[Górskie zbocza] Przeprawa na południe


Rozciągające się od Równin Andurii aż po Równinę Maurat góry z wierzchołkami pokrytymi wiecznym śniegiem, przeplatane zielonymi dolinami i niebezpiecznymi przełęczami, zamieszkałe przez dzikie zwierzęta i legendarne potwory. Góry otaczają i chronią przed niebezpieczeństwami Szepczący Las, dając mu w ten sposób spokój.

Postprzez Derigentirh » Pn paź 13, 2014 7:57 am

        Dérigéntirh, siedząc wewnątrz sklepu, nasłuchiwał tego, co działo się na zewnątrz. A pocieszająco to to nie brzmiało, tyle musiał nawet on przyznać. Słyszał jakieś krzyki, coś o sztylecie, chyba skierowane do jednego z melmaro. Powtarzające się wrzaski tłumu o wyrywaniu flaków także nie należały do zwiastujących miłe zakończenie. ”Tak to jest, jak się bójkę chce pokonać kolejną bójką. Zamiast przeszkodzić niepotrzebnemu rozlewowi krwi, jeszcze bardziej się go potęguje. Następnym razem trzeba od razu działać, a nie czekać, aż wściekły tłum wypchnie przeciwnika z pomieszczenia, zanim zdoła się go sparaliżować. Mam tylko nadzieje, że za chwilę nie przerodzi się to w dziką rzeźnię.”
        Nagle poczuł znajomą obecność w umyśle. Ucieszyło go to, albowiem mogło to oznaczać, że opuści to miejsce zdecydowanie szybciej. ”<<Weihlonder?”>> Nie musiał czekać zbyt długo na odpowiedź, jego brat był blisko, wyraźnie dało się to wyczuć. Nawet bardzo blisko. ”<<Co się tutaj stało? Co to za dzikie tłumy i dlaczego jeden z tych ludzi walczy z elfem ze sztyletem?>>” Dérigéntirh zawahał się przed odpowiedzią. Jak mógłby krótko i zrozumiale wyjaśnić to Weihlonderowi, tak, aby ten dobrze wszystko zrozumiał? W końcu niezbyt był przyzwyczajony do ludzkich bójek. ”<<Hm, to nieco skomplikowana historia, opowiem ci kiedy indziej.>>” ”<<Jak tam sobie chcesz. Ale ciebie jakoś tu nie widzę, gdzie się podziałeś, na Prasmoka? Przecież czuję, że jesteś pode mną. A wzrok mam przecież dobry.>>” ”<<W zadbanym budynku, zostałem tutaj uwięziony z elfką i sprzedawcą, wściekły tłum tarasuje drogę.”>> ”<<Więc dlaczego się nie zmienisz i nie zabierzesz tych ludzi?”>> ”<<To także skomplikowane. Czy mógłbyś, proszę, nieco przestraszyć ten tłum, abym mógł wyjść z tego budynku?>>” Odczekał chwilę, zanim usłyszał odpowiedź brata. Nie spodobał mu się ton, jakim wyraził się smok. ”<<Z najczystszą przyjemnością.>>”
        Dérigéntirh pokręcił z dezaprobatą głową, zapominając, że nie jest w tym pomieszczeniu sam. Jego niespodziewany gest zwrócił uwagę zarówno elfki, jak i sklepikarza. Spojrzeli na niego pytająco, z lekką obawą, że nie jest zbyt zdrowy psychicznie.
- Mam dobry słów – powiedział wyjaśniająco. – Słyszę dokładnie to, co się dzieje na zewnątrz.
        Sklepikarz skinął na niego ze zrozumieniem i współczuciem, ale elfka ponownie mu się uważnie zaczęła przyglądać. Zaczynał podejrzewać, że zwracają większą uwagę, niż mogłoby się zdawać. ”Będzie trzeba niedługo naprawić tę zbroję Loringa. Nadal będzie zwracać na siebie uwagę, ale przynajmniej będzie lepiej wyglądać.

        Tymczasem na zewnątrz tłum kipiał wściekłością. Zabity mroczny elf co roku był ich reprezentantem na okolicznym turnieju zapaśniczym. Dlatego patrzyli na melmaro, jak na najgorszy pomiot piekielny.
- Samoobrona?! – zawołał ktoś. – To po co było go zaczepiać?!
        Reszta mieszkańców natychmiast pochwyciła okrzyki jednego z nich, ukryty wśród innych ruszyli na melmaro, z chęcią zamordowania ich gołymi rękami. Tym pewnie udałoby się umknąć, zważając zwłaszcza na fakt posiadania przez Loringa swego potężnego miecza, ale na szczęście nie było takiej potrzeby. Wielki, złoty smok nagle pojawił się znikąd, pikując na tłum. Dopiero przed samą ziemią wyrównał lot, rycząc wściekle.
        Mieszkańcy poszli w rozsypkę, z wielu budynków zaczęli uciekać, przerażeni wielkim stworzeniem. Nawet w Fargoth jego dwukrotnie mniejszy brat siał panikę, a co dopiero on, w miejscu, w którym niemal nie było straży. Smok wylądował przed melmaro, nie górując nad okolicznymi budynkami.

        Dérigéntirh spokojnie wyszedł ze sklepu, spoglądając na uciekający tłum, a następnie przenosząc wzrok na Weihlondera i melmaro.
- Chyba wszędzie, gdzie się nie udamy, będziemy na siebie zwracać uwagę – westchnął. – Lepiej czym prędzej stąd się oddalmy. Zmienię się, a następnie odlecimy do Leonii, gdzie postaramy się być bardziej dyskretni – zwrócił się głównie do Weihlondera. – A teraz chodźmy, zanim ściągną tu te osławione katapulty niebotycznych rozmiarów.
        Ostatnie zdanie rzecz jasna było żartem, w końcu chociaż żyły tu krasnoludy, to raczej wątpliwie by posiadali katapulty, tak typowe dla nich.
Avatar użytkownika
Derigentirh
Szukający Snów
 
Inne Postacie: Ognaruks, Sarpedon,
Rasa: Złoty smok
Aura: Nieznana.
Wygląd:

Postprzez Loring » Pn paź 13, 2014 6:23 pm

Mimo starań Urgotha, by jakoś zmniejszyć konflikt, pozostali Gotlandczycy od razu po zakończeniu walki zaczęli przepychać się w kierunku swojego towarzysza przeczuwając, że to się nie skończy na samych słowach. No i mieli rację, wściekła publiczność dobitnie wyraziła swoje chęci, a przerażająca przewaga liczebna zdecydowanie nie pozbawiała ich chęci zemsty, a wręcz przeciwnie. Kiedy lud ruszył ku wojownikom, ci już mieli dobyć broni i dopiero wtedy rozpoczęłaby się prawdziwa sieczka, jednak na szczęście – wszystkich – akurat chwilę przed tym wkroczył brat Dara, Weihlonder, swym jestestwem budząc panikę i stwarzając zamęt wśród ludności.
       - Dobrze cię widać, panie. – Uśmiechnął się lekko Loring. – Gdyby nie ty, najprawdopodobniej lada moment rozpętałoby się tutaj piekło.
       - Wszystko załatwiłeś, Dar? – Blondyn tym razem zwrócił się do mniejszego z braci, właśnie wychodzącego ze sklepu. Jego słowa przyjął z delikatnym parsknięciem powodowanym rozbawieniem. – Masz rację, powinniśmy jak najszybciej ruszać. Ja i Ur wejdziemy na ciebie, a Bakvst, Pequris i Vernary na twojego brata.
       Leśni jedynie kiwnęli głowami, czekając na przemianę jednego z braci.
       - Rany, wy nawet nie wiecie jak bardzo chcę znaleźć się już w domu. – Jęknął Ver, przeciągając się niczym kocur. – Usiąść przy ognisku, napić się naszego bogo i zapomnieć o reszcie świata.
       - Może dadzą nam kilka chwil odpoczynku, ale nic poza tym. – Urgoth wzruszył ramionami. – Przecież doskonale wiesz jak napięty mamy grafik, z pewnością misji nazbierało się tyle, że głowa mała. I jeszcze te planowane pertraktacje z nezqubis… Na samą myśl o nich czuję gęsią skórkę. Zresztą, najprawdopodobniej żadne z nich nie wyrazi nawet chęci spojrzenia na nas, a co dopiero rozmowy.
       - Co, nezqubis? – Ożywił się Loring, ciekawym wzrokiem zerkając na swoich braci. – O czym wy mówicie?
       - Najciekawsze rzeczy zaczęły się dziać akurat wtedy, kiedy ty opuściłeś nas w wiadomym celu, Lor. – Odezwał się Bakvst, rozprostowując palce. – Gergua niepokojąco się ożywili, a nasi informatorzy donieśli o…
       Tutaj wojownik się zatrzymał, wymownie spoglądając na smoki, jednak złotowłosy spokojnym gestem przekazał, by ten się nie krępował i mówił wszystko.
       - Donieśli o planowanym ataku na królewskie miasto. Ponoć ma to być ich pierwszy cel, po nim planują uderzyć w poszczególne twierdze i skupiska, poczynając od tych najważniejszych. Szpiedzy sugerują, że od czasu ostatnich walk gergua zbierali siły, by teraz uderzyć. Jeżeli na to pozwolimy, po kolei zniszczone zostaną miasta i wioski, a ludność pójdzie w rozsypkę, będzie to przypominać wielką wojnę… Oczywiście dwie strony to za mało, by zniszczyć wszystko tak jak to miało miejsce wtedy. Loring zaczął ci opowiadać, pamiętasz Dar? O tym mówię, jeśli chciałbyś wiedzieć, a nie rozumiesz. No w każdym bądź razie sami powinniśmy dać sobie radę, ale okupimy to zniszczeniami których naprawa zajmie kilkadziesiąt lat. A gerqua mają respekt tylko przed nezqubis, stąd też zamierzamy zrobić wszystko co w naszej mocy, by ci nam pomogli. Ale wiesz jacy oni są, nie obchodzą ich konflikty dopóki nie zostanie naruszony ich teren, choćby cała kraina miała obrócić się w pył, wraz ze wszystkimi ich mieszkańcami…
       Loring stał chwilę w milczeniu, analizując to co usłyszał.
       - Czyli szykuje się nam wojna, tak?
Avatar użytkownika
Loring
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Setian,
Rasa: Człowiek
Aura: Jasna, przyjemnie ciepła aura o barwie żelaza, spowita szmaragdową poświatą, spod której zdają się przebijać pojedyncze, rubinowe wstęgi. Nawet najwrażliwsze ucho nie wychwyci w jej pobliżu żadnego dźwięku, przy tym jednak wyraźnie wyczuwalny jest zapach przelanej krwi i ozonowa woń powietrza po burzy z subtelną domieszką kobiecych perfum. W dotyku pełna kontrastów, z jednej strony giętka i gładka niczym płat jedwabiu, z drugiej zaś twarda i ostra jak brzytwa. Odrobinę lepi się do podniebienia, zostawiając na nim ostro-gorzki posmak.
Wygląd: Każdy, kto tylko spojrzy na Loringa, zauważa od razu jego długie, przepiękne włosy barwy łagodnego słońca lub drogocennego złota. Obiekt ten, będący wizytówką gotlandczyka, już wiele razy był obiektem zazdrości kobiet. Wspaniale kontrastujące z jego jasną, nieskażoną żadnym defektem, cerą, najczęściej spięte są w „żyjący własnym życiem” koński ogon. Blondyn ... (Więcej)

Postprzez Derigentirh » Wt paź 14, 2014 10:39 am

        Weihlonder spojrzał przenikliwie na melmaro, a Dérigéntirh zrozumiał, że zastanawia się, czy chce im odpowiedzieć. A to musiało oznaczać, że nie jest to coś zbyt miłego, w końcu smok nie zniżyłby się do ludzkiego poziomu. W końcu rzekł we Wspólnej Mowie:
- Piekło by było dopiero wtedy, gdyby byli na tyle głupi, aby mnie zaatakować. I to najprawdziwsze, jakie może tylko być.
        Dérigéntirh westchnął. Spodziewał się czegoś w tym rodzaju, ale i tak się zasmucił z tego powodu. Rzucił melmaro przepraszające spojrzenie. Jego brat był wniosły, jak to większość pierworodnych. On sam natomiast był zupełnie inny, przez co często dochodziło między nimi do kłótni, jedna strona nie potrafiła za nic zrozumieć postępowania drugiej, po prostu nie mieściło się to w jej granicy rozumowania. Jednakże zazwyczaj potrafili się jakoś dogadać, zwłaszcza w ważniejszych sprawach. Sprzeczali się zwykle o rzeczy mało istotne, choć nie zawsze.
- Tak, mam to, po co przyszedłem – odpowiedział na pytanie Loringa. - W porządku, niech będzie tak, jak zechcesz. Aha, w mieście będziemy musieli znaleźć jakiegoś maga struktury, aby ci naprawił tę zbroję. Może nadal będziesz zwracał na siebie uwagę, ale przynajmniej nie będziesz wyglądać jak po szarży Kruczej Husarii, czym zapewne wzbudzasz podejrzenia.
        Doskonale wiedział, że wypowiedzeniem słów „niech będzie, jak zechcesz” zwrócił na siebie uwagę swego brata. Wyraźnie mu się nie spodobało, że smok dostosowuje się do ludzi. Niedługo potem doszła do niego odpowiednia myśl, której Dérigéntirh tak bardzo się spodziewał. ”<<Ciągle ci to mówię, ale ty rzeczywiście jesteś zbyt dobry dla ludzi. Po tym wszystkim będzie trzeba to naprawić.>> Dérigéntirh westchnął po raz kolejny, po czym oddalił się od innych na taką odległość, aby mógł bezpiecznie się zmienić i usiadł na ziemi. ”<<Powtarzasz to od dwóch tysięcy lat, a rezultatów nadal nie widać. Nie jesteś psychologiem, a nawet gdybyś był, to i tak nie zmienisz smoczej natury. Jest wyjątkowo... stała?>>” Zabawne było pouczanie jego starszego brata o smokach, musiał to przyznać.
        Wziął głęboki oddech i ponownie nakazał swojemu ciału zmienić strukturę. Ostatnio robił to już tyle razy, że transformacja zaczynała przebiegać coraz bardziej płynnie. Po trzystu latach tylko i wyłącznie w skórze człowieka, nie mógł od razu posiadać dawnej formy w tym. Jednakowoż, zaczynał ją odzyskiwać. Po kilkunastu sekundach stał już przed melmaro jako złoty smok. Pochylił, się pozwalając im na siebie wejść. Weihlonder uczynił podobnie, jednak wyraźnie niechętnie. Szybko pięciu melmaro znalazło się na grzbietach smoków, gotowych od wystartowania. Pozostawał jedynie jeden problem.
- Nie ma tu miejsca, abyś mógł wystartować – stwierdził Dérigéntirh, zwracając się do Weihlondera w Smoczej Mowie. - Będziesz musiał wyjść z wioski, ledwo się mieścisz w ulicy.
        Weihlonder skinął łbem i odwrócił się, ruszając przed siebie, a Dérigéntirh rozłożył skrzydła, gotowy do wystartowania, kiedy... w uliczce przed nimi dostrzegł katapultę, pchaną przez kilku krasnoludów.
- Chyba sobie ze mnie dworują – mruknął z niedowierzaniem, po czym wzbił się w powietrze, szybko znajdując się poza zasięgiem ostrzału machiny oblężniczej. - Tak, w obecności krasnoludów zdecydowanie należy uważać na słowa.
        Po ostatnich wydarzeniach zdecydowanie chciał na jakiś czas odpocząć od tej rasy. Nie, żeby jej nie lubił, ale w połączeniu ze smokiem dawała dziwne rezultaty. Na szczęście, nad morzem raczej zbyt dużo ich nie spotka.
        Weihlonder dołączył do nich po chwili, lecąc obok Dérigéntirha. Udawali się na południowy-zachód, gdzie znajdował się ich cel. Młodszy smok prowadził, ponieważ miał już w głowie ułożoną całą ich trasę.
- Możesz powiedzieć temu pradawnemu bytowi – odezwał się do Loringa. - Że teraz może kontynuować.
        Warunki pogodowe były wprost idealne, więc wątpił, aby podróż zajęła im zbyt dużo czasu. Dlatego wolał czym prędzej wysłuchać prastarą istotę, aby dowiedzieć się jak najwięcej.
Avatar użytkownika
Derigentirh
Szukający Snów
 
Inne Postacie: Ognaruks, Sarpedon,
Rasa: Złoty smok
Aura: Nieznana.
Wygląd:

Postprzez Loring » Wt paź 14, 2014 5:05 pm

Leśni dyskutowali jeszcze przez chwilę o obecnej sytuacji politycznej ich kraju i prawdopodobieństwie wybuchnięcia wojny, używając przy tym wielu obcych smokom pojęć, przez co te i tak nie zrozumiały zbyt wiele. Nie ujmując ich wielkiej inteligencji rzecz jasna. Przepraszające spojrzenie Dara ludzie przyjęli ze spokojem, powoli zaczynali się przyzwyczajać do tego jaki jest Weihlonder. Zresztą, i tak mogło być o wiele, wiele gorzej.
       W spokoju zaczekali na przemianę w smoka młodszego brata, po czym wsiedli na smoki i po krótkim czasie wzbili się w powietrze. Kwestię naprawy zbroi Loring przyjął z widocznym wahaniem, gdyż nie ufał obcym rzemieślnikom. Nie ważne czy posługiwali się narzędziami, rozumem czy też magią.
       „Cieszę się, że moja opowieść zainteresowała cię na tyle, że chcesz wysłuchać dalszej jej części, Dérigéntirhu.” Prastary głos znów rozbrzmiał na samym skraju świadomości złotołuskiego, będąc bardzo blisko wycofania się.  „A więc skończyliśmy na tym, że bardzo szybko dorosłem, a moje specyficzne ciało stwarzało mi wiele możliwości. Otóż wykorzystując ofiarowaną mi potęgę, zacząłem wykonywać zadanie dla którego powstałem – zapanowanie nad wszędobylskim mrokiem. Jeżeli będziesz chciał, mogę przesłać ci szczątki moich wspomnień, jednak w bardzo ograniczonej mierze, gdyż nawet na kimś takim jak ty pełne obrazy poczynią nieodwracalne szkody, a nie to jest moim zamiarem. W każdym bądź razie wracając na główny tor opowieści. Z pomocą skrzydeł, ognia, ogona, łap i przede wszystkim rozumu, zacząłem po kolei eliminować siedliska zła, wyniszczając ich przedstawicieli. Pamiętaj, że zło zawsze będzie silniejsze od dobra, i tego nie zmienimy. Cząstka zła zawsze zwycięży przeciwko takiej samej cząstce dobra. Właśnie tutaj tkwi cały sekret. Mrok jest tak potężny, ponieważ posiada siłę, siłę która jest definicją zła. Gdyby dobro również ją posiadło, nie byłoby już tym czym jest, światło złączyłoby się z mrokiem w jedno. Zła nie pokonasz siłą, pokonasz ilością. Jeżeli dobra będzie więcej, wtedy zwycięży. Ja niestety byłem sam podczas walk, więc jestem zaprzeczeniem wiarygodności tego co powiedziałem. Jednak lepiej powiedzieć – jestem jedynym wyjątkiem. Otrzymałem moc zamiast liczby, gdyż nie było innego wyboru. Walki ze złem trwały setki lat, jednakże im słabsze były ciemności, tym me światło jaśniejsze. Od razu wychwyciłem wkroczenie obcych bytów do mych ziem, byli to ludzie, przybysze z sąsiednich królestw, prawdopodobnie uciekinierzy. Zaopiekowałem się nimi i nauczyłem tego co potrzebowali, wlewając w ich jestestwa swój byt i odmieniając strukturę wewnętrzną w sposób taki, by byli silniejsi i waleczniejsi, bardziej stworzeni do walki. Dałem niektórym z nich również dar magii, wiedzę i rozum, by potrafili tworzyć i badać coś, czego nie da się pochwycić fizycznie. Najwybitniejszych przedstawicieli każdej dziedziny zebrałem w jedno i połączyłem tajemnicą, dając im część siebie i tworząc zgromadzenie mające na celu pilnowanie porządku. Tak, w taki sposób powstał Gotland, a ja jestem jego twórcą. Stworzyłem również smoki, ofiarowując gotowym na to wielkim ptakom część swojej wiedzy, dojrzałości. Dodatkowo w serce każdego włożyłem część mego ciała, dlatego moje dzieci się różnią od ciebie.
       Chcąc zwalczyć zło ostatecznie – te pierwotne, gdyż zawsze jakieś będzie istnieć – postanowiłem poświęcić swoje życie, zabierając całą mroczną emanację ze sobą, zaklinając to w postaci miecza. Miecza, który ma teraz Loring. Klinga jest tak naprawdę moim ciałem, a zło… Widziałeś już co się stanie, kiedy zaledwie drobna część przedostanie się na zewnątrz, więc możesz jedynie sobie wyobrazić jak potężna jest ciemność w swej pełnej krasie.

       Głos umilkł, dając Darowi czas na rozmyślanie.
Avatar użytkownika
Loring
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Setian,
Rasa: Człowiek
Aura: Jasna, przyjemnie ciepła aura o barwie żelaza, spowita szmaragdową poświatą, spod której zdają się przebijać pojedyncze, rubinowe wstęgi. Nawet najwrażliwsze ucho nie wychwyci w jej pobliżu żadnego dźwięku, przy tym jednak wyraźnie wyczuwalny jest zapach przelanej krwi i ozonowa woń powietrza po burzy z subtelną domieszką kobiecych perfum. W dotyku pełna kontrastów, z jednej strony giętka i gładka niczym płat jedwabiu, z drugiej zaś twarda i ostra jak brzytwa. Odrobinę lepi się do podniebienia, zostawiając na nim ostro-gorzki posmak.
Wygląd: Każdy, kto tylko spojrzy na Loringa, zauważa od razu jego długie, przepiękne włosy barwy łagodnego słońca lub drogocennego złota. Obiekt ten, będący wizytówką gotlandczyka, już wiele razy był obiektem zazdrości kobiet. Wspaniale kontrastujące z jego jasną, nieskażoną żadnym defektem, cerą, najczęściej spięte są w „żyjący własnym życiem” koński ogon. Blondyn ... (Więcej)

Postprzez Derigentirh » Śr paź 15, 2014 7:41 am

        Dérigéntirh z wielkim zainteresowaniem wysłuchiwał tego, co pradawna istota miała mu do przekazania. W dużej części było to dla niego coś całkowicie nowego, a takie rzeczy chłonął jak gąbka, nigdy mu się to nie nudziło. Jednak to, co usłyszał razem z jego opowieścią zaniepokoiło go. ”W tym mieczu jest cała zła energia jego świata? Loring o tym wie? Trudno jest pojąć w pełni, czym jest taki ogrom. Mi to z trudem przychodzi, a umysł ćwiczyłem długo. Ale jeżeli jest tam tego tak dużo, to... bogowie, uchowajcie nas. Jeśli to coś uwolni się w Alaranii, to wątpię, aby coś mogło nam pomóc. Już teraz mamy tu sporo zła.”
        Lecieli,  Dérigéntirh zajęty rozmyślaniem nad usłyszanymi słowami, a Weihlonder wypatrywaniem, czy nie widać w pobliżu nikogo. Od czasu walki z czarnym smokiem zrobił się wyjątkowo czujny, choć raczej nie miał się czego obawiać. Osłona niewidzialności, którą razem z bratem roztoczyli wokół siebie, skutecznie uniemożliwiała smokom wykrycie ich obecności. Musieliby skupić na nich swój wzrok, aby przebić się przez ich iluzję, a jako, że byli w ruchu, a przeszukanie całej okolicy zajęłoby kilkadziesiąt minut, tylko łud szczęścia mógł sprawić, aby zostali wykryci.
        Niedługo potem dotarli nad Szepczący Las, gdzie melmaro mogli gdzieniegdzie ujrzeć miasta elfów, piękne w swej jedności z naturą. Dérigéntirh patrzył na nie z przyjemnością, zawsze uwielbiał tę elfią architekturę. Po kilkudziesięciu minutach Góry Dasso zniknęły już za horyzontem, a przed nimi rozpostarły się równiny, za którymi widać było linię morza. Zbliżali się do swojego celu, najszybciej, jak to tylko było możliwe.

[Ciąg dalszy: Dérigéntirh i Loring]
Avatar użytkownika
Derigentirh
Szukający Snów
 
Inne Postacie: Ognaruks, Sarpedon,
Rasa: Złoty smok
Aura: Nieznana.
Wygląd:

Poprzednia strona

Powrót do Góry Dasso

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron