SerenaaKapitanie, kot na pokładzie!

Miasto kupców, szlachty i handlu. Położone w słonecznej części wybrzeża, stąd jego status Miasta Królewskiego. Znajduje się tu wiele dworów szlacheckich i oczywiście pałac króla.
Awatar użytkownika
Wega
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Duin, Yvia
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Re: Kapitanie, kot na pokładzie!

Post autor: Wega » 6 miesiące temu

Im bliżej byli obiecanego cyrku, tym mocniej po głowie drapał się Miszu. Nie za bardzo rozumiał sytuację, bo gdyby kot był w klatce to byłoby łatwiej mu to pojąć, a jednak to piękna syrenka przyciskała z przerażenia plecy do krat. W dodatku zamknięta na kłódkę. Szef oszalał.
- Kapitanie... - bąknął Miszu do Wegi ciągnąc go dyskretnie za rękaw.
Kapitan patrzył teraz w całkiem innym kierunku, tym wskazanym przez Lexi. Jego brwi ściągnęły się do środka, jeszcze nie opuściła go wściekłość.
- Wróci tu? - spytał z niezadowoleniem, które potęgowała każda kolejna informacja.
Wiscari westchnął z głośnym charknięciem, co można było śmiało porównać do mruknięcia ogromnego smoczyska w jaskini. Czuł na sobie spojrzenie pirata, słyszał głos Lexi, ale w jego głowie kotłowały się zupełnie inne sprawy. Milczał i był nieobecny wzrokiem, odezwał się dopiero, gdy wszystko ucichło.
- Konsekwencje nie nakładania maseczek z glonów – odparł paskudnie się uśmiechając i mijając kotołaczkę. - Zabieramy się stąd, ten pchlarz nie będzie miał raczej powodu by wracać. Do mnie. - Mówiąc to Wega spojrzał ukradkowo na syrenę w klatce, ale już po chwili znalazł się na przodzie wozu.
Lexi mogła wybrać dla siebie miejsce, czy to na klatce, czy to na kozetce obok brzydala, lecz zanim dołączył do niej Wiscari to został on zatrzymany przez mocny uścisk za nadgarstek. Tryton spojrzał przez ramię dostrzegając u swego boku czterorękiego mutanta.
- Czego? - podjął z irytacją.
- Kapitanie... KA-PI-TA-NIE... - zasugerował Miszu machając głową by oddalili się o kilka kroków. Wega z niechęcią uległ tej sugestii. - Tam jest syrena...
- Nie zauważyłem...
- I kot.
- Pchlarz, jak każdy inny.
- Ale wie kapitan, że ona... - pirat nerwowo zaciskał palce zerkając ukradkowo na jasnowłosą więźniarkę.
- Miszu... - głos Wegi był niski i chłodny, jak plaża o świcie. - Nie oszalałem. Zgarnij jakąś sukienkę. Masz tyle rąk, że łatwo ci to przyjdzie. Odeślemy syrenę do morza, potem skierujemy się do knajpy, dzień jak co dzień.
- Och, do-dobrze. Już myślałem, że kapitanowi coś się pomyliło. Bez urazy.
- Jasne... - bąknął Wega obracając się do wozu. - Jak ci to długo zajmie to będziemy czekać na wybrzeżu... Wiesz gdzie.
- Aj, aj... - odpowiedział bez entuzjazmu Miszu odprowadzając wzrokiem Wiscariego. Czteroręki opuścił nisko ręce zaciskając przy tym mocno usta.
Lejce uderzyły o końskie grzbiety. Wierzchowce ruszyły, koła głośno toczyły się po kamiennej uliczce, a Wiscari pochylił się do przodu wspierając łokcie o kolana.
- Byłaś kiedyś nad morzem? - spytał nagle Wega. - Jeżeli nie, to będziesz miała teraz okazję. Mam nadzieję, że nasza koleżanka nie padła jeszcze na zawał serca. Może ją uspokoisz? Wszak powiedziałem, że będzie wolna i słowa dotrzymam, ale nie sądzę by mi uwierzyła.
Wega nie zachwycał się miastem. Był tutaj już tysiące razy. Widział, jak się zmienia, rozwija i rośnie w potęgę, ale też i podupada. Pamiętał gorsze i lepsze okresy. Pamiętał, że narozrabiał tu niejeden raz, zatopił niejeden statek wypływający z Serenay i niejeden żywot lądowca zakończył. I że nikt go tu nie lubił, a właściwie budził strach, szczególnie po tym jak ów wściekła bestia z wody przerżnęła niejedną okolice w poszukiwaniu córki. Tylko teraz znowu zniknął. Zatonął w głębinach Alaranii i głosy o nim na chwilę ucichły.
Wiscari oparł głowę na dłoni, po czym przetarł ze zmęczenia czoło. Jego jedyny trop ma odcięty łeb. „Co za debil”, pomyślał kapitan wspominając mordę Miszu, którego obecność pojawiła się równie nagle, co niechciana ciąża u dziewki.
Naturianka w klatce pisnęła głośno próbując bronić się rękoma przed potworem. Zadowolony z siebie pirat mocno chwycił się krat dociskając do nich twarz.
- Przyniosłem! - powiedział z dumą Miszu.
O wilku mowa.
- Nie wiedziałem jaki lubisz kolor... więc wziąłem tyle sukienek, ile mam rąk! - pokreślał swoją pomysłowość. - A że nie znam rozmiaru twojego stanika to stwierdziłem, że zgarnę takie luźne sztuki!
- Taktowny, jak zawsze... - komentował na przodzie Wiscari.
- Niebieska, różowa, żółta i zielona! - mówił, kolejno wieszając kreacje na kratach. - Błękitna, bo pasuje do oczu i ogona. Żółta, bo tak się noszą księżniczki. Różowa, bo blondyneczki ładnie w nich wyglądają i zielona, bo właściwie to nie miałem co z tą ostatnią ręką zrobić – wyjaśnił pirat z długim uśmiechem odsłaniającym drobne, niczym kamyczki zęby. Teraz bardziej przypominał tarantulę, która uchwyciła ofiarę w swoją sieć i krążyła wokół posiłku.
- A dla kapitana płaszczyk, żeby morda się tak w oczy nie rzucała – krzyknął oddając zgubiony w gonitwie za Krokusem materiał.
- Jakby cztery ręce nikogo nie zastanowiły...
Syrenka mogła się jeszcze chwilę zastanowić nad wyborem kreacji, a Miszu z zakłopotaniem krążył po klatce w obecności Lexi, jakby nie był pewien czy wolno mu w ogóle zagadać. Co jakiś czas zerkał na nią, ale jego oszalały wzrok ani razu nie zatrzymał się na dłużej na jej postaci. Dopiero, gdy wóz podskoczył na tyle gwałtownie by woda chlusnęła na ziemię, odważył się chwycić asekuracyjnie Lexi za ramię.
- Uważaj kocie, bo spadniesz – powiedział, bardziej w trosce niż w panice (choć to drugie też mu towarzyszyło). Zaraz uniósł górne ręce, jakby chciał się bronić, dolne zaś rozłożył, jakby chciał powiedzieć „to tak samo wyszło”.
- O – odwrócił uwagę dziewczyny wskazując przed siebie palcem. - Już widać! - dodał z entuzjazmem, gdy na horyzoncie zaczęło malować się połyskujące morze. Miszu ponownie dopadła ogromna ekscytacja. Doskonale wiedział, gdzie się kierują. Staną na skraju budynków, a potem ruszą przez niewielki lasek, w bardziej odludną część królestwa by dojść na dziką plażę, której towarzyszył gładki piach i kilka skał na uboczu.
Pirat zeskoczył z klatki, gdy Wega kierował wóz na odpowiednie i znane Miszu miejsce. Kapitan zeskoczył z wozu zbliżając się do klatki i wyciągając ręce po klucze.
- Za tym niewielkim lasem, powiedziałbym bardziej parkiem, znajduje się dzika plaża. Tamtędy... często wracamy do morza. Nie wygląda, ale... faktycznie, jesteśmy trytonami – wyjaśnił syrenie Wega uchylając drzwi klatki. - Zadeklarowałem się, że podaruję ci wolność więc oto ona... - naturianka wciąż nieufanie patrzyła na dwóch mężczyzn. Nie dziwił się. Sam by sobie nie ufał z taką mordą.
- Kicia może potwierdzić, że mam ogon – rzucił, a słyszący te informację Miszu wyprostował się niczym naciągnięta struna.
- Sukienka jest po to by okryć twoje ciało, gdy przemienisz ogon w nogi. Mogę ci dać płaszcz, jeżeli chcesz się ukryć – kontynuował Wiscari odkładając wskazany materiał na bok. - Gdybym miał cię zamordować to zrobiłbym to już dawno, nie mam zbyt wielkich skrupułów, a jakbym miał cię sprzedać to zaciągnął bym cię na targowisko, albo wieczorem między uliczki na targ dziwaków. Poczekamy tutaj, między tymi drzewami, będziemy cały czas na widoku więc możesz krzyczeć, ale nie radzę uciekać. Myślę, że Kicia będzie na tyle miła by ci pomóc... - mruknął na koniec zerkając na zmiennokształtną, a następnie skierował krok we wskazanym kierunku klepiąc w plecy czterorękiego pirata.
Oboje stanęli w wyznaczonym miejscu, ale nie patrzyli na dziewczyny (nawet Miszu!). Na początku Wega milczał, ale napięcie między mężczyznami stopniowo malało sprawiając, że kapitan nawet się uśmiechnął. Gdy syrenka była gotowa, to cała czwórka skierowała się w głąb lasu. Miszu rozglądał się po okolicy i łaził po krzakach, przez co bardziej kojarzył się z wypuszczonym na spacerku psem. Nie wiadomo było, co takiego wywołuje u niego takie zachowanie. Czy to kwestia przyzwyczajenia, czy może rozkazu ze strony Wegi by pilnował okolicy, a może po prostu to wina jego dziwaczności oraz nadpobudliwości, która nie pozwalała mu usiedzieć w jednym miejscu. Śmiech świrusa oraz gadanie do siebie, co jakiś czas nosiło się echem między pniami, aż w końcu Miszu z radością wyskoczył na plażę krzycząc i informując o tym resztę ekipy. Jakby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości.
Wega przepuścił syrenkę oraz kotołaczkę przodem. Chęć przemiany i zanurzenia się w wodzie była dla kapitana tak wielka, że aż mu się zakręciło w głowie, a obraz w jego oczach rozmazał się. Tryton pomachał głową i z marudnym mruknięciem zbliżył się do syrenki, która stała najbliżej morza. Woda nie sięgała ich stóp. Wega niemalże sapał wlepiając wzrok w rozpuszczającą się na piachu pianę. Jego spojrzenie powiodło wyżej, na sam horyzont, a potem spoczęło na młodej dziewczynie.
- Wega. Wega Wiscari-Rosa – przedstawił się.
Jej błękitne i ogromne oczy zajmowały sporą część twarzy syrenki, ale nie miały spojrzenia Emmy. Zbyt okrągłe i bezbronne, nie uparte lub zamyślone.
- Lylia... - odpowiedziała i pierwszy raz od momentu spotkania Wegi nie patrzyła na niego z całkowitym przerażeniem, a dużą wątpliwością.
Naturianka uśmiechnęła, nie ciepło, a raczej z zakłopotaniem, gdy Wiscari zbyt długo się jej przyglądał. Dziewczyna ostatecznie odważyła się postąpić krok do przodu z wielką ulgą kierując się w stronę morza, ale ku zaskoczeniu wszystkich – tryton chwycił ją za nadgarstek.
- Nie.
Zapadła cisza.
- Co?... - spytała piskliwie syrenka, a jej ciało zlał pot.
- Nie mogę cię tak puścić.
Dziewczyna przełknęła ślinę. Znów paraliżował ją strach.
- Czemu? - spytała z wymuszeniem.
- Widzisz ten statek – powiedział wskazując okręt znajdujący się daleko od brzegu. - To tylko jeden z wielu na tym morzu. Transportowce, bojowe, turystyczne, pirackie... A na nich mnóstwo typów, którzy czekają na okazję by złapać ślicznotkę taką jak ty. Nie wiem w jaki sposób znalazłaś się w rękach tych paskud, ale skoro już raz się to zdarzyło, to nie mogę do tego dopuścić kolejny raz. Pójdziesz ze mną, dowiem się czego chce ode mnie moja załoga, a potem puszczę cię z nimi w morze. Gdziekolwiek jest twoje miejsce to nie wrócisz do niego bez eskorty – wyjaśnił wciąż mocno trzymając syrenkę za nadgarstek.

Awatar użytkownika
Tierõ
Zbłąkana Dusza
Posty: 6
Rejestracja: 1 rok temu
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio,
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Tierõ » 5 miesiące temu

        Tierõ pozwolił złodziejce prowadzić – to było dosyć naturalne, w końcu ona o wiele lepiej znała miasto i wiedziała, gdzie może nabyć to, co jest mu potrzebne; no i jeszcze dzięki temu mógł kołysać głową, śledząc kołysanie jej bioder odzianych w podkreślające kształty skórzane spodnie, ale to już był zupełnie dodatkowy motyw! Tak czy owak, wkrótce zaczęły się zakupy. Pierwszym przystankiem rzecz jasna był czarny rynek! Panterołak zaopatrzył się tam w rozsądnie dużą kolekcję noży rozsądnej wielkości, kilka wyrobów alchemicznych, z których korzystał przy odpowiednich okazjach – sam niewiele wiedział o alchemii, ale ciskać dzbankiem wypełnionym wyjątkowo efektowną mieszanką umiał świetnie – nieco informacji, za które zwyczajowo ludzie byliby gotowi zabić, a także stylową, całkowicie męską i piracką torbę na trzymanie wszystkiego, która po chwili wylądowała na jego ramieniu. W ten sposób panterołak znowu stał się nie tylko przystojnym, ale i straszliwie groźnym piratem. To w zasadzie zaspokajało jego potrzeby posiadania, więc teraz mogli się skupić na poszukaniu jakichś prezentów! Dlaczego właściwie złodziejka wciąż mu towarzyszyła? Cóż, możliwości były albo takie, że to przez jego olśniewające towarzystwo albo też sama na coś liczyła. Pewnie pierwsze. Tak czy owak, Tierõ i Halia całkiem miło sobie konwersowali, jednocześnie przepychając się przez tłum i oglądając kolejne stragany. Panterołak uwielbiał to. Pęd życia, chaos, w którym mógł się bez przeszkód zatopić, chór możliwości.
        ”Coś ładnego...” Pirat szybko znalazł coś, co by chyba pasowało do wymagań Lexi i nie mógł się powstrzymać, aby tego właśnie nie zakupić. Gdy Halia to zauważyła, roześmiała się histerycznie, co panterołak uznał za potwierdzenie, że miał doskonały pomysł. Syrenka... Naprawdę wyglądała na głodną... a pirat pamiętał, że niewiele jej dawali, większość posiłków niezbyt była w stanie przyjąć... dlatego też zadecydował, że kupi jej nieco owoców morza – głównie mięczaków, wykupił więc całkiem sporo małży, które następnie wylądowały w torbie. Nie miał pojęcia, jakie gusta ma naturianka, ale znał nieco syren i większość z nich raczej nie miała problemów z małżami. Po próbie odnalezienia czegoś dla ostatniego przyjemniaczka (jakże przystojnego!) Tierõ sobie w sumie odpuścił. Nie powinien raczej tym zbytnio zranić jego uczuć. Tak przynajmniej zgadywał.
        - A coś dla mnie?
        - Nie jesteś ani kotką pieszczotką, ani morską księżniczką – zaśmiał się Tierõ, spoglądając na złodziejkę i mrugając. - Jeżeli czegoś chcesz lub potrzebujesz, sama sobie doskonale radzisz ze zdobywaniem tego. Oj, dobra, nie patrz tak już na mnie, pójdziemy do „Pieczary Skarbów”, postawię ci obiad, będziesz zadowolona.
        - Pfff. Nie chodzi o wydaną sumę na mnie. Tu chodzi o pokazanie uczuć.
        - Prawie mnie przekonałaś, że nie jesteś materialistką.
        - Czasami po prostu oprócz poczucia swojej wartości w złocie trzeba też poczuć wartość jako kobieta i...
        Uciszyły ją usta panterołaka. W sumie na dosyć długą chwilę – pirat upewniał się, że złodziejka poczuje się naprawdę uwartościowana. Przyparł ją niemal do ściany karczmy „Pieczary Skarbów”, namiętnie całując, aż w końcu musiał zaczerpnąć oddechu. Uśmiechnął się, spoglądając na minę Halii.
        - Czy czujesz się już dostatecznie wartościowa? - spytał bezczelnie z dłońmi na jej biodrach.
        - Chyba byłeś w tej klatce zdecydowanie zbyt długi czas – mruknęła złodziejka z lekko zaczerwienionymi od zaskoczenia policzkami. - Może wypuszczanie cię z niej nie było znowu takim dobrym pomysłem, zwierzaku.
        - Hmmm... to może mała zmiana planów? Wynajmiemy pokój na górze i tam sobie coś zjemy, co?
        Spojrzenie złodziejki było dla kota wystarczającym sygnałem. Dłonie na jej biodrach się zacisnęły, a on podrzucił ją do góry. Nie wydała z siebie pisku ani krzyku nawet – jej opanowanie akurat imponowało piratowi, który po chwili miał ją już na swoim ramieniu; niosąc ją w ten sposób ruszył do drzwi karczmy.
        - Jak chcesz możemy się pobawić w złodziejkę i strażnika... albo pirata i brankę.
        Odpowiedział mu śmiech Halii, którego zupełnie nie potrafiła powstrzymać.

        Tierõ wyszedł z karczmy bezczelnie zadowolony, podrzucając pełen mieszek. Oczywiście, że Halia go okradła, kiedy jego uwaga była skupiona na nieco bardziej... ummm, sprawach, nie łudził się, że mogłaby nie wykorzystać takiej okazji. Sam by tak zrobił. I w sumie właśnie to zrobił – wykorzystał moment, w którym ona okradała jego, aby zabrać jej, o wiele zasobniejszy mieszek. Pewnie by to zauważyła, gdyby to nie on rozkojarzył ją potem nieco... Cóż, tak czy owak, panterołak uważał siebie za prawdziwego zwycięzce, idąc sobie z torbą z zakupami i ze pomnożonymi inwestycjami, aż w końcu dotarł na miejsce, gdzie po raz ostatni widział klatkę, zatrzymał się, rozejrzał, po czym rozłożył bezradnie ręce.
        - Ukradli mi moją klatkę! No toż to już przesada! - powiedział oburzonym tonem, na co kilka osób wokół parsknęło. Kot się namyślił. Czy naprawdę chciał wracać? W sensie... miał prezenty! Wydał pieniądze, a niezbyt lubił małże, a prezent dla Kici... nieeee, potrzebował się tego pozbyć. No i był zmartwiony o syrenkę; zdążyli sobie pogadać nieco o życiu po drodze. Głównie jego, bo było bardziej niesamowite, a naturianka była żywo zainteresowana powierzchnią i marynarzami, ale od niej też nieco usłyszał. No i miał słabość do ogoniastych. Wszyscy na wyspach to wiedzieli. Zastanowił się więc. Pewnie będą chcieli wypuścić rybę z powrotem do oceanu... spojrzał na horyzont i... tak, morze to zdecydowanie zawsze dobry kierunek.
        Kiedy dojrzał wielki błękit za horyzontem, kiedy morska bryza rozczochrała jego włosy, poczuł dreszcze. Zdecydowanie tęsknił za morzem. Dążył w tamtym kierunku przez sieć głównych oraz pomniejszych uliczek, szybciej niż wóz, więc powinien nadrobić nieco straty czasowej. Ale szybko okazało się też, że może to spowodować pewne opóźnienie, kiedy nagle usłyszał znajomy głos mówiący z kpiną: „Stój.” Zatrzymał się i obejrzał – dojrzał trzech mężczyzn, z czego środkowego znał aż zbyt dobrze.
        - Och, to ty! Wybacz, nie pamiętam dobrze twojego imienia. Ale takiej twarzy się nie zapomina! Rety, znowu poświeciłeś tyle swojego trudu, aby mnie znaleźć? Retyyy... naprawdę muszę ci się podobać. Ale niestety nie jesteś w moim typie. Masz niedobór kluczowych cech. Spokojnie, spokojnie, ogierze, zaraz przełożę ci to na twój język. Masz jedną dziurę za mało, paskudną mordę, za dużo tutaj – panterołak wskazał na swój brzuch – tego czego powinno być tutaj – przesunął dłoń na klatkę piersiową.
        - Ty sukinsynie... Tym razem upewnię się, że skończysz marnie.
        - Tak, tak, jasne, jedna chwila. Jesteś zbyt tępy, aby dowiedzieć się, że jestem w mieście. Powiedz mi więc, ile zapłaciłeś Halii za mnie?
        Odpowiedź zabolała i ucieszyła panterołaka jednocześnie. Ucieszyła, bo była to duża suma, więc złodziejka naprawdę nieźle go wyceniła. Zabolała, bo była większa od tego, ile od niej ukradł! Przegrał z kobietą! To już było dla niego uwłaszczające. Zwłaszcza, że nie miał pojęcia, jak zacząć rundę drugą.
        - Będę nosił twój parszywy ogon jako szalik, koteczku...
        Tego już było za wiele; pirat cisnął nożem, trafiając idealnie w czoło tamtego, po czym zaklął. Nie powinien tego robić. Idiota jak idiota, ale był ukochanym młodszym bratem kogoś, kto zdecydowanie idiotą nie był. Wprost przeciwnie. Poczuł, że jego dni w mieście są policzone. Pięknie. Po prostu pięknie. Jednak nie mógł się powstrzymać. Po pierwsze – drań obraził ogon! To już było wystarczająco, aby Tierõ zechciał jego krwi. Czymś jednak jeszcze gorszym było nazwanie jego – pantery! - kotem. Toż to oburzające po prostu! Westchnął. Jednak teraz... wyjął dwa ostrza, ale dwaj mężczyźni nawet nie dali mu satysfakcji wyżycia się na nich, uciekając prędko. I tak wielki brat by się dowiedział. Musiał znaleźć statek. Szybko. Ku morzu!
        Chociaż... zaraz... Zatrzymał się i cofnął, podszedł do trupa mężczyzny. To on wsadził jego i syrenkę w klatkach – że też nie mógł to być ktoś, kto naprawdę był dobry w fachu. O ile jednak dobrze pamiętał, miał podejrzenia... Rozchylił kubrak drania i ujrzał medalion. Odpiął go i schował do kieszeni. Może jednak to była oznaka, że szczęście mu sprzyjało? A może tylko nagroda pocieszenia przed zostaniem dywanem? Cóż, panterołak wolał po prostu zwiać szczęściu, zanim to się zmieni.
        Niedługo potem dotarł do morza, wszedł na jeden z wyższych budynków, stamtąd rozejrzał się i... dostrzegł swoją klatkę! Stała na uboczu, daleko, ale dzięki wyostrzonemu wzrokowi zdołał ją spostrzec. Szybko do niej dotarł, a potem zaczął rozglądać się za śladami całej kompanii. Nie było to trudne, bo wyglądało na to, że spotkali się z dwunożnym niedźwiedziem – przynajmniej na to wskazywały przetrzepane krzaki, które idealnie wskazywały kierunek ich podróży. I w ten właśnie sposób w końcu ujrzał ich ponownie. Poprawiłby nieco wygląd, ale wiedział, że Kicia na pewno już od dawna go słyszała – on ich doskonale. Wyszedł więc na otwartą przestrzeń, uśmiechając się do wszystkich i machając.
        - Cześć, mała, cześć, przepiękna, cześć, psie na baby, którego nie znam, cześć, kapitanie – przywitał się, używając nowych bądź starych ksywek. - Kapitan mądrze prawi, ludzie mają zastanawiającą zaciekłość polowania na syreny... Ach, skoro o tym mowa... znalazłem chyba coś twojego.
        Syrenie oczy się zaświeciły na widok naszyjnika – łańcuch wykonany był z niewielkich pereł, a na samym środku znajdowała się zamknięta, oszlifowana muszla. Podbiegła szybko i chwyciła go, na jej policzkach pojawiły się drobne łzy. Przytuliła medalion do piersi. Panterołak miał już powiedzieć sprośny żart, kiedy kobieta pocałowała go w policzek. Zarumieniła się i wycofała, zawieszając naszyjnik na szyi. Tierõ spojrzał na „kapitana” - ten zrobił o wiele więcej dla niej i miał zamiar zrobić niż panterołak, a mimo to nie mógł liczyć na takie względy. Pirat doskonale wiedział, że uroda ma jak najbardziej znaczenie, ludzie jednak myśleli w oparciu o nią, nawet gdy nie potrafili tego zauważyć. ”Biedak” Tierõ wycofał się, nie chcąc być zbytnio na widoku tamtego. Zbliżył się do Lexi, po czym wyjął z plecaka prezent i uśmiechnął się, wręczając jej go. Obroża. Ćwiekowana. Ale ładna, tak jak prosiła. Odsunął się, bezczelnie szczerząc zęby. Na wewnętrznej części obroży, na zapince, zawieszony był niewielki pierścionek z szafirem, ale to już kotka miała odkryć dopiero po chwili. Zbliżył się w ten sposób do nowego towarzysza.
        - Wyglądasz na kogoś, kto naprawdę potrafi nacieszyć się z życia – powiedział, zerkając na jego kończyny. - Nazywam się Tierõ, możesz mówić mi Dominic, jak wolisz. Widzisz, mam potrzebę opuszczenia miasta... w zasadzie bardzo chętnie na statku. Bardzo chętnie na takim porządnym. Albo porządnym inaczej. Jakieś wskazówki? - Dlaczego wybrał akurat tę osobę do spytania o to? Jakoś się tak złożyło. Tylko z nią nie wiedział, co mógł zrobić, aby uniknąć wzroku „kapitana”. A temat dobry jak każdy inny.

Awatar użytkownika
Lexi
Szukający drogi
Posty: 33
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Callisto, Leila, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Rain, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa, Dayanara
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Lexi » 5 miesiące temu

        Kotka wywróciła oczami na kpinę trytona, ale nie naciskała, dowie się w inny sposób. W kilku susach przeskoczyła znów na kozioł i usiadła tam wygodnie, wyciągając nogi na bandę. Strzeliła spojrzeniem za odchodzącym z Wegą wielorękim cudakiem, ale tylko pyknęła wargami i pomajtała wywieszonymi za bandę stopami, w oczekiwaniu na wymarsz. Sama nie wiedziała gdzie jedzie, ale innych opcji chwilowo nie miała, więc trzymała się Brzydala. Ten w końcu wrócił na wóz i ruszył, a kotołaczka pociągnęła spojrzeniem za wielorękim, nim przeniosła uwagę na trytona. Czy była kiedyś nad morzem?
- Eee… nie? – prychnęła, spoglądając na niego jak na idiotę.
Była w nadmorskich miastach, ale nawet nie zbliżała się do plaży. Przecież morze jest mokre, co on zgłupiał czy jak? Po cholerę miałaby się tam pchać? Jeziora przynajmniej nie mają fal, więc spokojnie można przy nich przysiąść, ale na takiej plaży to nigdy nie wiadomo, kiedy cię zaleje! Fale przypływają i odpływają w nieregularnych odległościach, w zależności od pływu, więc trzeba nieustannie mieć na nie baczenie, czy zalewając piasek nie zbliżają się zbyt blisko. Męczące jest już samo myślenie o tym!
Póki co szczyt wozu wydawał się jednak bezpieczny, więc nie widziała powodu, dla którego miałaby stąd uciekać. Na prośbę/polecenie, by uspokoiła syrenę, westchnęła ciężko, ale zdjęła nogi z bandy i wspięła się na tył wozu. Przebiegła po dachu klatki i położyła się na nim, zwieszając głowę i zaglądając do syrenki.
- Siema. Jak tam? – rzuciła swobodnie, napotykając wystraszone i skonsternowane spojrzenie naturianki. Czekała chwilę na odpowiedź, ale gdy jej nie uzyskała, przechyliła lekko głowę, i już miała zadać kolejne pytanie, gdy na horyzoncie pojawił się wieloręki. Kotołaczka wycofała się szybko na drugą stronę klatki, tylko zaglądając do Wegi na kozioł.
- Generalnie była wystraszona, ale teraz wrócił twój koleżka i jest przerażona – zaraportowała z uśmiechem.
        Później wróciła na klatkę i usiadła tam ze skrzyżowanymi przed sobą nogami, nic nie robiąc sobie z podskakującego na wybojach wozu. Podejrzanie zaciekawiona słuchała wyjaśnień Miszy odnośnie sukienek, by później znów odwrócić wzrok na drogę. Młodszego trytona zignorowała też, gdy siadał obok i dopiero, gdy wóz podskoczył mocniej, a wieloręki złapał ją za ramię, spojrzała na jego palce jak na robala, a później podniosła spojrzenie z tym samym wyrazem na twarz mężczyzny. Prychnęła na wyjaśnienia i obronny gest czterech rąk.
- Już ty się o mnie martwić nie musisz – mruknęła i zaraz spojrzała za jego gestem w stronę lśniącego pod niebem lazur Morza Cienia. Spięła się nieznacznie, ale wciąż trwała w podróży, niezdolna nawet do zastanowienia się nad swoimi pobudkami. Na wodę i tak jej siłą nie wciągną, a wciąż nie miała lepszego planu.
        Ogon śmignął w powietrzu, gdy kotka z lekkością zeskoczyła z dachu klatki, przez moment sprawiając wrażenie, jakby szybowała, nim opadła miękko na stopach i opierając dłonie o piasek. Podniosła się sprężyście i przyglądała syrenie, bujając już spokojnie ogonem. Gdy padło na nią jej pytające spojrzenie, skinęła głową.
- Tak jest, ma ogon, i wtedy wcale nie jest taki paskudny jak teraz – odpowiedziała z uśmiechem, a gdy panowie się odmeldowali, spojrzała na syrenę, bezradnie trzymającą cztery suknie w rękach.
- Niebieska – podpowiedziała Lexi, bujając się na nogach, a gdy naturianka spojrzała na nią lękliwie, kotka wyszczerzyła zęby. – Pasuje ci do oczu.
        Później dogoniły obu trytonów i zmiennokształtna szła sprężystym krokiem, za śladem Miszy, najwyraźniej zaintrygowana cudacznym piratem. Zatrzymała się jednak na samym skraju plaży, spoglądając z powątpiewaniem na piasek, mimo że wszyscy już ją minęli, z radością zmierzając ku wodzie. Lexi przestąpiła z nogi na nogę, splotła ramiona na piersi i śmignęła zirytowana ogonem, ale to w niczym nie pomogło. Obejrzała się za siebie, zastanawiając, czy po prostu nie wrócić do miasta, ale… ale nie wróciła. Zamiast tego zaczęła stawiać ostrożne kroki po plaży, zerkając podejrzliwie w stronę wody, która była jeszcze dobre kilka sążni od niej.
        Obchodziła rozmawiających łukiem, czekając aż syrena wróci do morza. Sama do fal się nie zbliżała, ale chociaż widziała już kobietę w jej wersji z ogonem, i tak chciała popatrzeć, jak odpływa. Odsuwała się jednak na bok, bo słyszała już, jak ich farbowany znajomy pruje beztrosko przez krzaki. Przyglądała mu się z rozbawieniem, gdy wszystkich witał, zastanawiając się po kiego diabła w ogóle tu wracał. Dziwna z nich gromadka.
        Syrenka dostała wisiorek, a i na nią przyszła pora. Lexi uniosła zdziwiona brwi, nie spodziewając się, że kocur faktycznie z czymś wróci, ale gdy grzebał w plecaku, końcówka burego ogona podrygiwała wesoło. Gdy Tierro włożył w jej dłonie obrożę, przyglądała jej się chwilę, a później podniosła chmurne spojrzenie na bezczelny uśmiech kocura.
- Dowcipniś – fuknęła, kręcąc obrożą na palcu, gdy coś zamigotało w blasku słońca.
Kocie źrenice rozszerzyły się w zastraszającym tempie i dziewczyna złapała nagle obrożę oburącz, obracając ją szybko, by znaleźć źródło blasku. Taki sam odbił się w jej oczach, gdy dostrzegła pierścionek. Zamruczała z zadowoleniem, odpinając go od obroży i obracając w palcach. Wtedy pomruk zmienił ton na wyjątkowe uznanie, a brwi kotołaczki uniosły się wyżej. Ewidentnie kradziony, Tierro mógłby duszę z ogonem sprzedać i nie starczyłoby mu na takie cacuszko.
- Moje śliczności – mruczała dziewczyna, nasuwając sobie pierścionek na środkowy palec, bo na serdeczny obrączka była za duża. Gdy złapała spojrzenie kocura pomachała do niego dłonią, obracając ją oczywiście tak, by widać było szafir, który mrugał okiem razem z Lexi.
        Gdy jednak pożegnania i debaty się przedłużały, podziwianie nowej ozdoby nie było wystarczające, by zająć dziewczynę i Bastet powoli zaczynała wzdychać znacząco, wciąż idąc równo z towarzyszami, ale z dala od nich i wody. W pewnym momencie zatrzymała się jak wryta, strzygąc uszami.
- Hej, Brzydalu, długo jeszcze? Mam cały ogon w piasku. A tę sól to nawet na języku już czuję – fuknęła już ciszej i mlasnęła kilka razy z niezadowoleniem. – A, i przy okazji, chyba straż w pełnym składzie leci nam na głowę – dodała już niemal niedbale, wskazując na pędzących od strony miasta mundurowych, jeszcze dobry kawałek od plaży i ich grupy.

Awatar użytkownika
Wega
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 2 lat temu
Inne Postacie: Duin, Yvia
Aura: Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone. Tutaj będzie aura, chwilowo wyłączone.
Kontakt:

Post autor: Wega » 3 miesiące temu

Psie na baby? Miszu podrapał się po głowie. Powiedział mu to kot! I to chyba wcale nie z lepiej oszlifowaną duszą, bo w rękach trzymał podarunki dla dwóch pań. Wszystko zaczyna się od prezentów i miłych słówek, a kończy o poranku z bolącą głową. I najlepiej z kobietą w łóżku, ale pirat wzruszył czterema rękoma, jakby właściwie było mu wszystko jedno. Odrobinę zirytował się, że tak o nim mówi przy syrence, ale Miszu mógł się łatwo wybronić – która by chciała takiego brzydala? No właśnie! Najlepsze usprawiedliwienie to brzydki ryj i za dużo łokci.
Jednak Wega nie wyglądał już na takiego zadowolonego. Ten koci szczypior nazwał go kapitanem, jakby było mu w ogóle wolno! Trzeba sobie zasłużyć na takie swawolne zwroty. Choć z drugiej strony, jak inaczej miał się do niego odezwać? Na imię tym bardziej nie powinien sobie pozwolić. Nazwisko brzmiało dumnie, ale chyba panterołak go jeszcze nie poznał. Wiscari za to miał jeden złoty środek na taki problem.
Najlepiej, jakby się w ogóle nie odezwał.
I w ogóle nie pojawił.
Ale mówił. I był. Więc i problem się zrodził.
Poza tym, nie podobało mu się, że zwraca się do Miszu w ten sposób. Nawet jeżeli czteroręki miał więcej rąk niż mózgu to należał do załogi, a to z kolei wiązało się z tym, że ekipie Wiscariego należy okazać bezwględny szacunek. Łaciaty kocur zaś przychodzi i się panoszy jakby był na swoim podwórku.
Trochę był, trochę chyba bardziej niż Wega, bo wszak tryton należał do morza, ale zmiennokształtny został tu przytargany w klatce przez niego więc mieli chyba tyle samo praw do własności tej ziemi. Przynajmniej obejmując okolicę plaży.
A już po chwili spoufalał się z jego załogantem. Kapitan nabrał powietrza, po czym mruknął coś pod nosem machając na Miszu ręką. W sumie lepiej, że zaczepia czterorękiego niż jego. Nie musi się z pchlarzem użerać, a gdy wierny mu pirat go zagada to może zgubią kocura.
- Huh? - czteroręki spojrzał pytająco na Tiero, jakby nie wiedział o co mu chodzi. Oczywiście, że skutecznie udawał! Obok nich była ładna syrenka, nie chciał jej odstraszyć!
- A! Hej! - uśmiechnął się pogodnie załogant, po czym dla żartu uciekł jedną prawą ręką by podstawić drugą. - Tamta jest mniej grzeczna – szepnął mrugając do panterołaka znacząco. - Żartuję tylko! Jestem Miszu! - powiedział dumnie.
Wiscari w tym czasie zbliżył się do plaży, a jego spojrzenie spoczęła na nakładających się na piasek falach. Był tak blisko, zaledwie kilka kroków od morza. Mógł wrócić. Nie za kilka chwil, ale właśnie w tej sekundzie, lecz co znaczyło dla niego teraz morze? Pustą przestrzeń, bogatą w całą sieć barwnych gatunków ryb czy koralowców, lecz bez tej jednej, najbardziej znaczącej perły w jego życiu. Bezsens i bezkres. Takie właśnie było teraz morze.
Tylko chciało mu się pić.
- Dominic... - zastanowił się Miszu. - Jakbyś był, co najmniej, królewskim synem. Tierõ brzmi bardziej łajdacko, lepiej ci pasuje – uśmiechnął się szeroko pirat. - A co do dobrej łajby... - Miszu jedną ręką się podparł, drugą podrapał po brodzie, trzecia wisiała gdzieś w powietrzu, jakby gotowa złapać wszystko nad jego głową a czwartą wsunął w kieszeń luźnych spodni.
- Zależy młody czego szukasz, ale zdajesz sobie sprawę, że pozyskując u mnie informacji to takie taaaanie nieee jeeest...
- Nie powinnaś korzystać z życia i młodości? Skakać niczym szalona nastolatka po plaży? - w tle odezwał się Wega, gdy Lexi zaczęła się nudzić i skarżyć. Potem jednak powiedziała coś, co tym bardziej nie podobało się trytonowi. Kapitan westchnął tak ciężko, że przypominało to bardziej charknięcie smoka niż wydech. Znowu zamamrotał pod nosem wysuwając się na przód całego towarzystwa, gdy straż była już zbyt blisko. Swoją osobą i postawą taranował przejście dalej.
Wega spojrzał na grupę z góry mrużąc przy tym ponuro oczy. Miał nadzieję, że to wystarczy by odstraszyć strażników, ale znalazł się wśród nich wyjątkowo szalony rodzynek.
- My... my przyszliśmy po tę dwójkę! - wykrzyknął z odwagą strażnik wskazując najpierw pchlarza, na co Wiscari zareagował z obojętnością, a potem na syrenkę, a tu już trytonowi żyłka wyszła na wierzch.
- A to z jakiego powodu?
- Jako świadkowie!
- Świadków Prasmoka szukaj w świątyni – odparł ironicznie Wiscari.
- Ależ nie! Jako świadkowie niewolnictwa. Wydaję się, że masz z tym coś wspólnego... Przewoziłeś ich w klatkach oraz załatwiłeś Krokusa... - mówił coraz śmielej strażnik zbliżając się do trytona i mierząc go badawczo spojrzeniem. - Musisz mieć z nim coś wspólnego...
- Chyba se kurwa żartujesz moczymordo... - odparł Wiscari wyraźnie rozwścieczony, ale nie drgnął i nie przesunął się chociażby o palec.
- A ta kotka? Co ma z tym wspólnego? - drążył dalej strażnik przywołując na twarzy Wiscariego stężenie i ostatni skrawek opanowania.
- Radzę ci zostawić Kicię w spokoju...

ODPOWIEDZ

Wróć do „Serenaa”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość