[Posiadłość rodziny Mandeville] Symfonia Wolności


Miasto założone na cześć córki króla Bedusa, która w wieku dziesięciu lat oddała swój wzrok za lud. Uratowała go od zniszczenia. Efne otaczają liczne lasy, góry oraz wzgórza graniczące z Pustynią Nanher.

Postprzez Nevaeh » Śr kwi 11, 2018 9:28 pm

Głęboki wdech. I jeszcze dwa.
A potem delikatne muśnięcie palcami niepozornego rzemyka na nadgarstku.

Właśnie w ten sposób Nevaeh odcięła się od otaczającego ją świata, pozwalając umysłowi rozpłynąć się w sobie.
Choć jeszcze przed chwilą była świadoma każdego szmeru za jej plecami, każdego słowa wypowiedzianego przez któregoś z członków trupy - teraz otuliła swoje zmysły ciszą tak głęboką, że nie słyszała nawet bicia własnego serca. Jej myśli przybierały formy dźwięków i nieustannie płynęły z wnętrza duszy śpiewaczki, pragnąc wydostać się na zewnątrz, by dotknąć serc słuchaczy i pozwolić im płynąć w łagodnym nurcie melodii.
Ktoś popchnął dziewczynę, nieomal wytrącając z rąk jej cenną lutnię, ale nawet to nie było w stanie zburzyć idealnej harmonii panującej w jej umyśle. Odchrząknęła dyskretnie, na wpół przytomnie wpatrując się w niewielkie podwyższenie na środku komnaty, a kiedy Raghnall znajomym już gestem zaprosił ją na scenę, bardka wyłoniła się zza atłasowej kotary. Blask setek świec na kandelabrach początkowo nieco ją oślepił, ale gdy jej oczy przyzwyczaiły się do bijącej zewsząd jasności, posłała widzom wesołe spojrzenie.

Nie była to największa publika, przed jaką przyszło jej występować. Nijak nie umywała się do wytwornych bali w królewskich pałacach, gdzie muzyką Nevaeh zachwycali się członkowie rodów błękitnej krwi i wszelacy możni tego świata. Lecz każdy występ był dla śpiewaczki tak samo ważny i wartościowy, a ponadto w twarzach mieszkańców tegoż dworu kobieta widziała… coś. Nie umiała opisać, czym konkretnie owo “coś” było ani dlaczego tak przykuło jej uwagę, ale… patrząc na nich, Nevaeh poczuła, jak w jej sercu budzi się dziwna nostalgia, która nieznacznie zmąciła melodię wciąż rozbrzmiewającą w jej podświadomości. Przez krótką chwilę bardka przyglądała się otaczającemu ją tłumowi; morzu istot najróżniejszych ras. Zatrzymała się na wprost obitego aksamitem siedzenia pana domu, który obserwował widowisko, podkręcając wąsa - i ukłoniła się z gracją.
… niestety, gracja pozostała jedynie w domyśle.
Jak na zręczność Nevaeh przystało, jej nogi żyły własnym życiem, więc gdy kobieta postanowiła elegancko założyć jedną za drugą, by jej ukłon wypadł bardziej dystyngowanie, stało się to, czego obawiali się wszyscy mający z nią do czynienia w przeszłości. Śpiewaczka, w typowy dla siebie sposób, potknęła się i byłaby spadła z podwyższenia wprost na bogu ducha winnego panicza w pierwszym rzędzie - niechybnie robiąc krzywdę sobie, jemu lub najpewniej obojgu - lecz na szczęście w ostatniej chwili zdołała odzyskać równowagę.

- No spójrzcie, a nie wypiłam jeszcze ani kieliszka… - zaśmiała się, by pokryć lekkie zawstydzenie, a tłum zawtórował jej nieśmiało. Kilka odważniejszych głosów wybiło się z ogólnego gwaru i dotarło do czułych uszu bardki; rzuciła okiem w tamtym kierunku, lecz przez gęstwinę głów nie zdołała wypatrzyć w tłumie właścicieli owych głosów. Zwróciwszy twarz ponownie w stronę gospodarza, Nevaeh dostrzegła jego nieznaczny uśmiech, który odruchowo odwzajemniła, nie bacząc na to, że takie zachowanie można by uznać za skrajnie bezczelne. Na szczęście pan Mandeville najwyraźniej nie przywiązywał wagi do takich drobiazgów, bo tylko uprzejmym gestem zachęcił śpiewaczkę do kontynuowania.
Zajęła miejsce na niewielkim siedzeniu i ułożyła palce na strunach lutni. Zamierzała zagrać żywą melodię, która zazwyczaj budziła w słuchaczach niepohamowaną chęć wystukiwania rytmu stopami o posadzkę.
Lecz kiedy spod jej dłoni popłynęły pierwsze dźwięki pieśni, Nevaeh zaskoczyła samą siebie, gdyż nie sądziła, że akurat ten utwór wydrze się z jej duszy. Ale nie mogła już tego zatrzymać. Wzięła głęboki oddech i pozwoliła słowom wypełnić pustą przestrzeń komnaty.

Jest takie miejsce, nikt nie wie gdzie;
gdzieś w głębi wspomnień, gdzieś na serca dnie.
Tam twoja dusza odnajdzie wolność swą;
tam dom - za mgłą, za mgłą...


Tego utworu nie wykonywała od dawna… gwoli ścisłości, zaprezentowała go tylko raz. W dniu, w którym powstał; gdy tęsknota w sercu śpiewaczki wyjątkowo mocno dawała jej się we znaki. Tamten występ wywołał ogromne poruszenie i przyniósł dwukrotnie większe zyski niż zazwyczaj, jednak nie wiedzieć czemu, Raghnall nie był zadowolony i kategorycznie zabronił Nevaeh wykonywania tego utworu kiedykolwiek w przyszłości.
Cóż... teraz na pewno wzbierała w nim zimna furia. Bardka wiedziała, że po zakończonym widowisku czekała na nią surowa kara, ale na to już nic nie mogła poradzić, kiedy melodia sama płynęła z jej ust…

Jest takie miejsce, choć drogi brak;
miłości dotyk, zapomnienia smak.
Tam twa piosenka rozjaśni chwilę złą;
tam dom - za mgłą, za mgłą…


Nevaeh oderwała wzrok od swych palców tańczących na strunach lutni i powiodła spojrzeniem po audytorium, które przed paroma chwilami umilkło jak zaczarowane. Wszystkie oczy wpatrywały się intensywnie w niepozorną wokalistkę; jej dusza drżała jak piórko pod wpływem zimnej bryzy - lecz głos pozostawał niezmącony i czysty, i docierał do każdego zakamarka komnaty.

Jest takie miejsce, ukryte w snach;
wśród serc najdroższych umierać nie strach.
Twe własne dłonie zroszone ciepłą krwią…
Czyj dom - za mgłą, za mgłą…?


Pieśń zakończyła się dźwięcznym vibratem, które na kilka kolejnych sekund zawisło w powietrzu. Poza tym panowała całkowita cisza; można było usłyszeć końcowe nuty, które jeszcze do końca nie wybrzmiały.
Z odległego kąta rozległy się brawa. Początkowo stłumione, niepewne, jakby widzowie bali się przerwać ten magiczny trans. Nevaeh zdawało się, że klaszcze jedna osoba, ale i sama bardka była oszołomiona swym własnym występem; jej świadomość w tamtym momencie znajdowała się bardzo daleko, poza murami dworu, a nawet granicami miasta i państwa. Jednak gdy do owacji przyłączyły się kolejne, śpiewaczka zdołała wyrwać się z otumanienia. Zamrugała oczami, przypominając sobie o pewnej niezbędnej czynności, jaką jest oddychanie. Wstała, niepewnie podeszła do krawędzi sceny i ukłoniła się, tym razem już bez żadnych udziwnień. Nie chciała ponownie ryzykować utraty zębów. Wszystko robiła automatycznie, mając w głowie tylko jedną myśl.
“Dlaczego ta pieśń? Dlaczego akurat teraz…?”

Nawet nie zauważyła, jak pan Mandeville zmarszczył brwi, podniósł się ze swojego wytwornego siedzenia i majestatycznym krokiem ruszył w jej stronę...
Avatar użytkownika
Nevaeh
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Gaia,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że potrafi przybrać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpiecznie, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu jaką jest wzrost, ...
(Więcej)

Postprzez Aureola » Pt kwi 13, 2018 8:59 pm

        - Panienko Aure. - Mona odsunęła zasłony w pomieszczeniu, wpuszczając światło słoneczne do środka. - Nie może panienka przespać całego dnia. Pan Mandeville pragnie zjeść wspólnie rodzinne śniadanie.
        Aureola ziewnęła, po czym otworzyła oczka i spojrzała na swoją guwernantkę. Mona była służącą ojca małej błogosławionej od zaledwie dwóch lat, jednakże różnice społeczne nie przeszkadzały jej w nazywaniu dziewczynki “Aure”, jak to zwykli mówić przyjaciele z otoczenia niebianki. Nauczycielka westchnęła i powtórzyła:
        - Czy słyszała panienka, co powiedziałam? Rodzinne śniadanie.
Aureola podniosła się z łóżka i zamrugała. Dopiero po chwili dotarło do niej znaczenie tego jednego słowa, podkreślonego przez Monę.
        - Mama wróciła? - Ucieszona niebianka zeskoczyła z łóżka i natychmiast podbiegła do szafy, aby ubrać odpowiedni na tę okazję strój.
        - Panienki ojciec już przyszykował dla niej sukienkę. Dzisiaj po południu przybędą goście, więc pan Mandeville życzy sobie, by panienka była przy powitaniu ich - oznajmiła guwernantka, po czym wyszła z pokoju, pozostawiając Aureolę samą. Dziewczynka po usłyszeniu słowa “goście”, od razu skojarzyła sobie kolejną szlachetnie urodzoną rodzinę z nieco starszym od niej chłopcem na wydaniu. Ojciec uwielbiał tego typu ustawione spotkania; mała księżniczka poznaje na obiedzie księcia, wpada w trans pod wpływem jego uroku i upada w jego ramiona jak wiecznie omdlewająca panna w za ciasnym gorsecie. Niestety, żaden z dotychczasowych wybranków ojca Aureoli nie podbił jej serca.
        A jeśli już mowa o uroku, pewnego razu dziewczynka poznała na takowym obiedzie chłopca - Darnella, o którym słyszało się same pochwały. Pan Mandeville, oczywiście zachwycony, ruszył w gości ze swoją córką do posiadłości tejże rodziny, aby poznać młodzieńca, który… Cóż. Chichotał podczas słynnych żartów ojca Aureoli jak orangutan w czasie godów. Niebianka nie powstrzymywała się od śmiechu, za co została zrugana przez ojca po powrocie do domu, choć on sam przyznał jej, że współczuje przyszłej wybrance Darnella.
        Aureola spojrzała na sukienkę, którą rzekomo ojciec kazał jej założyć. Niebianka nie przepadała za tego typu strojami. Miękki jedwab wręcz pływał w jej małych, szorstkich dłoniach. Cudowny błękit ubrania raził oczy, jednakże miał w sobie pewien urok, który je przyciągał. Niebianka postanowiła tym razem posłuchać ojca i założyć ten drobny prezent. Delikatne fale rozkloszowanej sukni tańczyły, gdy Aureola obróciła się dookoła. Dziewczyna poprawiła jeszcze długi rękaw z falbankami na zakończeniach i odsłoniła ramiona. Gdy tylko błogosławiona spojrzała do lustra, uśmiechnęła się.
        - Nie wyglądasz tak źle - powiedziała do siebie, po czym szybko wykonała poranną toaletę i wyszła z pokoju na spotkanie kolejnym sztucznym uśmiechom obcych ludzi.


        Felippe Mandeville, pan posiadłości i ojciec Aureoli, był bardzo dystyngowanym człowiekiem. Jednakże nie należał do elit gburów i wybrednych szlachciców. Ciepły uśmiech zawsze widniał na jego pomarszczonej twarzy, a sam mężczyzna to anioł wśród ludzi. Cóż się dziwić, skoro poślubił niebiańską istotę.
Matka Aureoli, pani Aurora, to istne wcielenie samego dobra. Kobieta nigdy nie podnosi głosu, zawsze pomaga ubogim ludziom. Niestety, przez fakt, że Aurora jest aniołem, musi ciągle wypełniać swoje misje na ziemi, przez co rzadko przebywa w posiadłości.
Dziadek Aureoli… Ciężko opisać tego człowieka. Po śmierci żony stał się bardziej spokojny i czuły, jakby zdjął z siebie wszelkie ograniczające kajdany idealnego małżonka. Niebianka zawsze krzyczy w obecności dziadka, ponieważ staruszek nie dosłyszy.
        - ...i wtedy powiedziałem “Masz pan nawalone jak Cyganka w tobołku”, żeby w końcu się zamknął, a ten dalej opowiadał mi o swoich trzech bóstwach z jednym okiem na czole. Chory człowiek! - Wszyscy się zaśmiali, słysząc opowiastkę Felippe’a. Mała Aureola oczywiście wybuchła swoim słynnym rechotem, co spotkało się z westchnieniem stojącej nieopodal Mony. Ku radości niebianki, poza guwernantką nikt nie zwrócił uwagi na jej naganne zachowanie. ”Kiedy nie miewamy gości, jest… prościej”, pomyślała Aureola. Niestety, ta radość prędko się skończyła. Nastała godzina dwunasta, co oznacza wizytę kolejnych obcych ludzi w posiadłości.
        - To ci się spodoba, słoneczko - powiedział Felippe. Aureola westchnęła i zmusiła się do wejścia do wielkiej sali.

        Ojciec wybierał kolejnego śpiewaka, akrobatę czy tancerza. Niebianka musiała przyznać, że ten pomysł faktycznie się jej spodobał, gdyby nie drobny zgrzyt. Na “przedstawienie” została zaproszona rodzina Debra’vail, sąsiedzi. Młody chłopak, Christopher, to ulubieniec pana Mandeville. Siedemnastoletni, piękny, szarmancki i taktowny panicz Debra’vail uśmiechał się do Aureoli, szczerząc nienaturalnie białe zęby.
        - Uważaj, bo jeszcze ci je wybiję… - szepnęła dziewczynka i gdy tylko Christopher posłał jej całusa, ona w odpowiedzi pokazała mu język. Niebianka szybko się opanowała, kiedy ojciec szturchnął ją lekko w ramię, piorunując wzrokiem. Aureola uśmiechnęła się niewinnie i tym razem skupiła swoją uwagę na występach.
        Większość artystów była przeciętna lub dobra. Felippe szepnął do córki, żeby chwyciła jego dłoń wtedy, kiedy jakiś występ ją zachwyci. Niestety, do zachwytu małej tancerki jeszcze szmat drogi. Nikt nie spełniał jej... wymagań. Aureola jednak poczuła w sercu dziwny smutek, kiedy na środek wyszła chuda kobieta. Wyglądała może na czterdzieści lat, nie więcej. Trzęsła się, a jej odsłonięte ramiona pokrywały blizny. Niebianka zamrugała, powstrzymując się od sprania mordy właścicielowi tych ludzi. Czy on ich traktuje dobrze? Czy trafiają do dobrych domów? Czy są odpowiednio karmieni? A co z kąpielą? Dziewczynka nabrała powietrza w płuca, obserwując fałszywy uśmiech na twarzy kobiety, która recytowała piękny wiersz własnego autorstwa o miłości.
        - Panie Raghnall, ilu niewolników mogę kupić? - zapytał Felippe. Aureola spojrzała na ojca kątem oka. Zapewne wyczuł jej zaniepokojenie i żal. Niebianka uśmiechnęła się.
        - Tylko jednego, proszę pana - odparł mężczyzna. Felippe westchnął, a gdy już miał podejść do biednej kobiety, odezwał się pan Debra’vail.
        - Jeśli ci to nie przeszkadza, drogi sąsiedzie, ja przyjmę pod skrzydła tę niewolnicę. - Mężczyzna podszedł do służki, podając jej ramię, by móc ją wesprzeć. Kobieta, zapewne nieprzyzwyczajona do dotyku, przestraszona, wzdrygnęła się. Po chwili jednak przyjęła zaoferowaną pomoc i udała się do stolika rodziny Debra’vail. Ucieszona Aureola podeszła do niej dystyngowanym krokiem (ależ pan Mandeville miał uśmiech w takich chwilach, jakby mu szczęka miała wypaść!) i z gracją, kłaniając się już mniej zgrabnie, po czym rzekła:
        - Dostanie pani duuuużo jedzenia i ciepły kąt. W tych stronach nikt pani nie skrzywdzi. - Odeszła, słysząc ciche “Dziękuję” z ust kobiety. Niezadowolony właściciel niewolników zapewne nie spodziewał się, że przy prezentacji jego towaru znajdzie się ktoś inny, kto zechce kupić niewolnika. Pewnie był przekonany, że sprzeda tylko jedną osobę. W tym momencie właśnie uszczuplił mu się towar dla okrutnych szlachciców, którzy na pewno daliby więcej pieniędzy. Pan Debra’vail szybko odprowadził kobietę do swej żony i syna, po czym wrócił, aby uregulować płatności. Cóż, początkowo sprzedaż była obiecana rodzinie Mandeville, a więc to oni muszą dostać jednego niewolnika. Jednakże właściciel nie mógł odmówić sprzedaży komuś innemu w tym czasie, choć zapewne spodziewał się, że odda w ręce szlachty tylko jednego sługę. ”Ale mi go nie żal”, pomyślała Aureola.
        Następny występ to śpiew. Niebianka od razu nastawiła się pozytywnie, ponieważ w tej grupie jeszcze nie miała okazji usłyszeć piosenki. Niestety, jej podniecenie szybko zostało zasypane negatywnymi myślami, ponieważ… szczerze, nikt jej nie zachwycił. Także i teraz nie dawała wielkich szans wokalistce, która przy ukłonie dodatkowo prawie zaliczyła obitą twarz.
        Aureola prychnęła, powstrzymując śmiech pod piorunującym spojrzeniem ojca. Pan Mandeville uśmiechnął się pobłażliwie, jednak sam nie powstrzymał wybuchu śmiechu, kiedy artystka opowiedziała doskonały do tej sytuacji żart. Niebianka również głośno okazała rozbawienie.
A wtedy kobieta zaczęła śpiewać i świat stanął. Aureolę otoczyły małe, świetliste mgiełki, które zdawały się płynąć od artystki. Oczy niebianki spowiła mgła, a ciało odczuło przyjemny dreszcz emocji. Piosenka tej niewolnicy nie była idealna do tańca, aczkolwiek sprawiała, że mała szlachcianka chciała płynąć w powietrzu. Aureola zaczęła się kołysać, szukając odpowiedniego rytmu. Gdyby nie rodzice obok, zapewne wyskoczyłaby na środek i zaczęła tańczyć. Kusiło też, aby te delikatne dźwięki lutni wzbogacić skrzypcami. Świetliste mgiełki otoczyły ciało niebianki i wprowadziły ją w trans, z którego naprawdę ciężko się wydostać.
Aureola szybko chwyciła dłoń ojca i ścisnęła ją, dając mu znak, że to właśnie tę osobę chce poznać.

        Pan Mandeville podszedł do wokalistki pewnym krokiem. Jego mina zmieniała się co chwilę - wpierw pragnął wyjść na zdecydowanego, by później uśmiechnąć się serdecznie do kobiety i powiedzieć:
        - Już wybrałem. Biorę ją. - Podszedł szybko do właściciela niewolników, aby wszystko uzgodnić. Mona w tym czasie zajęła się nową służką, podając jej srebrne bransolety.
        - Proszę, załóż je. To znak tego, że służysz i mieszkasz w domu Mandeville. Nie są ciężkie, to też nie kajdany, spokojnie. - Guwernantka zbliżyła swoją twarz do śpiewaczki i szepnęła: - W połowie są z prawdziwego srebra. - Mrugnęła, zakładając bransolety na nadgarstki kobiety. - To też znak, do kogo możesz mówić na “ty”.

Aureola uśmiechnęła się i już zamierzała podejść do śpiewaczki, jednak zatrzymała ją matka.
        - Pozwól jej się tutaj odnaleźć. Później porozmawiasz, dobrze? - powiedziała Aurora, przez co jej córka spochmurniała. - Rianell! Proszę, możesz ją oprowadzić? - rzekła pani Mandeville, uśmiechając się do młodzieńca.
A grupa niewolników już odjechała. Aureola usiadła w wielkim salonie i zaczęła się modlić, żeby ci wszyscy ludzie trafili do dobrych rodzin.
Avatar użytkownika
Aureola
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Emanacja świeci żwawym, szmaragdowym światłem, choć jej siła wciąż jest niewielka. Powłokę spiralnie otacza miedziane pasmo biegnące od góry do dołu. W miejscach, których nie zakrywa widać złocistą barwę, która lśni w słońcu, jakby był to najprawdziwszy metal szlachetny. U góry widać kobaltowy pyłek leniwe i bardzo powoli rozlewający się powierzchni. Wokół słychać wesołą melodię, która wręcz zmusza nogi do delikatnych podrygów, a czasem nawet i tańca. Wraz z muzyką przychodzi przyjemne uczucie spokoju i błogości. Potęguje to słodka woń lilli, wydzielana przez aurę i przywodzącą na myśl wiosnę. W dotyku niebywale miękka, trzeba bardzo uważać, aby nie zostawić na niej żadnej skazy. Zwłaszcza gdy wygina się na wszystkie strony świata w nieprzewidywalny i chaotyczny sposób. Lepiej też stale mieć na oku brzegi, są raczej tępe, aczkolwiek występują również te ostre i niebezpieczne. U góry natomiast widnieją drobne piórka, białe i nadzwyczajnie aksamitne. Na koniec zaskakuje pozostawieniem po sobie okropnej lepkości w ustach, która będzie dawać o sobie znać nawet przez dłuższy czas.
Wygląd: Mała niebianka to szczyt urody i słodkości, od samego patrzenia na jej pucatą twarz można dostać cukrzycy. Aureola posiada piękne, błękitne oczy, które odziedziczyła po matce, oraz ciemnozłote włosy, sięgające jej nieco poniżej łopatek, które z kolei kojarzą się wszystkim z jej ojcem. Drobniutki nosek wykrzywiony w groźnym grymasie niestety niszczy wizję słodkiej i ... (Więcej)

Postprzez Rianell » Cz kwi 19, 2018 11:05 pm

        Powiadano, że Rianell wstawał każdego ranka, by obudzić koguta, który to miał obudzić całą resztę posiadłości - tak wcześnie zarządca zrywał się z łóżka. Niejednokrotnie był na nogach już przed świtem, wtedy to po cichu odbywał pośpieszną toaletę, w misce z zimną wodą opłukując twarz, a czasami przy okazji się goląc - tak jak na przykład tego dnia, gdyż spodziewano się gości, a on nie mógł na ten czas zaszyć się gdzieś w pomieszczeniach dla służby, by zająć się jakąś swoją robotą, musiał wyjść do ludzi, bo ponoć miał być potrzebny… Nie negował tego. Ubrał się więc w czyste ubrania i zaplanował sobie zajęcia tak, by w ten dzień omijać brudne czy męczące prace, przez które mógłby się spocić jak ladacznica w kościele. To nie było trudne do zrobienia, bo w tak rozległej posiadłości zawsze był ogrom pracy i przy odrobinie pomyślunku nigdy nie siedziało się bezczynnie.
        Dzień wcześniej Pestelli dostał dyspozycje, by przygotować się na przyjęcie nowych osób, nie udzielono mu jednak informacji o tym, kogo ma się spodziewać - pan Mandeville był zbyt zaaferowany powrotem żony, by dłużej porozmawiać z zarządcą i zapewnił go tylko, że w niego wierzy i chodzi o jedną, góra dwie osoby, na dodatek nikogo do pracy a raczej do zabawiania gości. By więc być przygotowanym na każdą okoliczność, Rianell zarządził przygotowanie miejsc do spania dla czwórki: dwóch mężczyzn i dwóch kobiet, a które z nich przyjdzie im użyć, to się dopiero zobaczy. Resztę niezbędnych przygotowań poczynił z grubsza, by nic go nie zaskoczyło, ale też nic się nie zmarnowało. Przez te kilkanaście lat nauczył się tego specyficznego sposobu zarządzania, przez co niewiele było w stanie go zaskoczyć. Z tą myślą był gotowy, by rozpocząć nowy dzień - słońce akurat wzeszło, a w kuchni zbierali się służący na śniadanie…

        Rianell nie lubił pojawiać się na tego typu spotkaniach. Po pierwsze pasował do oficjalnych przyjęć państwa Mandeville jak kwiatek do kożucha - nawet wbity przemocą w liberię wyglądał tylko jak przebrany obdartus, a nie godny służący. Po drugie nie przepadał za widokiem niewolników, którzy byli wystawiani na sprzedaż. Miał do tego zbyt emocjonalny stosunek i wprost nie mógł wyjść z podziwu, że pan Felippe potrafił zajmować się tego typu kwestiami z takim spokojem. Tego jednak Rianell nie dawał po sobie poznać - nie był w tym miejscu jedynym zniewolonym i tak naprawdę nie miał prawa narzekać, bo inni mieli wszak o wiele gorzej…
        By więc z jednej strony spełnić swój obowiązek, ale też nie drażnić niczyjego wzroku, Rianell pozostał na korytarzu przed salą bankietową i zerkał do środka przez otwarte drzwi, jak to zwykła czynić służba szpiegująca swojego pana. Był w zasięgu wzroku i słuchu, mógł stawić się przy państwu w dowolnej chwili, wystarczyło go wezwać… Stał oparty ramieniem o futrynę drzwi i oglądał prezentację niewolników przybyłych do posiadłości z karawaną. Nie ukrywał grymasu dezaprobaty, gdy widział stan niektórych z nich - burzyła się w nim krew, a dłoń uciekała w stronę klamry paska, jakby miał go zaraz wyciągnąć ze szlufek i okładać z zaangażowaniem handlarza… Ale powstrzymywał się. Nie mógł w pojedynkę zmienić świata.
        Gest pana Debra’vaila spotkał się z aprobatą Pestelliego, chociaż nie zdradził się on nawet jednym drgnieniem powieki, zachowując swe pochmurne oblicze. Arystokrata nie musiał wcale kupować tej kobiety, a jednak zdecydował się na ten krok, pewnie świadomy całej masy następstw takiego postępowania. Rianell trochę znał tę rodzinę, wiedział, że nie będą pastwić się nad tą kobietą tylko znajdą jej jakieś zajęcie i zatroszczą się o nią… Państwo Mandeville nie przyjaźniliby się wszak z osobami, które postępowałyby w sposób niegodziwy.
        Następna dziewczyna zaś miała wejście, które od razu zwróciło na nią uwagę. ”Niezdara”, prychnął pod nosem Rianell. Od razu ocenił, że pewnie potknęła się o tę workowatą szatę… Dziwne, swoją drogą. Większość handlarzy nie pozwoliłaby, aby ich “towar” (Pestelli nienawidzi tego słowa w tym kontekście) ubierał się w podobny sposób - kobiety sprzedawano półnagie, by odsłonić ich walory, więc czyżby ta panna miała coś do ukrycia? Ciekawe… Albo też miała w zanadrzu coś, co stanowiło znacznie większą wartość niż uroda. Rianell szybko się przekonał, że właśnie o to chodziło. Dziewczyna miała piękny głos, który przemawiał nawet do kogoś takiego jak Pestelli. Dlatego też decyzja o jej kupnie wcale zarządcę nie zdziwiła - to był dobry wybór, zwłaszcza biorąc pod uwagę zdolności panienki Aureoli, które powinny być rozwijane przez osobę o właśnie takich zdolnościach.
        - Idę - odezwał się momentalnie Rianell, gdy usłyszał wezwanie swojej pani.

        Przed nowym nabytkiem Mandeville’ów stanął mężczyzna, który w niczym nie przypominał reszty służby. Nie miał na sobie stonowanej, dobrze skrojonej liberii, jego włosy nie był zaczesane z przedziałkiem na środku, a oblicze nie było gładkie i zadbane. Rozczochrany, choć z kilkoma warkoczykami zaplecionymi w losowych miejscach na głowie, z twarzą poznaczoną sinymi pręgami tatuaży. Ubrany był w niebieskie drelichowe spodnie spięte szerokim skórzanym pasem, a jego płócienna koszula ze stójką miała podwinięte rękawy i rozpięte ostatnie dwa guziki pod szyją. Na nogach miał solidne trepy. Przypominał zwykłego robotnika na początku zmiany - takiego, który jeszcze nie zdążył się pobrudzić - i tylko bransolety na jego rękach świadczyły o tym, że należał do służby. Tak po prawdzie z reguły ich nie zakładał, bo po pierwsze przeszkadzały mu w pracy, a po drugie nie były mu potrzebne, bo gębę miał na tyle charakterystyczną, że nikt nie mógł go pomylić z wolnym człowiekiem ani tym bardziej członkiem tak znakomitej rodziny jak państwo Mandeville. Uczynił wyjątek tylko po to, by nowy członek świty mógł go szybko rozpoznać.
        - Jestem Rianell Pestelli, zarządca posiadłości - przedstawił się kobiecie, skłaniając przed nią głowę. Miał lekko zachrypnięty głos, który pasował do jego szorstkiej aparycji.
        - Proszę ze mną - zaprosił Nevaeh, by podążyła za nim na małe zwiedzanie. - Pani - zwrócił się jeszcze do Aurory, kłaniając się jej z szacunkiem przed wyjściem z pokoju. Jeszcze trwając w ukłonie złapał za klamki i zamknął drzwi za sobą i bardką. Lokajem nigdy nie był, ale wiedział jak zachować się z szacunkiem w stosunku do swoich chlebodawców - jego pożegnanie wyglądało naprawdę z klasą.
        Dopiero gdy był z Nevaeh sam na sam obrócił się ponownie w jej stronę i przyjrzał się jej szybko, lecz dokładnie. Choć mógł w tym momencie przypominać tych wszystkich ludzi, którzy wcześniej oceniali jej wartość gdy stanowiła jedynie cudzą własność, nie takie były jego intencje - sprawdzał, czy wszystko z nią w porządku. Nadal doskonale pamiętał w jakim stanie sam trafił do tej posiadłości - kupka nieszczęścia z ropiejącymi ranami na plecach i obłędem w oczach - widział też innych, którzy nie mieli szczęścia. Dlatego zawsze gdy trafiał do nich ktoś nowy, Pestelli upewniał się, czy nie jest potrzebna pomoc i czy nie wezwać medyka na konsultacje. Bardka wyglądała jednak przyzwoicie - może nie była piękną nałożnicą i nosiła pewne ślady ciężkich miesięcy niewoli, ale nie miała widocznych siniaków ani nie utykała. Była tylko trochę zaniedbana i przede wszystkim jeszcze gorzej rozczochrana niż on… Przy tak bujnych włosach nie było pewnie o to trudno.
        - Jest pani zdrowa? - zapytał ją w końcu bez owijania w bawełnę. - Potrzebuje pani pomocy medycznej? - doprecyzował. Gdyby miał do czynienia z mężczyzną, rozmawiałby z nim bardziej bezpośrednio, lecz w stosunku do kobiety zachował odrobinę taktu. Tak naprawdę powinien przeprowadzić z nią również znacznie trudniejsze rozmowy, ale na razie odłożył je na później - pytanie kobiety na wstępie czy nie została skrzywdzona nie było dobrym posunięciem.
        - Zapraszam - odezwał się po chwili, gestem wskazując kierunek, w którym mieli podążać. - Wezmę to - dodał jeszcze, odbierając dziewczynie lutnię, by jej nie dźwigała cały ten czas, bo wyglądała jakby zaraz miała się przewrócić.
        - W zachodnim skrzydle znajdują się pomieszczenia dla służby - zaczął wyjaśniać, prowadząc bardkę we wskazane miejsce. - Sypialnie są rozdzielne, tak samo łaźnie, na drzwiach są odpowiednie oznaczenia, by nikomu się nie pomyliło… Służba ma swoją jadalnię tuż przy kuchni, tam spożywamy posiłki, a między nimi można tam posiedzieć i odpocząć.
        Rianell sprowadził dziewczynę na poziom niskiego parteru, którego okna zaczynały się na wysokości dziedzińca. Tam otworzył pierwsze drzwi po prawej.
        - To biuro zarządców - wyjaśnił, pokazując niewielki, zawalony papierami pokoik. - Urzęduję tu z reguły ja albo pierwszy lokaj Pyetr, gdy akurat nie zajmujemy się swoimi obowiązkami na terenie posiadłości, gdyby miała pani jakieś problemy bądź potrzebowała naszej pomocy, najlepiej zacząć szukanie tutaj… Albo zapytać resztę. Ktoś powinien wskazać drogę. Dalej są biura…
        Pestelli oprowadził bardkę po całej przestrzeni przeznaczonej dla służby. Pokazał jej salonik, gdzie stało kilka kanap, stolik do gry i regały z wszelkiej maści bibelotami, jadalnię z długim stołem do wspólnego spożywania posiłków, kuchnię, gdzie aktualnie nie było nikogo, miejsca gdzie znajdowały się spiżarnie i pralnia. Później zaś wprowadził ją na wyższe piętro, gdzie znajdowały się sypialnie służby, a tam od razu skierował swe kroki do jednej z nich. W niewielkim pokoju stały cztery łóżka, a przy każdym z nich umieszczono komodę, pod oknem zaś stała wspólna toaletka ozdobiona białym wazonikiem z kwitnącymi gałązkami bzu. Wnętrze było skromne, ale wdzięczne.
        - Tutaj będzie pani spała - oświadczył. - Te dwa łóżka są wolne, może sobie pani wybrać które woli. Pani współlokatorki również są artystkami na dworze państwa Mandeville, postaram się jak najszybciej panie sobie przedstawić… Za tamtymi drzwiami znajduje się umywalnia. Chce pani oglądać dalej, czy woli odpocząć? Jakieś pytania? Czegoś pani potrzebuje? - upewnił się, stając z założonymi za plecami rękami tuż przy drzwiach, jakby szykował się do wyjścia. Był miły, ale do bólu oficjalny.
Avatar użytkownika
Rianell
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra,
Rasa: Półelf
Aura: Nieznana.
Wygląd: Półelf już na pierwszy rzut oka, doskonała mieszanka cech obu tych ras, troszeczkę tylko przybrudzona - to najkrótszy i najcelniejszy opis aparycji Rianella. Na dodatek od razu widać, że to mężczyzna, któremu niestraszna jest praca fizyczna. Sylwetkę ma krzepką, ale nie przypomina wojownika ani siłacza - jego mięśnie ukształtowała praca, a nie walka i ćwiczenia, przez co na ... (Więcej)
Uwagi: Dla przyjaciół Pestka.

Postprzez Nevaeh » Pt kwi 20, 2018 8:25 pm

        Pierwszą myślą, jaka pojawiła się głowie Nevaeh, był ostrzegawczy szept, mówiący “przesłyszałaś się”.
        Na pewno się przesłyszała.
        Wpatrując się w rozpromienione oblicze pana domu, śpiewaczka nie potrafiła wydobyć słowa z zaciśniętej krtani, mimo iż jeszcze kilkanaście sekund temu z tych samych ust płynęła melodia wręcz doskonała. Zupełnie jakby nagle ktoś zacisnął na jej szyi żelazną obręcz, całkowicie pozbawiając bardkę głosu.
        “Musiała zajść pomyłka”, myślała gorączkowo wokalistka, wodząc dokoła błędnym wzrokiem. Wiedziała wprawdzie, że taki los spotykał licznych artystów-niewolników z jej trupy, jednak ona sama miała wrażenie, jakby jej to wcale nie dotyczyło. Kupcy zazwyczaj interesowali się ślicznymi tancerkami, których wśród towarów Raghnalla nigdy nie brakowało; czasem trafiała się jakaś hrabina lub inna baronowa, patrząca pożądliwym wzrokiem na wytatuowanych połykaczy ognia o pięknie wyrzeźbionych ciałach… Myśl, że któregoś dnia znajdzie się bogaty arystokrata, pragnący wcielić w szeregi swej świty zwykłą bardkę - której marzeniem, w przeciwieństwie do zdecydowanej większości jej towarzyszy, nie było znalezienie chlebodawcy - pozostawała jedynie odległą mrzonką.
        Aż do teraz.
        Nevaeh podążyła wzrokiem w stronę swego właściciela, szukając u niego zaprzeczenia temu, co właśnie się działo. Lecz wystarczająco dobrze znała to spojrzenie - ten zimny błysk na wpół zmrużonych oczu - by w lot pojąć, że słowa pana Mandeville nie były tylko wytworem jej skądinąd bujnej wyobraźni.
        Rozejrzała się po komnacie, choć sama nie do końca wiedziała, czego wypatruje. Znajomych twarzy? Oznak aprobaty tłumu? A może czekała na głos z niebios, zwracający się bezpośrednio do niej, mówiąc z patosem “Tak, alarańska córko, to właśnie twoje przeznaczenie” lub coś bardzo podobnego…? … Czy to Elisza, o tam, przy stoliku innego arystokraty? Wszak Raghnall nigdy nie pozbywał się dwóch niewolników podczas jednej prezentacji… Kim jest ta dziewczynka o anielskim uśmiechu, która od dłuższego czasu przyglądała się Nevaeh? … Czy w tej komnacie od samego początku było tak tłoczno…?

        - … jednak widzi pan, panie dobrodzieju, Nevaeh… hm, bardzo dobrze zatem… Kłaniam się uniżenie…!

        Strzępki wypowiedzi Raghnalla, rozmawiającego z gospodarzem, dotarły do uszu wokalistki, ale nim zdążyła ona wychwycić cokolwiek więcej, kątem oka dostrzegła ruch po swojej prawej stronie i to właśnie tam odruchowo skierowała swoją uwagę (albo raczej jej smętne zarzewie, które zdołała wykrzesać.) W napięciu obserwowała zbliżającą się kobietę, która w rękach niosła coś lśniącego metalicznym blaskiem, dwie stalowe obręcze… kajdany? Po plecach bardki przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Rzadko zdarzało się, by Raghnall stosował wobec swoich niewolników tak daleko posunięte środki bezpieczeństwa. Nie potrzebował tego; spętał ich bowiem łańcuchami gróźb, które, choć nie mające fizycznej postaci, krępowały nieszczęśników okrutniej niż najcięższe okowy.
        Jednak słowa kobiety nieco złagodziły lęk Nevaeh. Nie podobał jej się wprawdzie fakt, iż miała nosić na nadgarstkach coś innego niż kawałek rzemyka - na pozór skromny, lecz w rzeczywistości posiadający większą wartość niż jakikolwiek inny przedmiot. Czuła, że w ten sposób odbiera tej cennej pamiątce część jej wagi; że ten kawałek metalu - z niemałą domieszką srebra, jeśli wierzyć słowom kobiety - w pewien sposób bezcześci jej prywatne sacrum, do którego nikt nie miał prawa wstępu. Ale nie potrafiła wysunąć stanowczego protestu, gdy kobieta uśmiechnęła się pokrzepiająco na widok wyraźnego wahania śpiewaczki i jej mimowolnego gestu dotknięcia plecionego sznurka.
        - Bez obaw, twoja bransoletka się nie zniszczy - delikatnie chwyciła dłoń świeżo wykupionej niewolnicy. Dała dziewczynie chwilę czasu na oswojenie się z sytuacją, a kiedy panika zniknęła z oczu bardki, równie delikatnie nałożyła na jej nadgarstki srebrne ozdoby. - To doskonały sposób, by pokazać, że przeszłość i przyszłość są tak samo istotne, nieprawdaż?
        Nevaeh spojrzała kobiecie prosto w oczy, czując jak jej myśli zrywają się z uwięzi, by pogalopować gdzieś poza granicę sfery, w której można je zatrzymać.
        Przeszłość i przyszłość.
        … czym w zasadzie jest jedno i drugie? Wszak obie, choć żadnej dosięgnąć nie sposób, czynią z nas to, kim jesteśmy. Choć żyjemy w chwili obecnej, ta sama chwila jeszcze nie tak dawno była niemożliwą do odgadnięcia przyszłością - by po ulotnym momencie zmienić się w niemożliwą do zmiany przeszłość. Czym była przeszłość i przyszłość Nevaeh…? Nie chodziło tu bynajmniej o majątek, pracę czy życie w ciele niewolnicy, lecz o pragnienia i myśli. Czynnik popychający kobietę na taką, a nie inną ścieżkę, która według wierzeń prowadziła ku obranemu w życiu celowi; niezależnie od tego, czym był ten cel i jak ewoluował w miarę zmian okoliczności. Pragnienia sterują i od zawsze sterowały działaniami większości żywych istot. Co było celem Nevaeh…? Muzyczna sława? Odnalezienie Yesah? Odzyskanie utraconej wolności? … Może to wszystko naraz? A może żadna z tych rzeczy...
       
        Śpiewaczka zatonęła w refleksjach tak głębokich, że z zamyślenia wyrwał ją dopiero niski głos, wyraźniejszy niż pozostałe dźwięki, zlewające się w umyśle kobiety w jeden ton.
        Bardka uniosła wzrok, by spojrzeć w twarz mężczyźnie stojącemu naprzeciw. Spodziewała się, że ujrzy eleganckiego kamerdynera, jakich często widywała na różnorakich dworach, lecz człowiek - a żeby być bardziej precyzyjnym: pół-elf, bez cienia wątpliwości - tkwiący w dosyć bliskiej, acz taktownej odległości około metra, nie przypominał żadnego z nich w niczym poza srebrnymi bransoletami na obu nadgarstkach. W odzieniu przywodzącym na myśl rzemieślniczy strój roboczy, stojąc na środku komnaty aż kipiącej od wykwintu, wyglądał jak wyrwany z zupełnie innej rzeczywistości. Jakby jakaś niewidzialna ręka chwyciła go podczas pracy i omyłkowo upuściła w balowej komnacie. Dodatkowo modrawe pasy, którymi naznaczona była twarz mężczyzny, sprawiły, że wydał się on Nevaeh odrobinę nierealny.
        Po raz kolejny kobieta przestała ufać swojej ocenie sytuacji. To wszystko nadal było tak nierzeczywiste… po prostu musiała się upewnić, że ów człowiek o trudnym do odgadnięcia wyrazie twarzy, naprawdę stał przed nią - i nie był tylko halucynacją. Zanim rozsądek zdążył podpowiedzieć jej, że takie zachowanie stanowi niemałe uchybienie, śpiewaczka wyciągnęła rękę i sięgnęła do rękawa koszuli jegomościa. Poczuła pod palcami dotyk szorstkiego materiału, który delikatnie zmięła w palcach… i cofnęła dłoń. Przez krótki czas wpatrywała się w nią, próbując przyswoić dane, które właśnie zebrała. Powoli, lecz nieuchronnie zaczynała rozumieć zaistniałą sytuację.
        Chwilę potem dotarło do niej, co tak naprawdę zrobiła. Zamrugała oczami i lekko wstrząsnęła głową, przywołując się do porządku.
        - Ach, ja… najmocniej przepraszam… - szukała w głowie odpowiednich słów na wytłumaczenie swojej impertynencji, ale jak na złość wszystkie grzecznościowe formułki schowały się gdzieś za zasłoną konsternacji.
Szczęśliwie podświadomość ulitowałą się nad kompletnie zagubioną wokalistką i szeptem podsunęła jej instynktownie wyłapaną myśl: Rianell Pestelli. Zarządca posiadłości. Co winna uczynić dobrze wychowana kobieta, której ktoś się przedstawia? Na to kardynalne pytanie wyszkolona w etykiecie śpiewaczka nie mogła nie odpowiedzieć, choćby i odchodziła od zmysłów. Wiedziała już, jak należy postąpić. Odchrząknęła dyskretnie i skłoniła głowę, dygając finezyjnie (uważała przy tym, aby tym razem już się nie potknąć).
        - Nevaeh Lahza’ya - uśmiechnęła się uprzejmie. - Bardka.
        Bez niepotrzebnych komentarzy, które przy obecnym stanie umysłowym kobiety mogły skończyć się jakąś większą katastrofą etykietalną, śpiewaczka podążyła za swoim przewodnikiem. Tak jak on, złożyła ukłon anielicy, która najpewniej była panią Mandeville, po czym skierowała swe kroki w stronę wyjścia. Zanim jednak zdążyła opuścić komnatę, drogę zagrodziła jej znajoma sylwetka. Raghnall wyglądał na poirytowanego, lecz nie odezwał się ani słowem, tylko niepostrzeżenie wetknął w dłoń swej byłej niewolnicy niepozorny kawałek pergaminu. Nevaeh zatrzymała się przy poprzednim właścicielu. W jej oczach wezbrały łzy, ale bynajmniej nie była smutna z jego powodu.
        - Proszę… przekaż Aytyn i całej reszcie, że… będzie mi ich bardzo brakowało.
        W odpowiedzi Raghnall jeszcze bardziej zmrużył swoje wężowate oczy i uśmiechnął się tajemniczo. Po raz kolejny bardka poczuła niemiłe dreszcze. Obejrzała się jeszcze raz na ludzi w komnacie - podejrzanie szczerzącego się Raghnalla, Eliszę, którą spotkał taki sam los jak Nevaeh, kobietę od srebrnych bransolet oraz drobną dziewczynkę o złocistych włosach, do której dyskretnie pomachała, pod wpływem jakiegoś dziwnego impulsu - lecz nie zamierzała kazać Rianellowi na siebie czekać.

        Kiedy szli korytarzem, czuła na sobie taksujące spojrzenie jego piwnych oczu. Z początku wprawiło ją to w nieznaczne zakłopotanie, jednak wzrok mężczyzny był rzeczowy, więc ostrzegawcze światełka z tyłu głowy śpiewaczki zgasły. Zwłaszcza gdy po chwili ze strony jej towarzysza padły równie rzeczowe, otwarte pytania.
        - Czy jestem zdrowa? - powtórzyła, zastanawiając się przez chwilę nad odpowiedzią. - Fizycznie tak, choć ostatnio odnoszę wrażenie, że z moją głową jest coś zdecydowanie nie w porządku…
        Jej zapewnienia odnośnie dobrego zdrowia najwyraźniej jednak nie przekonały Rianella, skoro ten postanowił wziąć od śpiewaczki jej cenną lutnię. I choć jego gest był z założenia uprzejmy, śpiewaczka poczuła ukłucie irytacji na myśl, że ktoś oprócz niej dotykał jej świętego instrumentu - a raz wyzwoliwszy się spod oszołomienia, stała się na powrót temperamentną bardką, którą byłą na co dzień.
        - Ejże, nie jestem znowu tak słaba, na jaką wyglądam - mruknęła, wydymając lekko policzki. Nie lubiła okazywania litości. - Doskonale bym sobie poradziła…
       
        Posłusznie chodziła za zarządcą, uważnie go słuchając i starając się przyswoić jak najwięcej informacji o nowym miejscu zamieszkania i pracy. Gdy minął pierwszy szok, Nevaeh wróciła do swojej codziennej postawy, postanawiając potraktować zaistniałą sytuację jako szansę na zdobycie nowego doświadczenia. A czyż może być w życiu coś ważniejszego, a przy tym ciekawszego, niż zdobywanie wiedzy i umiejętności…? Kobieta skupiła się na jak najlepszym zapamiętaniu wszystkiego, o czym mówił jej Pestelli i nawet zdołała powściągnąć naturalną skłonność do komentowania wszystkiego; ograniczyła się do potakiwania i rzucania lekkich uśmiechów tu i ówdzie.
        Kiedy znalazła się już w swojej komnacie - którą oceniła na przytulną, podobnie jak całą resztę pomieszczeń dla służby - zamknęła na chwilę oczy, śląc w myślach wiadomość do Yesah. Jej siostra na pewno ucieszyłaby się, wiedząc że mała Nev nadal jest pełna optymizmu, gdyż właśnie tak czuła się w tej chwili bardka. Pytania Rianella usłyszała bardzo dobrze, jednak tym razem bezczelnie pozwoliła sobie na chwilę milczenia, zanim udzieliła odpowiedzi. Stała na środku pokoju, miętosząc w dłoniach materiał swej sukni i westchnęła melodyjnie przez nos. Następnie odwróciła się do zarządcy z nowym, promiennym uśmiechem.
        - Myślę, że na tę chwilę mam wszystko, czego potrzebuję, dziękuję - rzekła kurtuazyjnie, po czym delikatnie przygryzła dolną wargę. Wykonała zwrot na pięcie, który wyglądał jak płynny piruet, choć tylko sama śpiewaczka wiedziała ile wysiłku włożyła, by nie wywinąć orła przed nosem mężczyzny. - Choć, jeśli to nie kłopot… Proszę darować sobie “panią”. Od czasów, gdy nią byłam, czy może raczej miałam na nią zadatki, minęło ładnych kilkanaście lat… i obecnie wydaje się to odrobinę niestosowne. Imię w zupełności wystarczy - zaśmiała się.
        Odgarnąwszy z twarzy niesforny kosmyk włosów, który miał w zwyczaju co chwila wpadać jej do oczu, Nevaeh podeszła do mężczyzny i bezceremonialnie wyciągnęła dłoń w jego kierunku.
        - Mam nadzieję, że współpraca między nami dobrze się ułoży - jej uśmiech stał się jeszcze szerszy. - Liczę na to, że będę mogła się do czegoś przydać…

        Po wyjściu Rianella bardka ostrożnie usiadła na jednym z wolnych łóżek - tym bliżej okna, by promienie porannego słońca mogły rozkosznie ją obudzić - i westchnęła raz jeszcze. Zamierzała wedle zwyczaju odbyć wyimaginowaną rozmowę z siostrą, lecz przypomniała sobie o karteluszku od Raghnalla. Rozprostowała w palcach pognieciony pergamin, by odczytać treść na nim zapisaną. A widniało tam tylko jedno słowo.

        “Miesiąc.”

        Tylko jedno, ale wystarczyło, żeby Nevaeh natychmiast zrozumiała przekaz za nim stojący. Poczuła jak żółć podchodzi jej do gardła, lecz w tej samej chwili ciche pukanie do drzwi pokoju oderwało ją od myśli, które kołatały do bram jej umysłu.
Avatar użytkownika
Nevaeh
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Gaia,
Rasa: człowiek
Aura: Nawet początkujący czytelnik aur pierwsze co odkryje w tej emanacji to delikatność. Jej siła jest nieznaczna, mimo to wyraźne szmaragdowe światło otula ją troskliwie. Powłokę szczegółowo pokrywa miedziana barwa, widać na niej grube kobaltowe pasma przecinające się pod różnymi kątami. Tworzące nadzwyczajną mozaikę. Nie słychać żadnych dźwięków jedynie ciszę, która jakby oczekuje, aż z czułością zmąci ją melodia lub śpiew. Do tego miłym dodatkiem staje się woń perfum. Niestety często psuje ją zapach ludzkiego potu. Powierzchnia w dotyku jest niezwykle miękka, choć gdzieniegdzie zdarzają się miejsca nieco twardsze. Potrafi być na tyle elastyczna, że potrafi przybrać kształt zbliżony do różnych nut. Później jednak potrzebuje chwili wytchnienia, więc uparcie sztywnieje. Prezentuje przy tym niebezpiecznie, ostre zakończenia, które skrywa częściowo aksamitny puch, przypominający świeży śnieg. Dodatkowo aura pozostawia po sobie lepki posmak.
Wygląd: Gdyby wygląd sam w sobie był jedyną rzeczą wyróżniającą człowieka, Nevaeh dawno zginęłaby w morzu podobnych do siebie istot. Większość spotykanych przez nią osób określiłaby ją jako przeciętną i szybko straciła zainteresowanie zupełnie zwyczajną kobietą na rzecz jej znacznie atrakcyjniejszych towarzyszek.
Nawet w tak podstawowej kwestii wyglądu jaką jest wzrost, ...
(Więcej)


Powrót do Efne

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron