[Uliczki miasta] Podróże bawią i uczą


Podczas Wielkiej Wojny Aeria została zrównana z ziemią, jedyne co po niej pozostało to sterta gruzów. Zanim Wielka Armia dotarła do miasta Król ewakuował ludność w góry, sam zaś zginą broniąc bram miasta. Po wojnie Aerczycy postanowili odbudować miasto, dziś na jego gruzach powstała Nowa Aeria - piękne, przyjazne, nowe miasto, niesplamione jeszcze żadną wojną.

Postprzez Cętka » Śr gru 27, 2017 8:24 pm

        Odkrywanie nieznanych sobie krain i kultur może być wspaniałą przygodą, pozwalającą poszerzać własne horyzonty. Podróż na niewielkim wozie ciągniętym przez silnego konika w towarzystwie sześciu przewodników i obrońców jadących obok wierzchem powinna być wygodna oraz bezpieczna. Chyba, że odbywa się ona w ciasnej klatce nakrytej ciężką plandeką, a na domiar złego nadgarstki, szyję oraz kostki obejmują stalowe obręcze, które wcale nie mają służyć za ozdobę. Nawet, jeśli dodać do tego błyszczący łańcuch. Sytuacji nie poprawia też, jeśli towarzysze w rzeczywistości są handlarzami niewolników, a sam podróżnik tylko żywym towarem.
        W takiej właśnie sytuacji znajdowała się Cętka. Daleko od domu, pozbawiona od dobrych kilku dni widoku jakiejkolwiek przyjaznej twarzy. Właściwie w ogóle niewiele widziała, pomijając gruby, poplamiony materiał skrywający jej więzienie. Usiłowała nasłuchiwać, ale rozmowy pilnujących ją bandytów niewiele pomagały. Jak dotąd nauczyła się rozumieć tylko trzy słowa w ich barbarzyńskim języku. A i to tylko dlatego, że wcześniej znajdowała się w większej grupie porwanych, z których jeden był w stanie przetłumaczyć część bełkotu obcych. Dzięki temu dowiedziała się, co dokładnie znaczyły najczęściej używane wobec niej zwroty czyli "masz", "jedz" oraz "choć". Tak przynajmniej brzmiały w jej uszach. Początkowo próbowała szarpać się, czy korzystać z każdej okazji do ucieczki, ale dłuższa głodówka, czy niewypuszczenie z klatki choć rano i wieczorem, by mogła wypróżnić się w jako-takich warunkach szybko nauczyły panterołaczkę minimum pokory. Dni wlokły się jej niemiłosiernie, wymuszając odkrywanie nowych metod zwijania się na mocno ograniczonej przestrzeni tak, by ulżyć obolałemu kręgosłupowi mimo łańcucha krępującego ruchy. Wóz trząsł się na drodze w rytm uderzeń kopyt, mężczyźni dowcipkowali między sobą, a gdy tylko dziewczyna wydawała im się za głośna lub próbowała unosić plandekę, któryś uderzał mocno w pręty grubym kijem lub bronią schowaną w pochwie. Często celowali przy tym w jej palce, czy ogon, jeśli tylko wysunął się z zamknięcia. Jedynie o świcie i zmroku miała szansę na drobną odmianę. Wtedy zwykle wyciągali ją na chwilę na zewnątrz, by nie musieć znosić odoru fekaliów oraz wcisnąć jej w ręce odrobinę suchego prowiantu czy kubek wody.

        Wszystko uległo dość istotnej zmianie jednego wieczoru, już po rozbiciu obozowiska. Uroczy towarzysze Cętki pozwolili sobie na drobne rozprężenie i podawali między sobą bukłak z chlupoczącą zawartością, z którego zdrowo popijali. Patrząc na ich dalsze zachowanie, musiała być ona dość mocnym alkoholem. Nawet nie zareagowali, gdy zmiennokształtna uniosła nieco skrywający ją materiał, choć kilkukrotnie patrzyli prosto na nią. Jeden wręcz uniósł w jej stronę naczynie w geście toastu. Najpewniej opijali przyszły utarg. Dziewczyna obserwowała długo, jak bandyci stawali się coraz weselsi w miarę, jak ubywało trunku. Wreszcie postanowiła zaryzykować i spróbowała dosięgnąć swoich rzeczy zawiniętych w derkę i leżących na wozie niedaleko niej. Napinała łańcuch, aż stalowa obroża zaczęła wżynać się boleśnie w szyję i już niemal była w stanie dotknąć opuszkami palców pakunku, gdy poczuła mocne uderzenie w dłonie. Jeden z handlarzy, na oko najmłodszy o dziwnych, lekko spiczastych uszach, zwyczajnie dał jej po łapach, jak nieposłusznemu dziecku. Panterołaczka bez większego namysłu ryknęła bezdźwięcznie na mężczyznę, zademonstrowawszy ostre zęby, i zwyzywała go w swoim języku, cofając się bardziej w głąb klatki. A on, rozochocony i pewny siebie, wsadził dłoń przez pręty, by wytarmosić ją za policzek.
        W efekcie mgnienie oka później można było usłyszeć gardłowy, koci warkot, cichy trzask pękającej kostki, pełen bólu i strachu męski wrzask, szamotaninę i dwa głuche uderzenia świadczące o rozdzieleniu się dwóch ciał, z czego jedno walnęło o solidne pręty, a drugie upadło na ziemię. Rozdrażniona Cętka zwyczajnie odgryzła serdeczny palec nadmiernie dotykalskiemu porywaczowi. Zadowolona  z tego drobnego zwycięstwa, rozgryzła go jeszcze złośliwie, po czym wypluła.
        Swój błąd pojęła bardzo szybko. Podczas, gdy jeden z jej "przewodników" opatrywał towarzysza, reszta postanowiła zabezpieczyć się przed dalszymi wypadkami. Dociśnięta do podłogi swojego więzienia drzewcem jej własnej dzidy miała niewielkie pole do manewru, więc założenie jej na usta oraz nos czegoś w stylu skórzanej chusty z dziurą zabezpieczoną siatką dość grubych metalowych prętów poszło bardzo sprawnie. Tak samo, jak zabezpieczenie zapięcia kłódką. Dodatkowo szeroki pas przecinał pionowo jej twarz, przechodził przez szlufki z tyłu oraz przodu konstrukcji i był mocowany oboma końcami do obroży. Nawet w najgorszych koszmarach dumna pantera nie spodziewała się, że skończy w kagańcu. I to w swojej ludzkiej postaci!
        Kolejnego wieczoru zmiennokształna postanowiła dopiec swoim oprawcom za taką zniewagę. Nowa "ozdoba" sprawiła, że jedzenie było niewygodne i mogła co najwyżej warczeć, czy porykiwać, ale nie była w stanie tak łatwo ugryźć. Wciąż jednak mogła otwierać usta, więc całą kolejną noc postanowiła poświęcić głośnemu śpiewaniu. Sama spała bardzo źle od dnia opuszczenia osady, czując się osamotniona i wystraszona. Więc dlaczego niby jej wspaniali towarzysze mieliby się wyspać? Nie doceniła ich jednak i nie przewidziała, że kolejny pasek przymocowany do kagańca zostanie przeciągnięty pod jej brodą i dociśnięty na tyle mocno, że nie mogła nawet zazgrzytać zębami. Łowcy zdejmowali jej go tylko na potrzeby umożliwienia jej zjedzenia kilku kawałków sucharów. Choć samego kagańca nie zdjęli ani razu.

        Dwa dni po incydencie z niedocenionym koncertem niewielka karawana dotarła do miasta. Cętka zrozumiała, że coś się zmieniło dzięki nowym dźwiękom oraz zapachom, które zaczęły stopniowo ją otaczać, pokonując gruby materiał, przez który nie mogło przedrzeć się słońce. Podkowy zaczęły stukać znacznie bardziej rytmicznie, nieustannie trafiając na duże kamienie, jakby ktoś celowo wyłożył nimi drogę. Obco brzmiące słowa atakowały dziewczynę z każdej strony, wypowiadane różnymi głosami. Czasem słyszała nawet krzyki, które kojarzyły się tylko z nawoływaniem. Nieznane wonie zachęcały do węszenia, a choć w pierwszej chwili czuła tylko odór ogromnej masy ludzi, z czasem zaczęła wyłapywać też bardziej smakowite zapaszki. Z pewnym trudem przełknęła ślinę na myśl o porządnym posiłku. Kilkukrotnie próbowała unosić plandekę, by dostrzec cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić te zmiany w otoczeniu, ale za każdym razem zauważała jedynie okaleczonego przez nią mężczyznę, który tylko czekał na taką okazję i uderzał solidnie w pręty lub wręcz dźgał biedaczkę końcem buławy, szczerząc w złości zęby. Co wcale nie zniechęcało aż tak bardzo przed ponownymi próbami. W końcu może ktoś zlitowałby się nad uwięzionym panterołakiem... Przy jednym z podejść do obejrzenia otoczenia zapomniała się na tyle, że spod materiału wysunął się puchaty, pokryty cętkami ogon. A zaraz później dziewczyna pisnęła na ile pozwalała jej konstrukcja unieruchamiająca szczękę i wciągnęła go znów do środka, poczuwszy silne pociągnięcia za delikatną kończynę.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Śr gru 27, 2017 9:57 pm

Jakiż powód może kierować człowiekiem przy odwiedzaniu miasta, będącego sercem handlu całego kontynentu, skupiskiem największej ilości kupców i towarów w promieniu, cóż... bardzo wielu smoków, gdzie można kupić niemal wszystko, co tylko dusza zapragnie? Tak, dokładnie! Rzecz jasna chęć przyjrzenia się plutokratycznemu ustrojowi państwa, relacji pomiędzy dzierżącymi władzę, a będącymi przez władzę dzierżonymi oraz rozłożeniu swych obserwacji na czynniki pierwsze, a następnie skonfrontowaniu ich ze swoją wizją idealnego świata. W sumie tak banalne, że nawet nie powinno zaistnieć o to pytanie.
        Malawiasz szedł w swym kruczym stroju pośród kolorowego tłumu przybyszy ze wszystkich stron Alaranii. Niesamowita mieszanka kulturowa, ogrom osób przeglądających rozmaite towary i pobrzękujący monetami, tak zajęta gonieniem za towarem, że nie zwracali nawet uwagę na nietypowo ubranego mężczyznę. Poprawka, kilka osób zwróciło. Ale chyba wzięli go za swego rodzaju artystę. Spojrzał na nich, po czym podesłał im umysłom wizję ciemniejącego nieba. To wystarczyło, aby zaczęli być znacznie mniej zainteresowani jego osobą.
        Nie, zdecydowanie nie podobało mu się to, co widział. Miejsce to przyciągało wszelkiego rodzaju, za przeproszeniem „popaprańców” z całej Alaranii, oddanych pogonią za pieniądzem i schwytanych w szpony materializmu. Rządzący zdecydowanie nie polepszali sytuacji. Grono najbardziej bogatych kupców, związanych ze sobie jedynie jedwabistymi nićmi zysku, nie odpowiadający przed nikim i niczym. Co prawda starali się zaprowadzić porządek, jednakże... mężczyzna rozejrzał się. Gwar, hałas, wykłócający się kupcy... Malawiasz uważał to za czysty chaos.
        Nagle, tuż przed jego nosem, znikąd pojawił się koń, ciągnący niewielki wóz. O tym dokładnie myślał Malawiasz! Zaprzęgi jadące jak gdyby nigdy nic po ulicy pełnej ludzi tak zaabsorbowanych złotem, że nawet nie zauważyliby swojej śmierci. Mężczyzna odsunął się, zerkając jednocześnie na wóz, przykryty ciemną plandeką. Wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Spod materiału wysunął się ogon, koci, ale zdecydowanie różniący się od tego, które Malawiasz miał okazję widzieć. ”Wiozą w tej klatce jakiegoś drapieżnego kota?”, zastanowił się, choć widział tego dnia tyle paskudnych dziwów, że nie zdziwiło go to aż tak. Zrobiło to coś innego. Mężczyzna jadący obok niespodziewanie szarpnął za ów rzekomy ogon, a z wnętrza dobiegł pisk. Wyjątkowo ludzko brzmiący pisk.
        Malawiasz poczekał chwilę, po czym ruszył za powozem. Rozważał różne możliwości w głowie. Wszystkie niezbyt mu się podobały. Inaczej. Podobały mu się strasznie, gdyż dawałyby mu doskonałe zajęcie i okazję, aby uczynić świat chociaż trochę lepszym miejscem. Jednak nie zamierzał zadowolić się samym zgadywaniem. Wóz jechał pośród tłumu ludzi, więc nie mógł poruszać się szybko, dogonienie go nie było problemem. Malawiasz chwycił materiał i uniósł jego kawałek, po czym rozszerzył oczy ze zdziwienia. Wpatrywał się w doprawdy osobliwe zjawisko. Dziewczynę, dosyć młodą, o kocich uszach i ogonie, w dodatku zakutą w kajdany i z kagańcem na twarzy. Przyglądał jej się kilka sekund, aż nagle ktoś szarpnął go za ramię, przez co puścił plandekę, która opadła ponownie.
- Hej, czego szukasz? - zapytał elfi jeździec, patrząc na niego wściekłymi oczami, w których pojawiła się nuta zdziwienia, gdy ujrzał maskę. Malawiasz zuważył, że trzymającej go dłoni brakuje kilka palców. ”Interesujące”, pomyślał, a przed oczami stanął mu kaganiec.
- Dokąd ją wieziecie?
        Przedarcie się do umysłu elfa nie było zbytnim wyzwaniem.
- Do zachodniej dzielnicy, na przetarg niewolników, odbywa się w „Klubie Sokolego Pióra”, dziś wieczór, tylko na zaproszenie.
        Może nawet nieco przesadził z siłą, z jaką wpłynął na jego mózg.
- Nigdy mnie nie widziałeś.
- Nigdy cię nie widziałem.
        Puścił ramię Malawiasza i pojechał dalej, choć nieco skołowany. Nawet całkiem mocno nieco. Sam mężczyzna w kruczym stroju stanął zaś w miejscu, popychany z lekka przez tłum, przyglądając się oddalającemu się wozowi i wciąż niemal widząc dziewczynę przed swoimi oczami. Spojrzał na niebo. Do wieczora nie było tak daleko.

Kiedy powóz wjechał do zachodniej dzielnicy, tempo jazdy znacznie się zwiększyło. Albowiem dzielnica owa cieszyła się znacznie mniejsza popularnością niż pozostałe, przynajmniej dla zwyczajnych klientów. To bowiem tutaj zwykło się załatwiać wszelkiego rodzaju podejrzane transakcje, za poprzednim opłaceniem się u rządzącego nią magnata, który był nad wyraz wyrozumiały, jeżeli chodzi o nielegalny handel. Nie trwało więc długo, gdy karawana minęła „Klub Sokolego Pióra”, który był wcale okazałą budowlą, i skierowała się na jego tyły, gdzie znajdował się skład serwowanego wewnątrz towaru. Stanęła przed wielką bramą, tak typową dla stodół i magazynów. Pilnowało go dwóch najemników po obu jej stronach oraz kusznik, widoczny przez okno. Nie byli zbytnio skupieni, ten przy oknie swobodnie palił fajkę, nie zareagowali także zbytnio nerwowo na widok nadciągających. Wprost przeciwnie.
- Najwyższa pora! - wykrzyknął kusznik, a jego towarzysze przed bramą zabrali się za otwieranie jej na oścież. - Dobrze, że się nie spóźniliście. Szef się ucieszy na wasz widok, już zaczynał się denerwować.
        Wóz wjechał do środka, a eskortujący go podążyli za nim już pieszo, zostawiając konie stajennemu (nie jakiemuś tam brudnemu chłopcu, a zawodowcy, ha!). Zatrzymali się w pierwszym wolny miejscu, jakie znaleźli, po czym jeden z nich ściągnął z klatki plandekę. Oczom Cętki ukazało się dosyć sporych rozmiarów pomieszczenie (szerokie na trzydzieści stóp i długie na czterdzieści pięć), zapełnione klatkami, w których znajdowały się wszelkiego rodzaju istoty. W większości byli to ludzie i elfy, ale dało się uraczyć także dosyć dużo naturian i zmiennokształtnych, a nawet jedną pokusę. Nie mogła jednak długo się temu przyglądać, bo po chwili jeden z pilnujących ją mężczyzn, ten najbardziej przywódczy, otworzył klatkę i chwycił panterołaczkę za ramię, dosyć mocno, po czym wyciągnął na zewnątrz. Drzwi składu zdążyły się dawno zamknąć, więc była uwięziona w środku. Następnie zaczął prowadzić ją do drzwi, znajdujących się po przeciwnej stronie pomieszczenia.
        Cętka miała okazję przyjrzeć się większości uwięzionych istot, które różnie reagowały na jej widok. Niektóre przyglądały się ze zdziwieniem i zainteresowaniem, inne ze współczuciem, a inne odwracały wzrok, zbyt załamane przez niewolę. W końcu jednak panterołaczka została doprowadzona do drzwi, do których ciągnący ją mężczyzna zapukał, wyjątkowo grzecznie.
- Wejść! - rozległ się dosyć gniewny krzyk.
        Przełknął ślinę, po czym otworzył drzwi i wepchnął Cętkę przodem, po chwili wchodząc za nią. Wnętrze wyglądało na biuro, choć wyjątkowo nietypowe. Pod ścianą stał stół przykryty dużą ilością papierów zapełnionych liczbami. I to był jedyny element wskazujący, że ktokolwiek tutaj pracuje. Bowiem ściany pomieszczenia w połowie zakrywały obrazy miasta, w połowie zaś wielkie szafy. Po podłodze walały się ubrania, a na drugim krańcu pomieszczenia stał człowiek w jedwabnych spodniach i koszuli, a także kubraku zdobionym pozłacanymi nićmi. Przyglądał się w lustrze, w którym widocznie dostrzegł Cętkę, gdyż momentalnie się odwrócił, a na jego ustach wymalowało się zadowolenie, w oku pojawił się błysk. I tyle właściwie można było dostrzec, gdyż resztę twarzy zasłaniała mu czarno-złota maska.
- Nareszcie – wykrzyknął i szybkim krokiem podszedł do panterołeczki, przyglądając jej się z zadowoleniem. - Dobrze się spisaliście.
- Jesteśmy zawodowcami – stwierdził mężczyzna, który postanowił puścić ramię Cętki.
- A zawodowcy mają swoją cenę – odpowiedział zamaskowany, po czym podniósł ze stołu sakiewkę tak zapełnioną, że złote monety niemal przedzierały się przez materiał i podał rozmówcy. - Możesz iść.
        Ten ukłonił się mało zręcznie, po czym wyszedł z pokoju, zatrzaskując drzwi. Mężczyzna w masce spojrzał na Cętkę, po czym wyciągnął dłoń i pogładził nią panterołaczkę po policzku, a następnie zrobił coś, czego zdecydowanie ta nie mogła się spodziewać.
- Nareszcie tutaj jesteś – odezwał się w języku, który o dziwo Cętka potrafiła zrozumieć. Przeniósł dłoń na kaganiec i przystąpił do rozpinania go. Po chwili z brzękiem upadł na podłogę. - Jak minęła podróż? Mam nadzieję, że zbytnio się nie dłużyła. Jesteś może głodna? Spragniona? Jakieś inne zachcianki? Spokojnie, mamy duuużo czasu na spełnienie ich. Ale najważniejsze. - Cofnął się i rozłożył ramiona. - Jak twe kobiece oczy oceniają mój ubiór?
        Spoglądał na nią w cichym oczekiwaniu, ale w jego oczach dało się dostrzec iskierki podniecenia.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » So gru 30, 2017 3:20 pm

        Po podstępnym pociągnięciu za ogon, biedna Cętka skuliła się na środku swojej klatki, przyciskając bolącą kitę do piersi. Tak nie należało traktować absolutnie nikogo! Po prawdzie nie była już opiekunem swojego plemienia, żywym wcieleniem potężnego ducha przodka, ale zasługiwała na chociaż odrobinę szacunku. Z rozmyślań nad jej marnym losem wyrwał dziewczynę szelest unoszonego materiału. Spojrzała czujnie w tamtym kierunku i aż podskoczyła w miejscu, zrywając się na nogi. Po prawdzie jej więzienie było na tyle niskie, że zamiast wyprostować się, czy choćby wstać, musiała pozostać na czworaka, ale wystarczyło, by wygięła grzbiet w łuk. Oparła skute łańcuchem dłonie, rozłożywszy szeroko lekko podkurczone palce. W zwierzęcej postaci już zgrzytałaby pazurami o metal, ale kajdany całkowicie uniemożliwiały jej przemianę. Były zwyczajnie zbyt ciasne i grube kocie łapy nie pomieściłyby się w nich, przez co mogłaby je uszkodzić. Albo udusić się, biorąc pod uwagę, jak szeroki kark miała pantera.
        W takiej pozie gapiła się z szeroko otwartymi oczami i czujnie postawionymi uszami na ptasi dziób, który zaglądał pod plandekę. Ta wzajemna obserwacja trwała raptem chwilkę, ale dostatecznie długo, by zmiennokształtna chlasnęła się po bokach długim ogonem, a nawet przesunęła odrobinę do przodu. Była niemal pewna, że ten nietypowy łeb był jakimś rodzajem maski, ale pierwszy raz widziała coś takiego i chciała przyjrzeć się dokładniej dziwowi. Niestety, nie było jej to dane, bo gdy miała zrobić kolejny krok, obcy zniknął jej z oczu. Cętka dopadła do krat i ostrożnie uniosła sam skraj materiału, ale ujrzawszy okaleczonego przez nią mężczyznę, zaniechała podglądania i cofnęła się na środek. Nerwowo przeczesywała palcami gęste futro na ogonie, nasłuchując głosów na zewnątrz. Gdy ucichły, uspokoiła się wyraźnie. Ale też poczuła ukłucie żalu. Pierwszy raz widziała w Alaranii kogoś innego niż jej porywacze, ale nie zmieniło to absolutnie nic w jej sytuacji. Może był to nawet ten tajemniczy kupiec, do którego ją wieźli? Aby dodać sobie otuchy, panterołaczka chwyciła w palce kieł wiszący na jej szyi. Porywacze uznali go za absolutnie bezwartościowy i niegroźny, więc pozwolili go jej zachować. Z resztą przy próbie odebrania pamiątki szarpała się nawet gorzej, niż przy zakładaniu kagańca.

        Zrezygnowana dziewczyna bez problemu wyczuła, że wóz przyspieszył. Trzęsło przy tym niemiłosiernie, jakby bez przerwy poruszali się po małych koleinach. "Co to za drogi? U nas są równiejsze, wydeptane." Cętka nie doceniała kunsztu wybrukowanych ulic. Nie wiedziała nawet, że po właśnie takiej się przemieszczali. W jej ojczyźnie coś takiego uznanoby za pozbawiony sensu zbytek.
        Wreszcie jej "przewodnicy" dotarli do celu podróży i zatrzymali pochód. Nawet ona domyśliła się, że coś było na rzeczy. Jak dotąd nie robili postojów przed zmierzchem, a była pewna, że zmrok jeszcze nie zapadł. Zerwanie całej plandeki z klatki też było czymś nowym. Zwykle odsłaniali tylko jeden bok, a i to nie zawsze. Panterołaczka przypadła do podłoża i obserwowała wszystko z typową dla drapieżnika czujnością. Nie zdołała się jednak powstrzymać i już po chwili rozglądała się po pomieszczeniu otwarcie, postawiwszy uszy. Nie spodziewała się ujrzeć tylu uwięzionych istot. Gwałtownie zamrugała z zaskoczenia obserwując nieludzi. Wielu postaci nie potrafiła nawet nazwać. O innych myślała, że byli tylko wytworami wyobraźni bajarzy. Węszyła z zaciekawieniem, próbując wyłapać jak najwięcej woni. Najbardziej charakterystyczne były te należące do zmiennokształtnych: ostre i piżmowe. Pojedyncze nuty kojarzyły się z lasem czy szemrzącym strumieniem. Gdzieś zawieruszył się nawet nieprzyjemny zapach spalenizny niemal całkowicie ukrywając przed nią najdelikatniejsze wonie kojarzące się z kwiatami.
        Chętnie trochę dłużej zapoznawałaby się z otoczeniem, ale nie było jej to dane. Została siłą wyciągnięta z klatki i popchnięta przez pomieszczenie. Z pewnym strachem strzelała na boki oczami, próbując jeszcze przez chwilę przyjrzeć się dziwnym istotom. Chyba dopiero zaczynało do niej docierać, w jak wielkich kłopotach była. Na dźwięk krzyku zza drzwi, zaparła się lekko nogami i położyła po sobie uszy. Ani trochę nie miała ochoty tam wchodzić. A ponieważ to nie ona o tym decydowała, omal nie przewróciła się, gdy została popchnięta do przodu. Krótki łańcuch spinający jej kostki uniemożliwiał zrobienie sporego kroku, ale wrodzona zręczność pozwoliła jej zachować te resztki godności i nie wylądować na twarzy.
        Na widok obcego mężczyzny, a dokładniej jego uśmiechu, spróbowała się cofnąć o krok, ale wciąż trzymający ją bandyta skutecznie to uniemożliwił. Uwolnił jej ramię dopiero, gdy obcy był zbyt blisko, by próby ucieczki miały sens. Zamiast tego zmiennokształtna dumnie uniosła podbródek, chociaż ogon zamiatający nerwowo podłogę zdradzał jej rzeczywiste odczucia. Obserwowała krótką wymianę zdań między mężczyznami, żałując, że nie mogła nic z niej pojąć. Drgnęła lekko, słysząc zatrzaskiwane za plecami drzwi. Właściwie sytuacja nie była taka zła. Mężczyzna, z którym została w pokoju wyglądał na takiego, którego dałaby rade powalić bez większych problemów, a potem mogłaby próbować uciekać. Ale najpierw musiała pozbyć się kagańca i łańcuchów.
        Nie próbowała się uchylać przed pogłaskaniem po policzku. Zerkała tylko czujnie to na dłoń obcego, to na jego zasłoniętą częściowo twarz. Przynajmniej do chwili, gdy się odezwał. Wtedy mruknęła niewyraźnie, dając upust swojemu zaskoczeniu. Ktoś w tej przeklętej krainie potrafił normalnie mówić! Gdy kaganiec opadł na podłogę, dziewczyna uniosła obie dłonie do twarzy i na próbę poruszyła szczęką, by upewnić się, że ciasne paski nic nie uszkodziły.
- Dziękuję. - Mruknęła ochrypłym głosem, po czym odchrząknęła i po chwili mówiła już pewniej. Zaskoczona rzeczywiście otaksowała nowego właściciela od stóp do głów, spełniając odruchowo jego prośbę. - Źle. Niepraktyczny, dziwny. Ani od chłodu nie uchroni, ani nie pomoże się ukryć...
        Cętka gwałtownie potrząsnęła głową, aż długi warkocz uderzył ją w oba ramiona, jakby próbowała odgonić bzdurne myśli. Potem spojrzała na nieznajomego i oblizała nerwowo usta.
- Oszukali cię. Już nie jestem wcieleniem, jest nowe. - Oznajmiła, święcie przekonana, że tylko dlatego została porwana. W końcu co komu po zwykłym panterołaku? - Rozepniesz? Od złapania się nie przemieniłam, a z tymi łańcuchami nie mogę! Wszystko mnie boli po tej klatce. I na wozie są moje rzeczy! Włócznia, torba...
        Dziewczyna poskarżyła się cicho wyciągając przed siebie skute kajdanami nadgarstki. Naiwnie wierzyła, że mówiący jej językiem człowiek nie może mieć wobec niej złych zamiarów. Tak samo, jak uważała, że skoro była już całkiem zwyczajnym zmiennokształtnym, nie była mu do niczego potrzebna i mógł ją uwolnić. Zaskoczenie zatarło chyba w jej głowie obraz tylu istot pozamykanych w klatkach.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » N gru 31, 2017 4:36 pm

Zamaskowany przeniósł oczy na swój strój, po czym westchnął. Jednakże nie z rezygnacją czy zdenerwowaniem, a raczej czymś na kształt zawodu.
- No tak, nie powinienem spodziewać się niczego innego – powiedział do siebie, ale na tyle głośno, że Cętka mogła bez problemu go usłyszeć. Następnie przeniósł wzrok ponownie na nią, a na jego ustach odmalował się niewielki uśmiech. - Przekornie wady, które wytyczasz, nie mają tu żadnego znaczenia. Ale rozumiem, trafiłaś do zupełnie nowego świata i jeszcze nie wiesz, jak odmiennymi prawami się rządzi. Ale z tym niedługo coś się zrobi.
        Jednakże kolejne słowa kotołaczki sprawiły, że w oczach mężczyzny pojawił się pewien niepokojący błysk, który po chwili ustąpił miejsca jemu własnemu zaniepokojeniu, gdy zmrużył powieki i wpatrzył się w kajdany krępujące Cętkę. Przez dłuższą chwilę panowała cisza, przerywana jedynie odgłosami ludzi za drzwiami, którzy w wielkim pośpiechu przygotowywali wszystko na dzisiejsze wydarzenie. Słońce powoli zaczęło zachodzić, a w lokalu niedługo zaroi się od zaproszonych gości. Ale myśli handlarza niewolników krążyły wokół innej materii. Owej niepozornej dziewczynie stojącej przed nim.
- Nie wątpię, że bardzo chciałabyś przemienić się w panterę – powiedział, kładąc dłoń na łańcuchu pomiędzy nadgarstkami Cętki, jakby miał zamiar ją uwolnić. Wtedy jednak szarpnął za nie i przyciągnął dziewczynę do siebie tak, że spoglądał na nią z góry, zza swojej maski. - Jednakże widzisz, nie skończyłoby się to dobrze. Dzikie koty nie są czymś, co lubią widzieć mieszkańcy miasta, szczególnie poza klatką.
        Puścił ją i odwrócił się, po czym podszedł do lustra, ponownie zajmując się poprawianiem stroju.
- Nawet jeżeli mówisz prawdę, to wciąż pozostajesz naczyniem. Kapłani są w stanie sprzedać duszę diabłu, byle tylko zdobyć rzecz dotkniętą chociażby przez anioła. Jestem pewien, że noszenie w sobie wcielenia takiej istoty zostawia po sobie nieco więcej. A poza tym, niestety, jest jeszcze coś. - Handlarz uniósł dłonie do twarzy i zdjął maskę. Przez dłuższą chwilę stał przodem do lustra, niewidoczny dla Cętki, gdyż jego plecy zasłaniały odbicie. W końcu jednak się odwrócił i ukazał panterołaczce znajomą jej, choć znacznie starszą twarz. Był to mężczyzna, którego pamiętała z wioski – razem z ojcem oddawali się obrzydliwym praktykom, w tym ofiarom z ludzi, mających ponoć być skierowanymi ku opiekuńczym duchom. Cętka musiała zabić jego ojca, jednak on sam zniknął i nikt nie mógł wpaść na jego trop. Teraz stał przed nią, w zupełnie odmiennej sytuacji. - Zdziwiona? - spytał bez cienia wątpliwości, że będzie go pamiętać. - Pewnie niezbyt cię cieszy taki obrót spraw, ale zapewniam, że wkrótce zmienisz zdanie. A jeżeli nawet nie ma już w tobie opiekuna.... cóż, jestem pewien, że zechcesz oddać mu należną chwałę, czyż nie?

W tym samym czasie Malawiasz przechadzał się po Zachodniej Dzielnicy. Uliczki były dosyć opustoszałe, choć co jakiś czas zdarzało się kilku przechodniów, którzy z reguły kiwali mu jedynie głowami. Okazywało się bowiem, że o ile jego strój jest dosyć nietypowy dla miasta, o tyle tutaj odnajdywał się doskonale. Zwłaszcza, że światło powoli słabło, a nie ma nic cudowniejszego, niż widok kruczej maski, wyłaniającej się nagle z mroku.
        Mężczyzna postanowił zorientować się, co właściwie „Klub Sokolego Pióra” sobą reprezentuje. Nie miał wątpliwości co do tego, co zechce zrobić – rozgonić wszystkich kupujących (albo gorzej), po czym uwolnić pochwyconych. Nie, żeby uważał niewolnictwo za wyjątkowo złą rzecz, widział tak naprawdę więcej jego zalet niż minusów, jednakże wystarczyła jedna, zasadnicza wada, aby z nim walczył. Właściciele niewolnych z reguły bowiem nie troszczyli się o swoją własność bardziej, niż było to konieczne. To zysk był fundamentem relacji „niewolnik-pan”. A Malawiasz miał okazję przyjrzeć się dziś, jak ten się sprawdza. ”Wiele wypaczeń, zdecydowanie zbyt wiele.” Przede wszystkim jednak zależało mu na dziewczynie, która wydawała mu się być wyjątkowym przypadkiem. Z chęcią przyjrzy się jej umysłowi.
        Niedługo potem znalazł się przed wejściem. Otaksował je spojrzeniem. ”Z tymi wszystkimi pieniędzmi, wmurowanymi w ten przybytek, mógłbym zrobić naprawdę dużo dobrych rzeczy.” Zauważył chłopca w obdartym ubraniu, który przypatrywał mu się z zaciekawieniem i pewnym błyskiem w oku.
- Wiesz coś o tym miejscu? - spytał Malawiasz.
- Zależy.
        Mężczyzna wyciągnął dłoń, na której leżała garść srebrnych monet. A przynajmniej tak myślał mózg chłopca. Obdartus otworzył szeroko oczy i rzucił się na pieniądze, czym prędzej pochował je w kieszeniach, który jego skromny strój miał zadziwiająco dużo.
- Co dwa tygodnie odbywają się tam targi niewolników – zaczął mówić. - Przyjeżdża tu mnóstwo bogaczy. Próbują udawać, że są zwykłymi ludźmi, ale chodzą jak bogacze i mówią jak bogacze. Niewolnicy przyjeżdżają cały czas. Wozy wjeżdżają od tyłu. Tam chyba jest jakiś magazyn.
- A wewnątrz?
- Duża sala, dużo stolików, duża scena – chłopiec uśmiechnął się, widząc, że mężczyzna nie miał wątpliwości, że zakradł się kiedyś do środka. - Duży tłok, kiedy się zaczyna. Bardzo różni ludzie. I elfy. I inni. Dużo straży. Dużo też straży bogaczy. Dobrej straży.
- Dzięki mały, zmykaj lepiej.
        Dużo przydatnych informacji, które udało się wyłowić z nieskładnej mowy dzieciaka. W głowie Malwiasza zaczynał układać się plan działania. Nigdy nie lubił załatwiać takich spraw samodzielnie, nie miał do tego w dodatku predyspozycji. O wiele bardziej odpowiadała mu rola lalkarza zza kurtyny. A tutaj widział sporo sznurków.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » N sty 14, 2018 5:17 pm

Cętka słuchała mężczyzny uważnie. Nawet przechyliła głowę do jednego ramienia, patrząc na niego. Po prawdzie jedno ucho zdradziecko skierowała za plecy, ale skupiała się głównie na rozmówcy. Zbyt długo nie słyszała rodzimego języka, by nie zacząć się przysłuchiwać. Cały czas uważała tą sytuację za jedno wielkie nieporozumienie, które można było jeszcze odkręcić. We własnym mniemaniu nie była wiele warta. Wciąż miała nadzieję, że zdoła wrócić do domu.
Nagle dziewczyna jakby trochę oklapła. Dumnie wyprostowane plecy przygarbiły się, skute łańcuchem dłonie opadły nieco w dół. Ogon wylądował smętnie na ziemi jak zwykła ozdóbka. Nawet uszy nie wydawały się już tak czujnie nasłuchiwać. Nieszczególnie mogła mówić o jakimś domu. W plemieniu nikt na nią nie czekał. W końcu Ta Która Chodzi W Cętkach została na miejscu, w podróż wyruszyło tylko używane przez nią tymczasowo ciało. Osobiście panterołaczka nie czuła się ani trochę inaczej niż przez całe swoje życie. Ale skoro szamani twierdzili, że nie była już Cętką, musieli mieć rację. Cała osada była przekonana, że dziewczyna wyruszyła w góry, więc nikogo nie niepokoiła jej nieobecność. A nawet, gdyby jakimś cudem zdołała przekazać im, że potrzebowała wsparcia i Kieł, Łapa oraz Ogon pomogliby jej wrócić, nie mogła zamieszkać znów z nimi. Więc w sumie co za różnica, co miało się z nią stać.
Dlatego na wspomnienie o dzikich kotach i szarpnięcie za jej łańcuchy zareagowała tylko położeniem po sobie uszu. Nawet nie warknęła na bezczelnego człowieka, ani nie próbowała się wyrwać. Obserwowała "spod byka" mężczyznę, który podchodził do lustra. Podrapała się przy okazji po nosie, w którym zaczęło kręcić ją od zapachu obcego. Musiał używać jakiś dziwnych pachnideł.
        - Nie jestem żadnym naczyniem, tylko wcieleniem. - Sprostowała, odezwawszy się do pleców handlarza. A zaraz potem zobaczyła jego twarz i zamarła w bezruchu z rozchylonymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Na jego pytania uśmiechnęła się nagle, pokazując zbyt wiele zębów, by można było skojarzyć ten grymas wyłącznie z radością.

        - Rzeczywiście, zaskoczyłeś mnie. Myślałam, że zdechłeś w górach. Ale nawet nie wiesz, jak cieszę się, że cię widzę. - Panterołaczka znów stała wyprostowana, a nawet odzyskała to coś, dzięki czemu już na pierwszy rzut oka można było uwierzyć, że miało się przed sobą istotę przynajmniej ważną. A może rzeczywiście w jakiś sposób powiązaną z potężnym duchem przodka. Łańcuchy zadzwoniły cicho, gdy zaczęła drobnymi krokami okrążać mężczyznę. Zupełnie jak gdyby to on był jej więźniem, a nie odwrotnie. Wyszczerzone kły też wydawały się jakieś takie za duże.  - Uwierz, z radością oddam Cętce wszystko, co jej się należy. Myślę, że nawet chętnie obejrzy to moimi oczami. Długo cię tropiłam i już wiem, czemu nie znalazłam. Ale mogłam ruszyć wcześniej. Za dużo czasu zajęło mi rozwłóczenie twojego ojczulka po głuszy. Wiesz, darł się, próbował uciekać...
Egzekutorka plemienia zatrzymała się bez ostrzeżenia i powoli ukucnęła, po czym oparła dłonie o podłogę, by przyjąć najwygodniejszą chwilowo postawę do skoku. Była skuta łańcuchami, przez co nie mogła efektywnie biec, ale skoczyć powinna dać radę. Najważniejszym było zagonienie tej wszy tak, by nie mógł uciec. A wtedy kajdany mogły się nawet okazać przydatne, by go poddusić. Musiała zrobić jeszcze tylko jedną rzecz. Musiała pozwolić, by skazany wiedział o zbliżającej się śmierci. Uniosła jedną dłoń do ust i ugryzła się w kciuk, aż poczuła na języku krew. Wtedy przeciągnęła palcem po czole i obu powiekach, zostawiając na nich czerwoną smugę.
        - Wyrok na ciebie jest prawomocny. Tobą udekoruję całe to... miejsce. - Cętka ryknęła, po czym skoczyła, zupełnie nie przejmując się, jak zareagują inni ludzie w budynku. Chwilowo była skupiona na swoim zadaniu. Widok uciekiniera, o którym niemal zapomniała wywołał w niej istny atak furii. Doskonale pamiętała, jak wyglądały jego ofiary, gdy je znaleźli. A teraz miała okazję nie tylko dać mu wszystko, na co zasługiwał, ale dodatkowo zmazać plamę na swoim honorze. Naszła ją nawet myśl, że może nie poczuła różnicy, gdy ogłoszono nowe wcielenie, bo duch przodka spodziewał się tego spotkania i nie opuścił jej. Nie mogła więc zawieść opiekuna.
Przeklęte kajdany uniemożliwiły jej wykonanie dostatecznie dużego skoku, ale przede wszystkim musiała uzmysłowić mężczyźnie, że nawet skuta wciąż była śmiertelnie niebezpiecznym drapieżnikiem. A on jej ofiarą. Musiał wystraszyć się i zacząć uciekać, a wtedy bez problemu by go dopadła w jakimś kącie. Albo właśnie stać grzecznie w miejscu, żeby mogła do niego przydreptać i chwycić gołymi rękami za szyję. A potem niech się dzieje, co chce! Choćby miał wpaść do pokoju cały oddział i na miejscu roznieść ją na strzępy.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Wt sty 16, 2018 4:15 pm

Zdecydowanie nie tak wyobrażał sobie tę chwilę. Człowiek zmuszony do ucieczki z niezwykłej wioski bardzo dużo czasu poświęcił na planowanie pochwycenia Cętki. Jeszcze więcej na to, jak będzie wyglądać jego chwila triumfu. Rozważał naprawdę różne scenariusze, od tych najbardziej „przyjaznych” dla panterołaczki, jak i tych okrutnych. W jego duszy walczyło przekonanie o potrzebie oddawania czci czterem opiekunom za wszelką cenę oraz chęć do zemsty. To, że Cętka przestała być Cętka, choć pomimo tego wciąż nosiła to miano, nieco uproszczało sprawy. Nie robił tego natomiast fakt, że zmiennokształtna nie była wcale tak potulna i bezbronna, jak to było w jego planach.
        Miał coś odpowiedzieć na jakże bezczelne słowa panterołaczki, nawet postąpił krok, aby ponownie chwycić ją za kajdany i tym razem dosadniej pokazać, kto tutaj jest czyim więźniem, ale wtedy stało się coś tak zdumiewającego i przerażającego, że zamarł, wpatrując się w kobietę z niedowierzaniem. Albowiem do głowy mu nie przyszło, że Cętka będzie chciała go atakować – nie z kajdanami skutecznie krępującymi jego ruchy. Cofnął się o krok, niepewny, czy ta nie chce go tylko zastraszyć. Kiedy jednak zaczęła własną krwią ozdabiać twarz... serce podeszło mu pod gardło.
- A-aani się waaaaa... - Groźba mężczyzny przerodziła się w cichy pisk, gdy jego oczom ukazała się wściekła panterołaczka, mknąca w jego stronę, zasłonił twarz rękami, pewien, że go dosięgnie.
        Tymczasem za drzwiami czekała trójka najemników, by uzgodnić z szefem ostatnie sprawy dotyczące wpuszczania wojowników przybyłych z kupcami. Kiedy rozległ się ryk panterołaczki, jeden z nich, najmłodszy, chwycił rękojeść miecza, ale widząc spokój swoich towarzyszy, zmieszał się i puścił ją, spoglądając na nich ze zdziwieniem i konsternacją.
- My... nie powinniśmy.... czegoś zrobić? - spytał z wahaniem, obecnym gdy grupa zachowuje się w zupełnie inny sposób, niż ty uznajesz za właściwy.
- Spokojnie, to nic wielkiego, szef często lubi się nieco „zabawić” z co ładniejszymi okazami. Gdybyś był tu dłużej, to szybko byś zrozumiał.
        Młodzieniec pokiwał głową, czując się jednak nieswojo. Tymczasem w środku handlarz opuścił dłonie, zdając sobie sprawę, że wciąż jest w jednym kawałku. Spojrzał na gotową do ataku Cętkę, znajdującą się tak blisko niego i zaczął się rozpaczliwie cofać, wyciągając w przód dłoń, jakby mogła zatrzymać panterołaczkę, o mało się nie wywracając. Jednakże zanim kobieta zdołała zrobić mu krzywdę, coś szarpnęło za jej nogę, przy asyście kajdan nie pozostawiając jej innego wyboru, jak opaść bezradnie na ziemię. Tym czymś był mianowicie ogon, niezbyt gruby, zawinięty wokół jej kostki. Na drugim końcu zaś znajdowała się kobieta, niezwykle piękna, odziana w dosyć ubogi strój, obdarzona przez naturę również parą nietoperzach skrzydeł. Pojawiła się jakby znikąd. Wpatrywała się w Cętkę z zainteresowaniem, które przerodziło się w rozbawienie, gdy podniosła wzrok na zaskoczonego kupca.
- Widzę, że doskonale sobie radzisz – zachichotała. - Mój mały, nieporadny Nirwar, nie można cię zostawić samego nawet na tak krótki czas?
        Handlarz niewolników zorientował się, jak komicznie musiał wyglądać, gdy opanowało go takie przerażenie. To zastąpiła po chwili urażona duma. Znowu czuł, że miał pełną kontrolę nad sytuacją, może jedynie rozbawiona pokusa niezbyt mu do tego pasowała. Byłby wdzięczny za to, że uratowała mu życie, ale nie w tej sytuacji.
- O, miło widzieć, że wpadłaś – powiedział z przekąsem. - Jak widzisz, w końcu dostarczono mi Cętkę.
- Tę słynną Cętkę? - Oczy pokusy zabłysły, dosłownie, kiedy spojrzała ponownie na kobietę. Obeszła ją, nie puszczając ogonem kostki, po czym przykucnęła przed nią, przyglądając się jej twarzy. - Urocza, trzeba przyznać. Ale nie wydaje mi się, aby była jakoś szczególnie wyjątkowa. Jesteś pewien, że cię nie oszukano?
- Jestem – warknął mężczyzna.
- To powiedz mi – zwróciła się kobieta do panterołaczki – jesteś gotowa na zupełnie nowe życie? Może z początku ci się nie podobać, ale zapewniam, ten tutaj ma obmyślone baaaardzo dużo atrakcji.
- Nie rozumie cię – prychnął mężczyzna. - Nie mówi we wspólnym.
- No to jej to przetłumacz – odprychnęła pokusa.
- Puść jej nogę – rozkazał, a kobieta niechętnie to zrobiła. Następnie zwrócił się do Cętki w zrozumiałym już jej języku. - Wstań. A potem powiedz, czy jesteś gotowa zacząć nowe życie. A zapewniam cię, za ten numer dopilnuję, aby zaczęło się naprawdę, naprawdę nieprzyjemnie.

Co w tym jakże przykrym, delikatnie rzecz ujmując, dla zmiennokształtnej czasie robił Malawiasz? Cóż, spożywał ciepłą, choć dosyć nędznie przyprawioną zupę w najbliższej gospodzie. Uznał, że nie ma sensu sterczeć pod budynkiem klubu, więc, jak każdy porządny i nieporządny człowiek o tej porze, udał się na spożycie kolacji. Miał dostatecznie dużo czasu do przeczekania, aby nie obawiać się uczucia ciężkości podczas całej akcji, a zarówno dostatecznie mało, że nie zdąży znowu zgłodnieć. Bo, jeżeli już się koniecznie coś robiło, trzeba to było robić porządnie. Ta maksyma przydałaby się tutejszemu kucharzowi.
        W pewnym momencie dostrzegł małego chłopca (”Dlaczegóż tu jest tak dużo tych smarkaczy?”), który, korzystając z nieuwagi jedzącego, zwinął mu sakiewkę, po czym ukrył ją za pazuchą, rozglądając się za kolejnym łupem. Malawiasz stwierdził, że przydałoby mu się nieco nauki. Dlatego też stworzył iluzję złotej monety, leżącej na skraju jego stołu, w miejscu, gdzie nie powinien sięgać jego wzrok. Jednak sięgał. Chłopiec dostrzegł ją po kilku minutach przemykania pomiędzy stołami, od razu zabłyszczały mu oczy. Zakradł się do niej, wyciągając ostrożnie dłoń. Wtedy Malawiasz sięgnął do jego umysłu, bez problemu ukazując mu pewną niegroźną wizję. Wizję olbrzymiej ilości trupich kruków, które zaczęły wylatywać z monety i rzuciły się na chłopca, z zamiarem wydziobania mu oczu. Rozległ się przerażony krzyk, a mały wybiegł z pomieszczenia, wrzeszcząc wniebogłosy i machając rękami, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich obecnych, ale jedynie na chwilę. Kiedy zapadła cisza, powrócili do posiłków. ”Nie ma to jak zrobić coś dobrego dla świata”, pomyślał Malawiasz, dumny ze swojego dzieła.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » Wt sty 16, 2018 8:12 pm

Wszystko szło zgodnie z planem. Ten śmieć powinien dostać wszystko na co zasłużył. Włącznie z długiem uzbieranym przez lata. Cętka pamiętała, jak wyglądały ofiary jego i jego ojca po spotkaniu ze zwyrodnialcami. Zamierzała zapewnić mu podobnie nieprzyjemne doznania. Tradycja nakazywała, żeby wiedział dokładnie, za co miał cierpieć i poczuł odpowiednią skruchę. A przynajmniej strach.
Reakcja mężczyzny tylko zachęciła panterołaczkę do małego polowania. Skok nie wyszedł dostatecznie długi, ale tego się spodziewała. Wylądowała na wszystkich czterech kończynach i natychmiast podniosła się, po czym zaczęła powoli iść w stronę ofiary. Nie chodziło o spotęgowanie efektu. Zwyczajnie nie mogła zrobić normalnego kroku, więc wolała przesuwać stopy tylko odrobinę, by kajdany nie brzęczały za głośno i nie przypominały o jej ograniczeniach. Wyszczerzyła zęby i chwyciła w dłonie łańcuch łączący jej nadgarstki, jakby cały czas był tam tylko po to, by zarzucić go na czyjąś szyję. A zaraz potem poczuła szarpnięcie za kostkę i wylądowała na ziemi, co całkowicie zniszczyło panujący w pokoju nastrój.

        - Nie przesz... - Zmiennokształtna warknęła w stronę zakłócającej jej pracę istoty, obracając jednocześnie w jej stronę głowę. I zamarła w pół słowa, przypadłszy do ziemi na brzuchu. Kocie źrenice rozszerzyły się gwałtownie w zaskoczeniu. Słyszała o istotach, których opis odpowiadałby skrzydlatej kobiecie, ale występowały tylko w legendach o złych duchach. Postawa Cętki zmieniła się równie szybko, co i jej niedoszłej ofiary. Tylko, że ona zaczęła wydawać się wystraszona. Całe ciało miała napięte, uszy przylegały do czaszki na tyle płasko, że niemal znikały w gęstych włosach. A z gardła wydobywał się cichy, ostrzegawczy warkot. Gdy dziwna istota okrążała ją, dziewczyna natychmiast obracała się, by cały czas ją widzieć. A gdy zbytnio się zbliżyła, odpełzła odrobinę do tyłu. Nie tylko z powodu obaw. Ostry zapach, jaki wydzielało to coś nie przypadł do gustu jej czułemu nosowi. A już szczególnie zmieszany z pachnidłami.
Niepewna, co się w ogóle wokół niej działo, strzelała co rusz oczami naprzemiennie w stronę trzymającego ją potworka, człowieka, którego omal nie zabiła i po ścianach pokoju, szukając drogi ucieczki albo chociaż broni. Z pojedynczym mężczyzną mogła swobodnie walczyć, ale skrzydlata mogła być niebezpieczna. Gdy tylko paskudny, łysy ogon uwolnił jej kostkę, panterołaczka odsunęła się wciąż na czworaka jak najdalej od obojga, szczerząc zęby. Ogon przecinał nieustannie powietrze to z lewej, to z prawej strony dziewczyny.

        - Od tygodni jestem gotowa! I zacznę, jak tylko dostaniesz ode mnie to, na co zasłużyłeś... - Była opiekunka plemienia odpowiedziała po chwili milczenia, o ile można było tak nazwać głuche powarkiwanie, wciąż cofając się na czworaka. Dopiero, gdy podeszwą jednego buta natrafiła na ścianę, podniosła się powoli. Najpierw przysunęła dłonie do samych stóp, wyginając grzbiet w łuk i ani na chwilę nie spuszczając parki z oczu, a dopiero wtedy się wyprostowała. Pióra drapieżnych ptaków oraz koci kieł na jej szyi zakołysały się przy tym, podkreślając przepaść dzielącą ją od tubylców. - Mogłam się domyślić, że taka wesz wejdzie w komitywę z upiorami. Sam nie stawiłbyś mi czoła, nawet skutej!
Dziewczyna starała się utrzymywać pozory, że to ona była najgroźniejszą istotą w pomieszczeniu. Ale nie szło jej to najlepiej. Nawet szczerzenie kłów nie pomagało, gdy tak wyraźnie starała się oddalić jak najbardziej. Przez chwilę zastanawiała się nawet, czy nie zdołałaby dopaść do drzwi i spojrzała na nie, zdradzając swoje myśli. Wciąż słyszała jednak krzątaninę za nimi, więc szanse na ucieczkę tą drogą były bardzo marne.
        - Czego ty ode mnie chcesz? Opiekunowie skazali cię jednogłośnie. Przodkowie musieli pozwolić urodzić się panterołakowi, żebym mogła cię dopaść, ale to znaczy, że nowe wcielenie nie będzie pełne, dopóki cię nie zabiję. Nie utrudniaj. Odeślij tego złego ducha, to po prostu skręcę ci kark. Zapamiętam twój zapach, wytropię, jak będę musiała. - Dziewczyna postanowiła podjąć próbę targu. Propozycja mogła nie wydawać się zbyt kusząca, ale jej zdaniem oferowała byłemu krajanowi bardzo łagodną śmierć. Przynajmniej w porównaniu z zamęczeniem i wyrwaniem serca, na którym wyryłaby symbole wiążące z nim duszę ofiary.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Pt sty 19, 2018 2:04 pm

Strach, który wywoływała w kotołaczce, zdecydowanie podobał się pokusie; widok uciekającej na czworaka istotki, która o mało nie spowodowała zawału u jej „partnera w zbrodni”, zdecydowanie podbił piekielne ego. Może i to mężczyzna starał się odgrywać rolę pana całej sytuacji, ale teraz doskonale było widoczne, kto tak naprawdę zasługuje na ten tytuł. Zarówno uwaga Cętki, jak i Nirwara skupiona była na niej, choćby ten drugi próbował to ukryć.
- Co ona mówi? - spytała, obserwując z zainteresowaniem niezbyt przyjazną, delikatnie mówiąc, mowę ciała panterołaczki. W spojrzeniu, jakim ją obdarowywała, było coś niepokojącego nawet bardziej niż para skrzydeł oraz ogon.
- Próbuje zgrywać twardą – odpowiedział handlarz, samemu przy tym także podejmując się tej próby. Niezbyt udanej, jak się okazało.
- Grozi ci śmiercią? - Coś błysnęło w oczach domyślnej pokusy. Cisza, jaka zapanowała była dla niej dostateczną odpowiedzią. Zachichotała, po czym zaczęła zbliżać się do Cętki, dosłownie zapędzonej pod ścianę. Ta nagle poczuła, jakby wszystkie jej mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa, nie była w stanie drgnąć. Skrzydlata dziewoja, której to było zasługą, chwyciła w dłoń jej podbródek, po czym obróciła na bok, przyglądając się jej profilowi. Po chwili palcem nawet bezczelnie rozsunęła wargi panterołaczki, przyglądając się jej zębom. Wszystko to, aby ukazać kobiecie, jak bardzo znajduje się w jej władzy. W końcu puściła ją, a w jej dłoni znalazł się kaganiec, który podniosła przy pomocy ogona. - Wypluwa z siebie mnóstwo nieładnych słów. A i tak ich nie rozumiem, więc te usta raczej nie będą jej potrzebne, co?
- Nie wydaje mi się, aby...
        Pokusa niezbyt wiele robiła sobie z opinii mężczyzny. Utrzymując Cętkę w paraliżu, ponownie założyła na jej usta kaganiec, po czym odsunęła się, przyglądając się z uśmiechem. W końcu uwolniła ciało panterołaczki, chwytając ją za łańcuch i ciągnąc w stronę drzwi. Wywołało to sprzeciw ze strony Nirwara, ale wystarczyło jedno spojrzenie kobiety, aby go uciszyć.
- Ty się lepiej zajmij tym przedstawieniem, niedługo w końcu się zaczyna. Ją zaś zostaw mnie.
        Kupiec, który poświęcił tyle lat na pogoń za Cętką, patrzył bezradnie, jak jest mu zabierana sprzed nosa. Pokusa wyszła z pokoju, razem z panterołaczką mijając trójkę najemników, z których dwójka patrzyła na nią bałamutnie, po czym ruszyła pomiędzy klatki.
- Szczerze? Powinnaś mi być nawet wdzięczna – powiedziała, zdając sobie doskonalę sprawę, że eskortowana przez nią kobieta nie jest w stanie jej zrozumieć. Ale to nie miało znaczenia. Po prostu chciała mówić, więc mówiła. - Te kilka złośliwości to naprawdę nic w porównaniu z tym, co mogłoby cię spotkać. Zwłaszcza po takim przedstawieniu. Nie powiem, podobało mi się, jesteś butna, takie lubię najbardziej. Powinnaś być... hmm, całkiem ładny wisiorek. Będziesz miała coś przeciwko, jeżeli go sobie wezmę? - Po chwili milczenia ogon pokusy owinął się wokół rzemyków, zerwał je, po czym wręczył w dłoń kobiety, która przyjrzała im się z zadowoleniem. - Nieco prymitywne, ale ma swojego ducha. No i jest ładne. Co? Co tak na mnie patrzysz? Myślałam, ze chciałaś się odwdzięczyć.
        Zanim się zorientowała, dotarły na miejsce. Ogon pokusy śmignął do drzwi pustej klatki, otwierając je, a ona sama wepchnęła do środka Cętkę, zatrzaskując za nią kraty i przekręcając zamek. Skrzydlata odsunęła się od niej, założyła sobie wisior panterołaczki na szyję, po czym rozłożyła ręce, prezentując się.
- Jak wyglądam? Po twojej minie wnioskuję, że bosko. -  Zachichotała i oddaliła się, zostawiając Cętkę samą sobie. Choć nie do końca. Klatki bowiem były ułożone tak ciasno, że ich kratowane ściany były w małych odległościach od siebie, przez co panterołaczka szybko odkryła, że ma dwóch sąsiadów. Z jej lewej strony znajdowała się kobieta ze skrzydłami, jednak zupełnie innymi, niż te pokusy – były zwiewne oraz w niebieskim kolorze, sama dziewczyna też wyglądała zupełnie inaczej; siedziała skulona z twarzą ukrytą w ramionach, szlochając. Z prawej jednak strony... Do krat jej klatki przyczepiona była humanoidalna istota o skórze pokrytej łuskami, z jaszczurczym łbem przyozdobionym oczami, w których dało się dostrzec obłęd, wpatrzonymi prosto w Cętkę. Kiedy tylko dostrzegł jej spojrzenie, zaczął wypluwać z siebie obłąkane zdania:
- Widziałem cię! Nie da ci torebki, nie da! To jego torebka, jego! A złoteńko? Gdzie jest złoteńko? On wie! Nie znasz mnie, nie znasz! Czemu tak bardzo chcesz jeść, co?! On ci nie da, nie!Mój nóż... zabrali mi nóż, zabrali go! Nie, widelec, noża zostawili! Czego chcesz?! Nie mam łyżki! Szalona, szalona, szalona! - Cętka bez wątpienia nie była w stanie zrozumieć większości z tych słów, choć w sumie niezbyt wiele traciła. Jednak z samego tonu wypowiedzi mogła wnioskować, że smokołak, bo nim właśnie był, nie za bardzo wie, o czym sam mówi. Tak, zapowiadały się naprawdę wspaniałe chwile.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » So sty 20, 2018 6:04 pm

        Cętka nie zdążyła zażądać przetłumaczenia rozmowy na jej potrzeby. Skrzydlata, choć jej ludzka część była niewątpliwie piękna, ani trochę nie podobała się dziewczynie. Nie rozumiała po prawdzie słów kobiety, ale nabierała coraz większej wprawy w domyślaniu się ogólnego kontekstu z tonu i mowy ciała. Tym razem coś w jej umyśle aż wrzeszczało o kłopotach. Obca wydawała się na tyle pewna siebie, jakby osobiście przewodziła całemu temu cyrkowi. Wszystko w niej niepokoiło biedną panterołaczkę: jej postawa, ton, spojrzenia, śmiech. Warknęła znacznie głośniej niż wcześniej, zobaczywszy, jak pokusa zaczęła iść w jej stronę. A zaraz potem nawet oddychanie zaczęło sprawiać jej trudności.
        Jak na złość wszystkie mięśnie zesztywniały tak, że praktycznie nie mogła się ruszać. Za wielkie osiągnięcie zaczęła uważać poruszenie gałką oczną, czy głębszy oddech. Zamarła z szeroko otwartymi oczami i lekko wyszczerzonymi zębami. Obserwowała podchodzącą potworę, ogarnięta przez paskudne przeczucia. Chciała, naprawdę się starała poruszyć, cofnąć. Nawet puchaty ogon nie raczył drgnąć. Za to skrzydlata towarzyszka wszy z jej ojczyzny wydawała się bawić doskonale, oglądając sobie panterołaka z bliska.
        A zmiennokształtna zrozumiała, co miał na celu ten pokaz siły. Z jej perspektywy był to rodzaj ostrzeżenia, z jaką łatwością piekielna mogła zrobić z nią co chciała. Więc powinna być grzeczna, jak na rozsądnego kotka przystało. Nawet była skłonna pójść na taki układ, w końcu jej własne futro było jej bardzo drogie. Ale wtedy szczęka dziewczyny została znów unieruchomiona przez kaganiec. Mogła tylko jęknąć z rezygnacją przez zęby. A potem znów odzyskała władzę nad własnym ciałem, ale pociągnięta za łańcuch nawet nie próbowała się wyrywać. Przegrała w tej potyczce i szarpanina nic by nie dała. Przynajmniej znów mogła podrapać się po nosie, czy rozejrzeć. Prowadzona do wyjścia dziewczyna spojrzała przez ramię na niedoszłą ofiarę i wyszczerzyła zęby w stronę mężczyzny. Chociaż zrobiła to jakoś tak bez przekonania.

        Gdy opuściły pokój, zmiennokształtna zerkała na okolicę spod byka. Ucieczka właściwie nie wchodziła w grę. Dopóki nie pozbyłaby się łańcuchów. Tyle dobrego, że wciąż miała na sobie swój naszyjnik. Nie lubiła przemieniać się w ubraniach, ale w razie konieczności szybkiego opuszczenia budynku, taka możliwość byłaby jak znalazł. Jednym uchem Cętka słuchała swojej przewodniczki. Nie rozumiała ani słowa, ale słuchała. W pewnej chwili podniosła ręce do szyi i chwyciła w dwa palce coś niedużego, po czym przyjrzała się krótko znalezisku.
        "Musiałam je złapać od konia. A może miałam wcześniej? Dawno się porządnie nie wyszorowałam... Przydałby się zimny strumień." Zwierzołaczka pomyślała, pstryknięciem posyłając schwytaną pchłę w stronę skrzydlatej, gdy ta nie patrzyła. Ot, taka drobna przyjemność by poprawić wybitnie gówniany dzień. Chwilę później paskuda zwróciła uwagę na jej naszyjnik. Kocica nie zrozumiała po prawdzie słów, ale zauważyła, gdzie powędrował wzrok kobiety. Z trudem powstrzymała się przed podniesieniem dłoni do szyi, by zasłonić ozdobę. W ten sposób tylko zachęciłaby ją do zabrania lub zniszczenia pamiątki. Niestety, Cętka straciła ją i tak. Rzemienie były splecione mocno, by wytrzymać spotkanie z zębami wilka, niedźwiedzia czy nawet innej pantery. Ale obroża została zrobiona z myślą o szerokim karku zwierzęcia, więc zdjęcie jej przez głowę było wręcz banalne. Zmiennokształtna spojrzała z grozą wymalowaną w szeroko otwartych oczach i aż zamarła w szoku.
        Ta bezczelna skrzydlata suka zabrała jej najcenniejszy drobiazg. Wyraz kocich ślepi zmienił się bardzo szybko. Zmrużyły się, gdy białowłosa wyszczerzyła zęby w niemej groźbie. Niewiele brakowało, aby rzuciła się z pazurami na pokusę, ale w tym momencie została wepchnięta do klatki.

        Przez łańcuchy straciła równowagę i upadła na podłogę nowego więzienia. Tylko dlatego nie zdążyła dopaść do drzwi, zanim potworek z kobiecą twarzą zablokował zamek. Ale i tak przycisnęła całe ciało do krat w marnej próbie dosięgnięcia swojej własności. Albo ogoniastej cholery, której mogłaby nieco poprawić pazurkami buźkę. Na widok swojego amuletu na cudzej szyi, jakby w nią diabeł wstąpił. Zaczęła warczeć przez zaciśnięte kagańcem zęby i szarpać za drzwi klatki, desperacko chcąc dorwać pokusę. Gdy tylko skrzydlata zniknęła jej z oczu, była opiekunka osunęła się na kolana, zrezygnowana. Rozejrzała się niemrawo na boki. Po jednej stronie zauważyła kolejną skrzydlata istotę, choć ta nie sprawiała wrażenia nawet w połowie tak groźnej, jak... cóż, najpewniej właścicielka ich wszystkich. Z drugiego boku siedziało... coś. Łuskowate, jak jaszczurki, które czasem widywała na niskich łąkach w szczególnie ciepłe, letnie dni. Tylko ta istota była dużo, dużo większa. I w pewien sposób przypominała człowieka. Gdy zaczęła, czy raczej zaczął, mówić, Cętka odsunęła się jak najdalej. Nie zrozumiała właściwie nic, słowa padały za szybko. Ale nie podobał jej się ton gada. Ani spojrzenie, w którym ciężko było dopatrzeć się rozsądku. Dziewczyna troszkę obawiała się szalonego jaszczuroczłeka.
        Wcisnęła się w kąt klatki i odruchowo uniosła dłoń do szyi, by chwycić koci kieł i dodać sobie otuchy. Palce natrafiły na pustkę, przesunęła więc nimi po szyi, czując delikatne wypukłości wyciętego na niej wzoru. Bez namysłu opuściła nieco dłoń i powiodła opuszkami po symbolu na mostku, widocznym częściowo zza głębokiego dekoltu. Cztery linie imitujące ślady pazurów przypomniały jej o wszystkim, co przeszła, by zdobyć własny amulet. Przypomniała sobie, co symbolizował zarówno on jak i wszystkie jej skaryfikacje. Przypomniała sobie, kim była.
        Cętka warknęła głośno, zaciskając palce w pięść. Ani myślała siedzieć bezczynnie i czekać na łaskę jakiejś skrzydlatej zdziry. Wyglądało to, jakby wpadła w szał. Dopadła do drzwi klatki i uderzyła w nie z całej siły bokiem. Powtarzała to raz za razem, rzucając się na kraty niemal całym ciałem. Próbowała zaczepić kolanem lub butem o łańcuch łączący jej nadgarstki i zerwać kajdany, choćby miała przez to uszkodzić sobie dłonie. Szarpała się, rzucała w klatce i syczała przez zaciśnięte zęby. Podczas szamotaniny część długich włosów wydostała się z warkocza, pogłębiając jej dziki wygląd. Próbowała nawet sięgnąć do zapięcia kagańca, ale przez kajdany nie była w stanie dobrze go wymacać. Usiłowała więc zaczepić nim o zamek lub zawiasy drzwi i rozerwać, ale nie dawała rady. Po jednym ze szczególnie mocnych uderzeń w pręty, dziewczyna położyła się na plecach i obunóż kopała w zamknięcie klatki. Kątem oka dostrzegła ruch po swojej prawej i spojrzała na jaszczura, wciąż wściekle szczerząc zęby.
        W tym właśnie momencie skojarzyła tą istotę z opiekunami. Chodziły plotki, czy raczej legendy o plemionach strzeżonych przez ludzi-wilki czy niedźwiedzie. Więc dlaczego nie miałoby istniej plemię chronione przez gady. Dla pewności spojrzała jeszcze w lewo, ale płaczliwa panienka raczej nie byłaby w stanie jej pomóc. Wolała już chyba szaleńca. Szczególnie, że według słów Łapy wiele byłych wcieleń prędzej czy później traciło rozum i dziczało przez samotne życie w górach. Sapnęła i podeszła na czworaka do właściwego boku klatki. Uderzyła łańcuchami w pręty z warknięciem, by zwrócić na siebie uwagę jaszczuroczłeka. Gdy spojrzał na nią, chwyciła za brzeg kagańca i szarpnęła, po czym sięgnęła rękami za głowę, by pokazać, że nie była w stanie sama pozbyć się tej przeklętej konstrukcji. Potem wskazała na humanoida i znów szarpnęła za kaganiec. A potem zrobiła jedną z głupszych rzeczy w ciągu ostatnich tygodni. Usiadła na podłodze klatki, plecami do wariata, opierając się o pręty. Ba, głowę starała się wcisnąć jak najbardziej między nie, mając cichą nadzieję, że towarzysz niedoli sięgnie i okaże się dostatecznie kontaktujący z rzeczywistością, by nie próbować wydrapać jej oczu, czy po prostu szarpnąć za długi warkocz.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Wt sty 30, 2018 9:34 pm

Smokołak zamilkł na chwilę, kiedy Cętka skuliła się w kącie klatki, jednak nie uczyniła to nagła fala współczucia, którą poczuł na widok przestraszonej panterołaczki; jego oczy spoglądały w dal zupełnie, jakby widział coś niedostępnego innym istotom. Zmrużył łuk brwiowy i ostrym jak żyletka spojrzeniem taksował niewidoczne kształty – w całkowitym skupieniu. Z tego stanu nie wybudziły go nawet desperackie próby zniszczenia klatki i wydostania się jak najdalej, jak to tylko było możliwe, których podjęła się kobieta. Jego usta poruszały się bezgłośnie, gdy ta na czworaka poczęła się ku niemu zbliżać. Dopiero uderzenie łańcucha sprawiło, że zamrugał, po czym spojrzał na Cętkę, jednak zupełnie innym, nieco pustym wzrokiem. Obserwował jej poczynania, aż tak w końcu postanowiła powierzyć w jego ręce swoją głowę.
- Ja wiem, że ty nie wiesz, że ja wiem, że oni wiedzą – wyrzucił w końcu z siebie. - Ale ja wiem, że oni wiedza, że ja wiem, że ty nie wiesz, że ja wiem! Wiem! Tak! Wielkie przymierze wycelowane w obalenie światowej dominacji informacyjnej! - Jaszczur radośnie uniósł ramiona, po czym zaskakująco delikatnie oraz precyzyjnie zdjął z ust Cętki kaganiec, jednocześnie drapiąc ją dosyć czule za uchem, jak zwykło się to robić dla przyjemności futerkowych podopiecznych. - Zwyciężymy razem z antagonistycznym supresorem! By żyło się lepiej! By żyło się lepiej wszystkim! - Smokołak wydawał się być nadzwyczaj radosny, po chwili odsunął się od kotołaczki, zostawiając ją w spokoju, a sam zaczął tulić kaganiec, wykrzykując serię słów w przeróżnych językach. Ku swojemu niewątpliwemu zdumieniu Cętka mogła usłyszeć nawet własny, formujący się słowa „Chwała światowej rewolucji”. Przez tę chwilę próba nawiązania z nim jakiegokolwiek kontaktu skazana była na powodzenie. Trwała dobre kilka minut, aż w końcu rozległy się pośpieszne kroki.
- Jak dopadnę tego, kto tak wrzeszczy... - warczał najemnik, razem z towarzyszem powoli się zbliżający. W końcu stanęli przed klatką smokołaka, jeden z nich uderzył o kraty. - Ej, ty, jaszczurka, uspokój się! Słyszysz?!
        Smokołak nie słyszał. Pogrążony był we swoich własnych - kto je tam odgadnie – myślach. Najemnicy szybko stracili cierpliwość otworzyli klatkę i wtargnęli do środka, jeden z nich przytrzymał zmiennokształtnego, który niezbyt się tym przejął, jego słowa zaczęły stawać się nadzwyczaj melodyjne, jakby formowały pieśń; drugi z mężczyzn rozpoczął starania założenia mu kagańca, co nie należało do najłatwiejszych.
- Ej, ty myślisz, że to na pewno jego? - padło w końcu pytanie zmęczonego walką z kagańcem.
- Pewnie, przecież słyszysz, jak ci wrzeszczy – odpowiedział jego towarzysz. - Zresztą kogo by miał być? Tej kocicy?
        To sprawiło, że uwaga najemników powędrowała na kobietę.
- Szef lubi czasami się lepiej zapoznać z towarem...
- Głupi, czy tobie ona ci wygląda, jakby ci była u szefa?
- No tak, racja. Ale sam chętnie bym się z nią „zapoznał”.
- A tylko ci spróbowałbyś, szef by ci kutasa urżnął za uszkadzanie towaru.
        W końcu udało im się jakimś cudem zakneblować smokołaka, który nie wyglądał, jakby specjalnie się tym faktem przejął. Wciąż radośnie unosił ręce w górę, zerkając co chwila na Cętkę, jakby oczekiwał reakcji. Tymczasem najemnicy zatrzasnęli drzwi do jego klatki, po czym jeden z nich podszedł do tej, w której rezydowała panterołaczka. Oparł się o kraty, przyglądając się jej z uśmiechem.
- Podobno jeżeli towar się nie sprzeda, to szef pozwala ludziom nieco go poużywać, w ramach zapłaty.
- Duby ci smalone – warknął drugi, trzepiąc go po łbie. Niezrażony mężczyzna posłał buziaka w stronę Cętki, po czym oddalił się wraz z towarzyszem. Nastała chwila milczenia, po chwili dało się słyszeć dziwne dźwięki, które dochodziły z paszczy smokołaka. Nie był w stanie wydać z siebie zrozumiałego słowa, ale nie przeszkadzało to jego entuzjazmowi.

Tymczasem jednak do lokalu powoli zaczęli schodzić się goście. Malawiasz obserwował ich z ciemnego zaułka, odpowiednio ciemnego; nie wątpił, że ukrywający się w półcieniu jegomość z kruczą maską wcale nie wygląda podejrzanie, ale ostrożności nigdy zbyt wiele. Duża ilość jegomości minęła jego kryjówkę; żaden z nich jednak nie nadawał się na dobry cel. Zmieniło się to, gdy granicząca z nią uliczka opustoszała, a nagle pojawił się na niej jakiś bogacz; „jestem bogaty” zdawało się bić z każdej części jego ciała, poczynając od butów obszytych jedwabiem, po palce pełne pierścieni, kończąc na absurdalnym makijażu na twarzy. Bardziej interesujący był jednak jego ochroniarz – elf o ciemnej karnacji, w którym było coś zastanawiająco. Malawiasz sięgnął do jego umysłu, zaskakująco łatwo mu się to udało. Szybko się przekonał jednak, jaka jest tego przyczyna; elf był niewolnikiem, wytrenowanym do roli ostrza swego pana. Zamaskowany mógł bez problemu przeglądać jego wspomnienia, szybko układając sobie żywot biedaka. Kiedyś był naprawdę szlachetny, to jest jak na mrocznego elfa. Został jednak schwytany, a nawet sprzedany dokładnie w tym samym budynku, do którego kiedyś zdążali. Co do zaś jego pana...
        Malawiasz wzdrygnął się, gdy poznał wspomnienia z nim związane. Obrazy nienawiści, wywołanych własną małą wartością, wyładowywane na elfie, nieporadny, bolesny, pełen niepotrzebnych zdarzeń, acz skuteczny trening posłuszeństwa oraz ohydne praktyki, do których wykorzystywał elfa. Bogacz był zepsuty do szczętu. Szlachcic nabrał ochoty, aby zabić go tu i teraz, jednak powstrzymał się. Miał pomagać takim jak on; to była jego misja. Dlatego też kiedy przełamał bariery w umyśle efla, czyniąc go na wpół wolnym, na część jednak podległym jemu samemu, zamiast rozkazania wbicia miecza prosto w brzuch jego starego pana, polecił go obezwładnić oraz przyprowadzić do ciemnego zaułka. Dla wyszkolonego elfa nie było to nic trudnego. Po chwili bezradny bogacz leżał już w błocie – związany. Malawiasz wyjął zza jego płaszcza z podejrzanie puchatej skóry zaproszenie na targ niewolników.
- Musimy się tam udać – powiedział Malawiasz do elfa. - Wiem, że to będzie dla ciebie trudne, ale robimy to po to, aby ocalić kogoś od losu równie złego, jaki spotkał i ciebie. Nie mówię do ciebie jako do swego niewolnika, lecz kogoś, kogo pomocy potrzebuję. Zrobię z ciebie wolnego elfa; prawdziwie wolnego. Wiem, że wciąż masz odruchy wywołane latami pod jarzmami tego zboczeńca, jednak uwierz mi, ja to naprawię.
        Jako, że umysł elfa nie prezentował się nazbyt dobrze, a w dodatku był pod wpływem całkiem porządnej dawki magii, Malawiaszowi nie było trudno go przekonać. Gdy ruszyli w stronę klubu, człowiek stwierdził, że byłemu niewolnikowi przyda się inne imię niż „Ostrze”. Elf nie odpowiedział, a zamaskowany stwierdził, że zajmą się tym, kiedy jego stan się polepszy.
        Ochrona sprawiała pewien problem. Strażnik długo przypatrywał się zaproszeniu, spoglądając na wzbudzającą w nim szczególny lęk maskę, ale ostatecznie został zmuszony do wpuszczenia podejrzanego indywiduum. Malawiasz odpowiedział uśmiechem, pomimo iż nie w sposób go było dostrzec. Minął ochronę, po czym przestąpił drzwi Klubu.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » N lut 04, 2018 12:37 pm

Chwila, gdy Cętka czekała na reakcję jaszczurowatego, wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Kilka razy próbowała dojrzeć kątem oka ruch za sobą, ale musiałaby w tym celu obrócić głowę. Więc siedziała bez ruchu, oboje uszu skierowawszy do tyłu i próbując dla uspokojenia liczyć uderzenia własnego serca. Drgnęła lekko na głos dziwaka, ale jego ton nie wydawał się agresywny, więc postanowiła jeszcze zaczekać.
I doczekała się. Poczuła palce gmerające przy zapięciu kagańca, a potem wreszcie mogła poruszyć normalnie szczęką. Ba, nawet została podrapana za uchem, na co w pierwszej chwili zastrzygła nim, ale zaraz potem przekręciła lekko głowę, by było obojgu wygodniej. Normalnie nie pozwoliłaby na to pewnie całkiem obcej osobie, chciałaby chociaż dowiedzieć się, jak nazywał się łuskowaty. Ale za pomoc należał mu się taki przywilej. Nie skomentowała nawet jego dziwnego wołania. Gdy odsunął się, obróciła się do niego twarzą i obserwowała.  Po usłyszeniu kilku słów w znanym jej języku, uniosła w zdziwieniu brwi. A potem pokręciła ze zrezygnowaniem głową.
        - Dziękuję, ty biedny wariacie. - Zaświergotała po swojemu, przekonana, że jaszczurowaty i tak jej nie zrozumiał. Miała wrażenie, że poznał kilka wyrażeń w wielu dialektach, które były mu potrzebne do przekonywania innych do swoich racji. Ale pomijając to, nie wydawał się groźny. W akompaniamencie jego wrzasków, dziewczyna podeszła do drzwi klaki i zaczęła próbować uszkodzić je bardziej metodycznie. Kucnęła sobie przy zawiasach i uderzała w nie raz za razem jedną z kajdan. Następnie próbowała podbić nasadą dłoni w górę. Ciągnąć za kraty tuż przy, jej skromnym zdaniem, najsłabszym miejscu. Przerwały jej dopiero zbliżające się kroki.
Dziewczyna cofnęła się na środek swojego więzienia, patrząc na zbliżających się strażników. Nie chciała prowokować ich nadmiernie, siedząc przy samych prętach, ale też nie zamierzała wciskać się w kąt. Przecież wtedy mogłaby stracić okazję do potraktowania któregoś z nich pazurami! Obserwowała nakładanie jaszczuroczłekowi kagańca z pewnymi wyrzutami sumienia. W końcu, gdyby nie poprosiła go o pomoc, nie trzymałby go w łapach, gdy zbliżyli się ludzie. A tak wyraźnie uznali, że sam go sobie zdjął.
Dostrzegłszy ich spojrzenie, natychmiast położyła po sobie uszy i przecięła powietrze puchatym, cętkowanym ogonem. Kątem oka zerkała co chwilę na towarzysza niedoli i nawet uśmiechnęła się przepraszająco, widząc jego zakneblowany pysk. Potem pełną uwagę skupiła na strażnikach, z których jeden oparł się o jej klatkę. Spojrzenie ani uśmiech mężczyzny nie przypadły do gustu uwięzionej zwierzołaczce. Wygięła grzbiet w lekki łuk, pochylając głowę i ustawiając dłonie blisko stóp. Szczerzyła przy tym zęby, otworzywszy nieco usta. Na posłanego w jej stronę buziaka aż skoczyła na ścianę jak najdalej od wejścia. Zadziałała całkowicie instynktownie. Odbiła się od podłoża, by oddalić się od zagrożenia, a potem obróciła w powietrzu i chwyciła tego, co było na jej drodze. W ten sposób zawisła na chwilę na kratach. Gdy znów wylądowała na podłodze, jej policzki pokrył intensywny rumieniec. Trochę wstydziła się przesadnej reakcji.
Panterołaczka wróciła na swoje miejsce przy zawiasach od drzwi klatki, wciąż próbując metodycznie uszkodzić choć jeden.
        - Wiesz, jeśli chcesz, mogę spróbować ci pomóc. Nie wiem, czy łańcuchy sięgną, ale może dam radę zdjąć ci to paskudztwo. -
Zaświergotała po swojemu, zerkając na mamroczącego jaszczura. Po prawdzie nie wydawał się zbyt zainteresowany światem jako takim, ale zawsze warto było spróbować. Potem przyłożyła jedną dłoń do piersi. - Jestem Ta Która Chodzi W Cętkach. Cętka. - Jedyne powtarzające się lub przynajmniej podobne słowo brzmiało "Dhabba" i to właśnie je zaakcentowała ogoniasta. Rozglądała się co jakiś czas po otoczeniu, by upewnić się, że strażnicy nie zbliżali się nadmiernie. Do swojego repertuaru prób uszkodzenia klatki dodała gryzienie zawiasu zębami trzonowymi. Tak samo, jak próbowałaby skruszyć kość udową upolowanej kozicy. Nagle wpadła na nieco złośliwy pomysł i zaczęła uderzać kajdanami bardziej rytmicznie. Pilnujący żywego towaru ludzie najwidoczniej nie lubili hałasu i pewnie nie mieli zbyt wielu kagańców nadających się na ludzkie twarze, a biedna zmiennokształtna od dawna nie miała okazji wyrazić bólu, jaki targał jej duszą. Zaczęła więc śpiewać szczególnie rzewną pieśń pełną opisów stromych gór, mroźnego wichru, śniegu pchającego się pod kaptur i do butów, strumieni pokrytych warstewką lodu tak cienką, że każdy krok mógł zakończyć się nieprzyjemną kąpielą i śmiercią z zimna. Z początku bardziej nuciła półgłosem, ale szybko zaczęła śpiewać pełną piersią, rytm wystukując żelazną obręczą o zawias jej więzienia. Miała nawet cichą nadzieję, że zwabi tym jakiegoś nieostrożnego idiotę i będzie mogła przynajmniej mu przywalić, a może nawet spróbować uciec, gdyby otworzył drzwi.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Wt lut 06, 2018 1:39 pm

Smokołak nie sprawiał wrażenia osoby, która chciałaby jakiejkolwiek pomocy; wprost przeciwnie - widząc zaangażowanie Cętki w próbę zniszczenia klatki, wydał z siebie radosny, choć przytłumiony okrzyk, po czym sam się przyłączył, próbując wyrwać kraty dzielące ją od panterołaczki. Miał zamiar dostać się do niej, by móc wspomóc jej wysiłki; może i w jego rozumowaniu kryło się kilka błędów, ale wyglądał na tak zdeterminowanego w swych działaniach, że aż szkoda mu było przerywać. Sam nie odpuścił nawet wtedy, gdy Cętka porzuciła swe wysiłki. Kiedy jednak rozległ się jej głos, zmiennokształtny zostawił biedne żelazo w spokoju, wlepiając wzrok w pustą przestrzeń; wyjątkowo spokojny wzrok. Po chwili przymknął oczy i oparł się o kraty, zrelaksowany. Nagle jednak Cętkę doszedł syk wściekłości, ale z kierunku zupełnie innego, niż się mogła spodziewać.
- Dość! - wykrzyknęła fellarianka, dopadając do krat po niezajętej przez smokołaka stronie klatki. - Dhakka, czy jak ci tam... Słuchaj i powtarzaj!
        Najwyraźniej okropnie wrażliwa na sztukę kobieta wskazała na swoje usta, po czym rozwarła je, wydając z siebie serię czystych, różnorodnych dźwięków, które powtarzała, zmieniając je nieco co chwilę w zależności od tego, jak szło panterołaczce. W końcu jednak wyraźnie poniosła ją muzyka, bo zaczęła smutno śpiewać:

Och, serce, moje serce,
Gdzieżesz się podziało?
Oddane w godne ręce,
Czemuś z nich wypadło?
A w duszy mojej ponoć skarbów było wiele,
A dziś tylko nicość i wiatr zimny wieje.
Bogacze miłości po świecie nie chodzą;
Złodzieje radości ich maski noszą.
Och serce, moje serce,
Tak bardzo przepraszam,
Że cię w wieczną nędzę
Tak łatwo sprzedałam.


W trakcie śpiewania jej głos stawał się coraz słabszy, aż w końcu fellarianka opadła na kraty, te same, które sąsiadowały z klatką Cętki, po czym zaczęły wstrząsać nią deszcze; widocznie powstrzymywała się od kolejnego rozpłakania. Rozległo się nagle klaskanie. W naprzeciwległej klatce siedział minotaur, który aplauzem wyraził swoje zdanie, jednocześnie ocierając łezkę.

Tymczasem Malawiasz wraz z byłym już niewolnikiem wkroczyli do bardziej gościnnej części całego przybytku. Wystrój sali robił wrażenie; stoliki z ciemnego drewna, krzesła wyświetlane aksamitem, wszechobecne świece jako jedyne rozpraszające panujący półmrok - to wszystko przywodziło mu na myśl mroczne romansidła osadzone w świecie intryg i brudnych uczuć, tak niegdyś uwielbiane przez jego ojca. Nie było to nazbyt  miłe skojarzenie.
        Oczywiście pełno było także ludzi; sylwetek skrytych w półcieniu, krążących pomiędzy stolikami i wypełniających przywiązania oraz obowiązkowe komplementy lub złośliwości. Malawiasz potrafił świetnie odnajdywać się w takich sytuacjach, jednakże przy takim towarzystwie wolał zachować dystans. Dlatego wraz z Ostrzem ruszył pomiędzy ludźmi, starając zwracać na siebie jak najmniejszą uwagę. Udało się przez kilkanaście sekund. Jego maska budziła zainteresowanie. Udawało mu się co chwila je studzić, jednak zaciekawionych z każdą chwilą przybywało.
        Starał się "dopłynąć" do jakiegoś stolika, gdy nagle... Nigdy nie pozwoliłby sobie wpaść na kobietę. A jednak tak się stało.
- Najmocniej przepraszam - powiedział na tyle prędko, na ile nakazywała grzeczność, wspierając ją ramieniem.
- Nic się nie stało - odpowiedziała, uśmiechając się spod maski zasłaniającej górną część twarzy. Zachichotała nerwowo, gdy spojrzała na jego "twarz". - Widzę, że nie jestem tak oryginalna, jak mi się wydawało. Pan Skouler, prawda? Leafia Mirraldis.
- Owszem. Miło mi panią poznać. Musi mi pani wybaczyć, że uchybię nieco etykiecie...
- Oczywiście - odpowiedziała po chwili wahania, kiedy uświadomiła sobie, że mezczyżna nie może ucałować jej dłoni. - Miałby pan coś przeciwko, abyśmy znaleźli jakieś przytulne miejsce na poboczu?
        Malawiasz zorientował się, że tak odrobinę znaleźli się w centrum uwagi. Odpowiedział prostym "oczywiście", po czym wziął ją pod ramię. Po chwili znaleźli samotny stolik w samym koncie, pozbawiony krzeseł, które zastępowała swoista, zaokrąglona "kanapa". Usiedli tam we trójkę, Malawiasz miał uzbrojonego elfa po lewej stronie, a zamaskowaną kobietę po drugiej; w dodatku doskonały widok na oświetloną scenę. Chciał zapytać o Klub, ale uświadomił sobie, że jeżeli na kobietę zadziałało jego oszustwo - podejrzewał, że elfi już-nie-niewolnik miał coś z tym wspólnego - to pewnie widzi w nim stałego bywalca. Dlatego milczał, rozglądając się i planując działanie.
Ostatnio edytowano Śr lut 07, 2018 7:59 pm przez Malawiasz, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » Wt lut 06, 2018 10:03 pm

Chociaż Cętka osiągnęła zupełnie inny efekt, niż zamierzała, uśmiechnęła się na widok uspokajającego się jaszczuroczłeka. Powoli przestawała wierzyć w możliwość uwolnienia się, czy odzyskania swojej własności, ale nie znaczyło to, że zamierzała się załamać. A przynajmniej postanowiła sprawiać takie wrażenie, choćby dla własnej satysfakcji. Wściekły syk dobiegł z kierunku, z którego dziewczyna nie spodziewała się absolutnie żadnej reakcji. Obróciła się gwałtownie do skrzydlatej kobiety, przerywając śpiew, czy też raczej złośliwe wycie. Jej głos absolutnie nie pozwalał wyciągać tak wysokich tonów, jakie usiłowała z siebie wydobyć.
Białowłosa przyglądała się nagle ożywionej towarzyszce niedoli z ciekawością i pewną dozą niezrozumienia. Nie pojęła szybko wyrzuconych z siebie słów, ale już przy drugiej, może trzeciej nucie dotarły do niej zamiary uskrzydlonej. Starała się powtarzać wydawane przez nią dźwięki, ale nie było to wcale takie proste. Ważne, że zajęło obie na dobrą chwilę. Na pierwsze słowa piosenki Cętka zamilkła całkowicie. Starała się nie ruszać, aby nie zabrzęczeć łańcuchami. Powstrzymała się nawet od pochwycenia pchły, która uparcie gryzła ją w ucho. Dopiero po zakończeniu pieśni pozwoliła sobie na upolowanie insekta. Mściwie zgniotła krwiopijcę między paznokciami, wyobrażając sobie na jego miejscu inną istotę. Po tym drobnym akcie zemsty na pasożytach, przyjrzała się śpiewaczce, która wyglądała, jakby znów miała się rozpłakać. Podeszła do krat i wyciągnęła rękę do kobiety w geście wsparcia. Niestety, łańcuchy zbyt mocno ograniczały jej ruchy, by mogła wygodnie sięgnąć. Skorzystała więc z puchatego ogona, którego końcówką musnęła dłoń nieznajomej.
        - Ładnie śpiewasz. Jeśli jakoś stąd wyjdę, nie zostawię cię tu. - Wiedziała, że najpewniej nikt ze współwięźniów nie mógł jej zrozumieć, ale czuła się lepiej, gdy odezwała się od czasu do czasu. - Zaśpiewaj jeszcze coś. - Dopiero po tej prośbie zorientowała się, że tak nie mogła się porozumiewać. Rozejrzała się ze zrezygnowaną miną po pomieszczeniu w poszukiwaniu inspiracji. Jej wzrok zatrzymał się na minotaurze i wyszczerzyła się z dziką radością. Oparła się plecami o kąt klatki po stronie skrzydlatej, po czym zaczęła klaskać w dłonie, co przerywała od czasu do czasu, by uderzyć jedną lub obiema o uda. Z łatwością można było wyłapać rytm, który wybijała, a gdy tylko upewniła się, że był prawidłowy, znów zaczęła śpiewać. Tym razem zamiast zawodzić wysoko, wykorzystała swój naturalnie niski głos, by zaprezentować krótką modlitwę łowców. Gardłowe wypowiadanie niektórych głosek, rytmika i spojrzenie ogoniastej sprawiały, że tłumaczenie nie było raczej nikomu potrzebne. Chyba, że ktoś odebrałby jej wyszczerzone zęby jako przyjazny uśmiech. Wtedy mógłby nie domyślić się, że śpiewna recytacja dotyczyła prośby o szybkie stopy, silne dłonie i gorącą krew, by z łatwością dopaść i zabić ofiarę godną uwagi przodków. Mniej oczywiste mogły być wersy, w których śpiewaczka błagała duchy o zęby dość ostre, by rozerwały grubą skórę, szczęki, które nie wypuszczą raz złapanej gardzieli, czy mocne pazury, z których nie wywinie się nikt, kogo raz pochwyci. Na koniec przestała wybijać rytm i trzykrotnie wezwała przodków, by byli przy niej, gdy wyrwie życie z upatrzonej istoty. Za każdym razem powtórzyła prośbę ciszej.
Doskonale wiedziała, komu i co chciała wyrwać, więc modlitwa wydawała jej się jak najbardziej na miejscu. Wreszcie spojrzała kątem oka na kobietę w klatce obok i skinęła na nią głową z krzywym uśmieszkiem.
        - Teraz ty! Czy mam dalej? Ja mogę śpiewać do samego rana.
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Śr lut 07, 2018 7:59 pm

Fellarianka nie oczekiwała, że zdoła tak szybko podszkolić jakże ambitną śpiewaczkę; jeszcze przed chwilą próbowałaby odnaleźć sens tego, czego się podjęła. Została wzięta do niewoli stosunkowo niedawno, a nie każdy był w stanie znieść pozbawienie wolności tak dobrze jak smokołak. Po skończonej piosence uderzyły w nią z jeszcze większą siłą wszystkie okropne wspomnienia z chwil, wciąż tak niedawnych w jej przeszłości, jak i pesymistyczne przewidywanie tego, co czeka ją w przyszłości. W klatce znajdowało się nie tyko jej ciało, ale i umysł; tak jak Cętka nie była w stanie zniszczyć oddzielających ją od wolności krat, tak ona nie potrafiła sama uwolnić się z kręgu rozpaczy, w który wpadła; zmienił to dopiero miły dotyk pod dłonią i słysząc serię słów, których nie była w stanie zrozumieć, lecz które to były wypowiedziane tak miłym tonem, że nie potrzebowała tego.
        Kobieta zamrugała i zacisnęła delikatnie dłoń na puchatym ogonie, spoglądając ukradkiem na rozglądającą się Cętkę. Łagodnie zaczęła głaskać ogon, jednocześnie ocierając twarz z łez. Zrobiłby to ogonem panterołaczki - jedyną rzeczą, która była obecna w klatce, ale obawiała się, że może to być nieszczególnie miłe. Po chwili znieruchomiała, przysłuchując się pieśni Cętki. Ta była całkowicie odmienna od tego, co wcześniej się rozległo. Fellarianka poczuła w sobie coś nietypowego: pewną grozę, której towarzyszył jednocześnie gniew i podniecenie.
        Gdy panterołaczka skończyła śpiewać i spojrzała na nią, fellarianka dźwignęła się, opierając się plecami o jej plecy. Wskazała na siebie, odwzajemniając spojrzenie.
- Anaria - powiedziała powoli swoje imię. Następnie przymknęła oczy, zastanawiając się przez chwilę, po czym zaczęła śpiewać:

W jaskini bolesne jęki brzmią,
W jaskini ogień czarci jęczy.
Powstrzymaj więc głupcze stopę swą,
Zanim trafi między odmęty,
Tej grozy niewypowiedzianej,
Tej grozy nigdy nie nazwanej.

Strach na kawałki złamie kość,
Krzyk przetnie ucho na połowy,
Wicher rozwieje prochy twe w krąg,
Gdzie diabli urządzają gody.
Tego kielicha do ust...


Umilkła nagle, gdy dał się słyszeć odgłos kroków stóp odzianych w buty o twardej podeszwie; dużej ilości par. Fellarianka odsunęła się od krat i przystawiła palec do ust, obracając się w stronę Cętki. Następnie oddaliła się w kąt klatki, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Wkrótce, po stopniowym przybliżeniu się źródła odgłosu kroków, ich oczom ukazała się grupa najemników. Zbliżyli się do klatki minotaura, stając tyłem do Cętki.
- Ten będzie dobry - rzucił jeden z mężczyzn, a pozostali wyciągnęli broń. Minotaur się zjeżył, gdy otworzyli klatkę. Zakuli jego ręce w kajdany połączone sztywnym spoiwem, po czym wyprowadzili. Naturianin rzucił ostatnie spojrzenie w stronę Cętki i fellarianki, po czym zniknął za zakrętem. Skrzydlata kobieta ponownie przybliżyła się do panterołaczki, przecisnęła pomiędzy kratami dłoń, którą położyła na jej ramieniu.
- Lepiej nie zwracać na siebie zbytniej uwagi – powiedziała jej zmartwionym głosem, mając nadzieję, że zmiennokształtna coś z tego zrozumie. Nagle drgnęła, gdyż smokołak, wybudzony brakiem śpiewu, ponownie rzucił się do krat, starając się wyrwać je z nawiasów. Fellarianka westchnęła. - Biedak. Niektórzy naprawdę źle znoszą niewolę. Nawet gorzej, niż... - Tutaj zamilkła, speszona, ale zachichotała, kiedy się zorientowała, że panterołaczka tak czy siak nie zrozumie. Oparła się na powrót o kraty, wzdychając.

Tymczasem Malawiasz przeżywał chwile społecznej męczarni, w towarzystwie zagadkowej kobiety. Panowało pomiędzy nimi niezręczne milczenie, które zdecydowanie nazbyt się przedłużało. Problem polegał na tym, że nie za bardzo wiedział, o czym miałby rozmawiać w takim miejscu. Czuł obrzydzenie do wszystkiego wokół, a aktorem nie był za dobrym. Ze zdziwieniem jednak odkrył, że kobieta także nie trajkocze, czego od niej oczekiwał. Dlatego zwrócił na nią swoje „Psychologiczne Trzecie Oko”. Jej mowa ciała wskazywała, że nie czuje się tutaj zbyt komfortowo. Pierwszy raz tutaj się znajdowała? Zastanawiający był także fakt, że nie miała ze sobą nikogo; samotna kobieta na targu niewolników... wydawało się być bardzo nietypowe. I jeszcze fakt, że tak łatwo rozpoznała tego, kogo tożsamość przybrał. Spojrzał na elfa, który tkwił nieruchomo, wyćwiczony do niebycia osobą. To zwróciło uwagę i kobiety.
- Ma pan interesującego towarzysza. - ”Cholera”, zaklął mężczyzna uświadamiając sobie wszystko. A przynajmniej istotną tego część. Kobieta była niezłą aktorką, jednak on nazbyt dobrze znał się na ludziach, aby mogło to na niego zadziałać. Ta nienawistna nuta, którą poczuł, kiedy wypowiadała te słowa; to ledwo wyczuwalne drżenie głosu, towarzyszące nadzwyczajnemu stresowi. Nie przyszła tutaj, aby kupować. Przyszła tutaj po jaśnie wielmożnego pana Skoulera. Najpewniej uważała go za najbardziej odrażającego osobnika, jaki chodził po ziemi. Cudownie wręcz. Ironia polegała na tym, że Malawiasz myślał podobnie. Postanowił ją wybadać, aby znaleźć jakieś wyjście z tej nieprzewidzianej sytuacji.
- Nic szczególnego, jak uważam. - Korzystając z faktu, że nie mogła śledzić ruchu jego oczu, przykrytych cieniem maski, uważnie obserwował jej reakcję. Odczytywał coraz więcej. - Dziwi mnie, że tak uroczej pannie nikt nie towarzyszy.
- Ach, nie lubię zbyt wielu osób wokół mnie. Wolę poznawać nowych ludzi. - Było ich więcej. Może nawet to akcja zorganizowana przez władze miasta? ”Cholera, cholera, cholera, w com ja się wpakował?”
Avatar użytkownika
Malawiasz
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Wilkołak
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » Cz lut 08, 2018 5:34 pm

Zmiennokształtna nie miała nic przeciwko temu, że sąsiadka dotykała jej ogona. Dopóki nie próbowała wyrywać sierści, nie było to dla niej nic dziwniejszego, niż zwykłe trzymanie za rękę. Nie zabrała futrzanej kończyny ani podczas własnego śpiewu, ani występu skrzydlatej. Jej imię powtórzyła cicho, by lepiej zapamiętać, choć przeciągnęła je po swojemu przez co zabrzmiało bardziej jak "Anaarija". Podczas piosenki pozwoliła sobie nawet przymknąć oczy, by na chwilę zapomnieć o wszystkim. Nie rozumiała słów, ale podobała jej się melodia. Drgnęła w tej samej chwili, w której umilkła śpiewająca towarzyszka.
Cętka nie wcisnęła się w kąt jej wzorem, ale przypadła do podłogi klatki, wodząc czujnie oczami za przybyłymi mężczyznami. Warknęła nawet cichutko. Żałowała, że przez przeklęte żelazo, którym była skuta, nie mogła się przemienić. Patrzyła za oprowadzanym rogaczem, aż nie poczuła na ramieniu dłoni. Wtedy obróciła gwałtownie głowę, pozwalając sąsiadce ujrzeć jej rozszerzone źrenice. Oczami wyobraźni pamiętała ofiary zwyrodniałej pary: ojca i syneczka, które znajdowała w górach. Obawiała się, że właśnie to czekało człowieka-byka.
        - Cicho! - Skarciła jaszczurowatego, przykładając palec do ust. A potem delikatniej, spokojniej powtórzyła prośbę, przeciągając mocno głoski. Powoli oderwała dłoń od ust i opuściła, mając nadzieję, że ten wariat zrozumie. Musiała pomyśleć. Skrzydlatej wysłuchała, choć nie pojęła ani słowa. Podeszła do drzwi i przycisnęła policzek do krat, próbując coś dojrzeć. Nagle uderzyła w nie dłońmi i obróciła się, by oprzeć o nie plecami i spojrzeć na towarzyszy.
        - Muszę jakoś ściągnąć tu któregoś, może nawieję. - Mruknęła pod nosem, a potem klasnęła głośno w dłonie, by zwrócić uwagę pozostałej dwójki. Chyba miała pomysł, jak się z nimi komunikować. - Zabiją go. Ich przywódca to zrobi. Widziałam jego ofiary. Muszę go dopaść. Jeśli zabiorą mnie, może mi się uda. Bał się... Muszę go zabić.
Podczas mówienia panterołaczka cały czas poruszała dłońmi. Najpierw wskazała na kierunek, w którym odeszli najemnicy, następnie wykonała gest przesunięcia pazurami po szyi, przyłożyła dwa wyciągnięte pionowo palce do głowy, po obu bokach. Znów pokazała ten sam kierunek, ustawiła dłoń poziomo, wysoko nad własną głową, pokazała rozrywanie gardła, palce przyłożone do głowy. Wskazała swoje oczy. Kierunek. Dłoń wysoko nad sobą. Powtórzyła ten sam gest, a następnie rozszarpywanie szyi. Pokazała na siebie. Dwoma palcami jednej dłoni wykonała pantomimę chodzenia, a potem miejsce, gdzie ostatnio widziała najemników. Po chwili namysłu wyszczerzyła zęby prezentując kły i warknęła. Przez kilka sekund siedziała, gapiąc się przed siebie, skupiona na własnych myślach. A potem wstała i zaczęła krążyć po klatce wzorem zamkniętego dzikiego zwierzęcia. Nerwowo drapała się po szyi, próbując wepchnąć palce pod metalową obrożę.
        - Niech już będzie po wszystkim, zanim zwariuję w tym zamknięciu! Wolę krojenie żywcem, niż takie czekanie na nic...
Avatar użytkownika
Cętka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Następna strona

Powrót do Nowa Aeria

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

cron