Rozwiązać sprawę Klątwy


Pokryte wiecznym śniegiem malownicze góry kryjące w sobie wiele tajemnic. Legendy mówią, że gdzieś w jednej z górskich dolin znajduje się sekretna wioska zamieszkała przez skrzydlatych ludzi. Nie są oni aniołami, ani demonami, posiadają jednak ogromne pierzaste skrzydła. Księgi mówią również że mają oni niezwykła moc uzdrawiania, jednak nikt nigdy nie spotkał tych tajemniczych sworzeń.

Postprzez Vergil » Pt lis 24, 2017 7:49 pm

         – Życie czasami bywa brutalne – powiedział, nie wiadomo, czy do kotołaków, czy może sam do siebie, przypominając sobie jedną z prawd na temat otaczającego ich świata. Już wcześniej przecież powiedział im, jak posilają się wampiry, więc powinni być gotowi na to, że znajdą się w sytuacji, w której doskonale będą wiedzieli to, jak sam Vergil zdobywa pokarm, czym przecież był szkarłatny płyn, który można znaleźć w żyłach innych ras.
Na słowa jednego ze zmiennokształtnych, które były skierowane dokładnie do niego, wzruszył tylko ramionami. On wiedział więcej o Alaranii, niż oni sami, więc był pewien, że drapieżniki leśne, a także padlinożercy, uporają się z tymi wszystkimi ciałami w zaledwie kilka dni… jeśli nie szybciej. Jednak oni chcieli coś zrobić z tymi ciałami. Chcieli pochować je w zbiorowej mogile. Wampir wątpił w to, żeby udało mu się zmienić ich decyzję, więc postanowił nie przeszkadzać im w tym wszystkim i obserwować okolicę. Uważał, że lepiej było, jeśli ktoś to robił, bo inaczej ktoś lub coś mogłoby ich zaskoczyć i zaatakować. Odgłosy niedawnej walki i wycie wilków mogłoby ściągnąć tu kolejne stado tych zwierząt lub nawet innych, może groźniejszych, stworzeń.
         – Gdybyście zostawili go przy życiu i nawet opatrzyli jego rany, większa szansa byłaby na to, że zerwie się i od razu zaatakuje, niż na to, że podziękuje za opiekę i odejdzie w swoją stronę – odpowiedział, jak najbardziej poważnie. Nie silił się na ironiczny, czy tam złośliwy ton, bo mówił spokojnie i poważnie. Nie chciał, żeby pomyśleli, że kłamie, aby tylko wytłumaczyć się jakoś.
         – Tak zachowują się bandyci pokroju tego człowieka – dodał po chwili. Mówił z doświadczeniem osoby, która na własnej skórze przekonała się, iż takich ludzie nie powinno się ratować, bo prędzej wbiją ci oni nóż w plecy i okradną, a nie będą wdzięczni za to, że pomogło się im. Oczywiście, mogły istnieć wyjątki od tej reguły, jednak była to zdecydowana mniejszość.

Vergil możliwe, że na początku chciał jakoś pomóc kotołakom w tym, co robili, jednak później uznał, iż jest ich tam i tak sporo, a on tylko plątałby się pod nogami i co chwilę pytał o to, co ma robić. W końcu nie wiedział nic o tym, co teraz robili. Postanowił, że będzie przyglądał się temu wszystkiemu, łącząc to z obserwacją okolicy i uważaniem na jakieś podejrzanie dźwięki lub obrazy.
Jego uwagę zwróciła na siebie mroczna elfka, która dołączyła do nich niedawno. Dziewczyna, chyba, postanowiła im jakoś pomóc. Wampir zaczął jej się uważniej przyglądać, a raczej temu, co robiła. Powiedziała coś cicho, jednak on mógł to usłyszeć, w końcu miał ponadprzeciętny zmysł słuchu. W jej dłoni pojawiła się księga, czemu towarzyszyła dziwna, srebrna mgiełka. Znaczy… zmaterializowała się ona nad dłonią Sherreri i lewitowała tam teraz, cały czas otoczona tym nienaturalnym dymem. Zaczęło być to trochę bardziej interesujące od kotołaków i obserwacji krzaków rosnących w pobliżu. Dziewczyna o różowych włosach znów zaczęła mówić, jednak teraz był to język, którego Vergil nie mógł zrozumieć. Możliwe, że był to jakiś magiczny język, którego można nauczyć się, będąc kimś mocniej związanym z magią, niż jest on sam. Z jednej strony, wydawało mu się, że już gdzieś słyszał ten język albo widział coś, co było w nim zapisane, a z drugiej… miał wrażenie, iż słyszy go pierwszy raz w swoim życiu. To było dziwne.
Okazało się, że słowa te były, prawdopodobnie, zaklęciem, bo gdy Sherreri skończyła mówić, ziemia zaczęła drżeć, a po chwili dało się zauważyć doły, które tworzyły się w podłożu. Gwałtownie odwrócił głowę w stronę, w którą „sięgnęła” elfka. Możliwe, że osoba nieposiadająca w sobie mocy magicznej, nawet takiej uśpionej, nie dostrzegłaby magicznego kręgu, jednak pioruny oślepiły każdego, kto akurat spoglądał w tamtą stronę. Wampir zamknął oczy, wsłuchując się w odgłosy wydawane przez pioruny i otworzył je, gdy uderzenia ustały. Właściwie, dobrze, że to zrobił, bo zauważył, że mroczna osłabła. Po chwili straciła równowagę i zaczęła spadać. Może wylądowałaby twarzyczką w błocie, gdyby nie to, że Vergil błyskawicznie doskoczył do niej i zdążył złapać jej ciało przed tym, jak uderzyło w błotnistą i mokrą ziemię.

Spojrzał w stronę kotołaków. Wydawało mu się, że zrobili już wszystko, co chcieli, gdy zabierali się za pochowanie bandytów i wilków.
         – Możemy ruszać? - zapytał, cały czas trzymając mroczną elfkę w ramionach. Już wcześniej sądził, że dziewczyna nie waży dużo, jednak dopiero teraz mógł to rzeczywiście sprawdzić.
         – Czy jeden z was mógłby podnieść jej kostur i ponieść go przez jakiś czas? - zapytał, spoglądając na przedmiot, o którym mówił. Co prawda, wyczuwał w nim magię, jednak wydawało mu się, że jeśli podniesie go ktoś inny niż Sherreri, to nic nie stanie się tej osobie.
         – Mam nadzieję, że dalsza droga będzie spokojna – odparł. Przez chwilę nasłuchiwał, czy nagle nie pojawi się tutaj Pan Winorośl i nie powie im, że tak nie będzie, bo już on o to zadba. Na szczęście dla całej grupy, coś takiego się nie stało. W dodatku, mgła zaczęła całkowicie znikać i słońce zaczęło przebijać się przez lekko zachmurzone niebo. Teraz musieli znaleźć kryjówkę osoby, przez którą znaleźli się właśnie tutaj i liczyć na to, że zdejmie z nich klątwę.
Avatar użytkownika
Vergil
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin,
Rasa: Wampir Czystej Krwi
Aura: Silna emanacja, która zachwyca ilością barw, u podstaw żelazny odcień delikatnie przechodzi w srebrny. Wyżej natomiast staje się kobaltowa. Całą powierzchnię pokrywają drobne, intrygujące kształty w kolorze rtęci z daleka przypomina to pył. Tu i tam widać chaotyczne maźnięcia pędzlem zanurzonym raz w miedzianej, a raz w barachitowej farbie. Otula ją niczym koc, obsydianowe światło. Niespodziewanie można odczuć uczucie zagrożenia, chwile po tym słychać jęki i wrzaski torturowanych. Niesie ze sobą woń świeżej krwi niezmiennie będący w parze z metalicznym posmakiem w ustach. Złamać powłokę emanacji to poważne przedsięwzięcie, jest ona bowiem niebywale twarda, dodatkowo elastyczna, więc może unikać jakichkolwiek ciosów bez trudu. Posiada ostre jak brzytwa brzegi ukryte pod aksamitnym puchem. W smaku charakteryzuje się łagodnością, lepi się naprawdę mocno, chcąc ukryć pojawiającą się czasem lekką suchość. Na trwałe zapada w pamięć.
Wygląd: Vergil nie wygląda jak osoba, która żyje prawie sześćset lat, nie ma tu czemu się dziwić, w końcu jest wampirem. Gdy nie zna się jego rzeczywistego wieku, to można stwierdzić, że wygląda na około 35 lat. Nie należy do najwyższych, jednak jest wysoki, bo mierzy sobie 6,3 stopy (192 cm), a przy tym jest dobrze zbudowany i posiada wręcz trupioblady kolor skóry, jak to wampir. ... (Więcej)

Postprzez Mansun » Pn lis 27, 2017 12:39 pm

Można by powiedzieć, że ciężka atmosfera powoli ustępowała i wszystko wracało do normalności. Kotołaki jednak, mimo iż (w większości) uspokajały się dosyć szybko to wyciągały raczej stałe wnioski ze swoich obserwacji. I tak w ich oczach wampir nie był już tak wspaniały jak na początku. Choć niewątpliwie musiały jeszcze dużo się o tej części świata nauczyć to w ich mniemaniu nie musiał być on aż tak brutalny jak krwiopijca im zaprezentował.         Zupełnie inne sytuacje i podejście do nich pamiętały ze swojej ojczyzny, były więc rzeczy, których nie mogły lub nawet nie zamierzały pojmować. Bezwzględność była jedną z tych cech, co to ani jej nie przejawiały, ani nie rozumiały jako takiej. Nawet jeżeli życie w takich, a nie innych warunkach wymuszało zachowania im nieznane nie potrafiły z nimi sympatyzować. Docierać za to zaczęło do nich jak wielka przepaść kulturowa dzieli ich i tubylców. Oczywiście póki co nie mieli zbyt wielkiego rozeznania - to była pierwsza ich większa ,,podróż po kontynencie" - niespodziewana i póki co i tak nie trwająca długo, ale niosąca ze sobą wiele wrażeń i sposobności do nauki oraz przemyśleń. Przestali się dziwić, że z pierwsza sunbaryjska wyprawa nie zdążyła zapuścić się wgłąb lądu - i na samym wybrzeżu mieli dość do oglądania, spisywania i tłumaczenia na jakieś bliższe im wartości.
       Zapamiętali słowa wampira. Chwilowo nadal nieco go ignorowali, ale nie byli na tyle głupi, by puszczać mimo uszu to co mówił. Zaradi jako sceptyk pomyślał nawet, że krwiopij mógł mieć rację - człowiek wcale nie musiał okazać im wdzięczności. Nijak jednak nie usprawiedliwiało to jego zachowania. Karakale nauczyły się postępować wedle znanych im zasad i choć obecne środowisko było o wiele mniej przewidywalne i stabilne od ich rodzimego niczego to w ich pojmowaniu nie zmieniało - niektóre rzeczy trzeba było robić nawet jeżeli oznaczało to narażenie się lub wystawienie na niesprawiedliwość. Co prawda blondyn ze swoim charakterkiem i tak wydawało się, że stawia opory jednolitości grupy, jednak tak naprawdę wszystkie kotołaki wysłane do Alaranii były pod względem wyznawanych ideałów bardzo sobie bliskie i niezwykle w swoim podejściu uparte. Tak hardy Zaradi, beztroski Mansun, płochliwy Kanhuma jak i spokojny Fon, niepoważny Luke i mało rzucający się w oczy Ibis potrafili bez odgórnego rozkazu stanąć ramię w ramię, a naprzeciw światu jeżeli tylko zaszła taka potrzeba. Chwilowo co prawda była ich tu zaledwie czwórka, ale nie zawahałyby się zmierzyć z wampirem, choć zgodnie z wszelkim rozsądkiem odwlekałyby potyczkę do granic możliwości. Na walkę między nimi jednak się nie zapowiadało - dezaprobata kotów i odmienne zwyczaje to było zdecydowanie za mało, by decydować się na poważną w skutkach (przynajmniej dla jednej strony) bójkę. Poza tym Vergil nadal był nieco uzależniony od Kanhumy - jeżeli coś by się kotu stało, on także nie uniknąłby konsekwencji. I nie chodziło tu tylko o ewentualny spór - każda próba ataku na porucznika (z czyjejkolwiek strony) zagrażała też wampirowi. Ciekawe czy kiedykolwiek stanął już w podobnej sytuacji. Normalnie silny i raczej trudny do pokonania teraz miał jedną bardzo wyraźną (dla wtajemniczonych) słabość. Słabość, którą można było dość łatwo odkryć, o ile posiadało się odpowiednio silny zmysł magiczny i potrafiło się łączyć ze sobą fakty.  

       Trzeba było się tym zająć. Choć w sumie cała sytuacja najmniej korzystna była właśnie dla wampira - koty mogły wyciągnąć z niej jakieś korzyści. Różowowłosa zaś... nadal była chyba zbyt tajemnicza, by trafnie ocenić jej podejście do sytuacji. Póki jednak nie użyła swojej magii (w obronie Zaradiego!?) nie wyglądała na poszkodowaną.
Kot aż podskoczył, gdy za jego plecami huknęło i odwrócił się nerwowo przyklękając na ziemi. Ani on jednak, ani jego towarzysze nie zobaczyli zbyt wiele, gdyż tak intensywne bodźce skutecznie ich oszałamiały. Musiało minąć kilka chwil nim zmysły przestały odmawiać im posłuszeństwa. Zaczęli zastanawiać się co się właściwie stało, dlaczego i w ogóle jak!? Nie mogli się zorientować co spowodowało wyładowania, ale prawdopodobnie to zjawisko nie miało się szybko powtórzyć. A jeśli tak, to mają przekichane, bo Wiśnia albo oberwała albo osiągnęła swój limit (w końcu wcześniej pomogła im używając magii), oni zaś nie posiadali umiejętności mogących obronić ich przed tego rodzaju atakiem.
       Blond kapitan czujnie przyjrzał się dziewczynie, gdy ta spoczywała już w ramionach jak zawsze będącego we właściwym czasie i miejscu Vergila. O ile dobrze odczytał sytuację gdyby nie jej interwencja to właśnie on by oberwał, czuł więc gdzieś tam głęboko jakąś wdzięczność, nadal jednak rogatej nie ufał. Nie dała skrzywdzić członka grupy, do której dołączyła - tak to odbierał i uważał jej decyzję za zwyczajnie słuszną. Powinien jednak wiedzieć, że nie zawsze staje się w obronie nowo poznanych osób i że miał zwyczajne szczęście. Wiśnia być może była najgroźniejszą (najsilniejszą) z nich, mogącą sobie pozwolić na właściwie wszystko - a jednak nie robiła tego, tylko sprytnie zachowywała takie pozory jakie jej odpowiadały. Koty nie zorientowały się kiedy podjadała ich energię - nie wzbudziła ich podejrzeń także wtedy, gdy żywiła się kosztem i tak już martwych bandytów. Uznawali jej działania za oznakę szacunku, a wcześniej neutralnej ciekawości, bo takie sprawiała wrażenie. Te drobnostki sprawiły, że kiedy po raz kolejny używała magii, a co poniekąd udemoniczniało jej wygląd i postawę nie mieli w sobie już odruchu ucieczki.
Teraz zaś, kiedy spoczywała bezwładnie w ramionach wampira w ogóle nie kojarzyła im się z zagrożeniem.

       - Hja mohgę ponieźć phannę Wiźnię. - Zaoferował Mansun bez właściwie żadnego powodu, ale za to ze szczerą gotowością do podjęcia się tego zadania. Co prawda Vergil nie potrzebował przy tym żadnej pomocy, ale z tego co kotołak widział wcześniej, chyba nie pałał do dziewczyny jakąś wielką sympatią. Może więc wolał ją oddać?
       - Zostaw. Wampir złapał, to niech niesie. - Zaradi wtrącił się w tę rozmowę w ich rodzimym języku, jednak zniekształconą nazwę rasy dało się zrozumieć. Zaraz też spojrzał na czarnoskórą, akurat wtedy, gdy drugi kapitan delikatnie dotknął jej policzka.
       - Niz jej nie hest? - Mansun nie wdawał się w dyskusję z blondynem, ale zapytał zatroskany, patrząc na stróżkę krwi ściekającą niziutkiej po brodzie. Nie wiedział jak to działa u takich jak ona, ale w przypadku kotołaków kiedy któryś pluł krwią to jednak należało się tym zająć.
Vergil jednak koniecznie chciał ruszać dalej. Może więc już zdążył ocenić jej stan jako niegroźny i postanowił nie opóźniać wyprawy?
       Kotołaki popatrzyły po sobie kiedy wspomniany został kostur rogatej. Poza Mansunem, który chętnie niósłby i samą Sherreri nikt nie palił się do trzymania podejrzanego patyka. Kanhuma, bo z natury był ostrożny, Zaradi, bo nie lubił zadzierać z nieznaną magią, a Fon, bo w ogóle nie lubił zadzierać z magią. Wyglądało no to, że zgranie kotołaków tutaj się kończyło. Nim jednak Mansun zdołał podnieść magiczną gałązkę, uprzedził go Zaradi.
       - Dobra, jeżeli się trzyma to możemy ruszać - Mruknął poirytowany zerkając nie tyle na dziewczynę co na Vergila i marszcząc przy tym brwi. Oparł gałąź o ramię i funkął sam do siebie nie wiadomo do końca z jakiego powodu. Być może dla samej zasady.
Teraz jednak kiedy on wziął artefakt, Mansun swój różowy kapelusz, Fon plecak, a Kanhuma notatki byli gotowi do dalszej drogi - i tak, oni też mieli nadzieję, że uda im się ją przebyć spokojnie.
Avatar użytkownika
Mansun
Błądzący na granicy światów
 
Nagrody: Obrazek
Inne Postacie: Kana, Funtka, Lucy, Daro, Maka,
Rasa: Kotołak (Karakal Panquski)
Aura: Z oddala słychać pojedynczy, głęboki ton, nie dający się przez nic zakłócić. Otula zmysły, dając poczucie spełnienia i przynosząc ze sobą delikatną woń zwierzęcej sierści i przyjemne uczucie ciepła. Zmysłów nie oszczędza jednak smak emanacji, wyraźnie pikantny, a do tego gorzki i kwaśny. Później dostrzec można jasną i błyszczącą szafirową poświatę, połyskującą niczym korony drzew skąpane w słońcu. Otula ona emanację o średniej silne, na którą tworzy się dość słabe tło oraz znacząco silniejszy promień mocy, przeszywający ją w jednym miejscu, wskazując źródło swojej potęgi. W dotyku jest twarda i zakończona ostrymi krawędziami. Można jednak znaleźć miejsca w których gnie się niesamowicie, na zmianę lepiąc się do dłoni i wysuszając skórę. Na końcu warto skupić się na barwach aury, stanowiących prawdziwe dzieło sztuki. Całość jej powierzchni pokryta jest wirującymi, silnie cynowymi pasmami, stanowiącymi tło dla reszty barw. Po żelaznych i miedzianych wodach płyną srebrne statki, otulone lekko złotą mgiełką, na długo zapadając w pamięć.
Wygląd: Choć w swoim kraju był raczej średniego wzrostu i postury, w Alaranii sprawiać może wrażenie kogoś cierpiącego na lekką odmianę gigantyzmu. Nie chodzi nawet o to, że jest zwyczajnie wysoki, ale o wielkość jego niezbyt przecież masywnego ciała. Jego alarański odpowiednik przy tych samych proporcjach musiałby mieć jakiś 1.75 metra wzrostu, on zaś ma jakieś dwa metry, co (wraz ... (Więcej)
Uwagi: Karakal mówi z sunbaryjskim akcentem. Podróżuje przeważnie wraz z kilkoma innymi oficerami.

Postprzez Sherreri » N gru 03, 2017 8:20 pm

~Gdzieś w głębokich otchłaniach podświadomości przemienionej~

Tymczasem nieprzytomna mroczna elfka, otworzyła swe powieki powoli i niechętnie. Nie przywitał ją jednak widok kotołaków, ani wampira, a ona sama. Zamrugała parę razy, próbując sobie przypomnieć co się stało.
— Czemu stanęłam w obronie marudnego kota, był dla mnie taki nieprzyjemny i nieprzyjazny…  — mruknęła cicho, nadymając policzki delikatnie.
Elfka usiadła na ziemi w białej przestrzeni, która była aktualnym odzwierciedleniem jej umysłu. Podciągnęła kolana do siebie i objęła je ramionami, wpatrując się w białą przestrzeń przygnębionym wzrokiem.
— Jestem wybrakowana, prawda Drzewko?
— Tsk, przestań mi dawać jakieś dziwne imiona, głupia kobieto — warknął znany jej głos.
Przestrzeń zaczęła wypełniać się magią i tworzyć płatki wiśni po sam horyzont. Część z nich zebrała się przed elfką, tworząc z siebie humanoidalna postać z czerwonymi źrenicami i czarnymi białkami oczu. Było w nich coś przerażającego, ale Wiśnia nie odwróciła wzroku, nawet się rozpogodziła i uśmiechnęła szeroko. Po chwili jednak spojrzała karcąco na ową sylwetkę i stanęła gwałtownie na proste nogi. Zmarszczyła nosek i zbliżyła się do dziwnej istoty, wymachując beztrosko palcem jak do dziecka.
— Prawie wyssałeś mnie do sucha z energii magicznej! Czy ty całkiem oszalałeś, ty… ty… wstrętny patyku!!! — krzyknęła i tupnęła przy tym nogą stanowczo.
Płatkowy stwór wydawał się wzruszyć ramionami, nie reagując specjalnie na całą scenę przemienionej. Jednak zaszła zmiana w jego wyglądzie. Magia zawirowała, a w białej przestrzeni teraz stały dwie różowowłose elfki. Jedna strasznie przejęta sytuacja, a druga wywracająca czerwonymi ślepiami.
— Ostrzegałem ciebie nie jeden raz. Magiczny krąg to MOJA — podkreślił to słowo — magia, a ja nigdy nie byłem przeznaczony do użytku przez istoty żyjące. Cena za jej użycie była tobie znana od początku — skwitowała fałszywa Wiśnia.
— Uhh, jesteś dosyć wścibski jak na patyk, wiesz? Zastanawiam się czy nie wrzucić ciebie do ogniska przy pierwszej lepszej okazji. Panoszenie się po emocjach młodej damy nie jest wskazane — stwierdziła z niezadowoleniem elfka.
— Młoda? M-ł-o-d-a — przeliterowała fałszywka elfka, będąc coraz bardziej rozbawiona z każdą następną literą — Twoje wiosny już dawno opuściły postać dwuczłonową i zamieniły się w trzy cyfrową z wielką czwórką na początku. — Dodała z uśmieszkiem.
— To nie tak dużo… jeszcze… chyba — Sheri odpowiedziała w konsternacji, bo nie zwracała specjalnej uwagi na swój wiek.
„Czy wiek jest taki ważny? Wyglądam młodo, powinno wystarczyć każdemu mężczyźnie.”
Zamyśliła się, gdy fałszywka długoucha zaszła ją od tyłu, opierając się o jej plecy i szepcząc na ucho z niezwykle kąśliwym tonem.
— Nie wspominając o tym, że na oczy męskiego korzenia nie widziałaś
— ECHHHHHHHHHHHHHHHHHHHH
Wiśnia zaczerwieniła się cała, wydając z siebie dźwięk szoku i niedowierzania. Otrząsnęła z siebie fałszywą siebie i obróciła się do niej, wskazując na nią drżącym z gniewu palcem.
— Ty bezwstydna bestio! — powiedziała, wydobywając z trudem z siebie jakiekolwiek słowa.
— Och, przestań z tymi komplementami. Zawstydzę się zaraz — odrzekła nieprawdziwa Sheri.
Teatralnie nawet położyła obie dłonie na policzkach i obróciła głowę w bok, udając niezwykle dobrze onieśmielenie.
— Zmieniłam zdanie — wiśniowata przerwała cały proceder tym zdaniem — Spalenie ciebie byłoby za mała karą. Od dzisiaj robisz za badyla do opiekania kiełbasek nad ogniem — wypowiedziała wolno i zbliżając się powoli do drugiej siebie.
Reakcja tej drugiej była natychmiastowa.
— Zwariowałaś, straciłaś rozum?! Przecież wtedy…
— Pozwól mi się tobą zająć, licz na moją niezwykła delikatność i troskę, patyczku
Fałszywa Sherreri czuła zbliżający się mrok i zaczęłam cała drżeć. Przypomniała sobie nawet stare ludzkie powiedzenie.

Lepiej dostać się w ręce mordercy niż szpony rozgniewanej kobiety


~Odzyskanie świadomości, powrót do świata żywych~

Przemieniona odzyskiwała powoli świadomość, otwierając powieki i wodząc spojrzeniem na boki, a przynajmniej na ile pozwalała jej aktualna pozycja. Nikt nie zauważył, że otworzyła oczy, nawet sam wampir. Odnalazła również kogoś z kim się użerać w swojej świadomości i miała mord w oczach. Nie podjęła jednak żadnych działań, bycie księżniczką w ramionach przystojnego księcia, nie było takim złym uczuciem.
— Mój ty wybawco — wymruczała z zadowoleniem, mrużąc oczy jak głaskana kotka
Nie czekając aż wampir otrząśnie się z zaskoczenia na poprzednie słowa, zarzuciła ręce za niego, splatając dłonie na karku z figlarnym uśmiechem.
Wampir jednak musiał mieć do niej jakieś uprzedzenia, albo po prostu nie ufał, bo bardzo szybko chciał ją zrzucić na ziemię. Spóźnił się jednak minimalnie, bo przemieniona zdążyła też spleść nogi na jego biodrach. To jak silny był nic nie znaczyła teraz, gdy był tak blisko. Bez znaczenia jak nie przepadała za smakiem wampirów, był jak smakowity, tłusty kąsek w lepkiej sieci wygłodniałej pajęczycy.
Kotołaki zainteresowały się zamieszaniem, ale była w stanie lekkiej nieświadomości i nie zwracała na to uwagi. Jeżeli wygłodniały wampir wyczuje krew, też potrafi zmysły. Ona zaś prawie zapukała do drzwi po drugiej stronie. Nie miała ochoty na przystojne ciało wampira, a na to co krążyło w jego krwi. Pragnęła tego i nie mogła się powstrzymać.
— Smacznego — szepnęła cicho, co wypełniło oczy wampira niepokojem i ostrożnością i już trzymał dłonie na jej ramionach, aby ją z siebie zedrzeć jak najszybciej.
Wpiła się w usta Vergila gwałtownie i namiętnie, wybijając go z rytmu co do danej sytuacji. Pozwoliła sobie nawet wsunąć język między jego wargi. Oczy Sheri były iskierkami zadowolenie, ale zadowolenia niezwiązanego z kontaktem fizycznym między nią, a owym mężczyzną.
Krwiopijca zamarł w bezruchu z dłoniami na ramionach drobnej kobiety, uderzony falą nagłego zimna. Spojrzenie jakim rzucił teraz na nią mówiło jednoznacznie „ona jest niebezpieczna”. On jedyny wiedział, co dzieje się naprawdę za kulisami tej sytuacji — co opuszcza jego krew.
Wiśnia wiedziała, że nie może sobie za dużo pozwolić. Nie potrzebowała wrogów, a była pewna, że jak teraz tego nie przerwie to będzie miała jednego więcej. Zabrała jedną szóstą tego co miał i oderwała się od jego ust, oblizując drapieżnie wargi.
W mgnieniu oka zerwała jakikolwiek kontakt z ciałem wampira i umknęła za Mansuna, chowając się za jego plecami. Za kotołaka po chwili wystawała tylko różowa czupryna i para figlarnych oczu, które się zmrużyły widząc reakcję wampira, który był w pełnej gotowości do walki.
— Po co tyle szumu… to był mój pierwszy, wiesz? — obróciła głowę w bok z udawana nieśmiałością, po czym dodała — Nie byłeś taki… zły — oblizała wargi raz jeszcze z zadowoleniem, co zauważył na szczęście tylko wampir.
Reszta grupy w ogóle nie rozumiała sytuacji i była zszokowana nagłą agresją wampira wobec tak niegroźnej istoty jak różowo włosa, stąd wszyscy mieli oczy na nim.
Avatar użytkownika
Sherreri
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Erremir, Thilivern, Gryf,
Rasa: Przemieniona mroczna elfka
Aura: Potężna emanacja już z daleka promieniuje mocą, sięgając niemal tak samo daleko, jak pokrywająca ją topazowa poświata. Nim dotrze się do jej sedna, w nozdrza uderza zapach nieporównywalny z niczym innym. Coś jak słowo na końcu języka, znajomy lecz zapomniany smak i zapach coś nam mówiący (czy to kwiat wiśni?), lecz tajemniczy. Wokoło słychać cichy trzask płomieni, któremu towarzyszy nieznośne ciepło i uczucie suchości w ustach. Zaraz jednak gasi je wilgoć, słychać szmer wody, a w powietrzu unoszą się drobne jej kropelki. Im bliżej do emanacji tym dźwięki zmieniają się, przygniatając teraz stałym głębokim tonem i rumorem spadających głazów. Jeszcze tylko cichy szept liści i lekki podmuch, nim dotrzesz do emanacji i wszystko zamiera. Otacza cię teraz cisza tak głęboka, że słyszysz pulsowanie krwi w głowie, i która pochłania wszelkie inne odgłosy. W smaku jest ostra i gorzka, na zmianę lepiąc się do podniebienia i wysuszając wargi. Na jej powierzchni tańczą sprzeczności, ukazując swoje szorstkie i gładkie elementy, giętkie i sztywne warstwy i miękką powłokę, która tnie ostrymi jak brzytwa zakończeniami. Jednostajny pas cyny oplata aurę dookoła, dzieląc ją na dwie części, z których jedną pomalowano farbą pięknie srebrzystą, a drugą na kobaltowo.
Wygląd: Wśród znajomych istot jest znana pod przydomkiem „Kwiat Wiśni” ze względu na jej bardzo niecodzienny wygląd, nawet jak na przemienioną. Wzrost średnich lotów, bo jedynie 1 łokieć i 2 piędzi (158,4 cm). Typowa dla mrocznych elfów ciemna karnacja o barwie popiołu z suchego drewna, ale tutaj podobieństwa wizualne prawie się kończą. Tęczówki jasnoszare ułożone w żywych, ... (Więcej)

Postprzez Vergil » Wt gru 05, 2017 10:52 pm

Nieprzytomna mroczna elfka nie wyglądała na kogoś niebezpiecznego… jednak to można powiedzieć nawet o śpiącym wilku lub smoku. Vergil już bardzo dobrze zdawał sobie sprawę, że dziewczyna włada potężną magią, jednak ponosi za to odpowiednią cenę, jakby jej zdolności magiczne były uzależnione od czegoś, co zabiera jej energię w zależności od tego, jak silne był zaklęcie.
         – Wystarczy, że jeden z was poniesie jej kostur – odpowiedział Mansunowi. Przecież mógł ją przez chwilę ponieść, w końcu naprawdę nie była dla niego ciężarem. Wampir podejrzewał, że dziewczyna i tak niedługo się obudzi, a więc będzie mogła iść o własnych siłach.
         – Raczej nie… Krew wypłynęła z jej ust cienką stróżką, jednak już się tak nie dzieje. Pewnie niedługo się ocknie – odparł, spoglądając na elfkę. Niedługo po tej krótkiej wymianie zdań, cała grupa ruszyła przed siebie – musieli odnaleźć kryjówkę Pana Winorośli i poprosić go o to, żeby zdjął z nich klątwę. Chociaż, możliwe, że nie będą musieli tego robić, bo powinna to być nagroda za to, że go znaleźli.

         – Obudziłaś się, czyli nie muszę cię już nieść – odparł, gdy usłyszał pierwsze słowa wypowiedziane przez mroczną elfkę. Chciał ją odstawić na ziemię, czy tam zrzucić nawet, jednak dziewczyna przywarła do niego, splatając ręce za jego szyją, a nogi w pasie wampira. To było dziwne.
Sytuacja nie wydawała mu się bezpieczna, więc chciał zmienić się w kruka, aby uciec z uścisku dziewczyny. Próbował nawet zdjąć z siebie jej ręce i nogi, jednak trzymała się jego ciała z siłą, o którą jej nie podejrzewał. Nagle ta pocałowała go, co całkowicie zaskoczyło krwiopijcę. Teraz jeszcze bardziej chciał zmienić formę, ale coś zablokowało mu taką możliwość. W dodatku, udało mu się wyczuć to, że to, co robiła teraz Sherreri pozbawia go energii, którą on sam czerpie z krwi. Był bardziej zaskoczony, niż przestraszony – był już za stary na to, żeby coś takiego go przeraziło… jednak teraz doskonale zdawał sobie sprawę, że Wiśnia jest niebezpieczna i żeruje na energii innych organizmów. W końcu udało mu się ją od siebie odepchnąć, chociaż teraz równie dobrze, to ona mogła postanowić, że już „się najadła”. Dłoń wampira znowu spoczęła na rękojeści szabli, tylko czekała na moment, w którym będzie mógł dobyć broni i jej użyć.
         – Ona żywi się energią życiową innych. Myślę, że całując swoją ofiarę może pobrać jej jak najwięcej, a nawet zabrać ją całą i zabić kogoś w ten sposób – odezwał się po chwili. To nie była jego wina, że zareagował na to właśnie w ten sposób. Przecież nie zmuszał Sherreri do tego, żeby go pocałowała i zaczęła zabierać mu potrzebną energię.
         – Drugiego razu ma nie być, bo wtedy nie zawaham się i twoja krew znajdzie się na moim ostrzu – powiedział, patrząc prosto na mroczną elfkę. Ostrzegł ją, więc będzie ona świadoma tego, co się stanie, gdy, chociaż spróbuje raz jeszcze zabrać coś z jego ciała. Wampir wiedział już, jakie uczucie temu towarzyszy i na pewno wyczuje to następnym razem… jeśli mroczna odważy się to zrobić.

         – Idziemy dalej – zakomunikował w końcu i ruszył przed siebie. Dłoń wampira nadal spoczywała na rękojeści szabli, jednak teraz po prostu tam była, a nie trzymała tę część broni tak, żeby mogła wyciągnąć ją z pochwy, jeśli pociągnęłoby się ją w górę.
Grupa była już coraz bliżej samych gór tworzących Szczyty Fellarionu, co dało się odczuć w zmianie temperatury powietrza, które stawało się nieco zimniejsze. Możliwe, że nawet trafią na śnieg, gdy już dotrą do dolnych części gór. Właściwie, nie wiedzieli, gdzie konkretnie znajduje się miejsce, w którym ukrył się Pan Winorośl, jednak Vergil liczył na to, że nie czeka ich wspinaczka, która skończyłaby się gdzieś w okolicach jednego ze szczytów górskich. Miał nadzieję, że ten człowiek wybrał sobie kryjówkę w miejscu, które nie będzie trudno dostępne.
Pobliskie zarośla zaszeleściły, jednak było to tylko nieduże, bo złożone zaledwie z kilku osobników, stado jeleni i saren, które podróżowały z jednego fragmentu lasu do drugiego. Możliwe, że coś je spłoszyło... może stado drapieżników albo jakiś nieuważny myśliwy, pod którego stopą znalazła się gałązka i złamał ją, gdy tylko przycisnął podeszwę buta do ziemi. W każdym razie, raczej nie zagrażało to grupie, która podróżowała w stronę Szczytów.
Avatar użytkownika
Vergil
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin,
Rasa: Wampir Czystej Krwi
Aura: Silna emanacja, która zachwyca ilością barw, u podstaw żelazny odcień delikatnie przechodzi w srebrny. Wyżej natomiast staje się kobaltowa. Całą powierzchnię pokrywają drobne, intrygujące kształty w kolorze rtęci z daleka przypomina to pył. Tu i tam widać chaotyczne maźnięcia pędzlem zanurzonym raz w miedzianej, a raz w barachitowej farbie. Otula ją niczym koc, obsydianowe światło. Niespodziewanie można odczuć uczucie zagrożenia, chwile po tym słychać jęki i wrzaski torturowanych. Niesie ze sobą woń świeżej krwi niezmiennie będący w parze z metalicznym posmakiem w ustach. Złamać powłokę emanacji to poważne przedsięwzięcie, jest ona bowiem niebywale twarda, dodatkowo elastyczna, więc może unikać jakichkolwiek ciosów bez trudu. Posiada ostre jak brzytwa brzegi ukryte pod aksamitnym puchem. W smaku charakteryzuje się łagodnością, lepi się naprawdę mocno, chcąc ukryć pojawiającą się czasem lekką suchość. Na trwałe zapada w pamięć.
Wygląd: Vergil nie wygląda jak osoba, która żyje prawie sześćset lat, nie ma tu czemu się dziwić, w końcu jest wampirem. Gdy nie zna się jego rzeczywistego wieku, to można stwierdzić, że wygląda na około 35 lat. Nie należy do najwyższych, jednak jest wysoki, bo mierzy sobie 6,3 stopy (192 cm), a przy tym jest dobrze zbudowany i posiada wręcz trupioblady kolor skóry, jak to wampir. ... (Więcej)

Postprzez Mansun » Cz gru 07, 2017 12:41 pm

Karakale szły w miarę spokojnie, choć niektóre z nich nadal niepokoiły się o stan nieprzytomnej dziewczyny. Częściowo przez empatię, częściowo przez poczucie winy - zależnie od osoby. Żadne z nich jednak nie było w wybitnie dobrym nastroju. Mansun co prawda i tak szczerzył się lekko pod swoim różowym kapeluszem, ale grymasem niezadowolenia nadrabiał Zaradi dźwigający ze sobą wiśniowatą gałąź. Wkurzony był chyba, że kobieta musiała ratować go z opresji. Co prawda rogata, cudaczna i potężna, ale zawsze. Choć na upartego dałoby się ją podciągnąć pod jakieś dziwactwo, a nie pełnoprawną dziewczynę. Nawet nie miała futra. Tak, a więc na dobrą sprawę to nie jest kobieta. To to stworzenie. A ratunek z rąk tego był już mniej uwłaczający godności blondyna niż pomoc otrzymana od tej. Naburmuszony był jednak nadal i pełzł przed siebie z wyraźną agresją ruchów, choć i pewnym zrezygnowaniem. Nie rzucał się tak jak na początku wyprawy. Można powiedzieć, że uznał to za bezcelowe, a i zaczął przyzwyczajać się do sytuacji.
       ,,Dziwniej nie będzie." Pocieszał się tą myślą mordując wzrokiem zimnolubne ptaszki przelatujące między koronami coraz częściej iglastych drzew. Choć sunbaryjczycy już opatulili się swoimi szalami i chustami to nie czyniło z nich to w żadnym wypadku fanów chłodu i tylko Kanhuma wydawał się nie przejmować górską aurą - wręcz przeciwnie - chłonął ją zafascynowanym wszystkimi zmysłami i po raz pierwszy aż tak się ożywił. Rozglądał się; podchodził do krzewów i mniejszych roślin, dotykał kory, gałęzi i kwiatów, kiwał głową i mruczał coś do siebie cichutko. Czasami wyjmował notesik i szkicował coś w biegu nie mając odwagi zatrzymać pochodu. Widać jednak było, że korzysta z okazji i zbiera tyle informacji ile tylko może w podobnych okolicznościach. Do małego, szklanego pojemniczka zgarnął próbkę ziemi, po czym zaczął podniecony wymieniać jakieś uwagi z Mansunem, w ich rodzimym języku. Zaradi tylko prychnął.

       W końcu usłyszeli jak ich różowowłosa towarzyszka wybudza się ze stanu nieświadomości i coś mamrocze. Zatrzymali się, a wyższy kapitan wyraźnie się rozpogodził. Z resztą wszystkim chyba nieco ulżyło. Kiedy jednak zobaczyli jak Wiśnia wspina się po wampirze i oplata go w najlepsze kończynami byli nieco zagubieni. Niektórzy nic nie rozumiejąc przechylili głowy, próbując zrozumieć działania kobiety. Może nadal była oszołomiona? A może zwyczajnie kochliwa i postępujący po dżentelmeńsku Vergil już zaskarbił sobie jej szczerą sympatię? A może była stuknięta, jak twierdził w myślach Zaradi?
Z resztą gdy wpiła się w usta hrabiego podejrzeń nasunęło się jeszcze więcej, a koty utknęły w niemym szoku. Blondynowi nawet wypadła z ręki gałąź, którą nosił, ale podniósł ją w miarę niepostrzeżenie.
       Manusn z uśmiechem pomyślał, że chyba właśnie utworzyła im się w drużynie parka, Fon już dawno porzucił próby zrozumienia alarańczyków i ich pokrętnych zachowań, drugi kapitan zajmował się patykiem... tylko Kanhuma poczuł, że coś jest nie w porządku - przez jego ciało przeszedł podobny chłód, który towarzyszył wampirowi. Poczuł jak traci siły i mimowolnie oparł się na Zaradim, który za to go prawie nie zdzielił. Sprawa jednak dość szybko została słownie nakreślona, kiedy tylko Vergil został uwolniony z uścisku, a Wisienka, udając niewinną panienkę schowała się z Mansunem.
       - Wiedziałem... - Wysyczał ledwo dosłyszalnie blondyn wpychając artefakt do rąk frywolnej pasożytki. Swoją drogą było to całkiem przewrotne - wampir, urodzona pijawa pozbawiany energii przez inne, jeszcze bardziej pokraczne stworzenie.
Ten kontynent w oczach co poniektórych sunbaryjczyków stał się już pełnoprawnym domem wariatów. Co jedno to bardziej stuknięte, podstępne i niebezpieczne, a oni mieli tutaj spędzić następne weidrony... za co!? Chyba nie do końca wiedzieli na co się pisali kiedy przygotowywali się do tej wyprawy. Liczyli na syreny na wybrzeżu, ludzi na wsiach i elfy w lasach, a tymczasem po opuszczeniu pierwszego osiedla trafili na... no na te typki, które obecnie z nimi być może trzymały, a co naprawdę im chodziło po głowie trudno było zgadnąć. Plus władający magią szaleniec, który zdecydowanie po ich stronie nie stał, ale możliwe, że da im potem odejść. Jak już zrozumieją, że podróżowanie z wampirem i rogatą dziewczyną to słaby pomysł, a oni to durnie. Ale przynajmniej w pełni władz umysłowych. Podobno.

       - Ojh, alhe nie złoźć się thak... - Mimo poznania niezbyt przyjemnej prawdy o różowowłosej Mansun i tak stanął w jej obronie, próbując ukoić nerwy zdenerwowanego nieco, bo i zaatakowanego wampira. Stan Kanhumy powstrzymał go jednak przed bardziej zdecydowaną interwencją. Mogła zrobić im krzywdę. Jego przyjaciołom!
       - Naphrawdę żywisz shę energhią innych? - Zapytał z lekkim żalem, bo poczuł się nieco oszukany, ale z drugiej strony do tej pory nic się nikomu za jej sprawą nie stało. No poza tym jednym incydentem. Ale na kocią logikę biorąc... pomogła im wcześniej, a także uratowała tyłek Zaradiego. Żywiła się natomiast w sposób bardzo podobny do ich wampirzego kompana, tyle, że on od razu o tym powiedział i niejako uprzedził, a ona to ukrywała. Nie zaskarbiła sobie tym ich zaufania, ale ostatecznie nikt też nie zamierzał jej teraz przeganiać. Stali się tylko nieco bardziej czujni i unikali jakiegokolwiek kontaktu z nią, w obawie przed jej, hmm... żarłocznością. Do Mansuna jednak zaczął powoli docierać sens jej słów - tych, którymi uraczyła go, gdy zawiesiła mu się na szyi. Coś mu świtało, ale nie pamiętał tego tak dobrze, by lepiej to zrozumieć.

       Znowu nieco spięci ruszyli dalej, by po parudziesięciu ledwie krokach wpaść na kolejną niespodziewaną przeszkodę. Niespodziewane przeszkody trzymały się ich dzisiaj wyjątkowo mocno. Niedługo będą mniej spodziewać się ,,normalnej drogi" lub ,,odrobiny spokoju" niż niedogodności.
        Choć w sumie to co czekało na nich teraz trudno było nazwać przeszkodą. Ot, stadko wypłoszonych kopytnych i strzała przelatująca tuż przed głową jednego z kotów. Ale nie trafiła. Wszystko więc było chyba w porządku.
       - O ja cię kręcę, chodź tutaj! - Usłyszeli damski głos i po chwili zobaczyli wybiegającą z lasu dziewczynę w czerwonej pelerynie, ściskającą w ręku łuk. Nic dziwnego, że zwierzęta ją wypatrzyły - w tym wdzianku rzuciłaby się w oczy nawet ślepemu we mgle. Reszta jej stroju była jednak bardziej na miejscu - mocne, ciemnobrązowe i nieco wytarte już spodnie, płowa lniana bluzka, kołczan ze skórzanym paskiem, ciemny keptar przyozdobiony ludowymi wzorami i znoszone, ale wyglądające na bardzo wygodne kierpce. Sama dziewczyna była wysoka, z policzkami zarumienionymi od biegu i chłodu. Twarzą miała całkiem ładną, choć o mocnych rysach, zdradzającch hardy charakter, ale ustami już witała przybyszów szczerym uśmiechem. Spod czerwonego kaptura wystawały roztargane, brązowe włosy sięgające nico poniżej ramion. Jej głos był jasny i przyjemny dla ucha, ale zaskakująco donośny.
       - Wybaczcie, że o mało was nie zestrzeliłam, naprawdę. Nie chciałam. - Zaśmiała się, stając parę metrów po skosie przed nimi, dość blisko zarośli. Nie wyglądała na przestraszoną, ale zostawiła sobie otwartą drogę ucieczki. Całkiem rozsądnie.
       - Czemuż to przechodzicie przez nasz lasek? - Zapytała uprzejmie, choć podkreśliła delikatnie słowo ,,nasz". Nie było jednak póki co widać nikogo kto by jej towarzyszył. A jednak i wcześniej zwracała się do domniemanej osoby. Zaradi jednak sądził, że równie dobrze mogła gadać do siebie. Wszyscy tutaj byli świrami.
       - Normalnie nie przepuszczamy byle kogo. - Kontynuowała z uśmiechem. - Ale wyglądacie tak dziwacznie... nie no, nie mogłam się powstrzymać! Io, pokaż się! - Zwróciła się do rozłożystych gałęzi, a te drgnęły posłusznie. Koty już myślały, że może dziewczyna potrafi manipulować roślinami, zaraz jednak zza zielonej kotary wyszedł mężczyzna w białej tunice i takim samym jak ona płaszczu. Z tym, że jego był koloru śniegu, kaptur zaś zaciągnął na oczy tak głęboko, że  w ogóle nie dało się ich dostrzec.
Aury tej dwójki były zamazane, jak gdyby ukryte, choć czuło się, że brązowowłosa jest człowiekiem. Reszta jednak była trudna do odczytania. Może mężczyzna był czarodziejem? A może elfem? Ciężko było stwierdzić, ale wydawał się dużo bardziej niezwykły od towarzyszki.
       - Jeztheźcie strażnhikami lasu? - Zapytał Mansun zaciekawiony i bez żadnej obawy, ale Fon sięgnął dyskretnie po broń, korzystając z tego, że znajduje się na końcu pochodu.
Dziewczyna zaśmiała się.
       - Coś w tym guście? Ej, Io, jesteśmy strażnikami lasu? Słyszysz jak on śmiesznie mówi?
Mężczyzna skinął głową, a w umyśle wszystkich rozbrzmiało neutralnym, nijakim głosem: ,,Nie naśmiewaj się z wad wymowy. To nie przystoi".
,,Pięknie." pomyślał Zaradi ,,Kolejny świr mogący buszować w umysłach!"
Lepiej być nie mogło - wpadali z deszczu pod rynnę, a z każdym kolejnym krokiem robiło się coraz dziwniej i mniej bezpiecznie. Ta dwójka jednak nie miała się okazać tak upierdliwa jak można by oczekiwać.
       - Ej, wiecie gdzie chcecie dotrzeć, czy błądzicie tak dla zabawy? - Kobieta powoli zagradzała im drogę. - Dobrze znamy okolicę, jak dacie nam się sobie przyjrzeć to wam pomożemy, co nie Io? - Trąciła kolegę łokciem. - Chcę zobaczyć te dziwne koty. I dziewczynę. Masz fajne rogi! - Zwróciła się nagle wprost do Wisienki i zaprosiła ich gestem do siebie, jakby wskazując przy okazji dalszą część drogi.
Avatar użytkownika
Mansun
Błądzący na granicy światów
 
Nagrody: Obrazek
Inne Postacie: Kana, Funtka, Lucy, Daro, Maka,
Rasa: Kotołak (Karakal Panquski)
Aura: Z oddala słychać pojedynczy, głęboki ton, nie dający się przez nic zakłócić. Otula zmysły, dając poczucie spełnienia i przynosząc ze sobą delikatną woń zwierzęcej sierści i przyjemne uczucie ciepła. Zmysłów nie oszczędza jednak smak emanacji, wyraźnie pikantny, a do tego gorzki i kwaśny. Później dostrzec można jasną i błyszczącą szafirową poświatę, połyskującą niczym korony drzew skąpane w słońcu. Otula ona emanację o średniej silne, na którą tworzy się dość słabe tło oraz znacząco silniejszy promień mocy, przeszywający ją w jednym miejscu, wskazując źródło swojej potęgi. W dotyku jest twarda i zakończona ostrymi krawędziami. Można jednak znaleźć miejsca w których gnie się niesamowicie, na zmianę lepiąc się do dłoni i wysuszając skórę. Na końcu warto skupić się na barwach aury, stanowiących prawdziwe dzieło sztuki. Całość jej powierzchni pokryta jest wirującymi, silnie cynowymi pasmami, stanowiącymi tło dla reszty barw. Po żelaznych i miedzianych wodach płyną srebrne statki, otulone lekko złotą mgiełką, na długo zapadając w pamięć.
Wygląd: Choć w swoim kraju był raczej średniego wzrostu i postury, w Alaranii sprawiać może wrażenie kogoś cierpiącego na lekką odmianę gigantyzmu. Nie chodzi nawet o to, że jest zwyczajnie wysoki, ale o wielkość jego niezbyt przecież masywnego ciała. Jego alarański odpowiednik przy tych samych proporcjach musiałby mieć jakiś 1.75 metra wzrostu, on zaś ma jakieś dwa metry, co (wraz ... (Więcej)
Uwagi: Karakal mówi z sunbaryjskim akcentem. Podróżuje przeważnie wraz z kilkoma innymi oficerami.

Poprzednia strona

Powrót do Szczyty Fellarionu

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron