[Rozwidlenie traktu] Powrót ciemności


Na równinie rozciągającej się od Mglistych Bagien aż po Pustynie Nanher znajduje się Opuszczone Królestwo, które kiedyś przeżyło Wielką Wojnę. Niestety niewiele zostało z ogromnych zamków i posiadłości tam położonych. Wojna pochłonęła większość ośrodków ludzkich. Dziś znajduje się tam tylko kilka ludzkich siedzib, odciętych od innych miast.

Postprzez Celine » Wt kwi 24, 2018 6:49 pm

Smoczyca nie kręcąc zbytnio nosem, zlepiła w ciągu jednego dnia zadowalającą drużynę najemników. Umiejętności tej zgrai pozostawiało wiele do życzenia, ale nie mogła mieć wszystkiego, biorąc pod uwagę dosyć ograniczony czas. Celine wraz z orszakiem najemników wyruszyła z Rapsodii do Efne w pośpiechu, spowodowanym pilnymi sprawami, które wymagały wręcz jej natychmiastowej obecności.

Pogoda dopisywała z delikatnym wiatrem i ze słońcem wysoko na niebie. Tumany pyłu i kurzu widać było już z daleka. Kareta wraz z konną obstawą poruszała się na granicach własnych wytrzymałości, podskakując i niebezpiecznie skrzypiąc na większych nierównościach na powszechnie znanym trakcie. Podróżujący w obawie o własne bezpieczeństwo i nie chcąc podpaść osobistości w pośpiechu, zazwyczaj z własnej woli schodzili na pobocze. Co bardziej oporni dostawali batogiem i srogie lanie od najemników, którzy się nie cackali w tańcu.

Sami najemnicy dawali wrażenie srogich i przygotowanych na wszystko. Uzbrojeni dosyć losowo, wciąż roboli wrażenie w lekkich kolczugach i z ostrą stalą w dłoniach, chociaż nie zabrakło też bojowych młotów czy innych cudów. Drużyna ogólnie składa się z trzech grup. Dwie po dziesięć osób zajmowała przód oraz tył w całym szyku, a jedna składająca się z dwudziestu głów, dotrzymywała tempa po obu stronach karety.

Woźnica był liderem owej grupy, rzucając czasami soczystymi obelgami we wszystkie strony, aby niezdyscyplinowana do końca gromada, nie rozlazła się jak krowi placek po łące. Wystarczyło, że jak takowy pachnieli, co nie umknęło uwadze Pani Królowej, ale postanowiła dzielnie zdzierżyć finezje zapachów tych marnych samców i wynagrodzić sobie to później w bardziej przyjaznych dla nosa okolicznościach.

Henry przerzucił lejce do jednej dłoni, zwalniając wyraźnie karetę, co nie pozostało bez uwagi osoby wewnątrz. Niewielkie okienko w ściance karety przy siedzisku woźnicy otworzyło się z trzaskiem, ukazując buźkę Celine w całej swej okazałości. Od razu wrzucił najlepszy uśmiech w swym najemniczym arsenale na twarz, ale dziewczyna była szybsza.
— Nie przypominam sobie, aby pozwoliła wam zwolnić. Co to ma znaczyć?! Wytłumacz się.
— Oj, oj, księżniczko. Konie muszą odpocząć, a tak się składa, że dojeżdżamy do rozwidlenia dróg. Podróżując dalej regularnym traktem, trafimy na sporą polanę, ludzie i zwierzęta są zmęczeni. Przerwa dobrze wszystkim tobie zrobi, nawet mi znużenia się udziela, a i ludzie chcieliby skorzystać z dobrodziejstwa pobliskiej Nefari — odrzekł uległym głosem woźnica, widząc duszony przez dziewuchę w spojrzeniu gniew.
— Regularny trakt? — Smoczyca wyraźnie zamilkła, lustrując rozmówcę pytająco — Kieruj się na Ruiny Nemerii.
— Przez zrujnowaną Nemerie? Po zmroku? To szaleństwo, praktycznie jak samobójstwo. Nie ma mowy, co jak co, ale ludzi na śmierć nie rzucę.
Celine wywróciła oczami, znikając na dłuższą chwilę w karecie, a po czym wysunęła przez okienko dłoń ze sporym mieszkiem, gdzie wesoło brzęczały monety.

Henry przełknął ślinę i odruchowo wyrwał mieszek z delikatnej dłoni, obawiając się, że babsko w karecie zmieni zdanie i cofnie ofertę. Otwierając go, prawie spadł z siedziska, dziękując bogom za hojność. Gdy siły wróciły do umysłu, jak i ciała, zatrzymał gwałtownie karetę i wskoczył na dach karety. Wsadził brudne, tłuste paluchy do gęby i zagwizdał.
Widząc, że chłopaki się zebrali, postanowił wytłumaczyć sytuację.
— Zmiana planów, kierujemy się na zrujnowaną Nemerie — wypowiedział głośno, rozglądając się wokół po twarzach kompanów.
W grupie wkradł się chaos i liczne głosy sprzeciwu. Woźnica nie chcąc całkiem stracić panowania nad sytuacją, krzyknął donośnie.
— Ej, ej, słuchajcie do końca! Nasz dobroczyńca, panienka Celine zaoferowała zwielokrotnione wynagrodzenie!
— Niech wsadzi sobie w rzyć! Ma nas za idiotów ta laleczka? Cenimy nasze życie, nawet jak da dwa razy więcej, nie ma takiej opcji — rzucił ktoś wulgarnie, po czym tłumnie został poparty przez resztę. Co niektórzy nawet go poklepali po ramieniu i kiwali głowami, że chłop mądrze gada.
Henry westchnął ciężko i pokazał rozłożone obie dłonie.
— Wynagrodzenie wzrosło dziesięciokrotnie.
Zapadła martwa cisza, nikt nawet nie odważył się złapać oddechu, bo te słowa jeszcze długo rozbrzmiewały im w umysłach.
— Kto się boi nieumarłych! Chłopaki, jedziemy nakopać tym workom kości! Będziemy bogaci. Na koń chłopcy! — odezwał się ten sam, co jeszcze parę chwil wcześniej kazał monety zwrócić grzecznie smoczycy.
W międzyczasie Celine wewnątrz karety, powstrzymywała się przed wyjściem, aby zaoferować specjalną nagrodę dla tego osobnika. Dokładniej to kąpiel w dole z pijawkami, ale to mogłoby zbuntować resztę tych gorszorasowców.
— To tylko robale, muszą sobie po bzyczeć czasami. Czego się spodziewałaś? — mruknęła sama do siebie i zrobiła głębszy oddech, aby w czas ukoić nerwy.

Na rozwidleniu dróg podążyli mniej popularnym i zaniedbanym traktem przez zrujnowane miasto. Poruszali się wolniej niż na normalnej drodze, ale mimo wszystko mogli zaoszczędzić mnóstwo czasu, ale dla niełuskowatej gadziny liczył się czas, bez względu na koszty.
Odcinek podniszczonego czasem traktu między rozwidleniem od strony Rapsodii a zrujnowanym miastem pozostawiał wiele do życzenia. Do tego obserwujące ich zewsząd ślepia nie poprawiały komfortu nikomu z podróżującej grupy. Na szczęście nieumarłe istoty trzymały dystans i tylko obserwowały. Ludziom ulżyło, ale smoczyca czuła niepokój. W przeciwieństwie do nich żyła o wiele dłużej i widziała za dużo napaści przez te paskudne istoty. Nie chcąc wprowadzać paniki w ludzki orszak, nie przekazał owych wieści, tylko wygodnie się rozsiadła.
— Nekromanta, dawno nie widziałam żadnego. Dzisiaj będzie bankiet, tylko głównym daniem jesteśmy my
Powiedziała cicho sama do siebie, zmartwiony głosem i przymknęła oczy, aby zregenerować jak najwięcej siły przez zbliżającym się spotkaniem z nieprzyjaźnie nastawionym nekromantą.

Pani Królowa jak zawsze trafiła w sedno sprawy. Gdy tylko kareta oraz zastępy najemników wkroczyły na rynek zrujnowanego miasta, nieumarli zaczęli wychodzić ze wszystkich mrocznych zakamarków miasta, całkowicie otaczając grupę jak zwierzęta na rzeź.
— Zabić wszystkich, nie pozostawcie żadnych żywych!
Mrożący krew w żyłach głos, usłyszał każdy. Ghoule, szkielety i inne dziwactwa rzuciły się na ludzi. Nieumarli spotkali się ze sporym oporem, ale w przeciwieństwie do żywych, nie męczyli się, a ich końca nie było widać. Wynik był przesądzony, zanim walka się nawet zaczęła.
— Panienko! Panienko, otwórz! — krzyczał woźnica, dobijając się do drzwi karety i budząc przy tym smoczycę.
— Ciszej, przestań krzyczeć.
— Otwieraj córko psa, bo sam zaraz tobie poderżnę gardło!
— Coś mówiłeś?
Celine cała czerwona z gniewu otworzył z impetem drzwi, które wylądowały prosto na twarzy grożącego jej faceta. Stracił parę zębów i złamała mu nos. Zataczając się, oparł się dłonią o jednej z boków wejścia, mając zamiar wejść. Smoczyca jednak uśmiechnęła się szeroko, trochę złowieszczo i z impetem załadowała mu podeszwę białego bucika prosto na twarz. Co prawda siły to jako kobieta nie miała, ale lider najemników i tak ledwo trzymał się na nogach. Stracił równowagę raz jeszcze i przewrócił się na ziemię. Nie trzeba było długo czekać, aż rzucą się na niego ghoule. Dołączył swoim okrzykami do reszty braci. Niejedna szlachcianka pewnie zamarłaby ze strachu, zemdlała, spanikowała, ale nie Celine.
Korzystając z okazji, że nieumarli byli zajęci najemnikami oraz truchłem lidera, przeniosła się na miejsce woźnicy, a stamtąd z trudem wczołgała się na dach karety, która była dosyć wysoka. Rozejrzała się do wokół, zauważając, iż najemnicy dzielnie walczyli. Połowa już przepadła w mroku, ale druga połowa walczyła o życie.
— Jak przeżyjecie, monety są wasze, a jak nie… weźcie je ze sobą do grobu — zaśmiała się pod nosem słodko, co niejednemu wojakowi zagotowało krew w żyłach.
Niestety każdy z nich miał pełne ręce roboty i nikt nie zwrócił już więcej uwagi na młódkę, a przynajmniej w ich oczach. Była to jedna z najdłuższych nocy w życiu smoczycy, wydawała się nie mieć końca, podobnie jak otaczająca ją agonia i śmierć.

Z niemałym trudem Pani Królowa wydostała się ze zrujnowanego miasta. Niestety nikt z najemników nie przeżył, a nawet jakby przeżyli, też chcieliby ją zabić. Idąc przed siebie, opierając się o pobliskie drzewa, zastanawiała się, czy nieszczęścia po prostu lubią jej dotykać. Głębiej w umyśle odgrywały się obrazy z tamtej nocy, gdy odzyskała świadomość. Straciła poczucie czasu, ile już maszeruje, ale im dłużej szła, tym bardziej miała ochotę stanąć i zasnąć. Zdawała sobie sprawę, że spotka ją tylko śmierć, jeżeli ulegnie tej pokusie. Zacisnęła zęby i przedzierała się przez las dalej, w ostatnim znanym jej kierunku — rozwidleniu traktu.

W końcu o zmierzchu parę dni po masakrze w ruinach dotarła ledwo żywa do rozwidlenia. Padał deszcz, grunt był grząski i zdradliwy. Mokra ziemia wręcz wysysała resztki sił z ledwo stojącej na nogach dziewczyny. Gdy zabrakło sił, aby iść o własnych nogach, zaczęła się czołgać przez błoto i morką ziemię. Nie trwało to jednak zbyt długo. W końcu świadomość uciekła, a nieprzytomna Celine leżała na środku traktu w dosyć przykrym stanie.
Zanim została pochłonięta przez ciemność, szepnęła sama do siebie, trochę z wyrzutem do świata:
— Czemu los jest wredny aż do tego stopnia? Nie rozumiem…
Avatar użytkownika
Celine
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Erremir, Sherreri, Thilivern,
Rasa: Smok
Aura: Witaj w zakazanym królestwie - głęboko zmatowiałej krainie, której siła, mimo wyrazistości, nie przystaje do pozbawionych blasku przestrzeni kształtowanych przez wieki. Znajdziesz tu dzikie jaskinie i wielkie, luksusowe komnaty, a oprowadzać Cię będzie bursztynowa mgiełka przechodząca w topazowe smugi. Podążaj za nimi, korytarzami wyłożonymi zniewalająco gładkim suknem. Aksamitnym, pociągającym i niezwykle kosztownym. A jednak chodzisz po nim. Dotykasz. Brudzisz. Tylko jak tu nie dotknąć? Jak ominąć, kiedy jest wszędzie i kusi miękkością najlepszej jakości puchu? Teraz już wiesz, że lekko ugina się pod naciskiem. A gdyby być bardziej nachalnym i spróbować mocniej? Nie radzę. Pod zasłoną niewinnej słabości czają się kły i pazury ostre jak brzytwy, a gotowe rozerwać na kawałki każdego intruza. Wycofaj się i idź grzecznie dalej, podziwiając w duchu niezwykłe zjawiska. Iskry unoszące się nad miedzianymi strugami spływającymi po pozłacanych powierzchniach czy szmer wody spleciony z trzaskiem płomieni. Nie zatrzymuj się nawet gdy posłyszysz tuż za sobą zmysłowy szept. Nie daj się zwieść i nie oglądaj się, kiedy Twoje ciało wypełni podniecenie. Dźwięk ów niedługo stanie się tylko echem, a jego wspomnienie zagłuszy płynąca z daleka melodia. Teraz wejdź do sali pełnej klejnotów i kosztowności. Trudno wytrzymać przez ciężki, męczący zmysły zapach, ale nie zniechęcaj się. Podejdź bliżej do podtrzymującego powałę drzewa kobaltowego i skosztuj jednego z lekko cynowych owoców. Zerwij i wgryź się w niego jakby był Twoją własnością. Trochę się lepi, a usta wypełnia niebezpieczną pikanterią i dojrzałą goryczą oraz wyraźnym smakiem soli. Nie zdążysz się jednak rozsmakować, gdyż silne uderzenie w plecy gniewnie wypchnie Cię z emanacji, a szczęk metalu uprzedzi, byś nie wracał tu więcej. Audiencja dobiegła końca.
Wygląd: Jednym z często dręczących smoczycę problemów jest wizualny wiek damskiego ciała, które stało się nijako jej więzieniem za smoczą chciwość. Owej cielesnej opoce nie ma szans dać więcej niż 16-18 wiosen. W odczuciu niektórych istot, zwłaszcza humanoidalnych, bardziej przypomina wyrośniętą dziewuchę z jeszcze mniejszą ilością lat. Wygląda bardzo młodo do tego stopnia, że ... (Więcej)
Uwagi: Słabo znosi ciepłe temperatury.
ZAWSZE towarzyszy jej diadem na głowie, a jak nie, to jest w najbliższym otoczeniu.

Postprzez Kito » Wt maja 15, 2018 6:41 pm

        Jakże cudownie było być konikiem - ten dobrze o tym wiedział, kto wiedział, a kto nie wiedział, ten na pewno nie był Kito, mknącym wraz z wiatrem po pozornie wymarłych ziemiach Królestwa. Królestwa, które było Opuszczone (przez większość inteligentnych istot), a władzę nad nim sprawowały niepodzielnie żywioły. Mieszkańcami były zaś głównie zwierzęta i bestyjki wszelkich maści, rozmiarów i upodobań oraz roślinki od wieków przejmujące zrujnowane domy, wioski i niegdysiejsze kamienne wille, teraz przemienione w niekształtne sterty oplecione w większości ramionami z korzeni bądź przyozdobione czuprynką z trawy. A trawa ta była dobra, zielona, soczysta i źdźblasta, tak jak należy, choć wyjątkowo niesmaczna. Aż dziw brał, że coś, co wygląda tak zacnie, w smaku nie dorównuje nawet przegniłym sianiskom. Ale weź tu dyskutuj z naturą.
        Centaur nie zamierzał, choć gdyby mógł, chętnie szepnąłby Matce parę słów odnośnie do tego, jak działają jego półkońskie kubki smakowe i jaki dysonans poznawczy funduje niewinnym podróżnikom zetknięcie się z tutejszą trawiastością. Jednak nie było co narzekać - nadal znaleźć można było mnóstwo kwiecia czy liściowców, a także upolować coś bardziej mięsnego. Tego Kito chwilowo wolał nie robić i z resztą nie musiał - jego płowy grzbiet przyozdabiały bowiem nowo zdobyte juki wypełnione niemalże po brzegi jabłkami, pietruszką i marchwią. Jabłka wcinał po drodze jako przekąski, z korzeni spichrzowych robił zaś wywary i pijał je w czasie postojów. Czasami dorzucił do nich zielsko znalezione po drodze, a jak się trafiło to i parę sikorków. Był więc niemal stale syty i zadowolony, a jadł tym chętniej, że ciężar ładunku nieco dawał mu się we znaki. Poza tym marzył już o nieco większej swobodzie ruchów, a nie mógł odprawiać cudawianek w powietrzu, gdy przytroczone miał do boków plecionki. Może by i nie zleciały od razu, ale to, co w nich było, miało wielką szansę się wysypać, a jeśli nie wysypać, to przynajmniej porządnie obić. I choć centaur i obtłuczone jabłko zje, to ten konkretny wolał w czasie podróży podelektować się chrupkim i słodkim niż gorzko-rozpaćkanym. Chociaż wieczorami czasem mu się zmieniało i szukał tych uszkodzonych. Niektórych po prostu ciężko jest zrozumieć.
        Teraz zaś popisywał się kulinarnie - stawiając żwawo swoje kopytka na ziemi, trzymał w ręce kijaszek z nabitym nań owocem w liczbie trzech, jedną dziką cebulką jakiegoś czegoś i grzybem o rozmiarach co najmniej szlachetnych. Bezmięsny, surowy, najprawdziwszy szaszłyk. Taki piękny! Kito aż nie mógł od niego oderwać oka i uśmiechał się w jego stronę zdecydowanie nazbyt szeroko.
        - Spójrzcież moi mili co czteronożna istota jest w stanie zrobić ze łbem i ręcami, jeżeli pozwoli jej się pomyślować! - wykrzyknął zachwycony swoim geniuszem. - I posądzić, że niektórowie woleją ściskać wszystko na osobno i nosieć i im to wypada… doprawdy, nie zrozumiem ich wdziśczas! - To mówiąc, wepchnął sobie do gęby kawałek kapelusza (tego od grzyba) i zaczął radośnie memłać.
        Fikuś frunął obok niego na rozpostartych skrzydełkach, ciesząc się ze swobody i ogromu przestrzeni, jednakże trzymając się stosunkowo blisko przez wzgląd na drapieżne ptaki sunące niczym cienie śmierci po chumurzącym się niebie. Kito też miał je na uwadze. Męczyło go takie dziwne wrażenie, że jeden z nich, taki co śmignął mu ledwie godzinę temu na skraju widzenia, był wielkości muła. Może było to tylko złudzenie, tzw. „Efekt Opaski”, co zdarzało się całkiem często, gdyż nienaturalnie zwiększała zasięg wzroku konika, ale on nie zawsze był świadom, jak bardzo. Z oceną odległości też bywało krucho, skoro zasłonięte miał drugie oko. I tak coś, co w rzeczywistości było malutkie, mógł niechcący wziąć za giganta, jeżeli nie miał czasu się temu przyjrzeć. Inna sprawa, że czasami figle płatały mu jego własne przeświadczenia — widział kiedyś takiego króliczka, co mu się majaczył w oddali. I coś tak mu mówiło, że to całkiem pokaźny futrzak jest. Ale on nie, „to na pewno tylko pomyłka w wyostrzaniu wzroku i ocenie odległości”. I co? Jak bydle zaczęło go gonić, to o mało kopyt nie zgubił.
        No, ale bywało. Teraz więc dreptał, nie tracąc namiastek czujności, ale i nie przejmując się zbytnio. Ostatecznie od czasu do czasu umiał sobie poradzić.
        Zerknął na chwilę na zad (tak, swój własny), bo poczuł, jak mości się na nim drugi z jego małych towarzyszy. Pączek dużo się dziś nie nalatał, ale czując w powietrzu zbliżającą się ulewę postanowił przespacerować się po centaurzym poziomie i schować w koszyku.
        - Ach ty spyciarzu! - pochwalił go Kito - A ja gdzie się wezmę ukryję, co? Nie pogłówkowałeś o mnie? Nah, nah, co ja z wami miewam, moi malutcy. - Uśmiechnął się i wrócił do kontrolowania drogi przed nimi. Trawa. Wszędzie trawa. O wielu różnych odcieniach i w stanach od wybitnie dobrego do uschniętego na wiór. Na górzystym, chłodnym horyzoncie zaś majaczyły ruiny miasta Nemerii.
        - Spokojnicko chłopcy, tam nie liziemy! - uspokoił ich, machając miarowo szaszłykiem i zaglądając w gryzoniowate oczy Fikusia tak głęboko, jak tylko konik mógł królikowi. Zdecydowanie zgadzali się w tej sprawie.

        Kiedy pierwsze krople spadły im na sierść, długouchy wykonał ostry manewr, tnąc powietrze przed nosem centaura i tak jak Pączek schował się w jednym z koszyków. Teraz Kito został na deszczu sam.
        - Ładnieście mnie okiwali! - skomentował to nie bez entuzjazmu, choć przygasał on, gdy spoglądał w siniejące niebo pokrywające się purchlami nabrzmiałych kołtunów burzowych. - Chyba lunie rychlej niżlim sądził… a schronienia coś ni ma. Mogliśmy byli się zatrzymać w tych przytulnych kamieniach, co je mijaliśmy, gdybyście nie pietrali się, że skonsumi was ten misiek - stwierdził, chichocząc. Powoli tracił jednak nadmiar dobrego humoru. Normalnie deszcz absolutnie mu nie przeszkadzał, ale burza to była jednak burza. Ej… Chwila! Kiedy zrobił się z niego taki wygodnicki synalek!? Tylko miągwy i dwunogi mogą chować się po domach i jaskiniach, kiedy natura postanawia w końcu ich umyć. A prawdopodobieństwo oberwania piorunem też w sumie nie było takie wielkie. Nie większe niż to, że dach zawali się na głowę, albo w innej kryjówce czaić się będzie jadowity wąż czy pajęczyca. Wzmożoną siłą wiatru Kito nie musiał się natomiast przejmować, bo nad tą miał niemalże pełną kontrolę. Przyspieszył, by z dumnym spokojem wejść w środek nawałnicy.
        - Grzejcie nasze jabłka, kochani, bo czuję, że chyba nas wytarmosi. - powiedział z nijakim trudem, gdy wiatr stawał się coraz silniejszy i zabierał mu dech. Dobrze… może miał możliwość panowania nad żywiołem, ale nie zawsze z niej korzystał. Wolał wywoływać hulanki powietrza niż je uciszać, gdyż w pierwszym przypadku czuł się jak wolny, zdolny źrebaczek, w drugim - jak zbuntowany odsadek tupiący na matkę nogą. A tak nie wolno było. Dlatego też, póki nie stanowiło to zagrożenia dla jego małych milusińskich, nie ingerował w pogodę i znosił zaciekłe smagania deszczu jakby to była nagroda. Bo w końcu była - czuł, że (nie licząc nóg) wyjdzie z tego czystszy niż po ostatniej wizycie w trzygwiazdkowej stajni „Pięknotka”.

        Burza trwała, a on rozmyślał nad wiadomościami, które miał zanieść w świat, nad odbytymi niedawno rozmowami z milutkimi ludźmi i elfkami, nad samymi elfkami i innymi kobietami… musiał przyznać, że przeznaczenie mocno ułatwiało mu bycie porządnym, obdarzając go końskim tułowiem. Co nie znaczyło, że nie zastanawiał się co by było, gdyby urodził się takim chociażby człowiekiem… to były ciekawe istoty. Rozmnażać się mogły niemal ze wszystkim, co chodzi (bardzo upraszczając), nadto zbudowały odrębny dział kultury wokół zagadnień z tworzeniem potomstwa związanym (były wszak i rasy, które podchodziły do tego wstydliwiej). Hmm, ciekawe czy pokusy umiały przybrać centaurzą formę…
        Bogobojny wiatr palnął go upominająco, gdy zaczął zaglądać nie w te zakamarki natury, w które przystoi zaglądać komuś niosącemu jabłka, a wtedy konik uśmiechnął się jak nastolatek i złapał się ręką za głowę.
,,Przeproszuję, wiem, wiem. Nie czas teraz na to ni miejscowość. Wybaczta!” Pomyślał. ,,Wrócimy do tego, jak będę przy jakich klaczkach.” Dodał ciszej, bo przecież i myśli mogą mieć swoją głośność. Wichura zaś chyba nie usłyszała, bo nie zesłała na niego wyładowań co przypiekłyby mu trochę zad. Iść jednak było ciężko. Nad głową wisiały czerniejące chmury sprawiające wrażenie aż nazbyt bliskich ziemi, ta zaś przyszarzyła się, a źdźbła przyległy do niej, ulegając bijącej w nie wodzie. Wokół było wilgotno i duszno, szum zaś zagłuszał wszystkie odgłosy prócz odległych grzmotów. Powietrze zgęstniało, a mglista szaruga stworzyła parawan, przez który nawet oko Kito nie mogło się teraz przebić. Trochę nie lubił tego uczucia. Bo czuł się jak w klatce. Ziemia pd nim, powała z mroku nad jego głową. Wokół ściany ograniczające ruch. Bardzo, bardzo chciał, aby już się rozpogodziło. Postanowił jednak nie być niemiły dla pogody i postawić się własnym upodobaniom. Dlatego przystanął, odchylił lekko do tyłu i rozpostarł ramiona, przyjmując na siebie całą zaciekłość ulewy z uśmiechem na ryju.
        - Kocham cię, burzo! - krzyknął. - Kocham twoją wodę, twoją grozę, twoją zawzięt…!
        Parę sążni od niego wściekła błyskawica rąbnęła w uschnięte drzewko, a on spłoszył się jak zdziczały rumak i poczuł w ustach chyba swoje własne serce. Jedno z dwóch.
        Lekcja na dzisiaj brzmiała - nie wolno kłamać żywiołom! One i tak wiedzą lepiej. Dlatego sza i mówić tylko prawdę! Powtarzał to sobie przez następne pół godziny niczym nerwową mantrę, aż ochłonął, a nawałnica przesunęła się dalej. Wtedy, z chwili na chwilę zaczął się z tego coraz głośniej śmiać, uzmysławiając sobie, jakim jest idiotą w porównaniu do natury, która to nawet nie ma jednego mózgu. Tak - nieposiadanie tej części ciała czasem oznaczało potęgę. Chociaż często też kończyło się wyeliminowaniem osobnika. Jak nie przez kogoś to przez niego samego.
        ,,Ale Matka Natura nie posiada cielska, które mogłoby zginąć”, przypominał sobie samemu. ,,I wiele innych bezmózgich istot jest ich popozbawionych. Może więc lepiej, że cielesny ja, mam w posiadaniu te swoją łepetynkę?” Zadowolony nagle z samego faktu, że posiada głowę, poczuł gwałtowny przypływ radości i chęci do dalszej podróży. A jednak nie doszedł daleko, bo oto na jego drodze zamajaczyła czyjaś sylwetka grzęznąca w błocie, a silna aura dobiła się do jego umysłu.
        - Smok? - zastanowił się na głos, bo Fikuś i Pączek już zaczęli wyglądać z koszyków. - Jakiś taki mikry, orzekłbym. - Gad nadal był daleko, ale nie trudno było poznać jaką formę przybrał. Z bezpiecznej odległości szaman zastanowił się nad jego emanacją. Musiało to być dojrzałe bydlę, całkiem silne i chyba nie do końca przyjemne. Na pewno za to ładniutkie lub obdarzone godną zobaczenia charyzmą. Najbardziej zadziwiające było jednak to, że takie stworzenie wylegiwało się w błocie, zamiast przecinać nieboskłon swoją sylwetką i korzystać z daru, jakim są prawdziwe skrzydła. Czyżby coś go dopadło? Jego aura nadal żyła, więc i on też musiał jeszcze dychać. Konik postanowił więc zaryzykować i podejść do niego. Nie miał nic przeciwko smokom, ale bardziej opiekuńcze odruchy wzbudzały w nim drobne, słabe niewiasty niż przepełnione magią gadzi…
        - A cóżto, cóżto?! - zadziwił się, gdy dotarł do ubłoconego ciała. - Toż to panienka! Moi mali, jakąż gafę bym wziął strzelił! Wziąć taką śliczność za mości faceta lub bezpłciowego frędzla! Ubijcie mnie chłopcy, bo chyba tracę ja wam zmysły! - jęknął - Powinienem był się od razu domyśleć! - dodał, poważnie niezadowolony, że trybiki jego radaru na babeczki najwidoczniej uległy zatarciu. Jeszcze chwila, a nie będzie odróżniał samca od samicy, stając z nimi oko w oczy!
        - Ale któż to mógł sponiewierać tak to śliczne niewieśnie stworzenie? Nie zabierając przy tym jej dorgocennej czapeczki? Widzieliście kiedy takiego durnia? - zapytał przyklękając przy kobiecie i sprawdzając jej stan. Nie była połamana, za to najwyraźniej wycieńczona i bardzo nie w formie. Dało się ją jednak bezpiecznie przenieść.
Wstał więc, przeciągnął się i za pomocą wiatru uniósł nieprzytomną dzieweczkę, oczyszczając ją nieco przy okazji, choć nie na tyle, by nie zabrudziła jego grzbietu, gdy ostrożnie ją nań rzucił. Ziemią zajmie się później. Utwardzając teren drugą ze swoich magii, ruszył dalej, by znaleźć odpowiednie miejsce do dalszych działań. Czego jak czego, ale powalonego smoka na swojej drodze się nie spodziewał.



        Minęło trochę czasu. Zdecydowanie trochę czasu. Ziemia chłodna od nocy dopiero zaczynała nagrzewać się słońcem, które sunęło w górę po jasnym niebie o pastelowych kolorach. Wokół panował naturalny jazgot - owady cykały, ptaki nadzierały się przekornie, w oddali coś jakby rżało. Powietrze pachniało świeżością, a jego słodycz drażniła chrapy. Jednak nie tylko ona. W niewielkim kociołku, jednym z trzech sprzętów, jakie obecnie konik przy sobie nosił (także w jukach, żeby nie chwalić się, ile to naraz potrafi unieść) gotował się wywar. Jadalny. Jego woń była jednak gorzka i niezachęcająca tak od razu do jego spożycia. Drugi w kolejności sprzęt kuchenny - nożyk - leżał na kamieniu, chochelka zaś moczyła się w pseudozupie. Więcej konik nie posiadał - no, jeszcze te dwa koszyczki i ich owocowo-warzywną zawartość. No i smoczycę. Ona zaś, wyczyszczona już jak należało, spoczywała na szczątkach swojego własnego ubrania. Jędrny biust miała dla przyzwoitości zakryty włosami (Kito układał je tam starannie cały poranek, dla jak najlepszego efektu), a od bioder do połowy ud okrywała ją jego prywatna, osobista szmatka. Szmatka, która, krótko mówiąc, miała takie wymiary, że gdyby położyć ją w drugą stronę zakrywałaby kobitkę od szyi do kolan, ale powiedzmy, że Kito nie chciał, aby przewiało jej boki. Tak czy inaczej, porządnie zadbana, czekała właśnie w słodkiej nieświadomości na kociołkowy posiłek, który jej wybawiciel mieszał powoli, nucąc przy tym jakieś tajemnicze, szamańskie melodie. Wiele już minęło, odkąd ostatnio znalazł wiekową panienkę w szczerym polu, trudno więc było się dziwić, że humor mu dopisywał. Przynajmniej póki jego nowa podopieczna nie otworzyła oczu i ust.
Avatar użytkownika
Kito
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Nutria, Kuna,
Rasa: Centaur
Aura: Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!
Wygląd: A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej ...
(Więcej)

Postprzez Celine » N cze 10, 2018 6:41 pm

O tym, że smoczyca żyła, świadczyły lekko rozwarte wargi zaczerpujące powietrza, jak i powtarzające się ruchy klatki piersiowej w górę i w dół. Przez większość czasu pozostawała w bezruchu, ale momentami twarz zdradzała, że wewnętrznie odbywała sobie tylko znaną walkę.

Dochodzące ze wszystkich stron różnej maści bodźce, wybudziły ją z lekkiego już snu już o wiele wcześniej. Po zobaczeniu obróconego do niej zadem centaura, zamknęła oczy i zapadła w sen ponownie, wmawiając sobie, że to tylko sen. Zachowała się przy tym na tyle dyskretnie, że czworonóg, ani jego towarzysze nie mieli okazji zdać sobie z tego sprawy.

Drugie przebudzenie nastąpiło przez dość trywialną potrzebę ludzkiego ciała. Zerwała się z ziemi gwałtownie, zrzucając z siebie wszystko (razem z włosami). Następnie pobiegła w stronę najbliższych zarośli, znikając w nich jak bajeczna rusałka, tak jak natura ją stworzyła.
Pewna, że jest bezpieczna od jakichkolwiek spojrzeń (zwłaszcza centura), załatwiła fizjologiczną potrzebę ludzkiej opoki.
Zdała sobie też wtedy sprawę, że nic na sobie nie ma, bo próbowała ściągnąć z siebie nieistniejący na niej ubiór. Nie przypominała sobie, aby wylądowała w błocie naga, co uprościło całą zagadkę, co stało się z jej ubiorem. Obserwując samą siebie, wydawała się trochę za czysta, co również się nie zgadzało.
Nie czuła wstydu jeżeli chodzi o to, że rumak widział każdy jej zakamarek nagiego ciała, ale jednak czuła dziwny dyskomfort na myśl o tym, że dotykał JEJ ciała. Powoli przerodziło się to w czystą wściekłość, którą udało się jej tylko opanować resztkami rozsądku, że dzięki kobyle żyła. Smoki w większości były bardzo dumnymi istotami, ale nie były ślepe na takie akty. Królowa nie była inna, ale nie uśmiechało się wyskoczyć z zarośli i świecić nagością.
Z pomocą magii przestrzeni, udało się gadzinie uzyskać dosyć prostą halkę po kolana. Idealnym wyjściem z sytuacji nie była, ale nie mogła kręcić nosem. Wolała cokolwiek niż nie mieć na sobie nic. Zwłaszcza w samczym towarzystwie!

Opuściła nieśpiesznie gęste zarośla, kierując się w stronę pichcącego na polanie centaura. Temperatura jak dla niej była w sam raz, z drugiej strony nie miałaby nic przeciwko, jakby było trochę zimnej. W końcu była zimnolubna jako smok, co najwidoczniej odbijało się również na tym ciele.
Zlustrowała wzrokiem wybawiciela niezbyt przychylnie, zauważając niewielką ilość sprzętu rozłożonego wokół. Największą uwagę poświęciła parującej zawartości kociołka. Panującą ciszę pomiędzy smoczycą, a nieznajomym przerwało donośnie burczenie brzucha.
Dziewczę otworzyła szeroko oczy, nie mogąc się pogodzić ze zdradą żołądka i ukazaniu jej w takim świetle. Nie poznała nawet jeszcze imienia wybawiciela, więc zażenowana odwróciła spojrzenie od sylwetki centaura, kierując je w inne miejsce polany.
— Kiedy posiłek będzie gotowy? Jestem głodna. — Zwróciła się do niego niezbyt wyraźnie, prawie tak jakby nie chciała, aby usłyszał jej słowa. Oblała się przy lekkim rumieńcem i zacisnęła wargi razem, oczekując odpowiedzi od „kucharzyka”.
W międzyczasie zacisnęła palce obu dłoni po bokach halki, trzymając końce w dosyć nerwowy sposób, jakby cała sytuacja była dla niej ciężka (a raczej niedopuszczalna).
Avatar użytkownika
Celine
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Erremir, Sherreri, Thilivern,
Rasa: Smok
Aura: Witaj w zakazanym królestwie - głęboko zmatowiałej krainie, której siła, mimo wyrazistości, nie przystaje do pozbawionych blasku przestrzeni kształtowanych przez wieki. Znajdziesz tu dzikie jaskinie i wielkie, luksusowe komnaty, a oprowadzać Cię będzie bursztynowa mgiełka przechodząca w topazowe smugi. Podążaj za nimi, korytarzami wyłożonymi zniewalająco gładkim suknem. Aksamitnym, pociągającym i niezwykle kosztownym. A jednak chodzisz po nim. Dotykasz. Brudzisz. Tylko jak tu nie dotknąć? Jak ominąć, kiedy jest wszędzie i kusi miękkością najlepszej jakości puchu? Teraz już wiesz, że lekko ugina się pod naciskiem. A gdyby być bardziej nachalnym i spróbować mocniej? Nie radzę. Pod zasłoną niewinnej słabości czają się kły i pazury ostre jak brzytwy, a gotowe rozerwać na kawałki każdego intruza. Wycofaj się i idź grzecznie dalej, podziwiając w duchu niezwykłe zjawiska. Iskry unoszące się nad miedzianymi strugami spływającymi po pozłacanych powierzchniach czy szmer wody spleciony z trzaskiem płomieni. Nie zatrzymuj się nawet gdy posłyszysz tuż za sobą zmysłowy szept. Nie daj się zwieść i nie oglądaj się, kiedy Twoje ciało wypełni podniecenie. Dźwięk ów niedługo stanie się tylko echem, a jego wspomnienie zagłuszy płynąca z daleka melodia. Teraz wejdź do sali pełnej klejnotów i kosztowności. Trudno wytrzymać przez ciężki, męczący zmysły zapach, ale nie zniechęcaj się. Podejdź bliżej do podtrzymującego powałę drzewa kobaltowego i skosztuj jednego z lekko cynowych owoców. Zerwij i wgryź się w niego jakby był Twoją własnością. Trochę się lepi, a usta wypełnia niebezpieczną pikanterią i dojrzałą goryczą oraz wyraźnym smakiem soli. Nie zdążysz się jednak rozsmakować, gdyż silne uderzenie w plecy gniewnie wypchnie Cię z emanacji, a szczęk metalu uprzedzi, byś nie wracał tu więcej. Audiencja dobiegła końca.
Wygląd: Jednym z często dręczących smoczycę problemów jest wizualny wiek damskiego ciała, które stało się nijako jej więzieniem za smoczą chciwość. Owej cielesnej opoce nie ma szans dać więcej niż 16-18 wiosen. W odczuciu niektórych istot, zwłaszcza humanoidalnych, bardziej przypomina wyrośniętą dziewuchę z jeszcze mniejszą ilością lat. Wygląda bardzo młodo do tego stopnia, że ... (Więcej)
Uwagi: Słabo znosi ciepłe temperatury.
ZAWSZE towarzyszy jej diadem na głowie, a jak nie, to jest w najbliższym otoczeniu.

Postprzez Kito » Pn cze 11, 2018 6:37 pm

        Gdyby ofiarą jego bezinteresownego ratunku był chłopiec, albo mężczyzna, nawet nie przerwałby mieszania kociołkowego wywaru, kiedy toto zerwało się i pobiegło w krzaki. Smoczyca jednak samcem w żadnej mierze nie była, nie obejrzeć się więc za nią byłoby niepowetowaną stratą i wręcz godną chłosty nieprzystojnością. Gdy więc biegła powiewając to pośladkiem to włosem, Kito o mało nie dostał skrętu szyi, a chochelkę trzymaną w palcach upuścił nieuważnie na ziemię. Tylko, że w tej chwili absolutnie go to nie obchodziło.
       ,,Jak chyżo się ruchliwi!” Pomyślał szczęśliwy, że jego biedaczka okazała się być bardziej cała i zdrowotna niźli przypuszczał. Gady to jednak wytrzymałe są, ho!  
       Nie kulała, nie przechylała się i nie dostała skurczu w kostce, co powaliłby ją na ziemię. Nawet we łbie jej się nie zakręciło, a to znaczyć mogło jedynie, że jest co najmniej niezniszczalna.
       ,,Czuję ja, żem się wtarabanił w niezłą kabałę. To nieprzezorne będąc takim mięczanikiem jak ja pchać się pod stopalki pięknej dam… nie, niewagowe. Warto było”. I uśmiechnął się szukając swojego mieszadła pośród wilgotnych źdźbeł.
       Pogoda zdecydowanie sprzyjała i zapowiadało się na luby dzionek, Fikuś i Pączek zaś, wystraszeni obecnością czegoś co pachniało smokiem, próbowali dać centaurowi do zrozumienia, by znalazł sobie inną koleżankę i latali mu niespokojnie wokół czupryny.
       - Ale strachajła z was! - Zażartował, choć sam nie był wcale przekonany czy ślicznotka nie pożre go w chwili gniewu. Jego jednak jej wygląd i mizerne okoliczności w jakich ją spotkał, przekonywały skutecznie do dalszego działania i nie zostawienia jej samej sobie, co jego dwaj futrzaści towarzysze uczyniliby w pośpiechu i ochoczo.

       Nie do końca ku jego radości, kiedy dama wyszła zza liściastej osłony miała już na sobie przyodziewek. Kusy bo kusy i wcale nie cenzuralnej grubości, ale jednak. Musiała zdobyć go przy pomocy magii… że też miała siłę o tym pomyśleć! I wykonać ten zamach na naturze! No nic, trudno. Zdarza się. Czasem się ubierają.

       Nie pozbywając się swego uśmiechu dalej czuwał nad kociołkiem. To co w nim parowało uznawał za całkowicie smaczne, ale co pomyśli o tym wiekowa panienka? Może woli coś surowego? Kito widział dookoła mnóstwo szarańczy, w porannym chłodzie łatwo się je łapało - może by tak dorzucić je do wywaru? Chyba zapyta. Z resztą - aż dopadła go na nie ochota. Jeżeli smokowata się nie skusi on chętnie zje i jej porcję.
       Przez chwilę nie podnosił wzroku aby nie peszyć jej i nie drażnić, nie irytować, nie płoszyć czy niecokolwiek, lecz kiedy już jego oko zawisło na żeńskiej postaci musiał przyznać, że nie pożałował. Istotka bynajmniej nie mizerna prezentowała sobą dziewczęcy urok w najbardziej kosztownym wydaniu, choć przyobleczona była raptem w marniutką bieliznę. A jednak jej skóra, anatomiczna budowa, pocigłe kończynki i krągłe ramionka, błyskliwe włosy będące najpewniej kolejnym z naturalnych cudów i świetliste paczałki krzyczały o swojej wartości. Pasował jej diadem, który nosiła na łbie. Bardzo poetycki. Sprawiał, że przypominała rozchylający swe płatki księżycowy kwiat rosnący na niedostępnym, skalnym zboczu monstrualnych gór. Huhuhu - na pewno spodoba jej się zupa z pietruszki!
       - Myślę śliczna, niewieścia gadzinowa pani, że ni wincyj jak parę trzasków sierca opokówki szarej. - Odparł z uśmiechem na jej pytanie, tak swobodnie jakby bycie czyimś kucharzem to był jego zawód, lub wręcz powołanie i przestał się na nią gapić. W pamięci jednak międlił obraz uroczej dziewki ściskającej w piąstkach delikatny materiał haleczki. Uh, jakież to było energetyzujące!

       Kto nie miał dostępu do jego głowy ten był jednak bezpieczny. Kopytny zachowywał się nad wyraz spokojnie i odpowiedzialnie, zupełnie jakby był dorosły i nie cierpiał na żadne wypaczenia psychiczne. Ot, półzwierzęcy szaman i jego dwa latające pupilki, gotujące w szczerym polu danie dla smoczej pani.

       - Lubiejasz może chude bladokorzenie i ich zachodząco-słonecznych braci grubszych? - Zapytał mając na myśli pietruszkę i marchew. - Mam ci ja do tego możliwość sprezentowania tobie poza hodowlanymi rarytasami odmienne ‘trawiaste’ różności oraz szarańczowe straszki. Te pierwsze jużem wybulgotał w kotle, ale następne nadal pykają w ździebłach, wjync siem zastanawiał czy może ich nie nachwytać i nie przypalić nad ogniem. Preferujesz? - Upewnił się wyławiając coś z zupy i pokazując jej dla zachęty.
       - Nie posiadam ci ja niestety piersiastych łapek na ciecze (misek), toż będziemy musieli chełptać ze zagarniacza. Ale oczywistość niech panienka, jako panienka, dokona degustacji pierwsza. Bom wymyślił po panienki ciele, na którym mało co bytowało, że jednak jest panna panną, a nie straconą i mężatką? Chyba, że ów śliczny kapelutek z kamieni to znak posiadania haremu ogierów na własne życzenia lub też jednako hardego jako i oni, a przy tem bardzo wpływowego kochanka-oby-nie. Chyba, że na znak buntu wyrzuciła panienka pierścionek i zamyła tatuaże. - Paplał w najlepsze ujawniając swoje teorie, a przy okazji doprawiając potrawę czym tylko mógł, a więc - przyjaźnią i wolnością.
       - Ale dosyć o panience. Pomówimy o garncu! Nie wiem jakie są panienki zamiłowania apetyczne, ale to com przygotował powinno was postawić na nogi. Chocież juża stoita. Huhuhu. Dobrze wiedzieć, żeście się trzymata.

       Wyglądało na to, że smoczyca mogła się rozgościć, bo konik już zrobił dla niej miejsce w pobliżu wiszącego na konstrukcji z trzech kijów kociołka i był gotów oddać chochlę w jej ręce. Z drugiej strony, jego zwierzęcy kompani choć starali się zostawać blisko jego grzbietu, jednocześnie próbowali unikać jak tylko się dało latania w pobliżu jasnowłosej co sprowadzało się do ciągłych manewrów i niezdecydowania. Wszystko przez to, że Kito nie miał zamiaru straszyć panienki nadmiarem wolnej przestrzeni i zachowywał jedynie minimalną odległość jaką utrzymuje się tradycyjnie wśród starych znajomych, sióstr oraz braci. Ostatecznie myślał tak prawie o każdym, a gadzidama nie była wyjątkiem, choć robiła wyjątkowe wrażenie.
Avatar użytkownika
Kito
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Nutria, Kuna,
Rasa: Centaur
Aura: Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!
Wygląd: A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej ...
(Więcej)

Postprzez Celine » Cz cze 28, 2018 11:19 pm

Gadzinę pozo­sta­wiła nie­szczę­sną bieliznę w spo­koju, nie­długo po dziw­nym bły­sku w oczach konio­wa­tego. Obser­wo­wał ją spoj­rze­niem na tyle inten­syw­nym, że lico zwy­kłej dzie­wu­chy pokryłobyby się dawno inten­syw­nym szkar­ła­tem. Dołeczki dziew­czyny przy­ozdo­biły się jedynie deli­kat­nymi rumień­cami, co pozostawało efek­tem samo­za­do­wo­le­nia i prze­ko­na­nia, że to było nie­unik­nione z jej nie­do­ści­gnioną urodą.
Nie miała pew­no­ści do tego, w jakim stopniu świa­domy swojego spoj­rze­nia jest kopytny, ale pozwo­liła mu upoić spoj­rze­nie i umysł swą nie­ba­ga­telną figurą i nie tylko. W sumie co lep­szego wydarzyć się mogło tą wczesną porą niż oble­pia­jące spoj­rze­nie samca. Co prawda w całej sytu­acji sła­bym ogni­wem był wła­śnie ten ostatni.

„Bez względu jak uderzającą urodę mógłby mieć, koński zad wszystko psuje. Aww, ale z niego słodziak” – przeszło dziewczynie przez myśl, gdy dyskretnie zlustrowała ludzką część i jej anatomię.

Nazwać go brzydkim nie wypadało, ale też raczej nie zaliczał się do grupy, którą smoczyca lubiła nazywać „biednych przystojniaków”, czyli po prostu przeciętniaków. Wygięła wargi w skromnym uśmiechu, przerzucając spojrzenie nie po raz pierwszy na bulgoczącą zawartość kociołka. Wyczekująco, a jednocześnie ze strachem. Kociołek wyglądał na bardzo rozgrzany, nie wspominając już o zawartości.

„Nie chcę nawet sobie wyobrażać, jakie ohydne poparzenia miałabym, gdyby to się przewróciło” — mała pocieszająca myśl spowodowała wycofanie się w tył o jakieś trzy kroki, a na twarzy od razu wymalował się spokój, jak i nieukrywana ulga.

Zebrała szmatę ze swojego niedawnego posłania, wyłożyła na ziemi dokładnie. W dworskim wręcz stylu usiadła na niej, przytrzymując przy tym halkę, aby co wiatr za wiele nie odsłonił dla młodzikowych oczu, które czujnie wyczekiwały, a co nie umknęło kobiecej czujności.
Nie przeszkadzało to jej wcale, a wręcz schlebiało. Wolała jednak, aby samczyk bardziej się postarał, jeżeli chce nasycić spojrzenie. Nie chciała, aby za szybko się znudził darmowym widokami, a tak pozostawia jeszcze spore pole do popisu dla kucharzyka, zwłaszcza że szanowałą samą siebie. Wszystko wszystkim, ale patrzenie na nią bez żadnego materiału to tylko podczas miłosnych igraszek, albo solidnie trzeba było zasłużyć. Nie była łatwa ani się za taką nie uważała.
Trochę ku jej rozczarowaniu, centaurzy samiec skupił się na czymś, czego nie bał się nazwać zupą. Z drugiej strony strawa się sama nie ugotuje, a ona nawet nie zamierzała się zbliżać do źródła ciepła, które ponownie zmierzyła ostrożnym wzrokiem.

Z rozmyślań wyrwała ją kolejna kwestia zajmującego się zupą.
— Lubiejasz może chude bladokorzenie i ich zachodząco-słonecznych braci grubszych?
Przekrzywiła nieznacznie głowę, mrugając oczami w nieco zagubionym geście. O ile zrozumiała słowa, przekaz nie dotarł do niej od razu. Obudziło się w niej trochę ciekawości, czy to specyficzna mowa dla tego osobnika, czy tudzież miejsce, z którego pochodził.
— Umm, używasz dosyć specyficznego języka — zwróciła na wpół grzecznie uwagę, jakby krytykując go z niewinną miną — Jeżeli owe słowa przedstawiają w twoim słowniku pietruszkę i marchewkę, to nie jestem z nim na negatywnych relacjach. Jedzenie jak jedzenie. — Wzruszyła ramionami, układając następnie dłonie na ściśniętych do siebie udach. Dodawało to jej postaci godności, mimo że ubioru to więcej na sobie miały dziewki z domów publicznych niż ona teraz. Prześwitującą bieliznę ciężko nazwać porządnym ubiorem. Jeżeli miała wybierać między kusym ubiorem, a jego brakiem i świeceniem swoimi doskonałościami, preferowała pierwsze. Stanowczo.
Na drugą część wypowiedzi nie uzyskał odpowiedzi od razu, bo smoczyca przerzuciła długie włosy przez ramię, zakrywając swój skromny biust i przeczesując je z niezwykłą ostrożnością. Dopiero po dłuższej chwili bulgotania strawy i chłodnych powiewów, uraczyła owymi słowami:
— Jak nie zamienisz owej szarańczy na węgielki to owszem. W innym wypadku będę zmuszona odmówić, nie przepadam za zwęgloną. — stwierdziła i uśmiechnęła się przepraszająco, mimo że jeszcze nawet nie odmówiła.
Nijako stawiała umiejętności centaura pod wielkim znakiem zapytania.

Pokręciła głową, słysząc o swoim pierwszeństwie do degustacji.
— Lepiej zjedź swą porcję i pozostaw mi resztę. Po mojej degustacji zupa raczej nie będzie smaczna dla ciepłoluba jak ty, ogierku. Nie chciałabym być zmuszona, aby ciebie rozgrzewać. — Puściła mu porozumiewawczo oczko z nieco łobuzerką miną, bo była nawet w przyzwoitym humorze.
Chłodna aura poranka bardzo jej przypasowała, a jako że cienki materiał miał wręcz zerowe wartości izolacyjne, odczuwała nawet lekką nostalgię do smoczych terenów za swej młodości. Chłodne z lodowatym wiatrem

Zaśmiał się na dziwne teorie, zasłaniając nawet usta dłonią. Etykieta była już częścią jej zachowania, więc stało się bez jej świadomego udziału. Żyjąc tyle czasu, nabyła wiele „ludzkich” zwyczajów.
— Głuptasek z ciebie, ja do nikogo nie należę. Jestem smokiem, jak już zauważyłeś. Czas z samcami to dla mnie tylko urozmaicenie jak wisienka na torcie. Wolę skupić się na torcie, więcej przy tym zabawy, nie sądzisz? — zapytała i wyrzuciła dłonie wysoko do góry powolnym gestem, przeciągając się jak leniwa kotka.
Odpowiedź smoczycy była nieco bezpośrednia, ale centaur nie był żadnym zapatrzonym w siebie arysokratą, a naturianinem. Zdecydowała, że to będzie najłatwiejsza droga zrozumienia drugiej strony, chociaż nie pałała do niego ufnością. Z tego powodu nie ruszyła się ze swojego miejsca, gdy on naszykował jakieś obok siebie.
Gdy skończyła się przeciągać zaspaną ludzką powłokę, przymrużyła powieki, obserwując Kito(którego imienia nie znała) jak kot myszkę. Trochę wyczekująco na jego ruch, a z drugiej strony trochę rozmarzonym i maślanym wzrokiem, wodzącym po nagiej ludzkiej części centaura. Nie starała się też tego ukrywać. Przez to całą paplaninę zboczyła na całkiem trywialne myśli i zrobiła się głodna, nie tylko w jednym znaczeniu.
Avatar użytkownika
Celine
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Erremir, Sherreri, Thilivern,
Rasa: Smok
Aura: Witaj w zakazanym królestwie - głęboko zmatowiałej krainie, której siła, mimo wyrazistości, nie przystaje do pozbawionych blasku przestrzeni kształtowanych przez wieki. Znajdziesz tu dzikie jaskinie i wielkie, luksusowe komnaty, a oprowadzać Cię będzie bursztynowa mgiełka przechodząca w topazowe smugi. Podążaj za nimi, korytarzami wyłożonymi zniewalająco gładkim suknem. Aksamitnym, pociągającym i niezwykle kosztownym. A jednak chodzisz po nim. Dotykasz. Brudzisz. Tylko jak tu nie dotknąć? Jak ominąć, kiedy jest wszędzie i kusi miękkością najlepszej jakości puchu? Teraz już wiesz, że lekko ugina się pod naciskiem. A gdyby być bardziej nachalnym i spróbować mocniej? Nie radzę. Pod zasłoną niewinnej słabości czają się kły i pazury ostre jak brzytwy, a gotowe rozerwać na kawałki każdego intruza. Wycofaj się i idź grzecznie dalej, podziwiając w duchu niezwykłe zjawiska. Iskry unoszące się nad miedzianymi strugami spływającymi po pozłacanych powierzchniach czy szmer wody spleciony z trzaskiem płomieni. Nie zatrzymuj się nawet gdy posłyszysz tuż za sobą zmysłowy szept. Nie daj się zwieść i nie oglądaj się, kiedy Twoje ciało wypełni podniecenie. Dźwięk ów niedługo stanie się tylko echem, a jego wspomnienie zagłuszy płynąca z daleka melodia. Teraz wejdź do sali pełnej klejnotów i kosztowności. Trudno wytrzymać przez ciężki, męczący zmysły zapach, ale nie zniechęcaj się. Podejdź bliżej do podtrzymującego powałę drzewa kobaltowego i skosztuj jednego z lekko cynowych owoców. Zerwij i wgryź się w niego jakby był Twoją własnością. Trochę się lepi, a usta wypełnia niebezpieczną pikanterią i dojrzałą goryczą oraz wyraźnym smakiem soli. Nie zdążysz się jednak rozsmakować, gdyż silne uderzenie w plecy gniewnie wypchnie Cię z emanacji, a szczęk metalu uprzedzi, byś nie wracał tu więcej. Audiencja dobiegła końca.
Wygląd: Jednym z często dręczących smoczycę problemów jest wizualny wiek damskiego ciała, które stało się nijako jej więzieniem za smoczą chciwość. Owej cielesnej opoce nie ma szans dać więcej niż 16-18 wiosen. W odczuciu niektórych istot, zwłaszcza humanoidalnych, bardziej przypomina wyrośniętą dziewuchę z jeszcze mniejszą ilością lat. Wygląda bardzo młodo do tego stopnia, że ... (Więcej)
Uwagi: Słabo znosi ciepłe temperatury.
ZAWSZE towarzyszy jej diadem na głowie, a jak nie, to jest w najbliższym otoczeniu.

Postprzez Kito » Pt lip 20, 2018 5:40 pm

        - Gaduję ponoć trochę osobliwie, ale wypatrzysz ty, ja nie umiejam inaczej. - Uśmiechnął się lekko i uniósł ramiona w geście bezradności. - Mam jednakowoż pragnienia, że mimo takich nieułatwień jestem dla paniejskiego umyślunku zrozumiały jak taki przeręblak. - Wyszczerzył się mocniej i zadowolony otrzymanymi odpowiedziami zabrał się za jedzenie tak jak smoczyca raczyła ustalić - w pierwszej kolejności. Podobało mu się, że nie gardziła jego szarańczowym pomysłem. Lubił, kiedy kobitki (i nie kobitki) jadły jak leci wszystko, co było jadalne. Dzięki temu mogły rosnąć zdrowe i dorodne, a i niewiele się marnowało, choć w sumie i ‘marnowanie się’ było dla centaura pojęciem raczej względnym.
- Tortowe powiadasz? Chyba zaczynam rozumiejać ja twoje podchody - skomentował poważnie, kiwając głową, a mając na myśli tyle, że zaczyna pojmować jej podejście do życia, przynajmniej w kontekście tego, co zdążyła mu powiedzieć i tego, co on sam dał radę zaobserwować oraz wywnioskować na tej podstawie.
Po tych słowach jadł już w skupieniu i ciszy, od czasu do czasu tylko zerkając z ukosa na swą przecudną towarzyszkę. Ale mu się trafiło!
,,O Matko Natury, wynagradzasz mnie obecnością niebłachej istoty, którą żeś spłodziła przed latami, ale jako twoje źrebię wyczuwam ja ci w tym jakąś machlojkę. Co mnie w następnych chwilach napotka? Czego też pragnąć może ode mnie stworzenie o sile aurowej godnej zamku z basztami sztrzelującymi ku niebnej powłoce i faceckich rycerzów w zbrojach z kopalnianego bursztynu?”
Tak, centaur wiedział, że skoro na jego drodze staje ktoś, to ten ktoś przyniesie ze sobą coś - jakieś zdarzenie, mniej lub bardziej spodziewane, ale zawsze zaskakujące. Nie wiedział, czy właśnie tego pragnie, ale cóż innego mógł uczynić jak czekać tu razem z damą? Co prawda skoro smoczyca zdrowie miała niezłomne i prężyła się jak wyrosła modliszka, można było nakarmić ją (niekoniecznie sobą), przyodziać jeszcze jednym pożegnalnym spojrzeniem i odejść, by dostarczyć proszone wiadomości.
Ale czy tak się godziło? Musiał nad tym pomyśleć.
Najpierw jednak szarańczowe podskakajki!
Zjadłszy swą porcję centaur tak jak obiecał, zajął się zbieraniem jadalnego robactwa. Szło mu sprawnie, bo i przyszłe chrupki były jeszcze zaspane, ale i wprawę miał kucyk w rękach i kopytach. Dzięki niewielkim rozmiarom miał blisko do ziemi, więc sprawnie pochylał się lub przyklękał, a czego nie udało mu się pochwycić w ciemne dłonie, to zagarniał wiatrem, w delikatny, wrodzony wręcz sposób.
Tak jak obiecał, przypalił szarańczę nad ogniem, ale zadbał o to, by nie oczerniły się i pozostały jadalne dla miłej pani. Rozłożył je przed nią na jeszcze jednej chustce i sam zaczął chrupać radośnie. W sumie dawno nie dostarczał sobie takich składników żywieniowych, jakie zapewniały pstrykające w polu bezszkielety wielonogie.
W przerwach między analizą smaku, sposobności i snuciem planów na dni przyszłe, przetrawiał w myślach słowa mlecznowłosej. Wolna, silna, niezależna kobieta. Nie należąca do nikogo, lubiejąca brać z życia garstowicami. Ceniąca siebie. Niebezpieczna facetka.
- Pani już wiem, że jest wielką gadowitością, a ty masz widomość mojego łononaturalnego pochodzenia dzikostepowego - zaczął po dłuższej przerwie. - Jestem ci ja szamanem i niestrudzonym wędrownikiem, ale chociaż utrzymuję przyjaźń z energiczną stroną świata to nie param się wojowaniem. - W jego oku na chwilę zagościła powaga. - Bytuję tu ja i bytujesz w owym miejsowiu ty. Nie mam wobec wolnej panienki zamiarów żadnych, a już nade wszystko niegodnych i jak sądzę, pani również nie odczuwa potrzeby uczynienia mi nieprzyjemności. Ładniej rzecz pakując, zastanawia mnie, czy cosik nas może połączyć i czy ów cosik będzie dla mojej żywotności wrogiem - dodał, ujawniając, że jest tchórzem i będzie się do tego przyznawał. - Zastałem cię o pani w niechlubnym stanie i oczywiście nie posiadam plotek na temat tego przyczyny. Wiem, że jesteś silnym stworzyskiem, które mogłoby zgnieść mnie w paluszkach jak legendarna Jagna potraktować zdolna była orzech, chociaż z użyciem innej części anatomowej. - Spojrzał na smoczycę figlarnie, ale nadal mówił całkiem, a całkiem na serio. - Pani może mieć jakie trudności, a ja jako odpowiedliwy szaman i przedstawiciel płci dyndającej gotów jestem pani bezinteresownie udzielić pomocy. Chociaż możliwość zaszła, że przerysowuję. Sama pani obecność na widoku sprawia, że chce się pozostać. - Już nawet nie ukrywał wesołości. - Ale skoro jest pani zimnopłynnym kreaturem, a spoczywała pani powalona w objęciach mokrej glebicy to daje mi do pomyślunku. Czy ściga panią co bardzo niedobrego, z czym ani twa siła, ani moja szamanistość nie mają mikrych nawet szans zwyciężyć? Czy może jest coś, w czym byłbym ci może pomocą? - zapytał przyjaźnie, ale dość ostrożnie. Cenił swoje życie, a coś, co powaliło smoka, na pewno nie było byle błahostką. Z drugiej strony na miejscu nie widział nic podejrzanego, a i do tej pory sprzyjało im raczej szczęście. Tylko na jak długo?
Avatar użytkownika
Kito
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Nutria, Kuna,
Rasa: Centaur
Aura: Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!
Wygląd: A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej ...
(Więcej)

Postprzez Celine » Pt wrz 07, 2018 3:26 pm

Smoczyca dosyć ze spokojem obserwowała otoczenie, jak i jedzącego swą porcję centaura. Rozgadane z tego osobnika było stworzenie, ale mieściło się to w ramach jej tolerancji. Wolała, chyba aby dużo mówił, niż się obawiał, a przez to siedział cicho. Zwłaszcza że tu i tam usłyszała w wypowiedziach słowa związane z gadami, mając przez to pewnie na myśli smoki.
W gruncie rzeczy zewnętrznymi cudami mogła tylko okłamać słabe i naiwne istoty. Koniowaty nie należał do tej grupy, mimo że z początku wydawał się niezbyt inteligentny. Z krótkim czasie jednak wzniosła go nieco wyżej w hierarchii, a na pewno wyżej niż insekty. Na poziomie ostatnich znajdowali się również ludzie, a nawet nieco niżej. O ile osobliwy akt mowy trzeba było rozszyfrowywać, nie było to niewykonania. Po prostu potrzebowała więcej czasu, aby sklecić sensowną odpowiedź.

Obserwując, jak jej dobroczyńca prawie w podskokach ruszył na wielkie łowy szarańczy, zdecydowała się na zmianę miejsca, siadając bliżej rozgrzanego kociołka. Powierzchownie prosta akcja dla smoczycy była nie lada wyczynem, bo wszystko, co przekraczało pewne temperatury, widziała jako zagrożenie. Gdy w końcu zajęła ostrożnie miejsce, palcem wskazującym wskazała kociołek. Z czubka palca wystrzeliła strużka magii o głębokim, niebieskim kolorze. Gdy tylko zetknęła się ona z powierzchnią kociołka, stopniowo zaczął się pokrywać warstwą grubego szronu. Sama strawa zaczęła tracić gwałtownie temperaturę i gęstnieć.
Przerwała magię, dopiero gdy zawartość była na skraju zamrożenia. Dla praktyczności łatwiej było spożyć coś, co jeszcze było płynne. Nie bacząc specjalnie na jakieś maniery, łapczywie zjadła pozostawioną jej porcję. Umiejętności kulinarne centaura nie należały może do mistrzowskich, ale się najadła. Wymaganie więcej w takiej sytuacji byłoby zwykłą głupotą, ale gdyby podał to w jej normalniejszych warunkach, nie miałaby litości w krytyce. Strawa była mdła i przegotowana, przez chwilę się nawet zastanawiała, czy kubki smakowe towarzysza nie przeszły masowego mordu i nic z nich nie pozostało.


Po przygotowaniu szarańczy szaman wydawał się wpaść w długi monolog, który mógł się zamknąć w krótkiej wypowiedzi.
— Jestem zwykłym dyndającym tchórzem, jak poluje na ciebie coś strasznego, racz mnie pani poinformować, bo nikt za mnie dyla nie da — skwitowała krótko sedno sprawy, mrużąc przy tym oczy, jak i nie spuszczając wzroku z centaura. Machała przy tym w dłoni jedną z przygotowanych szarańczy, która na koniec wylądowała w buźce ludzkiej postaci z wyraźnym chrupnięciem. Nie starała się też ukrywać irytacji związanej z ciągłymi nawiązaniami do jej pochodzenia.
— Po pierwsze, czterokopytny mój ty faceciku. Damę wypadałoby zapytać o imię, bo takowe posiadam wbrew pozorom. Mów do mnie Celine. Po drugie jeszcze raz użyj czegokolwiek z gadami w wypowiedzi, a będę twoim pomostem do stania się osobnikiem rasy niedyndającej, nawet jakbym miała to odgryźć.
Celine była wyraźnie zła, że ciągle podkreślał to w wypowiedziach, a był to też temat kruchej natury i niebezpieczny. Nie tyle ile smutny, co po prostu drażniący. Przypominało to jej ciągle o tym, że była uwięziona w tym ciele i całkowicie bezbronna, a przynajmniej w porównaniu do prawdziwego smoka.
— Raz znalazł się odważny, już kobitek nie ma czym zadowalać.
Przez krótką chwilę uśmiechnęła się niebezpiecznie, może nawet trochę sadystycznie. W pamięci przez chwilę odgrywały się jej wydarzenia z tamtej nocy. Tarzający się na ziemi i płaczący jak dziecko facet, zakrywający dłońmi uszkodzonego małego facecika. Scena godna insekta, którym był. Co prawda nie wykrwawił się na śmierć, bo zamroziła ranę, ale wątpiła co do dalszej użyteczności owego narządu.
— Nic mnie nie ściąga, wracając do tematu. Przez pośpiech nakazałam podróż przez ruiny miasta. Z dziesiątek podróżujących ze mną, przeżyłam tylko ja. Nic wielkiego, opowieści jakich wiele w tej krainie.
Mówiła o tym, jak o czymś błahym i mało ważnym, bo cała zgraja tych śmierdziuchów powinna się cieszyć, że dzięki ich poświeceniu ta Królowa mogła przeżyć. W ramach wdzięczności zapamięta ich na parę dni, powspomina i takie tam. Nie wiedziała jak się modlić, czy też opłakiwać zmarłych. Zdarzyło się jej co prawda, ale to były chwile słabości, które zamknęła głęboko w gadzim sercu.
— Och… wiesz, jestem tak silna, jak mnie widzisz. Nie jestem taka groźna, jak sobie wyobrażasz, jedynie w pierzynach potrafię być… niebezpieczna — dodała melodyjnym dla uszu głosem.
Znając nijako słabość centaura, nie mogła się oprzeć, aby trochę go pozaczepiać. Takie spojrzenie, jakim na nią rzucał, nie mogły kłamać odnośnie do tego, co działo się w jego głowie. Na nieszczęście centaura, lubiła uwodzić dla zabawy i rozrywki. On zaś wydawał się idealnie do tego.
— Wracając do bardziej przyziemnych spraw. Jaki jest cel twojej wędrówki? W gruncie rzeczy wolałbym nie pozostawać sama. To kruche ciało nie nadaje się do samotnej podróży, chyba że chcesz mieć na sumienie moją duszę, jak mnie zgwałcą i gdzieś porzucą, abym umarła z rozpaczy i wycieńczenia.
Podkreśliła ową wypowiedzią, że jest na nią po prostu skazany.
Avatar użytkownika
Celine
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Erremir, Sherreri, Thilivern,
Rasa: Smok
Aura: Witaj w zakazanym królestwie - głęboko zmatowiałej krainie, której siła, mimo wyrazistości, nie przystaje do pozbawionych blasku przestrzeni kształtowanych przez wieki. Znajdziesz tu dzikie jaskinie i wielkie, luksusowe komnaty, a oprowadzać Cię będzie bursztynowa mgiełka przechodząca w topazowe smugi. Podążaj za nimi, korytarzami wyłożonymi zniewalająco gładkim suknem. Aksamitnym, pociągającym i niezwykle kosztownym. A jednak chodzisz po nim. Dotykasz. Brudzisz. Tylko jak tu nie dotknąć? Jak ominąć, kiedy jest wszędzie i kusi miękkością najlepszej jakości puchu? Teraz już wiesz, że lekko ugina się pod naciskiem. A gdyby być bardziej nachalnym i spróbować mocniej? Nie radzę. Pod zasłoną niewinnej słabości czają się kły i pazury ostre jak brzytwy, a gotowe rozerwać na kawałki każdego intruza. Wycofaj się i idź grzecznie dalej, podziwiając w duchu niezwykłe zjawiska. Iskry unoszące się nad miedzianymi strugami spływającymi po pozłacanych powierzchniach czy szmer wody spleciony z trzaskiem płomieni. Nie zatrzymuj się nawet gdy posłyszysz tuż za sobą zmysłowy szept. Nie daj się zwieść i nie oglądaj się, kiedy Twoje ciało wypełni podniecenie. Dźwięk ów niedługo stanie się tylko echem, a jego wspomnienie zagłuszy płynąca z daleka melodia. Teraz wejdź do sali pełnej klejnotów i kosztowności. Trudno wytrzymać przez ciężki, męczący zmysły zapach, ale nie zniechęcaj się. Podejdź bliżej do podtrzymującego powałę drzewa kobaltowego i skosztuj jednego z lekko cynowych owoców. Zerwij i wgryź się w niego jakby był Twoją własnością. Trochę się lepi, a usta wypełnia niebezpieczną pikanterią i dojrzałą goryczą oraz wyraźnym smakiem soli. Nie zdążysz się jednak rozsmakować, gdyż silne uderzenie w plecy gniewnie wypchnie Cię z emanacji, a szczęk metalu uprzedzi, byś nie wracał tu więcej. Audiencja dobiegła końca.
Wygląd: Jednym z często dręczących smoczycę problemów jest wizualny wiek damskiego ciała, które stało się nijako jej więzieniem za smoczą chciwość. Owej cielesnej opoce nie ma szans dać więcej niż 16-18 wiosen. W odczuciu niektórych istot, zwłaszcza humanoidalnych, bardziej przypomina wyrośniętą dziewuchę z jeszcze mniejszą ilością lat. Wygląda bardzo młodo do tego stopnia, że ... (Więcej)
Uwagi: Słabo znosi ciepłe temperatury.
ZAWSZE towarzyszy jej diadem na głowie, a jak nie, to jest w najbliższym otoczeniu.

Postprzez Kito » Śr wrz 19, 2018 9:26 am

        Pani gadzica skwitowała jego wypowiedź dosyć brutalnie.
       - Takowo, zgadzało by się. - Uśmiechnął się w odpowiedzi i pokiwał głową bez cienia choćby zażenowania. Może przy innej kobitce wahałby się z przyznawaniem do takich akurat cech, ale raczej z powodu jej ewentualnego strachu przed zagrożeniem i potrzebie posiadania u swego boku silnego wybawiciela. A ona? Nie nabrałby jej to po pierwsze, po drugie przepaść w sile między nimi była zbyt duża, by sens miało narażanie się. Nie żeby jej los był mu obojętny - a skąd! O ile jednak łatwiej jest komuś takiemu jak kucyk przylgnąć do wiejskiej dzieweczki lub młodej elficy szukającej w polu kwiatków na wianek niż do… smoczycy. Nie aby miał cokolwiek do gadów, wszak oni także pochodzili z tej samej ziemi, ale przeważnie nie miał im nic do zaoferowania oni zaś nie zawracali sobie nim głowy. Obecna sytuacja była nieco wyjątkowa pod tym względem, ale nie zmieniało to nastawienia konika. Ostatecznie o mlecznowłosej wiedział niewiele, o sobie zaś dużo, na tym więc bazował. Nie jest szalonym! Nie do końca przynajmniej. Huhuhu.
       - Prawdziwe i słuszne jest twe rozumienie. - Pochwalił, sam chrupiąc z przyjemnością Locusta migratoria. - To całościowo niemalże ja.
       W końcu przymknął się na momencik i słuchał z uwagą, choć raczej nie pokorą. Spokojnie patrzył na swoją towarzyszkę i kiwał głową od czasu do czasu, lub kręcił, a niekiedy i ręką zamachał. No i niedługo milczał:
       - Nie mogę potwierdzić wersji o imieniu panienko Celine. W mnogich kręgach za niepokojące raczy uchodzić zapytywanie obcego kawalera damę o miano. Tak robieją zboczeńcy i nikczemnicy. - Uśmiechnął się. - A ja jakem porządny (nie mylić z pożądliwy) dyndalec nie darowałbym sobie takowego gestu! I nie śmiem już nawet wspominać o żadnych łuskowcach, bo widzisz biorę twą zmrożującą krew w organach groźbę na poważnie. - Nie kłamał raczej, bo jakby kropelki zimnego potu wstąpiły mu na czoło, a usta drżały nerwowo, chociaż delikatnie. Nie tracił jednakże humoru.
       Do czasu.
       Może dla Celine śmierć tylu stworzeń nie była niczym szczególnym, ale duszę Kito przez samo słuchanie o tym wypełniała niedająca się stłumić siła wewnętrzna, niepohamowanie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, które należało odwrócić. Choć nie do końca się dało.         To była drobna zmiana, ale wyczuwalna. Frywolny wiaterek ucichł i wielkie połacie traw zamilkły w oczekiwaniu.
       Kito nadal uśmiechał się lekko, lecz już inaczej. Był to uśmiech wpisany w twarz, nie taki oznaczający wesołość. Jego oczy zciemniały i zamyśliły się, a sam ogier choć jeszcze niedawno kulił się pod groźbami Celine teraz rozluźnił się i minimalnie, jakby w geście buntu wysunął ku niej kopytka.
       - Niezaprzeczalnie możesz być niebezpieczna, o gadzia pani. - Rzekł smutno, łamiąc swoje oświadczenie, że o łuskowcach już przy niej nie wspomni. - Nie wiem ci ja dlaczego. Obca mi jesteś ty i twoje powody i marzenia twoje i obawy. Nie pojmę w mgnieniu więc czemu mam nie pleść o skrzydlatych krokodylach lub czemu posiadając we władaniu magiów aż pięć mianujesz się niemocną, choć ja sam raduję się trzyma aż nadto. - Rozłożył lekko ręce, po czym oparł je na końskiej wersji nadgarstków w swych przednich nogach i kontynuował w podobnym tonie.
       - Chociaż jesteś istotą z miar wszelkich z zewnętrza krasną, w środku nie podobasz mnie się. Nie ty jako ty, bo w przyrodzone diabły charakterystyki umysłu na naszej ziemi nie wierzę [tzn. nie wierzę, że stworzenia Alaranii rodzą się ze złym charakterem], ale twa postawa. Żadnymi czasy nie odmawiałm wsparcia facetkom w potrzebunku, lecz ty poza istnieniem jako rajska przecudność jawisz się także jako siłowy mag o nieoswojonym temperamencie, co pozwala ginąć innym. Nie przeczę - możliwie nie miałaś wyborów. Ale czy żal ci? - Spojrzał na nią uważnie i po chwili dodał:
       - Nie zeźlij się jak ogłoszę, że stracham się takich jak ty. Wiecznie mi kłopotali… Nie wiem też gdzie wypatrujesz problem, bo już szkoda mnie tego, kto podniesie na cię łapę. Ale nie zostawię twej osoby jeśli nie pragniesz. - Ostatnie słowa były już cieplejsze i nie tak formalne, a następne szarańcze zaczęły wędrować do konikowych ust. Kito uspokajał się i począł główkować nad tym co zrobić może z tragediami rozgrywającymi się dookoła niego. A że jakieś pomysły nawet tam miał to niechciane emocje udało mu się od siebie odpędzić. W końcu był szamanem!
       - Wędruję ja z przekazami od jednych do drugich, a moim celem obecnie jest wioska jedna i miasteczko nieopodalsze. - Odparł grzecznie, bo wcale nie było jego zamiarem ignorowanie Celine i jej pytań. - Zastanawia mnie jednakowoż intensywniej co pani Celine będzie dalej robiła. - Po tych słowach chrupnął ostatnią szarańczą i mądrze (tak dla odmiany) popatrzył w jej błyszczące ślepia.
Avatar użytkownika
Kito
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Nutria, Kuna,
Rasa: Centaur
Aura: Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!
Wygląd: A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej ...
(Więcej)

Postprzez Celine » Pn paź 01, 2018 2:52 pm

        Białowłosa trochę wiedzy o mowie ciała posiadała, stąd nie umknęła jej zmiany w otoczce persony centaura. W gruncie rzeczy filozofia smoków nie należała do najlepiej odbieranych przez inne rasy. Nie zamierzała piętnować tudzież wypowiedzi centaura, bo miał sporo racji, jak i rozsądku. Tylko głupiec zignorowałby wcześniejszą wypowiedź smoczycy oraz brak jakiegokolwiek przejęcia się treścią z jej strony. Nie pierwszy i nie ostatni raz widziała fałszywy, wymuszony uśmiech.
        Przeciwnie do centaura smoczyca uśmiechała się bardzo wesoło, zapatrzona jak niewinne dziewczę w wypełnioną ukrytymi emocjami twarz centaura. Strach, smutek, oburzenie, a nawet nieco gniewu. Zawsze się fascynowała w jakim celu słabsze rasy niż smokowate, przejmują się tak bardzo wizerunkiem, kryjąc swoje wewnętrzne demony.
Smoczyca w końcu nie wytrzymała, trzymając się za boki ze śmiechu. Nie zajęło to długo, aby przewrócił się w trawę, utrzymując chichot i szczery śmiech. Dawno nie usłyszała nic bardziej zabawnego, nawet nie spodziewałaby się, że ktoś będzie zadawał jej takie pytania.
        Delikatna wilgoć wynikająca z porannej rosy przypominała, że to nie sen. Tajemniczy uśmiech nie poprzestawał gościć na ślicznej buźce, kiedy wpatrywała się w nieboskłon. Leżąca tak w trawie sprawiała wrażenie, jak wyjętej z obrazka, ale centaur miał rację. Wnętrze wypełniała gadzina, niewiele mająca wspólnego z tym ciałem przypominającym porcelanową lalkę. Tylko czy na pewno wciąż mogła nazywać się smokiem? Czy może po prostu chciała uparcie w to wierzyć? Albo po prostu bała się zmian? Wbrew pozorom smoczyca miała więcej słabości i wewnętrznych rozterek niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Wieki spędzone w tym ciele powoli, ale nieuruchomienie zmieniały jej mentalność.
        — Nie obce mi uczucie żalu, ale istoty pokroju tych inse… — Ścisnęła usta razem mocniej, przerywając gwałtownie wypowiedź. Cokolwiek o niej myślał czworonożny, nie było ważne, ale podróżowanie samej było czystą głupotą. Potężna aura smoka nie miała odwzorowania w tym kruchym i podatnym na uszkodzenia ciele. — Nie miałam czasu, aby czuć żal i martwić się innymi. Dostali tyle, ile żądali. Ryzyko było wpisane w kontrakt, niefortunny zbieg okoliczności. Mój żal i smutek są zarezerwowane dla wyższych celów.
        Na twarz Królowej na drobną chwilę wkradł się żal, bo spochmurniała i przegryzła wargę. Dobra pamięć nie zawsze szła w parze z zaletami, zwłaszcza jak się żyło przez tyle wieków. Otrząsnęła się z owego stanu w miarę szybko, powracając do wesołości i uśmieszku.

        Powróciła do pozycji stojącej, otrzepując skromne odzienie, po czym nieśpiesznym krokiem zmniejszyła dystans dzielący ją od towarzysza rozmowy. W normalnej sytuacji musiałaby zadzierać głowę do góry, aby móc rozmawiać z mężczyzną na równi. Teraz nijako siedział, przynajmniej tak normalnie, jak centaury są w stanie. Wyrwała mu tłusty kawałek szarańczy spomiędzy palców i wrzuciła do ust.
        Obserwowała reakcja konika z figlarnym uśmiechem, kładąc dłonie po obu bokach jego torsu. Wyrzeźbiony to on nie był, ale przesuwając dłońmi po odkrytej skórze, czuła pod nią mięśnie. Oparła cały ciężar swojego ciała o ludzką część centaura. Temperatura ciała smoczycy była odczuwalnie niższa, zwłaszcza w tak bliskim kontakcie. Każdy dotyk z jej strony był wyraźnie zarysowany z tego powodu. Mimo wszystkich wydarzeń do tej pory pozostawał na niej również nikły, ale przyjemny dla zmysłu węchu zapach mieszanki kwiatów.
        Większość gburowatych arystokratów już miałaby owiniętych wokół palca, mężczyźni nie należeli do skomplikowanych istot. Wystarczyło tylko trochę sugestii, aby przestali myśleć z rozsądkiem i oddali władzę ciału. Do której grupy mógł należeć młody ogier? Miała kaprys to sprawdzić, więc obrała najprostszą i najskuteczniejszą drogę działania.
        — Huh, co będę robiła dalej? Głuptas, zdajesz takie pytania bezbronnej, pięknej kobiecie?
Dosyć słodko się naburmuszyła, nadymając policzki jak małe dziecko. Wydawało się jej oczywiste, że zabiera się z nim! Nie wyobrażała sobie podróży gdziekolwiek samej. Co prawda centaur do najsilniejszych nie należał, ale to wciąż był mężczyzna. Gdyby ktoś miał na nią napaść, nawet takie skromne towarzystwo mogło jej pomóc. Nie oczekiwała od niego zbyt wiele, ale postanowiła to, jak tylko się przebudziła.
        — Tymczasowo będę podróżowała z tobą, rzecz jasna. — stwierdziła bardzo poważnie. — Chyba nie zamierzasz damy w tarapatach pozostawić samej sobie? — Zadarła głowę do góry, posyłając szamanowi spojrzenie, jakby miała zaraz się rozpłakać.
        W całym tym akcie powstrzymywała się od ataku śmiechu. Postanowiła dołożyć do całości ostatnie pchnięcie. Wspięła się na palce i ucałowała milczącego czworonożnego w policzek.
        — To jak? — zapytała z szerokim uśmieszkiem, mrużąc przy tym oczy.
Dawała wrażenie niepozornej, ale jej spojrzenie było jak te należące do drapieżnika, lustrującego uważnie każdy ruch swojej ofiary. Wystarczył jeden nieuważny ruch, aby go schrupała w całości.
Avatar użytkownika
Celine
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Erremir, Sherreri, Thilivern,
Rasa: Smok
Aura: Witaj w zakazanym królestwie - głęboko zmatowiałej krainie, której siła, mimo wyrazistości, nie przystaje do pozbawionych blasku przestrzeni kształtowanych przez wieki. Znajdziesz tu dzikie jaskinie i wielkie, luksusowe komnaty, a oprowadzać Cię będzie bursztynowa mgiełka przechodząca w topazowe smugi. Podążaj za nimi, korytarzami wyłożonymi zniewalająco gładkim suknem. Aksamitnym, pociągającym i niezwykle kosztownym. A jednak chodzisz po nim. Dotykasz. Brudzisz. Tylko jak tu nie dotknąć? Jak ominąć, kiedy jest wszędzie i kusi miękkością najlepszej jakości puchu? Teraz już wiesz, że lekko ugina się pod naciskiem. A gdyby być bardziej nachalnym i spróbować mocniej? Nie radzę. Pod zasłoną niewinnej słabości czają się kły i pazury ostre jak brzytwy, a gotowe rozerwać na kawałki każdego intruza. Wycofaj się i idź grzecznie dalej, podziwiając w duchu niezwykłe zjawiska. Iskry unoszące się nad miedzianymi strugami spływającymi po pozłacanych powierzchniach czy szmer wody spleciony z trzaskiem płomieni. Nie zatrzymuj się nawet gdy posłyszysz tuż za sobą zmysłowy szept. Nie daj się zwieść i nie oglądaj się, kiedy Twoje ciało wypełni podniecenie. Dźwięk ów niedługo stanie się tylko echem, a jego wspomnienie zagłuszy płynąca z daleka melodia. Teraz wejdź do sali pełnej klejnotów i kosztowności. Trudno wytrzymać przez ciężki, męczący zmysły zapach, ale nie zniechęcaj się. Podejdź bliżej do podtrzymującego powałę drzewa kobaltowego i skosztuj jednego z lekko cynowych owoców. Zerwij i wgryź się w niego jakby był Twoją własnością. Trochę się lepi, a usta wypełnia niebezpieczną pikanterią i dojrzałą goryczą oraz wyraźnym smakiem soli. Nie zdążysz się jednak rozsmakować, gdyż silne uderzenie w plecy gniewnie wypchnie Cię z emanacji, a szczęk metalu uprzedzi, byś nie wracał tu więcej. Audiencja dobiegła końca.
Wygląd: Jednym z często dręczących smoczycę problemów jest wizualny wiek damskiego ciała, które stało się nijako jej więzieniem za smoczą chciwość. Owej cielesnej opoce nie ma szans dać więcej niż 16-18 wiosen. W odczuciu niektórych istot, zwłaszcza humanoidalnych, bardziej przypomina wyrośniętą dziewuchę z jeszcze mniejszą ilością lat. Wygląda bardzo młodo do tego stopnia, że ... (Więcej)
Uwagi: Słabo znosi ciepłe temperatury.
ZAWSZE towarzyszy jej diadem na głowie, a jak nie, to jest w najbliższym otoczeniu.

Postprzez Kito » Pn paź 01, 2018 6:48 pm

        Wielce dziwacznym były humorki gadziej śmieszki. Wszystkie jej reakcje, słowa, napady wesołości - to właśnie najbardziej odróżniało ją nie tylko od podlotków, ale i od większości kobiet innych ras. Dla kucyka coraz wyraźniejsza była granica także między nim samym, a panią Celineczką. To jak myślał on tak skrajnie różniło się od toku jej rozumowania! I nie chodziło tu tylko o dwa zupełnie różne światy warunkowane przez płeć, spadek rodzinny czy wychowanie. Lata. To o nie mogło rozchodzić się najbardziej. Ale w świecie, gdzie wahania przeciętnej długości życia różnych rozumnych istot były nie tylko dekadami, ale i całymi wiekami nie powinno to dziwić.
       A jednak było fascynujące.
       Ile mantalnie miała jego heroina? Licząc po smoczemu, przekladając na ludzki, dopasowując do centaurzego? A ile miał on?
       Jeżeli chodzi o życiową długość był przy niej ledwie źrebięciem, to była prawda. Choć jego ciało było dojrzalsze niż jej. Umysł zaś… pomijając specyficzny konikowy charakter był w pełni dorosłym ogierkiem. Właściwie to zbliżać się mógł poniekąd do kryzysu średniego wieku - dla innych kopytnych podchodził pod tę możliwość!
       Kto więc z nich był tutaj naprawdę młodszy? I w jakim sensie? Wszystko zdawało się na pierwszy rzut oka zbyt skomplikowane, by prosty umysł zdołał to szybko pojąć, ale Kito jakoś dał radę - w swych przekonaniach starszym ogłosił siebie.
       Nie odmawiał przy tym absolutnie gadziej pani ani doświadczenia, ani mądrości czy siły. Wrodzonej bystrości, uroku… no, miała wiele zalet. Mnogość chlubnych cech otaczała ją niczym druga aura, ta dla odmiany błyszcząca i figlarna. I niebezpieczna podobnie jak ta magiczna.
       Kito dla każdej istoty emenacje czytającej był przy Celine pyłkiem, ale nie odczuwało się tego jeżeli o osobowość i reakcje chodziło.
       Dobrze, lubił kobietki. Bardzo lubił. Wyczuła jego słabość w trymiga.
       Ale jeżeli sądziła, że jest napalonym młodzikiem z mózgiem wyżartym przez hormony to tyciek go nie doceniła.  
       To już nie te lata.
       Nie ten typ osoby.

       Podchodził do niej z delikatną rezerwą, choć i uprzejmością. Patrzał ciekawsko na jej ruchy i gesty, analizował słowa (nie żeby było to widać po jego przytępej twarzy). Zaczynał oswajać się z różnicą w ich podejściu do życiowych spraw, choć jego opinii odnośnie moralności czynów samej Celine to nie zmieniało. Co prawda z tego co zrozumiał ci, którzy zginęli świadomi byli ryzyka, a ku końcowi popchnęła ich chciwość, ale smoczyca jako mądra z natury istotka gdyby tylko chciała mogłaby tych głupców zatrzymać.
       Po prostu jej nie zależało.
       Może w jej świecie była najważniejszą jednostką? Może jej wygodę i cele stawiała ponad innych? A swój cenny żal i łzy ceniła bardziej od życia dziesiątek osób, z którymi zawarła pakt.
       Paskudne.

       Niewiele też sobie robiła z jego szczerych wypowiedzi. Wprost w końcu oznajmił jej, że obawia się takich jak ona i że z charakteru absolutnie mu się nie podoba. Wiekowa smoczyca oto co to znaczyło! Czemu słowa jakiegoś połowicznego sierściucha, przypadkowego samca (i to w dodatku młodego liczbami!) miałyby zepsuć jej humor.
       Ale cenił w niej to. Podobało mu się, że wberw wszystkiemu łatwo się z nią wymienia zdania i opinie. Trochę przy tym figlowała i próbowała różnych kobiecych trików, ale ostatecznie brakło między nimi gęstej atmosfery kłamstw i nieznośnej duchoty niepokoju. Mogli co prawda manipulować z lekka słowami, w imię kultury, przyzwyczajeń czy chęci, ale ostatecznie na języki ich dostawały się szczere myśli, a nie obłudy lub konwenanse. Możliwe, że tych ostatnich nawet nie znali zbyt dobrze.
       Mogła widzieć na jego obliczu kiedy się z nią nie zgadza (praktycznie zawsze wtedy, gdy nie doceniała wartości życia innych), ale nie dyskutował już z nią chwilowo. Wolał posłuchać.
       Nie bronił się też przed jej dotykiem.
       Tanie (choć dopracowane) to były zagrywki - sztuczki, którymi obraziłaby wręcz jego inteligencję… gdyby mu się nie podobały. Toż to rozkoszne patrzeć jak robi te słodkie oczy, jak udaje niewinną panienkę! Och, umiała grać. Aż wyrwało mu się lekkie westchnienie. Gdy była blisko przestawał się chmurzyć i jakby się jej poddawał. Niech go dotyka, niech nie przestaje! Mało kto lepił się do niego tak od razu… w sumie aż dziwne.         Przecież był taki milutki, siersiasto-skórny, zwierzęco-ludzki! Potulny i zawadiacki gdy trzeba? Każda znalazłaby w nim coś dla siebie!
       Och, jakże cudownie było być tak doskonałym kucykiem!
       Popatrzył na Celine lekko rozmarzony. Może trochę bardziej. W końcu zatopił się w przyjemnych myślach przez nią i własne fantazje, ale szybko zbystrzał na nowo. Ostatecznie był lichym zwierzątkiem w łapach przepięknej bestii - musiał zachować czujność, tego nakazywał instynkt (drugi, konkurencyjny kazał mu się jej oddać bez grama pamięci co prawda, ale nad obydwoma panował).

       Kusiła go złośnica mała, a najgorsze, że absolutnie wiedziała co robi! Ciekawe jak wielką miała wprawę? Ilu nieszczęsnych młokosów wpakowała w okrutne kłopoty, w sidła romantycznego otępienia? A ile razy sama na siebie sprowadziła nieszczęście? Ktoś tak urodziwy nie mógł mieć w życiu lekko.
       Nie udawał, że daje się jej absolutnie oczarować, bo nie o to chodziło - ukazywał z resztą bez krępacji jak bardzo miłym są mu jej wdzięczne, może wyuzdanie nieco zagrywki. Pragnął czerpać przyjemność z tego spotkania, a co najlepsze nie musiał moralizować pod względem damsko-męskości wielowiekowej smoczycy! Mógł bez wyrzutów sumienia napawać się teatrzykiem i sam stać się szczęśliwym aktorem (byle nie takim, który potem dostaje czymś po nerach), zamiast dbać o przyzwoitość i zdrowe granice. O wolności!

       Uśmiechnął się z lekka, gdy jej usteczka dotknęły ciemnego policzka. Odetchnął zapachem jej ciała i rzucił jej ciepłe spojrzenie. Ale nie głupie. Nie mogła się nie domyślić, że on wie w co zaczęła grać. Ale ile by stracił, gdyby się nie przyłączył!
       Wyglądał jakby miał odpowiedzieć, ale nim słowa wydostały się z pomiędzy wąskich warg te chybko dotknęły motylicznym gestem ust samej Celine. Oko za oko, cmok za cmok. Zaraz z resztą zaczepka została przerwana, a mężczyzna ponownie się odchyliwszy uśmiechnął się przyjacielsko i odparł konsekwentnie:
       - Orzekałem w krótkiej przeszłości gadziej panience, że jej nie osamotnię jeśli sobie tego gorąco nie zażyczy. Nawet jeżeli ściągnie mi to na łepetynę chmury gradowe i wichry niespokojności! - Westchnął wręcz teatralnie, ale wzruszył ramionami. - Ciekawym jaka będzie z nas komanija. - Zagaił. - Ma panienka charakterek, ale ja również. Huhuhu - Zarechotał do siebie. - Jeżeli porządkuje Celineczce moje ukierunkowanie geograficzne to możemy pomykać! Fikuś, Poączek, zejdźcie no mi z tego! - Odpędził swoich małych towarzyszy od koszy, które jeszcze nie puste musiał sobie przełożyć przez grzbiet i tachać dalej. W planie miał jednak pozbycie się ich jak tylko wyje z nich całą organiczną zawartość. Miał nadzieję, że smocza boginka urody i kobiecej chytrości nieco mu w tym dopomoże.
       Kiedy już się ,,przyodział” z pomocą tak gibkiego ciała jak i wiatrowej, nieodzownej mu magii, a dwa lotne zwierzątka rozprostowały skrzydełka i przecinać zaczęły nieboskłon zwrócił się do swojej panieńskiej kompanki:
       - Pragnie Celineczka iść na jej własnych dwojakich nogach, czy możliwie jest w jej preferencji usadzić swoją wdzięczność na moim grzbiecie?
       Wyglądało na to, że cieszył się na zapas.
Avatar użytkownika
Kito
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Nutria, Kuna,
Rasa: Centaur
Aura: Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!
Wygląd: A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej ...
(Więcej)


Powrót do Opuszczone Królestwo

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron