[Rozwidlenie traktu] Powrót ciemności


Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.

Postprzez Celine » Wt kwi 24, 2018 6:49 pm

Smoczyca nie kręcąc zbytnio nosem, zlepiła w ciągu jednego dnia zadowalającą drużynę najemników. Umiejętności tej zgrai pozostawiało wiele do życzenia, ale nie mogła mieć wszystkiego, biorąc pod uwagę dosyć ograniczony czas. Celine wraz z orszakiem najemników wyruszyła z Rapsodii do Efne w pośpiechu, spowodowanym pilnymi sprawami, które wymagały wręcz jej natychmiastowej obecności.

Pogoda dopisywała z delikatnym wiatrem i ze słońcem wysoko na niebie. Tumany pyłu i kurzu widać było już z daleka. Kareta wraz z konną obstawą poruszała się na granicach własnych wytrzymałości, podskakując i niebezpiecznie skrzypiąc na większych nierównościach na powszechnie znanym trakcie. Podróżujący w obawie o własne bezpieczeństwo i nie chcąc podpaść osobistości w pośpiechu, zazwyczaj z własnej woli schodzili na pobocze. Co bardziej oporni dostawali batogiem i srogie lanie od najemników, którzy się nie cackali w tańcu.

Sami najemnicy dawali wrażenie srogich i przygotowanych na wszystko. Uzbrojeni dosyć losowo, wciąż roboli wrażenie w lekkich kolczugach i z ostrą stalą w dłoniach, chociaż nie zabrakło też bojowych młotów czy innych cudów. Drużyna ogólnie składa się z trzech grup. Dwie po dziesięć osób zajmowała przód oraz tył w całym szyku, a jedna składająca się z dwudziestu głów, dotrzymywała tempa po obu stronach karety.

Woźnica był liderem owej grupy, rzucając czasami soczystymi obelgami we wszystkie strony, aby niezdyscyplinowana do końca gromada, nie rozlazła się jak krowi placek po łące. Wystarczyło, że jak takowy pachnieli, co nie umknęło uwadze Pani Królowej, ale postanowiła dzielnie zdzierżyć finezje zapachów tych marnych samców i wynagrodzić sobie to później w bardziej przyjaznych dla nosa okolicznościach.

Henry przerzucił lejce do jednej dłoni, zwalniając wyraźnie karetę, co nie pozostało bez uwagi osoby wewnątrz. Niewielkie okienko w ściance karety przy siedzisku woźnicy otworzyło się z trzaskiem, ukazując buźkę Celine w całej swej okazałości. Od razu wrzucił najlepszy uśmiech w swym najemniczym arsenale na twarz, ale dziewczyna była szybsza.
— Nie przypominam sobie, aby pozwoliła wam zwolnić. Co to ma znaczyć?! Wytłumacz się.
— Oj, oj, księżniczko. Konie muszą odpocząć, a tak się składa, że dojeżdżamy do rozwidlenia dróg. Podróżując dalej regularnym traktem, trafimy na sporą polanę, ludzie i zwierzęta są zmęczeni. Przerwa dobrze wszystkim tobie zrobi, nawet mi znużenia się udziela, a i ludzie chcieliby skorzystać z dobrodziejstwa pobliskiej Nefari — odrzekł uległym głosem woźnica, widząc duszony przez dziewuchę w spojrzeniu gniew.
— Regularny trakt? — Smoczyca wyraźnie zamilkła, lustrując rozmówcę pytająco — Kieruj się na Ruiny Nemerii.
— Przez zrujnowaną Nemerie? Po zmroku? To szaleństwo, praktycznie jak samobójstwo. Nie ma mowy, co jak co, ale ludzi na śmierć nie rzucę.
Celine wywróciła oczami, znikając na dłuższą chwilę w karecie, a po czym wysunęła przez okienko dłoń ze sporym mieszkiem, gdzie wesoło brzęczały monety.

Henry przełknął ślinę i odruchowo wyrwał mieszek z delikatnej dłoni, obawiając się, że babsko w karecie zmieni zdanie i cofnie ofertę. Otwierając go, prawie spadł z siedziska, dziękując bogom za hojność. Gdy siły wróciły do umysłu, jak i ciała, zatrzymał gwałtownie karetę i wskoczył na dach karety. Wsadził brudne, tłuste paluchy do gęby i zagwizdał.
Widząc, że chłopaki się zebrali, postanowił wytłumaczyć sytuację.
— Zmiana planów, kierujemy się na zrujnowaną Nemerie — wypowiedział głośno, rozglądając się wokół po twarzach kompanów.
W grupie wkradł się chaos i liczne głosy sprzeciwu. Woźnica nie chcąc całkiem stracić panowania nad sytuacją, krzyknął donośnie.
— Ej, ej, słuchajcie do końca! Nasz dobroczyńca, panienka Celine zaoferowała zwielokrotnione wynagrodzenie!
— Niech wsadzi sobie w rzyć! Ma nas za idiotów ta laleczka? Cenimy nasze życie, nawet jak da dwa razy więcej, nie ma takiej opcji — rzucił ktoś wulgarnie, po czym tłumnie został poparty przez resztę. Co niektórzy nawet go poklepali po ramieniu i kiwali głowami, że chłop mądrze gada.
Henry westchnął ciężko i pokazał rozłożone obie dłonie.
— Wynagrodzenie wzrosło dziesięciokrotnie.
Zapadła martwa cisza, nikt nawet nie odważył się złapać oddechu, bo te słowa jeszcze długo rozbrzmiewały im w umysłach.
— Kto się boi nieumarłych! Chłopaki, jedziemy nakopać tym workom kości! Będziemy bogaci. Na koń chłopcy! — odezwał się ten sam, co jeszcze parę chwil wcześniej kazał monety zwrócić grzecznie smoczycy.
W międzyczasie Celine wewnątrz karety, powstrzymywała się przed wyjściem, aby zaoferować specjalną nagrodę dla tego osobnika. Dokładniej to kąpiel w dole z pijawkami, ale to mogłoby zbuntować resztę tych gorszorasowców.
— To tylko robale, muszą sobie po bzyczeć czasami. Czego się spodziewałaś? — mruknęła sama do siebie i zrobiła głębszy oddech, aby w czas ukoić nerwy.

Na rozwidleniu dróg podążyli mniej popularnym i zaniedbanym traktem przez zrujnowane miasto. Poruszali się wolniej niż na normalnej drodze, ale mimo wszystko mogli zaoszczędzić mnóstwo czasu, ale dla niełuskowatej gadziny liczył się czas, bez względu na koszty.
Odcinek podniszczonego czasem traktu między rozwidleniem od strony Rapsodii a zrujnowanym miastem pozostawiał wiele do życzenia. Do tego obserwujące ich zewsząd ślepia nie poprawiały komfortu nikomu z podróżującej grupy. Na szczęście nieumarłe istoty trzymały dystans i tylko obserwowały. Ludziom ulżyło, ale smoczyca czuła niepokój. W przeciwieństwie do nich żyła o wiele dłużej i widziała za dużo napaści przez te paskudne istoty. Nie chcąc wprowadzać paniki w ludzki orszak, nie przekazał owych wieści, tylko wygodnie się rozsiadła.
— Nekromanta, dawno nie widziałam żadnego. Dzisiaj będzie bankiet, tylko głównym daniem jesteśmy my
Powiedziała cicho sama do siebie, zmartwiony głosem i przymknęła oczy, aby zregenerować jak najwięcej siły przez zbliżającym się spotkaniem z nieprzyjaźnie nastawionym nekromantą.

Pani Królowa jak zawsze trafiła w sedno sprawy. Gdy tylko kareta oraz zastępy najemników wkroczyły na rynek zrujnowanego miasta, nieumarli zaczęli wychodzić ze wszystkich mrocznych zakamarków miasta, całkowicie otaczając grupę jak zwierzęta na rzeź.
— Zabić wszystkich, nie pozostawcie żadnych żywych!
Mrożący krew w żyłach głos, usłyszał każdy. Ghoule, szkielety i inne dziwactwa rzuciły się na ludzi. Nieumarli spotkali się ze sporym oporem, ale w przeciwieństwie do żywych, nie męczyli się, a ich końca nie było widać. Wynik był przesądzony, zanim walka się nawet zaczęła.
— Panienko! Panienko, otwórz! — krzyczał woźnica, dobijając się do drzwi karety i budząc przy tym smoczycę.
— Ciszej, przestań krzyczeć.
— Otwieraj córko psa, bo sam zaraz tobie poderżnę gardło!
— Coś mówiłeś?
Celine cała czerwona z gniewu otworzył z impetem drzwi, które wylądowały prosto na twarzy grożącego jej faceta. Stracił parę zębów i złamała mu nos. Zataczając się, oparł się dłonią o jednej z boków wejścia, mając zamiar wejść. Smoczyca jednak uśmiechnęła się szeroko, trochę złowieszczo i z impetem załadowała mu podeszwę białego bucika prosto na twarz. Co prawda siły to jako kobieta nie miała, ale lider najemników i tak ledwo trzymał się na nogach. Stracił równowagę raz jeszcze i przewrócił się na ziemię. Nie trzeba było długo czekać, aż rzucą się na niego ghoule. Dołączył swoim okrzykami do reszty braci. Niejedna szlachcianka pewnie zamarłaby ze strachu, zemdlała, spanikowała, ale nie Celine.
Korzystając z okazji, że nieumarli byli zajęci najemnikami oraz truchłem lidera, przeniosła się na miejsce woźnicy, a stamtąd z trudem wczołgała się na dach karety, która była dosyć wysoka. Rozejrzała się do wokół, zauważając, iż najemnicy dzielnie walczyli. Połowa już przepadła w mroku, ale druga połowa walczyła o życie.
— Jak przeżyjecie, monety są wasze, a jak nie… weźcie je ze sobą do grobu — zaśmiała się pod nosem słodko, co niejednemu wojakowi zagotowało krew w żyłach.
Niestety każdy z nich miał pełne ręce roboty i nikt nie zwrócił już więcej uwagi na młódkę, a przynajmniej w ich oczach. Była to jedna z najdłuższych nocy w życiu smoczycy, wydawała się nie mieć końca, podobnie jak otaczająca ją agonia i śmierć.

Z niemałym trudem Pani Królowa wydostała się ze zrujnowanego miasta. Niestety nikt z najemników nie przeżył, a nawet jakby przeżyli, też chcieliby ją zabić. Idąc przed siebie, opierając się o pobliskie drzewa, zastanawiała się, czy nieszczęścia po prostu lubią jej dotykać. Głębiej w umyśle odgrywały się obrazy z tamtej nocy, gdy odzyskała świadomość. Straciła poczucie czasu, ile już maszeruje, ale im dłużej szła, tym bardziej miała ochotę stanąć i zasnąć. Zdawała sobie sprawę, że spotka ją tylko śmierć, jeżeli ulegnie tej pokusie. Zacisnęła zęby i przedzierała się przez las dalej, w ostatnim znanym jej kierunku — rozwidleniu traktu.

W końcu o zmierzchu parę dni po masakrze w ruinach dotarła ledwo żywa do rozwidlenia. Padał deszcz, grunt był grząski i zdradliwy. Mokra ziemia wręcz wysysała resztki sił z ledwo stojącej na nogach dziewczyny. Gdy zabrakło sił, aby iść o własnych nogach, zaczęła się czołgać przez błoto i morką ziemię. Nie trwało to jednak zbyt długo. W końcu świadomość uciekła, a nieprzytomna Celine leżała na środku traktu w dosyć przykrym stanie.
Zanim została pochłonięta przez ciemność, szepnęła sama do siebie, trochę z wyrzutem do świata:
— Czemu los jest wredny aż do tego stopnia? Nie rozumiem…
Avatar użytkownika
Celine
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Erremir, Sherreri, Thilivern,
Rasa: Smok
Aura: Witaj w zakazanym królestwie - głęboko zmatowiałej krainie, której siła, mimo wyrazistości, nie przystaje do pozbawionych blasku przestrzeni kształtowanych przez wieki. Znajdziesz tu dzikie jaskinie i wielkie, luksusowe komnaty, a oprowadzać Cię będzie bursztynowa mgiełka przechodząca w topazowe smugi. Podążaj za nimi, korytarzami wyłożonymi zniewalająco gładkim suknem. Aksamitnym, pociągającym i niezwykle kosztownym. A jednak chodzisz po nim. Dotykasz. Brudzisz. Tylko jak tu nie dotknąć? Jak ominąć, kiedy jest wszędzie i kusi miękkością najlepszej jakości puchu? Teraz już wiesz, że lekko ugina się pod naciskiem. A gdyby być bardziej nachalnym i spróbować mocniej? Nie radzę. Pod zasłoną niewinnej słabości czają się kły i pazury ostre jak brzytwy, a gotowe rozerwać na kawałki każdego intruza. Wycofaj się i idź grzecznie dalej, podziwiając w duchu niezwykłe zjawiska. Iskry unoszące się nad miedzianymi strugami spływającymi po pozłacanych powierzchniach czy szmer wody spleciony z trzaskiem płomieni. Nie zatrzymuj się nawet gdy posłyszysz tuż za sobą zmysłowy szept. Nie daj się zwieść i nie oglądaj się, kiedy Twoje ciało wypełni podniecenie. Dźwięk ów niedługo stanie się tylko echem, a jego wspomnienie zagłuszy płynąca z daleka melodia. Teraz wejdź do sali pełnej klejnotów i kosztowności. Trudno wytrzymać przez ciężki, męczący zmysły zapach, ale nie zniechęcaj się. Podejdź bliżej do podtrzymującego powałę drzewa kobaltowego i skosztuj jednego z lekko cynowych owoców. Zerwij i wgryź się w niego jakby był Twoją własnością. Trochę się lepi, a usta wypełnia niebezpieczną pikanterią i dojrzałą goryczą oraz wyraźnym smakiem soli. Nie zdążysz się jednak rozsmakować, gdyż silne uderzenie w plecy gniewnie wypchnie Cię z emanacji, a szczęk metalu uprzedzi, byś nie wracał tu więcej. Audiencja dobiegła końca.
Wygląd: Jednym z często dręczących smoczycę problemów jest wizualny wiek damskiego ciała, które stało się nijako jej więzieniem za smoczą chciwość. Owej cielesnej opoce nie ma szans dać więcej niż 16-18 wiosen. W odczuciu niektórych istot, zwłaszcza humanoidalnych, bardziej przypomina wyrośniętą dziewuchę z jeszcze mniejszą ilością lat. Wygląda bardzo młodo do tego stopnia, że ... (Więcej)
Uwagi: Słabo znosi ciepłe temperatury.
ZAWSZE towarzyszy jej diadem na głowie, a jak nie, to jest w najbliższym otoczeniu.

Postprzez Kito » Wt maja 15, 2018 6:41 pm

        Jakże cudownie było być konikiem - ten dobrze o tym wiedział, kto wiedział, a kto nie wiedział, ten na pewno nie był Kito mknącym wraz z wiatrem po pozornie wymarłych ziemiach Królestwa. Królestwa, które było Opuszczone (przez większość inteligentnych istot), a władzę nad nim sprawowały niepodzielnie żywioły. Mieszkańcami były zaś głównie zwierzęta i bestyjki wszelkich maści, rozmiarów i upodobań oraz roślinki  od wieków przejmujące zrujnowane domy, wioski i niegdysiejsze kamienne wille teraz przemienione w niekształtne sterty oplecione w większości ramionami z korzeni bądź przyozdobione czuprynką z trawy. A trawa ta była dobra, zielona, soczysta i źdźblasta, tak jak należy, choć wyjątkowo niesmaczna. Aż dziw brał, że coś co wygląda tak zacnie w smaku nie dorównuje nawet przygniłym sianiskom. Ale weź tu dyskutuj z naturą.
       Centaur nie zamierzał, choć gdyby mógł, chętnie szepnąłby Matce parę słów odnośnie tego jak działają jego półkońskie kubki smakowe i jaki dysonans poznawczy funduje niewinnym podróżnikom zetknięcie się z tutejszą trawiastością. Jednak nie było co narzekać - nadal znaleźć można było mnóstwo kwiecia czy liściowców, a także upolować coś bardziej mięsnego. Tego Kito chwilowo wolał nie robić i z resztą nie musiał - jego płowy grzbiet przyozdabiały bowiem nowo zdobyte juki wypełnione niemalże po brzegi jabłkami, pietruszką i marchwią. Jabłka wcinał po drodze jako przekąski, z korzeni spichrzowych robił zaś wywary i pijał je w czasie postojów. Czasami dorzucił do nich zielsko znalezione po drodze, a jak się trafiło to i parę sikorków. Był więc niemal stale syty i zadowolony, a jadł tym chętniej, że ciężar ładunku nieco dawał mu się we znaki. Poza tym marzył już o nieco większej swobodzie ruchów, a nie mógł odprawiać cudawianek w powietrzu, gdy przytroczone miał do boków plecionki. Może by i nie zleciały od razu, ale to co w nich było miało wielką szansę się wysypać, a jeśli nie wysypać to przynajmniej porządnie obić. I choć centaur i obtłuczone jabłko zje to ten konkretny wolał w czasie podróży podelektować się chrupkim i słodkim niż gorzko-rozpaćkanym. Chociaż wieczorami czasem mu się zmieniało i szukał tych uszkodzonych. Niektórych po prostu ciężko jest zrozumieć.
       Teraz zaś popisywał się kulinarnie - stawiając żwawo swoje kopytka na ziemi trzymał w ręce kijaszek z nabitym nań owocem w liczbie trzech, jedną dziką cebulką jakiegoś czegoś i grzybem o rozmiarach co najmniej szlachetnych. Bezmięsny, surowy, najprawdziwszy szaszłyk. Taki piękny! Kito aż nie mógł od niego oderwać oka i uśmiechał się w jego stronę zdecydowanie nazbyt szeroko.
       - Spójrzciesz moi mili co czteronorzna istota jest w stanie zrobić ze łbem i ręcami jeżeli pozwoli jej się pomyślować! - Wykrzyknął zachwycony swoim geniuszem. - I posądzić, że niektórowie woleją ściskać wszystko na osobno i nosieć i im to wypada… doprawy, nie zrozumiem ich wdziśczas! - To mówiąc wepchnął sobie do gęby kawałek kapelusza (tego od grzyba) i zaczął radośnie memłać.
       Fikuś frunął obok niego na rozpostartych skrzydełkach ciesząc się ze swobody i ogromu przestrzeni, jednakże trzymając się stosunkowo blisko przez wzgląd na drapieżne ptaki sunące niczym cienie śmierci po chumurzącym się niebie. Kito też miał je na uwadze. Męczyło go takie dziwne wrażenie, że jeden z nich, taki co śmignął mu ledwie godzinę temu na skraju widzenia, był wielkości muła. Może było to tylko złudzenie, tzw. ,,Efekt Opaski”, co zdarzało się całkiem często, gdyż nienaturalnie zwiększała zasięg wzroku konika, ale on nie zawsze był świadom jak bardzo. Z oceną odległości też bywało krucho skoro zasłonietę miał drugie oko. I tak coś co w rzeczywistości było malutkie mógł niechcący wziąć za giganta jeżeli nie miał czasu się temu przyjrzeć. Inna sprawa, że czasami figle płatały mu jego własne przeświadczenia - widział kiedyś takiego króliczka co mu się majaczył w oddali. I coś tak mu mówiło, że to całkiem pokaźny futrzak jest. Ale on nie, ,,to na pewno tylko pomyłka w wyostrzaniu wzroku i ocenie odległości”. I co? Jak bydle zaczęło go gonić to o mało kopyt nie zgubił.
No, ale bywało. Teraz więc dreptał nie tracąc namiastek czujności, ale i nie przejmując się zbytnio. Ostatecznie od czasu do czasu umiał sobie poradzić.
       Zerknął na chwilę na zad (tak, swój własny), bo poczuł, jak mości się na nim drugi z jego małych towarzyszy. Pączek dużo się dziś nie nalatał, ale czując w powietrzu zbliżającą się ulewę postanowił przespacerować się po centaurzym poziomie i schować w koszyku.
       - Ach ty spyciarzu! - Pochwalił go Kito - A ja gdzie się wezmę ukryję, co? Nie pogłówkowałeś o mnie? Nah, nah, co ja z wami miewam, moi malutcy. - Uśmiechnął się i wrócił do kontrolowania drogi przed nimi. Trawa. Wszędzie trawa. O wielu różnych odcieniach i w stanach od wybitnie dobrego do uschniętego na wiór. Na górzystym, chłodnym horyzoncie zaś majaczyły ruiny miasta Nemerii.
       - Spokojnicko chłopcy, tam nie liziemy! - Uspokoił ich machając miarowo szaszłykiem i zaglądając w gryzoniowate oczy Fikusia tak głęboko, jak tylko konik mógł królikowi. Zdecydowanie zgadzali się w tym temacie.

       Kiedy pierwsze krople spadły im na sierść, długouchy wykonał ostry manewr tnąc powietrze przed nosem centaura i tak jak Pączek schował się w jednym z koszyków. Teraz Kito został na deszczu sam.
       - Ładnieście mnie okiwali! - Skomentował to nie bez entuzjazmu, choć przygasał on gdy spoglądał w siniejące niebo pokrywające się purchlami nabrzmiałych kołtunów burzowych. - Chyba lunie rychlej niżlim sądził… a schronienia coś ni ma. Mogliśmy byli się zatrzymać w tych przytulnych kamieniach co je mijaliśmy, gdybyście nie pietrali się, że skonsumi was ten misiek. - Stwierdził chichocząc. Powoli tracił jednak nadmiar dobrego humoru. Normalnie deszcz absolutnie mu nie przeszkadzał, ale burza to była jednak burza. Ej… Chwila! Kiedy zrobił się z niego taki wygodnicki synalek!? Tylko miągwy i dwunogi mogą chować się po domach i jaskiniach kiedy natura postanawia w końcu ich umyć. A prawdopodobieństwo oberwania piorunem też w sumie nie było takie wielkie. Nie większe niż to, że dach zawali się na głowę, albo w innej kryjówce czaić się będzie jadowity wąż czy pajęczyca. Wzmożoną siłą wiatru Kito nie musiał się natomiast przejmować, bo nad tą miał niemalże pełną kontrolę. Przyspieszył, by z dumnym spokojem wejść w środek nawałnicy.
       - Grzejcie nasze jabłka kochani, bo czuję, że chyba nas wytarmosi. - Powiedział z nijakim trudem, gdy wiatr stawał się coraz silniejszy i zabierał mu dech. Dobrze… może miał możliwość panowania nad nim, ale nie zawsze z niej korzystał. Wolał wywoływać hulanki powietrza niż je uciszać, gdyż w pierwszym przypadku czuł się jak wolny, zdolny źrebaczek, w drugim - jak zbuntowany odsadek tupiący na matkę nogą. A tak nie wolno było. Dlatego też póki nie stanowiło to zagrożenia dla jego małych milusińskich, nie ingerował w pogodę i znosił zaciekłe smagania deszczu jakby to była nagroda. Bo w końcu była - czuł, że (nie licząc nóg) wyjdzie z tego czystszy niż po ostatniej wizycie w trzygwiazdkowej stajni ,,Pięknotka”.

       Burza trwała, a on rozmyślał nad wiadomościami, które miał zanieść w świat, nad odbytymi niedawno rozmowami z milutkimi ludźmi i elfkami nad samymi elfkami i innymi kobietami… musiał przyznać, że przeznaczenie mocno ułatwiało mu bycie porządnym, obdarzając go końskim tułowiem. Co nie znaczyło, że nie zastanawiał się co by było gdyby urodził się takim chociażby człowiekiem… to były ciekawe istoty. Rozmnażać się mogły niemal ze wszystkim co chodzi (bardzo upraszczając), nadto zbudowały odrębny dział kultury wokół zagadnień z tworzeniem potomstwa związanym (były wszak i rasy, które podchodziły do tego wstydliwiej). Hmm, ciekawe czy pokusy umiały przybrać centaurzą formę…
       Bogobojny wiatr palnął go upominająco, gdy zaczął zaglądać nie w te zakamarki natury, w które przystoi zaglądać komuś niosącemu jabłka, a wtedy konik uśmiechnął się jak nastolatek i złapał się ręką za głowę.
       ,,Przeproszuję, wiem, wiem. Nie czas teraz na to ni miejscowość. Wybaczta!” Pomyślał. ,,Wrócimy do tego jak będę przy jakich klaczkach.” Dodał ciszej, bo przecież i myśli mogą mieć swoją głośność. Wichura zaś chyba nie usłyszała, bo nie zesłała na niego wyładowań co przypiekły by mu trochę zad. Iść jednak było ciężko. Nad głową wisiały czerniejące chmury sprawiające wrażenie aż nazbyt bliskich ziemi, ta zaś przyszarzyła się, a źdźbła przyległy do niej ulegając bijącej w nie wodzie. W okół było wilgotno i duszno, szum zaś zagłuszał wszystkie odgłosy prócz odległych grzmotów. Powietrze zgęstniało, a mglista szaruga stworzyła parawan, przez które nawet oko Kito nie mogło się teraz przebić. Trochę nie lubił tego uczucia. Bo czuł się jak w klatce. Ziemia pd nim, powała z mroku nad jego głową. Wokół ściany ograniczające ruch. Bardzo, bardzo chciał aby już się rozpogodziło. Postanowił jednak nie być niemiły dla pogody i postawić się własnym upodobaniom. Dlatego przystanął, odchylił lekko do tyłu i rozpostarł ramiona przyjmując na siebie całą zaciekłość ulewy z uśmiechem na ryju.
       - Kocham cię burzo! - Krzyknął - Kocham twoją wodę, twoją grozę, twoją zawzięt…!
       Parę sążni od niego wściekła błyskawica rąbnęła w uschnięte drzewko, a on spłoszył się jak zdziczały rumak i poczuł w ustach chyba swoje własne serce. Jedno z dwóch.
       Lekcja na dzisiaj brzmiała - nie wolno kłamać żywiołom! One i tak wiedzą lepiej. Dlatego sza, i mówić tylko prawdę! Powtarzał to sobie przez następne pół godziny niczym nerwową mantrę, aż ochłonął, a nawałnica przesunęła się dalej. Wtedy, z chwili na chwilę zaczął się z tego coraz głośniej śmiać, uzmysławiając sobie jakim jest idiotą w porównaniu do natury, która to nawet nie ma jednego mózgu. Tak - nie posiadanie tej części ciała czasem oznaczało potęgę. Chociaż często też kończyło się wyeliminowaniem osobnika. Jak nie przez kogoś to przez niego samego.
       ,,Ale Matka Natura nie posiada cielska, które mogłoby zginąć.” Przypominał sobie samemu. ,,I wiele innych bezmózgich istot jest ich popozbawionych. Może więc lepiej, że cielesny ja, mam w posiadaniu te swoją łepetynkę?” Zadowolony nagle z samego faktu, że posiada głowę, poczuł gwałtowny przypływ radości i chęci do dalszej podróży. A jednak nie doszedł daleko, bo oto na jego drodze zamajaczyła czyjaś sylwetka grzęznąca w błocie, a silna aura dobiła się do jego umysłu.
       - Smok? - Zastanowił się na głos, bo Fikuś i Pączek już zaczęli wyglądać z koszyków. - Jakiś taki mikry, orzekłbym. - Gad nadal był daleko, ale nie trudno było poznać jaką formę przybrał. Z bezpiecznej odległości szaman zasanowił się nad jego emanacją. Musiało to być dojrzałe bydlę, całkiem silne i chyba nie do końca przyjemne. Na pewno za to ładniutkie lub obdarzone godną zobaczenia charyzmą. Najbardziej zadziwiające było jednak to, że takie stworzenie wylegiwało się w błocie zamiast przecinać nieboskłon swoją sylwetką i korzystać z daru jakim są prawdziwe skrzydła. Czyżby coś go dopadło? Jego aura nadal żyła, więc i on też musiał jeszcze dychać. Konik postanowił więc zaryzykować i podejść do niego. Nie miał nic przeciwko smokom, ale bardziej opiekuńcze odruchy wzbudzały w nim drobne, słabe niewiasty niż przepełnione magią gadzi…
       - A cóżto, cóżto! - Zadziwił się, gdy dotarł do ubłoconego ciała. - Toż to panienka! Moi mali, jakąż gafę bym wziął strzelił! Wziąć taką śliczność za mości faceta lub bezpłciowego frędzla! Ubijcie mnie chłopcy, bo chyba tracę ja wam zmysły! - Jęknął. - Powinienem był się od razu domyśleć! - Dodał, poważnie niezadowolony, że trybiki jego radaru na babeczki najwidoczniej uległy zatarciu. Jeszcze chwila, a nie będzie odróżniał samca od samicy stając z nimi oko w oczy!
       - Ale któż to mógł sponiewierać tak to śliczne niewieśnie stworzenie? Nie zabierając przy tym jej dorgocennej czapeczki? Widzieliście kiedy takiego durnia? - Zapytał przyklękając przy kobiecie i sprawdzając jej stan. Nie była połamana, za to najwyraźniej wycieńczona i bardzo nie w formie. Dało się ją jednak bezpiecznie przenieść.
       Wstał więc, przeciągnął się i za pomocą wiatru uniósł nieprzytomną dzieweczkę oczyszczając ją nieco przy okazji, choć nie na tyle, by nie zabrudziła jego grzbietu, gdy ostrożnie ją nań rzucił. Ziemią zajmie się później. Utwardzając teren drugą ze swoich magii ruszył dalej, by znaleźć odpowiednie miejsce do dalszych działań. Czego jak czego, ale powalonego smoka na swojej drodze się nie spodziewał.



       Minęło trochę czasu. Zdecydowanie trochę czasu. Ziemia chłodna od nocy dopiero zaczynała nagrzewać się słońcem, które sunęło w górę po jasnym niebie o pastelowych kolorach. Wokół panował naturalny jazgot - owady cykały, ptaki nadzierały się przekornie, w oddali coś jakby rżało. Powietrze pachniało świeżością, a jego słodycz drażniła chrapy. Jednak nie tylko ona. W niewielkim kociołku, jednym z trzech sprzętów, jakie obecnie konik przy sobie nosił (także w jukach, żeby nie chwalić się ile to naraz potrafi unieść) gotował się wywar. Jadalny. Jego woń była jednak gorzka i nie zachęcająca tak od razu do jego spożycia. Drugi w kolejności sprzęt kuchenny - nożyk - leżał na kamieniu, chochelka zaś moczyła się w pseudozupie. Więcej konik nie posiadał - no, jeszcze te dwa koszyczki i ich owocowo-warzywną zawartość. To i smoczycę. Ona zaś, wyczyszczona już jak należało, spoczywała na szczątkach swojego własnego ubrania. Jędrny biust miała dla przyzwoitości zakryty włosami (Kito układał je tam starannie cały poranek, dla jak najlepszego efektu), a od bioder do połowy ud okrywała ją jego prywatna, osobista szmatka. Szmatka, która krótko mówiąc miała takie wymiary, że gdyby położyć ją w drugą stronę zakrywała by kobitkę od szyi do kolan, ale powiedzmy, że Kito nie chciał, aby przewiało jej boki. Tak czy inaczej, porządnie zadbana, czekała właśnie w słodkiej nieświadomości na kociołkowy posiłek, który jej wybawiciel mieszał powoli, nucąc przy tym jakieś tajemnicze, szamańskie melodie. Wiele już minęło odkąd ostatnio znalazł wiekową panienkę w szczerym polu, trudno więc było się dziwić, że humor mu dopisywał. Przynajmniej póki jego nowa podopieczna nie otworzyła oczu i ust.
Avatar użytkownika
Kito
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa,
Rasa: Centaur
Aura: Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!
Wygląd: A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej ...
(Więcej)


Powrót do Opuszczone Królestwo

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron