[Las otaczający Ruiny] Na co trupom kosztowności?


Miasto które niegdyś tętniło życiem, zniszczone po Wielkiej Wojnie dziś jest miastem nieumarłych... tutaj za każdym rogiem czai się cień. Długie ulice, tajemnicze zakamarki opuszczonych ogrodów i domów. Wampirze zamki, komnaty luster, rozległe katakumby i tajemne mgły zalegające nad miastem. Jeśli nie jesteś jednym z tych którzy postanowili żyć wiecznie strzeż się, bo możesz już nigdy nie wrócić do swojego świata!

Postprzez Primavera » Pn lip 02, 2018 7:40 pm

Wiosenka ucieszyła się, że skręcili właśnie w lewo zamiast iść naprzód. Ich szanse na przeżycie odrobinę wzrosły, a to zawsze lepsze niż nic.

— To nie są magiczne niedźwiedzie — powiedziała, gdy usłyszała mamrotanie idącego z tyłu panterołaka. Gdyby nie to, że musieli iść naprzód w dość szybkim tempie, chętnie by się odwróciła, żeby z nim porozmawiać. Teraz jednak szybka i cicha rozmowa w biegu musiała wystarczyć. Po chwili dodała: — Ale niewykluczone, że czegoś strzegą. Niedźwiedzie się bez powodu nie złoszczą. Tylko wtedy, gdy ochraniają małe. Albo coś innego.

Och. Wiosenka nie do końca wiedziała, co oznaczają słowa Llewallyna i o co może chodzić z tymi ludzkimi śladami. W jej lesie rzadko pojawiali się jacyś ludzie — czasami przejeżdżali przez niego kupcy, lecz poruszali się oni jedynie wyznaczonym szlakiem i z niego nie zbaczali z obawy przed groźnymi zwierzętami. Dlatego też nie miał kto zostawiać dziwnych śladów na ziemi, ponieważ wszystkie były dziełem mieszkańców lasu.

Już co prawda nie słyszeli groźnego powarkiwania, ale niepokój nadal ciążył Wiosence. Miała wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś złego. Nie zaproponowała jednak powrotu, bo to mogłoby być jeszcze gorsze. Jej dłoń zaciśnięta na rękojeści łuku aż zbielała, a słuch wyczulił się na wszystkie dźwięki dochodzące z otoczenia. Wszystko tu pachniało inaczej, wyglądało inaczej — i dźwięki też były zupełnie inne. O ile w lesie słychać było głównie szum wiatru tańczącego wśród liści, śpiew ptaków, basowe rozmowy zwierząt czy trzaski łamanych gałęzi, tak tutaj panowała martwa cisza, przerywana jedynie przez trójkę wędrowców. W lesie było ciepło, zielono, przestronnie i słonecznie, tutaj ściany jaskiń zdawały się na nich napierać, powietrze było duszne, parne, aż śmierdzące.

Gdy po dłuższej chwili Wiosenka usłyszała okrzyk Llewallyna, błyskawicznie się zatrzymała i odwróciła. Niemal nie krzyknęła, gdy jej oczom ukazały się dziwaczne istoty. Pachniały rozkładem i przypominały postacie z najgorszego koszmaru.

O najświętsza Matko Naturo.

Jeszcze nigdy w całym swoim niedługim życiu Wiosenka nikogo nie zabiła. Miała za dobre serce, żeby polować na zwierzęta, nie miała też w lesie absolutnie żadnych wrogów. Teraz jednak nie wyglądało na to, żeby te dziwaczne istoty miały dobre zamiary. Było ich pięciu, lecz tyle wystarczyło, żeby pewność siebie Wiosenki spadła do zera.

Gdy tylko ich towarzysz poległ, istoty rzuciły się na trójkę towarzyszy z dziwacznymi, ptasimi okrzykami, tak przenikliwymi, że Wiosenkę momentalnie rozbolały uszy. Niemalże odruchowo wpakowała w szyję jednego z nich strzałę, ale drugi zdołał dotknąć jej ramienia i je prawie złamać. Jego skóra była obślizgła, pokryta jakimś śluzem, i Wiosenka się wzdrygnęła, próbując zrzucić z siebie przeciwnika. Nie miał oczu, ale zadawał zadziwiająco celne ciosy, więc wszystko to sprawiało bardzo upiorne wrażenie. Ostre pazury przeorały skórę maie, która tylko cudem zdołała wyciągnąć z kołczanu strzałę i wbić ją w plecy stworzenia. Wyglądało na to, że ci mieszkańcy jaskiń nie należą do zbyt silnych istot, skoro nawet ona zdołała pokonać jedną z nich, a nie uważała się za mistrza sztuk walki.

Gorzej, że teraz zranione ramię zaczynało boleśnie piec i za nic w świecie nie chciało się zregenerować.
Avatar użytkownika
Primavera
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Caitriona,
Rasa: Maie lasu
Aura: Ulotna i delikatna aura o pięknej barachitowej barwie, która rozpływa się wokół niczym delikatny leśny wiatr. Kolor jej jest jednolity, a siła emanacji jest równie delikatna jak jej wygląd i odpowiada młodemu wiekowi. Lśniąca ametystowa poświata odbija się w gładkich połaciach, komponując się z przyjaznymi odczuciami jakich tu doświadczysz. Tutejszy zefir nie tylko gładzi twoją skórę swoimi miękkimi powiewami, giętko przemykając między palcami i włosami, ale i cichutko szepcze zmysłowo. Niesie też silny i kwaskowy zapach kwiatów oraz miodu, który z łatwością lepi się do ust. Gdy spróbujesz dotknąć wiatru początkowo wyda się on delikatnie tępym, by szybko rozwiać się między palcami, znikając bezpowrotnie.
Wygląd: Kiedy stajesz w pobliżu niej, w pierwszej chwili czujesz zapach ziół. Dopiero potem twój wzrok wędruje do twarzy, na której zawsze malują się niewinność i odrobina zagubienia. Po chwili uznajesz, że jest piękna; drobna, delikatna, lecz piękna, z pełnymi, czerwonymi ustami, jakby stworzonymi do całowania, niebieskimi oczami, zawsze pełnymi ciepła, z czarnymi, miękkimi włosami ... (Więcej)

Postprzez Malthael » Pt lip 06, 2018 6:32 pm

Zatrzymał się, gdy panterołak tak nagle powiedział im, żeby to zrobili. Ciekawiło go, o co mogło chodzić… i szybko się tego dowiedział. Jakaś istota skoczyła na plecy Llewallyna. Malthael musiał dokładnie przyjrzeć się temu stworzeniu, a przynajmniej tej części, która wystawała zza pleców zmiennokształtnego, i dopiero wtedy przypomniał sobie, że może to być troglodyta. Istoty te, raczej, nie żyją samotnie, więc jeśli jeden zaatakował ich grupę ,oznaczało to, że prawdopodobnie zaraz zjawi się tu też więcej osobników. Nie wyglądają na duże zagrożenie, jednak prawdą jest to, że mogą być dość niebezpieczne.
         – Troglodyci – powiedział tylko. Odruchowo chciał sięgnąć po miecz, jednak „na oko” ocenił wymiaru tunelu, w którym teraz stoją i stwierdził, że walka mieczem długim może się tu nie udać… Pozostała mu walka wręcz i wykorzystanie nadludzkiej siły, aby pozbyć się zagrożenia. Tak, wątpił w to, żeby troglodyci byli silniejsi od niego – dlatego też miał nad nimi przewagę wzrostu i siły, chociaż domyślał się, że mogą okazać się naprawdę dobre w wykonywaniu uników. Stworzenia te były ślepe, jednak to oznaczało, że ich inne zmysły były jeszcze bardziej wyostrzone.

W czasie, gdy panterołak zabił troglodytę siedzącego na jego plecach, do akcji włączyła się pozostała grupa tych stworzeń – składała się ona z pięciu osobników, który wyglądały na trochę większe niż ten już zabity i, chyba, miały też trochę ciemniejszą skórę… chociaż i tak były tak samo paskudne, jak ich martwy towarzysz.
Trzeba było działać – i to szybko – bo inaczej stanął się pokarmem dla tych istot. Chciał skoczyć do przodu, żeby oddzielić od nich maie, jednak nie udało mu się tego zrobić. Nie spodziewał się, że dziewczyna podejmie walkę – głównie ze względu na to, że posługiwała się łukiem, a aktualnie nie czekała ich walka dystansowa… Jednak Primavera podjęła decyzję inną, niż on podejrzewał i zaczęła wbijać strzały w ciała wrogów. Udało jej się jednego zabić, a drugiego zranić dość poważnie, chociaż sama też została ranna. Upadły złapał maie za ramię i odciągnął w swoją stronę, dzięki temu pazury troglodyty, którego raniła strzałą, przecięły powietrze, a nie jej ciało.
         – Zostań tu i zajmij się swoją raną… My zajmiemy się troglodytami – powiedział do niej i przeszedł obok niej, zostawiając ją teraz za swoimi plecami. Od razu kopnął ranne stworzenia, a to wpadło na ścianę tak niefortunnie, że odgłos pękających kości rozszedł się po tunelu, a istota już nie wstała z podłoża. Malthael podwinął rękawy koszuli, mniej więcej, do łokci. Właściwie, chciał zrobić to jakiś czas temu, jednak jakoś wyleciało mu to z głowy, gdy wylądował w lesie, w którym to wszystko się zaczęło. Mimowolnie wykonał po trzy gesty lewą i prawą dłonią, a te po chwili zaczęły płonąć magicznym ogniem. On… właściwie nie był pewien, jak to zrobił – wydawało mu się, że jego umysł w tamtej chwili zaczerpnął z wiedzy, którą on sam miał jeszcze zablokowaną i o niej nie wiedział. Cóż… może po walce sobie przypomni. Wyglądało na to, że w jakimś stopniu znał magię ognia. Miał też już pomysł, jak może wykorzystać „płonące pięści” w walce z troglodytami. Może będzie to trochę brutalne, jednak na pewno skuteczne.
Zostało ich trzech i był anioł liczył na to, że Llewallyn poradzi sobie z, przynajmniej, jednym z nich. Upały ruszył prosto na jednego z troglodytów, zrobił krok w bok, unikając przy tym pazurów stworzenia i od razu przykucnął lekko, aby natychmiastowo po tym wbić płonącą pięść prosto w bok przeciwnika. Uderzył, mniej więcej, na wysokości, na której powinno znajdować się serce stworzenia, przy tym cios był na tyle mocny, że wbił się w ciało. Malthael szarpnął ręką w tył, wyciągając ją z ciała troglodyty, który przez krótką chwilę stał w bezruchu, a później padł martwy na podłoże. Magiczny ogień miał tak wysoką temperaturę, że krew troglodyty szybko wyparowała i na pięści upadłego nie było po niej najmniejszego śladu. Od razu skoczył w tył, opierając się plecami o ścianę – nie mógł już się cofnąć, jednak udało mu się uniknąć pazurów troglodyty. Z nim chciał zrobić to samo, co z jego poprzednikiem, jednak ten troglodyta uniknął pierwszego ciosu, a pięść upadłego przecięła powietrze z dźwiękiem podobnym do tego, który wydaje ogień, gdy nagle zaczyna poruszać nim silny wiatr. Druga ręka wystrzeliła błyskawicznie, chociaż ona także trafiła w powietrze. Troglodyta wyglądał na zadowolonego, co tylko sprawiło, że upadły chciał go zabić jeszcze bardziej. Znaczy… wiedział, że w końcu go trafi i pięścią wyciągnie z niego życie, jednak wcześniejszego załatwił od razu, a z tym musi się trochę pomęczyć. Nie to, żeby nie doceniał dobrego przeciwnika – nawet, jeśli był to troglodyta, którego poziom inteligencji był daleki od poziomu inteligencji zwykłego człowieka – jednak wolałby już pozbyć się tych stworzeń i ruszyć dalej. Mężczyzna kopnął w bok, kucając przy tym i próbując podciąć przeciwnika, jednak ten podskoczył w ostatniej chwili. Przez chwilę wydawało mu się, że troglodyta wyląduje nagle na jego nodze i zrani go albo nawet złamie mu kończynę, ale tak się nie stało. Mal wpadł na pewien plan, który niekoniecznie może się udać… ale warto będzie spróbować.
Kilka razy uderzył bez większego zamiaru trafienia, aby mniej więcej dowiedzieć się, jakie uniki wykonuje troglodyta. Dopiero po tym bardziej przyłożył się do ciosu, mimo że wiedział, iż przeciwnik go uniknie – ten cios i tak nie był ważny, bo najbardziej liczył się ten, który nastąpił chwilę później… Płonąca pięść Malthaela zniknęła na chwilę w ciele troglodyty. Przeciwnik upadłego padł martwy na kamienne podłoże tunelu, krótko po tym, jak ten wyciągnął pięść z jego ciała.
         – Wszyscy cali? Co z twoją raną? - zapytał, drugie pytanie kierując do maie. Wyprostował się, gdy przypomniał sobie, że z troglodytami walczył lekko skulony, a magiczny ogień zniknął z jego pięści. Zagrożenie minęło, a oni mogli ruszać dalej, jeśli upewnią się, że wszystko z nimi w porządku.
Avatar użytkownika
Malthael
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Salazar, Constantin, Seviron,
Rasa: Upadły anioł
Aura: Niezwykle potężna emanacja zdaje się wręcz pulsować drzemiącą w niej mocą. W porównaniu do niej, ciemna i pozbawiona blasku szmaragdowa poświata nie jest zbyt dobrze widoczna. Aura uderza w zmysły gradem impulsów. Głośnym trzaskom płomieni towarzyszy uczucie nieznośnego gorąca i suchość w ustach. Podmuch od niej bijący niesie ze sobą zawodzenie wiatru i szept liści. Podstawowym jednak jej zapachem jest mocny swąd smoły, spod którego tylko niezwykle czuły nos wychwyci pozostałości po przyjemnej woni mirry. Powierzchnia emanacji gnie się na wszystkie strony i faluje, jakby chwaląc się własną elastycznością, jednak pod wpływem dotyku twardnieje niczym klinga miecza. Chociaż jej powierzchnia jest przyjemnie gładka i aksamitna, należy uważać na jej niezwykle ostre krawędzie. Nieciekawy gorzko-słony smak nie pozostawia po sobie dobrego wrażenia, zaskakuje jednak swą zmiennością, będąc raz pikantnym, a raz łagodnym dla podniebienia. Przyjemna dla oka okazuje się kolorystyka emanacji. Aura jest bowiem w całości i niezwykle równomiernie pokryta żelazną farbą. Dopiero na niej ktoś długimi pociągnięciami pędzla namalował srebrne i kobaltowe szlaki, przeplatające się wzajemnie.
Wygląd: Jest wysokim, bo mierzącym sobie niespełna sześć i pół stopy, mężczyzną o skórze pokrytej lekką opalenizną, którego wygląd na pewno nie odzwierciedla jego prawdziwego wieku, lecz o tym mało kto wie. Budowę jego ciała można określić mianem atletycznej, jednak widać, że podąża ona w kierunku umięśnionej. Upadek sprawił, że rysy twarzy anioła stały się nieco ... (Więcej)

Postprzez Llewallyn » Wt lip 17, 2018 7:42 pm

Na odpowiedź maie podrapał się po brodzie. Co prawda ufał jej, choć tylko w niewielkim stopniu. To, że ładnie pachniała, zachowywała się wobec nich przyjaźnie i wyglądała na dobrą osobę nie zmieniało faktu, że wciąż była kimś obcym. Upadły może i stracił pamięć, ale nie zmienił się całkowicie, toteż jemu Llewallyn ufał bardziej. Może aż za bardzo.
Ale z jakiego powodu dziewczyna miałaby kłamać?

"Troglodyci?"
Stanął w miejscu, przez chwilę zastanawiając się nad słowem, wypowiedzianym przez upadłego. Nigdy nie słyszał o takich istotach, ani ich nie spotkał. Pomyślał, że kiedy już wróci do Rapsodii, poszpera trochę w tamtejszej bibliotece na ich temat.
Wyrwał się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy Wiosenka została zaatakowana. Zdenerwowany na siebie i rozkojarzony, nie zauważył, kiedy jedna z tych marnych istot popędziła w jego stronę. Dopiero wtedy, gdy jej szpony znalazły się kilka centymetrów od jego karku, odezwał się zwierzęcy instynkt, a panterołak błyskawicznie przykucnął, unikając śmiertelnego ciosu. Po chwili wyrwał strzałę, którą kilkanaście sekund temu wbił w głowę mniejszego troglodyty i przeturlał się na bok, tym samym oddalając się nieco od przeciwnika i wyrównując swoje szanse w tej walce. Spojrzał na grot i skrzywił się, gdyż ten był zniszczony. Nie zastanawiając się zbyt długo, podszedł do napastnika i szybko wił mu strzałę w lewe ramię. Ten co prawda zaskowyczał, lecz opanował ból i rzucił się na zmiennokształtnego. Mężczyzna jednak nie dał się ponownie zdezorientować i uskoczył na bok, po czym obezwładnił go celnym ciosem w szyję, obezwładniając tym samym wroga. Gdy ten leżał na deskach, Llewallyn nie czekając, aż odzyska przytomność, złapał go za łeb i z całej siły uderzył nim o ziemię. Zepsutą strzałę pozostawił w ciele troglodyty wiedząc, że i tak na nic mu się już nie przyda.
Pozostało już tylko patrzenie, jak upadły unieszkodliwia następnego swoimi ognistymi pięściami. Nie wiedział, że anioł potrafi tak robić, ale pewnie kiedyś ich nie używał, z powodu możliwości posługiwania się mieczem. W końcu wtedy znajdowali się na otwartej przestrzeni, a teraz są w ciasnych, cholernie niewygodnych tunelach. Łuk panterołaka oraz ten maie również się na nic nie przydadzą, toteż do walki pozostały im już tylko strzały... i szpony śnieżnej pantery.

Spojrzał na Primaverę i podszedł do niej marszcząc przy tym brwi. Paskudna rana.
- Te stwory... śmierdziały zgnilizną i rozkładem. Nie możemy się łudzić, że nie wdała się w twoją ranę żadna infekcja. Nawet, jeśli ci... troglodyci? - Spojrzał pytająco na Magnusa, mając nadzieję, że zapamiętał ich nazwę. - Nie byli czymś zainfekowani, to to miejsce nie jest pierwszej świeżości. - Bardzo jej współczuł. Parę razy zadrapał go wilk, a w lesie skażenie może cię dotknąć lada moment. Jednak w pobliżu zwykle był jakiś medyk, toteż nie musiał się zbytnio tym przejmować. Ale teraz... nie miał pojęcia co zrobić. Chciał jedynie wierzyć, że maie są odporni na takie skażenia.
Avatar użytkownika
Llewallyn
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Latro,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Nie najmłodsza już i lekko wytarta, dominująca tutaj cyna błyska wyraźnie, splatając się ze wstęgowymi, soczystymi łanami barachitu. Sama aura wydaje się być umiarkowanie ostrożna, ale nie wroga, wręcz przeciwnie. Szafir, który lśni pogodnie odbijając się w gładkim metalu dodaje jej łagodnego posmaku i nieco otwartości. Panuje tutaj zupełny bezdźwięk, ale niby w zamian, otoczenie wypełnia intensywny zapach mokrej ziemi poruszonej krokami wędrowca oraz czegoś jeszcze. Po chwili w drugiej gorzkawej nucie rozpoznasz woń mokrej panterzej sierści. Jako ostatni smaczek pojawi się odrobina kwaskowości, którą ledwo da się rozpoznać. Szybko jednak zastąpi ją wyraźna lepkość, zupełnie jakby chciała ona ją zakryć. Gdy spróbujesz dotknąć ciekawych wzorów cały czas powoli pływających przed twoimi oczami, wyczujesz ostre brzegi i ich dość twardy opór. To jednak co na koniec najbardziej przyciągnie twoją uwagę, to będzie niespotykana wręcz giętkość, kończąca prezencję tej aury.
Wygląd: Postać ludzka: Llewallyn to mężczyzna o średnim wzroście i szczupłej sylwetce. Ma niezwykle bladą, wręcz białą, skórę.
Posiada długie, proste, gęste i białe włosy. Jego twarz jest podłużna, policzki chude, a kości policzkowe wydatne. Ma dość duże, bladoniebieskie oczy i białe rzęsy. Jego brwi są białe, a łuk brwiowy znajduje się dość wysoko, przez co wygląda, ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Ruiny Nemerii

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron