"A droga wiedzie w przód i w przód..."


Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.

Postprzez Barabasz » Pt lis 09, 2018 9:44 pm

        Barabasz szedł gościńcem i mruczał zadowolony pod nosem. Ostatnie dni były wyjątkowo udane - wyleczył stado krów z owrzodzeń wymion (naprawdę, wystarczyło jedynie nauczyć wieśniaków odrobiny higieny w hodowli zwierząt, ale konieczna do tego była stosowna, mistyczna oprawa!) i sprowadził na świat ślicznego, różowiutkiego noworodka. Okoliczny znachor już dawno położył na nim krzyżyk, dzięki czemu satysfakcja była jeszcze większa. Co najważniejsze jednak, pomógł w rekonstrukcji studni, zapewniając wiosce świeżą wodę.
Spotkała go również miła niespodzianka, bo tym razem wieśniacy nie próbowali wymigać się od zapłaty, a nawet dołożyli co nieco od siebie. Zaopatrzony w świeżutki prowiant mógł wędrować dalej, nie martwiąc się przez chwilę o to co będzie jadł.
        Krasnolud zaczął pogwizdywać pod nosem, czując się bezpiecznie na trakcie. Był zbyt brzydki by ktoś chciał go napaść, a nawet gdyby w jego wielkim plecaku złodziej dopatrzył się jakiejś wartości, Styk umiał się obronić. Za pasem nosił zatknięte dwa toporki, które stawały się śmiercionośną bronią w jego rękach. Na szczęście tego dnia nikt nawet nie myślał o rabowaniu gościńca, bo cała śmietanka okolicznej braci przestępczej zgromadziła się w zupełnie innym miejscu.
        Wujcio zmarszczył brwi, gdy ktoś przerwał mu zasłużony relaks dobiegającymi z oddali okrzykami. Kilku ubranych na czarno mężczyzn zgromadziło się wokół drzewa, na które zarzucona była lina. Na jej drugim końcu znajdował się jeszcze jeden mężczyzna, podobny do reszty, z jedną tylko różnicą. Jego twarz była umazana od krwi, a na szyi zaciśnięta była gruba pętla. Egzekucja.
        Brew Wujcia powędrowała do góry w wyrazie niemego niezadowolenia. Zazwyczaj nie wtrącał się w sprawy wewnętrzne gangów i grup przestępczych. Wystarczająco długo był w wojsku, by wiedzieć, że każda z takich formacji ma własny sposób załatwiania problemów. Ci tutaj wyglądali jednak na wioskowych zawadiaków, a tym czego Barabasz nie cierpiał bardziej od wieśniaków nie płacących za jego usługi, byli wieśniacy organizujący samosądy. Poza tym od dawna już nie był w wojsku.
Krasnolud westchnął ciężko i skręcił ze ścieżki, kierując się w stronę grupki. Zamierzał ich przegadać, tak jak robił to setki razy z wioskowymi głupkami. Nie różnili się niczym, choć oczywiście nie mógł im tego powiedzieć. W ich małych móżdżkach byli absolutnie wyjątkowi i nie do pokonania.
- Dzień dobry, panowie! Widzę, że dzieją się tu ciekawe rzeczy - powiedział donośnym głosem, zbliżając się do nich.
Jeden z mężczyzn, najprawdopodobniej przywódca, wyszarpnął zza pasa nożyk i wyciągnął go w stronę nieznajomego. Wyjątkowo krótki nożyk.
- Cego fces psybłędo?! - zawarczał, robiąc groźną minę. Styk skłonił się, zachowując kamienną twarz. Tym, czego nauczył się na samym początku swojej pracy był fakt, że nie należy śmiać się ze sposobu w jaki mówiąc prości ludzie.
- Przechodziłem obok szanowny panie i zobaczyłem zbiegowisko. Co się tu dzieje? Oczywiście jeśli mogę szanownego pana zapytać.
Zbój przez chwilę milczał, wpatrując się w niegroźnego (z pozoru) krasnoluda i zastanawiając się nad jego słowami. Określenie “szanowny pan” mile połechtało jego ego. Lub “połeftało”, jak sam by zapewne powiedział.
- To nie tfoja sprafa staruchu! Samiesamy odprafić efseku...efseku… Do fiaska, fcemy go sabić! - warknął, ale opuścił mieczyk. Najwidoczniej nie czuł jakim zagrożeniem jest Styk. Ten zaś przechylił głowę i pokiwał z powagą, choć jego oczy uśmiechały się ciepło. Biedny, wioskowy głupek, myślał że jego sprawy są tak strasznie ważne. Ważne jest zniszczenie życia naturian przez wydobycie żywicy. Albo wojna, która spustoszyła ten kraj. Ważne…
- A powiedz mi synu, dlaczego chcesz go zabić?
- Bo naf sfradził!
W tym momencie skazaniec postanowił zaprotestować i zajęczał głośno. Jego usta zapychał jednak knebel, więc nie dało się nic więcej zrozumieć.
- Mógłbyś go rozwiązać, żebym usłyszał jego wersję wydarzeń, proszę?
Słowa Wujcia były łagodne acz stanowcze i nie pozostawiły hersztowi bandy żadnego wyboru. Mężczyzna już przegrał tę walkę, mimo że jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Pokiwał tylko potulnie głową i zdjął knebel z zakrwawionej twarzy.
- To był wypadek, przysięgam! - wrzasnął niedoszły wisielec, wpatrując się w Styka wyłupiastymi oczami. - Błagam, pomóż mi! - ryknął rozpaczliwie, nim znów został zakneblowany.
- A więc, drogi przyjacielu - powiedział Barabasz, rozsiadając się wygodnie na pieńku. - Opowiesz mi co właściwie się stało?
Avatar użytkownika
Barabasz
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Fobos, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire, Nick, Vera,
Rasa: Krasnolud
Aura: Nieznana.
Wygląd: Jaki krasnolud jest, każdy widzi.
A Barabasz, jak każdy krasnolud, jest niewysoki choć krępy. Przez swój zaawansowany wiek i wędrowny tryb życia stracił już nieco ciała, jednak nadal ma masywniejszą budowę niż przeciętny mężczyzna.
Jego ręce są silne choć żylaste, a dłonie duże i szorstkie. Przedramiona pokrywają liczne blizny, świadczące o tym, że ten przyjazny ...
(Więcej)

Postprzez Lasse » Wt lis 20, 2018 9:48 pm

        Lasse przechadzał się żwawym krokiem przed siebie. Często schodził z drogi by móc przejść się po jakimś wzniesieniu, które w minimalny sposób załagodziło jego górski głód. Teren był jednak okrutnie płaski i w dodatku słabo zalesiony. Przeszedł już wiele smoków by tu dotrzeć, do rozległych terenów Opuszczonego Królestwa, które jako ostatnie stały mu na drodze do Gór Dasso. Nikt by mu nie uwierzył, ile w tym czasie przeżył, ile dużych smoków przeszedł i ile przejechał. Nikt by mu też nie nie uwierzył kim tak naprawdę jest i że będąc kimś z wyższych sfer przetrwał niełatwą podróż, bo nie oszukujmy się, ale klimat tych ziem znacząco różniły się od tych, w których pierwotnie żył. Mówili tu z dziwnym akcentem, nawet elfy brzmiały jakoś inaczej, bardziej melodyjnie, świergotali jak skowronki a nie jak potężne orłosępy przemierzające surowy klimat Gór Księżycowych. To były wspaniałe zwierzęta. Dzikie, roztargnione, o płonącym tułowiu i mglistych skrzydłach, bystrych, surowych oczach, z ostrymi pazurami. Tak właśnie brzmiały górskie elfy z Ilargii. A te tutaj był jeszcze bardziej kruche i delikatne w samej budowie ciała niż mieszkaniec Gór Księżycowych.
        Erik jednak wiedział, że jest jednym z nielicznych szpiczastouchych, który łamie stereotypy łagodnego elfa. Nie mógł porównać się do smoków, ale wewnątrz serca nosił ten sam gorący płomień, co i one. Co ambitni czarodzieje, co uparci ludzie.
        Tak więc nikt by mu nie uwierzył kim jest i skąd przybył. Szczególnie, że na jego twarzy malowała się radość i ekscytacja. Był już tak blisko swego celu. Miał nadzieję, że już niedługo ujrzy zarys mroźnych gór. Już szykował w głowie projekt sztandaru, którym przekuje lód, lecz jego marzenia ucichły w głowie, gdy z dala usłyszał niepokojące okrzyki. Zwykła ciekawość zaprowadziła go bliżej wydarzenia. Zakradł się powoli do towarzystwa, szczególnie jego krok zwolnił gdy jeden z głosów okazał się niższy od tych ludzkich. Bardziej ochrypły, stanowczy, zdecydowany. Musiał mocno przyłożyć dłonie do ust by nie parsknąć śmiechem po jakże męczącej i długiej wypowiedzi wieśniaka. Lasse wysunął wyżej łeb kryjąc się za pagórkiem i wówczas dostrzegł plecy niskiego jegomościa. Potężnej budowy siwy gość, który wydawał się przez chwilę wolno stojącym plecakiem gdyby nie nogi. Oczy elfa rozparło zdziwienie i jego szyja stała się jeszcze dłuższa. „Krasnolud...”, pomyślał wolno Erik. Czy tego chciał czy też nie, Erik la Lawrance na swej drodze spotkał zaledwie kilku brodatych w swoim życiu. Jego państwo nie chciało wchodzić w układy z krasnoludami. Ich poglądy polityczne zdecydowanie zbyt mocno się różniły, by owe kontakty nabrały nieco cieplejszego klimatu, dlatego też tym bardziej Lasse szczypała w oczy cała ta szlachecka szajka Ilargii. Byli solą w oku. Mógł na palcach jednej ręki zliczyć przypadkowo napotkanych nordów, którzy niefartem znaleźli się w jego królestwie. Jeszcze większe zdziwienie ogarnęło go, gdy na żadnym szlaku kupieckim (jak na złość!) nie spotkał żadnego z nich. Teraz stał przed nim krasnolud z krwi i kości, który najwidoczniej starał się stanąć w obronie wisielca.
        Erik był nieco mniej moralny od siwowłosego, dobrego Wujcia. Chciał... wręcz musiał wykorzystać okazję by się do niego zbliżyć!
        - Hej! Wy tam! - krzyknął w stronę zebranych i podpierając się na boku machał do nich ręką.
        Szefo całego przedsięwzięcia spojrzał gniewnie na nazbyt pewnego siebie elfa. Długouchy stał w lekkim rozkroku i nie bał się przerwać pogawędki, gdy więc ruszył do nich równie mocnym, aczkolwiek nonszalanckim krokiem, napięcie zdecydowanie wzrosło.
        - Panowie, cóż to? Tak za dnia odprawiać diabelskie rytuały?
        - Tu się sprafiedliwość fymiesa! - żachnął się wieśniak.
        - O, doprawdy? Może kapłan z sąsiedniej wioski to osądzi, umazany ryj krwią to chyba pierwszy stopień do sprzedania duszy diabłu. Hm... - zamyślił się na krótką chwilę elf. - Dostrzegam okrąg, przecinające się linii krwi... Wydaje mi się, że to nieudolnie wymalowany pentagram – osądzał kłamliwie Lasse.
        - Co?! - wzburzył się bandzior, choć rzucił szybkie spojrzenie na wisielca. Twarz oprawcy pobladła, jakby teraz sam zaczął dostrzegać wszelkie wyznaczone przez elfa znaki. - Nieprafda! To oscerstfo!
        - Tak, dokładnie! - przytaknął drugi.
        - To sprowadzamy kapłana? - zaproponował luźno Lasse. - Myślę, że ten ma doprawdy wprawione oko, nie pozwolę powiesić niewinnego.
        - E... a... kurfa! Feś ty się odcep, co?
        - Ewentualnie możemy rozwiązać ten spór nieco inaczej. Bez sprowadzania kapłana i ściągania jakiegokolwiek sądu sprawiedliwości – ciągnął dalej książę zbliżając się do wisielca, który raz, że miał umrzeć to teraz jeszcze jego dusza mogła być sprowadzona do piekła. Był przerażony tą wizją.
        - Zagramy w prostą grę – kontynuował lekkim głosem Lasse. - Może w pokera?
        - Nie umje - burknął bandzior.
        - Hm, pasjans?
        - W co?
        - Dobrze, papier, kamień i nożyce. Jeżeli wygram gość przeżyje. – Uśmiechnął się paskudnie Lasse szturchając wisielca w nogi, jakby był jego kumplem, któremu ani trochę nie grozi śmierć.
        - A jeseli nie?
        - Powiesicie go.
        - Tak! - krzyknęła banda.
        - Nie! - ryknął rozpaczliwie skazaniec.
        - Ty milcz, właśnie gram o twoje życie – elf skarcił biedaka, po czym wysunął się krok przed przyszłym zmarłym. - A więc...
        - RAZ!
        - TFA!
        - Tsy!
        - Kamień – prychnął Erik wymierzając celny cios prosto w mordę oprychowi.
        Mężczyzna zatoczył się do tyłu zakrywając twarz dłońmi i momentalnie zalewając się krwią. Lasse podkradł spod stóp wisielca stołek, przez co podejrzany zawisł na pętli, którą w panicznym akcie starał się bezskutecznie zerwać. Elf wskoczył na niestabilny taborecik, a następnie sprzedał kolejnemu napastnikowi kopniaka w klatkę piersiową pozbywając się na krótką chwilę kolejnego wieśniaka. Erik płynnym ruchem wyjął krótki miecz, którym przeciął linę. Wisielec padł na ziemię łapiąc powietrze niczym wyrzucona z krągłej kuli złota rybka. Był czerwony na twarzy, ale żył, a jego karki nie uległ złamaniu. A to ci dopiero szczęściarz!
        Elf wysunął miecz przed siebie przybierając zgrabną pozycję, niemalże szermierską.
        - To jak panowie, idziemy w tango czy odpuszczamy grzechy?
Avatar użytkownika
Lasse
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Frigg, Niviandi, Francine, Kvaser, Deithwen, Kavika, Pliszka, Namir, Wiladye, Shantti, Cedr, Paank, Ruu,
Rasa: Górski Elf
Aura: Nieznana.
Wygląd: Erik la Lawrance to mierzący nieco ponad sześć stóp elf górski o nietypowej urodzie. Ma ciemne, niebieskie włosy, które niegdyś były estetycznie zaczesywane do tyłu. Zawsze jednak towarzyszył mu niesforny kosmyk opadający na przód jego twarzy. To był niemalże jego znak rozpoznawczy w różnych dworach, od razu było wiadome z kim się właśnie rozmawia. Teraz nie zwraca na to ... (Więcej)

Postprzez Tioyoa » Pt lis 23, 2018 12:28 am

        Powrót do domu i swojej kuźni nie był wcale łatwy - okazało się, że o tej porze roku ruch karawan zmierzających na zachód mocno tracił na płynności i znalezienie wozu, który zabrałby pasażera w okolicę Thenderionu graniczyło z cudem. Chcąc nie chcąc Tioyoa była zmuszona kombinować i powoli, zygzakiem zmierzać do celu. Problem pojawił się jednak już niecały tydzień po opuszczeniu Fargoth. Przez niezrozumiały krasnoludzki akcent Tarunn bądź też z czystej złośliwości woźnica, który zgodził się ją zabrać ze sobą nie dogadał się z nią co do kierunku i zamiast na zachód, wywiózł kowalkę prawie na samo Wybrzeże Cieni. Tioyoa zorientowała się, że coś jest nie tak, rozmawiając z innymi gośćmi w jednej z karczm, gdzie zatrzymali się na nocleg - coś nie pasowały jej te pełne zaskoczenia spojrzenia, gdy pytała jak daleko muszą jeszcze jechać, by dotrzeć do Nandar-Ther. W końcu ktoś zebrał się w sobie i wyjaśnił jej, że tą drogą do górskiej warowni na pewno nie dotrą, chyba, że odkryją drogę po drugiej stronie Łuski, bo zmierzali w całkowicie innym kierunku. Tarunn nie zareagowała na to wbrew pozorom aż tak źle, jak mogłaby. Po puszczeniu szczerej wiązanki przekleństw w trzech językach, dosadnym poinformowaniu woźnicy co myśli o nim, jego dzieciach i jego szanownej małżonce, następnie daniu mu w pysk z jednej i z drugiej strony, z elfki zeszła para i odsapnąwszy zdecydowała, że nie ma co płakać, tylko trzeba się odwrócić i wracać, bo przecież siedząc na zadku i biadoląc nie zbliży się nawet o jeden palec do celu.
        Następnego dnia plan uległ jednak weryfikacji - Tioyoa uznała, że nie ma sensu wracać się po własnych śladach i zamiast się cofać, by wrócić na trakt prowadzący przez równiny theryjskie zdecydowała się wracać przez Opuszczone Królestwo, aby dopiero pod koniec podróży przekroczyć góry. Pomysł był według niej dobry, choć wielu jej go odradzało wspominając coś o niebezpieczeństwie, kowalka jednak szczerze te wyrazy troski wyśmiała. Taka podróż mogła być niebezpieczna dla samotnej kobiety, owszem, ale nie dla niej - nikt nie byłby tak zdesperowany, by napaść ją w celach, w jakich napada się kobiety, a ktokolwiek próbowałby napaść ją w innych celach, musiałby liczyć się z otrzymaniem klasycznego, krasnoludzkiego łomotu. Tarunn czuła się więc bezpieczna, a jej pewność siebie była tak widoczna, że nawet jeśli ktoś widząc ją z daleka sięgał po miecz i już szykował się do krzyczenia "pieniądze albo życie", podchodząc bliżej szybko broń chował i bąkał tylko pod nosem "szerokiej drogi", jak to zwykli witać się podróżni.
        Droga okazał się być jednak gorzej niż fatalna, bo po tej stronie Gór Dasso jeździło jeszcze mniej karawan niż po drugiej, a co więcej niechętnie brali takich pasażerów jak Tioyoa, która nie wyglądała na taką, co to groszem śmierdzi. Większość drogi przyszło jej więc pokonywać pieszo, od wioski do wioski, ale co tam, cały czas do przodu. Co więcej lokalni mieszkańcy okazali się być całkiem gościnni gdy przełamało się ich pierwszą podejrzliwość, a nic tak nie pomagało jak ogłaszanie, że jest się wędrownym kowalem, który za wikt i opierunek naprawi wszystko od ręki. W tych dniach Tioyoa wyjątkowo często musiała korzystać z magii, gdyż nie wszędzie miała dostęp do odpowiednich narzędzi, nie wspominając o palenisku - jej umiejętności czasami budziły pewien niepokój, ale skoro robota była zrobiona, elfka dostawała miejsce do spania albo michę jedzenia, w zależności od tego co potrzebowała. A co lepsze, czasami dostawała też podwózkę do następnej wioski! Jej podróż była więc całkiem owocna, choć wolna jak diabli.

        Tego dnia kowalce przyszło jednak iść pieszo. Nie przeszkadzało jej to, zasuwała jednak dziarskim krokiem, by zrobić jak najwięcej staj przed zachodem - nie lubiła, gdy noc zastawała ją na drodze. Pogoda jednak dopisywała i przyjemnie się podróżowało… Aż do jej uszu nie dotarły odgłosy, które jasno zwiastowały kłopoty - krzyki, błagania i awanturowanie się. Tarunn była jednak ostatnią osobą, która unikałaby takich okoliczności. Zeszła nieco z drogi i wytężając wzrok szukała miejsca, z którego dochodził ją ten harmider. Dojrzała bandę ubranych na czarno mężczyzn i jednego z nich ze stryczkiem na szyi. Zwróciła również uwagę na odstającego od nich wyglądem mężczyznę w goglach, który nagle znokautował jednego członka tej dziwnej grupy i odciął niedoszłego wisielca… Najciekawsza była jednak postać najbliżej niej - niska, lecz nie dziecięca, bo dość tęga, zwieńczona koroną siwych włosów.
        - Hej, Wujaszku! - zawołała elfka, zwracając na siebie od razu uwagę.

        Barabasza Unę Tioyoa poznała kilka dni wcześniej w jednej z tych bezimiennych wiosek, których pełno w Opuszczonym Królestwie. Oboje byli ludźmi czynu społecznego, nic więc dziwnego, że spotkali się nad miską gulaszu i przy kuflu lokalnego piwa, które dostali w zamian za wykonane roboty - w przypadku Tioyoi była to naprawa osi wozu. Elfka nie mogła odpuścić sobie rozmowy z krasnoludem, gdyż darzyła przedstawicieli tej rasy wielkim sentymentem. Ucięli sobie bardzo przyjemną pogaduszkę o kowalstwie, majsterkowaniu, naprawach, inżynierii i innych krasnoludzkich tematach, Tarunn przy okazji zapytała o kilka znajomych miejscówek, w których w Alaranii przesiadywali Nordowie w nadziei, że może mają jakiś wspólnych znajomych. Na dyskusji spędzili wiele godzin i Tioyoa chętnie podróżowałaby z Barabaszem dalej, problemem był jednak kierunek dalszej drogi - diametralnie inny w jego i jej przypadku. Z lekkim żalem, lecz bez rozpaczy, Tarunn pożegnała się z Wujciem i wyraziła nadzieję, że jeszcze będą mieli okazję się spotkać. I proszę: właśnie się ziściło.

        - Potrzeba może pomocnej dłoni? - zawołała z daleka do krasnoluda, patrząc na to zbiegowisko wielkimi, błyszczącymi oczami, podwijając w biegu rękawy. Wujcio wiedział, że ma do czynienia z elfią kobietą, lecz cała reszta nie była chyba tego świadoma. Patrzyli na porządnie zbudowanego jegomościa w długiej tunice z ognioodpornego materiału, z dziwacznymi karwaszami i długimi włosami, których dawno pewnie nie czesał. Widać było, że jeden jego cios wystarczył, by już nigdy nie wstać… Ale przecież on był jeden, a ich było wielu. Nawet jeśli liczyć tego typka w goglach, nadal było ich tylko dwóch… No a krasnolud nie wyglądał na takiego co to by się chciał bić, więc on do rozrachunku brany nie był.
Avatar użytkownika
Tioyoa
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Maximilaan,
Rasa: Elf
Aura: Emanacja jest w stanie zawładnąć niejednego czytelnika wyraźną prostotą. Twarde pasma żelaza równomierne odstępują między cienkimi liniami kobaltu. Poświata rozlewa się po całej powierzchni, niczym stopiona stal. Rozkłada się ona jednakowo i mieni obsydianem, jakby wykonana była na zamówienie i świeżo wyciągnięto spod rozgrzanego młota. Często też właśnie w ten sposób się kojarzy. Szczególnie gdy rozbrzmi ogłuszającym grzmotem. Chwilę później zastępuje go rytmiczne brzęczenie. Raczej niechętnie się gimnastykuje, chociaż jest w stanie nagiąć pewne własne zasady. Podobnie zachowuje się z ostrością swoich brzegów, ale wiadoma i pewna jest jej szorstkość. To chropowate uczucie jest łatwe do zapamiętania. Pikantny, a zarazem, gorzki smak współgra z zapachem…ważonego piwa. Nie jest ono jednak byle jakie. Wydaje się orientalne, nasiąknięte ziołami, ponieważ czuć w nim jeszcze tę tajemniczą domieszkę leśnych łun.
Wygląd: Wygląd Tarunn jest bardzo mylący. Od razu rozpoznaje się w niej elfa, bo jej uszy mają wręcz abstrakcyjnie przerysowany kształt wrzeciona. Póki jednak się nie odezwie prawie wszyscy mylą ją z mężczyzną, bo widać, że ma napakowaną mięśniami sylwetkę kowala, a jej twarz mogłaby równie dobrze należeć do młodzieńca, któremu Prasmok poskąpił zarostu i szerokiej szczęki. ... (Więcej)

Postprzez Barabasz » Wt gru 04, 2018 1:35 am

        Barabasz patrzył na rozwój wydarzeń z dłońmi opartymi o wielki plecak, który położył sobie na kolanach. Przez chwilę przyglądał się młodzieńcowi, który wparował w sam środek awantury, jak gdyby nigdy nic. Wykrzykiwał jakieś głupoty o bezbożnych obrzędach, co wyraźnie było pretekstem do zaczęcia bójki. Z resztą i sam chłopak na takiego wyglądał - potargany, ze skórą poznaczoną licznymi otarciami i ranami. Krasnolud westchnął ciężko i zaczął grzebać w plecaku. Walka to było dokładnie to, czego chciał uniknąć. Ale młodzi nigdy nie byli w stanie tego zrozumieć.
        Wyciągnął fajkę i spokojnym ruchem nabił ją tytoniem. Zaciągnął się z wyraźnym zadowoleniem, a kłębek dymu uwolniony z jego ust zamienił się w błękitną smużkę i rozpłynął w powietrzu.
        Zastanawiał się jak uniknąć niepotrzebnego rozlewu krwi. Jeśli młokosy chciały się prać po pyskach, nie zamierzał interweniować. Jednak gdyby któryś zamierzał zrobić drugiemu faktyczną krzywdę, odkryłby jak szybki potrafi być Styk i dostałby niemałą nauczkę.
- Mili panowie, po co te nerwy? - zapytał, wstając ciężko i prostując z trzaskiem plecy. Czarne jak węgiel oczy obserwowały zbirów uważnie, choć migała w nich również iskierka rozbawienia. Ach, ile razy brał się za łeb nawet ze swoimi własnymi kompanami. Czasami mężczyzna po prostu musi porządnie komuś przyłożyć. Z młodziutkiego elfa o niebieskich włosach ta potrzeba wylewała się wręcz strumieniami. Teraz, gdy odciął zbira zagrożonego stryczkiem, sytuacja nie wyglądała już tak niepokojąco. Nadal jednak wypadało pozostać czujnym.
        Za plecami usłyszał znajomy głos i odwrócił się z uśmiechem.
- Tioyoa! Jak miło cię znowu widzieć! - powitał kowalkę, unosząc w jej stronę fajkę w teatralnym ukłonie. Nagle rzeźbione drewienko wypadło z jego ręki, gdy jeden z rozbójników zamachnął się na Lassego, przy okazji trafiając Wujcia łokciem w brzuch.
        Krasnolud sapnął ciężko i ostrożnie poprawił monokl, który zadyndał beztrosko pod jego czerwoną twarzą. Młodość młodością, ale tego skurwysynowi nie daruje! Wyprostował się, podwinął rękawy i zdzielił młodzieńca w nerkę tak silnie, że ten wywinął się w precel, zwalając z hukiem na ziemię.
        Styk pochylił się i podniósł fajkę, dokładnie otrzepując ją z czerwonego pyłu. Dopiero gdy zapakował ją za pazuchę, ponownie zwrócił się do Tarunn.
- Trzeba przywołać do porządku tę hałastrę
Zamachnął się na kolejnego rzezimieszka, jednak ten odskoczył, nim pięść krasnoluda zdążyła go dosięgnąć. Widać było, że ten osobnik ma skłonności do dandysowatości, bo jego uszy zdobiły liczne kolczyki, a szyję długa, muślinowa chusta. Doskonale! Barabasz chwycił za nią z całych sił, przyciągając jego twarz na wysokość swojej.
- Jak starszy pan prosi, żeby się uspokoić, wypadałoby posłuchać - mruknął, po czym pozbawił nieszczęśnika kilku niepotrzebnych zębów.
- A ty się tak nie ciesz - fuknął, wskazując palcem Lassego, który bawił się aż za dobrze - To twoja wina, chłopcze.
Avatar użytkownika
Barabasz
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Fobos, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire, Nick, Vera,
Rasa: Krasnolud
Aura: Nieznana.
Wygląd: Jaki krasnolud jest, każdy widzi.
A Barabasz, jak każdy krasnolud, jest niewysoki choć krępy. Przez swój zaawansowany wiek i wędrowny tryb życia stracił już nieco ciała, jednak nadal ma masywniejszą budowę niż przeciętny mężczyzna.
Jego ręce są silne choć żylaste, a dłonie duże i szorstkie. Przedramiona pokrywają liczne blizny, świadczące o tym, że ten przyjazny ...
(Więcej)


Powrót do Opuszczone Królestwo

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 4 gości

cron