[Posiadłość rodziny Mandeville] Symfonia Wolności


Miasto założone na cześć córki króla Bedusa, która w wieku dziesięciu lat oddała swój wzrok za lud. Uratowała go od zniszczenia. Efne otaczają liczne lasy, góry oraz wzgórza graniczące z Pustynią Nanher.

Postprzez Nevaeh » So lip 07, 2018 8:52 am

        Podczas prowadzenia niezwykle miłego dialogu z córką swych nowych właścicieli, Nevaeh dzieliła uwagę między baczną obserwację niebianki, a wędrowanie po bezdrożach własnych wspomnień. Przez głowę bardki przemknęła myśl, że zachowanie Aureoli uległo subtelnej zmianie, lecz zaraz dalsze pytania panienki zepchnęły ową myśl na sam skraj świadomości wokalistki.
        - Tak, śpiew możemy poćwiczyć - zgodziła się bez większych oporów. - Nie chcę, żebyś miała mnie za nie wiadomo jak wielki autorytet w tej kwestii, bo sama jestem w dużej mierze samoukiem, ale chętnie udzielę ci kilku dobrych rad, jeśli będzie trzeba.
        Na wzmiankę o tańcu śpiewaczka zaśmiała się, odrobinę niepewnie. Uważała zapał niebianki za uroczy, aż przez ułamek sekundy odniosła wrażenie, że naprawdę chciałaby spróbować. Potem jednak wróciła świadomość tego, jak zazwyczaj kończą się tego typu próby, a Nevaeh nie zamierzała kompromitować się w oczach wszystkich bardziej niż potrzeba. Pokręciła głową, ledwo dostrzegalnie. “Może kiedyś, w odległej przyszłości…”
        - Opowiem ci o wszystkim, co tylko cię zainteresuje - mrugnęła porozumiewawczo. - Ale uprzedzam, żebyś potem nie była rozczarowana, spodziewając się wielkich przygód. Jestem zwykłą bardką, niewolnicą, a nie łowcą nagród, tudzież damą w opresji czy innym herosem. W moich historiach nie znajdziesz walk z potworami, ukrytych skarbów ani rycerzy na białym koniu…

        Nevaeh znów delikatnie przygryzła dolną wargę. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że choć rozmowa z zarządcą posiadłości w zasadzie niewiele różniła się od tych, które przeprowadzili ze sobą do tej pory, to jednak tej konkretnej towarzyszyło osobliwe napięcie. Być może chodziło o dwóch dodatkowych świadków, których przenikliwe spojrzenia bardka czuła na sobie przez cały czas trwania ich dialogu, a może o coś zupełnie innego… Lutnistka była rozproszona - to znaczy, bardziej niż zwykle - i z wielkim trudem przychodziło jej skupienie własnych myśli, choć dziwnym trafem prowadzenie konwersacji z Rianellem nie sprawiało jej szczególnego problemu. Wprawdzie z początku bardzo się pilnowała, by nie powiedzieć czegoś, co mogłoby zostać przez mężczyznę odebrane jako nietaktowne, lecz w miarę upływu czasu i kolejnych słów, w jej wypowiedź wkradł się nieco swobodniejszy ton, świadczący o tym, iż kobieta nie czuje się źle w towarzystwie Pestellego.
        - Bez obaw, nie miałam na myśli niczego złego - zapewniła, mając nadzieję, że prychnięcie zarządcy nie jest oznaką dezaprobaty w jej kierunku. - To zupełnie normalna rzecz; kiedy tak wiele istot żyje pod jednym dachem, nie da się uniknąć poczty pantoflowej. A dopóki nikogo to nie krzywdzi… - urwała i nieznacznie wzruszyła ramionami. Jej konkluzja była tak oczywista, że wokalistka nie wątpiła, iż Rianell resztę zdania dopowie sobie z kontekstu.
        Trochę rozczarowała ją reakcja półelfa na propozycję wybrania przez niego jednej piosenki na wieczór. Śpiewaczka naprawdę pragnęła sprawić mu przyjemność - i wbrew temu, co przed chwilą powiedziała, nie chodziło tylko o odwdzięczenie się za uroczą gałązkę zdobiącą teraz włosy artystki, choć to na pewno też miało jakieś znaczenie. Chciała po prostu zobaczyć jak wygląda twarz zarządcy, kiedy mężczyzna się uśmiecha; nie tym wystudiowanym, służbowym uśmiechem, lecz szczerze. Nie przez wymogi etykiety, lecz z własnej woli. Nie była pewna czy kiedykolwiek zdoła sprawić, że za jej przyczyną chmurne oblicze Pestellego się rozpogodzi, co jednak wcale nie znaczyło, że nie zamierzała spróbować. Do tej pory jej śpiew porywał całe rzesze istot, wlewając w nie wszystkie uczucia, którymi wokalistka chciała się podzielić, lecz kobieta dobrze wiedziała, że pociągnięcie za sobą tłumów, a dotarcie do jednej, konkretnej osoby, to dwie zupełnie odmienne rzeczy. I nie miała wątpliwości, która z nich wymaga więcej pasji i zaangażowania.
        - Nie sądzę, żeby była to kwestia bycia prymitywnym, bo za takowego pana nie uważam - oświadczyła. - Myślę, że to raczej przez brak doświadczenia, a nad tym można popracować, wystarczy odrobina chęci... - uśmiechnęła się nieco szerzej, skubiąc wargę zębami, po czym  wydała z siebie lekkie westchnienie. - W takim razie dołożę wszelkich starań, żeby zarówno panu, jak i państwu Mandeville oraz całej publiczności spodobało się to, co usłyszycie. Bo patrzeć nie ma na co - zaśmiała się pogodnie.
        Czułe uszy bardki wychwyciły ciche parsknięcie, które Amser wydała z siebie po upomnieniu Rianella.
        - Skoro nasza gwiazda sama twierdzi, że nie ma co patrzeć, chyba wypadałoby to zmienić, nieprawdaż? - mruknęła tancerka, a Nevaeh, choć odrobinę dotknięta jej ironicznym tonem, musiała przyznać, że dziewczyna podała całkiem słuszny argument na swoją obronę.
        Po usłyszeniu kolejnego upomnienia, tym razem skierowanego w stronę czarnowłosej malarki, śpiewaczka zaśmiała się w duchu. Pomimo tego, że reakcja rzeczonego Pestki na pseudonim wydała jej się na swój sposób zabawna, kobieta nie chciała dodatkowo narazić się zarządcy, który najwyraźniej rzeczywiście nie lubił spoufalać się z artystkami. Jednak kiedy Pestelli na chwilę odwrócił wzrok, a Iorwen, korzystając z okazji, bezczelnie wywaliła jęzor w całej okazałości i po raz nie wiadomo już który przewróciła oczami, Nevaeh nie mogła dłużej się powstrzymać; z jej ust wyrwał się chichot, który szybko stłumiła, usiłując przybrać skruszony wyraz twarzy.
        Ze spokojem wysłuchała opinii półelfa, z którą, chcąc nie chcąc, musiała się zgodzić, mimo iż część jej świadomości, odpowiedzialna za strefę komfortu, głośno protestowała. Rzuciła przelotne spojrzenie swojej szacie i skrzywiła się. Szkarłatne plamy z farby, które za sprawą Iorwen ozdobiły suknię bardki, sprawiały, że kobieta wyglądała obecnie jak niedoszła ofiara brutalnego morderstwa.
        - Nie musi pan szukać eufemizmów - machnęła ręką, udając niewzruszoną, choć w głębi serca trochę się stresowała tą całą sytuacją i szczerze powiedziawszy, cieszył ją fakt, że Rianell widocznie starał się być dla niej miły. - Nazwijmy rzeczy po imieniu: ta suknia to łachman i nie nadaje się na salony. I właśnie dlatego zawsze wolałam występy w gospodach od tych wszystkich wspaniałych pałaców i kolorowych falbanek, do których nigdy nie pasowałam… Zresztą nieważne; skoro powiedziałam, że podporządkuję się pańskiemu zdaniu, to tak właśnie zrobię - oświadczyła stanowczo. - W obecnej sytuacji nie sądzę, żeby ta kiecka miała mi się jeszcze do czegokolwiek przydać - dodała, nie kryjąc lekkiego żalu. - Chociaż trochę szkoda tak po prostu ją wyrzucać… A gdyby tak oddać ją jako kostium do teatru? Materiał może i na to nie wygląda, ale jest naprawdę porządnej jakości. Jest tu w okolicy jakiś teatr? … Znowu za dużo mówię, prawda?
        Uwadze Nevaeh nie uszedł fakt, iż pozostałe artystki zdawały się być urażone komentarzem zarządcy o byciu grzecznym, choć lutnistka podejrzewała, że Iorwen tylko udaje wielce oburzoną; jej przypuszczenia potwierdziły się, gdy już na korytarzu dziewczyny skrzyżowały spojrzenia, a malarka błysnęła zębami w uśmiechu i wykonała brwiami jakieś dziwaczne akrobacje, których Nev nie potrafiła zinterpretować. Amser znów milczała, miotając wzrokiem pioruny. Z jakiegoś powodu wyglądała na zirytowaną…

        Zachowanie Pestellego z minuty na minutę coraz bardziej zaskakiwało Nevaeh. Kiedy poczuła dotyk jego dłoni nieco poniżej swojej talii, niemal podskoczyła w miejscu i mimo że tym razem nie zaznała tego nieprzyjemnego dreszczu, który zazwyczaj towarzyszył dotykowi mężczyzny, całe jej ciało znów stało się naprężone niczym struna lutni. Jednak gdy odniosła wrażenie, iż Rianell zamierza cofnąć rękę - choć może tylko tak jej się zdawało - zareagowała w sposób nieoczekiwany dla niej samej, nakrywając dłoń zarządcy swoją własną i tym samym ją przytrzymując. W jakiś niezrozumiały sposób wydało jej się to na miejscu, poza tym śpiewaczka uznała sytuację za dobry moment na rozpoczęcie walki z tym denerwującym odruchem obronnym, któremu zazwyczaj się poddawała, ilekroć ktoś nawiązywał z nią kontakt fizyczny. (Co wcale nie oznaczało, iż sama z własnej woli nie podejmowała takiej inicjatywy; ba, wokalistka wręcz uwielbiała rozdawać znajomym przypadkowe uściski). Prawie natychmiast jednak cofnęła rękę, uświadamiając sobie, jak jej nagły wybryk może być odczytany przez świadków zdarzenia i samego zarządcę.
        “Nie chce pan przejść na ty, ale przed macaniem oporów nie ma, hm?” - pomyślała bardka żartobliwie, bez cienia złośliwości. Dobrze wiedziała, iż nie był to jeden z “tych” gestów; nie w przypadku Pestellego. Przywołała się do porządku. Odniosła wrażenie, że chwilę temu z tyłu dobiegło ją osobliwe chrząknięcie, ale bezpiecznie postanowiła uznać je za wytwór wyobraźni i zignorować.
        Skłoniła głowę z przyjaznym uśmiechem, kiedy została przedstawiona krawcowej, później zaś w milczeniu przysłuchiwała się wymianie zdań między Simoną a Rianellem. Nie chciała niekulturalnie im przerywać, zwłaszcza że i tak chwilowo nie miała nic do powiedzenia. Rozglądała się tylko dyskretnie, wdychając zapach starych i nowych tkanin. Ilość barw nagromadzonych w jednym pomieszczeniu trochę ją przytłaczała, choć na pewno nie tak jak rozległe korytarze, w których kobieta nie tak dawno się zgubiła. W zasadzie było tu całkiem przytulnie; lutnistce przypomniała się garderoba jej matki, z okresu, kiedy jeszcze mieszkały we dworze Lahza’yów. Razem z Yesah uwielbiały bawić się w chowanego między rzędami miękkich sukien, a niekiedy dla wygłupu próbowały założyć na siebie co wytworniejsze egzemplarze. Jak większość dziewczynek w ich wieku, lubiły wcielać się w role pięknych księżniczek, a fantazyjne stroje były takie kuszące...
        - Hola, hola, panie Pestka! - Iorwen obróciła się na pięcie tak gwałtownie, że łokciami trąciła zarówno wyrwaną z zamyślenia Nevaeh, jak i Amser, która syknęła ostrzegawczo. - Już znikasz i umywasz ręce, akurat wtedy, kiedy opinia osobnika płci przeciwnej tak bardzo by się przydała? Nasza kochana bardka na pewno bardzo ceni pańskie zdanie... Co nie, Nev?
        Wokalistka, która zupełnie się nie spodziewała tego typu pytania skierowanego w jej stronę, zamrugała oczami, nie wiedząc, jak w takich okolicznościach powinna się zachować.
        - Ech… ja? Cóż… - szukała w głowie odpowiednich słów. W myślach przeklinała czarnowłosą koleżankę, szczerzącą się jak dziecko, któremu ktoś wręczył ciastko.
        Nieoczekiwanym wsparciem okazała się Amser.
        - Nie bądź głupia - rzuciła beznamiętnie, śwridrując wzrokiem malarkę. - Pestelli ma na głowie ważniejsze sprawy niż dyskusje o fasonach damskich sukienek i podglądanie śpiewaczek w negliżu.
        Mało brakło, by Nevaeh zakrztusiła się powietrzem po słowach tancerki. Zakaszlała kilkakrotnie, błagając w myślach Rianella, by jak najszybciej opuścił pokój, zanim któraś z jej towarzyszek powie coś jeszcze bardziej kompromitującego… o ile cokolwiek może być bardziej kompromitujące.
        - Oj przestań, mówisz tak, bo jesteś za… au! - Iorwen urwała, poczuwszy siłę dyskretnego, acz bezlitosnego kopniaka, którego wymierzyła jej Amser. - Zatroskana! To właśnie miałam powiedzieć. Wcale nie zazdrosna, tylko zatroskana.
        - Ty mała…
        - Dziewczyny, dajcie spokój - Nevaeh zaśmiała się nerwowo, by pokryć własne zakłopotanie. Znała wiele sposobów na wybrnięcie z niezręcznych sytuacji, lecz obracanie wszystkiego w żart zazwyczaj wychodziło jej najlepiej. - Zapewniam was, że nagie śpiewaczki są przereklamowane i nie warto się o nie kłócić. Prawda? - to pytanie skierowała najpierw w stronę Simony, później zaś elfiego zarządcy; skoro udawała, że całe zajście nie zrobiło na niej większego wrażenia, musiała pociągnąć tę farsę do końca.
        Na szczęście nie trwało to długo. Niebawem Pestelli zniknął, a bardka poczuła ulgę z subtelną nutką rozczarowania. Nie znaczyło to, rzecz jasna, iż artystka życzyłaby sobie obecności mężczyzny w chwili, kiedy będzie ona zmieniać strój, ale w jego towarzystwie mogła przynajmniej skupić na nim swoją uwagę, co było o wiele lepsze od bycia atakowaną przez ponure myśli, których Nev nie zdążyła się dotąd pozbyć.
        Teraz jednak musiała się skoncentrować nad jeszcze inną sprawą. Zastanowiła się chwilę, zanim udzieliła krawcowej odpowiedzi na pytanie.
        - Naprawdę, nie ma potrzeby zawracać sobie głowy - uśmiechnęła się i położyła dłoń na ramieniu Simony, delikatnie je ściskając. - Do występu nie zostało zbyt wiele czasu, a nie chcę, żebyś się przeze mnie niepotrzebnie stresowała, więc może po prostu pokażesz mi coś z gotowych strojów? Nie jestem jakaś szczególnie wymagająca, wystarczy mi coś podobnego do tej szaty, którą mam na sobie.
        Gdy cztery kobiety stanęły półkolem na wprost długiego drąga, na którym zawieszone były suknie rozmaitej maści, Nevaeh znów poczuła przypływ nostalgii. Zaraz jednak został on zepchnięty na margines przez pełne zachwytu okrzyki pewnej piegowatej plastyczki, która z zapałem przeglądała stroje, podniecona jeszcze bardziej niż do tej pory.
        - Niby zwykłe kiecki dla służby, a są naprawdę cudne!
        - Tak, są bardzo ładne - przyznała bardka. - Tylko że ja potrzebuję czegoś… skromniejszego. Co zasłania więcej niż absolutne minimum - dodała z naciskiem, kiedy malarka wepchnęła jej pod nos skąpy kawałek materiału, który trudno było w ogóle określić mianem sukienki.
        Przez następne kilkanaście minut zarówno Iorwen jak i Simona podsuwały Nevaeh najróżniejsze stroje - Amser nie brała udziału w wojennej naradzie i sama szukała czegoś dla siebie, stojąc w bezpiecznej odległości od epicentrum chaosu - lecz wszystkie w opinii wokalistki były zbyt frywolne. Spodobała jej się dopiero sięgająca ziemi, zwiewna sukienka z lekkiego materiału, delikatnie zwężona w talii. Całościowo utrzymana w łagodnej, kremowej barwie; gorset, rękawy i dolny brzeg sukni okrywały kolorowe, kwiatowe wzory, głównie brąz i czerwień, z domieszką ciemnego granatu. Wyglądały jak elementy wiejskiego folkloru, ale nie tego prymitywnego, karczemnego; przywodziły na myśl wdzięczne panienki z ukwieconych łąk, o których mowa w ludowych pieśniach.
        - Przymierz ją - odezwała się Iorwen stanowczo, widząc rozmarzony wzrok śpiewaczki.
        Nevaeh przeniosła wzrok na towarzyszkę, po czym znów obdarzyła strój krytycznym spojrzeniem.
        - … Ale ona ma zupełnie odkryte ramiona - położyła dłonie na wspomnianych częściach ciała.
        - I bardzo dobrze! Na pewno będziesz w niej wyglądać o wiele lepiej niż w tym ponurym habicie.
        - Nie zależy mi na tym, żeby pięknie wyglądać. Chodzi o to, żeby przykuć uwagę śpiewem, a nie aparycją.
        - Bzdura - padło nagle z rogu pokoju.
        Trzy pary oczu zwróciły się w stronę Amser. Tancerka westchnęła ciężko, odłożyła na stolik sukienki, których zgarnęła pełne naręcze i skrzyżowawszy ręce na piersi, spojrzała na bardkę wyniośle.
        - Możesz śpiewać jak chóry anielskie i wmawiać sobie, że osiągnęłaś szczyt swoich możliwości; naprawdę nie mam nic przeciwko, bo to zawsze mniejsza konkurencja dla mnie. Lecz jeśli chcesz być godna miana prawdziwej artystki, musisz pamiętać, że dla odbiorcy liczy się całokształt. I owszem, to czy pojawisz się na scenie w worku pokutnym, czy też rzeczonej sukni ślubnej królowej Aladriel, nie wpłynie na możliwości twojego głosu, ale zmieni sposób, w jaki postrzega cię publiczność.
        Iorwen przytaknęła, posyłając Nevaeh znaczące spojrzenie.
        - Jakkolwiek z trudem przechodzi mi to przez usta - skrzywiła się - po raz pierwszy od niepamiętnych czasów muszę przyznać jej rację. Jako malarka wiem bardzo wiele na temat wpływu obrazu na ludzką podświadomość i moja wiedza zgadza się ze słowami Amser. Nev, musisz uwierzyć w siłę kobiecego wdzięku. No i nie uważasz, że jesteś coś winna pewnym osobom? - mrugnęła półżartem.
        Przez kilkanaście sekund lutnistka toczyła ze sobą zaciętą wewnętrzną bitwę. W końcu jednak się poddała. Wzięła sukienkę z rąk Iorwen i usunęła się w najodleglejszy kąt, by zmienić ubranie, podczas gdy jedna z pozostałych dziewczyn starała się choć trochę zasłonić jej nagość pierwszą lepszą płachtą materiału - na wypadek, gdyby ktoś nieproszony nagle wpadł do pomieszczenia. Jak się okazało, czynności zapobiegawcze nie były daremne, bo kilka chwil później ktoś zapukał do drzwi. Nevaeh nigdy jednak nie dowiedziała się, kim był ów tajemniczy gość, bowiem zdołała jedynie usłyszeć surową reprymendę, jaką udzieliła nieszczęśnikowi Iorwen, zanim trzasnęła drzwiami tuż przed jego nosem.
        - … i żeby ci nie przyszło czasem do głowy, że jak jesteś wyżej w hierarchii, to możesz sobie pozwolić na bezczelne molestowanie biednych, rozebranych artystek!
        Śpiewaczka zaniosła się śmiechem. Odniosła nieodparte wrażenie, że w tym towarzystwie nie zazna nudy, będącej skutkiem codziennej rutyny. Poprawiła zwinięte fałdy sukni i przejrzała się w lustrze. Nie mogła zaprzeczyć, nowe ubranie leżało na niej całkiem dobrze; wyglądała zupełnie inaczej niż jeszcze pięć minut temu. I mimo iż jej strefa komfortu została gdzieś daleko w tyle, kobieta uśmiechnęła się do swojego odbicia. Ciekawe, co by powiedziała Yesah, gdyby ją teraz zobaczyła. Ciekawe, co na jej widok powie Rianell...
        - No i teraz wyglądasz prześlicznie! - stwierdziła malarka, zjawiając się nagle za jej plecami. - Prawda, dziewczyny? … Teraz zostaje tylko zrobić coś z tym dzikim buszem na twojej głowie.

        Ostatecznie dziki busz zmienił się w ciężki, gruby warkocz, przerzucony przez ramię Nevaeh. Fryzura była skromna i bardzo prosta, a za jedyną ozdobę służyła kwitnąca gałązka bzu. Za namową Iorwen bardka zgodziła się poddać twarz drobnym zabiegom kosmetycznym i teraz jej oczy błyszczały energicznie, otoczone cieniami w kolorze ciemnego fioletu, a usta przykuwały uwagę intensywnym burgundem. Kobieta czuła na sobie wzrok służby i schodzących się powoli gości wieczoru, co sprawiło, iż na nowo zaczęła się stresować, a jej dłonie wciąż bezwiednie poprawiały sznurek przy dekolcie sukni. Spojrzenia ludzi zdawały się palić żywym ogniem jej odkryte ramiona i przez krótką chwilę wokalistka rozważała taktyczny odwrót, lecz w momencie kiedy dyskretnie zaczęła wycofywać się w stronę wyjścia, stanęła przed obliczem samej pani domu.
        - Witaj, Nevaeh - Aurora Mandeville uśmiechnęła się anielsko. - Nie miałyśmy jeszcze okazji się poznać.
        - Dobry wieczór, pani - onieśmielona bardka pochyliła się w głębokim, pełnym szacunku ukłonie. - Jestem dozgonnie wdzięczna za okazaną dobroć. Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby to państwu wynagrodzić.
        Kiedy podnosiła wzrok znad podłogi, udało jej się uchwycić spojrzenie Pestellego, stojącego kilka kroków dalej, w odświętnym ubraniu. Śpiewaczka musiała przyznać, że prezentował się w nim nienagannie, a że był mężczyzną całkiem przystojnym, Nev miała na czym zawiesić oko, choć po chwili namysłu doszła do wniosku, że Rianell podoba jej się zdecydowanie bardziej w swoim roboczym stroju, który dziwnie do niego pasował. Tak rozmyślając, ledwie zauważyła fakt, iż półelf do niej mrugnął. Nieco ją to zdziwiło, ale nie bardziej niż inne gesty, które uczynił do tej pory. Odpowiedziała więc promiennym uśmiechem i powstrzymała nagłą chęć pomachania zarządcy. Choć miała ochotę z nim porozmawiać - choćby tylko zamienić dwa zdania, zanim przyjdzie czas na jej występ - nie mogła zignorować wyższego priorytetu, jakim była pani Mandeville.
        - Zechcesz uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić, co zamierzasz nam dzisiaj zaprezentować? - spytała tymczasem anielica.
        - Przykro mi, pani, ale to pilnie strzeżony sekret - Nevaeh wykonała ruch, jakby zamykała usta kluczem, który wyrzuciła za siebie. - Mam nadzieję, że nie narażę się na pani gniew, jeśli powiem, że to niespodzianka?
        - Ależ skąd. Będę czekać z niecierpliwością - zapewniła pani Mandeville. - A teraz muszę cię zostawić, jako pani domu mam obowiązek godnie powitać wszystkich zaproszonych gości.
        - Oczywiście, pani.
        Niebianka oddaliła się w stronę nowo przybyłego barona i jego najbliższych, tymczasem Nevaeh zajęła swoje miejsce za podwyższeniem, na którym miała wystąpić.
        - Chyba tak - odpowiedziała na pytanie Aureoli, która pojawiła się znikąd. Pamiętała, żeby w miejscu publicznym stosownie zwracać się do szlachcianki. - Panienka też będzie występować? Bardzo chciałabym to zobaczyć.
        Pan Mandeville wygłosił krótką przemowę, po której zaprosił artystkę na scenę. Nevaeh wzięła w dłonie swą ukochaną lutnię i energicznie weszła na prowizoryczną scenę. Podeszła na sam skraj i wysuwając do tyłu lewą nogę, dygnęła z gracją.
        - Och, no proszę, tym razem się udało - zaśmiała się głośno w nadziei, że zjedna sobie publiczność poczuciem humoru. I rzeczywiście, tu i ówdzie rozległy się chichoty tych, którzy pamiętali jej poprzedni występ, który niemal rozpoczął się katastrofą.
        Teraz jednak obeszło się bez większych zagrożeń i bardka zajęła swoje miejsce, przygotowując się do występu. Ułożyła palce na strunach lutni, cichutko odchrząknęła i pozwoliła cząstce swej duszy ulecieć z ciała pod postacią muzyki. Pieśń, którą wybrała, była jedną z tych bardziej melancholijnych, lecz jej wybór nie był przypadkowy. Kobieta pogrążyła się w dawnych uczuciach, a jej przejmujący głos niósł się echem w pięknej komnacie.

Dawniej nam brzmiała radosna pieśń
Na przekór wszelkim przeciwnościom losu
Teraz się niesie echem przez wieś
Pusta melodia, brak drugiego głosu
Bo razem z tobą...
Zniknęły chwile spędzonych wspólnie lat
Zniknęły z dzbanka kwitnące kwiaty bzu;
Chcę jeszcze raz zobaczyć uśmiech twój
Wróć razem ze mną do pięknego snu…


        Nikt nie mógł wiedzieć, kim była osoba, o której śpiewała Nevaeh, lecz słowa piosenki przy smutnym akompaniamencie lutni trafiały w serca wielu słuchaczy. Po zwrotce artystka dała się ponieść dźwiękom instrumentu i grała jej wariacje przez długi czas; palce lutnistki tańczyły po strunach tak lekko, że wyglądały jakby płynęły w powietrzu. A kiedy bardka zawiesiła melodię i wydawało się, że nastąpi koniec pieśni… kobieta ponownie uderzyła w struny, tym razem podwyższając tercję; zniknął tęskny mol, a piosenka popłynęła weselszym nurtem. W oryginalnej wersji utworu druga zwrotka również była poświęcona pamięci Yesah, jednak tego wieczoru bardka całkiem ją przeformułowała, wedle tego, co podyktowało jej serce.

Wczoraj niepewność i ciężko grać
Gdy obie ręce zakute w kajdany
Dzisiaj zaś wiara i jedna myśl
Szczęśliwy człowiek, kiedy jest... lubiany


        Przez ułamek sekundy, dosłownie ułamek, Nevaeh się zawahała. Zamierzała zaśpiewać to inaczej, ale jakaś niewidzialna ręka ściągnęła ją na ziemię. Ta sama niewidzialna ręka, która powstrzymywała ją przed przywiązywaniem się do tych, których szybko może stracić. I ta sama ręka, która nie pozwalała jej wykonywać drobnych gestów, za pomocą których wokalistka chciała przekazać ludziom swoją sympatię. Ta ręka, która pętała kobietę niewidzialnymi kajdanami, nawet kiedy żelazo nie więziło jej dłoni.
        Pieśniarka wróciła do poprzedniej tonacji, kończąc ponownie rzewnymi akordami.

A razem z tobą...
Znów w moich myślach nadziei cichy szept
Znów w moich włosach kwitnące kwiaty bzu;
Chcę chociaż raz zobaczyć uśmiech twój
Tym razem proszę, nie budź mnie ze snu


        Nie potrafiła zmusić się do tego, by spojrzeniem odszukać osobę, której dedykowała zmienione wersy ostatniej zwrotki. Nie chciała też patrzeć w przypadkowy punkt w przestrzeni, zabijając w ten sposób wszystko to, co chciała przekazać. Dlatego dając się porwać emocjom, które wypłynęły z niej jak krew z przebitego serca, Nevaeh zamknęła oczy. Pozwoliła lutni śpiewać jeszcze przez chwilę, utrzymując publiczność w stanie skupienia, po czym wyciszyła linię melodyczną, aż ta płynnie przeszła w miękką ciszę, przerywaną jedynie oddechami gości.
        Po skończonym utworze bardka zagrała jeszcze dwa; jedną z ludowych piosenek, których nauczyła się podczas podróży wzdłuż i wszerz Alaranii oraz pozbawioną słów, skoczną melodyjkę, przy której aż nabiera się ochoty do pląsów. Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki, Nev ponownie się ukłoniła i opuściła piedestał, a schodząc ze sceny rozejrzała się za znajomymi niebieskimi tatuażami. Nie zdołała jednak wypatrzyć Rianella, bo szybko musiała ratować się przed upadkiem, do którego przez nieuwagę niemal się doprowadziła. Westchnęła, poprawiając sukienkę. Miała nadzieję, że jeszcze tego wieczoru uda jej się spotkać zarządcę.
        Aktualnie zaś musiała się skupić na występach pozostałych artystów.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Gaia, Ayeesha, Mikao, Cerim,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków, jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że może przybierać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpieczne, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu, jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Postprzez Aureola » Cz lip 12, 2018 6:06 pm

        - Baaaardzo poproszę! - rzekła Aureola, szczerząc ząbki. Wzmianka o nauce śpiewu szczerze ją ucieszyła, co oczywiście było widoczne na twarzy niebianki. Dziewczyna uwielbiała wszystko, co związane z muzyką, odkąd tylko pamiętała. Kiedy dostała swoje pierwsze skrzypce… Ach, cóż to było za wspaniałe doświadczenie, wydać pierwsze czyste dźwięki! Aureola czuła, że jej dusza całkowicie należy już do muzyki.
        - Ale mnie takie historie już znudziły. Po prostu chcę poznać świat… Nie tylko z perspektywy dam w opałach czy wielkich herosów. Zdradzę ci sekret - dodała błogosławiona, uśmiechając się i puszczając Nevaeh oczko. - Nigdy nie byłam poza wioską.

***

        Aureola do każdego podchodziła z uśmiechem; czy to służba, przyjaciele rodziny czy też służący przyjaciół rodziny! Dziewczyna dla każdego miała sporą porcję pozytywnego nastawienia i radości. Także dla nowych mieszkańców posiadłości. Niebianka bardzo chciała poznać Nevaeh oraz pozostać z nią w jak najlepszych relacjach.
        - Denerwujesz się? - zapytała Aure, ponownie wysyłając do bardki pozytywną energię w postaci szczerego uśmiechu. - Tak, występuję jako coś w stylu dodatku do was. Ale chcę zrobić… wrażenie. - Dziewczyna skłoniła się, kiedy ujrzała za Nevaeh swojego ojca, dając tym samym znać kobiecie, że powinna się odwrócić i zrobić to samo. Aureola miała nadzieję, że bardka zdążyła poznać ją podczas rozmowy w pokoju na tyle, żeby wiedzieć, jak błogosławiona zachowuje się w towarzystwie rodziców. Pan Mandeville to człowiek naprawdę pogodny i wyrozumiały (Pestka potwierdzi to drugie po przygodach z wybrykami Aure), aczkolwiek również mężczyzna ściśle trzymający się wszelkich spisanych i niespisanych zasad.
        - Witaj, ojcze - powiedziała Aureola, spuszczając wzrok i wbijając go w ziemię. Szczery i radosny uśmiech został zastąpiony skromnym uniesieniem kącików ust.
        - Słoneczko, idź przywitaj gości. Pojawiła się dwójka młodych chłopców, to kuzyni państwa Rhaben, powinnaś ich poznać - rzekł, a oczy Aureoli straciły nieco blasku. Nie trzeba było doszukiwać się w tej wiadomości ukrytego przekazu, albowiem on był jasny; zaprzyjaźnij się, znajdź męża, bądź dobrą damą. Bądź idealną córką, żoną.
Bądź tym, kim powinnaś być.
        - Dobrze, tato. - Aureola posłusznie skinęła głową, uśmiechając się nieznacznie, po czym grzecznie poszła do znajomych twarzy; sąsiedzkich rodzin, przyjaciół jej matki. Jakkolwiek nie podobała się błogosławionej wizja poznania kolejnych potencjalnych narzeczonych, tak nie mogła tego po sobie pokazać.
        Aureola do każdego podchodziła z uśmiechem.

        Niebianka po powitaniu niemal każdego (z osobna wysyłając uśmiech), wzrokiem odnalazła Rianella i podeszła do niego. Aureola stanęła obok Pestki i obserwowała występ Nevaeh, która właśnie wchodziła na podwyższenie. Błogosławiona nie mogła się powstrzymać od myśli, że bardka prezentowała się naprawdę pięknie, a humor, jaki przedstawiała na scenie przed występami, tylko dodawał jej uroku. Dziewczyna spojrzała kątem oka na Rianella, sprawdzając, czy może także to zauważył. Aureola uśmiechnęła się pod nosem, kiedy w jej głowie pojawił się nowy pomysł.
        - Jakby co, jestem z Moną, bo poczułam się źle - szepnęła niebianka do pół-elfa, po czym momentalnie zniknęła. Przyrzekła sobie, że zdąży wrócić na występ Nevaeh; przecież otwarcie bramy może zająć niebiance niewiele czasu. Tak też się stało…

        Oczywiście, nikt nie mógł nic zauważyć. Aureola jak szybko zniknęła, tak równie prędko pojawiła się z powrotem. Trzymając się ściany, podeszła do podwyższenia i stanęła niedaleko, znajdując dogodne miejsce do obserwowania sali. Wszyscy byli bardzo zaabsorbowani występem bardki, a po kilku chwilach i niebianka dołączyła do ich grona. Słuchając tekstu piosenki Nevaeh, błogosławiona poczuła się, jakby ktoś rzucał na nią urok. Niezwykle przyjemny czar, z którego wyzwolić ją może tylko wysokiej klasy czarodziej.
I wtedy padły słowa o gałązce bzu. Za podwyższeniem Aureola usłyszała radosny śmiech Iorwen, sama zaś przyłożyła do ust dłoń, uśmiechając się i niemal piszcząc. Jakaż Nev jest urocza, chciało się rzec!
        Potem pozostałe piosenki również porwały publiczność. Dwójka rodzeństwa nawet wyszła na środek tańczyć, co nie spotkało się z aprobatą ich rodziców. Aureola uśmiechnęła się pod nosem.
        Arystokraci byli nazbyt przekonani, że powinni dawać przykład idealnego zachowania. Jednakże gdzie w tym wszystkim zabawa? W tejże chwili, podczas ostatniego występu Nevaeh, można było dostrzec tajemniczy błysk w oczach błogosławionej.
Chwilę po występie bardki na scenie pojawiła się także Amser. Ludzie oglądali ją oczywiście w pełnym skupieniu, aczkolwiek zapewne to nie wystarczyło tancerce. Mimo że dostała równie głośne oklaski co Nev, kobieta pragnęła czegoś więcej. Aureola bowiem pamiętała, że Amser zawsze starała się być lepsza od innych.

        Nadszedł więc czas na występ Aureoli. Dziewczyna po zapowiedzi ojca weszła na podwyższenie, przywołując swoje skrzypce, co zapewne spotkało się z zaskoczeniem kilku osób na widowni. Błogosławiona ukłoniła się z gracją, po czym zrzuciła z siebie płaszcz.
I tak oto zaczął się występ małej Aureoli. Wpierw dziewczyna delikatnie muskała smyczkiem struny skrzypiec, a po sali popłynęły powolne dźwięki muzyki klasycznej. Niebianka z podwyższenia widziała uśmiechy swoich rodziców oraz wpatrzonych w nią ludzi, którzy zapewne zaczęli myśleć o niej jak o dobrze wychowanej córeczce.
“Cóż za talent!”
“Rodzice zapewne są dumni”
“Taka kobieta u boku to skarb”
“Już zazdroszczę jej ukochanemu!”
Ach, no tak. Aureola występowała teraz nie dla siebie. Występowała dla zaprezentowania się. Błogosławionej od dziecka tłumaczono, że powinna mieć bardzo dobrą opinię wśród arystokracji, gdyż to pomoże jej ustawić się w życiu.
“Cóż. Teraz zepsuję sobie tę opinię”.
        Wówczas kiedy kolejne delikatne dźwięki płynęły ze skrzypiec, na scenę wkroczył zakapturzony człowiek. Niski, garbaty, wniósł ze sobą nieco stary taraban. Kiedy ów człowiek zdjął kaptur, wszystkim ukazał się młody chłopiec. I właśnie w chwili, w której uśmiech Aureoli poszerzał się, powiększały się oczy zaskoczonego Felippe’a.
Muzyka przyspieszyła. Dołączył doń bęben i błogosławiona podskoczyła, powoli schodząc z podwyższenia. Podczas tego, zza sceny wyłoniły się postacie ubranych na biało dziewcząt, zapewne w wieku Aureoli. Wszystkie tańczyły, prawie idealnie naśladując kroki samej niebianki.
        Muzyka stała się skoczna, wręcz zapraszała do tańca. Tak więc, jak to Aureola planowała, jedna z dziewcząt chwyciła kuzyna rodziny Rhaben, porywając go w taneczne szaleństwo. Pewne państwo zrozumiało, że to część balowa, a więc również poderwali się do tańca. Aureola przemykała między gośćmi, ciągle grając, skacząc, tańcząc, wyginając ciało we wszelakich pozach… Tancerki wówczas biegały skocznymi krokami po sali, tym razem chwytając następne osoby, łącząc służących, arystokratów, starych, młodych w pary. W pewnej chwili również niebianka wskazywała smyczkiem na persony, które natychmiast były łączone przez jej przyjaciółki. Dziewczęta chwytały za rękę wskazanych ludzi i biegiem prowadziły do pary. Tak mniej więcej skończyła Iorwen z Moną i Pestka z Nevaeh. Aureola uśmiechnęła się przelotnie do bardki, dając jej tym znać, że tutaj nie musi potrafić tańczyć. Wystarczy skakać do rytmu. Sama błogosławiona właśnie tak teraz tańczyła, dając przykład wielu niedoświadczonym osobom na sali. Nawet pani Aurora pozwoliła się porwać do tańca swojej dobrej przyjaciółce.
        Jedynie Felippe ciągle siedział na miejscu, obserwując występ.
Avatar użytkownika
Aureola
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe, Rheyaen,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Emanacja świeci żwawym, szmaragdowym światłem, choć jej siła wciąż jest niewielka. Powłokę spiralnie otacza miedziane pasmo biegnące od góry do dołu. W miejscach, których nie zakrywa widać złocistą barwę, która lśni w słońcu, jakby był to najprawdziwszy metal szlachetny. U góry widać kobaltowy pyłek leniwe i bardzo powoli rozlewający się powierzchni. Wokół słychać wesołą melodię, która wręcz zmusza nogi do delikatnych podrygów, a czasem nawet i tańca. Wraz z muzyką przychodzi przyjemne uczucie spokoju i błogości. Potęguje to słodka woń lilli, wydzielana przez aurę i przywodzącą na myśl wiosnę. W dotyku niebywale miękka, trzeba bardzo uważać, aby nie zostawić na niej żadnej skazy. Zwłaszcza gdy wygina się na wszystkie strony świata w nieprzewidywalny i chaotyczny sposób. Lepiej też stale mieć na oku brzegi, są raczej tępe, aczkolwiek występują również te ostre i niebezpieczne. U góry natomiast widnieją drobne piórka, białe i nadzwyczajnie aksamitne. Na koniec zaskakuje pozostawieniem po sobie okropnej lepkości w ustach, która będzie dawać o sobie znać nawet przez dłuższy czas.
Wygląd: Mała niebianka to szczyt urody i słodkości, od samego patrzenia na jej pucatą twarz można dostać cukrzycy. Aureola posiada piękne, błękitne oczy, które odziedziczyła po matce, oraz ciemnozłote włosy, sięgające jej nieco poniżej łopatek, które z kolei kojarzą się wszystkim z jej ojcem. Drobniutki nosek wykrzywiony w groźnym grymasie niestety niszczy wizję słodkiej i ... (Więcej)

Postprzez Rianell » N lip 15, 2018 4:53 pm

        Pestka skinął Nevaeh głową z podziękowaniem, ale i tak wiedział swoje - on i sztuka byli jak woda i oliwa, nie mieszali się, cały czas osobno. Miał zbyt praktyczny charakter by zaprzątać sobie tym głowę i wyrobić własny gust… Ale to nie znaczyło, że nie miał ochoty posłuchać występu nowej bardki - rano miał już okazję usłyszeć jej głos i chętnie to powtórzy, bo był naprawdę piękny. Zastanowiło go nawet przez moment czy Nevaeh wiedziała, że on tam wtedy był i jej słuchał? Pewnie była tak zestresowana, że nawet go nie zauważyła dopóki przed nią nie stanął. A potem tak od razu uczepiła się jego rękawa - ciekawe w sumie co jej chodziło wtedy po głowie.
        I to przygryzanie wargi! Czy ona była świadoma tego jak w tym momencie wyglądała i jak takie coś działało na każdego zdrowego mężczyznę? Rianellowi chyba aż odrobinę szczęka opadła i stracił ciągłość myśli, przez co nie zdołał odpowiedzieć na to ostatnie zdanie, nim nie zrobiło się tak zupełnie za późno. Może to i lepiej, bo jeszcze pomyślałaby sobie bóg wie co… A tak to myślał to sobie tylko on.
        Rianell starał się być dla Nevaeh łagodny w temacie jej sukni, bo najwyraźniej dziewczyna miała jakieś kompleksy, które pod nią ukrywała. Albo traumę… Nie był jednak w swej ocenie aż tak surowy jak to zarzucała mu bardka - nigdy nie użyłby tego typu słów, choć faktycznie, na salony to się średnio nadawało.
        - Hm? - Pestelli zdawał się być lekko zaskoczony pomysłem oddania sukni do teatru. - Ależ nie, nie mówisz za dużo, choć ten pomysł jest dość… nietypowy. Jak mówiłem, możesz ją sobie zachować na te luźniejsze dni, ale jeśli faktycznie chcesz ją oddać, proponuję przekazać ją naszej krawcowej: ona na pewno będzie wiedziała co z nią zrobić.

        Simona faktycznie wiedziała co zrobić z szatą Nevaeh. Gdy tylko dowiedziała się, że ma znaleźć zastosowanie dla starego ubrania bardki, wykorzystała moment gdy ta się przebierała i obejrzała suknię. Potwierdziła, że to dobry, choć już trochę znoszony materiał i że jeszcze długo mógłby komuś służyć.
        - Jeśli chcesz, można to pofarbować, trochę przeszyć w talii i nadal możesz to nosić - zaproponowała, szczypiąc materiał by zwizualizować co ma na myśli. Nie nalegała jednak i jeśli Nevaeh faktycznie nie chciała dłużej tego nosić, to zapewniła, że zrobi z tego dobry użytek i odłożyła workowatą sukienkę na bok, aby zająć się tą na dzisiejsze wielkie wyjście.

        Pestelli jakby nie do końca zdawał sobie sprawę z tego jak bardka odebrała sposób, w jaki ją objął. Chciał ją tylko wprowadzić do środka i puścić, bez żadnego podtekstu, tym bardziej zdziwił się, gdy ona przytrzymała jego dłoń, nie dał jednak tego po sobie poznać. W sumie to nawet podobało mu się, że mógł chwilę dłużej trzymać ją w objęciach… Ale co dobre szybko się kończy i w końcu również Nev odpuściła, a on nie miał już powodu by tak z nią stać, więc odpuścił i dalej rozmawiał z Simoną jakby absolutnie nic nie zaszło. Gdy wszystkie ustalenia były już poczynione, zarządca wycofał się, wiedząc z góry, że spotka się z jakimiś docinkami ze strony pozostałych artystek. Nie pomylił się - za dobrze je znał. Co więcej Iorwen od razu postarała się wciągnąć w dyskusję Nevaeh, a Pestka miał na całą trójkę na tyle dobrą perspektywę, by od razu spostrzec, że bardka się speszyła.
        - Poradzicie sobie - spławił po swojemu malarkę, a zaraz potem do akcji wkroczyła Amser, rozstawiając wszystkich po kątach, dobierając do tego całkiem słuszne argumenty… Ale i tak cała rozmowa poszła w zdecydowanie nie tym kierunku, w którym powinna, a on żałował, że jednak nie wyszedł od razu, jeszcze wymownie trzaskając drzwiami.
        - Tu bym polemizował, ale obowiązki wzywają… Powodzenia! - zawołał od drzwi, gdy zaczęto rozważać atrakcyjność nagich śpiewaczek. Takich pytań nie powinno się zadawać mężczyźnie, jeszcze na dodatek zdrowemu kawalerowi, jeśli nie było się gotowym na jego brutalną odpowiedź.
        Powrót do pokoiku Simony był dokładnie taki, jak zakładał - z krzykami, piskami i zakazem wchodzenia do środka.
        - Najpierw nie chciały mnie wypuścić, a teraz wpuścić, ech, te baby - skomentował głośno i dobitnie w kierunku drzwi, które Iorwen zatrzasnęła mu tuż przed nosem. Spodziewał się tego, ale ponarzekać musiał, by tradycji stało się zadość. Zaraz usłyszał jednak dobiegający ze środka szczery śmiech, którego nie rozpoznawał - to pewnie Nev. Musiała dobrze się bawić… To dobrze. Rianell sam poczuł zadowolenie na myśl, że dziewczyna nie zamartwiała się po niewoli u kupca i nadal potrafił się tak pięknie, otwarcie śmiać. On do tej pory nie odzyskał tej umiejętności.

        Gdy Rianell wieczorem zobaczył Nevaeh, jego usta same złożyły się do pełnego aprobaty gwizdu, którego jednak z siebie nie wydobył. Oj dziewczyny się postarały, zdecydowanie - bardka wyglądała przepięknie. Jak w tej bajce o brzydkim kaczątku, teraz stała się łabędziem - jej gruby warkocz prezentował się bardzo okazale na tle jasnej skóry i kremowego materiału sukni. Jednocześnie nie było to przebranie - miało w sobie coś lekkiego, przekonującego, pasowało do niej. W innych okolicznościach - a już zwłaszcza dwadzieścia lat temu - Pestelli pewnie wciągnąłby brzuch, wypiął pierś i uderzył w konkury, gdyby dojrzał taką dziewczynę w tłumie. Nie był w tej ocenie jedyny, bo wychwycił kilka innych spojrzeń wyrażających aprobatę, a czasami nawet mężczyzn, którzy patrzyli na Nev tak samo jak on. Co odrobinę go irytowało, ale nie było tego po nim widać, bo chmurne oblicze przypisywano jego typowej powierzchowności. A też nikt nie śmiał podejść, by razem pozachwycać się wyglądem Nevaeh, więc i nie było kogo upominać. Pozostawało więc dalej robić swoje, jedynie zerkając od czasu do czasu na bardkę, która tego wieczoru błyszczała jak prawdziwa gwiazda, a przynajmniej tak postrzegał ją Rianell.
        Czy panienka Aureola dostrzegła tę aprobatę w oczach zarządcy, trudno orzec, była jednak jedną z niewielu osób, przed którą nie zamierzał się kryć - łącząca ich więź, podobna do tej, która łączy rodzeństwo, wykluczała tego typu tajemnice.
        - Hm? Dobrze - przyjął do wiadomości wymówkę Aureoli. Nie wnikał, czy była prawdziwa, chyba po prostu wolał jej zaufać, bo niby nie było niczym niezwykłym, że dziewczyna może potrzebować chwili na odzyskanie sił, ale jednak w połączeniu z niespodzianką, która miała mieć miejsce tego wieczoru, Rianell mógłby wysnuć zbyt celne wnioski i musieć wybierać czy woli pomóc Aureoli, czy uprzedzić jej ojca… Nie, wolał sobie tego oszczędzić. Tak było najlepiej. Tym bardziej, że właśnie zaczynał się występ.
        Gdy już przygaszono połowę lamp, co było jasnym sygnałem rozpoczęcia pokazu, Pestelli jeszcze się krzątał - wydawał ostatnie dyspozycje osobom, które roznosiły drinki i posiłki, upewniał się, że każdy kolejny etap jest przygotowany i czeka tylko na odpowiedni sygnał, a gdy to już było gotowe, zarządca mógł ze spokojem znaleźć chwilę dla siebie. Przystanął niedaleko drzwi wejściowych z tyłu sali. W tym świetle zdawało się, że stał dumnie wyprostowany, z rękami splecionymi za plecami i czekał na choćby jedno skinienie państwa, lecz tak naprawdę dość swobodnie opierał się o ścianę, dając chociaż trochę odpocząć nogom. Nie lubił swoich butów do liberii, były dla niego zbyt dopasowane i gdyby mógł, chętnie zamieniłby je na obuwie robocze. Zapomniał jednak szybko o tej drobnej niewygodzie, gdy Nevaeh zaczęła swój występ. Słuchał jej z dużą uwagą i szacunkiem - podobała mu się muzyka, którą dziewczyna prezentowała. Głos też przypadł mu do gustu - bardzo kobiecy i łagodny, idealnie pasował do tej pieśni. Zarządca aż przymknął oczy, dając się jej ponieść. Lubił takie klimaty, przy takich nastrojowych utworach potrafił się odprężyć i przez moment nie myśleć o własnym życiu i wszelkimi związanymi z tym troskami. Przypominały mu się historie, którymi karmiła go matka - te wszystkie legendy o rycerzach, księżniczkach i smokach, inne jednak niż typowe dziecięce bajki, doroślejsze i nie zawsze z tak szczęśliwym zakończeniem, jakiego się oczekiwało. W tamtych czasach lubił się w nich odnajdywać - wyobrażał sobie, że sam jest takim rycerzem, który znajdzie swoją księżniczkę, odda jej serce i razem wyruszą w świat. Życie jednak wyśmiało jego marzenia, odebrało ideały i postawiło w tym miejscu i czasie, tak odległym od tego, o którym śnił Rianell. Lecz w tym momencie, gdy Nev śpiewała swoją melancholijną kompozycję, on jednak dochodził do wniosku, że tak też jest dobrze. Nawet bardzo dobrze.
        Nagle Pestelli otworzył oczy - usłyszał zmianę tonu w piosence Nevaeh i zaintrygowało go to - smutek przeszedł w nieśmiałą radość i nadzieję, a do niego coraz bardziej docierało, że to żadna ludowa przyśpiewka tylko coś, co pewnie ona ułożyła sama, a każdy dźwięk, każde słowo, płynęły z głębi jej serca. Zdawało mu się, że pojął co chciała przekazać, że ją rozumie. Nie dosłyszał tego drobnego zawahania na końcu zwrotki, a jeśli nawet - zrzucił je na karb silnych emocji. Znowu z trochę nieobecnym wzrokiem patrzył i słuchał. Do momentu, gdy padła ta jedna konkretna linijka, te słowa o kwiatach bzu we włosach. To nie mógł być zbieg okoliczności, ona naprawdę… Naprawdę… Rianell nie wiedział czy jest głupi, czy naiwny, czy może mu się nie przesłyszało. Jego serce zabiło tak mocno, że pewnie postronni mogli to usłyszeć. Patrzył na Nevaeh wzrokiem wyrażającym ogromne zaskoczenie, prawie nie mrugał, a jego wargi zastygły lekko rozchylone, bo nie potrafił wydobyć z siebie słowa. ”Uśmiechnij się, głupku. Powinieneś się uśmiechnąć. Uśmiechnij się!”, krzyczał głos w jego głowie, ale on nadal tylko patrzył, bo przecież można być optymistą, ale nie aż takim by oczekiwać, że ta piosenka była skierowana do niego. Przecież nawet na niego nie patrzyła, skupiona całkowicie na muzyce.
        Gdy utwór dobiegł końca, Rianell klaskał razem ze wszystkimi, nim jednak wybrzmiały owacje, wymknął się na korytarz.

        Wrócił nim Nevaeh skończyła swój występ, poważny i opanowany jak zawsze, jakby nigdy nic się nie stało. Podszedł w pobliże sceny, bo chciał pomóc jej zejść i pogratulować, lecz jak na złość wtedy zawołał go pan Felippe, którego zarządca nigdy w życiu nie śmiałby spławić. Podszedł więc, jedynie kątem oka spoglądając na bardkę, która opuściła scenę - oczywiście potykając się, niezdara - i zniknęła wśród reszty artystów.
        Nie było istotne czego chciał lord Mandeville, bo była to jedna z setek typowych próśb, jakie mogły paść w takiej sytuacji - Rianell zrobił to, co do niego należało i znowu oparł się gdzieś z boku o ścianę. Patrzył na występ Amser, ale myślami był gdzieś daleko, nadal pochłonięty przez pieśń Nevaeh. Trochę się ożywił, gdy miejsce tancerki zajęła Aureola ze swoimi magicznymi skrzypcami. Wysłuchał jej ze spokojem i zadowoleniem, lecz tylko do czasu, gdy nagle na scenie pojawił się jakiś zakapturzony osobnik. Pestelli momentalnie poderwał się i ruszył w stronę sceny, przekonany, że to jakiś intruz, już nawet podwijał rękawy, by w razie czego znokautować go na miejscu, lecz w porę pojął, że Aureola wcale nie była zaskoczona pojawieniem się tego człowieka. A to znaczyło, że pewnie sama go wprowadziła… ”Czyli to jest ta twoja niespodzianka…”, pomyślał kwaśno zarządca, już wiedząc, jak to się może rozwinąć. Zerknął kontrolnie na stoli zajmowany przez państwo Mandeville - oboje byli zaskoczeni, lecz w przypadku pani Aurory było to zaskoczenie radosne, a pana Felippe pełne niedowierzania. Tylko czekać, aż poprosi żonę, by ta go uszczypnęła… Na razie jednak nikt go nie wołała, więc Rianell dyplomatycznie nie wysuwał się przed szereg.
        Rianell był nie w sosie, ale dzielnie się trzymał, by nie dać po sobie poznać, że tego nie było w planach - po co ludzie mają o tym wiedzieć, niech dobrze się bawią. Pani Aurora była zresztą podobnego zdania, a jej uśmiech zaraził tyle osób, że już nikt nie wnikał, czy te dziewczęta miały się tu pojawić i co to w ogóle ma znaczyć. Gdy zaczęły się tańce nawet do nich dołączyła, na co nie mógł jednak przystać Pestelli. Nie, on nie tańczył, koniec. Kiedyś mu się zdarzało, gdy był młodszy i wolny, wtedy każdy tydzień pracy kończył się dla niego na potańcówkach, gdzie wręcz go wyczekiwano, bo miał charyzmę i polot, a dziewczęta go uwielbiały. Teraz jednak nie zamierzał dołączyć.
        - Nie, nie ma mowy, nie… - protestował, gdy nagle podbiegły do niego dwie nastolatki i pociągnęły go do reszty. Opór stawiał słaby, by nie robić scen, ale tak się na tym skupił, że nie wiedział kogo wybrano mu do pary, aż ta osoba nie znalazła się w jego ramionach.
        - Nevaeh? - zapytał zaskoczony. Ktoś z tyłu go jednak szturchnął i wiedział, że nie mogą tak stać w nieskończoność. Uciekać też nie zamierzał, bo nie chciał sprawić dziewczynie przykrości… i sobie może przy okazji też, bo kto wie, kiedy zacząłby sobie wyrzucać tchórzostwo. Widząc jednak lekką panikę w spojrzeniu bardki pewnie objął ją w talii, szorstką od pracy ręką złapał ją za dłoń i ruszył.
        - Zdaj się na mnie - powiedział, by trochę się rozluźniła. O ile nie będzie spięta, da radę ją poprowadzić, bo wiejskie przytupańce, jakie akurat trwały, nie miały żadnych stałych kroków, żadnych obowiązkowych figur i można było robić co się chciało i kiedy chciało. Pestelli wykorzystał to więc na swoją korzyść. Podskakiwał z Nevaeh w ramionach, czasami puszczając ją jedną ręką i pozwalając by się kręciła, a potem wracała do niego, gdy ją przyciągnie. Dziewczynom zawsze się coś takiego podobało, liczył, że ona nie będzie wyjątkiem. Chciał, by się dobrze bawiła.
        W końcu tańce dobiegły końca. Rianell skłonił się pięknie przed bardką, dziękując jej za wspólne chwile. Gest był teatralny, stanowił kolejne echo czasów, gdy był młody, charyzmatyczny i często podkreślał, że jego ojcem był elfi książę, więc jego maniery nie brały się znikąd.
        - Dziękuję za taniec, lady Nevaeh - zwrócił się do niej niskim, przyjemnym głosem. - Teraz proszę jednak o wybaczenie, muszę wracać do obowiązków…
        Tak, koniecznie musiał, bo już podczas zabawy dostrzegł ten wzrok pana Felippe - niby spokojny i miły, ale skrywający niezadowolenie. Rianell zaraz do niego podszedł i upewnił się, że ma rozgonić to towarzystwo, ale bez robienia scen - spodziewał się tego. Wstał więc zaraz i zaczął z uśmiechem wypraszać koleżanki Aureoli, dziękując za zapewnioną przez nie rozrywkę. Samej błogosławionej posłał proszące spojrzenie “nie utrudniaj”, czego ona oczywiście nie zamierzała robić - postawiła na swoim i to było najważniejsze. Teraz tylko bura i spać.

        - Wybacz, panie, za te zmiany w planach, nie dopilnowałem wszystkiego.
        Rianell jak zawsze starał się wziąć na siebie przynajmniej część winy za wybryk Aureoli, lecz Felippe zwęszył pismo nosem i lekceważąco machnął ręką na zarządcę.
        - Fakt, może nie dopilnowałeś - zgodził się. - Ale to niestety głównie zasługa mojej córki.
        - Chciała urządzić dla gości miłą niespodziankę - bronił jej Rianell. Pan Mandeville westchnął, spoglądając na niego z pewnym pobłażaniem.
        - Niektórych rzeczy nie wypada robić nawet jeśli ma się dobre intencje - zauważył. - Wracaj już do swoich zajęć, pewnie masz jeszcze sporo na głowie… I dziękuję, że przyszedłeś mi to powiedzieć.
        - Oczywiście, panie - odpowiedział natychmiast Pestka, nim skłonił się i odszedł, by dopilnować sprzątania po zabawie.

        Dobiegała północ, gdy do pokoju artystek ktoś zapukał. Kolacja z muzyką skończyła się już dawno i tak naprawdę już każdy, kto nie był zaangażowany w sprzątanie, kładł się spać. Kogo więc mogło nieść o tej porze? Pierwszą, która zerwała się by to sprawdzić, była malarka.
        - Cześć, Iorwen.
        - O, cześć, Pestka - odpowiedziała mu zaskoczona dziewczyna.
        - Nevaeh śpi?
        - Nie… zawołać?
        - Jakbyś mogła.
        Rianell czekał na bardkę oparty ramieniem o ścianę korytarza, w którym świecił się tylko pojedyncze świece, tworząc klimatyczny, intymny półmrok. Zarządca był nadal ubrany w liberię, lecz jego rozwiązana muszka wisiała swobodnie, a ostatnie dwa guziki koszuli były rozpięte, włosy zaś poczochrane. Wyglądał na zmęczonego, lecz gdy zobaczył wychodzącą do niego Nevaeh, uśmiechnął się nikle.
        - Gratuluję występu - zapewnił szeptem, by nie przerywać nocnej ciszy. - Naprawdę pięknie śpiewasz… Mam coś dla ciebie.
        Rianell dopiero teraz ujawnił, co trzymał za plecami - był to bukiet kwiatów.
        - Od tajemniczego wielbiciela, który chciałby zachować anonimowość - wyjaśnił. - Proszę - dodał, wręczając jej wiązankę. Była to kompozycja złożona z frezji i goździków, w jasnych odcieniach bieli i różu. To nie było bez znaczenia. Rianell - no bo nikt nie powinien mieć wątpliwości, że kwiaty były od niego - choć posiadał tylko część elfiej krwi, tak jak chyba każdy elf podświadomie rozumiał mowę kwiatów. I nie chodziło tu wcale o te głosy, które w baśniach słyszeli książęta, gdy cała łąka szeptała, gdzie zły mag zbiegł z uprowadzoną księżniczką. Chodziło o symbolikę. I tak w jednym bukiecie zawarł swoje nieme zapewnienia o podziwie pod postacią goździków, a frezjami wyraził szacunek, ale i chęć do flirtu, o ile w ogóle Nevaeh była nim zainteresowana. Kolory - biel i róż - ładnie się ze sobą komponowały, ale też świadczyły o czystości jego intencji i chęci budowania solidnego uczucia, przyjaźni czy miłości, to już zależało od jej wyboru. Nie powołał się na pełną pasji czerwień, bo to byłoby zbyt prostackie.
        - Jest już późno, nie będę zabierał ci czasu - zapewnił szeptem, odbijając się ramieniem od ściany. - Dobranoc, Nevaeh.
Avatar użytkownika
Rianell
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Półelf
Aura: Każdy sprawny czytelnik dostrzeże, że emanacja ta rozbudowywała się wiele lat i nadal jest w trakcie kształtowania się. Zdejmując obsydianową płachtę trzeba być gotowym na sporą dawkę cynkowego kurzu. Wywołuje kaszel i drapanie w gardle, ale gdy wzniesiony pył opadnie, odczuć można wyłącznie zachwyt. Kobaltowa konstrukcja wzmocniona jest platynowymi wkładkami oraz zawiasami. Budowla ta jest niebywale twarda i wytrzymała, choć z widocznymi pęknięciami, które zasklepione zostały miedzianą żywicą. Smakuje ona gorzko i delikatnie lepi się między palcami. Ów drobne mankamenty wskazują na bogate doświadczenie, ale także przerywają ciągłość jaką stanowi dobrze zeszlifowana gładź. Lekki powiew niesie ze sobą zapach wiórków dopiero, co rąbanego drewna oraz mokrego drzewa. Chętnie więc oddycha się tutaj pełną piersią, a różnobarwne skrawki materiałów tworzą taśmy przytrzymujące świeżo sklejona kawałki. Ich mdłe barwy gną się z niezwykłą łatwością, ale tylko wtedy, gdy nie są naprężone. Inaczej łatwo zranić się ich ostrą krawędzią czy też nabawić drzazgi w palcu. Ich poruszenie nie wywołuje żadnego dźwięku, jedynie drżą, by po chwili zastygnąć w miejscu.
Wygląd: Półelf już na pierwszy rzut oka, doskonała mieszanka cech obu tych ras, troszeczkę tylko przybrudzona - to najkrótszy i najcelniejszy opis aparycji Rianella. Na dodatek od razu widać, że to mężczyzna, któremu niestraszna jest praca fizyczna. Sylwetkę ma krzepką, ale nie przypomina wojownika ani siłacza - jego mięśnie ukształtowała praca, a nie walka i ćwiczenia, przez co na ... (Więcej)
Uwagi: Dla przyjaciół Pestka.

Postprzez Nevaeh » Pn lip 16, 2018 9:52 am

        Reakcją Nevaeh na słowa niebianki było lekkie zaskoczenie. Przemyślawszy to jednak ponownie, kobieta doszła do wniosku, że zasadniczo fakt, iż młodziutka córka arystokratów nie zaznała jeszcze uroków świata zewnętrznego, nie był niczym dziwnym. Bogatym ludziom zdarza się podróżować, owszem, ale zazwyczaj robią to po osiągnięciu pewnego wieku i w dużej mierze przywilej ten przysługuje mężczyznom. Kobiety zaś, pełniące głównie funkcję wzorowych pań domu, z reguły się tego domu trzymają - a w ostateczności, zepchnięte do roli atrakcyjnego dodatku do męża, towarzyszą mu w podróży, niekoniecznie czerpiąc z niej jakąkolwiek przyjemność. Sama bardka ostatecznie nie zwiedzała świata dla własnej rozrywki i gdyby losy jej rodziny potoczyły się inaczej, zapewne także nie wyściubiłaby nosa poza balkony arturońskich rezydencji.
        Równocześnie jednak doskonale znała takie pojęcia jak głód wiedzy i rozumiała ducha przygody, który przemawiał przez usta panienki Mandeville. Śpiewaczka uśmiechnęła się ciepło, a następnie oparła dłonie o kolana, prostując ręce w łokciach i delikatnie kiwała się na łóżku, to w przód, to w tył.
        - Jeszcze zdążysz zaspokoić swoją ciekawość świata - zapewniła dziewczynę. - Podobno muzycy są jak uprawiana przez nich sztuka: dynamiczni, pełni pasji, nie dający się schwytać… Jeśli choć część z tego jest prawdą, nie dziwota, że większość bardów prowadzi wędrowniczy tryb życia. Ale wiesz, co ci powiem? - przekrzywiła głowę, patrząc na energiczną niebiankę. - Według mnie, nieważne czy zwiedzasz najdalsze zakątki światów, czy całe życie spędzasz w zabitej dechami wiosce; póki masz wokół siebie ludzi, którzy dobrze ci życzą i kochają cię niezależnie od tego, jakie decyzje podejmujesz, to wystarczy, żeby być szczęśliwym.

        Walcząc zarówno z falbankami przymierzanego stroju, jak i z nieodpartą chęcią wzięcia nóg za pas, póki jeszcze była ku temu sposobność, Nevaeh pozostawała skupiona na wszystkim, co działo się w pomieszczeniu. Na dźwięk słów krawcowej poczuła coś na kształt ulgi. Nie żeby jej stara szata miała dla bardki jakieś większe znaczenie sentymentalne, ale mimo wszystko była dość wygodna i całkiem praktyczna, bez niepotrzebnych udziwnień czy zawadzających wstążek, a poza tym w zadowalającym stopniu zakrywała jej ciało, dlatego kobieta rozstawałaby się z nią bardzo niechętnie.
        - Jeśli to nie problem, byłabym wielce zobowiązana. Naprawdę lubię ten kawał szmaty.

        Oprócz delikatnej woni olejków zapachowych, rozprowadzanych po komnacie, w pomieszczeniu dało się wyczuć wzrastające podniecenie. Oczekiwane występy zbliżały się z każdą sekundą i część gości zaczynała się niecierpliwić. Ci bardziej zaciekawieni - i mniej subtelni - wychylali się z zajmowanych przez siebie miejsc, by podejrzeć ostatni etap przygotowań, rozgrywający się za sceną. Do Nevaeh to wszystko powoli przestawało docierać; jej umysł stopniowo izolował się od bodźców zewnętrznych, budząc w sobie wrażliwość na to, co wydobywało się ze środka jej duszy. Śpiewaczka jednak wciąż pozostawała na tyle przytomna, żeby zdawać sobie sprawę z tego, co działo się w jej najbliższym otoczeniu, dlatego nadal potrafiła prowadzić z Aureolą rzeczowy dialog.
        - Nieszczególnie - odpowiedziała na pytanie o zdenerwowanie. - Występuję na scenie od wczesnego dzieciństwa, a solo już od ładnych paru lat, więc przez ten czas zdążyłam oswoić tremę. Mam tylko nadzieję, że to, co zamierzam zaprezentować, przypadnie wam do gustu… - dodała nieco ciszej. Uśmiechnęła się do niebianki, kiedy dostrzegła pełen ekscytacjii blask w jej oczach. - Cokolwiek panienka planuje, na pewno zrobi wrażenie. Może nawet przyćmi moje rzępolenie…? - puściła dyskretne oczko w stronę dziewczyny.
        Zauważyła jednak nagłą zmianę w jej zachowaniu, a że bycie roztrzepaną wcale nie oznacza ignorancji, wiedziała już, z czym miała do czynienia. Odwróciła się szybko, by okazać szacunek gospodarzowi i swemu nowemu właścicielowi.
        - Dobry wieczór, panie Mandeville.
        Nie zamierzała niepotrzebnie niczego dodawać, zwłaszcza że arystokrata najwyraźniej miał obecnie na uwadze nie bardkę, lecz swoją córkę. Lutnistka taktownie postąpiła krok do tyłu, wiedząc, że uczestnictwo w konwersacji, która nie jest przeznaczona dla ciebie, to zachowanie nieprzystojące nikomu, a już na pewno nie służącej na prawach niewolnicy. Mimo iż kobieta w żadnym wypadku nie zamierzała podsłuchiwać rozmowy, do jej uszu doleciała wypowiedź Fellipe’a. Nevaeh nie była głupia i doskonale wyłapała kryjącą się za nią aluzję. W jej głowie pojawiło się pytanie, jak tego typu sugestie wpływają na panienkę, lecz nie dane jej było na razie zgłębić tego tematu, bo właśnie nadeszła pora na jej występ.
        Może kiedyś, przy okazji, poruszy tę kwestię. Ale to zdecydowanie nie był odpowiedni czas ani miejsce na takie bezpośrednie zachowania.

        Nev stała nieco na uboczu, w skupieniu podziwiając występujących po niej artystów. Starała się nie zwracać uwagi na Iorwen, która co kilka sekund szturchała ją łokciem albo dosyć boleśnie dźgała palcem w bok, ale malarka była uparta jak zawsze.
        - Co to miało być, hm? - zagadnęła śpiewaczkę szeptem, po raz kolejny wbijając paznokieć między jej żebra. - Nie ignoruj mnie, jak zadaję zrozumiałe pytanie. Wprawdzie mówiłam ci, że masz się nie krępować, ale no czegoś takiego to się nie spodziewałam. Ja myślałam, że cicha woda z ciebie, a tu… tsunami, po którym nam wszystkim mokro! Zdajesz sobie sprawę z tego, że Amser już cię nienawidzi, prawda?
        Nevaeh prychnęła bezgłośnie, niby z nonszalancją, choć jej duszę zalała fala wątpliwości. “Może faktycznie przesadziłam…”, myślała gorączkowo. “Może nie powinnam była tego robić; najpierw to całe zajście w pracowni Simony, teraz wyskoczyłam z tą pieśnią… Mam nadzieję, że Rianell nie odbierze tego źle. W końcu zrobiłam to w dobrej wierze…”
        Odnosiła jednak nieodparte wrażenie, że argument o działaniu w dobrej wierze niekoniecznie trafi do złotowłosej artystki, która w tej chwili zachwycała publiczność swoim tańcem. Nevaeh czuła na sobie jej wzrok, a to doznanie nie należało do najprzyjemniejszych. Kiedy Amser schodziła ze sceny, śpiewaczka posłała jej najserdeczniejszy uśmiech, na jaki mogła się zdobyć, lecz grymas, który dostała w zamian, wcale nie poprawił jej samopoczucia. Wolała nie myśleć o konfrontacji, do jakiej zapewne dojdzie wieczorem, gdy dziewczyny zamkną za sobą drzwi swojej sypialni.
        Na szczęście nie musiała w tym momencie martwić się zazdrosną koleżanką, bowiem całą swoją uwagę postanowiła poświęcić panience Mandeville, której występ był następny w kolejności. Bardka zamknęła oczy, wsłuchując się uważnie w każdy dźwięk przyjemnej, klasycznej melodii; nieznacznie kiwała głową w rytm muzyki. W jej ocenie gra Aureoli była poprawna, a warsztat sam w sobie nienaganny, dlatego widzowie wydawali się ukontentowani, ale dla wytrawnego ucha… w występie niebianki czegoś brakowało. Nevaeh dobrze wiedziała czego. Tego zaangażowania, tej pasji, z jaką dziewczyna wcześniej rozmawiała o muzyce. Bo choć lutnistka ani przez chwilę nie wątpiła w to, że Aure czuje graną przez siebie melodię, to jednak za jej pomocą nie wyraża prawdziwej siebie, lecz coś zupełnie innego. Tworzyło to zgrzyt, niewychwytywalny dla zwykłego obserwatora, ale aż nazbyt widoczny dla kogoś, kto muzyce oddał całą duszę.
        Nevaeh zacisnęła wargi, mając już w głowie pierwszą lekcję, jakiej udzieli młodej niebiance, gdy nastąpił nagły zwrot akcji. Melodia uległa zupełnej przemianie, a wśród tłumu dało się dostrzec poruszenie. Bardka spojrzała na rozpromienioną Aureolę i uśmiechnęła się. Tak, teraz było zdecydowanie lepiej. Teraz dziewczyna nie grała już poprawnie - tak jak poprzednio Nevaeh, wyszła poza schemat utworu, zmieniając jego dźwięki w słowa, niosące ze sobą przesłanie. I to właśnie było sednem sztuki.
        Wokalistka poruszała się w rytm melodii, choć wciąż stała w miejscu. Całe jej ciało aż rwało się do tańca, jednak umysł pozostawał trzeźwy. I myślał zapobiegawczo. Kobieta nie zamierzała podejmować żadnych ryzykownych kroków - a te taneczne z całą pewnością do takowych się zaliczały - więc tylko przyglądała się gościom, którzy dali się porwać muzycznemu szałowi.
        … aż do momentu, w którym to dwie pary szczupłych rąk bezceremonialnie wciągnęły ją na parkiet, zanim zdążyła w jakikolwiek sposób się sprzeciwić. W myślach cofała słowa, jakoby teraz było zdecydowanie lepiej. Co to, to nie; właśnie zapowiadało się na największą katastrofę wieczoru. Nevaeh poczuła skurcz zdenerwowania, który nieco ścisnął jej organami wewnętrznymi. A kiedy stanęła naprzeciw tego, z którym dobrano ją w parę… Cóż, jeśli do tej pory można było mówić o lekkim stresie, to aktualnie w jej oczach malowało się czyste przerażenie. Uniosła dłonie w obronnym geście.
        - O nie, ja nie tańczę... - mamrotała spanikowana, szukając wzrokiem ratunku albo chociaż szczeliny w tłumie, przez którą mogłaby uciec. - O nie. Nie, nie, kategorycznie… Ach! - stłumiony okrzyk wyrwał się z jej ust, kiedy Pestelli przyciągnął ją do siebie i poprowadził w tan. - To się skończy bardzo źle… - mruknęła jeszcze, ale już z mniejszym przekonaniem.
        Wzięła głęboki oddech i za wszelką cenę usiłowała skupić się na swoich nogach i na tym, by nie poplątać ich ze sobą, ze suknią, a w najgorszym razie z nogami partnera, co w jej przypadku nie było wcale takie nieprawdopodobne - ale dopóki Nevaeh bardzo się pilnowała, poruszanie się zgodnie z rytmem szło jej wcale nie najgorzej. Problem w tym, że kiedy za dużą uwagę poświęcasz stawianiu odpowiednich kroków, cały sens tańca znika. Bardka prawie zdołała pogodzić się z myślą, że nie jest jej dane zaznać w ten sposób przyjemności, lecz słowa Rianella poddały ową myśl w wątpliwość. Spojrzała mężczyźnie w oczy, zastanawiając się, na ile może zaufać mu w tej kwestii. Może i znał się na tańcu, ale nie miał jeszcze styczności z niezwykłym antytalentem panny Lahza’ya, więc pieśniarka obawiała się, że jeśli sobie pofolguje, zabawa skończy się tak, jak to bywało do tej pory. Jednak zarządca zdawał się być pewny swego, dlatego po chwili wahania, Nev postanowiła zaryzykować, ten jeden, ostatni raz. Pozwoliła Pestellemu przejąć kontrolę nad sytuacją i poruszała się dokładnie tak, jak kierowały ją jego ręce - i musiała przyznać, robiły to całkiem zręcznie. Kiedy po dłuższym czasie, mimo systematycznego wpadania w innych gości, śpiewaczka nadal trzymała się w pionie - co już samo w sobie było sporym sukcesem - i zaczęła odnosić wrażenie, że niespodziewane pląsy sprawiają jej więcej radości niż mogła przypuszczać, poczuła się nieco pewniej. Przez cały taniec zaliczyła tylko jedną wpadkę. Gdy podczas piruetu jej ręka mimowolnie wzięła jakiś dziwny zamach, bardka cofnęła się gwałtownie, by nie przygrzmocić Rianellowi w jego przystojną twarz. Pech chciał, że w tym momencie nogi zupełnie przestały się jej słuchać, w konsekwencji czego Nevaeh z efektownym hukiem uderzyła pośladkami w posadzkę.
        Z krzywym uśmiechem spojrzała w górę na zarządcę, pozwalając rękom opaść wzdłuż ciała w dramatycznym geście.
        - Ale hej, są pozytywy! - zawołała z niezłomnym optymizmem. - Przynajmniej tym razem nie skrzywdziłam nikogo innego.
        Niezrażona drobnym niepowodzeniem, kontynuowała taniec, tym razem nieco ostrożniej, wciąż jednak swobodnie dawała się prowadzić i wciąż była bardzo świadoma fizycznego kontaktu między nią a Pestellim. Kilkakrotnie przyłapała się na tym, że jej spojrzenie uciekało w stronę ich złączonych rąk. Przez głowę lutniski przemknęła myśl, że dłonie Rianella są jak on sam: szorstkie, ale ciepłe. Dające poczucie bezpieczeństwa, kiedy wszystko jest pod kontrolą zarządcy. Dlatego Nev bez sprzeciwu podporządkowała się jego opinii w kwestii sukni - i dlatego przełamała swój strach przed tańcem. Wprawdzie nadal stanowiła realne zagrożenie dla otoczenia - na co niezaprzeczalny dowód stanowił incydent sprzed chwili - ale teraz przynajmniej wiedziała, że można to kontrolować. Nawet jeśli ona sama tego nie potrafiła, istniał ktoś, kto był w stanie zapanować nad jej chaosem.
        To było zaskakujące odkrycie.
        Artystka nie mogła zaprzeczyć - bawiła się całkiem nieźle. Ale, jak wiadomo, nic nie może trwać wiecznie. Razem z muzyką, skończyły się tańce. Nevaeh odsunęła się od Pestellego, obserwując jego dostojny ukłon, który, musiała przyznać w duchu, zrobił na niej niemałe wrażenie. Lecz kiedy następnie mężczyzna zwrócił się do niej w tak górnolotny sposób, bardka parsknęła śmiechem. Wiedziała, że to niestosowne, więc szybko zakryła dłonią usta - zwłaszcza że nie chciała w żaden sposób urazić zarządcy - i starała się przybrać poważny wyraz twarzy, ale kąciki jej ust wyraźnie drgały, chcąc wygiąć się ku górze. Odchrząknęła nieznacznie i odrobinę uniósłszy w dłoniach falbany sukienki, dygnęła równie elegancko.
        - Przyjemność po mojej stronie, panie Pestelli. - Poczuła nagłe déjà vu; już drugi raz tego dnia kłaniała się temu samemu mężczyźnie, usiłując zachować kamienną twarz. Skinęła lekko głową, gdy Rianell się pożegnał i odprowadziła go cichym chichotem - nie z gatunku tych denerwujących, kokieteryjnych, typowych dla młodych podlotków, lecz takim, w którym dało się słyszeć szczere rozbawienie.
        Z tego wszystkiego Nevaeh zapomniała spytać półelfa o opinię na temat jej występu i uświadomiła to sobie dopiero teraz, kiedy zarządza zniknął jej z oczu. Westchnęła, poprawiając gałązkę bzu, która wysuwała się z jej włosów. No trudno, jeszcze będą ku temu okazje… Śpiewaczka obróciła się na pięcie i rozejrzała po sali, w której zapanowało nagłe zamieszanie. Nie umiała na razie zlokalizować jego przyczyny, ale prawdopodobnie miało to związek z niespodziewanym wystąpieniem panny Mandeville. Cóż, Nev, która spędziła sporo czasu “między chłopy”, osobiście potrafiła docenić elementy wiejskiej zabawy, lecz nie dziwił jej fakt, że w arystokratycznym środowisku takie wybryki nie były zbyt mile widziane i gdy tylko wywołany muzyką entuzjazm opuścił gości, gdzieniegdzie dało się słyszeć pełne dezaprobaty szepty. Ale na to wokalistka już nic nie mogła poradzić. Pozostało jej tylko mieć nadzieję, że niezupełnie przychylna reakcja nie zniechęci Aureoli, której występ w tym wydaniu bardzo się bardce podobał.
        Nawet mimo tego, że zmusił ją do zapomnienia o istnieniu czegoś takiego jak strefa komfortu.

        - Witamy w klubie zdziwaczałych artystek! - Iorwen zamknęła bardkę w uścisku zaraz po tym, jak dziewczyny przekroczyły próg pokoju. - Teraz już oficjalnie jesteś jedną z nas. W związku z czym... - wyciągnęła zza pleców butelkę pełną burgundowej cieczy. - Świętujemy!
        - Nie chcę wiedzieć, skąd to wzięłaś - mruknęła Amser, obrzucając trunek podejrzliwym spojrzeniem.
        - Spokojnie, wszystko załatwione prawie że legalnie. Stary znajomy ma znajomego, którego brata szwagier rozprowadza wino po Efne, więc ten znajomy nieraz dostaje w prezencie skrzyneczkę lub dwie… - Malarka uśmiechnęła się przebiegle. - Wprawdzie typ jest bardziej skąpy niż karczmarz o poranku, ale ja mam swoje sposoby. I nie jestem złodziejką.
        - Ja tego wcale nie powiedziałam…
        Czarnowłosa artystka upewniła się, że drzwi do pokoju pozostają zamknięte - wprawdzie kieliszek wina poza godzinami służby nie był zabroniony, lecz afiszownie się z tym nie należało do pochwalanych zachowań - i z szafki, w której lokatorki mogły trzymać swoje prywatne rzeczy, dziewczyna wyciągnęła trzy szklanki. Były nieco obtłuczone i jednej brakowało ucha, ale póki naczynia spełniały swoją rolę, nikt nie przywiązywał wagi do szczegółów. Iorwen nalała do każdego po trochę trunku i rozdzieliła je między przebywające w pomieszczeniu artystki, po czym wzniosła toast. Amser także uniosła swoją szklankę, nie chcąc okazywać otwartej wrogości, ale jej oblicze ciągle pozostawało pochmurne.
        - Za Nevaeh, naszą zdolną bardkę. Za przyszłe lata, które spędzimy tu wspólnie!
        Na dźwięk słów malarki, Nevaeh poczuła silne ukłucie, które niemal wywołało jej łzy. “Wspólne przyszłe lata? Jeśli czegoś nie wymyślę, jeśli nie stanie się cud, to nigdy nie dojdzie do skutku…” Nie dała jednak po sobie poznać nagłego smutku, który ją ogarnął. Uśmiechnęła się szeroko i zderzywszy z dziewczynami szklanki, wypiła część zawartości swojej. Mimo późniejszego nalegania ze strony Iorwen, tego wieczoru wokalistka nie wzięła już do ust ani kropli alkoholu. Nie miała szczególnie silnej głowy, dlatego nie chciała narażać się na nieprzyjemne konsekwencje, szczególnie pierwszego wieczoru. Wino skończyło w rękach tancerki, która porwawszy butelkę z całą jej zawartością, schowała ją pod materac i pilnowała przez resztę nocy, podczas gdy pozostałe dziewczyny oddały się niezobowiązującym rozmowom o ulubionych kolorach, potrawach i typach mężczyzn… Co nie skończyło się zbyt dobrze, bowiem Iorwen nie umiała powstrzymać się od aluzyjnych komentarzy, które powodowały, że powieka Amser drżała od powstrzymywanej furii.
        - Taki Pestka na przykład podobno całkiem nieźle tańczy, a przynajmniej tak głoszą plotki. I jak na razie tylko Nev wie czy są one prawdziwe - malarka wyszczerzyła zęby. - Moja partnerka, na przykład, była katastrofą… Oczywiście z całym szacunkiem dla poczciwej Mony. Jest niezastąpiona na wielu polach, ale taniec nie jest jej mocną stroną. Staje się wtedy bardziej sztywna niż włosy Amser po tym, jak moczyła je w krochmalu…
        - Jeszcze raz o tym wspomnisz, a nie ręczę za siebie.
        W ten sposób konwersacja przeciągnęła się niemal do północy. Kiedy lżejsze tematy się wyczerpały, a było zbyt późno na poruszanie życiowych problemów, każda z dziewczyn postanowiła zająć się sobą i przygotować do snu. Właśnie wtedy rozległo się pukanie. Nevaeh usłyszała je bardzo dobrze, ale była akurat zajęta rozplątywaniem swego warkocza, dlatego do drzwi pospieszyła Iorwen, której łóżko znajdowało się najbliżej wyjścia. Zamieniła dosłownie dwa zdania z kimś, kto znajdował się po drugiej stronie, po czym wycofała się do sypialni i zwróciła w stronę bardki z wymownym uśmiechem.
        - To ktoś do ciebie, Nev.
        - Do mnie? O tej porze? - lutnistka nie kryła zdziwienia, ale kiedy malarka skinęła głową, w dalszym ciągu wyszczerzona, Nev wstała z łóżka i wyszła za drzwi.
        Widok osoby, która ukazała się jej oczom, zaskoczył artystkę mniej, niż można się było spodziewać. Chyba zaczęła się powoli przyzwyczajać do tego, że Pestelli pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach. Chociaż… w tym wydaniu, po pracy, jeszcze go nie widziała. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po ogarniętych nieładem włosach zarządcy, jego wytatuowanej twarzy, na której malowało się widoczne zmęczenie - i rozpiętej koszuli. Tam, na krótką chwilę, śpiewaczka zatrzymała wzrok. Zdawało jej się, że na szyi Rianella dostrzegła ciemniejszą plamę, ale może to był tylko cień… A skoro o cieniach mowa, panujący w korytarzu półmrok, oprócz bycia nastrojowym, dodawał mężczyźnie tajemniczego, zmysłowego uroku, który sprawił, że po ciele Nevaeh przebiegł dreszcz i przez moment bardka nie była zdolna wypowiedzieć słowa. Zastygła w bezruchu, z dłonią nadal wetkniętą w na wpół rozpuszczony warkocz i w milczeniu wpatrywała się w półelfa, zapomniawszy o dość istotnej czynności, jaką jest oddychanie. Dopiero jego słowa przywróciły kobiecie zdolność myślenia.
        - Bardzo się cieszę, że podobał się panu mój występ - odezwała się cicho, z delikatnym uśmiechem, by następnie w nagłym przypływie nieśmiałości spuścić wzrok. - Nie chciał pan wybrać dla siebie piosenki, więc… chociaż tyle mogłam zrobić - zmusiła się do tego, by znowu spojrzeć Pestellemu w oczy. - Mam nadzieję, że się pan za to nie gniewa...
        Nie wiedziała, co się z nią dzieje. To na pewno była wina tej kameralnej atmosfery… Przecież Nev nigdy nie miała problemu, jeśli chodzi o dogadywanie się z osobnikami płci przeciwnej; pracując dawniej w karczmie, miała do czynienia z wieloma mężczyznami, więc dzięki doświadczeniu, zazwyczaj traktowała ich jak dobrych kompanów i tak też się z nimi porozumiewała. Po męsku, bez zbędnych uprzejmości i bez dbania o to, jak wypadnie w ich oczach. Ale Rianell… z nim tak się nie dało. Dlaczego - tego wokalistka już nie wiedziała. Albo raczej nie chciała tego przyznać.
        - Dla mnie? - powtórzyła z niedowierzaniem, a na widok kwiatów jej oczy rozszerzyły się. - Och… - wyciągnęła ręce, by przyjąć trzymany przez zarządcę bukiet. Uniosła go wyżej i zanurzyła w nim część twarzy, rozkoszując się cudownie świeżym zapachem. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Zalała ją fala przyjemnego ciepła, którego nie czuła od bardzo dawna. Które, tak jak w jej dzisiejszej pieśni, przypominało kobiecie o pięknym śnie, równocześnie dając nadzieję. I choć w ciągu lat swych występów bardka niejednokrotnie była obdarowywana prezentami, to jednak jak dotąd żaden nie poruszył jej tak bardzo, jak ten szczery, subtelny bukiet, tak bardzo odmienny od tych krzykliwych róż, wciskanych jej na siłę do rąk. Kiedy ponownie spojrzała na Rianella, na jej twarzy malował się dziewczęcy rumieniec, a oczy błyszczały z pasją. - Proszę przekazać owemu wielbicielowi, iż dziękuję za prześliczne kwiaty i bardzo żałuję, że nie chce on wyjawić mi swojej tożsamości. Przez to nie mogę go należycie zapewnić o mojej wdzięczności… czy mogę? - spytała, zniżając nieco głos, który lekko zadrżał. Delikatnie przycisnęła bukiet do piersi i z bijącym sercem czekała na odpowiedź.
        - Może pan zabierać, co pan chce, w granicach rozsądku - zaśmiała się wesoło, starając się pozostać w głośności szeptu. - Ale rzeczywiście, godzina niezbyt sprzyja dłuższym pogawędkom, a pan wydaje się zmęczony - w jej głosie brzmiała troska. Rianell naprawdę wyglądał na znużonego, a jednak wciąż znalazł czas, żeby się z nią spotkać. Lecz Nev nie zamierzała tego faktu wykorzystywać. - Niech pan dobrze wypocznie, żeby jutro znów mieć siłę znosić niezdarną, rozgadaną śpiewaczkę. Dobranoc.
        Pożegnała go jeszcze jednym uśmiechem i wróciła do pokoju, zamykając za sobą drzwi. Modliła się, żeby Iorwen i Amser leżały już w krainie marzeń. Nie chciała znowu musieć się tłumaczyć...

        Późną nocą, kiedy dziewczyny spały kamiennym snem, Nevaeh niespokojnie krążyła po pokoju. W dłoni miętosiła pewien kawałek pergaminu, który zdawał się palić jej skórę żywym ogniem. Przez głowę lutnistki przelatywało milion myśli na minutę, a serce nie wiedziało już, co powinno czuć. Radość i wściekłość. Szczęście i smutek. Miłość i nienawiść. Wszystkie te uczucia przestawały się mieścić w duszy kobiety i powoli rozrywały ją na kawałki, usiłując wydostać się na zewnątrz. Bardka zatoczyła kolejny krąg wokół stolika, na którym stał wazon z kwiatami. Zdążyła rzucić bukietowi krótkie spojrzenie, zanim poczuła, że dłużej nie wytrzyma.
        Pomieszczenia dla służby zajmowały całe skrzydło budynku, zaś sypialnie znajdowały się na piętrze, tuż nad kuchnią. Już wcześniej Nev odkryła, że z okna ich pokoju da się zeskoczyć na niewielki daszek, osłaniający tylne wejście od strony spiżarni. Tak też bardka uczyniła. Bacząc na to, by nie wydać żadnego dźwięku, który mógłby obudzić jej współlokatorki i zachęcić je do zadawania niewygodnych pytań, kobieta wspięła się na parapet, otworzyła jedno ze skrzydeł i ostrożnie opuściła się na zadaszenie. Upewniła się, że jej pozycja jest stabilna i nie grozi jej nieprzyjemny upadek, po czym oparła się o ścianę i wbiła wzrok w niebo. Widok zamazywały łzy, które wezbrały w kącikach jej oczu. Pozwoliła im swobodnie spływać po twarzy. Teraz, kiedy jedynym jej świadkiem był księżyc, mogła wyrzucić z siebie wszystko to, co nie dawało jej spokoju.
        Dotknęła ręką starej bransoletki z rzemyków.
        - Wiele się dzisiaj wydarzyło, nie sądzisz, siostrzyczko? - odezwała się szeptem, wyobrażając sobie, że Yesah siedzi na murku, tuż obok niej. - Dwa występy naraz, w dodatku jedne z najbardziej udanych. Znowu śpiewałam o tobie, wiesz? I poznałam dziś tylu wspaniałych osób… Polubiłabyś ich - pieśniarka uśmiechnęła się przez łzy. - Państwo Mandeville to dobrzy ludzie, a ich córka, Aure, jest dokładnie taka, jak my w dzieciństwie. Pełna zapału, dzieląca się z ludźmi swoją pasją... Pamiętasz to jeszcze? Miło spotkać młodszą wersję siebie i przypomnieć sobie czasy, kiedy przyszłość jawiła się jako droga wiodąca ku słońcu… Mam też nowe współlokatorki! Iorwen gada prawie tyle samo co ja, a taniec Amser mogłabym podziwiać godzinami, bo sama jestem w tym beznadziejna… co dzisiaj udowodniłam wszystkim po raz kolejny. Mona, Simona i reszta służących też wydaje się miła. No i jeszcze jest Rianell Pestelli… Trochę onieśmiela swoim zdystansowaniem i tą ponurą miną, ale wydaje mi się, że tak naprawdę jest całkiem życzliwy. Lubię go, chociaż czasem tracę przy nim trzeźwość myślenia… To dziwne. I dziwnie przyjemne. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek jakiś mężczyzna tak na mnie wpływał, wiesz? … Od dawna nie miałam aż tyle do powiedzenia. Czuję się taka… szczęśliwa. W tym domu mogłabym spróbować na nowo ułożyć sobie życie… - głos Nevaeh się załamał. Strumień łez na jej twarzy zamienił się w rzekę. Śpiewaczka objęła się rękami i zaszlochała. - Więc dlaczego…? Dlaczego po prostu nie może być dobrze? Dlaczego nie mogę się od niego uwolnić? Co myśmy wszyscy mu zrobili? Nie wiem, co mam robić, Yesah, po prostu nie mam pojęcia…! - Schowała głowę w ramionach. - Chciałabym się z nimi zaprzyjaźnić. Chciałabym kochać i być kochaną. Tak wiele chciałabym móc dla nich wszystkich zrobić… Ale nie chcę oddawać im serca, kiedy wiem, że zostanie ono brutalnie wyrwane. Ja znów będę samotna, a oni… oni się na mnie zawiodą. Nie chcę ich zawieść… Jak ty byś postąpiła na moim miejscu?
        Bardka jeszcze długo rozmawiała z wyobrażeniem swojej siostry. Dopiero kiedy niebo zaczęło się przejaśniać, a poranny chłód wywołał u Nevaeh dreszcze, kobieta z powrotem wspięła się przez okno do pokoju i położyła we własnym łóżku.
        Ale tej nocy nie nacieszyła się długim snem.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Gaia, Ayeesha, Mikao, Cerim,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków, jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że może przybierać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpieczne, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu, jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Postprzez Aureola » Pt sie 03, 2018 11:08 pm

        Aureola widziała światła. Piękne lampiony, które oświetlały salę, świece na stołach; to wszystko rozmazywało się w oczach, kiedy niebianka kręciła się w tańcu. Dziewczyna uwielbiała taki stan rzeczy. Kolory, światła, tańczący, radośni ludzie… To napełniało błogosławioną pozytywną energią. Aureola uwielbiała wiejskie klimaty; brak sztywnych szlachciców, którzy oceniają każdy twój głębszy wdech, każde spojrzenie. To podobało się błogosławionej - brak ograniczeń.
Wolność.
        Wcześniejsze słowa Nevaeh Aureola potraktowała z delikatnym i tajemniczym uśmiechem. “Oj, uwierz, nic nie przyćmi twych pieśni…”, pomyślała dziewczyna, wirując wśród roztańczonych gości i przygrywając więcej wesołej melodii. Muzyka Nevaeh porywała za serca, zostawiając na nich przepiękny ślad i cudowne wspomnienie. Hipnotyzowała, a słuchacze nie potrafili skupić się na niczym innym niż wspaniały głos bardki. Kobieta zamykała świat w swojej piosence. A co na to Aureola? Jej gra skupia się na emocjach, a więc błogosławiona nigdy nie będzie w stanie wpasować się w gust rodziców, lubujących się w klasycznych dźwiękach. Niebianka dopiero wtedy, kiedy może sobie pozwolić na swobodę, potrafi grać z pasją.

        Szepty pełne dezaprobaty nie obchodziły skrzypaczki. Znalazło się także grono osób, które uznały to za “wyśmienitą odskocznię”. Aureola prychnęła na nich. “Wreszcie mogliście poczuć muzykę. Nie tylko ją podziwiać, gbury”.
Dziewczyna pożegnała się z przyjaciółmi, dając im namiary na tajemnicze wyjście z budynku.
        - Same sztywniaki - skomentowała Isia, zbierając ze sceny taraban Netha. Chłopak wówczas bajerował jedną z tancerek, opowiadając jej niestworzone historie o samym sobie. Aureola wybuchła śmiechem, co zostało zapewne odebrane bardzo niekulturalnie przez pozostałych jeszcze gości, kiedy Neth próbował udawać straszliwą bestię, którą rzekomo sam odpędził od rodzinnego domku.
        - …mówię ci, takie miała zębiska!
Biedna tancerka.
        Aureola wówczas starała się pomóc w sprzątaniu, mimo że oczywiście jej główną rolą było stać przy drzwiach i ładnie kiwać główką na pożegnanie. Dopóki ostatni gość nie opuścił sali i domostwa rodziny Mandeville, Felippe pozostawał uśmiechnięty i serdeczny. Jednakże Aureola czuła na sobie wzrok ojca, a to oznaczało tylko kolejną kłótnię zaraz po opuszczeniu sali. Albo i wcześniej.
        - Aureolo Aurore Mandeville, przyjdź do swojego pokoju natychmiast - rzekł wyraźnie wkurzony Felippe, wychodząc z sali. Błogosławiona westchnęła głęboko, po czym poprosiła Monę o odprowadzenie jej przyjaciół do tajemniczego wyjścia.
        - Występ był wspaniały, panienko Aure - skomentowała guwernantka. - Jeszcze tylko ochrzan od ojca panienki i może panienka iść spać. Miłych snów.

        Korytarz wydawał się w tej chwili niesamowicie krótki. Aureola stąpała powoli, aby możliwie jak najbardziej opóźnić konfrontację z ojcem. Po drodze wyobrażała sobie przebieg tej rozmowy oraz to, jak ma zamiar się z tego wytłumaczyć. Musiała bowiem wymyślić coś, co byłoby doskonałym wyjaśnieniem.
W końcu weszła do swojego pokoju, a za drzwiami stał pan Mandeville. Oczywiście z założonymi rękami i nie wróżącym dobrze wyrazie twarzy. Aureola milczała, unikając wzroku swojego rodzica. Chwila ciszy nastała, a przerwał ją natychmiast stanowczy głos Felippe’a.
        - Co to miało być? - zapytał, unosząc brew. - Zresztą, nieważne. - I w tym momencie nastąpiło jedno wielkie kazanie, które zawsze kończy się tak samo; począwszy od zachwalenia rodu Mandeville, przez wyjaśnienie położenia rodziny, skończywszy na tym, jak to błogosławiona hańbi to nazwisko.

        - Ojcze, nie będę nigdy idealną kopią mamy - powiedziała Aureola. Za każdym razem, kiedy dochodziło do takiej sprzeczki, mówiła dokładnie to samo zdanie. Jednakże widocznie nic nie docierało. I nigdy nie dotrze.
        - Aure. Jesteś moją jedyną córką - rzekł Felippe. Niebianka zdumiała się, ponieważ taki tok rozmowy to nowość. - Chcemy z matką jak najlepiej dla ciebie. Dlaczego nie chcesz uszanować tego, co dla ciebie robimy?
Jest okazja.
        - Ponieważ… - “Teraz tylko się dobrze wyraź, Aure…”. - Ponieważ nigdy nie pytacie, czego ja chcę.
Felippe rozszerzył oczy, patrząc na córkę. Mężczyzna westchnął, po czym spojrzał gdzieś w nicość i przez chwilę milczał.
        - Bo wiemy, czego chcesz - odpowiedział w końcu. - Hasać po polach i lasach z tymi dzikusami.
        - To nie są dzikusy! - krzyknęła. To zaskoczyło nawet samą błogosławioną. Felippe już wyglądał, jakby miał wyskoczyć z siebie.
        - Oczywiście. Chłopy i chłopki.
- Przyjaźnię się z nimi, ojcze. - Niebianka schowała dłonie za plecami, splatając ze sobą palce. Bała się teraz bardziej niż zazwyczaj.
        - Rozumiem, nie bronię ci się z nimi spotykać od czasu do czasu - odparł pan Mandeville. - Aczkolwiek nie rozumiem twojego buntu. Możesz mi go wyjaśnić?
        W tej chwili właśnie nasza bohaterka poczuła lekki ból w okolicy brzucha. Nie był to w żadnym razie fizyczny przejaw; raczej ból spowodowany narastającym stresem, napędzany marzeniami i snami małej artystki. Ból spowodowany tłumieniem wszystkich pragnień. Aureola jednak przypomniała sobie coś, co od tego momentu zagnieździło się w jej małym serduszku. “Podobno muzycy są jak uprawiana przez nich sztuka: dynamiczni, pełni pasji, nie dający się schwytać… Jeśli choć część z tego jest prawdą, nie dziwota, że większość bardów prowadzi wędrowniczy tryb życia”.
        - Dajecie mi wszystko, ojcze. Ale skoro wiecie, czego chcę, dlaczego nie mogę tego osiągnąć? Potrzebuję wolności. Chcę zostać sławną skrzypaczką, tancerką, śpiewaczką… Po prostu artystką - oznajmiła dziewczyna, czekając na odpowiedź ojca. Jednakże nie dostała jej.
Pan Mandeville uderzył wściekle pięścią w ścianę, po czym skierował się do drzwi. Aureola stała zdezorientowana.
        - Nigdzie stąd nie pójdziesz. Tutaj jesteś bezpieczna. - Tak właśnie skończył się ochrzan za wielki występ niebianki. Tak właśnie zostały przekreślone jej marzenia. Po wyjściu Felippe’a, Aureola skuliła się na łóżku. Jednakże nie płakała, czego można było się spodziewać po takich słowach własnego rodzica. Błogosławiona spoglądała twardo w nicość, wspominając cały dzień, zapisując w sercu kolejne zdanie. “Jeszcze zdążysz zaspokoić swoją ciekawość świata”.
        - Zaspokoję - szepnęła. - Czy tobie się to podoba czy nie, ojcze. - W głowie małej niebianki pojawiały się plany i różne ich konsekwencje. Aureola postanowiła, że właśnie od nowej bardki dowie się więcej na temat świata. A kiedy już osiągnie swój cel, wróci do rodziców z triumfalnym uśmiechem na twarzy i słowami “Poradziłam sobie. Nie dzięki wam”. Tak tej nocy, zanim zasnęła, przyrzekła.
Avatar użytkownika
Aureola
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe, Rheyaen,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Emanacja świeci żwawym, szmaragdowym światłem, choć jej siła wciąż jest niewielka. Powłokę spiralnie otacza miedziane pasmo biegnące od góry do dołu. W miejscach, których nie zakrywa widać złocistą barwę, która lśni w słońcu, jakby był to najprawdziwszy metal szlachetny. U góry widać kobaltowy pyłek leniwe i bardzo powoli rozlewający się powierzchni. Wokół słychać wesołą melodię, która wręcz zmusza nogi do delikatnych podrygów, a czasem nawet i tańca. Wraz z muzyką przychodzi przyjemne uczucie spokoju i błogości. Potęguje to słodka woń lilli, wydzielana przez aurę i przywodzącą na myśl wiosnę. W dotyku niebywale miękka, trzeba bardzo uważać, aby nie zostawić na niej żadnej skazy. Zwłaszcza gdy wygina się na wszystkie strony świata w nieprzewidywalny i chaotyczny sposób. Lepiej też stale mieć na oku brzegi, są raczej tępe, aczkolwiek występują również te ostre i niebezpieczne. U góry natomiast widnieją drobne piórka, białe i nadzwyczajnie aksamitne. Na koniec zaskakuje pozostawieniem po sobie okropnej lepkości w ustach, która będzie dawać o sobie znać nawet przez dłuższy czas.
Wygląd: Mała niebianka to szczyt urody i słodkości, od samego patrzenia na jej pucatą twarz można dostać cukrzycy. Aureola posiada piękne, błękitne oczy, które odziedziczyła po matce, oraz ciemnozłote włosy, sięgające jej nieco poniżej łopatek, które z kolei kojarzą się wszystkim z jej ojcem. Drobniutki nosek wykrzywiony w groźnym grymasie niestety niszczy wizję słodkiej i ... (Więcej)

Postprzez Rianell » N sie 05, 2018 6:30 pm

        Nevaeh była przerażona i to trochę podkopało pewność Rianella. Ona wiecznie wyglądała na wystraszoną - robił coś nie tak, czy to ona była płochliwa z natury? Starał się być dla niej miły, a poza tym nie był osobą agresywną, zwłaszcza w stosunku do kobiet. Bardka mruczała coś pod nosem, coś, co brzmiało jak usprawiedliwienie, ale on tego nie dosłyszał wśród gwaru zabawy, dlatego zdecydował się działać stanowczo, jak na mężczyznę przystało - był już w końcu dojrzały i z niejednego pieca chleb jadł, a nie był jakimś podlotkiem, który bałby się kobiet. Jeśli Nev faktycznie by się go bała albo nie chciała z nim tańczyć, to powinien to zauważyć. Jednak jedyne co spostrzegł, to że dziewczyna zupełnie sobie nie radziła - była tak skupiona na swoich nogach, że z początku trudno było ją ruszyć z miejsca. Chyba do tej pory nie miała okazji, by nauczyć się tańczyć… A Pestelli, wiedząc jak wielką przyjemność to potrafi sprawić, postanowił za wszelką cenę jej to udowodnić. Widział, że jego propozycja spotkała się z nową falą przerażenia, ale pozostawał nieugięty - nie wycofywał się z raz złożonych propozycji. I w końcu Nevaeh mu uległa, a wtedy on dołożył wszelkich starań, by dobrze się bawiła. Szło mu… nieźle. Przyszło mu pracować z oporną gliną, ale jak na pierwszy raz było w porządku. Mimo jego starań nieustannie wpadali na inne pary, a Nev czasami nie robiła wcale tego, co on próbował na niej wymóc, ale powoli szło do przodu. Może jeszcze dwa-trzy takie bale i uda mu się zrobić z bardki prawdziwą królową parkietu? ”Nie, to chyba będzie znacznie dłuższa praca…”, pomyślał, widząc, jak dziewczyna co chwilę się potyka.
        Jej upadek uznał za osobistą porażkę - nie zapanował nad nią tak dobrze, jak tego po sobie oczekiwał. Gdy spostrzegł, do czego zmierza ta jej przedziwna figura, było już za późno - wyskoczył do przodu, by ją złapać, lecz jego ręce zamknęły się na powietrzu, zamiast objąć jej ramiona. Spojrzał na nią z przepraszającym wyrazem twarzy, a wesoły komentarz skwitował nikłym uśmiechem.
        - Wolałbym, byś sama również nie robiła sobie krzywdy - odpowiedział, gdy pomagał jej wstać. To nie był wyrzut, a wyraz troski, dało się to poznać po tonie jego głosu. Od tej pory można było również zauważyć zmianę w sposobie, w jaki ją prowadził - znacznie bardziej starał się mieć ją przy sobie. Nie przez to, że uważał ją za fajtłapę, którą trzeba nieustannie pilnować, ale głównie przez to, że przyjął sobie nową strategię - najpierw nauczy ją tańca blisko partnera, by później dać trochę więcej wolności. Uznał, że to dobry plan.
        W ostatecznym rozrachunku Rianell musiał przyznać, że ich taniec wypadł całkiem nieźle - nie spowodowali żadnego skandalu ani katastrofy, a na koniec chyba oboje mogli stwierdzić, że dobrze się bawili. Zarządca odczuwał satysfakcję: poprowadził Nevaeh do samego końca, nie poddał się, a ona była tak radosna i uśmiechnięta… Było warto, zdecydowanie było warto. Nie sztuką było wszak odbębnić taniec z dziewczyną, która traktowała go jako zwykłą grzeczność. A w uśmiechu Nevaeh było coś szczególnego, coś, przez co Rianell tym bardziej się o niego starał… I przez to na koniec poniosło go z manifestacją manier. Nie spodziewał się oczywiście, że zostanie tak dobitnie wyśmiany… Ale nie miał o to do Nevaeh szczególnych pretensji. Faktycznie, jego zachowanie można było potraktować w kategoriach wygłupu, więc nie było o co się wściekać, tylko trzeba było zrobić dobrą minę i iść dalej. Dlatego też podniósł na nią rozbawiony wzrok, choć dalej sam ledwo się uśmiechał. Co zaś kotłowało się w jego wnętrzu, to wiedział tylko on.

        Wieczorne wydanie Nevaeh podobało się Rianellowi. Generalnie był już w stanie stwierdzić, że bardka podobała mu się jako całokształt, ale w tym momencie wyglądała szczególnie - tak półformalnie, nadal ładnie, ale znacznie mniej zobowiązująco. Podobały mu się jej włosy, teraz rozpuszczone, opadające w całym swym majestacie, na ramiona, plecy i piersi. Trochę się zapatrzył na ten widok i przez to z małym opóźnieniem powiedział z czym przyszedł. Co więcej nie wysłowił się tak ładnie jak by mógł, ale to akurat nie była wielka strata - nie miał natury poety i zawsze mówił prosto i konkretnie, umknęły mu więc co najwyżej dwa, trzy słowa, ale sens wypowiedzi pozostał niezmieniony. Występ Nevaeh zrobił na nim wrażenie i chciał jej za to podziękować.
        - Piosenka mi się podobała. Bardzo - dodał zupełnie szczerze, ale nie wnikał w ten temat. Nadal nie wiedział, co myśleć o słowach, które usłyszał, nie wiedział jak je interpretować. Bronił się rękami i nogami przed robieniem sobie nadziei.
        Za pomysł z bukietem mógł sobie jednak szczerze pogratulować: Nevaeh najwyraźniej się podobało. Przyjęła kwiaty i zanurzyła w nich nos w bardzo urokliwym geście. Chociaż Pestka nie miał w sobie za wiele z artysty i bardzo twardo stąpał po ziemi, w tym momencie nabrał ochoty, by narysować to co widział. Może nawet zrealizuje ten pomysł, gdy już wróci do siebie…
        - Na pewno przekażę wyrazy wdzięczności - zgodził się z jej prośbą, celowo unikając odpowiedzi na pytanie któż to był tym tajemniczym wielbicielem. Gdyby miał się tak łatwo odsłonić, to w ogóle nie robiłby tej szopki tylko od razu przyznał się, że kwiaty są od niego.
        Za to następny komentarz…! Oj wyobraźnia Rianella weszła w tym momencie na wyższe obroty. Gdyby słowa te zostały wypowiedziane w innych okolicznościach, na przykład gdy odprowadzał dziewczynę z potańcówki, chyba… No chyba spróbowałby jej skraść pocałunek. Ale nie wypadało, zresztą, nie chciałby jej zrazić takim zachowaniem. A czy tak w ogóle chciałby ją pocałować…
        - Śpiewaczka również musi odpocząć, by móc mi urozmaicać życie - zripostował jej słowa, nim odbił się od ściany i rzucając przez ramię “Dobranoc, Nevaeh”, odszedł do siebie. Mimo późnej pory i bardzo intensywnego dnia, w tym momencie był pobudzony, jakby dopiero wstał. Szedł jednak powłócząc nogami, wyraźnie zamyślony. Miał szczęście, że nikogo po drodze nie spotkał, bo nie miał ochoty na rozmowę. W głowie cały czas słyszał głos Nevaeh, a na wewnętrznej stronie powiek widział jej roześmiane oblicze.

        Jednym z profitów bycia zarządcą posiadłości było posiadanie prywatnego pokoju, którego nie trzeba było dzielić z żadnymi lokatorami. Nie był to jednak nie wiadomo jaki luksus - miejsca było akurat tyle, by zmieścić podstawowe sprzęty, a sam Rianell nigdy nie dbał o to, by nadać wnętrzu charakteru. Nie miał żadnych pamiątek, a jego zmysł estetyczny nie buntował się przeciwko pustym ścianom i komodom. Wręcz może był tym ukontentowany, bo porządek też był na swój sposób bardzo satysfakcjonującym widokiem.
        Po przekroczeniu progu swojej sypialni Rianell z westchnieniem ulgi zdjął z siebie smoking i muszkę, odwieszając je od razu na miejsce by się nie pogniotły. Zaraz potem pozbył się koszuli i kontynuował, aż nie pozostał w samej bieliźnie - nareszcie wolny, a nie wbity w ten sztywny uniform. Czując się już znacznie swobodniej, zarządca usiadł przy stoliku i sięgnął po przybory do pisania, które przez większość czasu używał raczej do sporządzania list zadań, zakupów czy wydatków, teraz zaś chciał z nich skorzystać w celach rekreacyjnych. Złapał więc za rysik, przyłożył go do kartki i… nic. Nie zaczął rysować. Siedział z brodą wspartą na dłoni, gapiąc się w ścianę i myśląc. Z początku skarcił się, że mu odbiło, że nie powinien tak szaleć na punkcie Nevaeh, bo to nie wróży nic dobrego… Ale nie potrafił tak. Ona sama wpychała się do jego myśli z tym swoim uśmiechem, rumieńcem, ze swoją piosenką…
        Pestelli pokręcił głową, odchylając się na krześle. Wiedział, że to nie ma sensu, odłożył więc rysik i położył się spać. I wbrew własnym przypuszczeniom zasnął od razu, nie niepokojony myślami o nowej bardce, która tego wieczoru śpiewała… dla niego…?

        Jego sen był krótki i głęboki - nie miał luksusu, by odespać wczorajszy wieczór, musiał wstać jak zawsze z rana, by wszystkiego dopilnować, bo akurat teraz nie miał żadnego zastępstwa. Wstał więc, przeciągając się jak pręgowany na niebiesko kocur i po typowej porannej toalecie ruszył do pracy.

        - Rianell, dzień dobry!
        - A dobry, dobry - odpowiedział zarządca, salutując ogrodnikowi, który zaczynał pracę nawet wcześniej od niego, by jak najwięcej zrobić przed południowym słońcem. Był to starszy mężczyzna, pomarszczony i ogorzały jak to osoba pracująca większość czasu na słońcu. Stał właśnie nad rabatką z kwiatami, w jednej ręce dzierżąc sekator, a w drugiej pęk gałązek i liści. Pokręcił smutno głową.
        - Po tych dzieciakach naprawdę spodziewałbym się większej kultury - poskarżył się zarządcy, pokazując to co trzymał w ręce.
        - Co masz na myśli? - dopytywał Pestelli, jeszcze nie domyślając się przyczyny niezadowolenia ogrodnika.
        - Poobrywane kwiatki, ot co - prychnął w odpowiedzi Wili. - Mają wszystko, a jeszcze kradną kwiaty z cudzego ogrodu…
        - Ekhm! - odchrząknął momentalnie Rianell, po czym rozejrzał się ostrożnie w jedną i w drugą stronę nim zdecydował się mówić dalej. - W zasadzie to moja sprawka. Wybacz, Wili.
        - Dobrze… - mruknął z ociąganiem ogrodnik, uważnie przypatrując się zarządcy. - Czy chcę wiedzieć co cię do tego pchnęło? Wydawało mi się, że masz szacunek do przyrody po ojcu.
        - Chciałem okazać wdzięczność pewnej dziewczynie i nie miałem lepszego pomysłu - odpowiedział zgodnie z prawdą Rianell. Wilemu mógł powiedzieć wszystko, to była osoba, której ufał, że nie rozgada wszystkiego co usłyszy, a poza tym był bardzo mądrym życiowo mężczyzną i może akurat da jakąś radę mieszańcowi w rozterce.
        - Yhm - mruknął ze zrozumieniem staruszek. - Któż by przypuszczał. Zakochałeś się? - zapytał, ale bez tego wścibskiego tonu, jakim podpytywałyby Rianella pokojówki, raczej z czułością wujka albo nawet ojca.
        - Nie. Raczej nie - poprawił się. - Znam ją ledwie jeden dzień. To ta nowa bardka, wczoraj miała występ przed państwem i… zdawało mi się, że jedna piosenka była z myślą o mnie. Chciałem jej tylko za to podziękować.
        - Kwiatami? - drążył ogrodnik.
        - Nie wymyśliłem nic lepszego - odpowiedział Rianell, powoli już odchodząc od ogrodnika do swoich spraw. Jeszcze po przejściu paru kroków podniósł rękę w geście pożegnania i już go nie było. A Wili patrzył za nim przez moment zastanawiając się czy to było to, co mu się wydawało, czy jednak mimo swojego wieku nadal zbyt optymistycznie patrzył na świat.

        Z samego rana Rianell zjadł śniadanie z tymi nielicznymi służącymi, którzy zaczynali pracę równie wcześnie co on. Wszyscy rozmawiali o wydarzeniach poprzedniego wieczoru, wypowiadając się w jednoznacznie pozytywny sposób zarówno o występie Nevaeh, jak i niespodziance zgotowanej przez panienkę Aureolę. Ci zaś, których z jakiegoś powodu nie było wieczorem w posiadłości albo nie mogli uczestniczyć w przygotowaniach spotkania, żałowali i zarzekali się, że “następnym razem…”. Rianell wtórował w tych miłych słowach, choć jak zawsze zachowując pewną powściągliwość. Cieszył się jednak w duchu, że dziewczyny czeka przyjemny dzień. Nevaeh miała tego dnia doświadczyć licznych gratulacji i niezobowiązujących pogawędek, a Aureola - choć pewnie wstanie w kiepskim humorze po rozmowie z ojcem - co jakiś czas trafi na jakiś drobny dowód uznania i sympatii ze strony służby. Na przykład w postaci zaserwowania na śniadanie jej ulubionych konfitur i grzanek z aromatycznym serem - takie drobne podziękowania od kucharek za odrobinę rozrywki i okazanie, że “panienka to swojska dziewczyna”. Nikt - albo raczej prawie nikt - tu w jadalni nie przejmował się tym, że błogosławionej nie wypadało się tak zachowywać. Jak to się mówi, wypadać to mogą włosy, więc dobra zabawa która nikomu nie robiła krzywdy była jak najbardziej mile widziana. Rianell jednak martwił się o małą dziedziczkę. Może i podobały mu się wczorajsze tańce (jakże miałyby mu się nie podobać, skoro sparowano go z Nevaeh?), ale wiedział, że od obowiązków nie można uciec. Aureola mogła mieć głowę pełną marzeń i idei, ale powinna je realizować w bardziej przemyślany sposób, by nie denerwować ojca, a w dalszej perspektywie nie mieć problemów w arystokratycznym środowisku. Wbrew pozorom Felippe chciał dla niej dobrze - chciał, by była szanowana, by ludzie kłaniali jej się z szacunkiem, by w kolejce po jej rękę ustawiali się najlepsi kawalerowie, by mogła wieść godne życie. Aureola teraz zarzekała się, że nie chce takiego życia, ale czy była tego całkowicie pewna? Czy dobrze sobie wszystko przemyślała? Może liczyła na to, że gdy się wyszaleje, wróci jakby nigdy nic na dwór rodziców i znowu będzie piękną panienką w skromnej sukience… To chyba jednak tak nie działało. Wybierając swoją drogę musiała być rozsądna i słuchać po równo serca i rozumu.
        - Zamyśliłeś się - zauważyła Mila, dosiadając się do niego ze swoim śniadaniem. - Coś wczoraj poszło nie tak?
        - Poza tym, o czym huczy cały dwór to nie - odpowiedział Rianell, chowając się za swoim kubkiem z naparem z prażonych ziaren cykorii.
        - Więc o co chodzi? - drążyła sprzątaczka.
        - O nic. Tak tylko myślałem o panience Aureoli i jej wczorajszej niespodziance.
        - A co konkretnie?
        - Że jej nie zazdroszczę - odparł krótko zarządca, dopijając zawartość kubka i zbierając naczynia, by odnieść je na zmywak. - Idę do siebie.

        Tego dnia Rianell miał wykonywać swoje obowiązki tak jak każdego innego dnia. Nie miało być już żadnych wieczorków muzycznych, żadnych spotkań, niczego, co odbiegałoby od rutynowych zajęć. Dlatego też zarządca zaczął od wizyty w małym gabinecie, który dzielił z drugim zarządcą, gdzie sprawdził swój harmonogram, a potem udał się do państwa, by upewnić się, czy nie mają żadnych specjalnych życzeń na ten dzień. Nie mieli. Pani Aurora wyraziła tylko troskę, czy ich nowa artystka będzie miała dla siebie kąt do ćwiczeń, na co Pestelli odparł, że wszystko ma pod kontrolą i przedstawił pomysł, by Nevaeh korzystała z sali muzycznej, w której ćwiczyła również panienka Aureola - było to miejsce kameralne i z dobrą akustyką, a poza tym obie muzyczki mogły w ten sposób wspierać się w ćwiczeniach. Nie omieszkał wspomnieć, że Nevaeh wygląda na osobę utalentowaną, która mogłaby bardzo pomóc panience. Te słowa spodobały się anielicy, która zaraz przystała na propozycję zarządcy i kazała mu dopilnować, by wszystko było dla nich gotowe do południa.
        - Tak jest - odparł z zadowoleniem Rianell, odchodząc do swoich zajęć. Był z siebie trochę dumny, bo zdawało mu się, że Aureola i Nevaeh zdążyły się przez ten krótki czas polubić i na pewno docenią ten czas, który przyjdzie im razem spędzić. Nie, by miał się chwalić, że była w tym jego drobna zasługa, bo przecież to zupełnie nie było w jego stylu.

        Przygotowań w sali muzycznej nie było wbrew pozorom wiele, bo nie chodziło o wstawienie dodatkowego pianina, a jedynie o wydzielenie pewnej przestrzeni, w której mogłaby się rozłożyć ze swoim instrumentem Nevaeh. Przesunięto więc kilka mebli, wstawiono dodatkowe pulpity i krzesła, a na koniec uprzątnięto kurz, który zebrał się w trakcie tych prac. Gdy wybiło południe, Rianell dokonywał ostatniej inspekcji by móc z czystym sumieniem przekazać pomieszczenie panience i bardce.
Avatar użytkownika
Rianell
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Półelf
Aura: Każdy sprawny czytelnik dostrzeże, że emanacja ta rozbudowywała się wiele lat i nadal jest w trakcie kształtowania się. Zdejmując obsydianową płachtę trzeba być gotowym na sporą dawkę cynkowego kurzu. Wywołuje kaszel i drapanie w gardle, ale gdy wzniesiony pył opadnie, odczuć można wyłącznie zachwyt. Kobaltowa konstrukcja wzmocniona jest platynowymi wkładkami oraz zawiasami. Budowla ta jest niebywale twarda i wytrzymała, choć z widocznymi pęknięciami, które zasklepione zostały miedzianą żywicą. Smakuje ona gorzko i delikatnie lepi się między palcami. Ów drobne mankamenty wskazują na bogate doświadczenie, ale także przerywają ciągłość jaką stanowi dobrze zeszlifowana gładź. Lekki powiew niesie ze sobą zapach wiórków dopiero, co rąbanego drewna oraz mokrego drzewa. Chętnie więc oddycha się tutaj pełną piersią, a różnobarwne skrawki materiałów tworzą taśmy przytrzymujące świeżo sklejona kawałki. Ich mdłe barwy gną się z niezwykłą łatwością, ale tylko wtedy, gdy nie są naprężone. Inaczej łatwo zranić się ich ostrą krawędzią czy też nabawić drzazgi w palcu. Ich poruszenie nie wywołuje żadnego dźwięku, jedynie drżą, by po chwili zastygnąć w miejscu.
Wygląd: Półelf już na pierwszy rzut oka, doskonała mieszanka cech obu tych ras, troszeczkę tylko przybrudzona - to najkrótszy i najcelniejszy opis aparycji Rianella. Na dodatek od razu widać, że to mężczyzna, któremu niestraszna jest praca fizyczna. Sylwetkę ma krzepką, ale nie przypomina wojownika ani siłacza - jego mięśnie ukształtowała praca, a nie walka i ćwiczenia, przez co na ... (Więcej)
Uwagi: Dla przyjaciół Pestka.

Postprzez Nevaeh » So sie 11, 2018 8:42 am

        Tego wieczoru, na bankiecie u państwa Mandeville, doszło do cudu na miarę wydarzenia historycznego: Nevaeh Lahza’ya tańczyła. Co więcej, tańczyła, nie wzniecając przy tym żadnej pożogi. “Aytyn byłaby ze mnie dumna” - stwierdziła podczas stawiania kolejnych kroków. Myślała z nostalgią o przyjaciółce, będącej zarazem jej mentorką. Swego czasu Aytyn usiłowała pokazać śpiewaczce to i owo oraz nauczyć ją kilku ruchów, choćby tych najbardziej podstawowych, jednak po pamiętnej katastrofie w karczmie z żalem zaniechała prób. Z żalem, bo nie mogła zaprzeczyć, że Nev miała bardzo dobre poczucie rytmu - jak przystało na prawdziwego muzyka - i na co dzień umiała poruszać się z gracją. Co więc powodowało, że w momencie, gdy wchodziła na parkiet, chaos zupełnie przyćmiewał jej zdolności i rujnował potencjał - tego nikt nie potrafił zrozumieć, a dalsze eksperymenty w celu znalezienia odpowiedzi na to pytanie niosły zbyt duże ryzyko. Dlatego dawno temu bardka podjęła decyzję o tanecznej abstynencji i uparcie trwała w tym postanowieniu, mimo niezliczonych próśb, które kierowali ku niej mężczyźni, a bywało, że i kobiety z widowni.
        Ale Rianellowi nie potrafiła odmówić, nawet gdyby naprawdę tego chciała. Zwłaszcza że po krótkim namyśle doszła do wniosku, iż właśnie teraz pragnęła się przemóc i złamać własne zasady, pomimo świadomości możliwych konsekwencji. Na szczęście nie okazały się one tak straszne, jak wokalistka przypuszczała - bo trącanie innych par, w sali wypełnionej po brzegi, niekoniecznie musiało być spowodowane brakiem umiejętności, a co do upadku… cóż, był tylko kwestią czasu. I choć posadzka była wystarczająco twarda, żeby Nevaeh solidnie odczuła uderzenie, nie zamierzała bynajmniej się nad tym rozczulać. Kiedy Pestelli wyciągnął w jej stronę dłoń, początkowo otworzyła usta z zamiarem protestu - bo w końcu nie mogła pozwolić, by zarządca uważał ją za jakąś łamagę, co to to nie! - lecz zamknęła je jeszcze szybciej i przyjęła oferowaną pomoc. Swoje zachowanie tłumaczyła sobie tym, że nie chciała robić niepotrzebnych scen na środku parkietu, jednak tak naprawdę w głębi serca uważała postawę Rianella za ujmującą; gotowa była nawet schować do kieszeni urażoną dumę hardej dziewoi i pozwolić mężczyźnie być… mężczyzną - by ona sama z kolei mogła ten jeden raz poczuć się jak prawdziwa kobieta, a nie chłopiec na posyłki. Albo lalka jednorazowego użytku, przeznaczona dla uciechy zepsutych bogaczy...
        - Kilka siniaków w niewidocznym miejscu to drobnostka w porównaniu z tym, do czego jestem zdolna - uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem, kiedy już stanęła na nogi. - To jak zwykła drzazga w obliczu wielgachnego drzewa, lecącego na ciebie… Choć takie drzewo przynajmniej widać z daleka i łatwiej uskoczyć w bok, a małe drzazgi to złośliwe dziadostwo... Jeśli próbował pan kiedykolwiek zjeżdżać gołym zadkiem po deskach, które zapomniał oszlifować, to zapewne pan wie, że po tego typu zabawach taki zadek nie nadaje się do niczego co najmniej przez tydzień. Lecz pan jest raczej zbyt rozsądny na takie głupie wybryki, prawda? … Oj, proszę mi wybaczyć, kolejny raz się rozgadałam - podrapała się po głowie, a następnie otrzepała suknię z nieistniejącego kurzu; parkiet był zbyt dobrze wypucowany, żeby znalazła się tam choćby drobinka brudu, jednak bardka potrzebowała jakiegoś zajęcia dla rąk, zanim do chaotycznego szczebiotu dołączy jeszcze bardziej chaotyczna gestykulacja. Albo, co gorsza, znowu najdzie ją jakiś impuls na macanie cudzych koszul… i oby tylko na koszulach się skończyło. (Dłonie także są przyjemne w dotyku...).  - Zazwyczaj staram się powstrzymywać, bo wiem, że ludzie niezbyt lubią jak się ich zarzuca potokiem słów, ale przy panu jakoś nie umiem nad sobą zapanować… no i nie jest pan człowiekiem. To znaczy, nie w stu procentach. To pewnie dlatego… - urwała, nagle zdawszy sobie sprawę, że zaczyna dosyć daleko odbiegać od tematu. Odchrząknęła przepraszająco. - Może lepiej wróćmy do tańca, zanim powiem coś jeszcze durniejszego, czego zapewne będę potem żałować.

        Słodka woń kwiatów delikatnie pieściła nos Nevaeh. Zresztą nie tylko narząd powonienia, lecz i inne zmysły czuły się wypieszczone. Miękkie płatki, ocierające się o twarz bardki, były aksamitne w dotyku. Widok Rianella, z którym miała przyjemność rozmawiać, cieszył oczy artystki, a jego głos, kiedy do niej mówił, wywoływał gęsią skórkę i - co śpiewaczka stwierdziła już jakiś czas temu - przyjemnie dźwięczał w jej uszach. Jedynym zmysłem, który pozostawał niezaspokojony, był smak - ale przecież Nev nie zamierzała zjadać swojego bukietu jak jakaś wygłodzona weganka, zaś rozważanie nad tym, czego jej usta mogłyby w tej chwili skosztować w zamian, prowadziło myśli kobiety w niedozwolone rejony, w które zdecydowanie nie należało się zapuszczać ot, tak… Czy to ta świeca nagle zaczęła wydzielać tyle ciepła, czy w tym korytarzu od początku było tak gorąco…?
        Śpiewaczka w napięciu wyczekiwała odpowiedzi Pestellego. Pod jej prostym pytaniem kryło się drugie, znacznie głębsze i znacznie dla niej ważniejsze. Jednak po usłyszeniu tego, co mężczyzna miał w tym temacie do powiedzania, Nevaeh zalała fala rozczarowania tak wielkiego, że wywołało ono niemal fizyczny ból. Przez ułamek sekundy bardka czuła podejrzaną wilgoć, zbierającą się w kącikach oczu, dlatego mimowolnie zrobiła krok do tyłu, oddalając się od zdradzieckiego światła pochodni, w którym każda nieproszona kropla byłaby aż nadto widoczna. Gwałtowny zawód wprawił kobietę w konsternację. Na co właściwie liczyła? Chyba sama do końca nie wiedziała, a ostatecznie nie była pewna od kogo pochodzi bukiet. Miała wprawdzie swoje przypuszczenia - i wydawało jej się, że miała także podstawy by owe przypuszczenia wysnuwać - lecz może zwyczajnie była to wina nadinterpretacji sygnałów... Szkoda. Naprawdę szkoda. Nevaeh miała wielką ochotę we właściwy sobie sposób nagrodzić życzliwego kawalera jakimś impulsywnym, serdecznym gestem, ale w obecnej sytuacji wzruszyła tylko ramionami z rezygnacją.
        - Ach tak? W takim razie proszę tego nieśmiałego amanta ucałować ode mnie w policzek, skoro nie dano mi szansy zrobić tego osobiście. - Gdyby nie kwiaty, które trzymała, Nev skrzyżowałaby teraz ręce na piersi. Musiała jednak darować sobie bardziej dobitne gesty; poprzestała jedynie na posłaniu Rianellowi wyrazistego spojrzenia, w którym kryło się wyzwanie. - I przy okazji powiedzieć mu też, że jestem zawiedziona faktem, iż zabrakło mu tupetu, by się ujawnić. W niektórych rejonach wręczanie kobiecie anonimowych podarków uchodzi za zniewagę wobec jej uczuć. Do tej pory uważałam to za czysty idiotyzm, ale chyba muszę ponownie przemyśleć moje stanowisko w tej sprawie - uniosła lekko brew, ale jej uśmiech nadal pozostawał przyjazny i odrobinę zadziorny. I tylko światełko w jej oczach, które nieco przygasło, zdradzało jej prawdziwe odczucia.
        Na ripostę zarządcy, Nev zaśmiała się. Ten biedny mężczyzna nie miał bladego pojęcia, o czym mówił. Nie zamierzała jednak dzisiaj go uświadamiać w tym temacie; niech jeszcze przez chwilę żyje w przekonaniu, że potykanie się o każdą przeszkodę na drodze, dziwne odruchy i nieustannie pracująca na najwyższych obrotach żuchwa, to szczyt możliwości artystki.

         Gdy obudziły ją odgłosy porannej krzątaniny, Nevaeh miała wrażenie, że zasnęła raptem kilka minut temu. Nie wiedziała, jak dużo czasu spędziła zeszłej nocy na dachu, kiedy położyła się spać ani która była godzina. Miała jedynie nadzieję, że nie jest rażąco spóźniona i nie napyta sobie biedy zaraz po przebudzeniu. Złapała za brzeg koca, zsuwając go z twarzy; musiała zmrużyć oczy, bo promienie słoneczne, wpadające przez okno prosto na jej poduszkę, chwilowo ją oślepiły. Wydawszy z siebie cichy jęk, przez kilka sekund leżała nieruchomo i wpatrywała się w sufit. Opuściła ręce wzdłuż ciała, sunąc dłońmi po prześcieradle, zupełnie jakby robiła śnieżnego anioła w łóżkowym wydaniu i zmięła w dłoniach materiał. Był miękki, ciepły od jej ciała i ładnie pachniał, z kolei łóżko… bardka nie pamiętała, kiedy ostatnio miała okazję leżeć na tak wygodnym posłaniu. Prawdopodobnie jeszcze w domu jej ojca… Dwór rodziny Mandeville nieco jej ten dom przypominał; tu było serdecznie. Tu było ciepło. I tak spokojnie…
        … Ledwie śpiewaczka zdążyła pomyśleć o spokoju, jej łóżko zaskrzypiało rozpaczliwie, gdy ktoś z impetem na nim wylądował. Ów ktoś kontynuował wspinaczkę ku wezgłowiu, nie zważając na miażdżone po drodze kości i inne organy wewnętrzne, i po chwili Nev mogła zobaczyć pochylającą się nad nią piegowatą twarz. Prychnęła, gdy czarne loki przyjaciółki połaskotały ją w nos.
        - Iorwen - zachichotała, rozbawiona nietypową pobudką i żartobliwie poczochrała jej włosy. - Twój łokieć zaraz wywierci dziurę w mojej wątrobie…
        Malarka odpowiedziała szerokim uśmiechem i zsunęła się z towarzyszki. Usiadła wygodnie tuż obok, opierając się o ścianę.
        - Zaskakująco spokojna reakcja - stwierdziła. - Kiedy pierwszy raz wykręciłam taki numer Amser, biedaczka przeraziła się, że chcę ją pocałować.
        - A chciałaś? - Nevaeh zawadiacko uniosła brew.
        - No coś ty! Nie zrobiłabym tego, nawet gdyby mieli mi za to zapłacić… No chyba, że w grę wchodziłaby co najmniej czterocyfrowa sumka. Kilka miedziaków to za mało, żebym była skłonna ryzykować zarażenie się cynizmem lub tą okropną megalomanią.
        - Czym?
        Lutnistka rozejrzała się po pokoju, ale w pomieszczeniu nie było śladu Amser. Nie chciała obmawiać tancerki za jej plecami, lecz skoro miały razem mieszkać i pracować, musiała czegokolwiek się o niej dowiedzieć, a przeczucie podpowiadało jej, że sama dziewczyna raczej nie zechce podzielić się swoją życiową historią. Należało więc subtelnie wypytać o to Iorwen, która na pewno wiedziała sporo - a skłonna była powiedzieć jeszcze więcej.
        - Nasza Amser to nie byle kto - oznajmiła malarka, krzywiąc się nieładnie. - Trafiła tutaj z wytwornych salonów i nie potrafi się przystosować do warunków, w jakich przyszło nam egzystować. Nadal wydaje jej się, że jest wielką panią. Ta kobieta ma tyle much w nosie, że czasem poważnie się zastanawiam czy nie założyła jakiejś hodowli… Większość arystokratów to nieuleczalne pyszałki.
        Nevaeh nie zareagowała. Nagle odniosła wrażenie, że zaczyna lepiej rozumieć Amser. Wiedziała jak to jest, mieć co tylko się zapragnie, na każde skinienie - a potem tracić to wszystko, jedno po drugim. Bogactwa, perspektywy, dom, rodzinę, ambicje, godność, nadzieję… Ludzie, którym odebrano to co dla nich najcenniejsze, godzili się z losem na różne sposoby. Jedni znosili to lepiej, inni kompletnie się załamywali, ale z czasem każdy ruszał naprzód; jednak byli i tacy, którzy - podobnie jak Amser - nie mogli zaakceptować istniejącego stanu rzeczy i wciąż trwali w fazie zaprzeczenia, usilnie starając się żyć przeszłością w teraźniejszości. Takim osobom Nevaeh szczerze współczuła, bo sama już dawno zrozumiała, że nie da się odzyskać tego, co raz stracone, ale trzeba walczyć o to, by w zamian zyskać coś nowego. Coś, co może okazać się o wiele cenniejsze…
        - Ja też pochodzę z wysokiego rodu - odezwała się śpiewaczka spokojnie, patrząc Iorwen w oczy. Chciała w ten sposób przekazać dziewczynie, że jej ufa i oczekuje tego samego w zamian. - Ale nie jestem szlachcianką. Prawa do tytułu straciłam, gdy miałam niewiele ponad dziesięć lat i bardziej utożsamiam się z tym, co elita nazywa “pospólstwem” - nakreśliła w powietrzu ironiczny znak cudzysłowu.
        Malarka parsknęła odruchowo.
        - Masz w sobie coś dworskiego. Ale na całe szczęście jesteś w porządku - rzekła, jakby chciała dyskretnie zasugerować, że jej zdaniem arystokraci wcale w porządku nie są. - Wesoła, przyjazna, trochę zakręcona… podobna do mnie. Z tą różnicą, że ja urodziłam się w niewoli… Ale! - poderwała się z łóżka tak raptownie, że biedny mebel zaprotestował głośnym zgrzytnięciem. - Nie o tym chciałam rozmawiać!
        Nev uśmiechnęła się.
        - A o czym to chciałaś rozmawiać z samego rana w moim łóżku?
        - Ładne kwiatki.
        - ... Och.
        - Pestka?
        - Tak. Nie. Nie wiem… - w jej głosie słychać było napięcie i zakłopotanie. Bardka zaczęła bawić się dłońmi, strzelając kostkami w stawach. Wiedziała, że dla niektórych ten dźwięk jest drażniący, ale dziwnym trafem pomagał jej się odstresować. - To znaczy: tak, Rianell je przyniósł i nie, nie powiedział, że są od niego. “Tajemniczy wielbiciel”, oto, co usłyszałam.
        - A co sądzisz?
        Wokalistka wzruszyła ramionami.
        - Nie mam pojęcia, co powinnam o tym sądzić. A ty?
        Iorwen przewróciła oczami i odeszła w stronę niewielkiej szafy, by wyciągnąć z niej strój na dzień dzisiejszy. Nie zawracała sobie głowy faktem, iż nie była w pokoju sama i bez najmniejszego skrępowania zmieniła odzienie na oczach bardki. Nevaeh postanowiła zrobić to samo. Założyła na siebie suknię z wczorajszego wieczoru i słuchała odpowiedzi malarki, jednocześnie próbując doprowadzić do ładu swoją fryzurę. Ostatecznie jednak skapitulowała, pozwalając niesfornym włosom pozostać w artystycznym nieładzie.
        - Ci głupi mężczyźni uwielbiają zabawę w “domyśl się”, a sami nie potrafią wychwycić oczywistych aluzji, dopóki nie staną się one otwartym flirtem albo dopóki nie przywiążesz ich do małżeńskiego łoża... - utyskiwała Iorwen podczas prób zawiązania tasiemki od koszuli. - Widziałam kobiety, które miały większe jaja… Mówię poważnie, jak pracujesz w zamtuzie, masz okazję załapać się na ciekawe widoki. Przychodzi taka panienka, oferuje swoje usługi, płacisz, a pod kiecką: niespodzianka! … Co się tak śmiejesz? Babochłopa nigdy nie widziałaś?
        Ostatnie dwa pytania wywołane były reakcją Nevaeh na wywody koleżanki. Artystka nie sądziła, że o życiu ladacznicy można wypowiadać się z taką… lekkością. Owszem, sama często ironizowała na ten temat, ale jej szyderstwo miało gorzkawy posmak, zaś ona sama uważała to za hańbiące. Iorwen natomiast sprawiała wrażenie, jakby opowiadała o rutynowej czynności jak pranie czy gotowanie - i robiła to tak komicznie, że Nev nie zdołała powstrzymać śmiechu. Z każdą sekundą w jej oczach rósł podziw dla czarnowłosej współlokatorki, a nić przyjaźni, którą dziewczęta zdążyły zadzierzgnąć poprzedniego dnia, powoli zaczynała się zacieśniać.
        - No tak, pewnie dla panny Lahza’ya takie sytuacje to czysta abstrakcja, hm? - rzuciła Iorwen zaczepnie, jednak w jej głosie nie było ani śladu uszczypliwości.
        - I tu się mylisz, kochana. - Łatwość, z jaką przyszło jej to przyznać, zaskoczyła bardkę. Ale w towarzystwie malarki wszystko wydawało się prostsze.
        - No proszę. Czyli też masz doświadczenie w tych sprawach. Wiesz, niektórzy lubią doświadczone kobiety. Na temat twojego absztyfikanta nie mam w tym temacie żadnych informacji, lecz specjalnie dla ciebie mogę rozpuścić wici i się tego dowiedzieć.
        - Nie, dziękuję!
        - Cóż, jeśli zmienisz zdanie, wiesz gdzie mnie szukać.
        Obie artystki powoli zmierzały w stronę wyjścia. Po drodze wymieniły jeszcze kilka zdań na temat pogody i innych zupełnie nieistotnych rzeczy. W drzwiach Iorwen zatrzymała jednak śpiewaczkę, kładąc dłoń na jej ramieniu.
        - Zatem co zamierzasz zrobić? - spytała, tym razem poważnie.
        Nevaeh zastanowiła się chwilę nad odpowiedzią.
        - Płynąć z nurtem rzeki wydarzeń.

        Zjadłszy śniadanie, wokalistka wróciła do pustego teraz pokoju i wzięła do rąk lutnię. Usiadła na łóżku, ułożyła palce na strunach, by przez następne kilka minut pograć trochę wprawek, nim zabierze się za ćwiczenie prawdziwych utworów. Wydawała się całkowicie pochłonięta muzyką, lecz kiedy wykonywała skomplikowane pasaże, płynnie skacząc po kole kwintowym, jej wzrok ciągle wędrował w stronę bukietu kwiatów, wciąż tkwiącego w wazonie na stoliku. Wieczorna scena w korytarzu na nowo rozgrywała się w jej umyśle; oczyma wyobraźni Nevaeh widziała stłumiony blask świecy, Rianella, który patrzył prosto na nią oraz samą siebie - ale inną wersję siebie. Tę, która podążyłaby za porywem serca, postawiła wszystko na jedną kartę, a potem… Potem kobieta gwałtownie przycisnęła palce do strun na gryfie, chcąc przy pomocy tego fizycznego bodźca przywołać myśli do porządku i przez krótką chwilę całkowicie skupiła się na wygrywanych dźwiękach. A następnie cała sekwencja powtarzała się od początku, w konsekwencji czego po półgodzinie opuszki palców Nev były nabrzmiałe i czerwone, w niektórych miejscach wytarte niemal do krwi.
        Bardka westchnęła i odłożyła instrument.
        - Niech cię klaster, Rianellu Pestelli - mruknęła groźnie, ale zaraz kąciki jej ust mimowolnie się uniosły, wyginając wargi w uśmiechu. - Zrobiłeś mi w głowie niemały bałagan… Teraz albo w nim żyj, albo bądź łaskaw go posprzątać.
        Nie mogła dłużej usiedzieć w miejscu, więc zaciągnąwszy się raz jeszcze zapachem kwiatów, opuściła sypialnię i ruszyła przed siebie korytarzem, licząc na to, że spotka kogoś znajomego i nie zabłądzi tak jak ostatnio. Nie miała konkretnego celu, gdyż nikt nie powiedział jej, gdzie jej oczekiwano i co ma robić. Może powinna była zostać w pokoju i czekać na dalsze instrukcje? A może lepszym pomysłem byłoby odnalezienie zarządcy i wypytanie go o szczegóły? Chociaż z drugiej strony Nev nie chciała nikomu przeszkadzać, dlatego po chwili namysłu kontynuowała bezcelowy spacer po posiadłości. Przemierzała kolejne korytarze, nucąc pod nosem pierwszą melodię, która wpadła jej do głowy. Przez cały czas jednak rozglądała się czujnie, z kilku przyczyn. Raz, że nie chciała na coś wpaść lub omyłkowo wejść tam, gdzie jej nie proszono. Dwa, żywiła nadzieję, że uda jej się wypatrzeć znajomą twarz i nawiązać jakąś rozmowę. I trzy… Mając w umyśle wypalone jedno, zapisane krzywym pismem słowo, musiała pamiętać o konieczności szukania alternatyw. Co to znaczyło i czego szukała - sama jeszcze nie wiedziała. Ale rozejrzeć się nie zaszkodzi.
        W jednym z przejść natknęła się w końcu na młodą panienkę Mandeville. Posłała dziewczynce wytworny ukłon i uśmiech, którego wytwornym już się nie dało nazwać - co w połączeniu tworzyło nieco groteskowy układ. Nevaeh zerknęła w głąb korytarza, aby upewnić się czy w pobliżu znajdują się rodzice Aureoli, ale nie dostrzegła żadnego z nich. Zrezygnowała zatem z do bólu oficjalnego tonu, z jakim powinna się zwracać do swoich właścicieli.
        - Dzień dobry - zagadnęła pogodnie niebiankę. - Zdążyłaś dobrze wypocząć po wczorajszym wspaniałym balu?
        Obserwowała przez okno ogród, w którym kilku służących nieśpiesznie przycinało żywopłot. Aura na zewnątrz sprzyjała zarówno pracy, jak i południowym przechadzkom. Nev chętnie kontynuowałaby rozmowę na świeżym powietrzu, do którego zdążyła przywyknąć podczas swoich licznych podróży, ale nie było to pragnienie na tyle silne, żeby zawracać tym głowę panience. Istniała inna rzecz, o której chciała z nią porozmawiać, lecz bała się tej myśli, widząc jak niewiele potrzeba, by pobudzić niespokojnego ducha żądnego przygód.
        - Nie jestem pewna czy powinnam ci to mówić… - rzekła, patrząc na Aureolę z wahaniem. - Jeśli twój ojciec się o tym dowie, będę miała problemy, ale jeśli zachowam to dla siebie, będą mnie z kolei dręczyć wyrzuty sumienia… - podrapała się po głowie. Podjęła jednak postanowienie i posłała dziewczynce najcieplejszy ze swoich uśmiechów. - To, co wczoraj zaprezentowałaś, było wspaniałe. Nie chodzi o pierwszy utwór, choć temu też nie mam nic do zarzucenia, absolutnie, ale… kiedy dzięki muzyce przekazałaś to, co kryje twoje wnętrze - wtedy ludzie usłyszeli prawdziwą Aure. Ja usłyszałam. I chcę ponownie móc usłyszeć. Ale obiecaj mi jedną rzecz… - bardka przykucnęła naprzeciwko niebianki i ujęła jej ręce w swoje dłonie, patrząc jej w oczy. - Podążanie za sercem jest piękną ideą, ale ważne, by przy tym nie stracić rozumu. Mogłoby się wydawać, że te dwie rzeczy nie idą ze sobą w parze, ale przecież po to mamy je obie, aby korzystać i z jednej, i z drugiej. Nie zapominaj o tym, dobrze?

        Pożegnawszy panienkę, Nevaeh jeszcze przez chwilę włóczyła się po dworze, aż ostatecznie doszła do wniosku, że nie miało to najmniejszego sensu. Czuła się źle, będąc zupełnie bezproduktywną, w dodatku jej mózg, nie mając żadnego zajęcia, zaczynał podsuwać jej coraz to głupsze pomysły. Śpiewaczka potrzebowała zajęcia. Desperacko. Potrzebowała kogoś, kto mógłby jej takowe zajęcie znaleźć. Wykonała chwiejny piruet na pięcie i podążyła w stronę pomieszczenia, gdzie powinna znaleźć jednego z zarządców. Ładnych parę minut zajęło jej ustalenie miejsca, w którym owo pomieszczenie się znajdowało, ale w końcu zapukała do drzwi.
        Odpowiedziała jej cisza.
        Bardka zapukała ponownie jeszcze dwa razy, zanim nabrała przekonania, że w środku nikogo nie było. Nie chciała wchodzić bez pozwolenia - mogłoby to zostać uznane za bezczelne wtargnięcie - więc postanowiła zaczekać na korytarzu. Oparła się plecami o ścianę i osunąwszy się na podłogę, wygładziła dłońmi materiał sukni. Wodziła wzrokiem po ścianie, aż zaczęła wpatrywać się w wybraną cegłę, która z jakichś niewyjaśnionych przyczyn wydawała się bardziej interesująca od pozostałych. Nie minęło kilka sekund, jak Nev znów zaczęła nucić pod nosem karczemną przyśpiewkę. A potem następną. I tak siedziała bezczynnie pod drzwiami, odmierzając upływający czas kolejnymi piosenkami; jej głos niósł się echem przez pusty korytarz, aż w końcu znużenie po bezsennej nocy dało o sobie znać. Ciężkie powieki bardki powoli same się zamknęły, głowa opadła, a oddech znacznie zwolnił; piosenka się urwała. Nevaeh zapadła w niespokojny sen, w którym najgłębsze pragnienia i najgorsze koszmary zlały się w jedną całość.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Gaia, Ayeesha, Mikao, Cerim,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków, jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że może przybierać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpieczne, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu, jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Postprzez Aureola » Cz wrz 20, 2018 9:44 pm

        Poranek dla wszystkich mieszkańców posiadłości był zapewne cudownym orzeźwieniem po wczorajszych występach (o ile wszyscy wstali tak wcześnie jak panienka Aureola, co prędzej idzie poddać w wątpliwości…), choć niektórzy witali go z bólem głowy po głośnych potańcówkach z poprzedniego dnia. Niebianka z uśmiechem wyszła ze swojej komnaty. Po wspaniałym i pełnym wrażeń wieczorze zaczęła się rutyna młodej błogosławionej. Jak zwykle, Aureola zje śniadanie w gronie rodzinnym, będzie się śmiać z żartów i opowieści ojca, pójdzie się uczyć do pokoju Mony i ucieknie, aby na chwilę zobaczyć się ze znajomymi. Dziewczyna na myśl o spotkaniu swoich przyjaciół, o dziwo, posmutniała. Razem z tym pojawiło się uczucie, którego niebianka próbowała się pozbyć przez całą noc.
Zazdrość.
        Aureola żyła w dostatku, miała wszystko, co tylko inni ludzie mogli zapragnąć, jednakże ona nie chciała tego wszystkiego. Nie chciała drogich prezentów, nie potrzebowała olśniewających sukienek. Błogosławiona pragnęła wolności, szczęścia z małych rzeczy, które posiadają uboższe rodziny. Pani Aurora wpoiła swojej ukochanej córce wartości tego świata, stąd dziewczynka żyła w przekonaniu, że świat jest miejscem wspaniałym. Bogatsi dają pieniądze biednym, dają im pracę, ludzie pomagają sobie w potrzebie, a kiedy tylko nastaje taka potrzeba, pojawiają się rycerze i niwelują wszelkie konflikty. Stąd sprawiedliwość na świecie. Aureola nie posiadała doświadczenia, nigdy nie widziała, jak naprawdę wygląda świat; żyła przekonaniami, jakich nauczyła jej matka, anielica.
        - Panienka Aure zamierza pojawić się na lekcji? - Mona pojawiła się znienacka, strasząc młodą szlachciankę. Dziewczyna jednak uśmiechnęła się szeroko na powitanie, odpowiadając;
        - Miałam taki zamiar zaraz po śniadaniu, przysięgam! - Na utwierdzenie Mony w wierze co do swej obietnicy, Aureola przyłożyła dłoń do serca, drugą zaś wystawiając na pełen widok. Niebianka nigdy nie kłamała. Mimo to lekcje w południe oznaczają brak spotkania z przyjaciółmi ze wsi i omówienie wczorajszego występu. “Cóż, odwiedzę ich może wieczorem…”, pomyślała dziewczyna.
        - Mona poczeka - rzekła guwernantka, uśmiechając się serdecznie i kierując swe kroki z powrotem do małej jadalni dla służby. Aureola westchnęła na myśl, że musi stawić czoło pochmurnym nastrojom ojca. Powoli zmierzała do jadalni, licząc kroki. Błogosławiona starała się zająć czymś myśli, żeby nie pokazać po sobie smutku z powodu wczorajszej kłótni.

        - Występ był przepiękny, słoneczko - skomentowała Aurora, uśmiechając się do córki ciepło. Anielica świeciła przykładem dobrej matki; zawsze stojącej po stronie dziecka, uśmiechającej się, chroniącej przed całym złem… Ta kobieta nie posiadała wad. Poza jedną, która raziła Aureolę niemiłosiernie; praktycznie w ogóle jej nie było w posiadłości. Błogosławiona dostrzegła walizki w kącie sali.
        - Gdzie tym razem, kochanie? - zapytał pan Mandeville, popijając herbatę. Przez cały ten czas nie spojrzał na Aureolę.
        - Do Meot - odparła lakonicznie jego żona.
        - Na długo?
        - Tylko na kilka dni.
Aureola spędziła śniadanie w kompletnym milczeniu.

        Po posiłku z rodziną młoda błogosławiona spotkała się z Moną. Guwernantka postawiła dzisiaj na wyjątkowo trudne lekcje historii, którą oczywiście Aureola uwielbiała… unikać. Dlatego od pewnego czasu Mona nie podawała tematów, jakie będą przerabiane na lekcjach, biorąc tym małą panienkę z zaskoczenia. Z sali przeznaczonej do nauki Aureola wyszła, przewracając oczami.
        - Dzień dobry! - powiedziała, uśmiechając się do Nev. Bardka ukłoniła się, na co niebianka również odpowiedziała dygnięciem i dostojnym uśmiechem, który szybko przemienił się w szeroki wyszczerz.
        - Tak, dałam radę wyspać się na wykładzie o rządach lordów-przodków - rzekła, wzdychając. Mona jak tylko zacznie mówić nad ranem, potrafi skończyć po zachodzie słońca. - A tobie, jak się podobało? Mam nadzieję, że tańce przypadły ci do gustu. O! A ten tekst twojej piosenki był wspaniały, sama go wymyśliłaś, czy to czyjś? - potok słów dziewczyny zdawał się zlewać w jedno długie i bardzo skomplikowane zdanie, brzmiące jak utworzone przez dziecko, które dopiero co uczy się mówić.
Niespodziewanie Neveah spoważniała, co zostało zauważone przez błogosławioną. Aureola przyjęła wyprostowaną postawę i uśmiechnęła się, gotowa chłonąć więcej słów i rad od kobiety, która stawała się dla małej skrzypaczki autorytetem. Niebianka wsłuchała się w monolog Neveah, która przykucnęła przy niej i ujęła jej dłonie, skupiając przy tym bardziej uwagę młodej Aure.
        - Czy pan ojciec z tobą rozmawiał…? - W głosie niebianki pojawiły się wątpliwości, lub też raczej sam ton podsuwał prośbę “powiedz, że nie”. Aureola przestraszyła się, że kolejna osoba została jej odebrana; że ponownie nie ma oparcia w nikim, że nikt nie wesprze jej w dążeniu do spełnienia swojego najskrytszego marzenia. Dziewczyna pragnęła wolności; albowiem kto w młodzieńczym wieku nie miał głupich marzeń? Błogosławiona jednak ślepo wierzyła, że pewnego dnia spełnią się jej sny.
        - Dobrze. Będę się starać - odpowiedziała. - Obiecuję. - Aureola spoważniała odrobinę, aczkolwiek na twarzy błogosławionej pozostał delikatny uśmiech. - Ale nauczysz mnie pisać i śpiewać. Dobrze? - W tejże chwili ponownie pojawiła się dziecięca radość w oczach niebianki. I tajemniczy błysk nadziei oraz determinacji.
Avatar użytkownika
Aureola
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe, Rheyaen,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Emanacja świeci żwawym, szmaragdowym światłem, choć jej siła wciąż jest niewielka. Powłokę spiralnie otacza miedziane pasmo biegnące od góry do dołu. W miejscach, których nie zakrywa widać złocistą barwę, która lśni w słońcu, jakby był to najprawdziwszy metal szlachetny. U góry widać kobaltowy pyłek leniwe i bardzo powoli rozlewający się powierzchni. Wokół słychać wesołą melodię, która wręcz zmusza nogi do delikatnych podrygów, a czasem nawet i tańca. Wraz z muzyką przychodzi przyjemne uczucie spokoju i błogości. Potęguje to słodka woń lilli, wydzielana przez aurę i przywodzącą na myśl wiosnę. W dotyku niebywale miękka, trzeba bardzo uważać, aby nie zostawić na niej żadnej skazy. Zwłaszcza gdy wygina się na wszystkie strony świata w nieprzewidywalny i chaotyczny sposób. Lepiej też stale mieć na oku brzegi, są raczej tępe, aczkolwiek występują również te ostre i niebezpieczne. U góry natomiast widnieją drobne piórka, białe i nadzwyczajnie aksamitne. Na koniec zaskakuje pozostawieniem po sobie okropnej lepkości w ustach, która będzie dawać o sobie znać nawet przez dłuższy czas.
Wygląd: Mała niebianka to szczyt urody i słodkości, od samego patrzenia na jej pucatą twarz można dostać cukrzycy. Aureola posiada piękne, błękitne oczy, które odziedziczyła po matce, oraz ciemnozłote włosy, sięgające jej nieco poniżej łopatek, które z kolei kojarzą się wszystkim z jej ojcem. Drobniutki nosek wykrzywiony w groźnym grymasie niestety niszczy wizję słodkiej i ... (Więcej)

Postprzez Rianell » Śr paź 03, 2018 9:00 pm

        Rianell słuchał paplaniny bardki z maską uprzejmego zainteresowania na twarzy, chociaż kilka razy drgnął mu kącik ust, jakby starał się powstrzymać uśmieszek.
        - Nie zjeżdżałem nigdy gołym zadkiem po deskach, które zapomniałem oszlifować - odpowiedział, celowo cytując jej słowa. - Ale z drzazgami jestem dobrze zaznajomiony, i to nie tymi metaforycznymi… Proszę mówić, ja lubię słuchać - dodał, zerkając na Nevaeh jakby sprawdzał jej reakcję. Zaraz jednak sam parsknął, kręcąc głową, gdy bardka w dość niezgrabny sposób próbowała wybrnąć z uwagi na temat jego rasy.
        - Tak, jestem tylko pół krwi elfem - wyjaśnił łagodnym tonem, bo nie chował do niej o to urazy. - Drugie pół jest ludzkie…
        ”...A przy tym połowa jest błękitna”, dodał, ale już w myślach, bo za wiele musiałby tłumaczyć, a nie było do tego warunków na tak tłocznej sali. Nevaeh pewnie i tak prędzej czy później się o tym dowie, bo nie było żadną tajemnicą to kto był ojcem Rianella.

        Przygotowanie pokoju muzycznego, gdzie Nevaeh miałaby swój kąt, nie było jedynym zadaniem, jakie Pestelli dostał od swojej pani. Było wręcz dopiero tym drugim, mniej wymagającym i mniej ważnym, gdyż druga prośba Aurory dotyczyła konkretnie jej samej, a dla zarządcy potrzeby państwa były zawsze na pierwszym miejscu.
        - Rianell, jeszcze jedno - zagaiła anielica, gdy omówili już kwestie miejsca pracy nowej artystki. - Dzisiaj wyjeżdżam w obowiązkach, mógłbyś dla mnie wszystko przygotować?
        - Już dzisiaj? - upewnił się Pestelli uprzejmym tonem. - Oczywiście wszystko przygotuję…
        - I? - zachęciła go Aurora wyraźnie słysząc, że mieszaniec chciał coś dodać, ale zawiesił głos.
        - Życzę przyjemnej podróży - odparł Rianell, choć kto go znał domyślał się, że wcale nie to miał na myśli. Nie zatrzymał jednak swoich przemyśleń dla siebie, był na to zbyt bezpośredni. - I mam nadzieję, że następnym razem będzie mogła pani zostać z rodziną nieco dłużej - wyjaśnił, jasno wyrażając swoją troskę. Anielica uśmiechnęła się trochę smutno słysząc jego słowa.
        - Dziękuję, Rianellu - odpowiedziała mu. - Również mam taką nadzieję…
        Pewnie chciała dodać, że niestety ma obowiązki, że sama tęskni za mężem i córką, ale zachowała to dla siebie - to nie były okoliczności do użalania się. Pestelli w mig to pojął i by nie przedłużać krępującego milczenia, które zaległo między nimi, zapewnił, że rozumie, upewnił się czy to wszystko, a gdy otrzymał odpowiedź, że anielica nie ma dla niego na ten moment żadnych dodatkowych zadań, podziękował jej, skłonił się i odszedł.
        - Trzeba przygotować powóz dla lady Aurory - zwrócił się do pierwszego służącego, jakiego mijał i razem z nim udał się do wozowni, by tam wydawać dalsze dyspozycje.
        Przygotowania do podróży pani domu zajęły Rianellowi całkiem sporo czasu, choć i tak nie zajmował się wszystkim - do jego obowiązków nie należało na przykład spakowanie walizek anielicy, bo od tego miała ona swoje osobiste służące, które doskonale znały się na swojej robocie. Z nimi zarządca zamienił tylko kilka słów, by upewnić się, czy niczego nie potrzebują i poinformować je, by poprosiły chłopaków o zniesienie wszystkiego gdy będą gotowe - przecież, że dziewczyny nie będą taszczyć tych wszystkich pakunków, skoro w posiadłości pracowało tylu silnych mężczyzn. Tę część miał więc z głowy, ale niestety tylko tę - została jeszcze kwestia wozu, koni, przygotowania pewnych wygód na drogę, na przykład kocy czy małych, składanych krzesełek, by móc z nich skorzystać w trakcie postoju. Rianell nigdy nie ruszał się z posiadłości na takie długie podróże, ale lata doświadczenia dały mu pełen obraz tego co może być potrzebne w zależności od pogody, pory roku czy też osób, które udawały się w drogę.

        W końcu Rianell miał czas, by udać się do swojego biura i zająć się rejestrami, które czekały tam na niego od rana. Potrzebował tego: był fizycznie zmęczony, a na to najlepszym remedium była drzemka, na którą nie mógł sobie teraz pozwolić, albo wysiłek psychiczny. Unikał więc każdego, kto mógłby mu pokrzyżować plany zajęcia się biurokracją i dzielnie parł do przodu. Jego kroki zgubiły jednak rytm, a on musiał aż zamrugać by upewnić się, czy przypadkiem nie śni.
        - Nevaeh? - upewnił się, słowo jednak wykrztusił z siebie zbyt cicho i dziewczyna go nie usłyszała. Leżała pod ścianą niedaleko drzwi do biura zarządców i wyglądała na nieprzytomną. Pestelli natychmiast przyspieszył kroku i przyklęknął obok niej. Nim zrobił cokolwiek pochopnego zatrzymał się na moment i przyjrzał się bardce. Oddychała spokojnie, miarowo. Spała?
        - Nevaeh - wezwał ją po raz kolejny, cicho, by nie zrywała się zbyt gwałtownie w razie czego. Machinalnie wyciągnął rękę, by poprawić kosmyki włosów, które przysłaniały jej twarz. Skóra dziewczyny była chłodna, musiała więc leżeć w tym miejscu już dość długo.
        - Nevaeh - wezwał ją po raz trzeci, tym razem trochę głośniej. Udało mu się w końcu ją dobudzić, choć chyba z początku nie do końca wiedziała gdzie się znajduje. On jednak odetchnął z pewną ulgą. Zaraz wyciągnął ręce, by pomóc jej wstać.
        - Wszystko w porządku? - upewnił się. - Co to za pomysł, by spać na podłodze na korytarzu… Wiem, że dziewczyny, które tu sprzątają, świetnie wykonują swoją pracę, ale i tak łóżko byłoby chyba odpowiedniejszym wyborem. Wejdź do środka, musisz się trochę ogarnąć - zachęcił ją, jedną ręką wydobywając z kieszeni klucz i otwierając drzwi do swojego biura, a drugą wyciągając w bok, jakby chciał objąć Nevaeh w talii, ale nawet jej nie dotknął, jedynie odpowiednio ukierunkował.

        Pokój zarządców był ciasny i pełen przeróżnych rzeczy, ale przy tym utrzymany w perfekcyjnej czystości i ładzie. Widać było, że każdy dokument ma swoją szufladkę bądź teczkę, a każda teczka swoje miejsce na półce. Nigdzie nie było widać ani kawałka wolnej ściany, bo wszystko było zastawione regałami, a dwa wielkie biurka do pracy stały tak, by zasiadający mogli na siebie patrzeć, a światło padające z okna jak najlepiej oświetlało blaty. Było to dobre miejsce do pracy, panowała tu przyjemna atmosfera dzięki dużej ilości ocieplającego wnętrze drewna i zapachowi stanowiącego mieszaninę papieru, skóry i wosku do pielęgnacji mebli oraz tego ze świec.
        - Usiądź sobie tam. - Rianell wskazał Nevaeh fotel stojący tuż za drzwiami. Jego obicie w musztardowym kolorze było wyświecane w kilku miejscach, świadcząc o intensywnym używaniu mebla przez lata, ale poza tym tapicerki nie szpeciły żadne plamy ani przetarcia. Wyglądał na niezwykle wygodny i taki w istocie był. Rianell, gdy pracował intensywnie do późna, zwykł ucinać w nim sobie drzemki, stopy wspierając na zaimprowizowanym podnóżku z kosza na papiery. Ale Nevaeh miała się o tym nie dowiedzieć, przynajmniej na razie.
        - Jak się czujesz? - upewnił się, gdy bardka zajmowała miejsce w fotelu. - Potrzebujesz czegoś? Może wody? - podpowiedział. Dziewczyna mogła czuć na sobie cały czas jego baczne, troskliwe spojrzenie, podobne do tego, którym obdarzył ją w pierwszych minutach ich znajomości.
        Nevaeh nie potrzebowała jednak medyka, leków, a nawet nalewki na wzmocnienie. Potrzebowała zajęcia i to tak bardzo, że jeśli czegoś nie dostanie, to oszaleje - jej słowa. Rianell wyglądał na odrobinę zaskoczonego, gdy o tym usłyszał. Powoli podszedł do swojego biurka - tego, na którym leżało mniej rzeczy - i usiadł, nie jednak przodem do blatu, a bokiem, tak by móc patrzeć prosto na Nevaeh. Sapnął i zamyślił się.
        - Muszę się zastanowić - mruknął, obracając się jednak w stronę swoich papierów i zaczynając je wertować. - Poczekaj chwilę - zastrzegł na wypadek, gdyby Nevaeh pomyślała, że w ten sposób próbuje ją wyprosić. Bezmyślnie obracał wachlarze raportów, co jakiś czas zerkając na siedzącą nieopodal dziewczynę, jakby zastanawiał się czy zagadać czy też nie. W końcu zebrał wszystkie kartki jakimi do tej pory się bawił, złożył je w równy stos i stuknął nim o blat, by już dokładnie wszystko wyrównać i gdy odłożył perfekcyjny plik na biurko, odezwał się do Nevaeh.
        - Przepraszam jeśli zabrzmię obcesowo, ale umiesz czytać i pisać? - zapytał zupełnie poważnie, bo to wcale nie była powszechna wiedza wśród niewolników. Przeczuwał, że Nevaeh akurat to potrafi, bo sprawiała wrażenie obytej, ale i tak wolał o to zapytać niż strzelać - w tych kwestiach był bezpośredni. A twierdząca odpowiedź dziewczyny wywołała wyraz zadowolenia na jego twarzy. Dzięki temu miał dla niej zadanie, które zdawało się być odpowiednie, bo nie było męczące, brudzące ani nie wymagało żadnej dodatkowej wiedzy, a jedynie odrobiny uwagi i sporo czasu.
        - To dobrze - uznał na głos. - Pomożesz mi więc. Drugi zarządca ma teraz wolne, a ja tonę w papierach. Chodź bliżej, pokażę ci o co chodzi.
        Rianell wstał od swojego biurka i przeszedł na drugą stronę, do miejsca zajmowanego przez pierwszego lokaja. Odsunął dla Nevaeh krzesło, po czym położył przed nią stos papierów i osobny arkusz z rozpoczętą tabelą.
        - Trzeba to wszystko ułożyć rosnąco i na koniec spisać kwoty do rejestru. Proszę, do pierwszej tabeli kolumny przepisujesz tę pozycję… A później tu ilość i kwotę… I tak dalej - wyjaśnił, samemu wpisując nowy wiersz do kolumny, a następnie wręczając pióro Nevaeh. - Pytania? Gdyby chciało ci się pić, tam w kącie jest woda i wino. Jedzenia tu nie trzymamy, bo nam się mrówki za każdym razem złaziły - wyjaśnił na wypadek, gdyby bardka chciała zjeść tu posiłek.
        - Zaskakujesz mnie - oświadczył, wracając na swoje miejsce. - Większość osób korzystałaby z błogiego lenistwa, w końcu pogoda dopisuje, można poleżeć na trawie w ogrodzie, wystarczy brzdąknąć raz na jakiś czas na strunach by udawać, że szuka się natchnienia… Ale doceniam twoją postawę - dodał na koniec z wyraźnym uznaniem. Później rozsiadł się porządnie przy biurku, zakasał rękawy i zabrał się do pracy. Sprawnie rozłożył sobie wszystkie kajety w odpowiednich miejscach, zerknął przez okno na słońce by upewnić się ile z grubsza ma czasu i umoczył pióro w atramencie. Zaczął pisać jakiś długi tekst, widać było, że szło mu to powoli i daleko mu było do kaligrafa, ale był metodyczny i skupiony, przez co nie robił kleksów i nie musiał nic skreślać. Czasami tylko przystawał by przeczytać to, co udało mu się napisać, wtedy też często spoglądał na siedzącą po drugiej stronie Nevaeh. Za którymś razem zaczęło to wyglądać tak, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale się powstrzymywał. W końcu jednak się przełamał, gdy jednak się odezwał, nie patrzył na bardkę, a już na kartkę, na której stawiał kolejne litery.
        - Rianell - powiedział. - Mów mi Rianell…
        I znów nastało milczenie, jakby wręcz Pestelli nigdy nic nie powiedział. Po prostu wrócił do pracy i nawet nie czekał na reakcję Nevaeh, choć czuł, że jej się to spodoba - w końcu poprzedniego dnia sama chciała zmniejszyć dystans między nimi… Ale przecież robota czekała, a nad tą sytuacją nie było co się roztkliwiać - wszystko jasne, klarowne.
        - Gdzie nauczyłaś się pisać? - zapytał po kolejnym dłuższym milczeniu zarządca, odkładając na bok naręcza raportów i biorąc się za kolejną robotę. Gdy jednak sięgał po leżący dalej notes trącił ręką pusty świecznik, a ten nim, elf zdążył go złapać, przewrócił się na stojące w kałamarzu pióro. Drobne kropelki atramentu ułożyły się w trójkątny rozbryzg na koszuli zarządcy, który odruchowo naciągnął materiał i syknął pod nosem widząc zniszczenia. Potarł kciukiem i palcem wskazującym nasadę nosa.
        - Wybacz - mruknął. Czystą ręką rozgarnął dokumenty przed sobą by upewnić się, że one również nie zostały poplamione. Odetchnął z ulgą widząc, że obyło się bez większych strat i po raz kolejny potarł kąciki oczu. To przez piasek pod powiekami był taki niezdarny, przydałaby mu się przerwa, ale wolał dokończyć robotę teraz, przy dziennym świetle. Obiecał sobie jedynie, że spróbuje wcześniej położyć się spać.
Avatar użytkownika
Rianell
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Półelf
Aura: Każdy sprawny czytelnik dostrzeże, że emanacja ta rozbudowywała się wiele lat i nadal jest w trakcie kształtowania się. Zdejmując obsydianową płachtę trzeba być gotowym na sporą dawkę cynkowego kurzu. Wywołuje kaszel i drapanie w gardle, ale gdy wzniesiony pył opadnie, odczuć można wyłącznie zachwyt. Kobaltowa konstrukcja wzmocniona jest platynowymi wkładkami oraz zawiasami. Budowla ta jest niebywale twarda i wytrzymała, choć z widocznymi pęknięciami, które zasklepione zostały miedzianą żywicą. Smakuje ona gorzko i delikatnie lepi się między palcami. Ów drobne mankamenty wskazują na bogate doświadczenie, ale także przerywają ciągłość jaką stanowi dobrze zeszlifowana gładź. Lekki powiew niesie ze sobą zapach wiórków dopiero, co rąbanego drewna oraz mokrego drzewa. Chętnie więc oddycha się tutaj pełną piersią, a różnobarwne skrawki materiałów tworzą taśmy przytrzymujące świeżo sklejona kawałki. Ich mdłe barwy gną się z niezwykłą łatwością, ale tylko wtedy, gdy nie są naprężone. Inaczej łatwo zranić się ich ostrą krawędzią czy też nabawić drzazgi w palcu. Ich poruszenie nie wywołuje żadnego dźwięku, jedynie drżą, by po chwili zastygnąć w miejscu.
Wygląd: Półelf już na pierwszy rzut oka, doskonała mieszanka cech obu tych ras, troszeczkę tylko przybrudzona - to najkrótszy i najcelniejszy opis aparycji Rianella. Na dodatek od razu widać, że to mężczyzna, któremu niestraszna jest praca fizyczna. Sylwetkę ma krzepką, ale nie przypomina wojownika ani siłacza - jego mięśnie ukształtowała praca, a nie walka i ćwiczenia, przez co na ... (Więcej)
Uwagi: Dla przyjaciół Pestka.

Postprzez Nevaeh » So paź 06, 2018 4:40 pm

        Słysząc stwierdzenie Aureoli na temat spania na lekcji, Nevaeh ledwo zdołała powstrzymać chichot. Jej samej nigdy nie zdarzyło się znudzić nauką, lecz bez problemu potrafiła wyobrazić sobie w takiej sytuacji panienkę Mandeville i jej uroczą twarzyczkę, wyglądającą niewinnie pod urokiem snu.
        - Tańce nie były tak złe, jak się spodziewałam - mimowolnie się zarumieniła. Upomniała się w myślach, walcząc z kącikami ust, które w zdradzieckim odruchu chciały wygiąć jej wargi w górę, zaraz jednak odpuściła, z nadzieją, że niebianka poczyta to za reakcję na komplement, który padł w następnej kolejności. - To moja stara pieśń, ale… troszkę ją zmodyfikowałam.
        Rumieniec na jej policzku nabrał teraz odcienia głębokiego szkarłatu.
        Rozmowa toczyła się dalej, skierowana przez bardkę na całkiem poważne tory. Kobieta dostrzegła, że w miarę jak przemawiała, w oczach Aureoli pojawiła się niepewność i jakby… lęk? Pospieszyła więc z wyjaśnieniami.
        - Od wczoraj nie widziałam pana Mandeville i nie rozmawiałam z nim - zapewniła, unosząc rękę do głowy dziewczynki, by delikatnie pogłaskać ją po włosach. - Wszystko, co ci mówię, to moje własne słowa, dobrze? Nie wiem, co chciał ci przekazać ojciec, być może pokrywa się to z moją wypowiedzią, ale nigdy nie powtarzam czegoś, z czym się nie zgadzam, więc cokolwiek ci mówię, mówię od serca i w dobrej wierze. Będziesz o tym pamiętać?
        Niesamowitym było to, jak szybko Aure potrafiła przechodzić od jednej emocji w drugą. Ale to tylko przypominało śpiewaczce samą siebie.
        - Jak już powiedziałam, nauczę cię wszystkiego, czego będę w stanie - uśmiechnęła się. - A teraz… Spieszy się gdzieś panienka czy może ma ochotę na krótki spacer? - puściła oczko w stronę niebianki.

        Nevaeh szła korytarzem. Tym samym, w którym zgubiła się ostatnio. Chyba… Cóż, przynajmniej go przypominał, choć w blasku dnia wyglądał nieco inaczej. I zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Nieważne jak długo szła, bardka wciąż nie mogła choćby zobaczyć drzwi, które powinny znajdować się na jego końcu. Przyspieszyła, nie zwracając uwagi na to, że echem niósł się odgłos kroków nie jednej, a dwóch par stóp. Mijała kolejne okna, kolejne wazony z ozdobnymi krzewami i kandelabry ze zgaszonymi świecami. W końcu przed jej oczami ukazał się widok upragnionych drzwi, jednak gdy artystka przekroczyła próg… wylądowała na samym początku. Czuła, jak narasta w niej poczucie paniki; zaczęła biec. Jeszcze kilka razy wpadała w bramę, za każdym razem lądując w punkcie wyjścia, zanim nabrała przekonania, że trafiła do piekła i tak wygląda jej kara za grzechy.
        Nagle poczuła na ramieniu dotyk czyjejś zimnej dłoni; zalała ją nagła fala paniki. Z niepokojem odwróciła głowę, by zobaczyć, czyja ręka zatrzymała ją w miejscu i… zamarła. Nie mogła uwierzyć własnym oczom i przez dobrych kilkanaście sekund stała w miejscu z szeroko rozwartą szczęką, nie oddychając, nie myśląc, nie rozumiejąc. Patrzyła na stojącą przed nią postać, jakby zobaczyła ducha.
        I może naprawdę tak było.
        - Yesah…? - wyszeptała łamiącym się głosem, a do jej oczu napłynął strumień łez. - Yesah, siostro, to ty… to naprawdę…
        To było niemożliwe. A jednak stała tu - na swój sposób podobna do bardki, z burzą kasztanowych włosów i nieodzownym uśmiechem. Dokładnie tak, jak zapamiętała ją Nevaeh. Fala paniki zmieniła się w prawdziwe tsunami uczuć i od wybuchnięcia szlochem dzieliły śpiewaczkę ułamki sekundy, jednak wtedy Yesah wzmocniła uścisk na jej ręce i pociągnęła lutnistkę za sobą. Ta nie oponowała, choć w jej głowie kotłowały się miliony pytań, na które musiała poznać odpowiedzi. Próbowała zatrzymać siostrę, by móc z nią porozmawiać, lecz Yesah nieprzerwanie parła przed siebie, dopóki nie zatrzymała się przed małymi drzwiami. Puściła wówczas dłoń Nevaeh i wbiła w nią intensywne spojrzenie swoich bladoniebieskich, ślepych oczu, aż bardka poczuła się nieswojo.
        - O co chodzi? - spytała po długiej chwili milczenia. - Co jest za tymi drzwiami?
        - Ty - rzekła Yesah enigmatycznie.
        Wokalistka zawahała się - cała ta sytuacja była mocno niedorzeczna - ale postanowiła uchylić drzwi i zajrzeć do środka przez szparę. Jedynym, co zobaczyła, była wszechobecna ciemność; kobieta stopniowo zwiększała szczelinę, póki drzwi nie stanęły otworem, a wtedy… poczuła gwałtowne uderzenie między łopatki i wpadła do środka. Została wepchnięta. A drzwi… Kiedy obejrzała się za siebie, drzwi już nie było. Wszystko ginęło w mroku.
        To jakieś szaleństwo...
        - Yesah?
        Odpowiedziała jej cisza, głęboka, pochłaniająca wszelkie dźwięki. W chwili gdy w głowie Nevaeh pojawiła się myśl o ostatecznej nicości, nagle nastała światłość; oślepiona bardka zasłoniła dłonią oczy, a kiedy jej źrenice dostosowały się do nowego oświetlenia, rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znalazła. Była to przestronna komnata, wypełniona bielą; wszystko, począwszy od marmurowej posadzki, na śnieżnych liliach skończywszy, zlewało się w wizję białego obłoku. Oprócz wyścielającego podłogę dywanu w pysznej, złocistej barwie. Na końcu sali znajdowało się podwyższenie, na którym zebrał się niewielki tłumek ludzi. Nevaeh rozpoznawała znajome twarze: Aytyn i Elisza, Iorwen i Amser, państwo Mandeville wraz z Aureolą… oraz dwie istoty, które czyniły ten obraz nierzeczywistym. Yesah w kapłańskich szatach. I postać w ślubnej sukni, z twarzą zakrytą tiulowym welonem.
        Nevaeh nie miała pojęcia, co począć w tej absurdalnej sytuacji. Przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę stała w osłupieniu i wodziła wzrokiem od twarzy do twarzy, szukając podpowiedzi. “Co powinnam zrobić?” - pytały jej oczy. Zdawało się, że nikt nie udzieli jej wskazówek, lecz w końcu Yesah wyciągnęła rękę w kierunku śpiewaczki, dając jej wyraźny znak, by zbliżyła się do niej.
        Później wszystko potoczyło się bardzo szybko.
        Niepewnym krokiem Nev podeszła do siostry, która zaczęła wyśpiewywać słowa małżeńskiej przysięgi. Zagubiona bardka przenosiła wzrok to na Yesah, to na stojącą naprzeciw pannę młodą, póki nie opadł welon, a oczom Nevaeh ukazała się twarz… Raghnalla. Reakcja była natychmiastowa. W pierwszym odruchu kobieta cofnęła się, potrącając przy tym świecznik. Sięgnęła po leżącą z tyłu kamienną wazę i z wielkim rozmachem - jak również i siłą, o którą nikt by jej nie podejrzewał - uderzyła handlarza niewolników w twarz, aż jego głowa odskoczyła na bok z impetem. Kiedy jednak mężczyzna się odwrócił… jego oblicze zmieniło się nie do poznania. Teraz lutnistka patrzyła w oczy półelfowi z niebieskimi tatuażami. Zdawało się, że chciał coś powiedzieć, lecz jego twarz była zalana krwią. Zdołał jedynie wymówić jej imię.
        Nevaeh…
        Zadrżała, przerażona i znów postąpiła krok do tyłu. Krew Rianella rozlała się na podłogę i chwilę później cała komnata wypełniła się głębokim szkarłatem. Nev przeniosła wzrok na swoje ręce, skąpane w posoce, i zorientowała się, że była teraz całkiem naga. Poczuła chłód, który jednak zaraz zniknął, zastąpiony gwałtownym uderzeniem gorąca.
        Ogień.
        Komnata płonęła. Płomień z potrąconego wcześniej świecznika zajął już prawie połowę przestrzeni i wciąż się rozprzestrzeniał, pochłaniając wszystko, co stanęło jej na drodze. W uszy bardki uderzyło rozpaczliwe zawodzenie zebranych wokół istot. Wszystkie powtarzały to samo.
        Nevaeh.
        I mała Aureola. Na jej twarzy malował się bezbrzeżny smutek. I strach. Ale najgorsze było… rozczarowanie w tych pięknych, zazwyczaj pełnych blasku oczach.
        - Przepraszam… przepraszam was… - zaszlochała artystka.
        A potem uciekła, biegnąc prosto w największe płomienie. Zanim strawiły jej ciało i duszę, przez kakofonię dźwięków przebił się jeden głos.
        Nevaeh…!

        Wołanie dotarło do jej podświadomości i sprawiło, że potworne obrazy zostały wessane jak w czarną dziurę. Uniosła gwałtownie powieki, rozglądając się w panice; jej serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Dopóki nie napotkała spojrzenia piwnych oczu, których widoku uczepiła się desperacko i patrzyła w nie tak długo, aż upewniła się, że wszystko wróciło do normalności. Nie było płonącej komnaty. Nie było Yesah ani Raghnalla. Pestelli klęczał przy niej i nie krwawił od ciosu zadanego wazą.
        “Dzięki Prasmokowi - Nevaeh odetchnęła z ulgą. - To był sen. To tylko sen…
        Ciężko jej było otrząsnąć się z koszmaru i prawie nie zauważyła, że zarządca pomógł jej stanąć na nogi. Pytanie o stan też dotarło do niej z pewnym opóźnieniem, ledwo przebijając się przez mur zdezorientowania.
        - Tak…. Ja… Ja przepraszam, jeśli napędziłam panu stracha - wymamrotała z niewyraźnym uśmiechem. Starała się trzymać fason, ale jej dłonie wciąż mimowolnie się trzęsły. Schowała je więc między fałdami materiału sukni. - Nie planowałam ucinać sobie drzemki tutaj, ale czekałam na pana… Chyba uśpiła mnie moja własna kołysanka.
        W odpowiedzi na zaproszenie chciała grzecznie odmówić, ale wtedy cała jej wyprawa minęłaby się z celem. Po czymś takim tym bardziej musiała znaleźć jakieś zajęcie dla umysłu. Nie miała ochoty wracać teraz samotnie do pokoju, póki napięcie wciąż jeszcze nie zeszło.
Musiała się uspokoić.
        Weszła do pomieszczenia i zatrzymała się niepewnie na środku. Ręce splotła przed sobą i patrzyła na zarządcę wyczekująco. Lęk zniknął z jej twarzy, tętno prawie wróciło do normy; widok Rianella w jego naturalnym środowisku, jego opanowania, okazał się niezwykle kojącym czynnikiem. Bez protestu spełniła jego polecenie i spoczęła w fotelu, który okazał się tak wygodny, jak cała reszta umeblowania dworu. Mimo że była gotowa do działania, odczuwała lekkie zawroty głowy. Zasnęła w dziwnym miejscu, utknęła w koszmarze i została gwałtownie ze snu wyrwana, więc teoretycznie nie było nic dziwnego w tym, że czuła się oszołomiona. A jednak było to trochę niepokojące. Na ponowne pytanie o samopoczucie odpowiedziała zgodnie z prawdą.
        - Trochę oderwana od rzeczywistości - podrapała się nad uchem, sama nie wiedząc czy czuje się bardziej zakłopotana swoją chwilową nieporadnością, czy poruszona okazywanym zmartwieniem. - Ale proszę się nie martwić, naprawdę, jest w porządku, znużyło mnie samotne czekanie, to wszystko - zapewniła jednym tchem. - Niczego mi nie brakuje, chociaż... jest jedna rzecz, o którą chciałam prosić. Ja… muszę się czymś zająć. To może być cokolwiek. Potrzebuję czegoś, w co mogę wsadzić ręce, bo inaczej postradam zmysły. Próbowałam grać na mojej lutni… - spuściła wzrok na dłonie, które trzymała na kolanach; opuszki jej palców wciąż były zaczerwienione i poobcierane od zbyt mocnego dociskania strun. I nadal nieznacznie drżały. - Nie byłam w stanie się skupić. A teraz bezczynność doprowadza mnie do szaleństwa.
        Wodziła wzrokiem za Pestellim, kiedy oddalił się i usiadł za swoim biurkiem. Korzystając z chwili milczenia, rozejrzała się po pokoju. I znów naszła ją myśl, że biuro, ze swoim wystrojem i charakterem, pasuje do osobowości zarządcy. Praktyczne, uporządkowane, zarazem skomplikowane i proste, a jednak przytulne. Nevaeh chłonęła wzrokiem kolejne szczegóły w wyglądzie pokoju, póki Rianell nie odezwał się ponownie; wówczas natychmiast zaprzestała podziwiania równych szeregów teczek i skupiła się na pytaniu.
        - Płynnie we wspólnym i w elfickim - oznajmiła gorliwie, mając jednak nadzieję, że nie zabrzmi to tak, jakby się chełpiła swoimi zdolnościami. Aprobata w oczach zarządcy sprawiła, że nagle urosła w swoich własnych. W chwilach takich jak ta, Nev była dumna ze swojej postawy w przeszłości. Co jak co, ale braku ambicji nie można jej było zarzucić - ani wtedy, ani teraz.
        Podeszła we wskazane przez Rianella miejsce i zasiadła za biurkiem. Słuchała uważnie poleceń mężczyzny, śledząc oczami ruchy jego dłoni, kiedy demonstrował, na czym miało polegać jej zadanie. Czuła zarazem ulgę i delikatne rozczarowanie. Ulgę, bo wiedziała, że sprosta mu bez problemu, a rozczarowanie, gdyż po cichu liczyła na coś, co będzie większym wyzwaniem. Ale może to i lepiej… W obecności elfa mózg Nevaeh nie zawsze pracował tak jak należy, więc nie miała stuprocentowej pewności, że narząd ten w pewnym momencie nie odmówi posłuszeństwa. Wolała jednak patrzeć optymistycznie.
        - Poradzę sobie - oznajmiła pewnie i chwyciła pióro, przypadkowo muskając opuszkami palców dłoń zarządcy. - Dziękuję - dodała. I nie chodziło tylko o podanie narzędzia do pisania. W tym jednym słowie zawierało się wszystko, za co była Pestellemu wdzięczna. Troska, pomoc, okazywane wsparcie.
        Nie odezwała się już więcej tylko od razu przystąpiła do działania. Z zapałem przysunęła do siebie kartki papieru i już miała zacząć pracować, kiedy Rianell zagadnął ją jeszcze raz. Uśmiechnęła się i zarumieniła lekko, słysząc słowa pochwały.
        - Owszem, na zewnątrz rzeczywiście jest pięknie, a błąkanie się bez celu po ogrodzie wypełnionym zapachem kwiatów może być relaksujące i na pewno inspirujące… Ale nie chcę teraz dawać myślom zbyt wielkiej swobody, bo ostatnio nie mogę nad nimi zapanować, w konsekwencji czego biegają sobie w różne miejsca, w które biec nie powinny. Po prostu... Za dużo… tego wszystkiego. - Po twarzy bardki przemknął cień. Ostatnie słowa, wypowiedziane z pewnym wahaniem, były tak wielkim uogólnieniem, że większego już się nie dało wymyślić, ale Nevaeh uznała, że to nie miejsce i czas na wywlekanie ciemniejszych stron swojej świadomości. Bo i jak niby miałaby wytłumaczyć Rianellowi czym było owo “wszystko”? Począwszy od tęsknoty do rodziny, przez groźbę w postaci pojedynczego słowa, jaka nad nią wisiała i koszmar, który nie dawał jej spokoju, aż po całą gamę uczuć, których doświadczała od wczorajszego poranka… To było zbyt złożone. Zbyt skomplikowane. Zbyt… intymne. I choć Nev nie zwykła miewać większych tajemnic, a podczas opowiadania o sobie zazwyczaj była dość bezpośrednia, zdawała sobie sprawę z tego, że takie szybkie otwieranie się na drugą osobę u niektórych mogło wywoływać zakłopotanie lub poczucie dyskomfortu. Nie chciała, aby rozmowa z zarządcą utknęła w jakimś niezręcznym punkcie, dlatego odsunęła od siebie posępne myśli i kontynuowała już normalnym tonem. - Poza tym bezczynność jest nużącai. Nie przywykłam do posiadania wolnych chwil w takich ilościach i nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Czułam, że bezproduktywnie marnuję czas, podczas gdy mogłabym się do czegoś przydać. Lubię czuć się potrzebna, choćby moja pomoc była zwykłą drobnostką.
        To powiedziawszy, pochyliła się w końcu nad robotą i rzuciła się w wir liczb i tabeli, które trzymały myśli w ryzach. Praca była prosta i odrobinę monotonna, ale dzięki temu poniekąd odprężająca. Umysł Nevaeh uspokoił się już całkowicie i bardka wróciła do swojego codziennego ja, dla którego jedno zajęcie naraz okazało się niewystarczające. Nie minęły trzy minuty, kiedy bez wiedzy śpiewaczki z jej ust zaczęły wydobywać się stłumione dźwięki piosenki z poprzedniego wieczoru. Nuciła pod nosem, przepisując kolejne rzędy cyferek, co jakiś czas przytykając pióro do brody w zamyśleniu. Raz zdarzyło jej się podnieść wzrok na Rianella, a wtedy ich spojrzenia spotkały się. Nev zamrugała oczami i przerwała zwrotkę.
        - Och, przepraszam - zreflektowała się. -  To z przyzwyczajenia… Przeszkadza panu moje nucenie? Proszę mówić szczerze, przestanę.
        Wróciła do pisania. Robiła to szybko, ale starannie, dwukrotnie sprawdzając każdą literę i cyfrę. Nie chciała popełnić błędu i narazić zaufania Pestellego, które okazał, dając jej to zadanie. Była zadowolona. Czuła się dobrze, mając zajęcie i towarzystwo. Milczące i zapracowane, ale zawsze coś. Przez cały czas miała świadomość obecności elfa, ale pochłonięta pracą, nie zwracała na niego większej uwagi. Dopóki nie doszły do niej jego słowa. Zaskoczona, podniosła głowę, patrząc na zarządcę. Nie spodziewała się takiej propozycji i sądząc po jego postawie - wyglądał, jakby unikał jej spojrzenia - on sam tego nie planował. Tym niemniej była to miła niespodzianka. Nevaeh uśmiechnęła się lekko i spuściła wzrok na pisane dokumenty. Wróciła do pisania.
        - Rianell… hm? - powtórzyła półgłosem, chcąc sprawdzić czy imię to będzie układać się w jej ustach tak ładnie, jak to sobie wyobrażała. Układało. I brzmiało na tyle melodyjnie - a nie była to melodia płynąca z wnętrza; przeciwnie, zdawała się wnikać do środka i swoją falą wprawiać w drżenie struny duszy - że bardka nabrała ochoty, by powtórzyć je raz jeszcze; opanowała się jednak i w milczeniu kontynuowała wypełnianie tabelki.
        - Od małego pobierałam lekcje wielu przedmiotów. Uwielbiałam to - na jej twarz wypłynął uśmiech, w którym odbijała się głęboka nostalgia. - Nawet kiedy straciłam tę możliwość, starałam się kontynuować na własną rękę, ale potem… potem trafiłam na Raghnalla i zdobywanie umiejętności praktycznych stało się priorytetem wyższym niż książki i teoria - dodała lekkim tonem, choć słychać w nim było delikatne ukłucie żalu. Nev nie zamierzała rozczulać się nad sobą i zwykła uważać kwestię niedogodności swego niewolnictwa za oczywisty fakt, lecz nie zmieniało to faktu, że gdyby miała wpływ na bieg wydarzeń, zapewne pokierowałaby nimi inaczej.
        … czy na pewno?
        Zanim jednak zdążyła pogrążyć się w rozmyślaniach na ten temat, do rzeczywistośći przywołała ją zmiana, jaka zaszła w nastawieniu zarządcy. Umysł Nev nie omieszkał się jej wytknąć, że zaczęła już podświadomie rejestrować takie niuanse, ale odsunęła od siebie ten drwiący głos i odłożywszy pióro do kałamarza, podeszła do Pestellego.
        - Trzeba to zamoczyć w ciepłym mleku, żeby nie została plama - stwierdziła z tonem znawcy tematu, tak jak robiła to jej matka za czasów wspólnego mieszkania w uboższej dzielnicy Arturonu. - Pójdę do spiżarni. Mogę przynieść mleko tutaj albo zabrać koszulę i wyprać ją na miejscu - zaproponowała po prostu. Przywykła do takich sytuacji zarówno przez pracę w karczmie, gdzie zdecydowaną większość klienteli stanowili mężczyźni, którym nierzadko zdarzało się zabrudzić odzienie, jak i podczas podróży z trupą artystów.
        Widząc zmęczenie Rianella, wyraźnie odbijające się w jego gestach i zachowaniu, instynktownie poczuła potrzebę zaopiekowania się jego osobą. Od wczoraj niemal nieustannie widziała go przy pracy i zastanawiała się, czy mężczyzna kiedykolwiek znajduje czas na chwilę wytchnienia. Przygryzła wargę, walcząc z chęcią dotknięcia jego ramienia.
        - Powinieneś odpocząć - jej głos był bardzo łagodny. Mówiła spokojnie, choć kawałek jej umysłu wciąż wtrącał uwagi o tym, jak inaczej jest zwracać się do Pestellego per “ty”. - Proponuję chwilową zamianę ról: ty usiądziesz w fotelu i się odprężysz, a ja pobawię się w odpowiedzialną kobietę i jak tylko doprowadzi się twoje ubranie do porządku, dokończę to, co masz do zrobienia - ruchem głowy wskazała leżące na jego biurku papiery. - Jestem prawie pewna, że sobie poradzę. Proszę - dodała po namyśle. - Dla mnie to naprawdę niewiele, a przynajmniej mogę się odwdzięczyć za całą troskę, jaką mi okazujesz od początku... I za te wszystkie kłopoty, które sprawiłam... bądź sprawię.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Gaia, Ayeesha, Mikao, Cerim,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków, jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że może przybierać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpieczne, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu, jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Efne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron