[Las wokół miasta] Zabić boga


Niezwykle malownicze miasteczko położone na wschodnim stoku gór, nad rzeką Sangral spływająca z wysokich szczytów. Mieszkańcami Maagoth są głównie górnicy pobliskiej kopalni srebra i drwale. Ludzie tutaj są raczej skryci, ale przyjaźnie nastawieni do przybyszów.

Postprzez Mniszek » Wt sie 28, 2018 10:46 pm

        - Jasna sprawa! - zapewnił Mniszek, gdy Indigo dała mu zadanie podejścia podpalacza. Do tej pory już wielokrotnie udowodnił, że to jego las i zna w nim każdą igiełkę, poprowadził więc ją jak po sznurku. Miał dodatkową przewagę nad Jeregirlem, mianowicie taką, że czuł jego aurę, nie musiał go więc widzieć, by móc go dokładnie zlokalizować. Dzięki temu z Indigo długi czas przemykali niepostrzeżenie, nie musząc się nawet ukrywać.
        A gdy dotarli na miejsce, nastąpił cios. Mniszek patrzył na wojowniczkę wielkimi, pełnymi zaskoczenia oczami.
        - Jak to? - mruknął, jakby się dąsał. - Ja… wiem, że to wszystko po to, by mnie wykurzyć. Ale nie będę mógł siedzieć bezczynnie, gdyby on sprowadził towarzyszy albo jakoś cię podszedł! Wtedy wyjdę. Ale spokojnie, nie będę niepotrzebnie ryzykował.
        Gdy wojowniczka go objęła, ani przez moment nie okazał zaskoczenia: przytulił się do niej mocno i ufnie, jakby sam chciał ją w ten sposób wesprzeć.
        - Będzie dobrze - powtórzył po niej. - Damy radę, Indigo.

        Jeregirl albo faktycznie nie widział Indigo, albo tylko udawał. Jeździł po okolicy, wrzeszcząc na całe gardło swoje wyzwania, obelgi i zachęty do walki. W jego oczach widać było szał - chciał walki, chciał zwyciężyć z istotą, przed którą drżały setki osób. Z jednej strony nie wierzył w Maorcoille, uznając go za jedną wielką kuglarską sztuczkę, z drugiej jednak… Chciałby dopaść coś takiego. Bóg. Bożek. Skoro i tak mieli go zabić, chciałby mieć jego krew na swoich rękach, powiesić jego głowę w honorowym miejscu na ścianie - metaforycznie oczywiście, bo nie miał domu. W pogoni za wyzwaniem jeździł z miejsca na miejsce. Lecz gdyby zabił boga? Wtedy chyba nie istniałoby żadne osiągnięcie, które mogłoby to przebić. Może to nasyciłoby jego pragnienie zwycięstwa… Ale o tym dopiero się przekona. Najpierw musiał zająć się tą kobietą, która najwyraźniej była strażniczką Maorcoille. Też nie byle jakie wyzwanie, bo o takich jak ona krążyły legendy…
        I wtedy nagle się pojawiła, zupełnie jakby jego prośby i wezwania zostały wysłuchane. Spokojna, cicha, opanowana.
        - Pani Śmierć - nazwał ją z zadowoleniem Jeregirl, bo tak mu się skojarzyła. Czuł, że ma do czynienia z wytrawnym mordercą, z panterą w ludzkiej skórze, bezlitosnym drapieżnikiem. Widział, że się nie wahała, że była skupiona na swoim przeciwniku i na tym, by go pokonać. To mu się podobało. Z szerokim uśmiechem szaleńca zeskoczył ze swojego konia i dobył broni - krótki miecz o szerokim ostrzu i tarcza. Wydał z siebie krótki ryk zagrzewający do walki i zastraszający przeciwnika. Wiedział jednak, że jej nie przestraszy.
        - Moja liga - zauważył, obracając się niespiesznie tak, by cały czas mieć ją przed sobą.
        - Mrzonki zostawię tym zasmarkanym magom, a sobie wezmę ciebie - oświadczył w sposób, który u wielu kobiet wywołałby dreszcz niepokoju. I nagle, nie ostrzegając w żaden sposób o swoich zamiarach, ruszył na Indigo z wzniesionym do ciosu mieczem. Wyszkolony szermierz uznałby pewnie jego styl za toporny, a samego Jeregirla za samouka, bezmyślnego siepacza. To nie było jednak byle jakie młócenie mieczem - blondyn nie wykonywał żadnych zbędnych ruchów, za każdym razem cała energia jego ciała była kierowana do ostrza, a nie trwoniona na popisy. Krótkie, niezwykle mocne ciosy - przyjęcie czegoś takiego na własne ostrze mogłoby doprowadzić do jego złamania, nie wspominając już o tym, jak by się to skończyło w przypadku kończyny. Sięgnięcie jego było zaś niezwykle trudne - Jeregirl nie dbał o zachowanie dystansu, prawie nigdy nie odskakiwał, jeśli nie była to kwestia ukształtowania podłoża, ale gdziekolwiek nie kierowałoby się ostrze Indigo, napotykało niemożliwą do sforsowania przeszkodę z tarczy Norda bądź jego miecza.

        Tymczasem siedzący w krzakach Mniszek robił się coraz bardziej niespokojny. Widział, że to poważna walka - nie był wojownikiem, by w pełni ją docenić, ale samo niebezpieczeństwo dostrzegał. Jednocześnie gdzieś z oddali docierał do niego zew konającego w płomieniach lasu - coraz głośniejszy i trudniejszy do zignorowania. Serce leśnego strażnika przyspieszało. Chwilę później przejmująco zakwilił, wcześniej zdążywszy jednak zasłonić sobie usta dłońmi - do krzyku palonych drzew dołączył ryk umierających zwierząt. Nie mógł tego znieść. Zasłonił sobie uszy rękami, ale to na nic się zdało, bo te głosy były w jego głowie - las wzywał swego strażnika na ratunek. Lecz jednocześnie Mniszek nie mógł tak zostawić Indigo - to była zbyt ważna, zbyt niebezpieczna walka.
        W piersi małego elfa o złotych włosach powoli zaczynały bić dwa serca - jedno jego własne, szybkie, płochliwe. Drugie zaś potężne, wybijające miarowy rytm jak kroczący równiną olbrzym. Było coraz głośniejsze.
Avatar użytkownika
Mniszek
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Przemieniony
Aura: Drogi czytelniku aur, gdy uniesiesz powieki twoim oczom ukaże się gęsta mgła, a w oddali wyrysuje szczyt horyzontu, na którym to rozprzestrzenia się ciemny las, pełny iglastych drzew różnego rodzaju i przerastających cię swoją wysokością. To wzbudza dreszcz emocji, lecz mimo strachu krajobraz ten przyciąga. Chce się podejść zdecydowanie bliżej, zaznać tego uczucia bardziej dosłownie i fizycznie. Z każdym krokiem czuby starodrzewów zdają się być coraz wyższe, węższa i bardziej przytłaczające. Szmaragdowa siatka swoją gęstością zakrywa zakamarki między pniami by uniemożliwić odkrycie tajemnic tego miejsca, a srebro mieni się bardzo intensywnie, choć nie na tyle by oślepić obserwatora. Wkraczając na teren tychże leśnych łun nie poczujesz pod stopami miękkiego mchu, a bogatą w gałęzie ściółkę nadającą emanacji zdecydowanej twardości. Serce bije coraz głośniej, aby przełknąć strach najłatwiej jest przymknąć oczy. Jeden wdech sprawia, że nabierasz odwagi, więc znów unosisz powieki, tym razem jednak gwałtownie i… obłęd absurdalności zaciska się na twoim umyśle, gdy nagle te bagniste okolice stają się oazą dla twej zszarganej duszy. Barachitowa barwa zdaje się nie mieć końca, jest zarówno drzewem, krzewem oraz blaskiem słońca. Szepty kołyszących się liści brzmią lekko, a szmer wody jest równomierny, stapia się z innymi dźwiękami tworząc jednostajnie uderzający głęboki ton, który koi i rozwiewa wszelkie niechciane myśli. Liczne głosy towarzyszą Ci bez przerwy podczas tej niebywałej wędrówki, jakby zechciały pokazać piękno tego świata mimo uporu zła rozsiewającego się po ziemiach Alarańskich. Głaszcząc liście bogatego lasu nie dostrzeżesz choćby nuty sprzeciwu. Roślinność chętnie ugina się pod naporem twej dłoni, jest gładka i wcale nie niepokoi chropowatymi przejściami żył. Kwiaty wydzielają przyjemny zapach świeżości, a sam las pachnie jakby dopiero co zbudził się z porannej rosy. Lepkie soki owoców roślinnych smakują kwaśno, a gdy otwierasz oczy po raz trzeci… budzisz się w rzeczywistości, a aura pozostawia po sobie jedynie odległe wspomnienie, za którym tęsknisz.
Wygląd: Mniszek:
Imię elfa wzięło się od jego włosów, które faktycznie przez swą żółto-blond barwę przykuwają wzrok jak mlecz na tle soczystej zieleni łąki, lecz o tym jakie one są dokładnie, będzie później.
Mniszek w swej naturalnej postaci jest młodzieńcem o bardzo delikatnej urodzie i wielu osobom kojarzy się z postacią z ilustrowanej księgi bajek. Do sześciu ...
(Więcej)

Postprzez Indigo » Pn paź 01, 2018 8:20 pm

        Ona zataczała wolny krąg stąpając prawie równym krokiem, niemal bezszelestnie. On z wigorem zeskoczył z konia stając w miejscu. Różnili się od siebie niczym dzień i noc. Potężny woj z północy i szczupła brunetka znikąd. On w pełni sił fizycznych, ani zmęczony ani ranny, bogaty w doświadczenie nabyte wśród licznych walk. Jej pozostało jedynie wyszkolenie.
Hope jednak nie nawykła rozpaczać nad przeszłością, były to uczucia bezproduktywne. Zresztą uczucia ogółem były zbędnym balastem. Rzadko też żałowała utraconej sprawności. Czasem jednak brakowało jej dawnej siły i szybkości, a niemoc nasycała wewnętrzną wzgardę wobec słabości własnego ciała. Tak było tym razem. Teraz właśnie jak nigdy potrzebowała sił. Tym bardziej uśmiechnęła się gorzko w myślach, słysząc tytuł jakim została obdarowana.
“Pani śmierć” - kpina… Śmierć winna być przecież znacznie skuteczniejsza i potężniejsza. “Chociaż... może dlatego wciąż nie mogę umrzeć“ - zadrwiła sama z siebie. Nikt przecież nie mówił w jakim stanie kończy kostucha, grunt, że jest ona ostatnim stojącym na polu bitwy, a tak przecież było do tej pory. Wciąż oddychała mimo odmiennych chęci, czy wręcz starań. Do tego niosła zgubę osobom sobie bliskim. Na moment podążyła filozoficznym nurtem - kim więc był on, skoro zamierzał unicestwić śmierć i najprawdopodobniej miało mu się to udać…?
        Nie drgnęła słysząc bojowy ryk mężczyzny. Od dawna nie miała nic do stracenia więc i wszelkie obawy opuściły ją dawno temu. Do tego nie oczekiwała po mężczyźnie niczego innego. Był raczej z tych głośnych, przecież jeździł po lesie wydzierając się niczym byk podczas rykowiska. Przeciwnie jednak do większości zabijaków mocnych jedynie w gębach, wrzeszczących ile popadnie bez możliwości pokrycia gróźb czynami, blondyn był niebezpieczny. To było widać, chociaż z zewnątrz mógł wyglądać na niechlujnego i narwanego, Indigo dostrzegała zupełnie inne fakty. Śledząc jej kroki, Nord obracał się z nonszalancką gracją, nie tracąc równowagi nawet na moment.
Przypuszczała, że nie tylko pilnował się przed jej atakiem ale i wynajdywał jej słabe punkty. Ona w odróżnieniu od niego, nie przyglądała się nieustannie swojemu przeciwnikowi. Wzrok wbity miała gdzieś przed siebie, jakby nie spoglądała w żadnym konkretnym kierunku. Twarz dziewczyny również pozostawała niewzruszona gdy wydeptywała pętlę, nawet jeśli myśli snuły się pochmurnym tokiem.
        Może kiedyś faktycznie byliby sobie równi, tu tkwił szczegół - kiedyś, i zapewne najemnik niedługo się o tym przekona. Już nie miała miecza, którym tak naprawdę powinna była walczyć, tak jak wojowniczka go dzierżąca powoli odchodziła w zapomnienie pozostawiając po sobie marną imitację.
Długi flamberge zaś był podwójnie stracony w tym pojedynku mając przeciw sobie nie tylko krótki miecz do walki w zwarciu, ale i tarczę. Lecz to akurat raczej wiedzieli oboje.
        Groźby nie wywarły na Indigo wrażenia, podobnie jak uprzednie komplementy, chociaż przechwałki i buta nawet jeśli nie były bez pokrycia, mierziły wojowniczkę. Nigdy nie ceniła zbyt wysoko szczekaczy. Wątpliwe jednak, aby żył ktokolwiek pamiętający by Indi kiedykolwiek straciła panowanie nad sobą, czy podniosła głos. Zamiast lęku czy pyskatej odpowiedzi, dwuręczny miecz drugi raz przeciął powietrze ruszony praktycznie niedostrzegalnym ruchem, zupełnie jakby pchnął go własny ciężar. Sztych wbił się w trawę tuż przed prawą stopą kobiety, wznosząc kilka źdźbeł trawy, gdy Indigo zatrzymała się frontem do Jeregirla. Skłoniła się, wolne przedramię przykładając do piersi, zupełnie jakby odpowiedziała “Zapraszam więc, czekam”.
        Nord runął w jej stronę niczym lawina, niespodziewanie i agresywnie. Nawet nie próbowała przyjmować pełnego impetu na siebie. Poderwała miecz w ostatniej chwili i wykonała pół kroku w tył, przenosząc ciężar z jednej nogi na drugą. W ten sposób zeszła nieznacznie z toru ataku. Nie przyjęła też całej siły uderzenia na klingę, pozwoliła mu zsunąć się po płazie, aby uchronić ją przed uszkodzeniem, a i tak siła ciosu była piorunująca (albo ona tak słaba, co chętnie sobie wytknęła w krótkiej myśli przemykającej przez skupioną na walce jaźń). Korzystając z bliskości zaatakowała głowicą w żebra woja, ale ta odbiła się głucho od tarczy, która już była we właściwym miejscu. To było wszystko na co miała czas nim nord posłał kolejne cięcie znad głowy. Znów uchroniła się przed ciosem w ostatniej chwili spychając miecz mężczyzny, ale kilka kosmyków z czarnych włosów poderwanych nagłym unikiem nie zdążyło umknąć i sfrunęło w dół odcięte mieczem przeciwnika.
        Przy każdym natarciu Jeregirla, Indigo przenosiła środek ciężkości na nogę zakroczną, uciekając przed uderzeniem i broniąc flamberge przed uszkodzeniem, gdy pozwalała by miecz blondyna ze zgrzytem ześlizgiwał się po nim. Centralnego uderzenia najpewniej nie tylko miecz nie zniósłby dobrze. Ból był stłumiony medykamentami, ale miała wyobrażenie o przeciążeniach jakie właśnie jej fundowano. Pełny atak posłałby ją na kolana.
Tak więc mężczyzna nacierał a Hope dryfowała po polanie, zmuszając napastnika do ciągłego obracania się. Nawet nie mogła wykorzystać całej siły oburęcznego miecza. Wciąż trzymała go półchwytem z jedną ręką na rękojeści, drugą poniżej ricasso, a i tak manewrowanie klingą musiała ograniczyć do parowania ciosów. Mężczyzna był szybszy niż większość najemników jego postury i w pełni to wykorzystywał.
Doskonale znał się na swoim fachu i dobrze wiedział, że musi utrzymać dziewczynę w krótkim dystansie by nie skorzystała z potencjału swojego oręża. Przy pełnym zamachu długim mieczem, kolczuga dawała za wygraną i podobnie byłoby z jego tarczą, a niepokaźna figura wojowniczki nie miała nic do rzeczy, skoro potrafiła go dzierżyć. Płomieniste ostrze związane w zwarciu, było mniej groźne od umiejętnie prowadzonego sztyletu.
Walka toczyła się nie przechylając jeszcze szali zwycięstwa i zapowiadało się, że wygrać mógł wytrzymalszy, chociaż to Nord dominował nieustannie nacierając. Pożar rozprzestrzeniał się, a dym docierał już na polanę.
        Początkowo Indi chciała zagrać na zwłokę, w trakcie okazało się, że tego nie przemyślała, a rzadko jej się to zdarzało. W jakim celu grała na zwłokę? Liczyła, że mężczyzna się rozmyśli i sobie pójdzie? Tak by było idealnie… ale w zasadzie to chyba miała nadzieję, że jak już ją zabije to wróci do obozu. Co jeśli jednak by tego nie uczynił? Co z Mniszkiem, na którego oczach zostałaby wypatroszona? Siedziałby dalej w kryjówce? Zdecydowanie nie przemyślała tego. Zwykle miała jeden tylko cel, nie dać się pojmać żywcem. Mordowanie wędrujących po lesie kłusowników wiele się nie różniło, ale teraz sprawy się pokomplikowały, a wygrać z mężczyzną nie zamierzała przecież… Inaczej, zwyczajnie nie liczyła na to. Może kiedyś tak, ale nie w tym stanie. Coś jednak należało zrobić a nie ganiać się do upadłego po polanie z szalonym berserkiem czekając chyba aż ogień odetnie im wszystkie drogi.
Tymczasem Jeregirl czuł się rozczarowany. Z jednej strony kobieta wciąż żyła i stała na nogach raczej nietknięta, co po takim czasie spędzonym na fechtowaniu z nim raczej się nie zdarzało, ale jednocześnie była wyjątkowo bierna, a pojedynek zaczynał trącić nudą.
Już dawno dostrzegł, że nie była w pełni sprawna, ale to nijak nie zmieniało stanu rzeczy. Chciał walki, chciał adrenaliny, chciał chwalebnego zwycięstwa, nie owcy prowadzonej na rzeź.
        Zaatakował ponownie nie pozwalając brunetce odetchnąć ani nabrać dystansu. Cięcie poziome, szybkie zebranie miecza i pchnięcie z jednoczesną osłoną tarczą. Niby prosta kombinacja, ale wykonana z jego szybkością była diabelnie skuteczna. Tym razem obrona nie nadążyła za nim. Początkowy zgrzyt stali o stal i grymas satysfakcji i rozczarowania przemknął po twarzy najemnika, gdy jego klinga zagłębiła się w boku wojowniczki.
W tej samej chwili poczuł przeszywający ból i zrozumiał swój błąd. Zamiast w pełni się obronić, sama zaatakowała, zmieniając prowadzącą rękę. Dłoń znajdująca się przy pazurach zastawy, pozostała na swoim miejscu, ale druga powędrowała prosto na ostrze prowadząc flamberga w zdradzieckie pchnięcie w pachwinę. Ignorując własną ranę, całą siłą na jaką mogła się zdobyć, Indigo szarpnęła wbitą klingę w górę.
Wiele nie zyskała. Pchnięcie tarczy odrzuciło ją w tył uwalniając oba miecze z ciał. Uderzenie powstrzymała w ostatnim momencie zasłaniając się przedramieniem. A wyhamować musiała przyklękając i wbijając miecz w ziemię, który wciąż trzymała za ostrą część.
Na twarzy Jeregirla wykwitł krzywy uśmiech. Takiej techniki jeszcze nie widział, poświęcić siebie by uderzyć…
Oboje obficie krwawili i pierwsze krople szkarłatu zaczęły skapywać z przesiąkniętych ubrań, na trawę. Nord uśmiechnął się jeszcze szerzej, gdy spróbował przenieść ciężar na ranną nogę. Suka wiedziała gdzie ugryźć. Gdyby spóźnił się z uderzeniem tarczą o jeszcze jedno mrugnięcie oka, teraz wykrwawiałby się na polanie.
Hope wznowiła okrążanie blondyna, podrzucając miecz by zakrwawioną dłonią złapać go prawidłowo - za rękojeść. Drugą, tą która przywitała tarczę, próbowała poruszać palcami. Szło opornie. To była głupia obrona. Równie dobrze mogłaby próbować zatrzymać w ten sposób kowalski młot. Innej opcji jednak nie było, póki działały zioła, miecz jakoś utrzyma, a szydełkować przecież nie będzie, więc precyzja była jej zbędna.
Avatar użytkownika
Indigo
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Max, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Jasna mgła… Choć młoda emanacja to wydaje się już matowieć żelazną barwą, którą łatwo może dostrzec wprawiony czytelnik. Jest rozmytą wodą oraz tajemnicą, nie wydaje się jednakże na pierwszy rzut oka interesująca. Sztywnie cienie pni rzadko kiedy kłaniają się łysymi gałęziami. Ziemia pod stopami jest twarda i zbita, pełna nijakich głazów i kamieni. Nie zaciekawi żadną melodią, nie usłyszysz tu żadnego dźwięku i tylko smak nadaje aurze głębi i charakteru. Żywica spływająca po drzewach jest lepka, lecz schnie i zastyga bardzo szybko na obcym ciele. Słony posmak wysusza język oraz podniebienie, a dopiero doświadczony czytelnik emanacji wyczuje gorzką nutę. W tym bez znaczenia miejscu rozmywa się jedna, jedyna kropla obsydianu, jakby ku pokrzepieniu serc wspomina o tym, że niegdyś coś komuś obiecała, że pewne prawa wciąż istnieją. I mimo, że nadzieja jest tu nikła, to zapach oraz ciepło żaru rozpalonego żelaza rozgrzeje twą twarz opatulając ją lekko i wzbudzając trudny do opisania dreszcz – wrażenie oczekiwania na życie czy też na śmierć?
Wygląd: Hope nosi praktyczne i wygodne ubrania. Swobodne spodnie, mimo spięcia skórzanym pasem, opadają w pasie, nieco wisząc w kroku. Utkane są z grubej, bawełny, która jest wyjątkowo trudna do przedarcia. Kieszenie spodni znajdujące się na przedzie zaraz poniżej stanu oraz dwie pochwy na noże, przypięte do paska i ustabilizowane po bokach, odpowiednio prawego i lewego uda, dopełniają ... (Więcej)

Postprzez Mniszek » Pn paź 15, 2018 7:06 pm

        Mniszek nie powiedział Indigo o sobie wszystkiego. Nie zrobił tego specjalnie. Zdawało mu się jednak, że po pierwsze: każdy wie, czym jest Maorcoille, bo do tej pory każda napotkana przez niego osoba słyszała o tym opiekuńczym duchu lasu, a czy w niego wierzyła, czy też nie… Nawet jeśli nie, to zaczynała wierzyć po spotkaniu z nim. Po drugie zaś Mniszek sam nie wiedział co się może stać, kiedy da radę zapanować nad siedzącym w sobie bogiem, a kiedy nie. Tak naprawdę elfik, mimo iż jako właściciel ciała z przyrodzenia powinien mieć najwięcej do powiedzenia, prawie nie miał głosu. Najważniejszy był las - to jego wezwanie było tak silne, że podlegał mu zarówno złotowłosy chłopaczyna, jak i potężna bestia w nim drzemiąca. A ta bestia miała zaś przewagę nad gospodarzem w każdym przypadku. Elfik mógł trochę opóźnić jego pojawienie się, ale nigdy do tej pory nie dał rady jej całkowicie zdusić. Nie powiedział o tym Indigo, bo zdawało mu się, że nie ma takiej potrzeby.
        A jednak to było konieczne. Bo serce Maorcoille biło coraz głośniej, a Mniszek wiedział już, że polegnie. Przerażony zakrywał dłońmi uszy i kulił się za drzewem, bojąc się cokolwiek zrobić, by jedno spojrzenie, jeden dźwięk nie był tą iskrą, która obudzi demona… Ziemia pod jego nogami nosiła ślady tego, jak rył ją piętami, próbując okiełznać chęć ucieczki. Jednak nic nie pomagało - mógł się kulić i kryć, ale cały czas słyszał wrzaski agonii, trzask ognia, brzęk stali. Coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe. Pełne wyrzutu. Oto strażnik lasu pozwalał, by jego las ginął. Kulił się na ziemi jak nieopierzone pisklę, gdy raptem kilka staj dalej obca kobieta narażała za niego życie, a jeszcze dalej konali ci, których miał chronić. Dla ludzi nie mieli oni głosu, ale dla niego tak, co więcej, to on był ich głosem. A milcząc, pozwalając, by działa im się krzywda, nie wypełniał swojej misji, nie był wcale lepszy od tych, którzy podłożyli ogień… Był od nich jeszcze gorszy. Był zdrajcą. Dlaczego pozwalał na ich cierpienie?
        Mniszek zacisnął zęby aż jęknął z bólu. Nie potrafił wytrzymać, był u kresu sił. Nie umiał już dłużej utrzymać Maorcoille na uwięzi. To już nie była kwestia “czy”, ale “kiedy”. Jedyne co jeszcze mógł zrobić elfik, to zdecydować co zrobi na chwilę przed, czy się rozproszy na tyle, by obudzić w sobie boską bestię. Mógł wybierać: pomóc Indigo albo ratować las. I wbrew pozorom wybór był jeden. ”Indigo będzie się na mnie gniewać”, stęknął w duchu, ale wiedział, że wojowniczka była mądrą kobietą i go zrozumie. Bo jej mógł pomóc tylko tak długo, jak był przytomny. Później, gdy obudzi się Maorcoille, nie będzie już wyboru. Wtedy będzie liczył się tylko las.
        Mniszek podniósł się do pozycji siedzącej i nadal przyciskając dłonie do uszu spojrzał zza drzewa na przebieg pojedynku między milczącą wojowniczką a wściekłym Nordem. Stęknął, widząc jak ciężko oboje byli ranni. Oboje… A to oznaczało, że jeśli Indigo się polepszy, zyska przewagę. To było szybsze, niż atakowanie tego ogarniętego szałem najemnika. Mniszek w mgnieniu oka podjął decyzję. Złapał za brzeg swojej zdobycznej opończy i przycisnął ją do ust niczym knebel. Zaczął śpiewać pieśń uzdrowienia - najgłośniej jak tylko mógł, choć przez gruby zwój materiału i tak jego głos był stłumiony. To się jednak nie liczyło: jego zaklęcia miały taką moc, jaką on w nie włożył, a nie taką, z jaką zostały usłyszane. Śpiewał więc ile sił w płucach, bardzo się starając, aby utrzymać melodię, choć po tym jak wił się pod drzewem i jak kurczowo łapał się trawy i ziemi widać było, że cierpiał. I w końcu przegrał. Odjął opończę od ust i krzyknął boleśnie. W irracjonalnym odruchu zerwał się do biegu, by jak najszybciej oddalić się od miejsca starcia, by nie przysporzyć kłopotów Indigo, choć i tak już było za późno.

        Jeregirl usłyszał wysoki, prawie dziewczęcy krzyk. Całkiem niedaleko. Jego oczy znowu zalśniły jak w gorączcie, rozejrzał się, szukając źródła tego dźwięku. Dojrzał ruch, ale nie dojrzał osoby. A potem rozległ się huk.
        - Tak! - krzyknął tryumfalnie najemnik, gdy usłyszał przerażający ryk i zobaczył bestię. Maorcoille. Potężny, majestatyczny, z porożem, które wyglądało jak korona. Nawet na nich nie patrzył, cwałował w stronę pożaru… Jeregirl osiągnął swoje. Taki był plan od początku: zarzucić bożka taką ilością bodźców, negatywnych bodźców, aby zmusić go do interwencji. Podpalenie lasu, zabijanie zwierząt, grożenie jego kapłance… Osiągnął swoje - Maorcoille wyszedł z ukrycia. Teraz zajmie się nim Aezin. A jemu zostanie ta dziewczyna.
        - Dokończmy to - zwrócił się do wojowniczki, w uśmiechu podnosząc wargę jak dzikie zwierzę. Później rzucił się do ataku, z krzykiem i siłą, jakby wcale nie oberwał. Wydawało mu się, że ta walka będzie nudna, ale nie. Ta dziewczyna miała charakter, nerwy ze stali. Jej bierność była zasłoną dymną, na którą dał się nabrać i przez to ona dała radę go zranić. A to był nie lada wyczyn. Czym jeszcze ją zaskoczyć? A może da radę ją dosięgnąć, nim to ona dosięgnie jego? Aż żal zabijać taką przeciwniczkę… Ale przecież po to się walczyło, czyż nie? Chociaż… Ona mogła im się jeszcze przydać żywa - jeśli nie jako karta przetargowa z Maorcoille, to jako dar dla Aezin i jego krwawych bóstw. Wtedy Hallia nie będzie musiała nadstawić gardła w rytuale… Tak, to niezły plan. Żadne bóstwo nie pogardziłoby ofiarą z kobiety, która była jak Śmierć.

        Wiadomo było, że coś nadchodzi. Coś wielkiego, groźnego, potężnego. Nim jeszcze można było to zobaczyć, usłyszeć. Uciekające zwierzęta aż przystawały, próbując zrozumieć co się dzieje. Gdy już rozpoznawały Maorcoille, podejmowały ucieczkę - chociaż był on po ich stronie, wolały nie nadwyrężać swojego szczęścia, bo może i był po ich stronie, ale… był też wściekły. I to się czuło.
        Olbrzymia bestia z rykiem uderzyła łbem o jedno z drzew, zwalając je jakby była to sucha gałązka. Łapami orała ściółkę i głębsze warstwy gleby, rozrzucając je na boki. W jednej chwili stworzyła miejsce, przez które ogień nie miał prawa się przedrzeć, nie ten zaprószony tuż przy ziemi. Później popędziła dalej. Ogień zapuścił Jeregirl, ale podsycali go pozostali najemnicy - jeden z nich miał pecha, że nie uciekł na czas. Maorcoille dorwał go i rozerwał na strzępy niczym szmacianą lalkę, zanim ten w ogóle zdołał zorientować się w swojej sytuacji, zanim dotarło do niego, że to koniec. Krwawe ochłapy zawisły na drzewach i krzakach, a bestia pognała dalej. Nie wiedziała, że w szale i amoku pędzi prosto w pułapkę.
Avatar użytkownika
Mniszek
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Przemieniony
Aura: Drogi czytelniku aur, gdy uniesiesz powieki twoim oczom ukaże się gęsta mgła, a w oddali wyrysuje szczyt horyzontu, na którym to rozprzestrzenia się ciemny las, pełny iglastych drzew różnego rodzaju i przerastających cię swoją wysokością. To wzbudza dreszcz emocji, lecz mimo strachu krajobraz ten przyciąga. Chce się podejść zdecydowanie bliżej, zaznać tego uczucia bardziej dosłownie i fizycznie. Z każdym krokiem czuby starodrzewów zdają się być coraz wyższe, węższa i bardziej przytłaczające. Szmaragdowa siatka swoją gęstością zakrywa zakamarki między pniami by uniemożliwić odkrycie tajemnic tego miejsca, a srebro mieni się bardzo intensywnie, choć nie na tyle by oślepić obserwatora. Wkraczając na teren tychże leśnych łun nie poczujesz pod stopami miękkiego mchu, a bogatą w gałęzie ściółkę nadającą emanacji zdecydowanej twardości. Serce bije coraz głośniej, aby przełknąć strach najłatwiej jest przymknąć oczy. Jeden wdech sprawia, że nabierasz odwagi, więc znów unosisz powieki, tym razem jednak gwałtownie i… obłęd absurdalności zaciska się na twoim umyśle, gdy nagle te bagniste okolice stają się oazą dla twej zszarganej duszy. Barachitowa barwa zdaje się nie mieć końca, jest zarówno drzewem, krzewem oraz blaskiem słońca. Szepty kołyszących się liści brzmią lekko, a szmer wody jest równomierny, stapia się z innymi dźwiękami tworząc jednostajnie uderzający głęboki ton, który koi i rozwiewa wszelkie niechciane myśli. Liczne głosy towarzyszą Ci bez przerwy podczas tej niebywałej wędrówki, jakby zechciały pokazać piękno tego świata mimo uporu zła rozsiewającego się po ziemiach Alarańskich. Głaszcząc liście bogatego lasu nie dostrzeżesz choćby nuty sprzeciwu. Roślinność chętnie ugina się pod naporem twej dłoni, jest gładka i wcale nie niepokoi chropowatymi przejściami żył. Kwiaty wydzielają przyjemny zapach świeżości, a sam las pachnie jakby dopiero co zbudził się z porannej rosy. Lepkie soki owoców roślinnych smakują kwaśno, a gdy otwierasz oczy po raz trzeci… budzisz się w rzeczywistości, a aura pozostawia po sobie jedynie odległe wspomnienie, za którym tęsknisz.
Wygląd: Mniszek:
Imię elfa wzięło się od jego włosów, które faktycznie przez swą żółto-blond barwę przykuwają wzrok jak mlecz na tle soczystej zieleni łąki, lecz o tym jakie one są dokładnie, będzie później.
Mniszek w swej naturalnej postaci jest młodzieńcem o bardzo delikatnej urodzie i wielu osobom kojarzy się z postacią z ilustrowanej księgi bajek. Do sześciu ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Maagoth

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron