawsze stawali na wysokości zadania, ale chętnie szli za nim dalej, i zupełnie im nie robiło różnicy, czy pójdą na ryby, na wojnę, czy na koniec świata sprawdzić co tam jest i dlaczego tak śmierdzi.
        - Czemu go męczysz? – wielorybnik usłyszał za plecami pytanie. Od razu wiedział kto je zadał. Tylko jedna osoba w załodze mogła sobie pozwolić na podważanie decyzji kapitana, oczywiście tylko jeśli robiła to prywatnie i w cztery oczy, a nie publicznie, przy całym okrętowym towarzystwie.
- Młody jest. Niech zasuwa. – odparł spokojnie.
- Młody? – zdziwił się tamten. - Ma prawie półtorej setki na karku – ośmielił się nie zgodzić.
- Więc nawet połowy nie ma tego co ja. – uciął temat. – Powiedz lepiej kto nam dziś patronuje? - Odwrócił się i popatrzył w stalowoszare oczy popa.
Stojący przed nim krasnolud ubrany był bardzo podobnie do niego, w wysokie nad kolano morskie buty i rybacki kaftan z futra grubowłosych niedźwiedzi polarnych, z równie siwym i długim zarostem na mordzie, jednak czas potraktował go nieco łagodniej niż Kandelasona i nie pozbawił skalpu, toteż ciągle jego głowa pokryta była białą strzechą prostych jak druty kudłów. Nie nosił przy sobie broni, przynajmniej na widoku, ale za to skryte w torbie opasłe religijne tomiszcza wyglądały na świat mnóstwem rozcapierzonych końcówek swych materiałowych zakładek. Kapłan sięgnął po przytoczoną do pasa ikonę i uniósł na wysokość twarzy kapitana.
- Himinglefa, bogini kłębiących się fal. – powiedział z namaszczeniem, a Oswald od razu ucałował święty wizerunek. – Niech nam zawsze przychylną będzie.
- Amen. – potaknął wódz.
        - Twoje problemy z równowagą to nie wina bosmana. – duchowny wrócił do poprzedniej kwestii krytycznie kręcąc przy tym głową. – Obaj wiemy, że nigdy stojąc na stałym lądzie nie możesz pionu utrzymać. Z drugiej strony jesteś w takim wieku, że dobrze, iż chociaż mocz utrzymujesz.
Ten jeden krasnolud mógł sobie pozwolić na takie śmiałe przytyki wobec Słonobrodego. Skalf Yorason – od pełnoletniości we flocie, ale tak naprawdę pełnił swą służbę trochę jakby obok wojskowej hierarchii, chociaż skrzętnie wykorzystując jej stopnie. Był to bowiem zagorzały kapłan Aegira, który na „Myrmidonie” znalazł się głównie ze względu na przyjaźń z jego dowódcą. Objął etat kapelana i cyrulika, jednak jego nie do końca precyzyjnie usytuowana w okrętowej organizacji funkcja, w praktyce dająca mu na pokładzie pozycję równą zastępcy dowódcy, a także rzeczywista podległość wyłącznie Słonobrodemu, zupełnie nie przeszkadzała mu harować na równi z resztą załogi, gdy ze świeżo wybranych sieci wysypywało się na pokłady całe mnóstwo rybich tuszy: czy to dorszowych, karmazynowych bądź wszelkich innych. Rękojeść noża jak każdemu innemu członkowi załogi przyrastała wtedy na długie godziny do dłoni, a duchowny oprawianiu połowów oddawał się z podobnym namaszczeniem, z jakim zwykle sprawował religijne ceremoniały. Nie był zatem na okręcie Jej Królewskiej Mości „wazonem”. Z racji tego, że takie naczynia zupełnie nie przydawały się ani na okrętach wojennych, ani trawlerach rybackich, było to dość obraźliwe określenie na wszystkie osoby wychodzące na morze przypadkiem, dla własnej tylko frajdy, dla zbierania doświadczeń lub wspomnień, dla parweniuszowskiej chęci pochwalenia się przed znajomymi swoją rzekomą dzielnością i odważeniem się na zmaganie z falą, wreszcie takich traktujących morze jako tylko kolejny rodzaj rozrywki, a z których to osób w razie czego żadnego wymiernego pożytku na pokładzie nie było.
        Skalf z Oswaldem byli rówieśnikami, a znali się w zasadzie od dziecka. Było to możliwe, gdyż matka Skalfa - Yora, od chyba zawsze pełniła intratne funkcje na dworze królowej Kandeli. Czym się tam jednak zajmowała - trudno stwierdzić, przynajmniej prostemu chłopu. Zakupami, serialami, paznokciami, makijażem? No w każdym razie czymś na pewno w życiu królewskiego dworu niezwykle ważnym, związanym oczywiście z wydawaniem góry pieniędzy, a przy okazji zajęciem tak nudnym i nieciekawym, że mogło cię to cieszyć i pasjonować tylko jeśli urodziłeś się z jajnikami, albo ewentualnie jeśli sam je sobie wyhodowałeś przez bezmięsną dietę i codzienne siorbanie bezglutenowego latte z sojowym mlekiem.
        Obaj z dumą nazywali się swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Do teraz zresztą Oswaldowi termin „beztroska” kojarzył się głównie z tym wspomnieniem, jak za bajtla właśnie ze Skalfem wymykali się z klanowej siedziby i gdzieś tam na płaskowyżach rozciągających się ponad rodzinnym fiordem polowali na polarne lisy wykorzystując do tego focze sadło i zwykle wywalane, bo niepotrzebne nikomu fiszbiny. Zwijało się wielorybi ząb w pętlę i polewało wodą, aż zamarzła i utrzymywała go w takiej skręconej pozycji. Następnie grubo smarowało tłuszczem i zostawiało na lisich ścieżkach. Zwierz zwabiony zapachem połykał „niespodziankę”, która gdy tylko znalazła się w żołądku pod wpływem ciepła traciła trzymającą ją w zwartej postaci warstwę lodu, więc gwałtownie prostowała się do swego pierwotnego kształtu, przy czym brutalnie rozrywała wnętrzności swej ofiary i uśmiercała na miejscu.
        - Mądrala – prychnął Oswald. – Odezwał się ten, co to ledwie na świat wyskoczył. Dobrze, że ciebie twój pęcherz słucha.
- Zdarza mu się. – potwierdził skrzętnie kapelan. – Gorzej z prostatą.
- Odcięliście Gonadila z rei? – zapytał Kandelason zmieniając temat, gdyż za mało wypili, żeby mogły go bawić rozmowy o problemach w kroczu towarzysza.
- Taa... – sapnął Skalf, który rozumiał podejście swojego kumpla do dyscypliny wśród załogi, ale wcale nie czuł się jakimś jej egzekutorem. Uważał, zresztą chyba słusznie, że lekarska przysięga „Primum non nocere” ważniejsza dlań była od wojskowych wymysłów.
- Żyje?
- Jeszcze tak.
- Jeszcze... – Słonobrody westchnął. - Jeśli następny raz zaśnie na wachcie, to każę go przywiązać za szyję.
- I kogo posadzisz przy wiośle na jego miejscu?
- Charybda będzie machać. – odparł nie zastanawiając się wcale.
Jakby wyczuwając, że o niej się mówi wielkie ptaszysko z furkotem skrzydeł zleciało z bocianiego gniazda i przysiadło na ramieniu harpunnika.
- Kraa.. Kraaa! – zaśmiało się tylko szyderczo z absurdalnych planów zatrudnienia jej przy pagajach.
        Dowódca zaś uznał temat za zakończony i popatrzył w głąb alejki prowadzącej z portu w kierunku miasta. Na końcu ulicy dumnie prężyła swoją fasadę dobrze im obu znana tawerna. „Klucz do kilwatera” – głosił drewniany szyld wiszący nad wejściem. Oswald zmarszczył chmurnie czoło i sięgnął po topór. Chwilę trzymał go oburącz, jakby ważąc go w dłoniach, ale grymas, który nadal gościł na jego twarzy ewidentnie dawał do zrozumienia, że wielorybnik toczył właśnie jakąś wewnętrzną walkę. Po chwili jednak rozchmurzył się.
- Do abordażu! – syknął do przyjaciela.
- Żadnych jeńców. – potwierdził Skalf.
        Dwa sędziwe krasnoludy niespiesznie ruszyły w kierunku oberży. Jeden z nich, ten z wielką mewą na ramieniu kuśtykał i zataczał się wyraźnie bardziej od swojego towarzysza, ale nadążał za nim, jako że w marszu pomagał sobie wielkim brodatym toporem, który to służąc w charakterze laski pozwalał mu się poruszać samodzielnie i raczej do przodu.

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 1 rok temu

        Niviandi ocknęła się jeszcze chwilę przed opuszczeniem Smoczej Przełęczy, a dokładnie rzecz biorąc - otworzyła oczy, gdy tuż przed jej twarzą zaczęły pojawiać się oślepiające iskierki. Złotowłosa krzyknęła panicznie, obróciła się machając rękoma w przestrzeni. Próbowała złapać się czegokolwiek. Powtarzała cichuteńko „Nie, nie, nie!...”, ale to nie pomogło ani trochę. Potężna siła wciągnęła ją w swoje sidła i wypluła tu. Do Serenay.
        Księżniczka, nieco już i tak sponiewierana po ostatniej przygodzie, została dosłownie wywalona na bruk szemranej ulicy. Dziewczyna przetoczyła się po kamiennej ścieżce w całkowitym bezwładzie. Zatrzymała z jękiem w nieoświetlonym miejscu, nie było tu choćby jednej pochodni. Niviandi boleśnie zawyła, gdy próbowała podnieść się na rękach. Przez jakiś czas starała się dojść do siebie, a przynajmniej na tyle, by w ogóle była w stanie wstać. Rozpłakała się ściśle obejmując ciało rękoma, gdy w końcu uświadomiła sobie, że jest tu całkowicie sama. Aurea i Mathias zostali... a może ich tez rozdzieliła ta tajemnicza siła? Nie wiedziała, ale okropnie się bała. Tej ulicy, ciemności, a w dodatku bezwiednej samotności. Nie rozumiała całkowicie sytuacji. Nagle, w jednym momencie nie istniała, nic nie czuła, nic nie słyszała. Usnęła na plaży, którą otoczyła gęsta mgła, a zaraz po tym...ten portal. Paskudna sprawa. Ci magowie powinni naprawić na tyle świat, by takie rzeczy nie miały miejsca! Zero kompetencji. Durnie.
        Niviandi zebrała się siadając na stopy. Łkała szukając odpowiedzi na niejasne zdarzenia. Potwornie tęskniła za tą dwójką... mimo że on był łajdakiem, a ona podróbą aniołka, to jednak... bardzo się do nich przywiązała. Pewnie nie umiała im w żaden sposób pomóc, a jej umiejętności przetrwania były co najmniej marne, to w dziwny sposób lubiła być blisko nich. Czuła się wówczas.... bezpiecznie, a w jej sercu gościł spokój. Martwiła się, że mogli zostać w tym leśnym piekle i górach, i z Ivorem, i... agh!
        Syrenka jęknęła, gdy do jej uszu dobiegł szmer. Dziewczyna zacisnęła palce na ramionach. Nie miała zielonego pojęcia, gdzie się znajduje. Wstała, a jej nogi potwornie drżały. Mocno zaciągnęła na głowę kaptur i szczelnie opatuliła się płaszczem, który niegdyś należał do Mathiasa. Westchnęła z irytacją, gdy spojrzała na odsłonięte nogi i poszarpaną sukienkę. Dobrze, że chociaż w miarę zakrywała uda i mogła zarzucić na siebie coś jeszcze, inaczej już całkiem byłoby wstyd przemieszczać się w ten sposób przez miasto. Było jej zimno w stopy, bo nie miała żadnych butów. Ulice były nieprzyjemne, a jej oddech szybki. Noc ani chłód ani trochę jej nie sprzyjały. Gdy tylko ujrzała pierwszą pochodnię, od razu przyspieszyła krok. Niviandi intuicyjnie gdzieś się zakręciła, ukryła, ktoś ją wyminął, a ona coraz bardziej wpadała w panikę. Na zmianę to chciała się pozbierać, to chciała płakać, ale o tyle Prasmok się nad nią zlitował, że do samego poranku nie było wcale tak daleko. A może to czas jej tak szybko minął podczas tych wszystkich toczących się emocji i przemyśleń?
        Na krótką chwilę przysnęła na jakiś schodach, ale obudziła się od razu, gdy drzwi sąsiednich domów zaczęły się otwierać. Nie chciała nikomu zawadzać, lecz też nie była w stanie jakkolwiek odnaleźć się w obecnym położeniu. Nie wyobrażała sobie spędzić w ten sposób kolejnej nocy! Ani całego życia! Drżała na całym ciele w obawie, że jeszcze zgarną ją do jakiegoś burdelu i karzą oddawać innym mężczyznom... Nie myśl Niviandi, nie myśl!
        Świat nie mógł być taki okrutny. Znaczy, nie dla niej! Miała za ładną buzię by skończyć jako dziwka, albo żebraczka. Nie zasłużyła sobie! Niby jak?! Jeżeli istnieje jakakolwiek sprawiedliwość to kolejna noc będzie piękna. Tak. Postara się o to.
Ludzie zaczęli się budzić, ale nadal nie wszyscy wyglądali na godnych zaufania. Matko, ona potrzebuje porządnej kąpieli. Z bąbelkami i olejkami, w płatkach kwiatów, albo w mleku... Może dlatego patrzą na nią tak krzywo, gdyby nie chowała się pod ciemnym płaszczem w obdartym odzieniu to by ją podziwiali, a teraz jakby chcieli...a nie mogli. Ona nie jest żadną żebraczką do diaska!
        Niviandi ruszyła dalej. Słyszała za sobą zdecydowane kroki, nieco wolniejsze i dłuższe. To musiał być mężczyzna, ale nie obracała się za siebie. Twardo brnęła przez jeszcze mało zaludnione ulice. Czuła, że ten gość nie należy do tych przyjemnych. Drewniany szyld rzucił się w jej oczy. Karczma o tej godzinie została już otwarta, to będzie dobra kryjówka...tego dnia. Nie chciała wiedzieć, co z kolejnymi. Liczyło się to, by odejść od tego typa.
        Jej dłoń delikatnie spoczęła na drewnianych drzwiczkach, gdy poczuła chwyt mężczyzny. Niviandi przełknęła ślinę i ostrożnie spojrzała za siebie. Nie pytała o nic, jedynie spoglądała niepewnie na starszego mężczyznę, który brzydził ją samym wyrazem twarzy. Był wysoki, z paskudnym wąsem, obleśnym brzuchem i patrzył tak dziwnie.
        - Chyba nie jesteś stąd...
        - Ładnie tak zaczepiać damy za dnia? - Spytała srogo syrenka.
        - Damy? No nie wygląda. Nogi świecą spod tego płaszcza... Panny się w takich krótkich kiecach nie przechadzają po mieście.
        - Wypraszam sobie.. - mruknęła niepewnie.
        - Chcesz zarobić na chleb? - spytał mężczyzna opierając rękę o ścianę karczmy.
        - Słu-słucham?! - żachnęła się syrenka, a jej twarz zalała fala rumieńca.
        - Kraa! - zaskrzeczała mewa i oboje spojrzeli w jednym kierunku.
        Niviandi wybałuszyła oczy widząc z daleka kuśtykającego brodacza, któremu towarzyszył jakiś stary rzep. Z daleka nie dostrzegła nic poza tym, ale wykorzystała sytuacje wkradając się do karczmy i uwalniając spod oparcia nieprzyjaznego mieszkańca. Spłoszona syrenka wciąż kurczowo przytrzymywała płaszcz by odsłaniał jak najmniej. Czy dobrze zrobiła? Tego jeszcze nie wiedziała, ale to była jedyna myśl jaka jej w tym momencie towarzyszyła. Miała wrażenie, że wszyscy się na nią gapią, chociaż w karczmie siedziało zaledwie kilku klientów. Nie mogła znieść odkrytych nóg i tego oblecha za drzwiami!
        Dziewczyna zbliżyła się do lady i już wyciągała palec by zażądać herbaty, ale... przypomniała sobie, że nią ma czym zapłacić. Jej włosy były krótko ścięte, ledwo sięgały za ucho więc nie było co nimi handlować. Długie i splecione miały jeszcze jakiś sens, a tak...
Niviandi skierowała się w kąt, ku nieciekawemu skrawkowi lady, który krył się ciemności. Westchnęła ciężko ocierając twarz dłonią.
        - Coś podać? - spytał karczmarz, a napotykając jego spojrzenie Niviandi od razu zrozumiała, że długo tu nie pobędzie jeżeli czegoś nie zamówi. Zajmuje tylko miejsce, nie przynosi żadnych korzyści... W pierwszej chwili chciała go skrytykować, ale jakoś nie miała sił.
        - Jeszcze się zastanawiam... - odparła lekko, a mężczyzna patrząc na nią podejrzliwie oddalił się.

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 1 rok temu

…mężczyzna patrząc na nią podejrzliwie oddalił się. Dopiero teraz mógł rozejrzeć się po sali, ale było już za późno. Złapał się tylko za głowę i spurpurowiał ze strachu i stresu, a wizje nadciągającego krwawego mordobicia i w niedługo później totalnej plajty prowadzonego przez niego interesu na przemian przelatywały mu przed oczami. Zajęty gadaniem z tą włóczęgą nie zauważył wejścia swoich najbardziej honorowych klientów. Morskie krasnoludy. Póki co dwa - dowódca i duszpasterz - te najstarsze, najważniejsze i przynajmniej na początku najbardziej powściągliwe w szastaniu pieniędzmi. Znając jednak życie i przebieg wszystkich poprzednich odwiedzin wielorybników w Serenaai, to reszta załogi jak tylko uprzątnie swoją łódź, sklaruje pokłady, przygotuje złowione towary na następny dzień do rybnego targu, to wieczorem zwalą się tu całą brygadą. A wtedy nawet Ci dwaj staruszkowie się rozochocą i krasnoludzka impreza będzie trząść tawerną całą noc, a potok złota, srebra i kryształów szerokim i wartkim strumieniem popłynie od brodaczy prosto w jego kieszenie. Słowem: świetlana przyszłość. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to nieszczęście.


        Oswald i Skalf weszli do gospody. Nie przywitali się jak to zwykle robili, bowiem właściciel zajęty był rozmową z jakąś wychudłą, chyba elfią przybłędą. Słonobrody zaś nie po to wracając z morza wybrał akurat ten port, żeby teraz rywalizować o uwagę karczmarza z jakimś uszastym padalcem, albo jeszcze do tego być wystawionym na smród elfickich perfum. Od razu zatem skierowali się do swojej loży. Podstarzały oberżysta, który okazał się większym włazidupem niż na to na pierwszy rzut oka wyglądał, podczas którejś z wcześniejszych wizyt „Myrmidona” w Serenaai kazał nawet specjalnie dla nich przykręcić nad wejściem miedzianą tabliczkę rezerwacyjną z napisem „Klan Mroźnej Bryzy”. Tak jakby mógł tym czczym gestem zaimponować starym wielorybnikom. Nie wytrącali go jednak z tego zadufania, bowiem „Klucz do kilwatera” pomimo gównianej nazwy był całkiem przyzwoitą jadłodajnią, dobrze zaopatrzoną pijalnią piwa, ale (co najważniejsze dla Kandelasona) po zmierzchu zamieniał się w prawdziwą jaskinię hazardu, gdzie co noc ściągały tłumy podobnych mu pasjonatów ryzyka z całego wybrzeża chcących spróbować szczęścia w każdej możliwej grze czy rywalizacji – od kart i kości, przez zapasy w kisielu i walki psów, po pięściarstwo czy siłowanie na rękę.
        Usiedli, jednak nie zaznali spokoju. Od razu ich napadła.
- Witam panów serdecznie! W czym mogę służyć? – zapytała przesadnie rozochocona panienka strasząc ich swoimi niezbyt dobrze umocowanymi piersiami. Wielkie dojary wulgarnie wręcz sterczące pod cienką białą bluzką przy gwałtowniejszym ruchu rzeczywiście mogły wybić zęby komuś o ich wzroście. I nawet nie o to chodziło, że bali się o swoje paszcze. W ich wieku i przy mało wyszukanej morskiej diecie w większości dziąsła mieli już wypełnione przez złote lub platynowe protezy. Bardziej chodziło o jej natarczywość i przede wszystkim o to, że była kobietą. Choć nie można zupełnie wykluczać wyrachowania, to trzpiotka raczej chciała być dla nich po prostu miła i przychylić im nieco nieba po długotrwałym rejsie. Nienawykłych jednak do takich gestów ze strony płci żeńskiej krasnoludów zupełnie deprymowało jej zachowanie. Zacięli się w sobie i ze wzrokiem wbitym w blat czekali na jakiś ratunek, czerwoni od wstydu i zażenowania.
        Była młoda. Pracowała tu zaledwie od miesiąca, bo wcześniej niepełnoletniej smarkuli nikt nie chciał legalnie zatrudnić. Mały staż w zawodzie nie przeszkadzał jej jednak w byciu świetną kelnerką. Uczyła się szybko i od najlepszych. Po pierwsze: uśmiech - starannie wystudiowany i tak perlisty, żeby jego absolutna sztuczność zawsze pozostawała niezauważona. Po drugie: atuty - wszystkie dobrze widoczne, i gdy trzeba to zawsze pod ręką marynarza. Po powrocie z oceanu ludzie są przecież tak wyposzczeni, że każde choćby złapanie za cycek traktują w kategoriach spełnienia marzeń, więc bardzo chętnie sypią za dekolt złote monety za każdy taki objaw przystępnej i swojskiej kobiecości. Po trzecie: umiejętność prześwietlania kieszeni klientów. Kelnerka musi mierzyć siły na zamiary i wiedzieć kim warto się zająć, a komu tylko odburknąć, że tu „obowiązuje samoobsługa przy barze”. W tym zawodzie nie tylko warto, ale wręcz koniecznie należy potrafić jednym rzutem oka ocenić, czy gość wpadł tylko na jedno piwo, a i tak na koniec skończy się draką, bo nawet za to jedno nie będzie miał z czego zapłacić, czy też złota ma przy sobie tyle, że może wykupić całą tawernę razem z obsługą i właścicielem jeśli będzie miał taki kaprys, i wystarczy tylko odpowiednio stymulować jego hojność i podsycać potrzeby, aby zostawił w knajpie jak najwięcej pieniędzy.
        Tym razem jednak coś nie działało. Dziewczyna nic z tego nie rozumiała. Widziała, że weszli bardzo bogaci klienci, więc bez zastanowienia i natychmiast zaatakowała zajętą przez nich lożę. A oni nic. Milczeli uparcie, i nawet na moment żaden z nich ani się na nią nie spojrzał. Tym bardziej natarczywie zagadywała, nieświadomie potęgując jeszcze w nadzianych starcach poczucie zakłopotania i niepewności. Dobrze wyuczona swego fachu machała im przed nosami przesadnie odsłoniętym biustem. Dziwiło ją, że jeszcze żaden z nich nie uszczypnął jej w pośladki – „Dziwne te krasnoludy. Może pedały? Fuj!!” – skrzywiła się, ale tylko w myślach. Przyklejony uśmieszek ani na moment nie zniknął z rumianej buzi. – „No ale mogliby coś zamówić. Płacone mam od klienta, plus napiwki. Weźcież stare skąpiradła poluzujcie wreszcie te wasze wypchane mieszki!”.
        - Może panom zrobić kanapki albo usmażyć jajka?
- Cycki se usmaż! – warknął na nią łamiącym się głosem właściciel, który wreszcie zebrał w sobie całą odwagę jaką miał i ruszył z odsieczą speszonym klientom. – Ty wiesz kto to jest? Ty wiesz kto to jest!? To jest K.. – zająknął się – K...andelason! On se może jeść chateau, on se może jeść ostrygę, on se może jeść co chce, a nie twoje rozpaćkane kanapki! Uciekaj mi stąd! Ja się panami zajmę.
- Ale szefie... to moi klienci! – zaprotestowała, bowiem nie chciała pozwolić, by ktoś tak po prostu zgarnął jej zysk sprzed nosa. Niewiele tu widocznie zmieniało, że ten ktoś był jej pracodawcą.
- Wystarczy – powiedział zdenerwowany. – Na górę do garów!
- To niesprawiedliwe! – łzy stanęły jej w przesadnie wymalowanych oczach.
- Wynocha! – teraz to już wrzasnął. Uniósł dłoń i naprawdę cudem powstrzymał się od wypłacenia liścia w pyskatą gębę.
Nie powiedziała już nic więcej, tylko z głośnym szlochem szurnęła na zaplecze.
        Najłatwiejsza część została załatwiona – uwolnił krasnoludy od niechcianego towarzystwa. Na tyle tylko wystarczyło mu odwagi, gdy bowiem spojrzał na dwóch starców ponownie zaczęła ogarniać go panika. Mieszkańcy północy według legend byli potężni, dumni i honorowi, co w rozumieniu ignoranckich ludzi oznaczało, że są wredni, porywczy i reagują agresją na najdrobniejsze zniewagi. A chociaż nigdy nie dawali nikomu bezpośrednich powodów do tego, by się ich obawiać, to każdy w stosunkach z nordami przezornie wolał unikać wszelkich sytuacji kolizyjnych. Dzisiaj się nie udało.
- Przepra... – zaczął dukać, ale nie dokończył. Oswald huknięciem pięścią w blat dał mu jasno do zrozumienia, że teraz ma być cisza. Brodacz nie był zdenerwowany, potrzebował jednak chwilę czasu, by odzyskać pewność siebie. Gospodarz jednak w tym geście zobaczył idącą już po niego śmierć. Stał tam zatem przerażony jak nieprzygotowany student przy tablicy, który pałę z odpowiedzi traktuje jak swoje największe nieszczęście. Nie trząsł się - jeszcze. Zaciśnięte zęby pomagały powstrzymywać się od skomlenia, ale nie był pewien czy uda mu się ta sztuka, gdy będzie się musiał odezwać. Czekał na reakcję swoich gości jak na wyrok.
        Skalf pierwszy zebrał się w sobie i to on rozpoczął rozmowę.
- Którego punktu naszej umowy pan nie zrozumiał? – zabrzmiało groźnie, choć kapłan wcale nie miał zamiaru straszyć rozmówcy. Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego i tylko utwierdzał karczmarza w przekonaniu, że zaraz zginie. Człowiek niby otworzył gębę, ale język ewidentnie odmówił posłuszeństwa. Przezornie więc zamknął ją z powrotem.
- Obsługuje nas pan osobiście, albo ewentualnie robi to pana syn. – kapłan przypomniał jej pierwszy i najważniejszy zapis. Tamten nadal nie mógł wycisnąć z siebie ani pół słowa. Ale dźwięk dzwoniących o siebie zębów świadczył o tym, że jednak próbował.
- Co to miało być? – siwy duchowny wskazał ręką na drzwi, za którymi zniknęła młodziutka kelnerka. Drewniany kołek w gębie gospodarza, w który zmienił się jego język zupełnie nie chciał współpracować.
- Nie panujesz pan nad personelem? – zapytał Yorason.
- Wie pan… - karczmarzowi udało się wreszcie odezwać. - ..Ciężko teraz o dobry personel..
        Natarczywa dziewczyna uciekła przegoniona przez oberżystę, więc Oswald powoli (choć zdecydowanie wolniej niż Skalf) ośmielał się. W tym momencie jednak zdecydował się wreszcie powstać ze swego miejsca i włączyć do rozmowy.
- Dlaczego ma nas to obchodzić? Mam panu pokazać jak się dowodzi ludźmi? – Krasnolud był wyraźnie niższy od człowieka, ale zdecydowanie budził jego szacunek. I to nawet nie dlatego, że w krępej postaci drzemała wielka siła, ale przede wszystkim dlatego, że biło od niego szlacheckie dostojeństwo, którego zaburzyć nie zdołały nawet skromne, lekko wypłowiałe już kożuchy i nienatarczywy, ale jednak wyczuwalny glonowo-rybny aromat. Wielki topór na którym trochę jakby od niechcenia się wspierał i jego szorstki, chrapliwy głos sprawiły, że krew w żyłach karczmarza niemal całkiem przestała krążyć.
        Propozycja kapitana mogła się wydać trochę mało adekwatna. Poboczny obserwator mógłby stwierdzić, że krasnolud jest nieżyciowy, nieracjonalny i zwyczajnie przesadza. Czym innym bowiem jest załoga statku, a czym innym personel gospody - pracują w zupełnie różnych warunkach, więc i sposoby kierowania nie pasowałyby jedne do drugiego. Zarzut ten jednak nie miał szans się obronić. Słonobrody był jak najbardziej życiowy, ale po swojemu. Po prostu okręt i morze to było całe jego życie. Nie znał nic innego.
        Nagle stary harpunnik zupełnie skamieniał.
- „Znam tę twarz.” – myśl szybka jak bicz z zerwanej wanty śmignęła przez głowę. Począł szukać w pamięci związanych z nią wspomnień, które chociaż dość odległe, wcale nie były ukryte głęboko. Nie śmiał jednak za szybko i przez to nazbyt brutalnie ich odkopywać. Dotykały zbyt delikatnej materii. Całkiem przestał zwracać uwagę na to co się dzieje wokół niego, zostawiając Skalfowi rozmowę z karczmarzem. Stał jak sparaliżowany i próbował tylko znowu wyłapać spośród tłumu to jakoś dziwnie bliskie jego sercu spojrzenie.

        Drzwi karczmy uchyliły się i weszło kolejnych dwu brodaczy. Jeden wyższy i rudobrody w rogatym hełmie na głowie, który to jeszcze dodatkowo podkreślał efektowność jego potężnej postury, oraz drugi, mniejszy, garbaty i czarny, z lewym okiem przesłoniętym przepaską. Zygfryd Olgason – zastępca dowódcy i Kerric – żaglomistrz z „Myrmidona”. Obaj ubrani w rybackie kubraki, ale to nie mogło nikogo zmylić. Ich wygląd, postawa i wredne pyski dawały jasne i nieodparte wrażenie – zakapiory, których nie chciałbyś spotkać w ciemnym zaułku. Było to wszakże tylko wrażenie i niestety stereotyp, który jak większość stereotypów był niesłuszny i bardzo krzywdzący. Owszem, byli to dwaj najwięksi zabijacy pośród ludzi Słonobrodego, jednak nie traktowali oni mordowania w kategoriach rozrywki, jako rodzaju sportu czy sposobu na życie. Po prostu, zwyczajnie i bez głębszych teorii – czerpali z zabijania dużo większą frajdę niż inni. Tylko tyle i aż tyle. A że byli paskudni, to akurat zupełnie im nie przeszkadzało. Całkiem słusznie zresztą twierdzili, że ładną buźkę łatwo zepsuć, a szpetnego ryja przynajmniej nie szkoda poharatać w bijatyce.
        Jedynym, na co wchodząc do knajpy zwrócili uwagę był fakt, że ich dowódca dobył już swej broni. To, że opieprzał tutejszego właściciela, a ich papa-księżulo jak echo wtórował mu, choć siedząc gdzieś tam nieco z tyłu, to już nie miało takiego znaczenia. Nie tracili czasu na zastanawianie się o co tu chodzi. Wielkie topory momentalnie znalazły się w ich tłustych dłoniach.
- Coś szybko w tym roku zaczynamy tańce! – warknął rudy oficer, jednak jego towarzysz nie był zbyt rozmowny.
- Joooo.. – Ta jedna jedyna, choć dość długo przeciągnięta sylaba potwierdziła zaledwie, że czarnobrody też to samo zauważył, ale najwyraźniej nie miał zamiaru bardziej rozbudowywać swego komentarza. Splunął tylko na podłogę przeżuwanym tytoniem i wytarł usta rękawem.
        Obaj natychmiast ruszyli w kierunku swojego przełożonego, zupełnie nie zawracając sobie głowy omijaniem stojących im na drodze mebli ani osób. Jeśli ktoś z niezbyt jeszcze licznej (na szczęście) klienteli nie zorientował się co tu się święci i nie uskoczył w porę, to razem z przeszkadzającymi ławami, krzesłami i stołami był pacnięciem wielkich krasnoludzkich łap brutalnie odwalany na bok.
- Jesteśmy wodzu.. – przenikliwy syk Olgasona przeleciał przez całą izbę, gdy dwaj topornicy stanęli za plecami swojego „Starego”.
- Jooo... – Kerric również potwierdził swoją obecność.
        Pojawienie się tej dwójki jaskiniowców już zupełnie przeważało szalę na korzyść krasnoludów. Yorason ustąpił więc pola i zamilknął. Wcale nie chciał zaognienia sytuacji, ale był zupełnie świadom, że w tym momencie już brakowało mu kompetencji. Kapłan wiedział, że jego gadanie już się tu na nic nie zda i teraz już tylko Oswald mógł zapanować nad tym towarzystwem. Jeśli nic nie powie, to załoganci „Myrmidona” wyrżną zaraz pół karczmy, albo całą dzielnicę, jeśli ich wódz by tak rozkazał. Ale równie dobrze może im rozkazać śpiewać szanty, i wtedy żaglomistrz będzie do późnej nocy grał na drumlach, a drapieżny na ten moment i żądny krwi Zygfryd posłusznie i w kółko warczał będzie tylko „Barrett’s Privateers” albo inne „Jo ho ho.. and a bottle of rum..”.
        Kandelason jednak dziwnie milczał. Oczy rozszerzyły mu się i, choć mogłoby się to wydawać niemożliwe, coś jakby jeszcze bardziej pobladł. Jego najwierniejszy przyjaciel znał dobrze ten sposób patrzenia, jednak nie pasował mu zupełnie do obecnych okoliczności. Znał go bowiem z oceanu. Oznaczał niebezpieczeństwo dla okrętu - rafy na horyzoncie, nadciągający sztorm, biały szkwał, martwą falę, pionową ścianę góry lodowej bezszelestnie wyłaniającą się z mroków nocy niecały kabel przed dziobem. Tak, to prawda - Oswald wtedy bladł. Tylko głupcy i szaleńcy nie boją się morza, które nigdy nic nie traci ze swej surowości i w sytuacjach dramatycznych pozostaje bezwzględne, zwłaszcza wobec profanów lekceważących jego potęgę. Bladł, co nie oznacza, że tchórzył. Robił co do niego należało. Zawsze. Odwaga bowiem to nie brak strachu, ale świadomość, że coś jest od niego ważniejsze. I za to cenili go jego ludzie. Tu jednak, w ciepłej, przytulnej tawernie, z dala od wojen i morskich bałwanów Skalf był zdezorientowany co też mógł ów wzrok oznaczać. Nic nie mogło im tu przecież zagrozić. Byli bezpieczni.
        - To co wodzu? Rąbać?! – coraz bardziej niecierpliwił się rudy osiłek, a oczy aż mu się świeciły od rządzy mordu.
Kapitan jednak nadal nie reagował. Długotrwałe poszukiwania w pamięci odsłoniły wreszcie odpowiednie wspomnienia.
- Laufey? – zapytał niemal bezgłośnym szeptem harpunnik, niedowierzając, że to w ogóle jest możliwe. Im jednak dłużej o tym myślał, tym bardziej był tego pewien.
- Rąbać? – ponowił swe pytanie Zygfryd, bo zupełnie nie zrozumiał znaczenia poprzedniego słowa dowódcy.
- Jooo.. – zuchwały Kerric wtrącił się i spróbował popchnąć akcję do przodu. Słonobrody jednak ocknął się w porę i nie pozwolił mu na taką impertynencję.
- Milczeć! – odezwał się wreszcie stanowczo i natychmiast utemperował swoich krewkich wojowników. – Schować broń i siadać.
Wykonali rozkaz. Od razu, posłusznie, bez szemrania, bez żadnych protestów ani prób przekonywania, czy dochodzenia swoich racji. Topory z powrotem zadynały u pasów, a ich błyszczące ostrza zaklekotały o mocarne uda krasnoludów.
        Kandelason jednak nie usiadł razem z nimi. Wzrok ciągle wbijał w coś lub kogoś w głębi sali. Położył swą wielką dłoń na ramieniu oberżysty.
- Dla nas to samo co zawsze – powiedział wielorybnik cicho, ale bardzo wyraźnie, co tylko spotęgowało efekt grozy u szpakowatego karczmarza. Struchlały pokiwał głową tak energicznie, że można było mieć wrażenie, że zaraz mu ona spadnie z karku, ale nie zebrał się na odwagę, by cokolwiek opowiedzieć. Siwy wielorybnik zresztą nie zwracał już więcej na człowieka uwagi. Puścił go, ominął obojętnie i przytrzymując się mebli, a później długiego szynkwasu skierował swe niepewne kroki ku chudej, zakapturzonej postaci.

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 1 rok temu

        Stało się. Banda brodatych gości wtargnęła do karczmy, ale na szczęście jej nie zauważyli. Z resztą, kto by na nią spojrzał w obecnych łachmanach? Podarta, a przez to i zbyt krótka sukienka oraz męski płaszcz świeżo zdjęty z ramion najemnika. Blondynka skuliła się odwracając wzrok i ciesząc się, że karczmarz znalazł sobie innych gości do obsługi. Nieco się zdziwiła potraktowaniem kelnerki. Miała wszak sporo argumentów by przykuć uwagę niejednego mężczyzny. Syrenka mogła jej pozazdrościć tak obfitego biustu, ale uznanie kompleksów było dla Niviandi dalekie. Pewnie odesłali ją z powodu tego ogromnego biustu, bo co za dużo to nie zdrowo, a jej figura to wszak ideał, który powinien być odwzorowywany na obrazach wyjętych spod rąk wyśmienitych, elfich artystów wśród barwnych kwiatów, otoczona najdelikatniejszymi materiałami.
        Niviandi drgnęła wybudzona z własnych fantazji, gdy pracownica głośno zaczęła szlochać. Co za nieprzyjemne miejsce, co ona tu do diaska robi? Ach tak, kryje się przed zostaniem dziwką na ulicy.
        A zaraz potem zacisnęła tak mocno zęby, że niemalże skurcz złapał ją w okolicach żuchwy. Przeraziła się nie na żarty, gdy jeden z tych grubasów walnął pięścią w stół. Przez jej myśli przebiegły różne obrazy niedalekiej przyszłości nie tylko karczmarza, ale także i własnej, nieszczęśliwej jeżeli szybko się stąd nie ewakuuje. Syrence nie widziało się by powieszono jej głowę niczym jelenią ozdobę w myśliwskim domku, lecz przerażenie na tyle wywołało w niej obezwładnienie, że nie była w stanie się ruszyć. Czuła się jakby przykuto ją gwoździami do (swoją drogą) niewygodnego krzesła. Jakikolwiek najmniejszy i niechciany dźwięk mógł wprowadzić w szał te mroczną grupę zabójców z koralikami w brodach. Rozmowa balansująca na granicy śmierci powoli zaczęła jednak irytować syrenkę. Co za wszędobylskie gbury. Może mieli więcej złotych gryfów w kieszeniach, a syrenka nie posiadała choćby złamanego ruena, ale była takim samym klientem co oni! Prawie klientem, bo właściwie jeszcze niczego nie zamówiła – i zamawiać nie miała zamiaru, ale tu przebywała z równie dogodnym powodem, czyli kryjąc się przed zboczeńcami. Zirytowana dziewczyna w końcu głośno westchnęła, ale na jej twarzy szybko pojawiła się panika.
        Spojrzała w stronę brodaczy, a jeden z nich wlepił w nią swoje malutkie, ale groźne ślepia. Czoło syrenki zalał pot i dziewczyna jeszcze mocniej zaciągnęła kaptur na głowę, tak by była w stanie obserwować gościa z daleka.
        W tym momencie była gotów uciec, tak dziwnie się na nią gapił, jakoś bardziej maślanymi oczami niż morderczymi, więc tym bardziej uznała, że przebywa tu zdecydowanie za długo. Znajdzie inną karczmę, bez śmierdzących rybą klientów i gdy tylko uniosła pośladki, zaraz ponownie opadła zdruzgotana na krzesło dostrzegając w drzwiach jeszcze bardziej szalonych i groźnych jegomości. Złotowłosą miotały przeróżne emocje. Zlękła się i cicho jęknęła skulona na krześle, ale i też z obrzydzeniem, któremu towarzyszyła rozpacz widziała, jak jeden z nich pluje na podłogę, po czym przeciera usta rękawem.
        „Oh, ble...” myślała niemalże ze łzami w oczach.
        Były rzeczy straszne i straszniejsze. Wpadnięcie w łapska jakiegoś alfonsa i oddawanie się na ulicy było poniżające. Śmierć poprzez ucięcie jej jednym ruchem głowy wydawało się bolesne, i przyznajmy, też niezbyt pochlebne... w dodatku w odorze łososi, ale wdepnięcie w te pluskwę wyplutej chary gołą stopą było czymś niewyobrażalnie obrzydliwym! Na Prasmoka i jego wszystkie łuski, jak ona teraz miała przekroczyć próg karczmy?!
        Sytuacja w pomieszczeniu wydawała się coraz bardziej napięta. Opluta podłoga, pot krasnoludzkich ciał, niemalże omdlały gospodarz, a w tym wszystkim to jedno spojrzenie, które nie chciało się od niej oderwać. Czego ten typ chce?!
Syrenka zacisnęła drobne piąstki i uderzyła nimi o własne uda. Tak była zła! Dlaczego nie mogła najzwyczajniej w świecie wyjść tylko skradać do wahadłowych drzwi niczym polujący na mysz kot? Niepoważne! Niepoważne po stokroć!
        Błękitne oczy powoli zaczęły mierzyć domniemanego przez nią dowódcę. Tylko krzty rozsądku, a raczej świadomość, że i oni mogli być alfonsami, powstrzymywała ją przed podejściem i spoliczkowaniem każdego po kolei. W tedy ruch warg Kandelasona na nowo unieruchomił syrenkę, która marszcząc brwi i pogłębiając spojrzenie niemo powtórzyła wyraz. Był jej znajomy... już ktoś ją kiedyś tak nazwał.
        „O nie” spanikowała widząc jak niski, ale jednak wielkolud, kieruje się w jej stronę. Nie mogła wybiec, po pierwsze nie chciała wyjść na wariatkę, po drugie ryzyko wdepnięcia w ślinę było zbyt duże, szczególnie w popłochu, dlatego syrenka zaciągnęła mocniej płaszcz na nogi wyraźnie oburzona zachowaniem mężczyzn. Jej sylwetka wpijała się w drewniany blat, a dziewczyna w ramach utrzymania zasad etykiety odwróciła głowę w bok. Zbyt długie wpatrywanie się w gości było niegrzeczne, albo mogło być uznane za uwodzicielskie, a do niego nie chciała się jakkolwiek zbliżyć! Ale on sam do niej podszedł.
        Kobiece dłonie i czoło zalał pot. Niviandi chrząknęła niby to poprawiając włosy, ale tak naprawdę chciała zetrzeć napływające na skronie krople. Totalnie nie wiedziała co ma zrobić. Gapił się na nią ciągle, a jego kumple przyszli z jakimiś siekierami do oberży i myślą, że im wszystko wolno!
        - Niech... ekhm, pan mi się w ogóle nie kłania – wtrąciła nim ten cokolwiek powiedział. Nie wytrzymała. Nie mogła na nich patrzeć, ich słuchać a tym bardziej dowiedzieć się czego od niej ten typ chce!
        - Choć o czym ja mówię, nie macie państwo za ruena wychowania – mówiła z wyrzutem syrenka kierując spojrzenie na krasnoluda.
        - Panie Kandelason, dobrze usłyszałam? Jesteście niewychowani. Według waszej opinii właściciel zajazdu nie panuje nad personelem? A widział pan co też wyprawiają pańscy towarzysze? Kto wchodzi do karczmy plując na świeżo umytą podłogę?! Ta biedna kelnerka szorowała ją zapewne jeszcze przed wschodem słońca by godnie powitać przybyłych gości, bo dzień wcześniej banda pijaków rzucała się wyzwiskami i z zerowym szacunkiem do ich pracy wcierała przygotowane posiłki w podłogę! Jeszcze jeden z nich macha toporem niemalże przed moim nosem! Wyobraża pan sobie, jak się bałam? - Niviandi z każdym słowem zyskiwała odwagę, co dostrzec można było po jej prostującej się sylwetce oraz faktem, że zaczyna wytykać Kandelasona palcem na oczach innych klientów.
        - Przykro mi to mówić, ale nie powinni panowie opuścić choćby obory. Świnie się lepiej zachowują w błocie niż wy!
Złotowłosa po ostatnim wybuchu wyraźnie się zmieszała. Nie przywykła do rzucania tak obraźliwych porównań, dlatego nerwowo poprawiała na sobie płaszcz i odkaszlnęła, jakby od tego gadania zaschło jej w gardle.
        - Wzburzona nie mogę opuścić tego lokalu, bo zachowujący się bezpański pies pana towarzysz napluł niemalże w drzwiach. Doprawdy, nie życzę sobie takiego zachowania – prychnęła krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 1 rok temu

        Zdumiony wzrok wszystkich niemal na sali był skierowany chyba bardziej na nią niż na niego. I nawet nie o to tylko chodziło, że tak jawnie igrała ze śmiercią prowokując agresywnego krasnoluda (choć to też), ale o to jakie kocopoły wygadywała. Trzeba się bowiem zastanowić, kto tu bardziej nie stroił z ogólnie przyjętym w tym miejscu zachowaniem - stary wielorybnik czy naburmuszona damulka? Znajdowali się w portowej tawernie, i patrząc oczami chamskiej i prawie wyłącznie męskiej klienteli mniej było normalności w hardym zadzieraniu nosa przez chudą jak flądra włóczęgę, którą nawet na buty nie było stać, i jej zwracaniu uwagi harującym na morzu rybakom na „ciężką” pracę kelnerki, niż w dzikich wrzaskach, charkaniu na parkiet, awanturowaniu się i posługiwaniu się w dyskusji toporem jako pełnoprawnym argumentem. Etykieta etykietą, ale trzeba też ważyć miejsca i okoliczności. Kogo razi świńskie gówno, ten niech nie wchodzi do chlewni.
        Zresztą, sam Oswald w niczym nie uchybił swemu herbowi. Za swoje krasnoludy ręczył i brał odpowiedzialność, ale nawet i one też póki co nie poczyniły większych występków przeciwko porządkowi publicznemu. Oczywiście, przed momentem Zygfryd i Kerric bezceremonialne przeryli sobie przejście przez środek knajpy, rozrzucając przy tym po ścianach blokujące ich trasę meble razem z korzystającymi z nich ludźmi. Wszystko jednak było tylko kwestią interpretacji. Można było przypisać to pod gburowatość i nieuprzejmość brodaczy, a można pod bezwzględną lojalność wobec dowódcy i gotowość do niesienia mu pomocy. Tak samo splunięcie przy wejściu można potraktować jako brak wychowania i szacunku dla pracy szorującej podłogi sprzątaczki, a można jako zapobiegliwość i usunięcie z ust wszystkiego, co mogłoby mężczyźnie przeszkadzać w oddychaniu podczas walki. I chyba tylko trzęsąca się przybłęda w obu przypadkach wybrała pierwszą opcję.
        Kompletując załogę „Myrmidona” Oswald patrzył na kompetencje, a nie pochodzenie. Nie wszystkie jego krasnoludy były szlachcicami – większość wywodziła się z niższych kast. Poza tym również nie wszystkie z tych nawet, które mogły poszczycić się własnym herbem brały sobie do serca konieczność przestrzegania jakichś górnolotnych kodeksów. Większości obsady drakkara w zupełności wystarczał podręcznik dobrych manier oparty na dekalogu: nie bluźnij, nie kradnij, nie kłam, czcij matkę i ojca, nie odmawiaj piwa, nie zapomnij topora, nie pożądaj kobiety, pracuj sumiennie, walcz zażarcie, elfa lej w mordę. I to było wszystko co niezbędne w kwestii poprawnego zachowania, a i Słonobrody nie potrzebował od swoich marynarzy niczego więcej. Wymagał od nich jedynie posłuszeństwa i fachowości przy pracy. A wszystko inne, w tym również dworski bon ton, było tylko niekoniecznym dodatkiem.

        Naturianka wytoczyła mnóstwo zarzutów pod adresem krasnali. Jedne śmieszne, drugie niepoważne, niektóre naiwne i głupie, niektóre całkiem wydumane, może zaledwie jeden trafny, ale wszystkie po kolei zupełnie nieprzekonujące. Oswald mógłby je wszystkie szybko naprostować, i to nawet samymi słowami, zupełnie bez używania „mowy ciała”. Mógłby, gdyby tylko rozmawiał z facetem. Teraz przy kobiecie miał problem zebrać myśli, zresztą zbyt krępował się, by je na głos wyrazić. Poczerwieniał i potulnie wysłuchał wszystkich uwag dziewczyny. Nie uszło jednak uwagi Skalfa, że jednak była jedna istotna zmiana w zachowaniu Kandelasona w stosunku do tego, jak zwykle reagował w podobnych sytuacjach. Teraz stary kapitan nie spuścił wzroku. Jawnie i bezczelnie patrzył prosto na kobiecą twarz, co przy jego wychowaniu i doświadczeniach życiowych wymagało naprawdę żelaznej woli i wielkiego hartu ducha.
        Co by nie mówić o zmysłach wielorybnika, to należało bezwzględnie i niespecjalnie odkrywczo stwierdzić, że już nie funkcjonowały one tak dobrze jak kiedyś, za młodu. Słuch stępiły mu mroźne, morskie podmuchy i sędziwy wiek, nos spęczniał od intensywnych zapachów panujących w ładowniach rybackiego trawlera, smak wypłowiał i zbladł na mało urozmaiconym statkowym wikcie, a zgrabiałe od lin, sieci, rękojeści noża i topora dłonie pokrywała gruba warstwa twardej skóry, przez którą już nie sposób było wyczuć żadnych subtelności. Wzrok jednak nadal miał bystry i ostry. Wnikliwie obserwował zatem oblicze swojej rozmówczyni. Każde zmarszczenie noska ze wstrętem. Każde, skażone trochę paniką, ale mimo to ciągle bardzo arystokratyczne spojrzenie, którym zdecydowała się go uraczyć. Ciągle ten sam niesforny kosmyk, który raz po raz opadał na czoło. Każdą kropelkę potu perlącą się na skroniach. Rządek równych ząbków, które ukazywały się, gdy krzycząc wytykała kolejno te wszystkie uchybienia wobec dziwnie przez nią rozumianej kultury osobistej, poczynione czy to przez samego harpunnika, ale przede wszystkim przez jego kompanię. Policzki rumiane od zimna i strachu, ale chyba bardziej od złości - nie tyle na krasnoludy, co na własną bezsilność. Była znajoma.
        Tak, to zdecydowanie mogła być twarz Laufey. Ale wszystko inne się zupełnie nie zgadzało. Skąd ten cały brud na atłasie jej skóry? Gdzie jej piękne stroje? Gdzie biżuteria? Gdzie połyskujące muszle? Co się stało? Czemu zażenowana zakrywa swoje piękno śmierdzącą szmatą zdartą chyba z truchła jakiegoś bezdomnego uślęgi, w którą wstyd i hańba by było otulić nawet wiejską szkapę pociągową, żeby nie zostać posądzonym o znęcanie się nad zwierzętami? Dlaczego na głowie miała przyklapły, przetłuszczony kask zamiast puchatej burzy złotych loków? Czemu w ogóle syrenia księżniczka ukrywa się jak zbieg w podrzędnej spelunie w slumsach ludzkiego miasta portowego gdzieś na dalekiej prowincji? Wreszcie, gdzie się podziała cała armia służby, muzykantów, śpiewaków, nawet ochroniarzy, dbających kiedyś o wszystkie jej potrzeby i zachcianki? To wszystko nie grało. Dysonans był tak duży, że Kandelason nadal nie był pewien, czy zupełne przypadkowym zbiegiem okoliczności spotkał w Serenaai osobę, za którą od paru lat tęsknił, czy ma przed sobą tylko rozpieszczoną ludzką panienkę, która miała zaszczyt i szczęście dostać od losu buzię praktycznie identyczną jak jego narzeczona.
        Cóż było robić? Trzeba jakoś wyjaśnić nieścisłości. Ale jak? Najłatwiej rozmową. Najłatwiej, ale nie dla krasnoluda, któremu przez całe życie wmawiano, że jako mężczyzna nie jest godzien w ogóle otwierać gęby w towarzystwie kobiet, a już na pewno nie powinien wyrażać przy nich głośno swoich opinii czy pomysłów, które z gruntu są złe, głupie i nie mają żadnej wartości. Sprawa była jednak dla Oswalda niezwykle istotna, dlatego zacisnął pięści aż pobielały, a gdy dziewczyna skończyła swoje marudzenie i pociesznie zaplotła ręce na piersi, może dla dodania sobie powagi, może z bezsilności jej wątłych ramion wobec mocarnej postury wielorybnika, a może, bo sama nie bardzo wiedziała co ma z nimi zrobić, wtedy właśnie zebrał w sobie całą swoją odwagę i rzekł:
- Pozwolisz mi o Pani jakoś wynagrodzić ci te wszystkie niedogodności? – wyrzucił z siebie bardzo uprzejme, ale pełne wahania zapytanie. Wypowiedziawszy to odetchnął głęboko, sam przy tym stwierdzając, że po stokroć pewniej czułby się, gdyby nagle przyszło mu znaleźć się „Myrmidonem” przy silnym wietrze na jakimś ciasnym akwenie, gdzie złowieszcze rafy ostrzą sobie zęby na kadłub jego drakkara, a wszędobylskie rekiny na jego załogę. Mimo to kontynuował próbę dowiedzenia się czegoś więcej o pochodzeniu pięknej pani siedzącej przed nim. Lekko uniósł wolną dłoń i wskazał dwuosobowy stoik. Mógł zaproponować swoją lożę, ale towarzystwo jego brodatych marynarzy nie bardzo mogło sprzyjać spokojnej rozmowie, zwłaszcza, że tak ją zdenerwowali samą swoją obecnością w knajpie. Mógł również zaproponować jakąś inną lożę, bardziej ustronną, z dala od wścibskich spojrzeń. Karczmarz wystraszony jak kuropatwa na pewno szybko by im coś znalazł, i nawet nie byłoby potrzeby dla zachęty łapać go za fraki. Ale skoro nawet tutaj dziewczyna widocznie bała się harpunnika, to tym bardziej nie będzie skłonna zostać z nim sam na sam. Dlatego stolik na widoku wydał mu się rozwiązaniem najlepszym, najlogiczniejszym i najłatwiejszym, a przez to najbardziej możliwym do zaakceptowania przez trzęsącą się kobietę.
        Oswald popatrzył na nią pytająco. Jego typowo krasnoludzka atrakcyjność sprawiała, że pomarszczona twarz wyrażała niewiele, na pierwszy rzut oka raczej gniew, niż jakiekolwiek pozytywne uczucie. Jednak ktoś, kto nie wyrabiał swej opinii o rozmówcy opierając się tylko na ogólnym wrażeniu i szorstkiej powierzchowności, ale skłonny był do jakiejś empatii i zaglądania w głąb duszy, ten dość łatwo mógłby dostrzec w oczach starego kapitana ogromną nadzieję, że po latach tułaczki odnalazł wreszcie to, czego po całym świecie szukał.

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 1 rok temu

        Niviandi szybko dopadła myśl, że wyzwiska będą ostatnimi słowami jakie wypowiedziała w swoim życiu. Nie wzniosłe i bogate w emocje „kocham cię” albo radosne „odnalazłam was”, tylko porównanie typa do świni. A potem do psa. Dostrzegła, jak zaciśnięte pięści krasnoluda bledną, ale nie potrafiła przerwać. Trajkotała w najlepsze ćwicząc jego cierpliwość. Mógł łupnąć ręką w ladę, mógł ją szarpnąć, zrobić cokolwiek, ale zamiast reagować stał i słuchał. Był to powód dla, którego nie potrafiła przestać gadać – przerażało ją to co nastąpi gdy zapadnie cisza, a argumenty szybko się skończyły. Właściwie po tym incydencie już niewiele ją obchodziło. Tym razem prędko pogodziła się ze swoim losem, nie była w najlepszym stanie psychicznym, zmęczyła ją ta cała gonitwa za niewiadomym celem, a już na pewno nie miała zamiaru kiwnąć choćby palcem by uchronić się przed ciężkim toporem. Przynajmniej nie umrze jako dziwka.
Wówczas stało się coś zupełnie innego. Gość nie krzyczał, nie wrzeszczał, a nawet jej nie zbeształ za zachowanie. Odzwyczaiła się od tego w towarzystwie Mathiasa, Aurei i Rami, przy nich zawsze było jakoś tak... głośno. Lekko ukuła ją ta igiełka pewności siebie i kontroli nad sytuacją, tym samym wstrzykując w żyły syrenki dziwne uczucie satysfakcji.
        Spojrzała na jegomościa, a następnie jej oczy zboczyły jeszcze na kilka pobliskich punktów, jakby szukała haczyka w jego propozycji. Potem skupiła swój wzrok na brodaczu mierząc go i oceniając, ale ciągle nic nie powiedziała. Posłusznie zerknęła na wskazany stolik, teraz analizowała jego ułożenie i poziom bezpieczeństwa. Przeciągała te chwilę w nieskończoność skazując kapitana łajby na zalanie się potem. Ona sama nie za bardzo wiedziała, co ma odpowiedzieć. Całkowicie zbił ją z tropu, nie tego się spodziewała. Właściwie w pierwszej chwili chciała przyjąć jego propozycję, ale w ostatnim momencie zwątpiła. Wypowiedział to imię - „Laufey”. Dla niej brzmiało to obco, z niczym się jej nie kojarzyło, lecz nie wiedzieć czemu kilka osób chciało je syrence przypasować. Na twarzy złotowłosej wyrysowało się nieszczęście, bo chociaż doszła do wniosku, że chce mu jednak odmówić była zmuszona się zgodzić. Poczynając od faktu, że jeszcze chwilę temu ktoś chciał ją zaciągnąć do burdelu, poprzez fakt, że jest najzwyczajniej w świecie głodna i spragniona, a kończąc na tym, że ta banda odszczepieńców nie wyglądała zbyt sympatycznie i dzierży w dłoniach topory oraz inne żelastwa, które przekroją ją niczym masło.
        Z rezygnacją powróciła spojrzeniem na grubasa. Jejku, jaki on był brzydki. Nawet nie wiedziała od czego zacząć. Orli, kartoflany nos. Łysina sięgająca skroni. Dłonie przypominające papier ścierny, tak spękane i zmęczone wieloletnią pracą. Całkowicie siwy, że jeszcze miał siłę wstać od stolika, dziad jeden. A najgorsza była ta broda i wąsy, i włosy, wszystko co otaczało i zarazem zakrywało jego twarz. Niviandi odtrąciła wszelkie wyobrażenia na temat tego, ile resztek jedzenia jest w stanie w niej przechować właściciel, więc co innego mogła zrobić? Odmówić?
        W ostatniej męczącej go chwili dostrzegła jeszcze coś. Niewielkie oczy połyskujące fioletową tęczówką. To co wyrażały było odległe dla Niviandi. Dziewczyna momentalnie się skuliła onieśmielona tym spojrzeniem, jakby w niej coś znalazł, jakby coś... odzyskał.
        - Jeżeli uraczysz mnie przy okazji ciepłą herbatą i smacznym śniadaniem to mogę się zgodzić – odparła machając kpiąco dłonią i odwracając głowę. Nie chciała... a raczej nie potrafiła ponownie spojrzeć mu w oczy.
        Jeżeli Kandelason wyciągnął ku niej dłoń, by pomóc jej zejść z wysokiego krzesełka to przyjęła pomoc z ogromną rezerwą. Bardziej „bo tak wypada” niż „bo chciała”, a jeżeli popełnił w jej mniemaniu kolejną gafę, to sama zgrabnie zsunęła się z siedziska pilnując by czasem sukienka ani trochę się nie podwinęła. Jako pierwsza skierowała się do wyznaczonego przez brodacza stolika i usiadła tak by spoglądać na kamratów kapitana statku.
        - Panie Kandelason, wybaczcie moją niedbałość, byłam odrobinę rozjuszona i nie zdążyłam się przedstawić, a skoro siedzimy przy wspólnym posiłku to wypadałaby się poznać. Niviandi Fjorlei – powiedziała, ale wstrzymała swoją dłoń do pocałunku. Nie spodziewała się ze strony krasnoluda wygórowanych zachowań, co w tym momencie raczej by ja ucieszyło. Bleh! Dotknąć tej sztywnej, siwej brody?! W życiu! Ma na to zbyt delikatną dłoń.
        - Tak, posiadam nazwisko, tylko chwilowo... wyglądam niewyjściowo – wyjaśniła pobieżnie. - A więc chyba często przebywa pan w tym miejscu, skoro sam właściciel tak bardzo stara się pana i pańskich towarzyszy tak zadowolić – zauważyła szybko zmieniając temat.

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 11 miesiące temu

        Wyczekiwanie wpisane jest w żywot marynarza, bo na morzu tak naprawdę bardzo niewiele zależy od ciebie. Atutowa karta zawsze jest po stronie oceanu i pogody. Możesz udawać, że przewidujesz ich zagrania, że je wyprzedzasz lub omijasz, ale tak naprawdę ty tylko na nie reagujesz. Nie ty decydujesz, tylko (no właśnie) wyczekujesz ich decyzji i do tego zaledwie dostosowujesz swoją. Jak mówi stara szanta: „..Nie będzie źle, bo ucichnie sztorm. Nie zdradzi cię ni fala, ni grom. Gdy spłoszony wiatr znów przestanie się wić, twoje czekanie dobry rejs ześle ci..”. Zwykle zatem przyzwyczajonego Słonobrodego nie dopadało zdenerwowanie. Czy to przy manewrowaniu, czy to przy połowach, czy w każdej innej sytuacji, kiedy sekundy zdawały się godzinami, on całkowicie panował nad sobą. Tu jednak nie chodziło o to ile ryb wyciągnie z sieci, ale o coś daleko bardziej poważnego. Stresował się zatem i pocił pod grubym kubrakiem jak w tropikalnym upale, oraz mimowolnie to rozluźniał popękane dłonie, to znów mocno zaciskał je w pięści. Ale nie miał wyboru i czekał w ciszy, a ona kręciła nosem i błądziła wybrednym spojrzeniem po wszystkim co tylko znajdowało się w gospodzie, przeciągając swoje milczenie do granic przyzwoitości i zmuszając kapitana do heroicznego wręcz wykazania się cnotą cierpliwości. Podołał jednak wyzwaniu i opłaciło się, bo zgodziła się z nim spędzić czas podczas posiłku. A że dziewczyna zrobiła to dokładnie w ten sam zmanierowany sposób, jak kiedyś Laufey: „Ach, czemu żeś łotrze nie zaproponował mi śniadania bez swojego towarzystwa? Ale skoro nie ma innych opcji, to niestety jestem zmuszona się zgodzić.”, to stary wielorybnik był tym bardziej wniebowzięty, jakby swojego krasnoludzkiego boga złapał za pięty. Okazywanie swej radości wobec nieznajomych nie leżało w jego naturze, ale i tak uśmiechnął się, będąc jednakże całkowicie pewnym, że w gęstwinie sumiastych wąsisk ukryje się przed światem ten grymas zadowolenia.
        Wyciągnął przed siebie rękę, chcąc pomóc jej zeskoczyć z wysokiego krzesła, jednak utrzymał ją na takiej wysokości, żeby to sama dziewczyna mogła zdecydować, czy zechce by harpunnik ujął ją za dłoń, czy też postawi na niej stopę, by wykorzystać jako schodek. Wybrała pierwszą opcję. Oswald był bardzo staroświecki. Zbliżanie własnych ust do ciała kobiety należało według konserwatywnych norm zachowań do ścisłej sfery intymnej i nie wypadało się tego typu źle rozumianą „szarmanckością” wykazywać. Pokłonił się jednak i dotknął wierzchu zgrabnej rączki swoim czołem. W siedzibie swego rodu gest ten wykonywał tylko wobec królowej i oznaczał on bezwzględną poddańczość, tutaj jednak oprócz jego klanowych braci nikt nie znał krasnoludzkich zwyczajów. Mógł zatem zostać zrozumiany bardziej oględnie, jako okazanie, że zaszczytem dlań będzie towarzyszenie kobiecie. Taki efekt również mu odpowiadał.
        Pomógł jej usiąść odsuwając krzesło, po czym skinął na karczmarza.
- Gorącą herbatę i dwie porcje śniadania.
- Co konkretnie? – ośmielił się zapytać gospodarz. Preferencje swojego najznamienitszego gościa znał bardzo dobrze, nie był jednakże pewien czegóż zażyczy sobie w towarzystwie kapryśnej podfruwajki, która z kłopotliwego klienta urosła w jednej chwili na prawdziwą personę. I będzie nią przynajmniej dopóty, dopóki nadziany brodacz otacza ją taką atencją.
- To co zawsze. – odparł wielorybnik bez namysłu. - „Powitanie marynarza”.
- Się robi! – skwapliwie potaknął mężczyzna i zniknął na zapleczu.
        ”Powitanie marynarza”? Otóż w rzeczy samej. Czyżby zatem krasnal próbował ją po chamsku upić proponując alkohol od razu na śniadanie? Absolutnie nie! Bo wcale nie jest tak jak twierdzi znany bard, że „Port to jest poezja rumu i koniaku...”. O! Co to, to nie. Te specjały, jakkolwiek ekskluzywne, można ze sobą wziąć na morze, i nic strasznego się im nie stanie. Kolorowe alkohole zamknięte w szklanej butelce czy to w pierwszy, czy w ostatni dzień rejsu zachowują swe właściwości pobudzające i będą smakować dokładnie tak samo. Nie one są pysznością, nie one z niecierpliwością wyczekiwanymi przez matrosów wiktuałami. Nie po miesiącach racjonowanej diety, opartej głównie na słonych owocach morza i z rzadka tylko dopełnianej skwaśniałą śmietaną o konsystencji masła, zjełczałym masłem, które nadawać się mogło jedynie w charakterze uszczelniacza do pokładu, kawą smakującą jak garść sproszkowanych cegieł, kaszą obficie nadziewaną robakami, gnijącymi kartoflami dziurawymi od drążących je białych larw, które w całej pyrze mogły stanowić nawet połowę masy spożywanego posiłku, pleśniejącym od wilgoci końskim mięsem twardym jak zastygły gips, w którym mięsa tak naprawdę było może ćwierć objętości, a reszta to skóra, kości, bebechy oraz pełno jakichś jeszcze innych dopełniaczy niewiadomego pochodzenia, wreszcie stosowanymi zamiast pieczywa tradycyjnymi marynarskimi sucharami, które swym kształtem, kolorem, smakiem i twardością słusznie zasłużyły wśród morskiej braci na swoją gwarową nazwę „dachówek z Arturonu”. Biorąc to wszystko pod uwagę dla marynarzy port to nie jest żadna poezja. Jeśli już chcemy się na siłę trzymać porównań literackich, to należałoby raczej powiedzieć, że port to jest proza. Szara i nudna proza życia, na którą składa się pospolite, zeszłej nocy wypieczone pieczywo, grubo posmarowane smalcem ze skwarkami, zdrowe owoce bez pełzających lokatorów w środku, twardy, żółty ser bez pleśniowych nalotów, kiełbasa zwyczajna (a jakże!), nudne flaki z olejem, a do popicia świeża, czysta i bezzapachowa woda, która nie ma w sobie nic z zielonkawej zawiesiny serwowanej zazwyczaj na pokładzie. Tę tęsknotę za prostym, dobrym jedzeniem można śmiało i bez jakiejkolwiek przesady porównać wręcz z głodem narkotycznym.
        Niviandi miała wszakże prawo się zdziwić. Księżniczka (czy syrenia, czy ludzka) mogła oczywiście nie wiedzieć co jedzą na śniadanie prości, wracający z połowów marynarze. Jeśli jednak chciała zaprotestować i coś zmienić w złożonym zamówieniu to nie miała takiej okazji. Nagle bowiem akcja w tawernie gwałtownie nabrała tempa.

        - Gdzie ta szmata!? – wrzasnął wysoki drapichrust wpadłszy do wnętrza. Przekrwionym wzrokiem błądził po ponurych rezydentach podrzędnej portowej spelunki i szukał winowajczyni niedawnej zniewagi. Miał o sobie widocznie bardzo wysokie mniemanie, skoro olanie przez dziewczynę potraktował jako okropny afront i pozwolił sobie publicznie wpaść we wściekłość.
- Zabiję dziwkę! Rozpłatam! Wypatroszę jak makrelę! – miotał ohydne groźby i wyzwiska ciągle nie mogąc zlokalizować obiektu zemsty. Wreszcie jednak rzucił mu się w oczy charakterystyczny brudno-zielony płaszcz. Poza tym była to jedyna osoba w pomieszczeniu chowająca się pod kapturem.
- Uciekająca panna młoda kurna twoja mać! – wrzasnął, jakby jeszcze bardziej go to rozjuszyło i ruszył w jej kierunku. – Za brzydki jestem!? Dla takiej dziwki!? Zaraz cię nauczę szacunku dla klientów! Zaraz mnie posmakujesz! Wepchnę ci go w gardło po same cojones! I nie wyjmę póki nie przestaniesz oddychać! Chodź tu lachociągu! – wydarł mordę ostatni raz i szarpnięciem zerwał kaptur z głowy Niviandi. Nic więcej nie zdążył zrobić.

        Czekając na posiłek Oswald cały czas wpatrywał się w swoją rozmówczynię. Szukał jej wzroku, jej uśmiechu, jakichś charakterystycznych dla Laufey zachowań czy gestów, czegoś co całkiem rozwieje wątpliwości lub ostatecznie pogrzebie nadzieję. Podziwiał przy tym kobietę jak swoją, pomimo, że ciągle nie miał pewności co do jej tożsamości. Reszta świata w tym momencie nie istniała. Kątem oka niby zarejestrował wejście nowego gościa, jednak ten nie wyróżniał się zupełnie z karczemnej rutyny ani swoim strojem, ani zachowaniem, ani wygłaszanymi pogróżkami, więc krasnolud zupełnie się nim nie przejął. Zresztą nie musiał, nie przyszedł tu sam, miał od tego ludzi.

        Obserwował wchodzącego awanturnika, nie bardzo jednak bulwersując się jego kwiecistym słownictwem. Dopiero, gdy człowiek ów wyciągnął rękę w kierunku głowy tej przybłędy, z którą rozmawiał szyper, wtedy zareagował odruchowo. Przeszkadzanie królewskiemu synowi, czymkolwiek by się akurat nie zajmował, to był brak szacunku dla krasnoludów. Wrażliwemu na tym punkcie brodaczowi nie trzeba było nic więcej, by go sprowokować do agresji. Nic więc dziwnego, że krępy, rudy rybak przetoczył się wściekłą szarżą przez niedawno oczyszczony z umeblowania środek karczmy, z bara przywalił w napastnika i własną masą przygwoździł go do ściany. Srebrzysty półksiężyc klanowego topora zabłysnął nad głową wąsatego Serenaaiczyka.
- Zygfryd..! – kapitan powstrzymał ostatni ruch ostrza. Zawiesił na chwilę głos, cały czas wpatrując się w twarz Niviandi. Harpunnik dawno pogodził się z niesprawiedliwością świata. Przyjmował za oczywisty fakt, że jest w nim miejsce dla dobra i dla zła, dla piękna i dla brzydoty, dla wzniosłości i dla chamstwa. Nigdy nie miał zamiaru tego zmieniać czy naprawiać. Co prawda nienawidził korsarzy i piratów i zwalczał ich z całą bezwzględnością, ale głównie dlatego, że brzydził się występkiem, a brak solidarności pośród marynarskiej braci uważał za straszliwą zbrodnię. Widać zatem, że pilnował tylko własnego podwórka i tylko je urządzał po swojemu. Dbał o siebie, o swój okręt, o swój klan, o swoją rasę, wreszcie (o to chyba najbardziej, bo ślepo i bezrefleksyjnie) o szczęście tej, w której się zakochał i której ślubował. Dlatego właśnie odebrał bardzo osobiście wyzwiska, które jak się właśnie okazało kierowane były do dziewczyny, która chociażby tylko wyglądała jak Laufey. Był bardziej wyrozumiały niż jego załoganci i bezczelność pijaczka w stosunku do siebie mógłby w sumie podarować, ale ten typek tutaj targnął się na największą świętość Kandelasona i niechcący wyzwolił jego pierwotny gniew. I choć po starym wielorybniku zupełnie tego nie było widać, to w głębi duszy zapragnął, żeby nad tym prostakiem ktoś naprawdę się poznęcał.
- Melduję się! – Czarna jak smoła kawa zbożowa wypłynęła z nagle otwartych ust i poplamiła rdzawą brodę. Oficer jednak nie zwrócił na to uwagi. Zastygł posłusznie czekając na dalsze rozkazy, jednakże nie odpuszczając zupełnie napięcia mięśni i całą siłą wciąż wciskając zaskoczonego człowieka w tynk.
- Bez eskalacji. – powiedział spokojnie Oswald. Na to co tu się wydarzyło szybka śmierć przez dekapitację była zbyt lekką pokutą. Świętokradca ma cierpieć.
- T..to znaczy? – zająknął się nieco zdezorientowany marynarz, który nie bardzo rozumiał wyszukane słownictwo swojego przełożonego.
- Wystarczy akupunktura. – westchnął Słonobrody zażenowany tą troszkę irytującą niedomyślnością swojego zastępcy. To słowo jednak również okazało się zbyt trudne, dlatego dołożył kolejne wyjaśnienie. – Nasze słynne na cały świat usługi medyczne.
Chwilę trwało zanim zapadki odpowiednio poukładały się w rudej głowie, ale wreszcie się udało.
- Tak jest! – wrzasnął z entuzjazmem mężczyzna w rogatym hełmie i wyszczerzył się jeszcze bardziej. Wielki topór ponownie zadyndał u pasa. - Krasnoludzki masaż dziąseł dla pana.
Olgason coś jakby się ukłonił, a jego ręka na moment zniknęła za pazuchą, by po chwili wyłonić się obficie upierścieniona grubymi stalowymi obręczami. Tak jakby goła krasnoludzka pięść mogła wyrządzić za mało szkód ludzkiej twarzy. Łatwo się można było domyślić, że dodatkowo uzbrojona w potężny kastet wywoła efekt całowania się z rozpędu z kowadłem. Widok żelaznej sztaby na palcach oprawcy dawał bezczelnemu zamachowcowi jasno do zrozumienia, że za chwilę zrobi mu się w ustach znacznie więcej miejsca i już nigdy więcej w życiu nie będzie miał problemów z bolącymi zębami – z bardzo prostego powodu: coś czego nie ma już nie może boleć.
- Zygfryd.. - kolejny raz zainterweniował Oswald. - Usługi dentystyczne oczywiście na mój koszt. Ale pan zdaje się wspominał coś o dolegliwościach nieco poniżej pasa. - Rzucił do swojego zastępcy sugestię mającą wszelkie znamiona rozkazu. Wiedział dobrze, że lepszego wykonawcy tego typu zadań nie dało się znaleźć. – Nie pozwól, żeby pan odszedł niezadowolony, skoro już zwrócił się do nas o pomoc w tak wrażliwej sprawie.
- Tak jest! – rudzielec wrzasnął radośnie, bo wiedział co to oznacza: wszystkie chwyty dozwolone. Zamachnął się ramieniem grubym jak drzewce rei, ale nie zdążył wyprowadzić ciosu.
- Zygfryd.. – znów uprzedził rękoczyny Słonobrody - Nie tutaj. Zachlapiesz świeżo wyczyszczony pokład.
Czyżby faktycznie przejął się stanem parkietu w knajpie? A może była to tylko ironia, uszczypliwość wobec wcześniejszego, głupiego monologu o podłodze w wykonaniu blondyny? Zupełnie nieważne było co pomyśleli sobie ludzie obserwujący wielorybnika. Dla Oswalda w tym momencie liczyła się tylko ona. Po prostu chciał oddalić od kobiety batalistyczną scenę ciężkiego mordobicia. Nie dlatego, że widok krwi przerażał jego Laufey. Grzebiąc we wspomnieniach przypomniał sobie, że przecież w takich okolicznościach się poznali. Kiedyś sam zafundował jej takie brutalne igrzyska i to również pod samym nosem, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Wtedy, gdy wiedziony jej śpiewem trafił do jaskini gdzieś na alarańskiej Wyspie Syren, gdy samotnie porąbał na równą kosteczkę pół tuzina napastujących ją wstrętnych morskich elfów - na tyle precyzyjnie jednak, że ani jedna karmazynowa kropla plugawej elfiej krwi nie zhańbiła jej niewinności. Na moment pozwolił sobie wrócić do tamtych chwil, kiedy pokazem umiejętności bojowych rozpoczął cudowną (jak się później okazało) drogę wpierw starania się o jej uwagę, potem zabiegania o przychylność, a w rezultacie otwarcie dla siebie na oścież podwojów do jej serca. Nie mógł oprzeć się pokusie, by przywołać sobie z pamięci tamte obrazy.
- „Eh.. jak była wtedy piękna...” - Rozmarzył się, ale szybko powrócił do rzeczywistości. Nawet pomimo tej krótkiej nieobecności Kandelasona sytuacja w karczmie nie zmieniła się ani trochę, trzymana w bezruchu przez rozbudowaną muskulaturę Olgasona. Tamtą bitwę kapitan stoczył parę lat temu. Nie miał już tamtej wirtuozerii, raczej nie potrafiłby powtórzyć tamtego wyczynu, nie był też pewien, czy w ogóle jeszcze dałby radę aż sześciu uszakom naraz. Tu był tylko jeden przeciwnik, a zresztą tym razem to nie on osobiście miał się babrać we krwi. Znając Zygfryda nie mógł jednak za niego ręczyć, że zachowa higienę podczas pracy i również tym razem nic czerwonego nie ochlapie pięknych złotych loków syreny. Dlatego rozkazał mu opuścić lokal. Jednak wspomnienie dawnych czułostek sprawiło, że Oswald tym chętniej pozwolił, by teraz mroźny gniew pokierował nim do końca. Wiedział, że krasnoludzkie rękodzieło, które dotychczas zlecił Olgasonowi, oględnie mówiąc będzie bardzo przeszkadzać zuchwalcowi w normalnym odżywianiu się czy załatwianiu potrzeb fizjologicznych, ale to mu ciągle nie wystarczało. Nie za profanację, której kmiotek się dopuścił. Dodał zatem jeszcze jedno krótkie uzasadnienie:
- Poza tym nie chcemy zdradzać ludziom naszych tajnych kręgarskich metod na prostowanie kręgosłupa moralnego. – Niby wyjaśnił, że chodzi mu o system wartości, ale całkowicie zdał się na prostolinijność swego zastępcy, który na pewno „prostowanie kręgosłupa” zrozumie dosłownie, a potem rozkaz wykona co do joty. Tym samym zrealizuje to, na czym najbardziej dowódcy zależało: na resztę życia mocno utrudni lub wręcz zupełnie uniemożliwi gościowi wykonywanie wszelkich czynności, oprócz ewentualnie wzbudzania litości.
        Kandelason wszystkie swoje kwestie wypowiadał spokojnie i bez emocji, tak jakby podawał komendy do równej pracy wioseł w szalupie, a nie wydawał zalecenia i porady dotyczące brutalnego nadużycia (tak, to dobre słowo) przemocy. Schował wszakże to wszystko pod z pozoru niegroźnymi eufemizmami tak charakterystycznymi dla magnaterii, której typowym przedstawicielem wszakże był. Liczył, że i Niviandi okaże się osobą, za którą ją brał i pochodząc z wyższych sfer niż zgromadzone w tawernie towarzystwo w lot zrozumie te wszystkie subtelności. I nawet pomimo, że zupełnie nie znała drapieżnej natury Zygfryda, to z samych tylko słów Oswalda dobrze będzie wiedzieć na jakie potworności kapitan właśnie skazał człowieka, który śmiał uchybić jej godności.
        Gdy rudy wojownik wywlókł wreszcie natręta za drzwi gospody, dopiero wtedy harpunnik wrócił do przerwanej rozmowy:
- Oswald Kandelason z klanu Mroźnej Bryzy – przedstawił się. – I owszem, bywałem już wcześniej w tej ludzkiej osadzie. – potwierdził przypuszczenia dziewczyny. Nie nawiązał jednak do rzekomej dobrej znajomości z karczmarzem. Wolał póki co zachować dla siebie spostrzeżenie, że właściciel oberży tak jak wszyscy inni ludzie patrzył na brodatych nordów z bojaźnią i niejakim wstrętem, a tylko zwykła chciwość powodowała jego tyleż samo uprzejme, co żałosne i nachalne umizgi do krasnoludzkiej hojności.
Temat nazwiska jak i wyglądu kobiety powodował u niej zakłopotanie, więc póki co nie starał się go drążyć. Nie czuł się zresztą jeszcze wystarczająco pewnie, żeby spróbować zagrać w otwarte karty. Wybrał zatem okrężną drogę.
- A pani od dawna w tej okolicy? – zapytał, w swoim mniemaniu bezczelnie i w sposób niedopuszczalny na królewskim dworze jego matki. Ale byli w alarańskiej gospodzie, rodzinne fiordy były daleko, a w przeciwieństwie do bufoniastych krasnoludzic Laufey nigdy wcześniej nie miała uczulenia na męską mowę. Owszem, jak to królewna miała pełno innych kaprysów i roszczeń, nawet więcej wyniosłych i tym bardziej dziwnych i uciążliwych, ale to jedno akurat jej nie raziło. Ponadto doszedł do całkiem słusznego wniosku, że milcząc nie dowie się niczego. Wbrew zawstydzeniu trzeba więc próbować.
        Zanim zdążyła się odezwać, na stół zaczęło wjeżdżać jedzenie.

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 10 miesiące temu

        Usta Kandelasona ani razu nie zetknęły się z jedwabiście miękką skórą syrenki, która z przerażeniem spoglądała na pochylający się łeb krasnoluda. Była blisko by głośno odetchnąć z ulgą, gdy tylko zbliżył do niej swoje czoło, ale tak nie wypadało. Stąd też naturianka na moment przymknęła oczy, w duchu dziękowała za to Prasmokowi, lecz z innej perspektywy mogło się wydawać, że dziewczyna jest mocno zestresowana i oniemiała sytuacją. Pierwsze skojarzenie było jak najbardziej trafne. Jej dłoń nieruchomo, a jednak lekko spoczywała w objęciu wielkiego łapska - tylko że przez jej gardło przetoczyła się ślina. Ten moment ostatecznie samoistnie rozproszył się w przestrzeni i Niviandi chciała o tym szybko zapomnieć.
        Zaskoczył ją, gdy odsunął dla niej krzesło. Usiadła na nim, choć wciąż wydawała się bojaźliwa i badawczo spoglądała na każdy ruch ręki swego rozmówcy siadającego naprzeciw niej. O posiłek nie pytała. Sam fakt otrzymania herbaty już jej wystarczył, a reszta... Oczywiście, że miała znaczenie! Ale gdybyście widzieli na własne oczy te fałdy zmarszczek na twarzy i lśniące w słońcu topory to nie mielibyście odwagi się sprzeciwić! Przynajmniej Niviandi jeszcze nie teraz.
        Uśmiechnęła się zdawkowo do karczmarza w niemym podziękowaniu skinając, po czym jej błękitne oczy powróciły do norda.
Płynące z jej ust słowa nie namaściło żadne drganie. Wydawało się, że dziewczyna odnalazła miejsce w przypadkowej sytuacji i powoli oraz wygodnie gościła swój charakterek między odpowiedziami, ale cały ten wizerunek zepsuł wpadający do karczmy jegomość. Niviandi zesztywniała jak wbita w piasek kłoda. Dziewczęce usta lekko rozchyliły się, a dolna warga zadrżała. Starała się utrzymać swoje spojrzenie na rozmówcy, ale rzucane przez zboczeńca słowa ją paraliżowały. Syrenka skuliła się kryjąc twarz pod kapturem i starając się szybko obmyślić jakiś plan. Jej policzki i nos zalał niebywale czerwonym rumieniec. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie słyszała takich obelg! A co gorsze, kierowane były wprost do niej, o czym doskonale wiedziała. Tylko ona i on, ale i tak nie potrafiła ukryć swojego zażenowania i wstydu, choć najlepszym rozwiązaniem byłoby to po prostu zignorować, a potem udawać, że przecież to jej nie dotyczy.
Nagle po sali rozbrzmiały kroki. Drastycznie okrutne dla jej uszu. Dziewczyna jęknęła dostrzegając zarys znajomych spodni, a potem to nagłe szarpnięcie kaptura, który zdradził krótkie i złote loki. Księżniczka zapiszczała odpychając gościa rękoma, choć z pewnością więcej udziału w oddaleniu mężczyzny brali sami krasnoludzi.
        Miała ochotę zapaść się pod ziemię. W jej oczach utknęły łzy. Długo walczyła nim opuściła ręce. Jedynie zerkała między przedramionami czy aby znów nie jest blisko niej. Pachniał intensywnie wodą kolońską, co bardzo ją drażniło, ale to było nic przy tym jak ją nawyzywał!
        Niviandi zacisnęła piąstki na płaszczu, w którym niemalże tonęła. Bardzo nie chciała by ktokolwiek w obecnej chwili na nią patrzył, ale oczy ciekawskich były zbyt zaintrygowane tą sytuacją. Dziwką w karczmie!
        Było jej coraz gorzej. Z początku równie sromotnie rozumiała słowa Kandelasona, ale nawet nie starała się ich pojąć. Wszyscy tak na nią patrzą, paskudnie, jak...jak... jak nie na księżniczkę!
        Gdy jednak sens wypowiedzianych słów zaczął do niej docierać – przeraziła się jeszcze bardziej. Teraz to już naprawdę marzyła o kilkugodzinnej kąpieli w płatkach róż. Już omijając fakt, że była brudna fizycznie, to teraz jeszcze moralnie. Wyzwana od dziwek obecnie podlegała na łasce grubych gości bez skrupułów. Wystarczyło jedno słowo tego gościa przed nią, a zostanie stracona. Tak po prostu. Naprawią jej kręgosłup moralny.
        Za jakie grzechy, Prasmoku, zesłał żeś na nią taki los?
        Gorszy z każdą chwilą. Niviandi zaczęła dotykać się po twarzy, jakby chciała pożegnać się z własnym pięknem, a potem jej ogromne i błękitne oczka, niczym ślepia łani, podążały za rudzielcem oraz targanym przez niego zboczeńcem. Nie mogła oderwać wzroku od drzwi. To jest jakieś szaleństwo!
        Dziewczyna drgnęła słysząc głos krasnoluda. I jemu ponownie chwilę się przypatrywała, w pełnym milczeniu i wspierając ramię na krześle, jakby z utęsknieniem na kogoś czekała.
        - Oswald... - powtórzyła cichuteńko a na jej twarzy wymalowało się zastanowienie. Nie było to jednak spowodowane jakąkolwiek myślą nawiązującą do jej poprzedniego życia. Nie mogła się nadziwić z jaką łatwością podjął decyzję o losie tego zboczeńca, mimo tak bulwersujących słów, które przecież zawsze mogły być prawdą. A on patrzył na nią i wrócił do rozmowy, jakby tylko miauczący kot przerwał przyjemną, popołudniową kawkę.
        - Ja... - zająknęła się obracając ku Oswaldowi sylwetkę, po czym zmalała w jego oczach momentalnie, gdy ponownie skuliła się na krześle. Płaszcz to było jedyne co ją chroniło. Wciąż utrzymywał się na nim zapach poprzedniego właściciela, łajdaka, ale przystojnego łajdaka, który...
        Nie, nie! Niv potrząsnęła nieznacznie głową. Nie będzie do niego wracać!
        - Od niedawna – odpowiedziała. - Nigdy wcześniej tu nie byłam...
        Syrenka jeszcze raz zerknęła w stronę drzwi. Usłyszała jęk ranionego mężczyzny. Przełknęła ślinę po raz kolejny.
        - Panie Kandelason... Dlaczego pan to zrobił? - spytała wracając do niego wzrokiem pełnym niezrozumienia. Klienci powrócili do swoich własnych obowiązków dnia codziennego, choć pewnie wciąż się zastanawiali nad tą dziwką, z którą siedzi, a jednak jej bronił!
I całą romantyczną atmosferę szlag trafił, gdy na stole zaczęły pojawiać się dania. Syrenka z dewastacją spoglądała jak po krągłych i lśniących owocach na stół wstępuje pajda chleba i smalec. Z wielkimi oczami spoglądała na wystające skwarki w słoninie, bardziej kojarzącymi się z nóżkami gąsienicy niż ze zdrowym posiłkiem, ale to nie było najgorsze. Gdy flaki zakołysały się w wielkiej misce dziewczynie aż zakręciło się w głowie. Przechyliła się do tyłu, po czym jeszcze raz zerknęła na danie, jakby miała nadzieje na to, że w przeciągu kilku sekund coś się zmieni.
        - Przepraszam... - zaczepiła gospodarza swoim melodyjnym głosem.
        - W czym mogę pomóc, pani?
        - Co to jest? - spytała łamiąc wszelkie procedury etykiety i wskazując cienkim paluszkiem na michę.
        - To, droga pani, są flaki. Na bazie przedżołądków wołowych.
        - Słucham?! - pisnęła syrenka odsuwając się od stołu.
        Karczmarz momentalnie zlał się potem i niemalże sam zerwał do biegu widząc reakcję złotowłosej. Wstrzymał się jednak, przetarł dyskretnie białą chusteczką czoło i z chrząknięciem kontynuował:
        - Wybaczcie proszę, jeżeli wolicie z żołądków wieprzowych to oczywiście zaraz to naprawimy...
        - Czy to nadal żyje?! - drążyła z oburzeniem syrenka spoglądając pretensjonalnie na gospodarza, który zamilkł tonąc w rozpaczy swej kiepskiej sytuacji.
        - To „Powitanie marynarza”... - próbował się bronić, choć tylko się pogrążał.
        - Nie powiedział mi pan, że w tym śniadaniu pływa żołądek krowy! Co za bluźnierstwo! - skwitowała Niviandi krzyżując ręce na klatce piersiowej i wprowadzając na sale milczenie.
        Świetnie. Raz, że dziwka to teraz jeszcze rozkapryszona dziwka.
        - Możemy podać co innego... - wydusił z siebie karczmarz.
        - Jeżeli kroicie tym samym nożem sałatę co wnętrzności krowy to sobie wypraszam.
        - Dla pani możemy i nowymi nożami wszystko przygotować – wybronił się karczmarz.
        - Nawet ta podsmażana kiełbasa tonie w oleju! - skrytykowała oburzona dziewczyna. - Wyobraża sobie pan, żebym jadła coś tak tłustego? Sądzi pan, że ta zgrabna figura bierze się z takiej kiełbasy?! Proszę uraczyć mnie czymś smakowitym, nietłustym i sycącym! - Zażądała. - Proszę tak na mnie nie patrzeć. Nie przedstawił pan menu, a poza tym chyba chce pan zadowolić gości. A przede wszystkim gości pana Kandelasona – zasugerowała księżniczka.

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 9 miesiące temu

        - Panie Kandelason... Dlaczego pan to zrobił? – zapytała, gdy Oswald zaczynał już wątpić, że kobieta nawiąże jakoś do zaistniałej przed chwilą sytuacji i roli jaką w niej postanowił odegrać krasnolud.
- „Czyżby zrozumiała?” – zastanowił się nadal nieco niepewny, ale i tak nadzieja rozsadzała go od środka. Widać było, że targają nią emocje, więc poszedł za ciosem.
- Byłem kiedyś prawdziwie zakochany. – odpowiedział pewnie i zaskakująco szczerze, choć pozornie nie na temat. Postawił wszystko na jedną kartę. Nie obawiał się jednak jej reakcji, bardziej tego co mu odpowie. Bo po latach poszukiwań kolejny zawód byłby chyba gorszy od zrugania za wtrącanie się w nie swoje sprawy. To prawda, mężczyzna peszył się w towarzystwie kobiet. Owszem, miał też niejakie problemy z wyrażaniem przy białogłowach własnych myśli. Ale z ich określaniem radził sobie zawsze świetnie. Zresztą, nie po to pytał, żeby teraz udawać, że nie rozumie odpowiedzi. W jego prostym świecie zbieranie informacji niewiele różniło się od łowienia ryb, a na taktyce połowów stary wielorybnik znał się jak mało kto. Zarzucał kolejne sieci i wyczekiwał kiedy w głębinach rozpocznie się jakiś niepokój. Dlatego, gdy tylko spławik zaczął drgać, jak przystało na wytrawnego wędkarza natychmiast szarpnął i zaciągnął, żeby spróbować wbić haczyk głębiej:
- A pani? – zagadnął patrząc na nią wyczekująco. Nie spodziewał się, że tym zagraniem od razu osiągnie sukces i rozwieje wszelkie swoje wątpliwości, ale liczył, że uda mu się wyciągnąć na powierzchnię przynajmniej część prawdy o przeszłości pięknej pani.
Lecz ona ewidentnie nie czuła się bezpiecznie w takich sprawach, gdyż momentalnie zmieniła temat. Nagle bowiem najważniejszą sprawą stało się to, co też właściciel lokalu zaserwował na stół. Nie było to przyjemne, kiedy kolejny raz zerwała kontakt wzrokowy i wyszukała sobie co bardziej bzdurny powód, żeby nie odpowiedzieć. Spuścił wzrok kiedy zaczęła wrzeszczeć na oberżystę.
        Kiedyś, dawno temu Oswald zakochał się w dłoniach swej przyszłej narzeczonej. Jeszcze nawet zanim tak naprawdę pokochał ją samą. A teraz znów miał okazję je podziwiać. Zawsze miała piękne dłonie. Delikatne i białe, z długimi palcami, smukłe i powabne. Uwielbiał na nie patrzeć, a zwłaszcza lubił studiować odcień jej paznokci. Oczywiście, robił tak do momentu, w którym nie zbeształa go, że nie patrzy się jej w oczy. Bo początkowo zgodnie ze swoim wychowaniem nie pozwalał sobie na spojrzenia bezpośrednio na twarz panny Göran. Zmienił jednak swe zwyczaje, gdy naturianka szybko (i piskliwie) wyjaśniła mu, że krasnoludzkie konwenanse ma w nosie i ani trochę nie interesuje ją co dyktuje savoir-vivre rodem z dworu królewskiego ukrytego przed wielkim światem gdzieś w ciasnych fiordach klanu Mroźnej Bryzy. Przy niej należy zachowywać się tak, jak ona chce. Nie przyznał się do tego, ale był zachwycony tym poleceniem. Oczy Laufey mieniły się jeszcze bardziej czarująco niż jej paznokcie.
        Teraz milczał. Wysłuchał całej tyrady odnośnie przesycenia jedzenia tłuszczem, konieczności używania kilku różnych noży i spożywania krowich flaków. Nie próbował jej przerywać, a już tym bardziej nie zamierzał przychodzić z pomocą karczmarzowi. Dopiero kiedy skończyła wylewać swoje pretensje podniósł wzrok. Obruszona nie popatrzyła jednak na żeglarza, ale z jakąś bardzo wnikliwą uwagą obserwowała cytrynę unoszącą się w jej kubku z herbatą.
„Czyżby się zawstydziła swoją butą i aroganckim zachowaniem?” – przez chwilę zastanawiał się mężczyzna, szybko jednak sam rozwiał swoje własne wątpliwości. – „Jeśli to jest naprawdę Laufey to na pewno nie. Po prostu ta cytryna jest bardzo ciekawa i tyle.”
        Oderwał się więc na chwilę od dziewczyny i spojrzał na łysego gospodarza. W oczach krasnoluda nie było ani przeprosin, ani współczucia. Nie miał zamiaru również nic tłumaczyć osobie z gminu - nie byli na równym poziomie. Nikt chyba w knajpie nie miał wątpliwości, że to właśnie Słonobrody jest tu tym, który ma wszelkie prawo ustalać co komu wypada, a co nie. I wbrew pozorom to wcale nie mocarna postura i stalowe mięśnie, groźny topór i połyskujące srebrem harpuny, sakwy pełne złota, nawet nie agresywna, uzbrojona po zęby załoga jego łodzi gotowa iść w bój na każde skinienie dowódcy dawały Kandelasonowi to prawo - jakkolwiek pustym frazesem mogłoby się to stwierdzenie wydawać na początku. Jednak stojąc twarzą w twarz z sędziwym kapitanem dopiero wtedy nabierało się absolutnego przeświadczenia, że pozwala mu na to przede wszystkim królewska godność, z którą trzeba się urodzić, bo ani jej nigdzie zdobyć, ani dostać nie sposób. Wszystkie pozostałe drobnostki natychmiast przestawały mieć znaczenie w zderzeniu z majestatem Oswalda, który był dlań tak naturalny jak bujna broda dla każdego krasnoluda.
        - Łosoś – parsknął tylko wielorybnik przez masywny zarost. - Ostrygi. – powiedział jeszcze, bo to podobno afrodyzjak. Żadnych krewetek, ośmiorniczek, mątw, homarów czy mięsa rekina. Byłyby wyśmienite na taką okazję jak spotkanie po latach, ale parzygnat z „Klucza do kilwatera” na pewno nigdy nie pracował z tak drogimi produktami, a nawet jeśli, to widocznie nie umiał sobie z nimi za dobrze radzić, skoro swoją gastronomiczną karierę realizował w podrzędnej portowej mordowni. Dlatego dowódca „Myrmidona” zamówił tylko te owoce morza, które żre się na surowo i nawet niewprawny kucharz nie da rady tego zepsuć.
- Biały kawior z cesarskiej bieługi. – na koniec bez zbędnych ceregieli dowalił jeszcze z najcięższego możliwego kalibru. Trochę mogło się to wydawać kiczowate i tandetne tak bezceremonialnie stosować plebejski podryw na gruby portfel. Były jednak co najmniej trzy powody, dla których Słonobrody zdecydował się na takie niewyszukane, niemal jarmarczne chwyty.
        Po pierwsze, bo zupełnie wątpił, że ktoś w karczmie miał z przetworami tej wartości kiedykolwiek do czynienia. Nawet w rybackiej przystani raczej mało kto rzeczywiście zrozumiał jaką bajońską sumę krasnolud właśnie zalicytował starając się o względy kapryśnej i niedomytej męczypały. Liczył jednak, że przynajmniej jedna blondyna potrafi zrozumieć i docenić szerokość kapitańskiego gestu.
        Po drugie: odezwał się w nim troskliwy obrońca i opiekun. Nie znał Niviandi, ale znał Laufey. Wiedział doskonale, że kręcenie nosem traktowała w kategoriach sportu i osiągnęła niekwestionowane mistrzostwo w doprowadzaniu do granic absurdu tej swojej najulubieńszej rozrywki. Mogłyby zatem jeszcze długie godziny upłynąć, zanim jego ukochana maruda znalazłaby sobie coś wystarczająco mało obrzydliwego pośród prostego jadła serwowanego w menu portowej tawerny. A jeśli to faktycznie była jego narzeczona, to przede wszystkim krasnolud chciał, żeby zjadła coś porządnego już teraz, a nie po tygodniu grymaszenia i utyskiwań na beznadziejność obsługi. Obiektywnie patrząc z jej zdrowiem nie było jakoś naprawdę tragicznie, ale jednak Oswald porównywał ją do obrazu zapamiętanego przed paru laty. Słowem: porównywał do ideału. W jego oczach dziewczyna wyglądała na wymizerowaną, źle odżywioną, niemal bliską śmierci głodowej. Choć teraz zrzędziła na wstrętność świńskiego mięsa i wołowych podrobów, to jednak znać było po twarzy i figurze, że ostatnimi czasy jej jadłospis opierał się głównie na daniach lądowych, i to takich ewidentnie podrzędnej jakości: kiełbasach z ogniska, tłustej mielonej małpinie, chlebie i kartoflach, zagryzanych niejadalną kontynentalną zieleniną i ewentualnie wszelkim innym plonami ziemi zbieranymi pośród lasów, sadów, pól i łąk. A chyba nawet największy ignorant wpadłby na to, że dieta syrenki musi zawierać owoce morza.
        W końcu po trzecie: jej reakcja na tego typu posiłek ostatecznie da Kandelasonowi pewność, że nie ma tu do czynienia z żadną przypadkową osobą. Rybia ikra prezentuje się nie mniej oślizgle niż flaki w oleju, pachnie również niezwykle osobliwie, a i jej smak dla niewyrobionego podniebienia raczej nie będzie niczym przyjemnym. Tu już nie da się wiarygodnie udawać. Jak niewiasta zacznie zaraz narzekać na wygląd lub zapach najdroższego na świecie kawioru albo pluć nim z obrzydzenia, bo: „jest za słony!”, to dla Oswalda stanie się jasne, że Niviandi to może jest jakaś i nawet arystokratka, ale ludzka, lądowa, pospolita i zupełnie niegodna jego uwagi, a nie jego narzeczona: Laufey Göran, córka władcy podmorskiego królestwa, która od dzieciństwa niewątpliwie zajadała się tego typu cymesami.
- Ale.. skąd ja to.. – zająknął się właściciel lokalu, jednak wielorybnik natychmiast mu przerwał.
- „Myrmidon” – rzucił nazwą swojego okrętu, jakby to było jakieś zaklęcie. Nic więcej nie wyjaśniał. Nazwa ta była powszechnie znana, a sam drakkar budził powszechny zachwyt gdziekolwiek by się nie pojawił. Harpunnik wiedział bardzo dobrze, że każdy w porcie wskaże karczmarzowi miejsce zacumowania krasnoludzkiego trawlera, którego ładownie wypełnione były bogactwami zebranymi podczas ostatniego rejsu. Słonobrody jednak świadom był, że jego marynarze są kuci na cztery nogi i raczej nie uwierzą na słowo jakiemuś pierwszemu lepszemu szubrawcy, który zgłosi się do nich i zażąda wydania czegokolwiek, a już na pewno, jak poprosi o specjały najwyższej wartości. Dlatego wyszarpnął zza pasa zdobne kościane ostrze z kła morsa arktycznego i położył je na brzegu stołu przed samym gospodarzem. Bardzo charakterystyczny przedmiot, załoga rozpozna go na pewno.
- Pokażesz im to. – Pomarszczony kapitan nie powiedział nic więcej. Na powrót przeniósł wzrok na swoją rozmówczynię. Nie narzucał się jej, znał swoje miejsce. Cierpliwie czekał, aż jego osoba znowu okaże się dla niewiasty choć trochę bardziej ciekawa niż plasterek cytryny. Łysy oberżysta zaś skłonił się nisko, nabożnie podniósł artefakt i wybiegł z knajpy z chyżością, o którą nikt by nawet nie podejrzewał jego starego tyłka.

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 8 miesiące temu

        Odpowiedź krasnoluda dziwiła syrenkę, która przez dłuższy czas nie mogła oderwać od niego spojrzenia. Zakochany. On zakochany. Wyciągnięty za fraki zboczeniec pewnie jeszcze nie doszedł choćby do połowy zesłanych na niego tortur. Jeżeli straci tylko kilka zębów, uszy albo oko to i tak wydawało się, że ma ogromnie dużo szczęścia. Nie kleiło to się ani trochę z miłością czy czułością. Nie, gdy z taką dziecinną łatwością urywasz komuś rękę! Jeżeli kiedykolwiek jakaś panna zadawała się z tym żeglarzem to strach było z nim zerwać! Ewentualnie musiała być równie brzydka, co on. Taka ładna twarzyczka, jak Niv, przecież nigdy by się z takim typem nie umówiła.
        Z całego zastanowienia wyrwało ją to paskudne, co morda rozmówcy, jedzenie. Przeszywały ją dreszcze na myśl o tym pływającym flaku krowy w misce. Nie miała również zamiaru więcej dyskutować z gospodarzem knajpy. Powiedziała jasno i wyraźnie czego oczekuje więc logicznym było te wymagania spełnić. Ten jednak nadal miotał się w swoich myślach nie mogąc dojść do żadnych wniosków, ponieważ na zapleczu swojej kuchni nie trzymał wykwintnych dań. Żadnego kraba ani tym bardziej kawioru. Goście tego baru powinni cieszyć się, że można tu zjeśc jakikolwiek owoc!
        Do podjęcia decyzji zainspirował... a raczej przymusił go sam kapitan łajby „Myrmidonu”. Czy więc też chciał czy nie, i czy też miał czy nie, na stole miały pojawić się konkretne posiłki.
        Łosoś. Niviandi od bardzo dawna nie raczyła się tą bogatą w minerały rybą. Zawsze pięknie prezentował się na białym talerzu. W obecności zielonych listków bazylii jego delikatny kolor nabierał jeszcze większych rumieńców. Poza tym dziewczęta mawiały, że przedłuża on młodość i upiększa skórę.
        Ostrygi. One były już bardziej kłopotliwe. Księżniczka nie pamiętała aby kiedykolwiek się nimi delektowała. Wiedziała jednak, że należy je otworzyć samemu specjalnym nożykiem. Obecnie potrzebowała czegokolwiek do jedzenia, bo z pewnością wyglądała marnie więc i niech będą nawet te ostrygi. Oby sobie z nimi tylko poradziła...
        Oraz kawior! Nieważne jakby był słony czy niedobry, jedząc kawior należało zawsze zachwycić się jego smakiem a to tylko dlatego, że wszyscy arystokraci tak robią. Na te drobną przekąskę nie było stać jakiegoś tam chłopa czy mieszczanina! Konsumują go tylko bogaci ludzie. Bogaci ludzie, którzy daleko mają do morza i tego typu przekąski robią furorę na balach.
        Trzy wymienione dania uświadomiły Niviandi, że najwidoczniej muszą znajdować się w morskim mieście bądź królestwie. Nadal bowiem nie wiedziała gdzie jest ani za bardzo jak się tu dostała... Skrzek mewy skrupulatnie poprowadził jej spojrzenie za okno. Ptak wylądował na brukowanym chodniku i kilka razy podskoczył przemieszczając się po uliczce. W głowie syrenki rozbrzmiała znajoma melodia morskich fal, wody uderzającej o piasek oraz dotarł zapach bogatego w morską bryzę powietrza. Przełknęła ślinę czując jak sucho ma gardle. Mewa zaskrzeczała ponownie, po czym wbiła dziób w pobliskiego, zdechłego ptaka.
        Na twarzy złotowłosej wymalowało się obrzydzenie i konsternacja. Wróciła wzrokiem do cytryny i sięgnęła filiżanki by zwilżyć podniebienie herbatą. Z obrzydzeniem odsunęła talerz z zupą cmokając z niezadowoleniem. Zanim gospodarz pogonił za kawiorem mógł chociaż zebrać te obrzydlistwa.
        Przy stole zagościło milczenie. Syrence trudno było wrócić do tematu. Nie za bardzo wiedziała co jego zakochanie miało do tego, że jakiś typ wyzwał ją od dziwek, ale gdyby nie te flaki to pewnie odpowiedziałaby zupełnie inaczej niż teraz. Przez chwilę między dwojgiem panowała jakaś dziwna i wzniosła chwila, teraz złotowłosa wróciła do stanu ostrożnego odpowiadania bojąc się o własną, śliczną główkę.
        - Zna się pan lepiej na kuchni niż sam gospodarz – stwierdziła przerywając milczenie i zadzierając ponownie brodę.
Jej wątła dłoń sięgnęła podbródka. Delikatnie podparła się na jednym z palców obejmując się troskliwie drugą ręką.
        - Być może byłam... - wyznała dziwnie odważnie. - Lecz tego nie pamiętam. Jak przez mgłę kojarzę, że ocknęłam się na plaży. Tak mi się wydawało i sadziłabym, że był to tylko sen, gdyby nie osoby z dworu, w którym się obudziłam. Szczęście, że z tej plaży zabrali mnie bogaci ludzie a nie jakieś oprychy! - wzburzyła się nagle mieszając, jakby w złości, łyżeczką herbatę.
        - Powiedzieli, że znaleźli mnie na plaży. Pytali z jakiego rodu pochodzę, bo miałam na sobie drogą biżuterię. Poza tym... Tacy ludzie rodzą się z pewną dostojnością. Godnością oraz wyglądem. Nic nie wskazywało na to bym była jakimś mieszczuchem – dodała z kpiną ponownie spoglądając za okno. Nie mogła się skoncentrować, jakby cały czas jej coś przeszkadzało. Może to to inne powietrze?
        - Nie umiem do teraz odpowiedzieć na to pytanie – Niviandi starała się zachować spokój, ale jej głos miękko zadrżał w obliczu wielkiej niewiadomej, która tak mąci jej życie.
        - Potem, niestety, nastąpił nieprzyjemny zwrot akcji, którym nie powinno się chwalić – powiedziała z niesmakiem. - Jednak z tego powodu zostałam zmuszona do porwania sukienki i założenia tego płaszcza. N-nie ma o czym opowiadać – ucięła, odruchowo zaciskając palce na ubrudzonym materiale.
        Ponownie zapadła cisza. Skrzeczące za oknem mewy ją irytowały. Chyba bała się reakcji swego rozmówcy na to co powiedziała. Ostatnim, co teraz chciała doznać to wyśmianie przez jakiegoś brodatego grubasa!
        - Niech moje słowa nie będą powodem kpin, bo wówczas ani łosoś, ani tym bardziej kawior nie zatrzymają mnie przy tym stole – rzuciła ostrzegawczo grożąc mu przy tym łyżeczką, jak najgroźniejszą na świecie bronią. Wszak utrata takiego towarzystwa to ból większy niż strzała wbita w nogę.

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 6 miesiące temu

        Krasnolud nie nawiązał do swojej rzekomej znajomości sztuki przygotowywania potraw. Była tu i teraz zupełnie nieistotna, więc nie poświęcił jej nawet sekundy. Skupił się wyłącznie na dalszej części opowieści panienki.
- „Nie wie. Nie pamięta. Znaleziona na plaży.” – wszystko co mówiła dawało staremu wilkowi morskiemu jasny obraz nieszczęścia jakie spotkało dziewczynę. Amnezja. Zapewne spowodowana wstrząśnieniem mózgu, o które na morzu nie trudno. Lądowi poeci i pisarze od zawsze przedstawiali ocean jako groźny i niespokojny. Ale tylko doświadczony marynarz wiedział jaką siłą wielki, mokry bóg Aegir faktycznie dysponował. Ile nieszczęść i zniszczeń może przysporzyć któraś z jego zagniewanych córek pod postacią olbrzymiej, sztormowej fali. Widział na własne oczy efekty ich wściekłości. Nie sposób zliczyć iluż to z jego klanowych braci sztorm wyrzucał na plażę w takim stanie, że ci dorośli przecież faceci musieli się od nowa uczyć chodzić czy mówić. Ba! Musieli od nowa uczyć się sztuki machania toporem! Coś niebywałego. Zapominali nawet swoich wrodzonych umiejętności. Nic więc dziwnego, że wątła kobieta, jeśli faktycznie znalazła się w centrum gniewu Morskiego Władcy, to po silniejszym uderzeniu mogła przestać pamiętać kim jest i skąd pochodzi. Cud, że w ogóle przeżyła.
        Gdy jednak zagroziła mu opuszczeniem stolika harpunnik nieco się wystraszył, choć w sumie po sytuacji z agresywnym szubrawcą i po jej wtedy spanikowanym spojrzeniu wnioskował, że niewiasta poza tym co Słonobrody jej zaoferował nie ma nic innego i i tak nie będzie miała dokąd pójść. Nie miał zresztą wcale zamiaru z niej kpić czy ją wyśmiewać. Był zbyt wiekowy by nie wiedzieć, że wszyscy ludzie i nieludzie mają najprzeróżniejsze zboczenia, fobie i dziwnie rozumianą dumę, żeby jeszcze się temu dziwić lub w jakiś sposób wyrażać dezaprobatę. Zamilknął jednak, bo choć łyżeczka do herbaty stanowiła chyba najśmieszniejszy w świecie oręż do popierania nią jakichkolwiek gróźb, to jednak ściągnięta w niezadowoleniu buzia pięknej pani napawała go smutkiem i jakby odbierała siły i chęć do działania.
        Pomoc w rozwiązaniu niezręcznej sytuacji przyszła z zupełnie nieoczekiwanej strony. Od załogi „Myrmidona” raczej trudno byłoby spodziewać się śmiałości w stosunku do kobiet, ale jedyna samica na pokładzie nie miała tego problemu co zwykle nieustraszeni, ale w tej jednej kwestii bardzo zahukani brodacze. Dumnie i majestatycznie, z szeroką piersią wypiętą jakby w gotowości do odznaczenia jakimiś orderami, kłapiąc błoniastymi nogami o parkiet wielka mewa siodłata przedefilowała od loży zajmowanej przez krasnoludzkich marynarzy do stolika, przy którym siedziały dwie znajome jej postacie. Jedna: stary pomarszczony wielorybnik, który jednak serce miał złote, gest hojny, znajomość morza i morskich istot ponadprzeciętną, a poczucie humoru tak rubaszne, że z sympatii pozwoliła mu się oswoić. Druga natomiast osoba: dziewczyna - była znajoma, ale ptak nie widział jej już od wielu lat. Mewa podeszła więc do nich odważnie, raz ze swojej ciekawskiej natury, a dwa, z zupełnego braku strachu przed znajomymi postaciami, wynikającego po równo z oswojenia się z ich obecnością, oraz z indolencji jej jednak typowego ptasiego móżdżku. A gdy stanęła u stóp Oswalda nie omieszkała również głośno zakrakać w nie tyle prośbie, co wręcz żądaniu podzielenia się z nią posiłkiem.
        Była brzydka, gruba, a płaszcz jej przetłuszczonych piór wyświechtany był niemożebnie podmuchami północnych wichur. W tej swojej wysłużonej kreacji była podobna do samego Słonobrodego. Podobna zresztą do każdego, kto na całe życie związał się z morzem i od lat wystawiał się na jego kaprysy i jego wściekłe zabiegi dewastujące wygląd i zdrowie skóry, twarzy i włosów. Kandelason nie spojrzał na zwierzę. Jej zjawienie się jednak dało staremu kapitanowi do myślenia. Przypomniał sobie skąd ptaszysko się w ogóle przy nim wzięło. Przecież to właśnie ona przyniosła ostatni list od Laufey. Może dlatego, że była taka tłusta i dlatego leciała najwolniej. Zresztą nieważne. Ważne, że wykonała polecone jej zadanie. Przed nią przybyło jeszcze kilka innych mew, każda przynosząc wiadomość, ale tylko ta jedna została przy adresacie. Ciche westchnięcie wydobyło się spomiędzy potężnych wąsów harpunnika, gdy wspomniał na tęskną korespondencję przysyłaną mu morskim ptactwem przez piękną narzeczoną - syrenę Laufey, w czasie gdy on sam, przymuszony obowiązkiem względem klanu musiał swym okrętem i ostrzem topora dawać odpór najazdowi elfickich ciot i papudraków na rodzime fiordy. Do teraz nosił je przy sercu. Długie listy. Listy z poezją. Pięknie spisane kałamarnicowym atramentem. Nie wiedział czy te rymowanki były dobre. Nie znał się na sztuce, nie potrafił więc tego trafnie ocenić. Z drugiej strony nie próbował nawet dociekać czy i ile było w tym zwykłej chałtury, ile grafomaństwa, albo czy może faktycznie ich treść w pełni uzasadniała ich przynależność do nurtu literatury pięknej. Bo nie to było najważniejsze. Nikomu ich zresztą nie pokazywał. Czytał je samotnie i w skupieniu. Spędzał długie polarne dnie próbując zrozumieć cokolwiek więcej niż niosła sama treść słów użytych w wierszu, w większości jednak przez swoją prostoduszność nie mogąc nijak dobrać się do zawartego tam pewnie drugiego dna, i zwyczajnie marnując czas na wpatrywanie się na zapisaną kartkę. Ale robił to i tak po kilka razy dziennie, bo Ona pisała je dla niego. Listy z wierszami postawały namacalnym dowodem intymnej relacji, która między nimi się zawiązała i rozkwitła, oraz tego, że nie była ona ani platoniczna, ani jednostronna.
        Nie odpisywał. Nie dlatego, że pisać nie umiał. Raczej dlatego, że jego ojczysty język, w którym niezmiennie od dziecka formował swoje myśli zupełnie nie nadawał się ani do wierszoklectwa, ani tym bardziej do wyrażania miłości. Nic dziwnego zresztą, skoro w pozbawionej zbędnych elementów krasnoludzkiej, robotniczo-wojskowej mowie, za najbardziej subtelne i czułe słowa należałoby uznać chyba któreś z zestawu: „flanka” lub „leberka” a i to tylko dlatego, że osobie nie znającej ich znaczenia znajdująca się na końcu zgłoska „–ka” mogłaby zasugerować jakieś zdrobnienie. Z drugiej strony Kandelason zawsze chciał jakoś odpowiedzieć swojej narzeczonej, ale mewy okazywały się zwykle za słabe, żeby w ogóle unieść w powietrze skromne dowody wielkiego uczucia płonącego w krasnoludzkim sercu, a nie mówiąc już wcale, żeby te morskie orły były w stanie zanieść je hen aż za morza. Dlatego jego podarki zalegały w kufrach wymieszane: ciosane toporem serca z mahoniowego drewna – jedyny wytwór nieużytkowego rękodzieła, na które pragmatyczny z natury wielorybnik mógł się zdobyć, oraz wielkie kiście pereł, które jego narzeczona uwielbiała, a które zakochany Oswald gromadził specjalnie dla niej, i które nigdy nawet nie stały się obiektem zakładu czy stawką w innego typu bukmacherce. Chociaż stary szyper z lubością i wielką pasją oddawał się wszelkim hazardom, dorzucając do puli nie raz absurdalnie wysokie sumy pieniędzy, a i kilka razy zdarzyło się, że na stole leżał również akt własności jego wspaniałego „Myrmidona”. Ale Słonobrody nigdy nie zagrał o znajdujące się w ładowniach kufry z perłami. Było tego już prawie tuzin i można się było za to nieźle zabawić. Ale nie. One czekały na Nią.
- „Na nią?” – wrócił myślami do teraźniejszości. Popatrzył ponownie z nadzieją na śliczną buzię dziewczyny, która tak bardzo przypominała mu jego narzeczoną. – „Czekają na Laufey, nie na Niviandi.” – poprawił się w myślach, uznając za absolutną niedorzeczność możliwość przekazania skarbów jakiejkolwiek innej osobie niż lady Göran.
        Pomyślał chwilę, ale nie zastanawiał się długo.
- Pozwolisz pani..? – zagadnął skłaniając się lekko, ale wcale nie wyjaśniał o co mu chodzi, ani nie czekał na formalne pozwolenie. Zaraz po retorycznym zapytaniu przeszedł do działania. Wścibskiej Charybdzie zestawił ze stołu na podłogę nietknięte przez kobietkę flaki wołowe, żeby ptaszysko zajęło się jedzeniem i nie przeszkadzało. Potem, gdy mewa z głośnym ćmokaniem zaczęła żreć, Słonobrody sięgnął ręką za pazuchę i wyciągnął złożoną starannie na cztery kartkę, zapisaną zgrabnym pismem - ostatni list od Laufey jaki dostał. Oderwał wzrok od rozmówczyni, spojrzał na kształtne litery i po chwili począł czytać.
- „Zachodni wiatr spienione goni fale,
Wysoki gdzieś zawisnął mewy krzyk...”
Jego głęboki głos swoją estetyką i wydźwiękiem bardziej przypominał grube wióry odpadające przy pracy spod szkutniczego hebla, łoskot staczającej w dół fiordu lawiny albo trzask tarcz zwierających się ze sobą w bitwie, niż delikatną muzykę, jaką powinno wytworzyć recytowanie poezji, ale niestety nie mógł przeskoczyć uwarunkowań jakimi obdarzyło go nordyckie pochodzenie. Nie zrażał się tym jednak, bowiem miał świadomość, że kiedyś syrenia księżniczka już przełamała wstręt do rasy krasnoludzkiej i wszelkich związanych z nią chropowatości. Czytał więc dalej wiersz swojej narzeczonej licząc na to, że jej własne słowa będą w stanie przypomnieć jej cokolwiek z dawnych uniesień serca.
- „...Gasnący dzień zachodem się rozpalił
Stoimy tak bez słowa ja i ty...”

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 6 miesiące temu

        Niviandi mocno trzymała w dłoni łyżeczkę wciąż groźnie patrząc na swojego rozmówcę, który w odpowiedzi... milczał. Trwała w tej pozycji przez dłuższą chwilę, ale po jej słowach nic więcej nie nastąpiło. Z tego też powodu syrenka powoli wycofała rękę odkładając ów łyżeczkę na talerzyk, czemu towarzyszył głośny i bolesny dźwięk. Bolesny, ponieważ był on jedynym jaki rozbrzmiał przy ich stoliku. Chciała być naprawdę do skrajności grzeczna oraz miła, ale po ostatnich przygodach etykietę miała już głęboko w nosie (ale tylko momentami!). Złotowłosa oparła plecy o ramę krzesła, swoją drogą mało wygodnego, bez żadnych poduszek, same suche drewno, po czym z urazą westchnęła przywołując skojarzenie nastolatki na kiepskiej randce. Widać syrenkę przestał interesować fakt, że ten obrzydliwy krasnolud jest w stanie zmieść ją w przeciągu jednej sekundy.
        Dziewczyna skrzyżowała ręce wlepiając wzrok w cokolwiek, co nie było grubiańskim obliczem Kandelasona. Poczuła zawód z powodu braku odpowiedzi, ale wciąż był on mniej przykry niż większość komentarzy jakie słyszała, gdy większość z pobłażaniem podchodziło do teorii, że mogła być królewną. Wszak bogactwo nie oznacza od razu, że pochodzi się z królewskiego rodu, dlatego też Niviandi skracała historię do maximum, aby takich uwag nie słuchać. Opowiadając więc skróconą wersję i nie słysząc odpowiedzi poczuła się urażona. Najwidoczniej rozmówca jej nie słuchał, bądź uznał jej wypowiedź za nieciekawą. Tym bardziej chciała odejść od stolika ozdobionego w michę z flakami.
        Wzdrygnęła się jednak słysząc skrzek, zupełnie jakby któryś z krasnoludów dusił gołymi rękoma ptaszysko. Księżniczka wychyliła delikatnie głowę dostrzegając jakieś paskudztwo z piórami, rzekomo zapewne wpisanego w ramy zwierzęcia lotnego, choć z urodą dorównującą Oswaldowi, o ile nie gorszą. Aż dziw, że istnieją brzydsze istoty od krasnoludów. Mewa potrząsnęła ciałkiem strzepując z siebie niewidoczny kurz i kilka kleistych piórek opadło na drewnianą podłogę. Oczy miała czerwone, podrażnione i prawie nie mrugała, zapewne z tego powodu wyglądała jak obłąkana. Niviandi była oburzona zachowaniem kapitana łajby. Ba! Chciała wstać i odejść od stolika, ale ten paskudny ptak skutecznie przykuł jej uwagę. Był tak brzydki, że nie mogła oderwać od niego spojrzenia.
        Stwierdziła jednak, że nie może tak siedzieć i patrzeć na wypłosza. Naturianka ułożyła dłonie na udach gotowa odejść od stolika, nawet pochyliła się delikatnie do przodu, gdy wreszcie Kandeleson się odezwał. Spojrzała na niego pytająco, choć wciąż w pamięci chowała urazę. Wzruszyła obojętnie ramionami, teraz to już jej było wszystko jedno, i tak miała zamiar opuścić jego towarzystwo, może to zrobić po jego kolejnym zdaniu. Z prychnięciem ponownie oparła plecy o krzesło unikając widoku pożerającej flaki mewy.
        Oswald, choć recytował tak samo jak tańczył balet, zdołał przykuć uwagę złotowłosej syrenki już po pierwszym wersie. Dziewczyna zmarszczyła delikatnie nosek, co od razu zdradziło rodzący się w jej głowie kocioł pytań. Na krótko oderwała się od panującej otoczki chełpiącej flaki mewy starając się wygrzebać z pamięci dalszy fragment tekstu, dziwnie znajomy, a zaraz po tym padły kolejne dwa wersy.
        - Znam to... - wyznała z zastanowieniem syrenka zapominając o urazie. Paznokciem zaczęła delikatnie skubać dolną wargę. To były jedne z tych słów, które miała na końcu języka i które nie dałyby jej spokoju, gdyby teraz opuściła stolik i nie miała okazji dowiedzieć, co było przed, lub co było po, wskazanych wersach.
        - Do tego była także melodia... - powiedziała po krótkiej pauzie nieśmiało łącząc palce obu dłoni, po czym pod nosem zaczęła mamrotać różne tonacje napisanego wiersza.
Krasnolud mógł usłyszeć, jak syrenka pomrukuje; „Zachodni... Nie, nie, niżej. Zacho... Nie... Zachodni wiatr”.
        - Zachodni wiatr... - nagle rozbrzmiał melodyjny głos syrenki przełamujący wszelkie inne szemrające po sali dźwięki. Spojrzenie Niviandi skierowało się w stronę okna, w stronę morza, które przysłaniał potężny mur domów oraz cień mieszkańców. Myślami była zupełnie gdzie indziej, jakby na chwilę wstąpiła w esencję między światami, w aurę nierealnego snu, z którego uwięziony umysł nie potrafił się już uwolnić.

Takie smutne masz oczy, kochany,
I uśmiechasz się do mnie przez łzy.
Wiatr za oknem zawodzi od rana,
Jakby wiedział to samo co my.
Wiem, że być już inaczej nie może,
Prawdzie spojrzeć musimy twarz w twarz.
Chodź, pójdziemy pożegnać się z morzem,
Bo ostatni to spacer już nasz.

Zachodni wiatr spienione goni fale,
Wysoki gdzieś zawisnął mewy krzyk,
Gasnący dzień zachodem się rozpalił,
Stoimy tak bez słowa, ja i ty.
Daj dłoń, tak bliską mi i drogą,
Daj dłoń i nie myśl o mnie źle.
Zachodni wiatr rozstajnym naszym drogom
Z okrzykiem mew swe pożegnanie śle.

W mokrym piasku się stopa odciska,
Fala zaraz zabiera ten ślad,
Twoim oczom chcę przyjrzeć się z bliska,
Zanim znowu rozłączy nas świat.


        W karczmie zapadła absolutna cisza. Dziewczyna wciąż wpatrywała się w ten sam punkt, lecz widziała coś zupełnie innego, niewystępującego tu i teraz. Niedawny sen, w którym to porwał ją wir i zabrał wszystko co miała. Próbowała w pełni sił przywołać scenę chwilę przed, która przełamałaby próg wspomnień. Tam zaś widniało tylko niebo i horyzont nad wodą. Okrągły, ogromny księżyc z widocznymi zagłębieniami oraz gęsty las lśniących gwiazd. Zimna skała teraz mrożąca dłonie syrenki. Nie wiedziała kiedy po jej policzkach spłynęły łzy, gdy się ocknęła skórę miała już nimi pozlepianą i szorstką. Z tego snu najbardziej pamiętała ból, nie fizyczny, lecz ten odbierający duszę, a także wydzierający z serca uczucie jakim kogoś mocno obdarzyła. Oddech Niviandi stał się szybszy. To zaczęło ją przerażać, ten sen, niebywale realny, przygniatający ją sen.
        Skrzek mewy przywołał naturiankę do stolika. Syrenka spojrzała zeszklonymi oczami na krasnoluda. W panice pośpiesznie przetarła twarz, choć czuła bezsensowność tego gestu.
        - Proszę wybaczyć – Niviandi gwałtownie wstała od stolika niemalże przewracając krzesełko. Gardło miała suche a głos cichy. Dziewczyna jak najszybciej skierowała się w stronę wyjścia. Wyszła z karczmy łapiąc głęboki oddech. Czuła się, jakby dopadł ją klaustrofobiczny lęk, ściany zaczęły ją gnieść podobnie jak fale ze snu. Wciąż nie mogła nabrać powietrza. Oddychała niczym wyrzucona na brzeg ryba, chciała uciec, ale kompletnie nie wiedziała, w którą stronę powinna się kierować. Intuicyjnie ruszyła w stronę morza.

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 6 miesiące temu

        Poczęła śpiewać, a Oswald zauroczony opadł na krzesło. To były pieśni! A on cały czas myślał, że wiersze. Tyle lat na morzu i nie pokojarzył faktów, że syreny przecież śpiewają, a nie recytują. Jednak był głupi i dawno nikt tak dobitnie mu tego nie unaocznił. Ale nie spowodowało to jego konsternacji. Był już w takim wieku, że nie miał żadnych oporów, żeby się sam przed sobą do tego uczciwie przyznać. Harpunnik miał pełną świadomość, że choć przeżył wiele, a widział już chyba wszystko co widzialne, to i tak ogarnął zaledwie niewielki ułamek całości. Z pokorą godził się z tym, że śmiertelnik nie jest w stanie objąć umysłem złożoności świata. Oderwał wzrok od listu i z nieskrywaną czcią patrzył na śpiewającą kobietę. Znał ten tekst na pamięć, a i tak z napięciem wyczekiwał kolejnych wersetów. Teraz już był pewien z kim ma do czynienia.

        Od kilku dni intuicja podpowiadała mu, że wizyta w Serenaai będzie niebezpieczna. Jeszcze zanim nawet na horyzoncie ukazały się jakiekolwiek niewyraźne zarysy stałego lądu. Nosił w sobie to dziwne przeświadczenie, że tu wydarzy się coś złego. Ale spychał to przeczucie w głąb świadomości. Było przecież niedorzeczne. Jak w ogóle port – dla każdego żeglarza synonim spokoju i bezpieczeństwa - mógł być dla nich groźny? Co mogłoby zaskoczyć bandę nieustraszonych brodaczy w ludzkim mieście? Zwłaszcza po miesiącach zmagań z niespokojnymi wodami północnych akwenów? Czy mogli spotkać coś, co dałoby radę uśpić ich wyczulone zmysły, rozmontować wszystkie systemy ostrzegawcze, wytrącić topory z rąk i sprawić, że bezbronni nordowie będą zdani na łaskę i niełaskę losu? To był przecież absurd. Mężczyzna był o tym tak święcie przekonany, że z nikim nie podzielił się kuriozalnymi refleksjami zaprzątającymi jego siwą głowę, nawet pomimo tego, że stawały się one coraz bardziej namolne, a tłumienie ich kosztowało go coraz więcej wysiłku.
        Zrozumiał swój błąd późno, dopiero gdy wszelki ruch w tawernie ustał jak ucięty nożem. Pod wpływem tęsknej melodii wszyscy zastygli jak od spojrzenia bazyliszka. Skalf rozejrzał się nerwowo, a widząc co się dzieje zimny pot zrosił mu kark. Z racji wykonywanego zawodu nie uległ dziejącej się wokół magii. Aegir – potężne bóstwo morza, jakkolwiek zazwyczaj w swej postawie wobec śmiertelników surowe, gniewne, bezlitosne i absolutnie niewyrozumiałe, to jednak o swoich kapłanów dbał i mocą swojej domeny ochraniał ich umysły przed zgubnym wpływem magii zauroczeń - jednej z najpowszechniejszych i najniebezpieczniejszych na oceanach. Właśnie zresztą dlatego kapelan to było jedno z najważniejszych stanowisk na okręcie. Tylko on bowiem mógł przeciwstawić się zagrożeniom jakie dla załóg jednostek pływających stanowił przeklęty syreni śpiew.
- Zasadzka psiajucha! – zaklął szpetnie po marynarsku. Pieprzone morskie elfy nie raz brały wodne stworzenia na smycz, żeby z ich pomocą zwalczać krasnoludzką flotę. Syreny nie były tu żadnym wyjątkiem. Muzykanty z odstającymi uszami i niespełnione wokalistki chętnie zawiązywały sojusz niedocenianych artystów, by próbować zmusić nordyckich rybaków do zaprzestania ciężkiej pracy, oraz niejako przy okazji zobligować brodaczy do nazywania cnotą ich „natchnionego” wałkoństwa i do zachwycania się nim. Obecne okoliczności wydawały się Yorasonowi nad wyraz jasne. Elfi pederaści zastawili tu sidła, by wyeliminować z walki najbardziej wartościowy okręt i najbardziej doświadczonego kapitana fiordowych Klanów.
        O swojego dowódcę się nie martwił tak bardzo. Byli tu przecież razem, więc zaraz zrobi się użytek z magii objawień i Słonobrody nabuzowany gniewem i wściekłością, ale ujętymi jak to zwykle u niego w karby wojskowej, żelaznej dyscypliny i chłodnej kalkulacji, wróci do gry jeszcze groźniejszy niż dotychczas. Ogromne obawy duchowny miał jednak odnośnie tego, jak poradzi sobie załoga na „Myrmidonie”. Co prawda pokład okrętu był poświęcony i uświęcony - odnosiło się nawet wrażenie, że Aegir całkiem lubił ten drakkar, a boginie fal obdarzały go swą łaskawą atencją. Ale zdając sobie sprawę jaka potężna magia została użyta tu w oberży, to tam na nabrzeżu krasnoludy choćby wspięli się na wyżyny swojej waleczności i odwagi, to bez kleryka w swoich szeregach i tak nie mieli żadnych szans.
        Nie było zatem czasu do stracenia. Natychmiast poderwał się od stołu i wziął do roboty. Najpierw najważniejsze – ratować kapitana! Jedyną chwilę zwłoki, na którą w tej sytuacji sobie pozwolił, poświęcił na wypłacenie potężnego plaskacza siedzącemu naprzeciwko niego Kerricowi. Uderzeniem usunął z jego gęby przeżuwaną kiełbasę - możne niezbyt delikatnie, ale za to skutecznie, więc nie było zagrożenia, że sparaliżowany żaglomistrz się nią udławi. Następnie z ciężkim tupotem podbiegł do stolika, przy którym siedział Oswald również zastygły w nienaturalnym bezruchu.
- Wodzu..! – Yorason chwyciwszy kamrata za barki potrząsnął nim solidnie, ale nie było żadnej reakcji. Spojrzał w jego oczy. Wyglądały dziwnie i przerażająco. Jak nieobecne. Jak... zakochane? To niemożliwe! Za nic nie pasowały do pomarszczonego oblicza wielorybnika. Skalf puścił go i tym bardziej zestresowany wyszarpnął z torby popękaną już od ciągłego użytkowania księgę do modlitw. Szybkim gestem zrzucił wszystko ze stołu i położywszy na nim tomiszcze począł wertować je w poszukiwaniu odpowiednich pacierzy. Robił to szybko i gwałtownie, nie raz z tego pośpiechu nadrywając którąś ze stron, a kilka razy niemal wydzierając całą kartę, ale w tym momencie nie przejmował się uszkodzeniami. Ciągle poganiała go ta nadzieja, że im szybciej uda mu się odczynić spustoszenia spowodowane przez zdradzieckie syrenie zaklęcia w duszy i umyśle kapitana, tym szybciej ruszą na pomoc „Myrmidonowi”. Przerwał nagle, chociaż nie znalazł jeszcze tego czego szukał. Szeroka jak pióro pagaja dłoń Słonobrodego uniosła się, pacnęła na święty wolumin i uniemożliwiła zarówno czytanie runicznego pisma, jak i dalsze przewracanie kartek. Yorason popatrzył jeszcze raz w oczy dowódcy, ale tym razem przyjrzał się im lepiej. Były owszem rozmarzone, trochę jakby błędne, ale przy tym jak najbardziej świadome. I mrugały. Uwolniona tu magia nie miała wpływu na Kandelasona. Ewidentnie był na nią odporny.
- „Ale jak?” – gorączkowo zastanawiał się kapelan. – „Musiałby... musiały przebywać wśród syren. Obcować z nimi jakiś czas, żeby taką odporność nabyć.”
        - Wodzu.. Kim właściwie była ta piękna pani? – zapytał duchowny na równi wystraszony, zdenerwowany i zaskoczony.
- Laufey.. – szepnął stary kapitan drżącymi ze wzruszenia wargami, jednak tak jakby nie w odpowiedzi na pytanie przyjaciela, a bardziej mówiąc do siebie, żeby chyba samemu się o tym do końca przekonać. Po chwili jednak wzrok starego harpunnika na dobre się wyostrzył i zniknęło to zupełnie niepasujące do nich rozmarzenie. Już teraz bystro jak zwykle spojrzał na druha. – Laufey Göran – powtórzył pewnie i twardo jak komendę, żeby nie pozostawić żadnych wątpliwości. - Moja narzeczona.
Wyznanie to było dla Skalfa jak grom z jasnego nieba. Już nawet syreni śpiew w centrum miasta był bardziej do przewidzenia. Teraz to on zamarł, a ambrazura jego rozdziawionej gęby niemo celowała w kolegę spomiędzy bujnych wąsisk i siwej brody. Oswald jednak zupełnie się tym nie przejął, ani nie miał też zamiaru nic więcej w tym temacie dodawać.
- Jest bezpiecznie. – powiedział tylko i to takim tonem, że nikt nie ośmieliłby się z tym stwierdzeniem dyskutować. - Pomóż tym. – rozkazał i dłonią, która wcześniej spoczywała na księdze teraz machnął jakby wskazując całą salę. Kapłan wreszcie opanował się i posłusznie rozejrzał, tym razem bardziej zwracając uwagę na stan poszczególnych osób, a nie tylko na ich bezruch. Nie wyglądało to dobrze. Uderzenie znienacka, na zupełnie nieprzygotowanych mężczyzn, do tego śpiew był potężnie zaprawiony emocjami i tęsknotą. Nie było tu w okolicy żadnych run, żadnych glifów ochronnych, żadnego zabezpieczenia, które mogłoby ewentualnie zniwelować lub chociaż osłabić czary. Wiedział, że spędzi tu czas co najmniej do wieczora, żeby wszystkim nieszczęśnikom przywrócić zmysły i rozum. Westchnął, ale pokiwał głową twierdząco.
- Rozkaz! – rzekł, odwrócił się i podszedł do puchnącego po jego siarczystym ciosie w twarz czarnobrodego norda, by to właśnie od żaglomistrza z „Myrmidona” zacząć usuwanie skutków syreniego koncertu wewnątrz tawerny.
        Kandelason natomiast nie rzekł nic więcej, a tylko podniósł się, sięgnął po topór i wspierając się na jego okutym stylisku pokuśtykał w kierunku drzwi, za którymi przed momentem zniknęła jego wybranka. Nie uciekała przecież przed krasnoludem, a po prostu wyszła. Miał zatem szansę ją dogonić, nawet swoim chwiejnym, marynarskim krokiem.

Awatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
Posty: 124
Rejestracja: 5 lat temu
Nagrody: [img]http://granica-pbf.pl/images/gwiazdki.png[/img]
Kontakt:

Post autor: Niviandi » 4 miesiące temu

        Niviandi wyszła z karczmy i wciąż dławiła ją gęsta atmosfera jaką pozostawiła po sobie w oberży. Oddaliła się od do drzwi, po czym nagle zerwała się do biegu, który ustał zaledwie po kilku krokach. Czuła jak rozrywa ją od środka niesamowity ból, nie do końca pojmowała jego źródło, lecz zaraz objęły ją ramiona poczucia samotności. Cały czas była sama, tylko wmawiała sobie, że nowo poznani ludzie zastępują jej pustkę w sercu. Gdy jednak przychodziło Niviandi rozmyślać nad tym ile wartościowych jednostek poznała to szybko odganiała od siebie wnioski o niezadowalającym rezultacie, bo czy ilość ta nie mieściła się ostatecznie na palcach jednej ręki?
        Nagle pomyślała o Aurei. Z jednej strony za nią zatęskniła, z drugiej nosiła w sobie gorycz poniżenia jakie ta jej zafundowała. Jeszcze mocniej ścisnęło ją w brzuchu i syrenka musiała się pochylić, aż zbierało się jej z tych nerwów na wymioty. O Mathiasie również pomyślała, ale nim doszła do wniosków usłyszała, jak drzwiczki karczmy zaskrzypiały.
Syrenka wyprostowała się i spojrzała pełnymi oczami na krasnoluda. Wciąż trzymała się w pasie, niczym ranne zwierze zdeterminowane do walki, a jej płuca szybko pracowały by wtłoczyć do organizmu dawkę tlenu. Zdała sobie sprawę, że ten grubas wytaczający się z czeluści oberży musiał coś o niej wiedzieć. Posługiwał się imieniem, którym już nie raz się do niej zwrócono. Cienkie brwi syrenki ściągnęły się do środka czoła, a jej zgrabny nosek delikatnie się zmarszczył. Spojrzenie naturianki wyostrzyło się, ciskało teraz piorunami. Lecz nie chodziło tu o niego. W Niviandi zrodziła się stanowczość, pragnęła poznać prawdę i choć powtarzała tę myśl wielokrotnie w swojej głowie to im bliżej był Oswald, tym ona robiła się coraz bardziej wiotka. Całkowicie przerażał ją ten gość. Niemałe gabaryty - dosłownie i w każdym calu gruby... jednak wydawało się, że posiadał naprawdę ogromną siłę w rękach. Stary i zszargany morzem, śmierdział rybami, lecz spoliczkowanie go w wydaniu syrenki przypominałoby muskający go po skroni letni wiaterek.
        Istniała jeszcze jedna, mniej widoczna siła, która ją przygniatała. Ta niewyjaśniona tajemnica zapomnianego życia wlekąca się za jej plecami od kiedy obudziła się na plaży. Dlaczego będąc od niego tak daleko czuła się silna, ale gdy tylko pojawiał się blisko niej to momentalnie słabła i miała ochotę mdleć? Mimo jego potężnej budowy pyskowała przecież jeszcze groźniejszym draniom, a on tylko zaserwował jej flaki na stole i właściwie odzywał się całkiem normalnie. Było w nim coś okropnego, ale jeżeli teraz ucieknie to może nigdy nie pozna prawdy.
        Syrenka zebrała w sobie wszelkie siły by wypiąć pierś i nabrać godniejszego wyrazu. Zacisnęła drobne piąstki wpijając paznokcie w skórę. Nabrała wdechu, jakby przygotowywała się teraz do bitki jej życia a nie do rozmowy.
        - Panie Kandelason! - uniosła głos, który zadrżał jej w krtani. Musiała, ona... Ona musiała wiedzieć!
        - Cóż to był za piękny śpiew? - usłyszała nagle i rozejrzała się dookoła szukając mężczyzny wypowiadającego się o niej tak głośno. Szukała i szukała, ostatecznie nie odnalazła wyznawcy, ale w pewnym momencie przestało jej na tym zależeć.
        Przestało, gdy dostrzegła, że na ulicach pojawiło się dużo więcej osób. Już niedługo nastąpi południe, mieszkańcy zaczęli wypełniać obowiązki dnia codziennego więc Serenaa poczęła tętnić życiem. Życiem, które na moment przystanęło, bo w oczach pobliskich mężczyzn pojawił się jakiś niewyjaśniony obłęd.
        - Jaka piękna – powiedział pobliski handlarz, któremu oczy lśniły w słońcu.
        - Głos jak u skowronka – westchnął sąsiad.
        - Piękna pani!
        Niviandi słysząc te wszystkie pochlebstwa odrobinę się zdziwiła. Spojrzenie złotowłosej przeskakiwało z mężczyzny na mężczyznę, każdy prawił jej komplementy i uśmiechał się szeroko. Niektóre zęby lśniły niczym tarcze, inne niekoniecznie chciała oglądać z powodu czarnych dziur lub też widok gołych dziąseł nie był imponujący, ale królewna szybko ugasiła swoje zakłopotanie szukając jakiegoś księcia z bajki. Zatrzepotała rzęsami do takiego jednego ładnego splatając dłonie i szczodrze dziękując, lecz drgnęła gdy jeden z gości padł do jej stóp.
        - Bądź moja, cudna pani – zabłagał, choć z okna mierzyła go wzrokiem rozwścieczona żona z brzuchem.
        - Ehm... ja... - zająknęła się złotowłosa dostrzegając te niedogodność, choć kobiety jej żal nie było aż tak, nagle jednak poczuła kolejną dłoń obejmującą jej przedramię.
        - Nie możesz się zgodzić, musisz być moja!
        - C-co? Nie, nie mu... Aj! Precz z tymi łapami! - krzyknęła, gdy już następny, nowy fan objął jej łydkę. Niviandi zorientowała się, że w ciągu kilku sekund została otoczona stadem chłopów i młodzieńców, którzy nie chcieli jej wypuścić z zaciskającego się grona.
        - Już... już dosyć! - wrzasnęła odtrącając od siebie męską dłoń, ale wręcz stanęła sparaliżowana, gdy ktoś sięgnął złotego kosmyka. - NIE!

Awatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 1 rok temu
Lokalizacja: 3city
Kontakt:

Post autor: Oswald » 1 miesiąc temu

        Są na tym świecie osoby, których charakter sprawia, że ciężko im wkomponować się do społeczeństwa. Bezpośredniość i bezwzględność w czynach i słowach, opryskliwość i wulgarność odzywek, fanatyzm poglądów, pogarda dla słabych, nieokazywanie emocji, empatii i litości, całkowity brak samokrytyki przy notorycznym wytykaniu czyichś błędów, permanentnie prezentowana agresywna postawa, ciągłe dążenie do konfrontacji i nadużywanie przemocy to zestaw cech, który współplemieńców wokół zraża, zniechęca do kontaktów lub wręcz całkiem odstrasza czy przeraża.
        Jedni się dupkami urodzili, inni dopiero będąc w dojrzałym wieku już świadomie podejmowali tą ważką decyzję, że wszystko w życiu będzie ich cholernie wkurwiać. Krasnolud odkąd pamiętał był właśnie taki i nie widział sensu dociekać, którą z tych dwóch dróg rozwoju to osiągnął. Pytany o filozofię własnego postępowania wywodził ją ze swojego dzikiego pochodzenia, bo tak mu było szybciej i wygodniej wyjaśniać. Ale nie miał też żadnych oporów, by szczerze się przyznać, że więcej ufa swoim mięśniom niż umysłowi, a pomysł na siebie jako toksycznego furiata zaakceptował ostatecznie, gdy uświadomił sobie, że świat jest tak dalece skomplikowany, że nie ma szans by go zrozumieć. W pewnym sensie był to dla niego jakiś sposób na proste życie - nie bezproblemowe ani nie spokojne, ale na pewno proste. Uznał, że łatwiej mieć egzystencję skażoną przez tylko jedną słabość, mieć tylko jedno uczucie do poskromienia, niż co chwila zmagać się z coraz to inną emocją. Wściekłość jest zawsze taka sama, niezależnie z czego ona wynika. A zakłopotanie, strach, zachwyt, miłość, niepewność, wstyd czy wahanie – wszystkie da się zagłuszyć gniewem. Co więcej, im bardziej jest on pierwotny, tym łatwiej można to osiągnąć. Wtedy łatwiej własną słabość przekuć w siłę i doskonalić wykorzystywanie jej do swoich celów. Wystarczy ignorować co inni o tobie sądzą, a na wszelki wypadek mieć zawsze w ręku jakieś ciężkie argumenty do poparcia swoich racji i swojego stylu bycia - najlepiej w pięściach, bo je zawsze będziesz mieć przy sobie.
        Nieskazitelny kapitan Kandelason zasłaniał się swoim herbem, kierował się wiarą, szlachetnością, wyuczonymi manierami, każdy problem rozwiązywał przez chłodną kalkulację, zdrowy rozsądek, swoje wzniosłe zasady, bogatą wiedzę i doświadczenie. On nie. On był prostolinijny. On wybrał specjalizację w jednym kierunku. Miał swój gniew, swoją wściekłość, swój szał i to mu starczało za wszystko. „Niech nienawidzą, byle się bali” – zwykł powtarzać. Był dumny, że urodził się barbarzyńcą. I w swoim mniemaniu zawdzięczał temu wszystko, włącznie z stanowiskiem zastępcy dowódcy flagowego okrętu floty.

        Nie wiedział dlaczego przerwał. Póki co nawet się nie zmęczył. Ciągle jeszcze nie wyładował z siebie całej frustracji. Nadal można było znaleźć u tego gościa niepołamane kości. No i jeszcze nawet nie zaczął pracować nad jego kręgosłupem. A rozkaz przecież dostał wyraźny – „Naprostować!”. A jednak mimo to odpuścił. Pozwolił, by bezwładne ciało katowanego człowieka osunęło się w kałużę krwawego błota, która się pod nim utworzyła, a sam odwrócił się w kierunku wyjścia z uliczki i nadstawił uszu. Przez chwilę wydawało mu się, że słyszy.. śpiew? Ale jego zmysły nie wyczuły magii - poczuł za to, jak znowu wzbiera w nim złość.
        Aegir był bóstwem humorzastym, nieobliczalnym i szalonym tak jak jego domena. I jako taki chyba kochał gwałtowników - zwłaszcza tych, którzy mu dobrze służyli. Olgason zaś marynarzem był wyśmienitym. Najgorszym sztormom szyderczo śmiał się w mordę. Do fali nigdy nie stawał bokiem lecz frontem, swą szeroką pierś zawsze wystawiając na nawet najcięższe uderzenia, a jeśli coś chronił przed wodą, to raczej bujną brodę niż własną twarz. Bez wahania wbijał swój harpun w morskie potwory i nawet jeśli były wielokrotnie potężniejsze od niego to i tak nigdy nie puszczał liny, choćby miał pójść na dno ze swoją zdobyczą. Nie bał się niczego, więc bogobojne farmazony też niespecjalnie go ruszały. Choć nie przykładał wielkiej wagi do religijnych ceremoniałów, to i tak każdy połów kończył złożeniem ofiary dla bóstwa i oddawał oceanowi należną mu część. Co prawda robił to na odwal i opatrzał nie patetycznym psalmem, a raczej bluźnierczym komentarzem tak bardzo pasującym do zgorzkniałego rybaka. Ale mimo wszystko zawsze o tym pamiętał. I może właśnie przez ten drobny szczegół mokry władca mórz miał dzisiaj taki kaprys, że posłużył się w tym momencie barbarzyńskim gniewem, by nim ochronić świadomość marynarza przed syrenią magią. A może po prostu chciał rzezi i chaosu na ulicach? Tego nie wiadomo. Jednak o boskie motywacje raczej niech teologowie się martwią.

        Gdy Laufey wybiegła z karczmy nie dało się jej nie zauważyć. Zresztą bardzo szybko wywołała wokół siebie zbiegowisko, które tym bardziej potwierdziło, że nie jest ona zwykłą trzpiotką.
Krasnolud nie był intelektualistą. - „Coś tu śmierdzi” – pomyślał tylko. Reszty postanowił się dowiedzieć u źródła. Ruszył za blondynką. Broni nawet nie wyjmował. Groźny wizerunek sam w sobie w zupełności zniechęcał do wchodzenia mu w drogę, choć w miarę zbliżania się do dziewczyny coraz bardziej musiał pomagać sobie łokciami w odtrąceniu na boki kretynów zbyt zajętych podniecaniem się jej kobiecymi wdziękami. Stanął wreszcie za nią, ale nie dotknął jej włosów. Może któryś inny uczestnik męskiej gromady to uczynił w tym ścisku, ale na pewno nie on. On, gdy tylko podszedł od razu złapał ją za ramię i zdecydowanym szarpnięciem odwrócił kobietę twarzą do siebie.
- Coś ty za jedna!? – warknął drapieżnie. Tym razem pominął niewybredne epitety, których nie żałował nigdy, gdy zwracał się do portowych dziwek. Mimo to i tak jakiemuś samozwańczemu „rycerzykowi” nie bardzo spodobała się bezpośredniość z jaką nord odezwał się do złotowłosego obiektu ogólnej adoracji. Niepewnie i mało stanowczo, ale jednak wystąpił przed szereg ze swoim sprzeciwem, licząc wszakże bardzo mocno na to, że zauroczony tłum go poprze. Wystarczył jednak ostry zgrzyt zębów brodacza, żeby zgromadzona gawiedź, łącznie z niedoszłym obrońcą, spłoszona odsunęła się poza zasięg krasnoludzkiej pięści, która ciągle czerwona od krwi i uzbrojona w żelazny kastet nie pozostawiała wątpliwości, że krępy zakapior wcale nie ma zamiaru brać pod uwagę ich sugestii, a w razie namolności nie uszanuje również ich zdrowia czy życia.
        - Zygfryd.. - doszedł go zza pleców głos dowódcy; jeszcze dość odległy, ale mimo to wyraźny i pewny. Oczy rudobrodego zamieniły się w wąskie szparki.

ODPOWIEDZ

Wróć do „Serenaa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość