[Uliczki miasta] Podróże bawią i uczą


Podczas Wielkiej Wojny Aeria została zrównana z ziemią, jedyne co po niej pozostało to sterta gruzów. Zanim Wielka Armia dotarła do miasta Król ewakuował ludność w góry, sam zaś zginą broniąc bram miasta. Po wojnie Aerczycy postanowili odbudować miasto, dziś na jego gruzach powstała Nowa Aeria - piękne, przyjazne, nowe miasto, niesplamione jeszcze żadną wojną.

Postprzez Malawiasz » So lut 10, 2018 2:24 am

Od kilkunastu minut Malawiasz prowadził z kobietą swoistą grę, o której jedynie on wiedział, że się odbywa; inaczej – tylko on zdawał sobie sprawę z prawdziwych jej reguł. Ona mogła sądzić, że grozi jej śmierć, kiedy tylko tak srogi pan niewolników dowie się o jej prawdziwej tożsamości, jednak prawdziwie taka groźba nie istniała – w sumie mogło bawić, że tak szybko mężczyzna przejrzał jej przykrywkę, ale zdecydowanie nie było mu teraz do śmiechu – to jemu groziły teraz niezbyt przyjemne konsekwencje. Dlatego też przez cały ten czas prowadził z kobietą rozmowę na jedyny temat, o który się nie obawiał, że go zdemaskuje; rozmowę o polityce.
- Naprawdę uważa pan, że handel dalekomorski poprowadzi Alaranię do ruiny? - pytała kobieta, niby z zaciekawieniem, ale tak naprawdę z całkiem nieźle skrywanym brakiem zainteresowania.
- Dokładnie – odpowiedział pewnie Malawiasz. - Przede wszystkim, patrząc na księgi prowadzone przez odpowiednie kompanie kupieckie możemy dostrzec znaczny rozstrzał w towarach eksportowanych oraz importowanych. Oznacza to, że nasze naturalne dobra...

        Jego wywodowi przerwał dźwięk gongu, na który zaczęły ucichać wszystkie rozmowy, a wciąż nie siedzący ludzie zaczęli szukać wolnych miejsc, przez co przyciszony gwar zamienił się w intensywny szmer, a następnie ucichł, zanim zdołał zabrzmieć trzeci gong, a scena została rozświetlona przez znajdujące się na niej lampy – właśnie odkryte. Po chwili z jednych z dwojga drzwi znajdujących się na scenie – po obu jej stronach - przykrytych purpurową kotarą, wyszedł człowiek w masce, którego pojawieniu się towarzyszyły stopniowo narastające oklaski. Mężczyzna doszedł na środek sceny, ukłonił się, po czym zwrócił do widowni, wygłaszając mowę na temat ich tutejszego spotkania. Malawiasz początkowo starał się słuchać, ale powoli zrobiło mu się niedobrze; chętnie zabrałby tego człowieka ze sobą. Kobieta z uszami, elf, pan Skouler, teraz jeszcze on... te łowy zapowiadały się bardzo, bardzo obficie.

        Tym, co zwróciło uwagę mężczyzny, były słowa „przedstawiam wam honorowy towar”, a raczej burza oklasków, które wywołały oraz pojawienie się niezwykłej istoty. Zza kotary bowiem wyłonił się minotaur, zakuty w naprawdę imponujące kajdany. Ze spuszczoną głową szedł po scenie, aż w końcu stanął przy mężczyźnie. Rozpoczęła się nadzwyczaj gorąca licytacja, w której Malawiasz naturalnie nie postanowił brać udziału. Kobieta wyraziła swoje zdziwienie tym faktem, ale mężczyzna pozwolił sobie na pewien, dosyć pewny jednak strzał; odrzekł, że najlepsze zawsze zostawiają na później. Tym przekonał kobietę, która odegrała amatorkę, przyłapaną na błędzie. ”Świetnie jej idzie. Szłoby. Że też musiałem trafić akurat na tego zwyrodnialca...” Jednocześnie starał się skanować umysły osób obecnych na sali – w szczególności interesowali go niewolnicy, których mógłby „przejąć”. Ci jednak stanowili mniejszość wśród ochrony; zdołał odnaleźć póki co tylko trzech. Znacznie zbyt mało, aby zrealizować jego cel. Tymczasem jednak minotaur został sprzedany za dosyć obłędną sumę. Smutno potoczył się w stronę drugich drzwi, z których wyszła piękna kobieta odziana w suknię wieczorową...


Tymczasem towarzysze Cętki z mieszanymi odczuciami przyglądali się jej próbie komunikacji. Smokołak ze sobie tylko znanymi przemyśleniami – dobrze przynajmniej, że ucichł, w reakcji na działania panterołaczki. Fellarianka zaś... cóż, przyglądała się znakom z wątpliwościami oraz obawą, pod którymi jednak kryła się żądza wolności, tląca się delikatnie, ale mogąca przerodzić się w prawdziwy płomień. Dlatego też kobieta zacisnęła usta i potaknęła głową, spoglądając ze wsparciem na krążącą w zniecierpliwieniu Cętkę. Następnie otworzyła usta; strumień wysokich, nieznośnych dźwięków, jakie z siebie wydała, mógłby stłuc szkło. Jednocześnie smokołak zaczął uderzać kagańcem o kraty, wywołując głośne dźwięki, idealnie komponujące się ze „śpiewem”. Rozległy się krzyki i jęki protestu ze strony innych niewolników. Nie trwało więc długo, aż w polu widzenia pojawili się najemnicy; dokładnie ta grupa, która zabrała uprzednio minotaura. Fellarianka zamknęła usta, kiedy tylko ich dostrzegła, ale było za późno.
- Dajcie jej nauczkę – wydał nieco spóźnione polecenie przywódca najemników, a dwójka z nich ochoczo do tego przystąpiła. Otworzyła kratę i pochwycili kobietę, wywlekając ją z klatki. - Tylko nie uszkodźcie jej zbytnio – rzucił, gdy zaczęli się oddalać, wlokąc szarpiącą się i wrzeszczącą kobietę. Tymczasem jednak jego wzrok powędrował na Cętkę, coś zabłysło w jego oku; wskazał na nią. - Ta się nada.

        Najemnicy otworzyli klatkę panterołaczki, po czym jeden z nich chwycił ją za łańcuch i wyciągnął na zewnątrz; drugi zacisnął mocno dłoń na jej ramieniu. Stanęła przed przywódcą tej grupy, który ujął jej podbródek i uniósł, przyglądając się w charakterystyczny sposób.
- Nada się – stwierdził, po czym puścił ją i odwrócił się, ruszając przez korytarz; Cętka chcąc nie chcąc za nim, na wpół ciągnięta, na pół popychana; ponownie mijała zaułki zbudowane z klatek wypełnionych niewolnikami, mogąc jeszcze dokładniej przyjrzeć się każdemu z nich.

        W końcu jednak trafiła do niewielkiego pomieszczenia z dwoma wyjściami zakrytymi kotarą. Najemnicy przyprowadzili ją do tego po prawej, po czym rozwinęli jej łańcuch, przymocowując do nadzwyczaj ciekawej konstrukcji; żelaznego pręta, biegnącego we wnęce przechodzącej przez „drzwi”, tworzącą półkole na scenie oraz zakręcającą ku drugiemu z wejść; po drugiej stronie pomieszczenia dało się dostrzec jej drugi koniec. Sprawiało to, że niewolnicy musieli iść z góry wytyczoną trasą, uniemożliwiającą im chociażby próbę ucieczki – czy jakiegokolwiek odstępstwa od normy. Do owego pręta została właśnie przykuta Cętka, nie mając innego wyjścia, jak dotrzeć na jego drugi koniec – idąc przez całą scenę i wychodząc przez drugie wejście.
- Wejdziesz tam, dojdziesz aż do środka, staniesz i poczekasz, aż zostaniesz sprzedana – powiedział przywódca najemników, przykładając jej miecz pod podbródek. - Dopiero kiedy dostaniesz pozwolenie, będziesz mogła odejść i wrócić tutaj, jasne? I bez żadnych numerów.

        Nie mógł doczekać się klarownej odpowiedzi, ale i tak pchnął panterołaczkę, zmuszając ją do wyjścia na scenę. Tam uderzyły ją w oczy jaskrawe lampy; gdy już do nich przywykła, mogła dostrzec zaciemnioną widownię pełną niewyraźnych ludzkich sylwetek, wszystkich w nią wlepionych. Po chwili także znajomą postać; pokusę, stojącą na środku sceny i spoglądającą na nią z lekkim zdziwieniem. Teraz jednak pozbawiona była swych nadludzkich cech, prezentując się po prostu jako niezwykle piękna, kusząca kobieta. Otworzyła nieco szerzej oczy, kiedy się zorientowała, co się stało, ale szybko ukryła to zdziwienie, zastępując je promienistym uśmiechem; udając, że wszystko jest w porządku. Wyglądało na to, że Cętce zostało jedno – pójść na sam środek i zostać zlicytowaną. Nawet, jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy.

        Panterołaczce z zainteresowaniem przyglądał się Malawiasz, podnosząc się na swoim miejscu; zmianę tę dostrzegła od razu „panna Mirraldis”, która rzuciła cierpki komentarz. Odpowiedział na to nieco tłuściutki jegomość, który przysiadł się do nich w międzyczasie z braku wolnych miejsc. Malawiasza jednak nie obchodziło teraz żadne z nich; przez ostatnie kilkanaście minut zmysłowa kobieta – zastępując zamaskowanego mężczyznę, który sprzedał jedynie pierwszego, „honorowego” niewolnika, licytowała kolejnych, cierpliwie czekając na nich i z ogniem pasjonatki podkreślając wszystkie ich atuty – czasem w dosyć dosadni sposób. W końcu jednak coś przykuło uwagę mężczyzny, więc zamiast skupiać się na sondowaniu kolejnych umysłów i układaniu planów, zaczął przyglądać się kobiecie. Jednocześnie dostrzegł jakiś grymas na twarzy zamaskowanego mężczyzny, organizatora tego wszystkiego, który stał w pół cieniu, obok sceny. ”Doprawdy interesujące...”
Avatar użytkownika
Malawiasz
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Vaela,
Rasa: Człowiek, syn czarodziejki
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » N lut 11, 2018 4:59 pm

Cętka była dumną posiadaczką pary bardzo czułych, panterzych uszu, które skuliła i docisnęła dłońmi do czaszki, usłyszawszy przeraźliwy, wysoki dźwięk dobiegający z sąsiedniej klatki. Spojrzała na skrzydlatą z niedowierzaniem, jęcząc cicho. Gdy do koncertu dołączył się jaszczur, zasłoniła dodatkowo głowę ogonem. Coś takiego powinno być surowo zakazane. Dopiero po chwili zrozumiała, po co ta szurnięta dwójka robiła taki hałas. Najemnicy pojawili się jak na zawołanie. Ale szli odrobinę za szybko i zauważyli, kto był prowodyrem. Gdy zabrali się za otwieranie klatki Anarii, panterołaczka dopadła do drzwi swojej i szarpnęła, mając cichą nadzieję, że jakimś cudem uda jej się wyjść i pomóc nowej znajomej.
        - Ze mną sobie spróbujcie, jak tacy odważni! - warknęła, patrząc za odprowadzaną kobietą. A zaraz potem dojrzała wzrok jednego z siepaczy i cofnęła się, nawet nie próbując powstrzymać ostrzegawczego drżenia górnej wargi. Chociaż chętnie prowokowała strażników, potrafiła oszacować swoje szanse. Sama jedna, skuta, pozbawiona włóczki, czy jakiejkolwiek innej broni przeciw kilku uzbrojonym mężczyznom, których ruchów nic nie krępowało - miała marne widoki na przyszłość. Pozwoliła się więc wyciągnąć z klatki i nawet nie próbowała odgryźć palców idiocie, który chwycił ją za podbródek. Szarpnęła tylko głową, gdy poczuła, że rozluźnił uścisk. Gdy tylko ruszyli, spojrzała przez ramię na jaszczuroczłeka, który wciąż siedział w swoim więzieniu i mrugnęła do niego, jakby wszystko szło zgodnie z planem. Przecież nie zamierzała się przyznawać, że trochę się bała.
        - Sama mogę iść! - rzucała przez zęby za każdym razem, gdy któryś z eskorty ją popychał. Wyraźnie chcieli podkreślić, kto tu kontrolował sytuację i jak nieważna była zmiennokształtna w porównaniu z nimi. A w niej wywoływało to tylko coraz większą irytację. Próbowała bronić się przed przykuciem do dziwacznego kawałka metalu znajdującego się pod sufitem. Szarpała się i nawet kłapnęła na któregoś najemnika szczękami. Przewaga liczebna okazała się dość istotnym czynnikiem w tym przypadku i już po chwili dziewczyna podziwiała łańcuch biegnący od metalowej obręczy na jej szyi ku górze. Nieszczególnie mogła zrobić nawet krok w bok, a gdyby się przewróciła, miałaby szansę trochę się poddusić. A gdyby była dostatecznie pechowa, mogłaby się nawet całkiem zgrabnie powiesić przy okazji. Przy okazji musiała też unieść ręce nieco wyżej, niż wcześniej, co wcale nie poprawiało jej humoru. Wróciła wzrokiem do zbrojnych dopiero, gdy jeden z nich zagroził jej bezpośrednio ostrzem. Uniosła odruchowo brodę i wyszczerzyła zęby.
        - Odgryzę ci to, przez co zgrywasz takiego odważnego, jeśli mnie chociaż draśniesz - wymruczała pochylając się lekko w stronę dowódcy grupki, zanim ten popchnął ją na kotarę. Przez kajdany ograniczające jej ruchy miała prosty wybór: zrobić kilka kroków by odzyskać równowagę, lub sprawdzić, czy rzeczywiście udałoby się jej powiesić. Postanowiła jeszcze nie sprawdzać swojego talentu w tym temacie, więc już po chwili zasłaniała oczy przed ostrym światłem, zanim źrenice zwęziły się do dwóch pionowych szparek. Dopiero wtedy rozejrzała się po nowej okolicy i aż cofnęła o krok. Puchaty ogon dziewczyny skierowany był do dołu i wściekle nastroszony, zaś uszy położone na boki. Szeroko otwarte oczy lustrowały skrytych w półmroku ludzi, gdy oblizała kilka razy nerwowo usta. Z jakiegoś powodu wystraszyła ją obecna sytuacja. Nie wiedziała, po co została wyciągnięta na to podwyższenie. Jedynym logicznym wyjaśnieniem wydawało jej się, że przeklęty Nirwar postanowił zacząć odprawiać swoje ohydne praktyki przed publicznością. Tłumaczyłoby to też łańcuchy. Bez nich mogłaby nie dać się zbyt łatwo oprawić. Z drugiej strony była wcieleniem opiekuńczego ducha, więc nie mogła pozwolić się zastraszyć. Wyprostowała się powoli i dopiero wtedy zauważyła kobietę stojącą na scenie. Najpierw postawiła czujnie uszy, zanim zrozumiała, skąd ją kojarzyła. Wtedy skierowała je do tyłu i położyła, sygnalizując agresję.
Dwie oświetlone postaci nie mogły się chyba bardziej różnić wizualnie. Pomijając oczywiste elementy, które odróżniały panterołaka od człowieka, Cętka przy pięknej pokusie wydawała się wręcz nie na miejscu. Odziana w skóry i futra charakterystyczne dla barbarzyńskich plemion, z długimi, przybrudzonymi włosami zaplecionymi w coś, co aktualnie nawet przy dużej dozie dobrej woli ciężko było nazwać warkoczem. Na dodatek na całej szerokości twarzy, na wysokości oczu miała smugę zaschniętej krwi. I z jakiegoś powodu jej górna warga drgała jak u wściekłego psa.
Zmiennokształtna powoli ruszyła przed siebie po jedynej dostępnej jej trasie. Stawiała stopy starannie, idąc niemal na samych palcach i kołysząc lekko cętkowatym ogonem. Gdy dotarła najbliżej jak mogła do nie-tak-dawno-skrzydlatej, w białowłosą jakby nagle coś wstąpiło. Rzuciła się w kierunku kobiety z wściekłym, zwierzęcym ryknięciem. Łańcuch po prawdzie nie pozwolił jej dosięgnąć celu, ale i tak niemal zawisła na nim, warcząc i szczerząc zęby.
        - Oddaj, co moje! - Dziewczyna szarpała się w kajdanach z uporem godnym lepszej sprawy. W pewnej chwili obróciła nawet głowę ku publiczności i ponownie ryknęła, a potem chwyciła obiema rękami za swoją tymczasową smycz i... podciągnęła się na niej, najpewniej licząc, że uda jej się uszkodzić całą konstrukcję.
Avatar użytkownika
Cętka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Cz lut 15, 2018 1:57 pm

W sali zapanował powszechny szmer, spowodowany nietypowym, jakże godnym potępienia zachowaniem panterołaczki; nie dość, że nie ruszyła od razu wytyczoną trasą, jak przystało na porządnego niewolnika, to jeszcze zaczęła wyrażać swe wielkie niezadowolenie – nawet tak oderwani od rzeczywistości jegomoście, jak obecni na owej sali mogli bez większych trudności zinterpretować typowe dla kotów położenie uszu; zupełnie jak przed szykowaniem się do ataku. Malawiasz nawet nie potrzebował całej swojej profesjonalnej wiedzy, aby doskonale zdawać sobie sprawę z emocji, które targają kobietą; i nie musiał być mistrzem obyczajów by stwierdzić, że jest nie na miejscu. I póki szła z zaskakującą gracją – choć nie aż tak, gdy przed oczami stawał obraz kroczącego kota – to jeszcze jakoś ratowało to jej obszarpany wygląd; kiedy jednak w Cętkę wstąpiła bestia...

        Po sali poniósł się okrzyk o mieszanym brzemieniu; po części przerażonym – z gardeł kilkunastu obecnych na sali dam oraz jednego, dosyć tęgiego jegomościa - w większości jednak był to okrzyk oburzenia, spowodowany wystawieniem tak jawnie podrzędnego towaru na sprzedaż. Okrzyk wzmógł się, gdy panterołaczka warknęła również na publikę – kilku dżentelmenów wstało i zaczęło wygrażać kotołaczce pięściami. Temu wszystkiemu przypatrywała się pokusa, która cofnęła się o krok, gdy Cętka rzuciła się w jej stronę. Pręt nad ich głowami zachwiał się, ale trzymał mocno – konstrukcja przeznaczona do utrzymywania w miejscu minotaurów nie mogła tak łatwo zawieść przy panterołaku, jakkolwiek zaciekłym by nie był. Pokusa spojrzała na swojego wspólnika, który w kącie gorączkowo kręcił głową i machał ręką w stronę wyjścia ze sceny. Gesty te dostrzegł i Malawiasz. Piekielna prowadząca zagryzła wargę na kilka sekund. Wiedziała, że jeżeli teraz pozwoli, aby tak po prostu usunąć Cętkę ze sceny, to jej renoma znacząco spadnie; a na tej bardzo jej zależało – to miejsce było jej królestwem, a królowa nie może okazywać słabości. Spojrzała na wściekłą zmiennokształtną – ona miałaby nie dać rady jej sprzedać? Ona?! Najwyżej Nirwar będzie się potem tłumaczyć dlaczego transakcja nie doszła do skutku!
- Rozumiem powód waszego oburzenia – powiedziała głośno, a szmery i okrzyki zaczęły cichnąć. Pokusa przełknęła ślinę, zastanawiając się, jak do tego podejść; wtem na jej ustach pojawił się wyjątkowo szeroki uśmiech. - Wasze oburzenie wynika stąd, że ta tutaj – chwyciła Cętkę za warkocz i szarpnęła, chcąc przywrócić ją do porządku – zdaje się być dzika, zwierzęca, drapieżna, niewytrenowana; nie mylicie się, bo taką właśnie jest.

        Na sali rozległ się ponownie, tak charakterystyczny, głośny szmer. Malawiasz oparł się wygodniej, przysłuchując się z zaciekawieniem słowom pokusy; on szczególnie czekał na dalszy ich ciąg, jednak i większość sali wyczuwała, że kobieta zdaje się chować coś w zanadrzu.
- Ale zapytam państwa; czy nigdy nie nudziło się wam otrzymywanie tych „porządnych” niewolników? - Na sali zapadło milczenie. Pokusa puściła włosy kotołaczki i przeszła na drugi jej bok, chwytając ją niespodziewanie za szczękę i unosząc do góry. - Ta oto tutaj to drapieżna, niebezpieczna bestia, która wymaga treningu. Zazwyczaj spotkać takie można zamknięte w klatkach. A ja oferuję wam ją jedynie w kajdanach; i to jeszcze jaką dorodną bestyjkę! - puściła szybko Cętkę, po czym oddaliła się, wcześniej jednak obdarzając ją siarczystym klapsem w tyłek. Wywołało to znaczne wzmożenie u męskiej części widowni. - Czy ktoś jest chętny, aby zapewnić jej odpowiednią „tresurę”?

        Gdyby Malawiasz nie był tak zohydzony podstępną, celującą w najniższe instynkty manipulacją kobiety, byłby pod wrażeniem jej zdolności marketingowych. Jednocześnie dostrzegł coś, co umknęło oczom większości, skupionej teraz na „bestyjce”; twarz w połowie zamaskowanego mężczyzny, której burakowy odcień dało się dostrzec nawet pod osłoną cienia. ”Można by to wykorzystać. Pojawia się napięcie. Właściciel nie chce jej sprzedać, jednak sprzedająca... musiało dojść do jakiejś pomyłki. Jednak gdyby ktoś kupił... Musiałby nastąpić zwrot towaru. A taka awantura mogłaby być dobrym początkiem...” Jednak jego plan miał jeden, mały szkopuł – opierał się na obcym człowieku. Czy kiedy ów nie ujrzy złota w zamian za zwrot niewolnicy – skoro mężczyzna w masce tak bardzo się pieklił, to musiała być dla niego bardzo, bardzo cenna – to nie postanowi jednak się dogadać? Z drugiej zaś strony mężczyźni w sali porządnie się napalili na panterołaczkę; pierwsze ceny zaczęły błyskawicznie być przebijane. Malawiasz dostrzegł badawczy wzrok kobiety, która siedziała obok niego. Poczuł jeszcze większą odrazę do osoby, którą udaje – Skouler z pewnością nie przegapiłby takiego nabytku. Podjął decyzję; przyłączył się do targowania, co chwila podnosząc rękę i czując na plecach wzrok pełen obrzydzenia. ”Kobieto, ja ją chcę ratować!” W sumie gdyby udało mu się zabrać ją stąd, zanim zacznie wdrążać swój psychologiczny plan w życie... Lepiej, aby była wówczas bezpieczna. Choć panterołaczka wyglądała na taką, co poradziłaby sobie świetnie sama.

        W końcu jednak przebił ostatniego kupującego – mógł sobie pozwolić na szastanie jakąkolwiek kwotą, gdyż był pewien jednego: nie będzie musiał za panterołaczkę płacić, gdyż tak czy siak mu jej nie oddadzą. Widział to w oczach zamaskowanego mężczyzny, który obdarzył go nienawistnym wzrokiem, gdy pokusa wskazała na niego po słowach „sprzedane”. Inni mężczyźni także rzucili mu nieprzychylne spojrzenia, w których nawet bez znajomości psychologi dało się dostrzec zazdrość. ”Podrzędne emocje. Ale cóż przy tym za ironia...”
- Muszę panią przeprosić – powiedział, wstając. Kobieta pokiwała głową, ale na jej twarzy widać było zakłopotanie. Podejrzewał, że za nim pójdzie. Teraz jednak on sam ruszał w stronę drzwi, do których kierowali się wszyscy, którzy zakupili niewolnika – elf o imieniu „Ostrze” rzecz jasna ruszył za nim. Tymczasem pokusa uśmiechnęła się, po czym popchnęła Cętkę w stronę wyjścia. Bardzo, bardzo stanowczo. Jednocześnie poszukała wzrokiem Nirwara, ale już go nie było. Zagryzła wargi, zaniepokojona.

        Kiedy tylko Cętka na powrót weszła na kulisy sceny, a końcówka łańcucha opadłą na podłogę z hukiem, została przechwycona przez najemników. Trójkę z tych, którzy wcześniej ją eskortowali.
- Kocia poszła po niezłej cenie – zarechotał jeden z nich, popychając ją do wyjścia z pomieszczenia, a wejścia do korytarzy ze ścian klatek.
- Ja tam bym wolał, jakby nikt nie był zainteresowany. Sam bym taką chciał ujarzmić – odpowiedział drugi, w ostatniej chwili powstrzymując się od powtórzenia pokusiego gestu; przypomniał sobie, że mogą go za to wychłostać. Wkrótce cała kompania dotarła do niewielkiego pomieszczenia o znajomych, jedwabnych zasłonach zamykających wejścia z dwóch stron pokoju; był urządzony całkiem wygodnie, znajdowała się tam nawet elegancka kanapa oraz obraz na ścianie, przedstawiający wodospad o złocistej wodzie. Najemnicy zatrzymali Cętkę, czekając.

        W tym czasie Malawiasz zmierzał, by do nich dołączyć i przejąć swoją nową „własność” - a przynajmniej udawać, że tego chce, kiedy nagle zatrzymał go pewien mężczyzna, gdy przechodził obok jego stolika.
- Gratuluję zakupu – powiedział elegancko odziany wąsacz, spoglądając z lekką konsternacją, ale i uśmiechem na maskę. - Miałby pan coś przeciwko, gdybym panu towarzyszył. Sam także chciałbym zobaczyć tę „bestyjkę” z bliska. Oczywiście ręce będę trzymał przy sobie! - mrugnął.
- Nie mam nic przeciwko – powiedział Malawiasz. Było nawet lepiej – wręcz się z tego cieszył. Świadkowie sprawią, że awantura zmierzać będzie w jeszcze lepszą stronę. Dlatego też razem ruszyli w stronę jedwabnej zasłony. Po chwili dołączyło się jeszcze dwóch. Potem jeszcze kilku. I kilku. Szybko zebrał się spory tłum. Pokusa spoglądała z lekkim zdezorientowaniem na blisko jedną czwartą mężczyzn na sali, która nagle wstała od stolików i ruszyła, by przyjrzeć się okazowi, podczas kiedy ona prezentowała kolejnego niewolnika. Ale uśmiechnęła się, rozumiejąc, że to wszystko dzięki jej niezwykłym umiejętnościom.

        W końcu Malawiasz uchylił jedwabną kotarę i wkroczył do środka, dostrzegając trójkę najemników oraz spętaną kobietę. Mężczyźni uprzejmie uśmiechnęli się na jego widok, ale mina im zrzedła, gdy po chwili do pomieszczenia wkroczyło jeszcze kilkudziesięciu mężczyzn, spoglądając z zainteresowaniem oraz widocznym pożądaniem na panterołaczkę. Malawiasz zrobił krok do przodu, spiętrzeni za nim mężczyźni także. Wielu wciąż znajdowało się na zewnątrz, nie mogąc się zmieścić. Wyraz twarzy najemników był wręcz rozbrajający. On sam jednak skupiony był na zmiennokształtnej. Był ciekaw, czy go pamięta; przyglądał się jej reakcjom spod kruczej maski, analizował, szukał cech. Po chwili najemnicy zaczęli się niecierpliwić, ale wtedy rozległo się szybkie stukanie butów o podłogę; ktoś się zbliżał – ktoś bardzo, bardzo zdenerwowany. Malwiasz się uśmiechnął pod swoją maską.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Vaela,
Rasa: Człowiek, syn czarodziejki
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » Cz lut 15, 2018 9:00 pm

Gdyby tylko Cętka wiedziała, jak bardzo jej niewielki wybuch gniewu mógł pokrzyżować plany jej ciemiężycieli, mimo łańcuchów wykonałaby salto ze szczęścia. A tak wyraźne niezadowolenie publiki tylko ją zbiło z tropu. Puściła łańcuch i miotała się miedzy wygrażaniem skrzydlatej potworze, a pilnowaniem, co knuli ci wszyscy ludzie zebrani w sali. Była tak zdezorientowana, że już chyba wolałaby wrócić do ciasnej klatki. Przez to nie zdążyła zareagować, gdy kobieta podeszła do niej i chwyciła za włosy. Zmiennokształtna warknęła, gdy została zmuszona do odchylenia głowy. Zaczęła poruszać wściekle puchatym ogonem i uderzała nim swój bok równie często, co pokusę. Próbowała też dosięgnąć jej raz czy dwa zębami, ale mocniejsze pociągnięcie za warkocz wybijało tymczasowo takie pomysły z panterzej główki.
Złapana za szczękę dziewczyna warknęła znacznie głośniej i bardziej głucho, próbując się wyszarpać. Ponieważ nie udało jej się to, objęła inną strategię i próbowała za wszelką cenę użreć trzymające ją palce. Na klepnięcie w pośladek podskoczyła w miejscu na tyle wysoko, na ile pozwalały jej pętające ją łańcuchy. Wtedy zauważyła, że przyglądali jej się głównie mężczyźni. Nie widziała dokładnie wyrazów ich twarzy, ale poczuła się aż nazbyt nieswojo.
        - Oddaj mi mój naszyjnik. Rozkuj mnie! - Syknęła do kobiety stojącej wraz z nią na podwyższeniu, próbując oddalić się jak najbardziej od obserwujących ją ludzi. Łańcuch wymuszał na dziewczynie stanie blisko krawędzi podwyższenia, ale ta i tak co rusz ciągnęła za niego, jakby nagle magicznie mógł się wydłużyć.

Mimo prób zerwania trzymającej ją w miejscu smyczy, panterołaczka zauważyła, co działo się wśród publiczności. Co chwilę ktoś podnosił dłoń, diablica stojąca obok niej trajkotała w najlepsze, czasem któryś z siedzących powiedział coś głośno. Dziewczyna nigdy w życiu nie widziała licytacji, nawet nie słyszała o takim procederze, ale miała bardzo złe przeczucia. Po coś ci wszyscy mężczyźni się zgłaszali i zapewne w jakiś sposób dotyczyło to jej. Szczególnie nie podobał jej się fakt, że często dostrzegała ruch z tych samych miejsc, na zmianę. Tak, jakby próbowali wymusić wybranie właśnie jednego z nich. Wreszcie pokusa wskazała i wszystko pozornie się uspokoiło. Cętka rozejrzała się, wystraszona po sali i dostrzegła w cieniu sylwetkę, którą wcześniej zignorowała.
        - Nirwar! - Syknęła przez zęby, po części żeby zwrócić uwagę jedynej osoby, która mogła ją zrozumieć. A po części dlatego, że była wściekła na siebie. Przez wymieszane w pomieszczeniu zapachy nie wyczuła go. Z resztą, miała dziwne wrażenie, że wszyscy, a przynajmniej zdecydowana większość, maskowała swoje naturalne wonie czymś dziwnym. Rozejrzała się znów, próbując węszyć. Zanim zdążyła zastanowić się, co znaczyło to wszystko i co ją czekało, została popchnięta i zmuszona do ruszenia się z miejsca. W taki sposób, że nawet nie próbowała się opierać. Wiedziała, że w razie potrzeby dziwna kobieta mogła przymusić ją magią.
Coś miało zmienić się w życiu białowłosej, ale ta jeszcze nie wiedziała, co takiego. Z pewnością ten wieczór był w jakiś sposób ważny.

Chwycona przez najemników zmiennokształtna szarpnęła się kilka razy, aż nie została znów popchnięta.
        - Potrafię iść sama! Co wy macie wszyscy z tym pchaniem? - Wyrzuciła z siebie, ale w pobliżu klatek zaczęła zachowywać się grzecznie. Wypatrywała znajomych sylwetek pośród zamkniętych postaci. Martwiła się o swoich niedawnych sąsiadów. Wprowadzona do kolejnego pokoju, dziewczyna poczuła się nieco pewniej, bez całego tego tłumu. - Co, chłopaki? Tacy odważni, że aż trzech musi pilnować jedną skutą kobietę? Ideał męskości. W moim domu dowolny podlotek zeżarłby was na surowo.
Wymruczane w stronę strażników obelgi nieco poprawiły kocicy humor. Pozwoliła więc sobie na jeszcze kilka, bardziej barwnych i opisowych. Nagle zamilkła i wyprostowała się sztywno, stawiając czujnie uszy. Doskonale słyszała stukanie wielu par butów. Po wtargnięciu do pomieszczenia takiej masy ludzi, skupiających nieprzyjazny wzrok na niej, dziewczyna cofnęła się gwałtownie. A przynajmniej spróbowała, ale zatrzymali ją w miejscu najemnicy.
Panterołaczka położyła po sobie uszy, wyraźnie wystraszona. Powiodła po zgromadzeniu szeroko otwartymi, kocimi oczami. Na dłuższą chwilę zatrzymała się na postaci w ptasiej masce. Widziała go już wcześniej, jeszcze na wozie. Musiał ją wtedy sobie upatrzyć. Nie wiedziała jeszcze, po co wszyscy się zebrali i gapili na nią, ale postanowiła nie czekać ani chwili dłużej, by się przekonać, czy nie miała zostać ofiarą dla przodków. Cętkowany ogon drgnął lekko, zdradzając podjętą decyzję, a potem dziewczyna zamachnęła się, by przywalić najemnikowi po swojej lewej z łokcia w żołądek, a następnie całym ciężarem rzucić się na drugiego i uderzyć barkiem w mostek. Ani myślała stać grzecznie i czekać, aż przeklęty Nirwar spróbuje wypatroszyć ją wciąż spętaną.
Avatar użytkownika
Cętka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » So lut 17, 2018 12:00 am

Malawiasz miał zamiar subtelnie analizować najprawdopodobniej ubogą mowę ciała spętanej panterołaczki i w niewielkich znakach, ukrytych przed wzrokiem mniej doświadczonych, dostrzegać to, co tylko oczy prawdziwego znawcy dostrzec mogą. Rzeczywistość okazała się jednak być... nad wyraz zaskakująca. Okrzyki zgromadzonych w pomieszczeniu bogaczy towarzyszyły nagłemu skokowi na wolność panterołaczki, którą udało się przewidzieć jedynie zamaskowanemu – gdy tylko ujrzał ruch ogona. Najemnik, który oberwał w brzuch skulił się, po czym opadł na ścianę; jego twarz zzieleniała. Ten, na którego się rzuciła, próbował wyciągnąć broń, ale wtedy oberwał jakże pięknym kocim barkiem. Trzeci z mężczyzn zdołał jednak chwycić Cętkę za włosy, szarpnąć bardzo mocno, po czym zacisnąć drugą dłoń na jej szyi, wyszczerzając twarz w gniewnym grymasie. Mężczyzna powalony przez panterołaczkę już się podnosił i się zamachiwał, gdy wtem...
- Dość! - krzyknął mężczyzna w masce, wkraczając do pomieszczenia. Najemnicy zamarli, jeden z nich puścił Ćętkę, zgromadzeni bogacze przerwali ciąg okrzyków oraz uwag dotyczących niewolnicy; zapanowała cisza, podczas której dwójka zamaskowanych wymieniała spojrzenia; Malawaisz pewne oraz nieco kpiące, Nirwar zaś wściekłe, naprawdę nie potrzeba było wiedzy psychologicznej aby stwierdzić, że został wyprowadzony z równowagi. Zapanowała cisza, podczas której kupiec zdołał się nieco uspokoić. Na tyle, aby móc prowadzić rozmowę. - Wystąpiła pomyłka, ten okaz nie jest na sprzedaż. Transakcja nie może dojść do skutku. Przepraszamy za...

        Malawiasz nie musiał nawet się odzywać. Uśmiechnął się pod maską, kiedy tłum za jego plecami zaczął wyrażać swoje oburzenie. Nirwar zacisnął zęby, spoglądając na źródło swojego utrzymania, które patrzyło na niego ze złością – zęby błyskały w szeroko rozwartych, wyrzucających wiązki żółci ubranej w bardziej szlachetne słowa; ludzie nie mogli powstrzymać swej pierwotnej natury. Nie, kiedy chodziło o pieniądze. A myśl, że któremuś z nich mógłby zostać odmówiony obiecany niewolnik, a szczególnie taki, doprowadzała do obecnego stanu rzeczy.
- Oczywiście wynagrodzę to pa... - zaczął kupiec, spoglądając prosto na Malawiasza, ale przerwały mu podniesione głosy tłumu. Mężczyzna warknął i chwycił za łańcuch Cętki, po czym podał go dwóm najemnikom. - Odprowadźcie ją tak, skądżeście ją wzięli – rozkazał.

        Obecni mężczyźni przyjęli zniknięcie panterołaczki niezbyt pozytywnie. Nirwar odetchnął głęboko i podszedł do Malawiasza, spoglądając mu prosto w oczy.
- Jestem pewien, że możemy się jakoś dogadać.
- Raczej co najmniej wątpliwe – odpowiedział spokojnie Malawiasz. - Umowa to umowa.

        W tym samym czasie dwójka najemnych zakapiorów prowadziła Cętkę przez dobrze jej już znane korytarze. Dreptali w ciszy, wyczuwając napięcie, unoszące się w powietrzu; każdy z nich żałował, że to właśnie on musiał stać się częścią tej awantury. Jednakże nie oni są tutaj najważniejsi! Cętka niedługo potem ujrzała znajomą twarz, witającą ją machaniem pokrytej łuską dłoni. Po chwili panterołaczka na powrót wylądowała obok swojego starego znajomego, a drzwi klatki zatrzasnęły się za nią. Najemnicy stanęli przed nimi, odwracając się od zmiennokształtnej tyłem – podejrzewali, że w tak kryzysowej sytuacji lepiej jest wypełniać polecenia szefa co do joty. A nie kazał im powracać. Tak czy owak, Cętka zyskała odrobinę spokoju po atrakcjach, jakie jej zapewniono. Smokołak przez kraty podał jej coś, co wyglądało jak płaski, kwadratowy kawałek chleba, o ciemnej, miejscami brunatnej barwie i nieco falowanej powierzchni. Gdy zbliżyło się rękę, dało się wyczuć bijące od niego ciepło. Domysły na temat tego, skąd mógłby go wziąć najpewniej nie miałyby żadnego sensu.


        Dyskusja z Malawiaszem nie mogła dojść do żadnego skutku, przez jeden istotny aspekt – jedna ze stron wcale tego nie chciała. Ale psychiatra był pod wrażeniem ofert mężczyzny; ucieszył się teraz, że jednak postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. W końcu kupiec nie wytrzymał i stwierdził, że jeżeli aż tak bardzo mu to wszystko przeszkadza, to niech znajdzie sobie inny targ, po czym zniknął za jedwabną zasłoną, zostawiając najemnika do pilnowania jej. Biedak został zalany przez tłum bogaczy, którzy nie widząc nikogo innego, postanowili wyrazić swoje oburzenie jedynej możliwej osobie. Taki „strażnik” nie wytrzymał zbyt wiele i po jakimś czasie Malawiasz bez problemu minął skupiony wokół niego tłum i przeszedł przez jedwabną zasłonę, każąc jednocześnie elfowi pilnować wyjścia – wiedział, że wkrótce może mu się przydać.

        To, co ujrzał za przejściem, wzbudziło jego obrzydzenie. Ruszył korytarzem zbudowanym z klatek, przyglądając się obrazom nędzy i rozpaczy – umysłów masowo łamanych w tak paskudnych warunkach. Wiele oczy śledziło go, ze zdziwieniem, zaciekawieniem, czasem strachem, a czasem i nadzieją. Fakt, widok takiej osoby musiał być dla nich czymś zupełnie nowym. Czuł odruch ratowania ich, ale wiedział, że na to przyjdzie dopiero czas. Teraz musiał skupić się na...
- Wybierasz się dokądś? - Słodki, kobiecy głos zatrzymał go w miejscu. Obrócił się i ujrzał kobietę, która prowadziła aukcję. ”Musiała przerwać ją czy coś... może te krzyki ją zaniepokoiły? Albo widownię?” Kobieta zbliżyła się do niego i spojrzała mu w oczy kryjące się za maską. - Kim jesteś?
- Naprawdę nie tym powinnaś się przejmować – ja jedynie idę po swoją własność. - Malawiasz uważał, że kobieta nie będzie próbowała go zatrzymać, gdyż wedle jego opinii odwieczną rolą kobiet było bycie tymi drobnymi, jakże uroczymi istotkami. Uświadomił sobie, jak bardzo ta odstaje od tego schematu, gdy nagle         jej palce zacisnęły się na jego szyi; jego plecy boleśnie gruchnęły o ścianę, do której przycisnęła go kobieta, której nagle wyrosły rogi, skrzydła oraz ogon. Mężczyzna próbował walczyć, ale nie narodził się do walki innej niż o lepsze jutro. Miotał się, powoli zjeżdżając coraz niżej – pokusa nachylała się wraz z nim z szerokim uśmiechem i czerwienią w oczach -, a brak powietrza sprawiał, że pomału ciemniało mu w oczach. Czuł, że odpływa, a jego ostatnim widokiem będą bialutkie, wyszczerzone diabelskie zęby. Wtedy...

        Poczuł, jak palce nagle puszczają, a jego usta odruchowo zaczerpują powietrza. Poczuł też coś mokrego na klatce piersiowej. Gdy wzrok zaczął mu wracać, ujrzał zakrwawione ostrze miecza tuż przed swoimi oczami. Zamrugał i dostrzegł nieruchomą pokusę, leżącą tuż obok niego – na podłodze zaczynała zbierać się kałuża krwi. Podniósł wzrok, próbując rozpoznać napastnika; ku swojemu zdumieniu ujrzał tę samą kobietę, która wcześniej go zaczepiła – lady coś tam, w tej chwili naprawdę trudno było mu myśleć o takich rzeczach. Nagle uświadomił sobie, że chce najpewniej zabić i jego; odczytał subtelne znaki w postaci napiętych mięśni oraz rozszerzonych w krwawym szale oczu.
- Nie jestem tym S... jak mu tam było, tym ochydnikiem, hedonistą, sodomitą, zaprzańcem! - O dziwo zadziałało. Kobieta opuściła miecz ze zdziwieniem w oczach, które po chwili zastąpiła podejrzliwość.
- Zdejmuj maskę!

        Kobieta zasłoniła usta i otworzyła szeroko oczy, gdy ujrzała jego twarz. Od razu schowała miecz i pomogła mu wstać, przepraszając jednocześnie za wszystko. Malawiaszowi spodobała się ta zmiana; która jeszcze się nasiliła, gdy mężczyzna powiedział, co tak naprawdę tu robi. Wtedy kobieta zrozumiała, że mają wspólny cel.
- Jak chcesz to zrobić? - spytała, wpatrując się w niego z wyczekiwaniem.
- Rozpętać chaos na widowni. Po przedstawieniu, które zgotuję, nikt tu więcej nie zajrzy. Ale wcześniej... miło byłoby dopaść właściciela. Powinien tu gdzieś być.

        Kobieta pokiwała głową, po czym ponownie wyjęła swój miecz. Malawiasz miał już ruszyć, gdy nagle przeniósł spojrzenie na ciało pokusy; zdecydowanie martwej. Jego nowa towarzyszka zapewniła jej porządną dziurę w klatce piersiowej. Mężczyzna jednak dostrzegł coś jeszcze; dziwnie znajomy wisiorek, niepasujący zupełnie do stroju. Zdjął go z szyi, po czym podniósł; zadziwiająco pasował mu do postaci... Schował ozdobę w kieszeni płaszcza, po czym ruszył za kobietą.

        Cętka natomiast miała nieco czasu, aby rozkoszować się niecodziennym posiłkiem i obecnością smokołaka. Nagle jednak najemnicy wyprostowali się, a przed drzwiami klatki stanął Nirwar. Serią warknięć wydał rozkazy, a najemnicy otworzyli klatkę, by zaraz odejść, jak im przykazano, wcześniej oddając klucze. Kupiec natomiast zdjął i rzucił na ziemię maskę, po czym przez chwilę przyglądał się Cętce, przysłuchując się cichnącym krokom. Wtedy dopiero zaatakował. Niespodziewanie przyparł ją do tylnej ściany klatki, chwytając jednocześnie jej futrzaną kamizelkę, którą szarpnął; ściągnąłby ją, gdyby nie kajdany, na których się zatrzymała. Chudymi palcami chwycił materiał jej tuniki, starając się go rozerwać. Rozpoczęła się szarpanina, w której wściekły człowiek popisywał się siłą, której zdecydowanie nie przypisałoby się mu – widocznie nerwy bardzo źle na niego działały.
- Zaraz... Dostaniesz to... na co zasługujesz... - Charczał, jednocześnie starając się zedrzeć jej strój. Może nawet i by mu się to udało, aż tu nagle...

        Odgłos tępego uderzenia rozległ się w powietrzu, a Cętka nagle poczuła, że mężczyzna ją puszcza, aby po chwili stoczyć się bezwładnie na podłogę. Wystarczyło podnieść wzrok, aby panterołaczka mogła ujrzeć smokołaka, który chichotał, ściskając w ręku lekko zakrwawiony kaganiec. To, jak udało mu się go ściągnąć miało pozostać tajemnicą na wieki – choć całkiem możliwe, że mógł to zrobić przez cały czas. Wpatrywał się w nieprzytomnego, zdecydowanie żywego mężczyznę; przy jego pasie bez problemu dało się dostrzec pęk kluczy, które umożliwiały otworzenie każdej klatki w magazynie.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Vaela,
Rasa: Człowiek, syn czarodziejki
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » So lut 17, 2018 3:30 pm

Jawna przewaga liczebna przeciwników w niczym nie przeszkadzała Cętce. Martwiła ją, owszem, ale w chwilach desperacji chłodna logika schodziła na dalszy plan, ustępując miejsca działaniu i improwizacji. Jeśli miała mieć jakąkolwiek szansę na ucieczkę, wierzyła, że ta była absolutnie ostatnia. Gotowa była sama się uszkodzić, byle dopiąć swego. Dlatego też chwycona za włosy i szyję, obserwowała kątem oka podnoszącego się najemnika, by ocenić, kiedy powinna pochylić się na tyle gwałtownie, by przewrócić trzymającego ją mężczyznę, lub uderzyć go łokciem i zmusić do obrotu wraz z nią, by to on oberwał.
Ten moment wybrał jej cudowny krajan, by wpaść na salę i krzyknąć. Nie zrozumiała, ale sam głośny dźwięk wystarczył, by rozproszyć ją na chwilę. Siepacze też zamarli, a potem nawet ją puścili, przez co rozejrzała się pospiesznie po pokoiku, by wybrać drogę ucieczki. Zamiast zacząć biec, czy próbować przedrzeć się przez tłum, stała jak zmrożona, cała spięta, wodząc wzrokiem od Nirwara do kruczego. Dopiero teraz zauważyła pewną cechę wspólną, która wcale jej się nie spodobała. Obaj zasłaniali twarze maskami, choć jedna była prosta, niemal ładna, a druga napaćkana niepotrzebnymi drobiazgami, które zapewne miały służyć ozdobie. Czyżby zwyrodnialców było dwóch?
Zanim zdążyła rozważyć konsekwencje takiej możliwości, w pomieszczeniu zrobiło się okropnie głośno. Praktycznie każdy próbował mówić jednocześnie. Mężczyźni przekrzykiwali się i wydawali z siebie zdecydowanie za dużo niezrozumiałych, szeleszczących dźwięków. Jedyną zaletą zamieszania było to, że panterołaczka mogła przyjrzeć się dokładniej podejrzanej dwójce. Zauważyła dzięki temu, że wesz, której nie udało jej się jeszcze zabić i drugi ten w ptasiej masce raczej za sobą nie przepadali. Jeden wydawał się spokojny, pot drugiego wyczuwała nawet przez te wszystkie ciężkie, mdlące wonie, jakimi z nieznanych przyczyn otaczali się tu ludzie. Nie wszyscy, oczywiście, ale zdecydowana większość. I żadnego tego typu zapachu o takiej intensywności nie czuła od tych uzbrojonych. A Nirwar nie pachniał przyjemnie, jak myśliwi po polowaniu, ciężkim treningu, czy czasem Kieł i Pazur, gdy wracali późną nocą z osady do legowiska. On śmierdział nerwami, strachem... czyste obrzydlistwo.
Gdy pasożyt chwycił za jej łańcuch, odpowiedziała mu głuchym warknięciem i rzuciła wyzywające spojrzenie, ale nie zdążyła zrobić nic więcej. Została wytargana na zewnątrz i znów przeszła między klatkami. Tym razem ze spuszczoną głową, ledwie kątem oka zerkając na mijanych towarzyszy niedoli. Na widok machającego jej jaszczura uśmiechnęła się smutno. Nie opierała się nawet, gdy zamykali ją w klatce. Usiadła tylko bokiem, opierając się o pręty oddzielające ją od pokrytego łuską wariata.

        - Zawiodłam. Ta gnida żyje - wyznała, zerkając kątem oka na najemników. Nie podobało jej się to, że zostali przy klatce. Wcześniej zawsze odchodzili. Poczęstunek zaskoczył ją, ale wzięła ostrożnie wypiek w palce i powąchała, zaciekawiona. Następnie przypomniała sobie starą prawdę myśliwych, powtarzaną gdy wyruszali na kilkudniowe wyprawy łowieckie i zabierali ze sobą minimalistyczne zapasy, by nie obciążać się nadmiernie. Należało korzystać z każdej znalezionej jadalnej rzeczy i nie wybrzydzać, bo nigdy nie było pewności, kiedy uda się porządnie najeść. Kiwnęła więc głową w podzięce i wgryzła się w kromkę. Między kęsami rzucała czasem szeptem krótkie uwagi do sąsiada i zerkała, wyraźnie zmartwiona, na klatkę po drugiej stronie, wciąż pustą.
        - Ona przeze mnie może teraz cierpieć. Chciałabym móc ją znaleźć i pomóc. - Zaraz po tych słowach zaobserwowała dziwne zachowanie siepaczy. Sama również się spięła, a gdy zobaczyła znajomą sylwetkę, oparła dłonie na podłożu i wygięła grzbiet w łuk, pochylając głowę i szczerząc zęby. Na otwarcie drzwi klatki zareagowała, prostując się i stając wyprostowana. Chociaż nie przestała demonstrować kłów. Postąpiła nawet o krok do przodu, upatrując się w tej chwili swojej szansy na domknięcie paru spraw. Absolutnie nie spodziewała się ataku ze strony tego tchórza. Uderzenie plecami o metal było dla niej takim zaskoczeniem, że w pierwszej chwili nawet się nie broniła. Dopiero gdy spróbował rozerwać jej tunikę, opanowała się i podjęła walkę. Mężczyzna dzięki lepszej pozycji miał początkowo przewagę, ale bardziej doświadczona i lepiej umięśniona zmiennokształtna nie miała zamiaru się poddawać.

A potem nagle wszystko ustało. Cętka nie zdążyła nawet się odgryźć na jego pewne siebie stwierdzenie. Ani zacząć panikować, choć tą opcję też rozważała. Spojrzała na zwiotczałe nagle ciało przeciwnika i pozwoliła mu upaść na podłogę.
        - Jesteś cudowny! Aż bym się wyściskała - oznajmiła, uśmiechając się radośnie do gada. Bez dalszej zwłoki kucnęła przy Nirwarze i odpięła od jego pasa klucze. Nieszczególnie rozumiała całą ideę ich działania, ale widziała, jak posługiwali się nimi inni do otwierania różnych rzeczy. Chwyciła więc najmniejszy i wypróbowała na swoich kajdanach. Ze szczęścia aż zaklaskała w dłonie, gdy okowy puściły. Szybko uporała się z resztą i przełożyła łańcuch przez kraty tak, aby jego końce znajdowały się po dwóch stronach jednego z prętów. A potem zamknęła obręcze na nadgarstkach starego znajomego z ojczyzny. Wyszła ostrożnie z klatki i zaczęła gmerać w zamku od więzienia jaszczura. Już po chwili otworzyła drzwi na całą szerokość i z łobuzerskim uśmiechem zakręciła kluczami na palcu, po czym skinęła na towarzysza, by podszedł bliżej?
        - Rrrrewolucja? - Wymruczała słowo, które była pewna, że zrozumie. W końcu wcześniej słyszała, jak go używał. A potem podała mu kilka kluczy i pokazała na inne klatki. Zdecydowanie miał serce po właściwej stronie, ale wolała nie ryzykować, że trafi mu się gorszy moment i w szalonym widzie pobiegnie gdzieś w diabły z całym pękiem. Delikatnie wyłuskała z jaszczurzej dłoni kaganiec, po czym wróciła do porzuconego Nirwara i przeszukała go dokładniej. Z pewnym zadowoleniem odkryła przy jego pasku niewielki nóż. A przynajmniej tak można było odebrać grymas na jej twarzy, który demonstrował chyba wszystkie zęby.
        - I ty nazywasz siebie mężczyzną, a nosisz zabawki, jakich dzieci by się wstydziły... Przyda się i tak. - Mruknęła, zapinając kaganiec na głowie krajana. Nie chciała, aby jego krzyki zwabiły strażników za szybko. Chciała nawet porzucić go na razie i zająć się uwalnianiem niewolników, ale jej wzrok padł na pustą klatkę skrzydlatej kobiety. Cętka bez dalszej zwłoki wybiegła z klatki i wcisnęła klucze pierwszemu niewolnikowi, który wydawał się zdrowy psychicznie i zdeterminowany. Zatoczyła szeroki łuk dłonią, pokazując innych uwięzionych, potem klucze, a następnie wyszczerzyła się i uderzyła pięścią o drugą rękę. Sama wróciła do porzuconego handlarza niewolników i usiadła na nim okrakiem.
        - To teraz się pobawimy, gnido. - Mruknęła, wykorzystując jego własne ostrze do przecięcia ubrań osłaniających pierś. A potem odłożyła nożyk na bok i zabrała się do wykonania wyroku, który wisiał nad jego karkiem od lat. Odetchnęła głęboko i pochyliła się, by chwycić zębami za skórę tuż pod jego mostkiem. Zaczęła szarpać, przesuwając się wyżej. Pomagała sobie rękami, wydrapując i wygryzając dziurę w ciele ofiary, dopóki nie zobaczyła całej kości. Nie przejmowała się jego zduszonymi przez kaganiec wrzaskami, czy próbami uwolnienia się spod niej. Żałowała, że nie miała przy sobie swojego porządnego noża. O, wtedy by się pobawili! Mogłaby wygodnie połamać mu żebra, a tak musiała wykorzystać obręcz, która wcześniej opinała jej szyję i jak zwykły barbarzyńca za jej pomocą uderzać w kości, aż nie pękły. Potrzebowała wygodnej przestrzeni do pracy. Dopiero, gdy usunęła kilka odłamków i miała dostęp do serca, sięgnęła po mały nożyk. Wycięła za jego pomocą duży symbol na organie, który miał związać z nim duszę Nirwara, by ta zgniła wraz z ciałem. A potem bez większych ceregieli chwyciła obiema dłońmi za jego czułe serduszko i pociągnęła do góry. Pomagała sobie zębami, przegryzając po kolei żyły. Gdy wreszcie skończyła, odrzuciła bezużyteczny już kawałek mięsa w kąt klatki.
        - I jednej wszy mniej.

Jakby nigdy nic, zabrała zdobyczne ostrze i opuściła swoje więzienie, by zacząć polować na najemników. Według niej byli tak samo winni każdej krzywdy, jaka spotkała w tym budynku kogokolwiek, co wydający im polecenia mężczyzna. Liczyła też, że przy okazji znajdzie swoją broń. Ale najpierw musiała sprawdzić, jak postępowała "rewolucja" i oswabadzanie niewolników. Jakoś nawet przez głowę jej nie przeszło, że cała utytłana krwią, włącznie z ogonem i warkoczem, którego końcówka wyglądała jak pędzelek malarza nadmiernie lubiącego czerwień, mogła bardziej odstraszać innych, niż zachęcać do współpracy. Szczególnie biorąc pod uwagę, że najwięcej barwnego płynu miała wokół ust, na szyi i rękach, po same łokcie.
Rozejrzała się za znajomym jaszczurem i drugim więźniem, któremu dała klucze, ruszając truchtem między klatki, w kierunku, gdzie jej zdaniem widziała ich ostatni raz.
Avatar użytkownika
Cętka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Postprzez Malawiasz » Pn lut 19, 2018 4:44 pm

Malawiasz oraz panna, która w międzyczasie wyjawiła swoje prawdziwe imię – Ejra -, szli pośpiesznie wąskimi korytarzami, mijając kolejne klatki oraz smutne spojrzenia rzucane im mniej lub bardziej ukradkowo przez ich rezydentów. Kilku z nich nawet rzuciło się do krat, błagając o uwolnienie; mężczyzna widział wahanie oraz chęć pomocy raz po raz obmalowujące się na twarzy kobiety, która może i jak dotąd popisała się jedynie doskonałym wyczuciem czasu oraz umiejętnością przebijania na wylot rozproszonych pokus, ale rekompensowało to jej dobre serce – może nawet i nieco zbyt dobre. Malawiasz wyczuwał jednak napięcie, które zaczynało narastać pomiędzy nimi w miarę, jak zmuszeni byli na dalszy plan odkładać pomoc owym nieszczęsnym istotom; ktoś inny może i by pozwolił, aby pęczniało jak bańka i ostatecznie wybuchło przy mniej delikatnym dotyku, on jednak postanowił rozładować to przez rozmowę. Raportowanie nie mogło być nazbyt trudne – wspólny temat wręcz sam się nasuwał; okazanie pogardy do samej idei niewolnictwa oraz jej bardziej dosadnych skutków zdecydowanie poprawiło nastrój kobiety, która od kilku godzin otoczona była osobami traktującymi ludzi jak zasób. Malawiasz jednak umiejętnie nie przesadzał, wyczuwając, że jeżeli posunie się za daleko, Ejrę zaczną ponosić emocje; a to zdecydowanie uczyniłoby z nią zbyt nieprzewidywalną osobę.

        Rozmowę przerwał im dopiero rozpaczliwy szloch, który jakby przytłumiony niósł się po korytarzach; Malawiasz oraz Ejra spojrzeli po sobie znacząco i bez wahania ruszyli do jego źródła – kobiety nie trzeba było do tego zachęcać, a lekarz umysłu potrafił rozpoznać, kiedy płacze ktoś naprawdę potrzebujący. Drogę za źródłem tak poruszającego ludzkie serca dźwięku przerwały im dopiero drewnienia, solidne drzwi, które okazały się być zamknięte na klucz; Malawiasz nie znał się na otwieraniu zamków, dlatego też postanowił po prostu cwaniaczka wyłamać za pomocą magii mocy, jednakże Ejra okazała się być mało cierpliwa; wbiła ostrze w zamek i szarpnęła – po chwili ten wylądował na ziemi, a drzwi stanęły przed nimi otworem. Weszli do środka i w tej chwili ich oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

        W kącie siedziała drobna kobieta, obdarzona parą pięknych, fellariańskich skrzydeł, nie mająca na sobie nic poza strzępami sukni, która widocznie została brutalnie poszarpana; podkulała nogi do piersi i obejmowała je rękami, chowając głowę pomiędzy kolanami i szlochając; opadające, potargane włosy opadały na nie, zasłaniając jej twarz. Obok leżały trupy dwóch mężczyzn w skórzanych zbrojach – jeden z nich miał spodnie opuszczone do kolan. Malawiasz nie potrafił stwierdzić przyczyny śmierci – podejrzewał, że nawet wyszkolony medyk miałby z tym nielichy problem -, ale szybkie oględziny pomieszczenia pozwoliły mu wyciągnąć dosyć wiarygodne wnioski. ”Widocznie najemnicy chcieli się „zabawić” z dzierlatką, ta rzecz jasna stawiała im opór, po czym nagle... więc dlaczego płacze? Czyżby? To ona to zrobiła? Ale... jak? Magia? Jeśli to byli pierwsi zabici przez nią ludzie, to taki wybuch emocji jest w pełni zrozumiały. Aj, niedobrze.”

        Pozwolił Ejrze pocieszyć fellariankę – podejrzewał, że męski dotyk tylko pogorszyłby sprawę. Kobiety szeptały do siebie przez chwilę, po czym Ejra odrzuciła na bok miecz i uścisnęła biedną istotkę; trwały w uścisku przez dobrą chwilę, po której jedna pomogła drugiej wstać. Malawiasz bez pytania ściągnął z siebie swój szary płaszcz i okrył nim nagą kobietę, dosyć skutecznie zasłaniając miejsca intymne, zwłaszcza że ta od razu mocno się nim opatuliła. Następnie użyczył jej ramienia i razem wyszli z pomieszczenia; Ejra podążała za nimi.
- Musimy ją zabrać w bezpieczne miejsce – powiedziała, zamykając drzwi.
- Najpierw trzeba dorwać właściciela – odrzekł ze spokojem, chowając jednocześnie swoją maskę w kieszeni – nie była mu już potrzebna. Widząc wahanie na twarzy swojej towarzyszki, postanowił przekonać ją dosadniej. - Jeżeli ucieknie, będzie mógł rozpocząć to wszystko na nowo – czujące, wartościowe istoty dalej będą sprzedawane jak towar i nic się nie zmieni. Musimy odciąć łeb tej hydrze. - To zdało się dostatecznie przekonać kobietę, która zacisnęła zęby i ruszyła za mężczyzną, prowadzącym fellariankę.

        Tymczasem przekazanie kluczy niezbyt rozgarniętemu smokołakowi okazało się być nader trafną decyzją; zmiennokształtny zakrzyczał z radością, a gdy zorientował się, że nie jest w stanie użyć podarowanego mu przedmiotu to rozbicia krat klatek, zaczął w szaleńczym tempie biec wzdłuż korytarza, otwierając każdą z nich w tempie, które mogło wywołać obawę, czy aby nie złamie za chwilę kilku kluczy. Uwolnieni niewolnicy reagowali na trzy sposoby: jedni pozostawali skuleni w klatkach, obawiając się kary za opuszczenie ich, drudzy wylatywali z nich pędem, zmierzając w stronę wyjścia, trzeci natomiast zebrali się w grupy, żądni zemsty, które pośpiesznie ruszały na poszukiwanie broni. Członkowi jednej z takich właśnie grup Cętka wręczyła pozostałe klucze, a on kiwnął w podzięce, po czym pokazał pozostałym towarzyszom. Wkrótce klatki zaczęły się otwierać jeszcze szybciej, wypuszczając kolejne rzesze niewolników.  W powietrzu rozniosło się kilka krzyków niewolników i odgłosów walki.

        Malawiasz i jego dwie towarzyszki właśnie dochodzili do rozwidlenia dróg, gdy nagle przed ich nosami przebiegła grupa wściekłych niewolników, goniących potykającego się najemnika – na ich przedzie biegł smokołak, wrzeszczący dziwne hasła. Mężczyzna wymienił z Ejrą zaniepokojone spojrzenie, ale ruszył dalej, skręcając w stronę przeciwną do obranej przez niezwykłą kompanię, zastanawiając się w głowie, co się u licha dzieje. Wtedy ujrzał ją ponownie. Choć wyglądała... zdecydowanie inaczej. Malawiasz zatrzymał się, wpatrując się w zmierzającą w ich stronę panterołaczkę; ślady krwi na niemal każdej części jej ciała oraz równie zakrwawiony nóż trzymany w ręce, z której ciekła wciąż wilgotna ciecz, pozostawiając rdzawy ślad na podłodze sprawiało niezbyt miłe wrażenie. W mężczyźnie pojawiło się niepewne podejrzenie, komu takiemu mogła utoczyć aż tyle krwi, ale o wiele istotniejsze było to, że również i on mógł znajdować się w niebezpieczeństwie; w końcu spotkali się wcześniej w niezbyt sprzyjających okolicznościach i choć bez maski i płaszcza wyglądał zupełnie inaczej, to podejrzewał, że zapach dla kotów może być znacznie bardziej istotny. Dlatego też kiedy tylko panterołaczka ich ujrzała, Malawiasz sięgnął do kieszeni i wyciągnął prymitywną ozdobę, podnosząc ją do góry tak, aby była dobrze widoczna; nawet udało jej się uniknąć zabrudzenia pokusią krwią.
- Malawiasz... - powiedziała powoli Ejra, spoglądając w zdumieniu na zakrwawioną „bestyjkę”, celując w nią ostrzem.
- Opuść miecz  - wyszeptał mężczyzna, a widząc wachanie kobiety dodał. – Już! - Ejra powoli obniżyła ramię, a Malawiasz już miał przemówić do zmiennokształtnej, gdy fellarianka nagle się odezwała.
- Dhabba... - rzekła słabo, ale na tyle głośno, aby Cętka mogła doskonale to usłyszeć.
- Nie jesteśmy handlarzami niewolników, ani nie pracujemy dla nich. Przybyliśmy tutaj, aby wyzwolić was, a ja w szczególności ciebie. Nie jesteśmy wrogami, chcemy pomóc.
Avatar użytkownika
Malawiasz
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Vaela,
Rasa: Człowiek, syn czarodziejki
Aura: Średniej siły aura, która nie przedstawia się wyjątkowo ekstrawaganckimi kolorami. Umiarkowanie nasycony kobalt przenika się ze stonowanym cynkiem stanowiąc jej bazę. Jednak to nie kolory wydają się tutaj najważniejsze a poświata, która je otacza. To ona jest sednem emanacji. Początkowo lśni tutaj obsydian, niby jasny i wyraźny ale szybko zaczniesz wyczuwać, że coś z nim jest nie tak. Gdy ta myśl dotrze do twej jaźni, zza niego wydobędą się sploty topazu, więżące harmonijne lśnienie w ciasnych węzłach. Szybko zrozumiesz, że mimo sprzeczności połyski są nierozerwalnie powiązane, zupełnie jakby to właśnie harmonia była przyczyną i zalążkiem chaosu. Dźwięki przeplatają się tutaj, tak jak wcześniej kolory, dlatego głęboka melodia powoli przekształci się w buczenie. Ono z kolei zachowuje się niby przedsmak zapowiadający uderzenie młota. Ten zaś zakończony jest zmysłowym szeptem jakby dla złagodzenia brutalniejszego wrażenia. Czuć tutaj zapach potu, a w dotyku aura jest miękka i raczej sztywna. Na koniec wyczujesz ostre brzegi otaczające gładkie połacie, które czujesz wraz z łagodnym smakiem emanacji, umiarkowanie lepiącej się w powietrzu.
Wygląd: Malawiasz jest szczupłym mężczyzną o wzroście blisko pięciu i pół stopy. Brak potrzeby większego wysiłku fizycznego zaowocował w niezbyt wielkiej makulaturze, co tylko pogłębiły lata spędzone w więziennej celi, które dodatkowo boleśnie odbiły się na jego kościach, co można zaobserwować w jego niektórych, nieco nienaturalnych ruchach. Oprócz tego posiada dosyć bladą ... (Więcej)

Postprzez Cętka » Wt lut 20, 2018 10:49 pm

Cętka nie spieszyła się nadmiernie. Chciała znaleźć znajomą dwójkę, ale musiała też zachować ostrożność. Harmider szybko ściągał najemników, a nie miała zamiaru znów dać się złapać. Dlatego zaglądała czujnie w każdy kąt, zanim pobiegła dalej. Dzięki temu dostrzegła jednego z siepaczy, który groził mieczem jakiemuś nieuzbrojonemu niewolnikowi, który z bliżej nieznanych przyczyn był bez ochrony grupy. Takiej okazji nie mogła przepuścić. Zaszła nikczemnika od tyłu i skoczyła na jego plecy. Przy okazji odchyliła jedną ręką jego głowę i zacisnęła z całej siły zęby na jego szyi. Nie miała ich może tak ostrych, czy wielkich jak w kociej formie, ale wystarczyło, by mężczyzna w panice wypuścił rękojeść broni i dał się przewrócić. A potem musiała tylko nie puszczać, aż łaskawie się udusi. Uratowany człowiek zabrał porzucony miecz i rozsądnie rzucił się do ucieczki. Nie zobaczył przez to, że białowłosa zdołała się całkiem ładnie wgryźć, pozostawiając wyraźny ślad swoich zębów. Dopiero, gdy upewniła się, że jej ofiara była martwa, otarła usta, rozsmarowując na nich krew, wstała i ruszyła na dalsze poszukiwania.
Z zadowoleniem mijała puste klatki. Kilka razy zatrzymała się przy jakiś biedakach, którzy bali się wyjść i zachęcała ich gestami, ale po którejś z kolei porażce darowała sobie. Nie miała dość czasu, by marnować go na tych, którzy nie chcieli być ratowani. Musiała pomóc tym, których nie musiałaby wynosić z klatek siłą na własnych ramionach. Próbowała węszyć, ale zapach jaszczura często gubił się w mieszaninie woni zdominowanej przez krew, jaka unosiła się w powietrzu.
W pewnej chwili trafiła na podejrzanie wyglądającą trójkę. Jedna kobieta była ubrana podobnie, jak tamta skrzydlata potwora, w długą, zdecydowanie zbyt błyszczącą sukienkę. Mężczyzna skojarzył jej się z tymi, którzy byli w małym pokoiku, gdzie szarpała się z najemnikami. A pomiędzy nimi była niedawna sąsiadka panterołaczki w opłakanym stanie, jeszcze zawinięta w tą dziwnie długą kurtkę. Z gardła zmiennokształtnej natychmiast wyrwało się głuche, głośne warknięcie. Niewiele brakowało, aby ryknęła. Dopisała sobie do widzianej scenki całą historię, w której ta parka próbowała porwać biedną skrzydlatą. Ale potem na zawołała Cętkę jej imieniem i dziewczyna spojrzała na niedoszłą niewolnicę, dopiero teraz dokładnie się jej przyglądając. Wcześniej zbyt zajęta była obserwacją miecza i ręki drugiego człowieka, który wyciągnął coś z ubrania.
        - Anaarija? - Wręcz jęknęła dopadając do znajomej. Ta nie wydawała się spięta, więc zwierzołaczka postanowiła zignorować pozostałą dwójkę, jako niegroźnych i niewartych chwilowej uwagi. Obwąchała ją nawet dokładnie, od stóp po czubek głowy, by upewnić się, że nikt jej nie skrzywdził. A szczególnie jej eskorta. Po wstępnych oględzinach śpiewaczki, Cętka nie potrafiła się powstrzymać. Wsunęła nóż za wierzchnią spódnicę i objęła mocno drobniejszą pannicę, po czym podniosła ją i zakręciła się kilka razy wokół własnej osi. Po postawieniu jej, otarła się jeszcze z radości kącikiem ust o jej policzek.  Jakoś zupełnie zapomniała przy tym, że cała była uwalana we krwi. Następnie krótko przytuliła kobietę z mieczem. Przecież jej nie znała, ale chyba była po ich stronie. Na końcu obróciła się do mężczyzny i dopiero wtedy zwróciła uwagę na trzymany przez niego przedmiot. Kocica zamarła na chwilę, a jej twarz pobladła lekko, co widać było nawet mimo rozsmarowanej po niej czerwieni. Źrenice rozszerzyły się gwałtownie, zajmując niemal całe tęczówki. Dopadła do niego i wyrwała z ręki swój naszyjnik, który natychmiast założyła. Dotknęła palcami kociego kła zwieszającego się z amuletu i podziękowała szeptem przodkom. Potem uśmiechnęła się z wyraźnym szczęściem, patrząc na człowieka, który oddał jej talizman. W mgnieniu oka zawisła mu na szyi, tuląc mocno i wyciskając na policzku soczystego buziaka. Nawet w ramach deklaracji przyjaźni przywaliła mu lekko czołem w kość policzkową i otarła kącikiem ust o jego żuchwę, aż ją samą zęby zabolały.
        - Anaarija? Rewolucja? - Spytała, zakreślając jedną ręką szeroki łuk. Tylko taki pomysł miała, jak spytać o lokację jaszczura. Drugą dłonią nie mogła gestykulować, bo wciąż obejmowała nią w pasie nowego towarzysza. Ogonem w podnieceniu całą sytuacją poruszała z takim zaangażowaniem, że co chwila któreś z trójki obrywało nim to w brzuch, to udo lub pośladek. Czasem nawet w twarz, gdy kocicę szczególnie poniosło. - Nirwar. Wyrwałam mu serce. Jak zobaczycie wroga, dajcie znać, zajmę się nim. I muszę odzyskać moją włócznię! Wiem chyba gdzie jest. Chodźcie, może znajdziemy coś jeszcze, a potem... potem zapolujemy na tych synów suk i znajdziemy jaszczura, nie możemy go tu zostawić!
Cętka wykorzystywała znaną już sobie metodę i pokazała wysoko, potem trzy razy uderzyła się rytmicznie otwartą dłonią w mostek, zacisnęła palce w pięść i szarpnęła gwałtownie do przodu. Potem kolejno wskazała całą trójkę, oczy, palcem pokazała kilka losowych miejsc przed sobą, postukała się w pierś i zademonstrowała gest rozrywania pazurami gardła. Następnie wskazała na miecz nieznanej jej kobiety, siebie i gdzieś między klatki. Puściła przy tym wreszcie mężczyznę i skoczyła do przodu, kiwając na resztę dłonią. Później zaczęła świergotać strasznie szybko i wszelkie logiczne gesty diabli wzięli na rzecz klaskania w dłonie, podskoków i ogólnie pokazywanej radości. Chociaż drapieżnie wyszczerzone zęby i jej ton sugerowały, co wywoływało w niej tak dobry humor. Co jakiś czas łapała też oburącz swój amulet, a wtedy uśmiechała się znacznie szerzej. Podbiegła kilka kroków w stronę, gdzie wydawało jej się, że wysadzono ją z wozu, a gdzie wciąż mogły być jej rzeczy. Po czym zawróciła ze zniecierpliwioną miną i kiwnęła kilka razy na resztę, by ich popędzić. Nie mogła się doczekać momentu, gdy znów dorwie jakiegoś pojedynczego najemnika i zdoła go nastraszyć, przemieniając się w skoku.
Avatar użytkownika
Cętka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Finua, Kelisha, Alia, Ieldarisa, Rakell,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Dorosła emanacja, która przywita cię energią młodzika, nawet jeśli jej barwy nabrały już stonowanego koloru. Szmaragd lśni tutaj zadziornie, oświetlając pogodne barachitowe góry. Panuje tu całkowity bezdźwięk, ale odczucia jakie budzi ta psotna emanacja są pozytywne. Czuć tutaj mokrym panterzym futrem, na którym rozpuszczają się drobinki intensywnie padającego śniegu. Powietrze jest mroźne i rześkie, zachęcające by wtulić się w ciepłą cętkowaną sierść, giętko zapadającą się pod twoim dotykiem. Śnieżynki padające na twoje usta o dziwo nie rozpuszczą się by zniknąć, a uparcie przylgną do nich swoją lepkością. Smak ich jest pikantny, delikatnie przełamany słodkawą nutą. Powierzchnia śniegu jest raczej twarda i lekko tępa gdy stąpasz. Nie brak w niej gładkich niczym aksamit, nie ruszonych niczyją stopą przestrzeni, które swoją chropowatością przecinają zmrożone ślady kocich łap. Nawet nie wiesz w którym momencie cyna, którą lśnią, zastąpiła cynk, który przecież chwilę temu jeszcze powinien tu być. To jedyny moment gdy ta garnąca się do ciebie aura sprawia wrażenie nieco zagubionej i samotnej. Nie zdążysz się jednak zastanowić nad przyczyną. Emanacja zniknie niczym górska pantera w swoim naturalnym środowisku i na próżno szukać jej ponownie.
Wygląd: Postać ludzka:
Wysoka jak na kobietę, do dumnych sześciu stóp wzrostu brakuje jej raptem ciut ponad palca. Jest przy tym szczupła, jak na standardy swojego plemienia, i gibka. W rzeczywistości oznacza to, że mogłaby swobodnie pozbyć się jakiś pięciu funtów i nadal nie dałoby się policzyć jej żeber. Tyle dobrze, że jest raczej proporcjonalna, a dzięki aktywnemu trybowi życia ...
(Więcej)
Uwagi: Cętka nie zna wspólnego ani alfabetu obowiązującego na kontynencie.

Poprzednia strona

Powrót do Nowa Aeria

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron