[Nad Błyszczącym Jeziorem]Demon, Anioł no i Diabeł.


W wodach Błyszczącego Jeziora mieszkają Strażniczki. Małe istotki mierzące dwa cale. Swoje miasto mają w jego głębinach. Są niezauważalne dla ludzkich oczu. To ich połyskujące ciała nadają błyszczące kolory wodom tego jeziora. Na środku znajduje się tez niewielka wyspa cała porośnięta gęstą roślinnością, mity mówią że gdzieś na tej niewielkiej wyspie znajduje się tajemniczy portal prowadzący wprost do lasu Jednorożców.

Postprzez Fergus » Cz lip 06, 2017 9:36 pm

Po powrocie do karczmy diabeł od razu został zaatakowany wyzwiskami. Otyłego karczmarza zza lady nie było stać na nic innego, za bardzo bał się piekielnego, a przy każdym słowie dodatkowo to pokazywał, przekręcając w palcach wisiorek. Najpewniej był to zwykły medalik od cyganki, który przed niczym nie chroni, ale Fergus miał to w wysokim poważaniu póki nie była to buteleczka ze święconą wodą. Przyjmując obelgi za zniszczony stół, który jeszcze świecił ogniem z jego imieniem oraz nie płacenie za posiłek, rogata istota wzruszyła tylko ramionami i wskoczyła za ladę, wyjmując stamtąd małą beczułkę piwa.
- Dodaj do tego jeszcze gulasz - powiedział z szyderczym uśmieszkiem, przeganiając płonącą dłonią resztę gości, którą stanowiło dwóch chłopów, kobieta i mała rodzina, po ubiorze których można było wnioskować, że są w drodze do miasta.
Kiedy barman spełnił jego prośbę, Fergus jak gdyby nigdy nic opuścił zajazd nad Błyszczącym Jeziorem i udał się w drogę powrotną, wesoło podgwizdując.
Woda pod jego stopami zamarzała i rozmarzała w kilka sekund, wyznaczając prostą drogę na polanę, na której piekielny zostawił Vesca z zadaniem wysuszenia sobie ubrań. Zanim jednak udało mu się zrównać z linią przybrzeżnych trzcin, do uszu diabła dobiegł zduszony krzyk i śmiech jakiś mężczyzn, którzy naruszyli spokój jego obozowiska.
Uśmiechając się pod nosem, Fergus nadłożył kilka metrów drogi i obszedł polanę od zachodu, wchodząc na nią w tym samym momencie, kiedy nachylony nad Vescem bandyta tłumaczył mu wartość jego atrybutów.
- Jeśli chcesz wiedzieć - zaczął spokojnie, stawiając beczkę z piwem i miskę z gulaszem na trawie, obok ogniska. - To moje rogi chodzą po trzydzieści złotych gryfów na czarnym rynku, a skóra po czterdzieści pięć. Za nasze ciała możesz wytargować sto, a czasami i dwieście, a za żywego w klatce możesz domagać się rezydencji nad morzem.
Gdy mówił te słowa, trzech z pięciu napastników porzuciło swoje dotychczasowe zajęcie i wymachujac syczące młyńce, zaczęli go okrążać.
- Jest tylko jeden problem - kontynuował Fergus, łapiąc się jedną ręką za róg i pociągnął go mocno. - Są przymocowane na stałe, a żeby je odpiłować potrzebujesz mojej zgody.
- Żarty się ciebie trzymają? - spytał z rozbawieniem szef grupy, zerkając ukradkiem na zwiniętego w pozycję embriona Vesca. - Zrodziły cię głupie dowcipy i płacz tego gnojka?
Na te słowa cała banda ryknęła gromkim śmiechem, nie przerywając zamykania diabła w kole. Ten jednak zerknął na nich powierzchownie, a następnie wlepił oczy w ranę na nodze towarzysza i zmarszczył brwi, jakby chciał sobie coś przypomnieć.
Pogadam sobie z nim później, przeszło mu przez głowę, opuszczając ramiona wzdłuż ciała.
- Nie - odpowiedział młodzieńcowi, wykrzywiając usta w jeszcze bardziej krzywy uśmiech. - Zrodziła mnie rozpusta i kanty.
Z tymi słowami palce Fergusa zacisnęły się w pięść, a nogę jednego z bandytów przebił kamienny kolec, który wyrósł jak spod ziemi, nadziewając nieszczęśnika jak pal. Skała weszła przez piętę i wyszła udem, obficie brocząc krwią. On jednak nie wydał z siebie nawet najmniejszego dźwięku. Zawisł bezwładnie na stalaktycie i wypuścił miecz z ręki.
- Czterech na jednego? To nie fair. Zawołajcie jeszcze kilku, aby wyrównać szansę.
- Zamilcz! - krzyknął bandyta po lewej, z ognikami w oczach nadbiegając na diabła z uniesionym ostrzem.
Fergus spodziewał się takiego zachowania i gdy tylko napastnik znalazł się w zasięgu ręki, diabeł skoczył do niego, skracając dystans i uderzył nasadą dłoni w nos, miażdżąc go jak kulkę z mokrej gliny. Chrupnęła kość, a bandyta rzucił się na trawę, kopiąc nogami powietrze.
- Liczę do trzech i ma was tu nie być, jasne?! Raz...
Avatar użytkownika
Fergus
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tarilion, Paygen,
Rasa: Diabeł
Aura: Aura swoją siłą niezbyt wyróżnia się spośród wielu innych, ale zdecydowanie nie można nazwać jej słabą. Jej ostry i słony smak szybko przykuwa uwagę tych, których zmysł magiczny jest wyostrzony, a przytrzymuje ją hipnotyzująca i bardzo wyrazista poświata błyszcząca niczym oglądany pod słońce bursztyn; wielu odpycha jednak roztaczający się wokół, duszący odór siarki. Mimo tego nikt kto zechce się jej lepiej przyjrzeć nie będzie żałował: lśniące złotem monety o ostrych, jakby poszarpanych brzegach spadają z nieba, by przebić się przez unoszoną w powietrzu gładką, zabarwioną na cynowo taflę wody i odbijając się od twardych, żelaznych skał w końcu wpaść w bezlitosne objęcia tańczących swobodnie wraz z wiatrem, miedzianych języków ognia. Ich bezwolnej podróży ku upadkowi towarzyszy szum nadchodzącej wichury, następnie plusk wodnej powłoki, rumor spadających głazów i trzask płomieni, za którym idzie rozchodzące się po ciele uczucie gorąca.
Wygląd: Jak na diabła Fergus nie jest specjalnie wysoki, choć spokojnie za takiego może uchodzić w Alaranii. Mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i waży sto kilogramów, czego jednak nie widać z powodu szczupłej sylwetki i wyrzeźbionych mięśni, ukrytych pod warstwą ubrań. Jego skóra jest ciepła i szorstka w dotyku, barwą przypomina pomarańczową cegłę, lecz gdyby przyjrzeć ... (Więcej)

Postprzez Francine » Pn lip 17, 2017 3:23 am

Francine słysząc licytację ciała diabła aż sama miała ochotę jakiegoś ubić. Może niekoniecznie Fergusa, ale chyba nawet rubiny nie są tak drogocenne! Nie dziwiła się więc, że rogacz stanowi tak cenny kąsek dla bandziorów. Ona była uznawana tylko za chłopczyka bez umiejętności. Lubiła swoją anonimowość, ale nie brak doceniania jej siły! Musiała jednak ugiąć się odrobinę pod wysoką kwalifikacją diabła w dziedzinie magii, że tez wcześniej był zniewolony na jakimś marnym statku, a teraz nabijał ludzi na pal bez większej krępacji. Widok ten, mimo wszystko, w żaden sposób nie odstraszał Lou. Była pod wielkim wrażenie i nie mogła się doczekać, aż sama zacznie władać tak potężnymi zaklęciami. Wówczas stanie się w pełni słowa znaczeniu nemorianką!
Szkarłatna ciecz odbijała się w zielonych tęczówkach dziewczyny. To było piękne połączenie barw, chciała móc zesłać na kogoś taką śmierć. Nie chodziło tu o chęć zabijania, ale o sam fakt posiadania potęgi. Musiała, po prostu musiała być najlepsza!
Ból w nodze zapulsował i błyszczące z zachwytu oczy demonicy przykryło cierpienie.
Domniemany dowódca spojrzał wpierw to na nabitego na pal z ziemi towarzysza, później z nieco większą irytacją na powalonego uderzeniem w nos kompana. Zwrócił twarz ku Fergusowi prezentując swe wielce niezadowolenie.
- Zdolności matematyki nie będą tu potrzebne – burknął, po czym z okrzykiem wzniósł miecz. Magiczna energia spłynęła po ciele mężczyzny z tak wielkim obuchem, że aż trawa położyła się, jakby przyklejona do ziemi. Na Lou chlapnęła woda, ale tylko przetarła twarz unosząc ze zdziwieniem głowę. Mężczyzna nagle urósł w siłę, zarówno rysy jego twarzy, jak i mięśni, wyostrzyły się. Ten miecz to nie byle bubel z czarnego rynku, a niezłe cacko.
Twarz gościa zalał pot, a wzrok wypełnił się dzikością i nienawiścią. To był jeden z tych widoków, których łatwo się nie zapomina.
- Zatańczmy na równych siłach – mruknął.
Francine dźwignęła się na kuckach w obawie, że szybciej zajmie się nią niż Fergusem, ale najwidoczniej się pomyliła. Napastnik ciężko, ale szybko wysunął rękę przed siebie pchając niewidzialną ścianą piekielnego prosto w drzewo. To było jak uderzenie powietrzem, a może jakąś wyższą siłą, jakimś zaklęciem w postaci czystej energii?  Lou wydawała się dosyć znajoma, ale i tak przejęła się losem swojego nowego towarzysza.
- Fergus! – krzyknęła automatycznie, gdy nagle dowódca spojrzał na nią przez ramię. Ona jeszcze chwilę błądziła wzrokiem po piekielnym. Uderzenie było mocne, wystarczyło by przygnieść klatkę piersiową a z kącika ust spłynęła cienka krew.
- A ty nadal stoisz – zauważył z przekąsem i w tedy zbliżył się wolnymi krokami do ciemnowłosej. Dziewczyna zmarszczyła brwi w konsternacji nie wiedząc, co począć, a jeżeli piekielny ruszył jej na pomoc to pozostali z chęcią stanęli mu naprzeciw. Szczególnie, że i ich miecze zabłysnęły runami i oni także urośli w siłę. Byli słabsi, jakby w pewien sposób powiązani ze swoim dowódcą, ale na tyle zdolni by też rzucić jakieś zaklęcie. W tedy właśnie dowódca z szyderczym śmiechem pchnął i Francine, ale delikatnie, jakby chciał się pobawić swoją ofiarą. Nemorianka stała w wodzie, przygotowana na podobny atak zdołała go złagodzić magią. Nic to jednak nie pomagało, gdy poczuła, że niewidzialne ściany gniotą jej ciało. To było okropne, doświadczyć wolnej deformacji swego ciała. Ledwie ruszała rękoma i nogami, czuła ten cholerny, piekący ból w łydce, lecz najbardziej obezwładniający był chwyt głowy. Lou zaciskała zęby, przegryzła sobie wargę starając się nie wydobyć z siebie choćby jęknięcia, ale było to nie do wykonania. Pociła się na twarzy, oczy jakby wychodziły jej na wierzch.
- Skoro ty tak zabawiasz się z moimi towarzyszami to i twojego chłopczyka spotka hm… nie podobny, a gorszy los! – zaśmiał się gardłowo.
„Chwyć za ostrze” nakazał nagle znajomy głos w głowie dziewczyny. Czy on naprawdę musi gadać w tak dramatycznej dla niej sytuacji?! Jeszcze takie głupoty?!
„CHWYĆ ZA OSTRZE” powtórzył się, jakby czytał jej w myślach. Francine długo milczała, chwyciła się za głowę i zawyła boleśnie.
- Oszalałeś – powiedziała w głos, ona wiedziała do kogo mówi, ale nie dowódca. Odebrał to jako utratę zmysłów więc patrzył na cierpiąca ofiarę z satysfakcja.
„MÓWIĘ!” krzyknął tak groźne i tak demonicznym głosem, że musiała posłuchać. Z resztą nie miała w tym momencie nic do stracenia.
Nemorianka wysunęła nogę do przodu, i tak tez posuwając się do przodu brnęła do swego napastnika. Nie widziała kompletnie, jak radzi sobie Fergus, ale teraz miała umysł wypełniony nieznaną siłą i tym głosem ze złamanego sztyletu. Gdy była już blisko z obłędem spojrzała na dowódcę. Zaśmiał się po raz kolejny, chciał chwycić Vesco za czuprynę i dobić, ale w tedy ów „chłopczyna” złapał miecz oburącz. Krew spłynęła po dłoniach Francine, ale to nagle jakby gdzieś zniknęło.
„Uhm… Czujesz ten zapach?”
Tak, czuła i znała go doskonale. To smak ojczystej ziemi, to smak grasujących po Otchłani robali, którzy nazywają siebie kimś więcej. Jednak nie są nemorianami, a jedynie duszami zamkniętymi w przedmiotach, które nazywane są „artefaktami”.
Dziewczyna spojrzała na dowódcę spode łba, a na twarzy mężczyzny pojawiła się dezorientacja, gdy dostrzegł całkowicie poważne i wściekłe spojrzenie zielonych oczu.
- Esscrio – szepnęła jakby podwojonym głosem i na krótki moment zapadł cisza. Przerwał ją cienki pisk, a następnie potężny świst powietrza. Lou jeszcze mocniej zacisnęła dłonie na mieczu nie zważając na pogłębienie rany, gdy nagle z ostrza wyrwały się tnące powietrze czarne smugi. Dziwaczne wycie, przeciągłe twarze potworów buntowały się przeciwko wolności, ale Francine wyrzuciła sporą część mocy by wypędzić ze środka demony. Na języku pozostał jej paskudny posmak, aż mlasnęła z obrzydzeniem, gdy wszystko opadło. Miała roztargane odzienie, spuszczoną na boku czapkę, ale była zadowolona. Puściła broń z szaleńczą satysfakcją, przeciągły uśmiech nie schodził jej z twarzy. Na krótko przyjrzała się dłoniom. Były poranione, ale wyglądały prędzej jakby ktoś polał je żrącym kwasem, a nie ciął mieczem. Demony jeszcze coś skomlały, ale starczyło drgnięcie ramion Lou by rozproszyły się gdzieś w przestrzeni poszukując innej pożywki by móc kimś zawładnąć.
Dowódca stał oniemiały. Był teraz zwykłym człowiekiem, a miecz, który dzierżył stracił wszystkie runy. Podobnie, jak reszty jego towarzyszy. Francine wypędziła mieszkające w broniach demony, dobrze, że były ze sobą silnie powiązane to gładko poszło… i niezbyt stabilne. Być może nie posłała ich do Otchłani, ale starczyło by teraz napastnicy posikali się w majty ze strachu. Bez magicznych zdolności nie mieli co polować n diabła.
- A ile dają za skórę człowieka w piekle? – spytała złośliwie i zachichotała zadziornie przy tym przygryzając palca.
Avatar użytkownika
Francine
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Frigg, Niviandi, Deithwen, Kvaser, Kavika, Wiladye, Shantti,
Rasa: Nemorianka
Aura: Niezbyt silna jeszcze emanacja wprost zachwyca swym bogatym kolorytem. Niegdyś silnie platynowa, przeplatana licznymi cynkowymi pasmami teraz mieni się w złocistym odcieniu, na którym widnieją srebrne coraz bardziej rozłożyste plamy. Dawne barwy skutecznie zasłaniają cynowe łaty, choć można by przysiąc, iż te stare już niewidoczne niemal, falowane pasma starają się ponownie wybić. Rubinowa poświata, swym groźnym blaskiem może lekko niepokoić. Niesie ze sobą przyjemna harmonijną melodię, przechodzącą z jednego tonu w drugi. Podczas delektowania się tym pojawiają się dźwięki, dziwne, trudne do określenia, takie, których jeszcze nikomu nie było dane słyszeć. Towarzyszy im obecność czegoś obcego, wywołuję to szereg obaw i odwraca uwagę od delikatnych trzasków płomieni. Aura wydziela różne zapachy, niemożliwe do porównania z żadnym ze znanych, chyba że jest się demonem. Powłoka, choć nie wygląda, okazuje się nawet twarda, dodatkowo popisuje się swą elastycznością, tylko czekając na ofiarę, która nadzieje się na ostre brzegi, skuszona miła aksamitnością. Lepi się nieznośnie i skleja wargi, choć można wyczuć jakiś ślad czegoś suchego. Szybko jednak pikantny, palący w język posmak odwraca od tego uwagę. Na koniec zaś paradoksalnie zdaje się, iż pozostała tylko przyjemna łagodność.
Wygląd: Francine jest specyficzną mieszanką pod każdym względem, także i w kwestii urody. Jej blada skóra i żywo zielony kolor oczu nie odbiega od norm typowej Nemorianki. Natura obdarowała ją również w gęste i grube włosy w kolorze kruczych piór. Są niebywale nieposłuszne i niesforne, a to wszystko dzięki swojej zadziwiającej lekkości. Uniesione na wietrze czy też zanurzone w ... (Więcej)

Postprzez Fergus » Wt lip 18, 2017 7:57 pm

- ...dwa - dodał, cofając kamienny pal do formy niewielkiego kamyka. Wiszący na nim łowca dawno już nie żył i osunął się na ziemię z miną człowieka zaszokowanego, z krwią wypływającą mu z ust strumieniami.
Następnie jego wzrok zawiesił się na przywódcy tajemniczej bandy, który z uniesionym mieczem zaczął nagle rosnąć. Jego mięśnie napięły się do granic możliwości, a do oczu napłynął dziwny blask, jakby sam Książę Piekieł postanowił wyjść z czeluści, by rozprawić się z Piekielnym za jego wybryki z młodzieńczych lat.
- Proszę bardzo - mruknął diabeł, uśmiechając się szeroko do swojego przeciwnika. Dalej nie widział w nim zagrożenia, z którym nie dałby sobie rady. W końcu on sam nie był chuderlakiem.
Fergus nie spodziewał się jednak magicznej energii, skumulowanej w ostrzu i wysłanej w jego kierunku z ogromną siłą. Ciałem Piekielnego rzuciło w tył i zatrzymało go dopiero na pniu starego dębu, o który uderzył niczym piorun. W oczach mu pociemniało, a pierś zakuła tępym bólem. Zęby rezonowały jeszcze długo, ale nawet to nie zdołało zetrzeć uśmieszku z twarzy diabła.
- Nieźle - skomentował, wypluwając krew zbierającą się w ustach. - Dawaj jeszcze raz.
Na te słowa zareagował jednak nie lider, a jeden z jego ludzi, który wchłonął podobną ilość magii i teraz skierował jej uderzenie na Fergusie. Fala przeszła po ziemi, kładąc trawę i rozrywając na pół drzewo, na którym jeszcze sekundę temu opierał się rogaty.
Piekielny uskoczył w porę, by zobaczyć jak kawałki drzewa wylatują zza jego pleców i dzwonią o drobne kamienie.
Zaraz układ sił zmienił się diametralnie na jego i Vesca stronę, kiedy chłopak dźwignął się z ziemi i złapał za ostrze łowcy nagród. Klinga zasyczała i wypuściła z siebie dusze zamkniętych tam istot. Diabeł długo obserwował jak duszki ulatują ku niebu, podobnie jak siły ludzi, którzy zmącili jego spokój.
- Nic - zaśmiał się Fergus, zmieniając dłoń w ognistą kulę, na widok której dwóch łowców rzuciło bezużyteczny już oręż i poprostu zwiali, zostawiając swego szefa na łasce chłopaka i jego mentora. - Ale mój pan na pewno ucieszy się z nowej duszy.
Po tych słowach, Piekielny zdmuchnął płomyk spomiędzy palców i zamknął prawą nogę przeciwnika w kamiennych klamrach, uniemożliwiając mu jakąkolwiek ucieczkę. Dopiero wtedy twarz łowcy zbladła jakby ktoś polał ją mlekiem, a on sam rzucił się na trawę, wyciągając spod koszuli srebrny krzyżyk.
- Błagam, oszczędź! - zawył z rozpaczy łapiąc rękoma powietrze, gdy Fergus podniósł go za gardło.
- Mógłbym obedrzeć się ze skóry - zaczął, łamiąc mu kolejne palce z głuchym trzaskiem. - Uwędzić i zjeść - przy ostatnim mrugnął do Vesca i wyszczerzył zęby. - Ale za kopnięcie kobiety po prostu cię utopię.
Następnie wykonał zamach i bezceremonialnie rzucił ciałem łowcy jakby był szmacianą lalką do Błyszczącego Jeziora, upewniając się, że kamień na jego nodze jest stabilny.
- A my chyba mamy do porozmawiania - powiedział kiedy zniknęły ostatnie bąbelki tonącego i sprawnym ruchem ściągnąl towarzyszowi kaptur z głowy.
Avatar użytkownika
Fergus
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tarilion, Paygen,
Rasa: Diabeł
Aura: Aura swoją siłą niezbyt wyróżnia się spośród wielu innych, ale zdecydowanie nie można nazwać jej słabą. Jej ostry i słony smak szybko przykuwa uwagę tych, których zmysł magiczny jest wyostrzony, a przytrzymuje ją hipnotyzująca i bardzo wyrazista poświata błyszcząca niczym oglądany pod słońce bursztyn; wielu odpycha jednak roztaczający się wokół, duszący odór siarki. Mimo tego nikt kto zechce się jej lepiej przyjrzeć nie będzie żałował: lśniące złotem monety o ostrych, jakby poszarpanych brzegach spadają z nieba, by przebić się przez unoszoną w powietrzu gładką, zabarwioną na cynowo taflę wody i odbijając się od twardych, żelaznych skał w końcu wpaść w bezlitosne objęcia tańczących swobodnie wraz z wiatrem, miedzianych języków ognia. Ich bezwolnej podróży ku upadkowi towarzyszy szum nadchodzącej wichury, następnie plusk wodnej powłoki, rumor spadających głazów i trzask płomieni, za którym idzie rozchodzące się po ciele uczucie gorąca.
Wygląd: Jak na diabła Fergus nie jest specjalnie wysoki, choć spokojnie za takiego może uchodzić w Alaranii. Mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i waży sto kilogramów, czego jednak nie widać z powodu szczupłej sylwetki i wyrzeźbionych mięśni, ukrytych pod warstwą ubrań. Jego skóra jest ciepła i szorstka w dotyku, barwą przypomina pomarańczową cegłę, lecz gdyby przyjrzeć ... (Więcej)

Postprzez Rufus » Wt lip 25, 2017 6:01 pm

        Powoli i z mozołem przedzierał się przez gęste tataraki ku jezioru. Wysiłek był to dlań nie lada, bowiem ajer rósł gęsto, łodygi miał twarde, podłoże było tu rozmokłe i śliskie, a jego postura i warunki fizyczne wcale nie dawały mu przewagi w zmaganiach z upartą roślinnością. Na uniwersyteckiej katedrze ciężko było dbać o sprawność organizmu. Czas bez reszty pochłaniały mu wykłady, badania, eksperymenty i nauka. Długie godziny trawił nad starymi inkunabułami lub z gęsim piórem w ręku. Zresztą, nawet gdyby miał możliwość regularnego dbania o swoją tężyznę to i tak za nic w świecie nie pohańbiłby się tego typu czynnością, gdyż tak był święcie przekonany o wyższości wyrobionego umysłu nad wyrobionymi mięśniami. I mimo poważnego wieku dopiero teraz pierwszy raz w życiu żałował swojego podejścia do kwestii fizyczności, gdy sromotnie przegrywał zmagania z trochę wyższą trawą. Profesor Baltazar Sponge - słynny badacz latających żab, szef Instytutu Przyrodniczego w Meot, na swojej pierwszej wyprawie badawczej nad Błyszczące Jezioro.

        Obserwowali przed sobą, jak wątłe plecy wielkiego mózgowca dygotały z wysiłku przy łamaniu badyli. Co to był za cudak, to nie mogli się nadziwić. Profesorek, dziadziunio, intelektualista, znawca żab, wegetarianin, a przy tym gamoń, gapa, zdolny zgubić się nawet we własnym mieszkaniu i zupełnie nieprzystosowany do egzystowania poza biblioteką. Ale wynajął ich do ochrony i płacił za to niemałe pieniądze. Niech sobie zatem jest jaki chce, póki kasa się zgadza. Dla dwóch zaprawionych gladiatorów ze szkoły Mortis tylko to w zasadzie się liczyło. Rufus Sichsel i tajemniczy Don Pedro czuwali zatem, by uczonej ciamajdzie nic się nie stało pośród dzikich stepów równiny Maurat.
        Obaj mężczyźni byli w okolicach czterdziestki, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Ale na tym podobieństwa między nimi się kończyły.
        Don Pedro prezentował urodę typową dla wschodu kontynentu. Blady jak wyschłe na słońcu kości. Wysoki, szczupły, wręcz szczudłowaty, z oklapłą grzywą czarnych, przetłuszczonych włosów pod przekrzywionym kapeluszem, z gęsto zarośniętą klatką i zawijasami rytualnych tatuaży na obu ramionach. Mina dziarska i zadziorna. Oczy przekrwione i kaprawe. Sumiaste wąsiska, które właściciel gdyby chciał mógłby sobie nawet zawinąć wokół uszu. Szczerbaty uśmiech starego marynarza. Skrzekliwy głos i charakterystyczny akcent na pierwszą sylabę sugerował pochodzenie gdzieś z okolic Rubidii. Uzbrojony w szeroki kordelas i jakieś dziwaczne urządzenie, wyglądające jak skrzyżowanie wielorybniczego harpuna z abordażową kotwiczką. Pokraczny oręż był jednak potwornie niebezpieczny, bo nikt za bardzo nie wiedział, jak walczyć z czymś takim, a wysoki wiarus skrzętnie tą przewagę wykorzystywał. Był dużo młodszy od swojego kompana, ale to on w tym duecie był dowódcą, rozkazodawcą i mentorem.
        Rufus natomiast był krępy i zwarty, a do tego tak tęgo nabity mięśniami, że w porównaniu z kolegą wyglądał jak nosorożec postawiony koło wyżła. Wiekiem zbliżał się już powoli do półtorej setki, ale smocza krew krążąca w jego żyłach pohamowała starzenie organizmu, konserwując go w stanie właściwym dla człowieka około czterdziestoletniego. Niski wzrost i krótkie kończyny rekompensował sobie zasięgiem, jaki dawała broń drzewcowa - długa postawiona na sztorc kosa bojowa.  Hebanowa skóra błyszczała od potu. Mina wyrażała wielkie nic, wzrok miał mętny i mało rozumny, niepytany uparcie milczał, a jego apatyczność nasuwała skojarzenia, ze snującym się bez celu zombiakiem.
        Mimo jednak tych drastycznych różnic zarówno anatomicznych jak i charakterologicznych potrafili ze sobą współpracować i stworzyć zgraną ekipę.

        Uczony po kilku wymęczonych krokach dał wreszcie za wygraną. Miał tu badać płazy, a nie zmagać się z szuwarami. Odwrócił się zatem do podążających za nim mięśniaków. Ten biały, bardziej żylasty został nieco z tyłu, ale zaraz za sobą miał napakowanego jak miejskie archiwa murzyna. W swej uprzejmości nie zdobył się na twardy rozkaz, ale swej dyspozycji nadał ton taktownej prośby.
- Czy mógłby pan pańskim zaiste imponującym rynsztunkiem wykonać pewne zamaszyste czynności, które położyłyby pokotem tę nieco zbyt wybujałą i przez to zupełnie deprymującą mnie florę, aby wydatnie zoptymalizować naszą ekspedycję przez nabrzeżne zarośla? – piękną akademicką leksyką wygłosił swoje życzenie.
Otępiały umysł czarnoskórego gladiatora rejestrował tylko fragmenty wypowiedzi. – „Mógłby pan…” – tyle tylko dotarło do mózgu. Pozostałych usłyszanych słów nawet nie zrozumiał.
- Mógłbym. Ale co? – bąknął. Sprawiał wrażenie upośledzonego.
Zdezorientowany naukowiec rozdziawił gębę.
- Panie! – włączył się do rozmowy Don Pedro – Coś pan za mowę wywalił!? – zarechotał ukazując niekompletne uzębienie. – Do osiołka musisz pan mówić prościej. Jak… no właśnie… jak do osiołka.
- To jak mam mówić? – zapytał niepewnie.
Wąsal podszedł do czarnoskórego, klepnął gladiatora w ramię i wskazał ręką wysoką ścianę wyschłych trzcin.
- Zrób tu przejście. – zakomenderował krótko.
        Ruchy kosy były regularne, szybkie, pewne. Czempion Colloseum w Meot orężem, które zgasiło już niejeden żywot, teraz bez żadnego zażenowania wycinał ścieżkę przez sitowie.

        Ostatnie cięcie i za powalonymi kłączami wreszcie otworzyła się przed nimi pusta przestrzeń. Don Pedro wyskoczył z gąszczu pierwszy, wyprzedzając swego ospałego towarzysza. Szybki rzut oka wystarczył mu do oceny sytuacji. Niezbyt rozległa leśna łączka, na prawo półkolista ściana drzew, na lewo spokojna, gładka jak lustro tafla jeziora oddzielona od trawiastej połaci wąską wstążką drobnopiaszczystej plaży. Jakieś dwieście kroków przed nim leśny zagajnik niejako wchodził w wodę zamykając widnokrąg. Dokładnie tam, niemal na styku lasu i wody, bezpośrednio na piachu płonęła niewielka blandera, wokół której bawili wysoki czerwonoskóry mężczyzna i jakiś podrostek. Raczej niegroźni. Chyba będzie bezpiecznie. Stary pierdoła z uniwersytetu może wleźć na polanę i szukać tych swoich latających ropuch. Włożył palce w usta i świsnął.
        W oczekiwaniu na towarzyszy przyjrzał się dokładniej napotkanym osobom. Dzieciak jak to dzieciak, zwykłe pacholę, nic specjalnego. Natomiast druga postać po wnikliwszej obserwacji okazało się, że obnosiła się z krótkimi różkami na głowie i długim szczurowatym ogonem. Blady gladiator stracił nieco swój rezon i przestał być taki pewien tego, że okolica jest bezpieczna.
- Stary patrz tam! – wrzasnął podekscytowany do czarnoskórego kompana, który właśnie wychynął z liściastego korytarza. – Diabeł!
- No diabeł. – Rufus wzruszył tylko ramionami, choć nigdy nie widział diabła. – I co?
- Jajco.
- Aha. – kosynier uznał rozmowę za zakończoną.
- Pomyśl przez chwilę! – wysoki Rubidiończyk zdenerwował się przedłużającym się milczeniem kolegi.
Sichsel chmurnie zmarszczył brwi. Nakazana czynność zdecydowanie nie była zlecana mu zbyt często. Raczej nie bez powodu.
- Chcesz mnie obrazić? – zapytał.
- Nie! – pisnął rozeźlony wąsacz. – Rozkazuję ci pomyśleć!
Murzyn podrapał się po łysinie.
- Ale co diabeł? – popatrzył tępo na kamrata. – No wybacz, ale nie rozumiem. – usprawiedliwił się.
- Dobra, nieważne. – tamten zrezygnował już z dalszych prób zainteresowania kolegi rasą niezbyt powszechnie spotykaną na kontynencie Alarańskim.
        Tamci od razu niemal zauważyli nowoprzybyłych, bo w sumie trudno było ich nie zauważyć. Wydzierali się na siebie jak samice puszczyków w okresie lęgowym. Stracili element zaskoczenia, więc blady wiarus zareagował już szybko, żeby przynajmniej zatrzymać przy sobie inicjatywę w zbliżającej się konfrontacji.
- Stać! Nie ruszać się! – ryknął. – Mam drakona i nie zawaham się go użyć!
Reakcja dwójki osób siedzących przy ognisku nie była jakaś przesadnie żywiołowa. Chyba nie robił na nich wrażenia wrzeszczący chudy białas i milczący napakowany murzyn.
- Rufus! – zaskowytał Don Pedro złowieszczo, jakby samo imię mistrza areny mogło zabijać. – Nastrasz ich! Powiedz im coś groźnego!
- Macie może wódki się napić? – rzucił smętnie kosynier, który daleki był od ekscytacji swojego patrona. Jeśli to nie wywołało konsternacji na polanie, to kolejna kwestia zapewne mogła to zrobić.
- I co? Są żaby? – zapytał profesor Baltazar Sponge, gdy wreszcie wygramolił się z wyrąbanej ścieżyny na otwarty teren.
Avatar użytkownika
Rufus
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Niphred, Dima,
Rasa: drakon
Aura: Emanacja o średniej sile, potęgą nie wyróżnia się z tłumu. Zamiast tego w pamięci pozostanie fakt, że nieczęsto zdarza się czytać aurę tak smutną i przygnębioną. Mimo wciąż młodego wieku i dość lśniącej powierzchni zdaje się być zużytą i smętną. W swej obojętności pozbawiona jest poświaty, jakby jej właściciel dawno zaniechał podejmowania jakichkolwiek kształtujących go decyzji. Żelazo jest tu głównym kolorem, który przykrył wszystkie inne, tak jak piach na arenie zaciera ślady wojowników, oglądającemu zostawiając jedynie w domyśle niegdysiejsze istnienie innych barw. Wokół panuje całkowity bezdźwięk, taki sam jaki unosi się na placu boju, gdy już nikt żyw niepozostanie. Zapach jest trudny do zidentyfikowania. Można być pewnym iż nie jest demoniczny, na myśl swoją wielobarwnością odrobinę przywodzi smoki, jednak typowo smoczą, ciężką wonią również nie jest. W odczuciach aura jest prosta i zdecydowana. Choć gnie się pod dotykiem, nie ucieka przed nim jawiąc się wyraźnie twardą. Jej krawędzie są przytępione przez los, tak jak wytarta i zmęczona powierzchnia, która teraz jest chropowata. W smaku uciążliwie wręcz słona i nieprzyjemnie lepka, długo pozostawia męczące doznania na ustach.
Wygląd: Mężczyzna w średnim wieku. Murzyn. Niewysoki - pięć i pół stopy wzrostu. Na czubku głowy dwa długie osełedce skołtunione w dredy i odpowiednio natłuszczone gęsim smalcem. Poza tym łysy. Czoło przecięte jedną poziomą bruzdą. Brwi nisko nasunięte na piwne, osadzone głęboko oczy. Spojrzenie smutne i puste. Szeroki, rozpłaszczony nos. Usta duże, wydatne. Pucułowaty. Mina ... (Więcej)
Uwagi: Nigdy nie podróżuje sam. Zawsze jest przy nim jakiś patron ze szkoły gladiatorów.

Poprzednia strona

Powrót do Błyszczące Jezioro

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron