[Klasztor po stronie Szepczącego Lasu] Milczenie jest złotem


Rozciągające się od Równin Andurii aż po Równinę Maurat góry z wierzchołkami pokrytymi wiecznym śniegiem, przeplatane zielonymi dolinami i niebezpiecznymi przełęczami, zamieszkałe przez dzikie zwierzęta i legendarne potwory. Góry otaczają i chronią przed niebezpieczeństwami Szepczący Las, dając mu w ten sposób spokój.

Postprzez Dinitris » Wt mar 05, 2019 11:17 pm

        Usiadła wyczerpana przy biurku. Na dziś osiągnęła wyznaczony cel. Lewitujący nad kamiennym słupem półprzeźroczysty kamień nabrał nareszcie tej wyrazistości i co najważniejsze, przyjął z zadowoleniem każdy przekaz energii. Był jeszcze kapryśny i czasami nieskory do współpracy. Trochę trudno jej było jeszcze zapanować nad jego wręcz agresywnymi wyrzutami. Za każdym razem opanowanie tych ataków przypłacała pokaźnymi poparzeniami rąk, a nawet twarzy, ale na szczęście znała proste magiczne lekarstwo. Bez wątpienia skutki walki z magicznymi erupcjami byłyby groźniejsze, gdyby nie naturalna odporność smoczycy na takiego typu ataki.
        I tym razem musiała zaleczyć poparzenia rąk, więc usiadła wygodnie w fotelu i skupiła myśli wokół swojego ciała. Odtworzyła skórę, nerwy i naczynia krwionośne do stanu sprzed poparzeń. Ściągnęła z rąk spopieloną skórę jakby to były stare rękawice, a potem otworzyła księgę, w której opisywała przebieg każdej sesji, swoje spostrzeżenia, rady dla przyszłych pokoleń czarodziei. Jak ważne były jej nauki wiedziała od początku. Niewielu czarodziei było na tyle odważnych, żeby stworzyć Kamień Żywiołu, a Dinitris bez zastanowienia przyjęła to wyzwanie, sama będąc ciekawa, czy sprosta zadaniu. Ponadto robiła to dla zakonu, któremu poniekąd była winna przysługę, już pomijając wielki szacunek jakim obdarzała Przełożonego, gospodarza Zakonu, który ponownie przyjął ją pod swą pieczę i podzielił się z nią przydatną wiedzą.
        Zamknęła grubą księgę ze skórzaną okładką i zwróciła swoje spojrzenie na wiszący w powietrzu kamień emanujący turkusową poświatą. Było tu jeszcze kilka innych źródeł światła, jednakże żadne nie tak jasne jak to zlokalizowane nad niską kolumną usytuowaną w ścisłym centrum okrągłego pomieszczenia. Miejsce to było faktycznie piwnicą, albo lochami, jak kto woli, tylko pozbawionym więziennych krat i strażników strzegących wyjścia, ale to wcale nie znaczyło, że każdy mógł sobie tutaj wejść. Nie każdy. Właściwie tylko Dinitris i wyżej postawieni w hierarchii magowie, ale żaden z nich nie zamierzał tu schodzić. Chyba nikt nie odważyłby się przeszkadzać Dinitris w jej pracy.
        Elfka postukała palcami o krawędź blatu dębowego stołu, wystukując zwolniony rytm podobny do stukotu kopyt. Miała przeczucie, że dzisiaj dzień upłynie jej ciut inaczej niż inne, lecz nie rwała się do radości z tego powodu. Z doświadczenia wiedziała jak mylne bywały pozory tych wróżb. Nauczyła się ufać temu co widzi i zanim zrobi sobie jakąkolwiek nadzieję, skarci rozochoconą wyobraźnię i poczeka na dalszy rozwój wydarzeń.
        Opuszczając podziemia zapieczętowała drzwi jak jej nakazał Morgan. To on zdradził jej klucz do wszelkich komnat w Klasztorze i całkiem słusznie postąpił, bowiem wiadomym było, że nic nie powstrzymałoby ciekawskiej elfki, więc aby zminimalizować koszty ewentualnych napraw i remontów, po prostu zostawił jej przepustkę do każdego zakamarka zamku. Postąpił roztropnie, ale nie wiedział, że dociekliwy charakterek smoczycy został silnie uśpiony przez zmęczenie i potrzebę ukojenia odzyskanej niedawno połowy duszy. Słono za to zapłaciła, ale było warto.
        Krocząc przez pusty korytarz ciągnący się bez końca, bo mogący okrążać zamek, podążała żwawo do swojej komnaty. Był już późny wieczór, słońce zaszło za horyzont i gasła słaba poświata z chmur nad zachodnim widnokręgiem oddając ostatnim tchnieniem chłodnego wiatru woń zaległego na zboczu śniegu i pobudzający zapach żywicy z połamanych i położonych poprzedniego dnia świerków po zeszłej lawinie. Fascynujący musiał być to widok, lecz niestety ominął Dinitris, która jak zwykle spędziła cały dzień w głuchej piwnicy. Teraz przechadzając się do pokoju zboczyła lekko z trasy wiodącej ją najkrótszą drogą do pokoju. Powzięła plan wyjścia na zewnątrz, tam gdzie jak okiem sięgnąć roztaczał się świat zewnętrzny. Ograniczyła się jednak tylko na wyjście na rozległy taras zawieszony nad dziedzińcem, na środku którego straszyło stare, poskręcane drzewo, marznące bez liści i towarzystwa innych roślin. Placyk pokryty był sporymi zaspami, mimo wysiłku pracowitej służby uzbrojonej w łopaty i miotły. Śnieg musiał spaść i przeleżeć swoje aż stopnieje po swojemu, a nie jak mogli niektórzy niewtajemniczeni pomyśleć, że klasztorze magów wszyscy wyręczają się zaklęciami. Elfka lubiła to podejście i pochwalała wysiłek fizyczny, aczkolwiek mimo ukrytej pod aksamitną skórą stalowych mięśni, nigdy nie śmiała spróbować wyręczyć jakiegoś chłopa w ciężkiej pracy. Wiedziała, że faceci nie lubią silniejszych od siebie kobiet. Ale czy ona zasługiwała na takie szufladkowanie? Względem innych smoków klasyfikowała się raczej do średnio silnych. Resztę rekompensowała sobie magią, ale ta także miała ograniczony wachlarz możliwości. Pozostało jej tylko patrzeć na maluczkich ludzików z góry i snuć się po korytarzach jak jakaś zjawa.
        Przejrzystość powietrza była wręcz doskonała. Jej smoczy wzrok mógł dostrzec więcej niż nawet najbardziej wyostrzony ludzki. Nawet elfy mogły zazdrościć jej oczu, które mieniły się refleksami złotej poświaty, niczym dwa pierścienie ognia rzucające przytłumione światło wyzierające prosto z dzikiego ducha jej skrytej natury. Dzięki temu to ona pierwsza dostrzegła poruszającą się ciemną plamę na tle zasp. O swoim odkryciu niezwłocznie poinformowała Morgana, wysyłając mu telepatyczny krótki komunikat. Jak zwykle jej wiadomość pozostała bez echa odpowiedzi, ale Dinitris zdążyła się już do tego przyzwyczaić i nie przejmować narzekaniami starca na temat zasadności używania tej formy komunikacji. Tylko, że Dinitris nie bardzo miała wybór i musiała polegać tylko na telepatii, albo piśmie.
        Swoje odkrycie obserwowała z oddali, oparta na chłodnej balustradzie. Miała wrażenie, że trwało to wieczność, zanim przybysz dokopał się przez zaspy do wrót. Ku jej zaskoczeniu, obcy zatrzymał się tam i na coś czekał. Może zamarzł? Dinitris nie wiedziała co począć. Zejść na dół i ocalić biedaka? A jeśli to włóczęga? Postanowiła. Nie ruszy się i poczeka jeszcze chwilę.
        Jak się okazało to była dobra decyzja, bo na plac wyszedł woźny, który klnąc pod nosem torował sobie ścieżkę kolanami, brnąc prawie po pas przez zaległy śnieg. Miał na sobie niedźwiedzie futro, ale pod spodem bystre oko smoczycy zauważyło ledwie cienki podkoszulek. Domyśliła się, że został oderwany od pracy przy kotle. O czym świadczyły usmolone ręce, w których dzierżył klucze do bramy.
        Obcego wpuszczono do środka i Dinitris wreszcie mogła się mu przyjrzeć z mniejszej odległości. Był wysoki, spod skrywającego głowę kaptura dostrzegła zarys brody bez zarostu. W jukach przewieszonych na plecach zauważyła zawinięty starannie w koc długi, zakrzywiony przedmiot. Od razu skojarzył się jej z łukiem. Był odziany ciut za lekko jak na zwykłego człowieka, poruszał się trochę ostentacyjnie, ale wciąż zachowywał płynność. Aż zaczęła podejrzewać, że był górskim elfem. Tylko co by tu robił elf?
        To pytanie nie pozostało długo bez odpowiedzi, bo na szczycie schodów prowadzących do głównego wejścia do pałacu stanął nie kto inny jak sam Morgan we własnej osobie. Zaszczycając nieznajomego kilkoma serdecznymi pozdrowieniami. Dinitris aż wytężyła słuch, żeby podsłuchać ich powitania. Udało się jej wyłapać imię tajemniczego gościa. Calathal. Niestety oboje weszli do środka, zanim rozmowa rozwinęła się i zdradziła elfce więcej cennych szczegółów i oboje zniknęli za drewnianymi drzwiami. Dinitris sama nie rozumiała czemu miała służyć ta wizyta, a przede wszystkim nie potrafiła wytłumaczyć skąd u niej takie zainteresowanie zupełnie przypadkowym osobnikiem. Nie myślała póki co o tym. Musiała odpocząć, ale najpierw czekał ją posiłek. Odwróciła się i wróciła do środka. Idąc śladem zapachu - po którym dotarła by z zamkniętymi oczami wprost do celu - znalazła się w rozległej jadalni z paroma zestawami długich stołów i ław. O tej porze jadała sama. Reszta rezydentów jadła kolację trochę wcześniej. Dinitris wybłagała u Morgana specjalnej pory posiłków dopasowanych pod swój tryb dnia - zresztą całkiem słusznie. Czasami dosiadał się do niej sam gospodarz, żeby dotrzymać jej towarzystwa, no i dyskretnie podpytać o efekty prac nad artefaktem. Dinitris lubiła jego towarzystwo, bo nie miała zbytnio wyboru. Znakomita większość mieszkańców klasztoru, a wśród nich nawet starsi magowie, unikała jej jak diabła. Dinitris bardzo szybko odkrywała ich negatywne nastawienie, czasem nawet strach, co wywoływało u niej jakiegoś rodzaju dyskomfort. W efekcie wolała już z nikim się nie bratać, żeby oszczędzić wszystkim wokół niepotrzebnego zawodu. Albo nie narobić sobie wrogów. Tym razem nie spodziewała się towarzystwa maga, więc bez zbędnego czekania zajęła się posilaniem.
Avatar użytkownika
Dinitris
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Cerrina, Ariela, Melouria,
Rasa: Smok
Aura: Aura odznacza się siłą ponadprzeciętną i emanuje bursztynowym blaskiem już z oddali. Chroni ją twardy, żelazny pancerz, odbijający światło. W wielu miejscach widać także kobaltowe, smocze łuski. Pojawiające się znikąd i dochodzące z każdej strony jęki torturowanych oraz przytłaczający smród potrafią poważnie zaniepokoić. Po chwili coś jakby z tyłu uderzy, szybko da się przypisać to do grzmotu, przez chwilę widać nawet błyskawicę odbijającą się na powłoce. Szybko to zjawisko zanika i zastępują go uderzenia młota kowala. Wszystko ostatecznie kończy się w akompaniamencie harmonijnej melodii, płynnie zmieniającej swą tonację. Woń, która zaczyna stawać się coraz bardziej intensywna, jest ciężka, męczy zmysły i przypomina mieszankę wielu różnych zapachów, zarówno tych dobrych, jak i złych. Z wyjątkiem smoków, nikt inny nie będzie umieć przypisać tej nietypowej woni do czegoś konkretnego. W międzyczasie z dumą prezentuje swą elastyczność oraz ostre jak brzytwa krańce, częściowo pokryte chropowatymi wybrzuszeniami. W większości jednak powierzchnię pokrywa aksamitny meszek. W smaku natomiast niebywale pikantna wywołuje silne pragnienie, jednakże jakby złośliwym zrządzeniem losu jest też lepka i skleja usta.
Wygląd: Dinitris jak (prawie) każdy smok posiada wszystkie jego najważniejsze cechy, czyli wydłużone ciało pokryte łuską, parę błoniastych skrzydeł, cztery łapy, długi, wężowy ogon i rogi na łbie osadzonym na giętkiej, proporcjonalnie długiej szyi. Chciałoby się rzec: "to tyle w temacie", ale nie w przypadku smoków i co za tym idzie - nie w przypadku tego smoka. Dinitris jest ... (Więcej)

Postprzez Calathal » Śr mar 13, 2019 7:35 pm

Zdziwiło go zaproszenie, które kurier – będący zresztą magiem – wręczył mu na targu w Danae, gdy elf właśnie uzupełniał zapasy i zastanawiał się też, gdzie mógłby udać się później. W mieście akurat nie znalazł żadnego zlecenia, które mogłoby go zainteresować i właśnie dlatego chciał ruszyć dalej, kierując się prawdopodobnie do innego miasta. Odebrał list od młodego mężczyzny i zapłacił mu ćwierć całej ceny – chyba często robiło się tak, że nadawca wiadomości płacił jakąś część ceny, a pozostałą (zawsze mniejszą niż połowa) uiszczała osoba będąca odbiorcą… chociaż to najpewniej stosowały osoby, które chciały mieć pewność, że ich przesyłka dotrze do odpowiedniej osoby. Cal na zakończenie podziękował kurierowi, pożegnał się z nim i odszedł w swoją stronę, szukając jakiejś wolnej ławki, na której będzie mógł usiąść i dopiero wtedy przeczytać list.
Na samym początku skierował swój wzrok na sam dół pergaminu, aby od razu dowiedzieć się, kto jest autorem zaproszenia. „Morgan”… Calathal szybko przypomniał sobie dobrego i starego znajomego, który był gospodarzem w klasztorze umiejscowionym w niskich partiach Gór Dasso. Pomógł mu kilka razy, a początek ich znajomości był zupełnie przypadkowy, bo… wtedy też mu pomógł, jednak chodziło o uratowanie życia, a nie o realizację zlecenia. Elf miał przeszukać ruiny jakiegoś klasztoru, a konkretniej, poszukać tam biblioteki i zabrać stamtąd niezniszczone księgi. Miejscowi uważali, że zniszczony budynek jest nawiedziony, a później okazało się, że był on domem dla młodego i dzikiego wampira, do którego słowa zdawały się nie docierać. Na Morgana długouchy wpadł już wewnątrz ruin, gdy mężczyzna ten uciekał przed krwiopijcą – Cal postanowił wkroczyć głównie dlatego, że nieumarły mógłby zagrażać także jemu i ostatecznie i tak musiałby się jego pozbyć, więc… po prostu wykorzystał sytuację, przy okazji ratując życie – wtedy jeszcze – nieznajomemu. Morgan podziękował za uratowanie mu życia, przedstawił się i wyjawił też cel swojego pobytu w tym miejscu. Mężczyzna inicjował rozmowy i przyłączył się do Calathala, gdyż mieli podobne cele… i skończyło się to tym, że zaczęli rozmawiać i szybko znaleźli nić porozumienia, która później przerodziła się w znajomość.
Wracając do listu, który szybko okazał się zaproszeniem – zarówno do spotkania, rozmowy, jak i do wykonania zlecenia dla Morgana, o którym więcej powie mu na miejscu. Poza tym, w liście, konkretniej na jego początku, były zawarte słowa pozdrowienia i zaproszenia w odwiedziny z wyżej wymienionych powodów, a także drobne narzekanie dotyczące tego, że sam Cal nie odwiedza Morgana i nawet nie pisze listów. Cóż, elf nie przepadał za pisaniem takich i chyba dopiero zdał sobie sprawę z tego, że Morgan może o tym nie wiedzieć. Poza tym, nie miał też niczego ciekawszego do zrobienia i nie był w trakcie wykonywania zlecenia, więc za następny cel podróży obrał sobie klasztor.

Jego ubiór nie zmienił się, więc miał na sobie tunikę, skórzaną zbroję i płaszcz, a także spodnie, buty i rękawice – to wszystko także skórzane. Przy pasie spoczywał sztylet, a na plecach kołczan wypełniony strzałami i łuk zabezpieczony materiałem, bo Cal wcześniej obawiał się opadów śniegu, na które natknąć się może w trakcie podróży. Nieduża torba podróżna także spoczywała na plecach elfa.
Im wyżej wchodził, tym więcej śniegu było wokół niego. Gdy już znalazł się na drodze prowadzącej prosto, a nie w górę, w okolicy było po prostu biało – aż przypomniało mu się miejsce, w którym się urodził i wychował. Szybko powstrzymał te wspomnienia, nie chcąc, aby dotarły zbyt daleko. Droga, którą się poruszał, na pewno nie była odśnieżona, jednak też nie leżało na niej zbyt dużo samego śniegu, więc poruszanie się nią było tylko troszkę utrudnione. Najpewniej nie było tu zbyt ciepło, jednak jemu zupełnie to nie przeszkadzało, bo przecież pochodził z rasy, która od urodzenia jest odporna właśnie na zimno. W końcu udało mu się dotrzeć pod bramę, w którą zastukał. Czekał… dość długą chwilę, aż w końcu najpierw do jego uszu dotarły przekleństwa i dopiero po nich brama otworzyła się przed nim. Cal, nie chcąc zmuszać strażnika do tego, aby zbyt długo stał na zimnie, szybko wszedł do środka.
Zauważył Morgana, który wyszedł go przywitać – mężczyzna zmienił się trochę od ich ostatniego spotkania, czego najpewniej nie można powiedzieć o samym Calathalu. Gospodarz jeszcze zanim do niego podszedł, machnął mu ręką na powitanie i dość głośno wypowiedział imię elfa. Uścisnęli się dopiero, gdy do siebie podeszli. Morgan zaprosił go do środka, a Cal od razu wspomniał mu o tym, że nie przepada za pisaniem listów, nawiązując tym samym do treści zaproszenia.
Obaj weszli do środka, elf od razu został zaproszony do stołu, aby przy nim usiąść. Wiedział, że teraz znajdują się w prywatnej komnacie mężczyzny.
         – Jesteś głodny? Może się czegoś napijesz? Czegoś ciepłego? - zapytał go, gdy Cal rozsiadł się wygodnie w krześle.
         – Zjadłem syty posiłek w mieście. I niczego ciepłego nie potrzebuję… Chyba zapomniałeś, że pochodzę z rasy elfów, których ciała nie czują zimna – opowiedział mu elf, na co Morgan zaśmiał się krótko i cicho, a później rzeczywiście przyznał mu rację i powiedział, że mogło mu to wypaść z pamięci.
         – To wszystko przez to, że tak rzadko mnie odwiedzasz – dodał jeszcze. Tym razem to elf się zaśmiał, chociaż urwał to naprawdę szybko i wrócił do wcześniejszego wyrazu twarzy.
         – Staram się to robić, gdy jestem w pobliżu… Jeśli nie zapomnę i nie jestem w trakcie jakiejś misji. Możliwe, że niedługo i tak zobaczyłbyś mnie przed bramą, bo akurat byłem na terenie Szepczącego Lasu – odparł Cal. Rozmówca odpowiedział mu tylko kiwnięciem głową.
         – Znajdzie się dla mnie jakiś wolny pokój? Myślę, że spędzę tu trochę czasu i przydałoby się mieć, gdzie spać… A o tym zadaniu, o którym wspomniałeś, porozmawiamy już jutro. Dzisiaj możemy porozmawiać o swoich życiach i może powspominać niektóre rzeczy… I coś zjeść. Później. Bo pewnie w tym czasie i tak zgłodnieję – odezwał się elf znów i przy okazji rzucił propozycją.
         – Mamy sporo wolnych pokoi właśnie na okazje goszczenia tu kogoś, więc na pewno jakiś się znajdzie – odpowiedział mężczyzna, siadając naprzeciw elfa. Chwilę siedzieli w ciszy i właśnie ten czas Morgan poświęcił na znalezienie sobie wygodnej pozycji siedzenia.
         – A teraz porozmawiajmy – dodał i tym razem to Cal skinął głową, zgadzając się na to. Później zaczęli rozmawiać, głównie o tym, co działo się u nich od czasu, w którym rozmawiali ostatnio, ale zdarzyło się też, że mówili o początkach swojej znajomości i wspominali kilka innych wydarzeń.

Na zewnątrz było już ciemno, gdy otworzyły się drzwi prowadzące do części klasztoru zajmowanej przez Morgana. Przez nie wyszedł on, a także elf będący jego gościem. Śnieg odbijał światło księżyca i gwiazd, więc na zewnątrz nie było tak ciemno, jak mogłoby się wydawać. Morgan poprowadził Calathala do innego budynku i drzwi do niego prowadzących – właśnie tam znajdowały się pokoje, o których gospodarz wspomniał wcześniej. Zapytał go nawet, czy Cal ma jakieś konkretne wymagania co do umiejscowienia pokoju, a on powiedział jedynie, że chciałby, żeby za oknem był ładny krajobraz.
Drzwi do pokoju wyglądały na zwyczajne, był drewniane z klamką i dziurką na klucz. Otworzył je Morgan, jednak gdy tylko to zrobił, klucz do nich od razu przekazał elfowi. Wnętrze nie było małe i znajdowało się tam wszystko to, co powinno – łóżko, szafka nocna, kufer, szafa, stolik i dwa krzesła przy nim, a na ścianie przy drzwiach wbite były trzy kołki, na których można było coś powiesić. Znajdowało się też przejście do mniejszego pomieszczenia, które najpewniej służyło za toaletę i łazienkę.
         – Mamy magazyn, w którym można znaleźć naprawdę różne rzeczy, więc jeśli będziesz uważał, że w pokoju brakuje ci czegoś, to po prostu powiedz mi o tym – poinformował go Morgan, a Cal mruknął „Mhm”, przyjmując to do wiadomości i zapamiętując.
         – Widok za oknem masz ładny, ale nie powiem ci, co przedstawia. Po prostu będziesz musiał sprawdzić to sam jutro, przy świetle dnia – dopowiedział po chwili.
         – Dobrze, dobrze. Dobrej nocy Morgan – odparł Calathal, ściągając z siebie torbę podróżną i kładąc ją pod kołkami. Kołczan i łuk oparł o szafkę nocną, a nóż położył na niej – gdy ujrzał pytające spojrzenie znajomego, po prostu powiedział mu, że takie ma przyzwyczajenie.
         – Dobrej nocy, Cal – odpowiedział w końcu gospodarz i zostawił elfa samego, zamykając za sobą drzwi pokoju. On natomiast ściągnął z siebie płaszcz i powiesił go na kołku, a później zbroję i tunikę, które spoczęły w szafie. Usiadł na łóżku i zdjął buty, a później spodnie. Położył się na łóżku, które… było zadziwiająco miękkie i wygodne. Na koniec spróbował zasnąć.
Avatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Samiel, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin, Seviron, Nimroth,
Rasa: Lodowy Elf
Aura: Ta emanacja odznacza się całkiem sporą siłą, na jej powłoce występuje wiele różnych barw. Między innymi żelazna stanowiąca jakby tło dla nadzwyczajnej cynowej spirali oraz kobaltowego pyłu występującego niemal w każdym miejscy aury. Całość otula obsydianowe, tajemnicze światło. Wydziela delikatną, przyjemną woń lasu, wprawiającą w stan zamyślenia. Pogłębia to pojawiający się znikąd szept liści i zawodzenie wiatru. W dotyku jest naprawdę twarda, trudna do złamania, ale także gnie się, popisując widowiskową elastycznością. Powierzchnia charakteryzuje się również swą kuszącą aksamitnością i niebezpiecznie wyglądającymi ostrymi wykończeniami. Lepi się nieznośnie do podniebienia i uparcie dąży do tego, by skleić wargi, zostawia po sobie przyjemny, łagodny posmak.
Wygląd: Calathal jest lodowym elfem, co od razu widać po jego wyglądzie. Jest wysoki na sześć i pół stopy, a jego ciało ma atletyczną budowę, co zawdzięcza wielu treningom. Twarz elfa ma, raczej, ostre rysy z dość wyraźnie zarysowaną linią szczęki i lekko wklęsłymi policzkami. Oczy Cala mają barwę jasnego i ciemnego fioletu, chociaż ten drugi składa się zaledwie na kilka cienkich ... (Więcej)

Postprzez Dinitris » So mar 16, 2019 8:16 am

        Po skończonej kolacji zazwyczaj udawała się prosto do swojego pokoju. Dzisiejszego wieczoru wydarzyło się coś, co ciut zaburzyło jej spokój budząc ciekawość. Bębniąc palcami o drewniany blat stołu rozmyślała nad wszystkim co dzisiaj robiła, szczególnie skupiając się na jej artefakcie. Jej myśli jak ćma, krążyły wokół samotnego płomienia świecy, lgnąc do trzęsącego się słupa światła, milczącego rozmówcy, zawsze chętnego do wysłuchania jej monologu. Dinitris uczyniła mu ten zaszczyt i zaprosiła to biedne światełko do swojej komnaty. Uznała, że spacer w jego towarzystwie po ciemnych korytarzach zamku może być nieco przyjemniejszy niż snucie się przez mrok jak duch, czy zjawa. Podniosła więc swojego nowego przyjaciela za specjalny uchwyt w podstawku, a potem wstała od stołu i ruszyła ku wyjściu z wielkiej jadalni zostawiając to miejsce już bez żywej duszy.
        W drodze do drugiej części klasztoru minęła dwóch młodych magów, którzy rozstąpili się przed kroczącą elfką i w wymownym milczeniu odprowadzili kobietę wzrokiem aż całkowicie znikła im z oczu skręcając za rogiem szerokiego korytarza. Dywan wyłożony na podłodze był miły dla bosych stóp elfki, choć nigdy nie narzekała na chłód i nie dała się namówić na założenie pary kozaków, które proponował jej zmartwiony ewentualnymi chorobami, Morgan. Dinitris, była bliska pójścia na kompromis i założeniu lekkich półbutów, ale ostatecznie uznała, że woli sama decydować, kiedy jej kroki mają być słyszalne, co jej przyjaciel przyjął to ze zrozumieniem i od tamtej pory skończyły się debaty na ten temat. Trochę to dziwnie wyglądało, ale chyba wszyscy już do tego przywykli. Tak jak do lekkiego ubioru elfki, jej bardzo silnej aury i tej nieznośnej małomówności. Było paru takich, którzy próbowali wyciągnąć od - wydawałoby się - nieśmiałej niewiasty choćby imię, ale kończyło się to mylnym wrażeniem arogancji ze strony niedoszłej rozmówczyni. Szybko nauczyła swoje otoczenie zachowywać odpowiedni dystans, ale to nie znaczyło, że zatrzymała samo-napędzające się plotki pod jej adresem. Kilka mitów o jej osobie wywoływało śmiech u samej ich bohaterki. Na przykład taki jeden, jej zresztą ulubiony mit, że była pradawną wiedźmą, która potrafiła rzucać uroki na młodych czarodziei, a gdy się odzywała, z jej ust wypływało echo ich straconych dusz z zaświatów. W te bajki wierzyli głównie młodzi adepci i łatwo odróżniała tych, którzy zostali poczęstowani tymi opowieściami. Zazwyczaj wtedy patrzeli na nią z nienawiścią i lękiem. Było też kilku takich, którzy udali się na skargę do samego Morgana z prośbą o wydalenie Dinitris z klasztoru w obawie o swoje życie. Morgam, poczciwy człowiek, nie oświecił swoich podopiecznych, odprawiał ich dość stanowczo i dbał o to by dano spokój jego przyjaciółce. Nikt, nawet z tych utalentowanych magów, nie śmiał próbować wygonić Dinitris na własną rękę. Byłoby to w najlepszym dla niego przypadku sprzeciwieniem się wyraźnemu rozkazowi Morgana - a z nim nikt nie chciał mieć do czynienia.
        Idąc długim korytarzem w części mieszkalnej zamku nagle zatrzymała się w miejscu. Jakby natrafiła na niewidzialną ścianę. Stanęła dokładnie obok drzwi, które wcześniej mijała codziennie bez najmniejszego zainteresowania nimi. Elfka obróciła głowę w ich stronę. Wyczuwała wyraźny zapach, którego jeszcze tu nie czuła. Popatrzyła na klamkę, z której zniknął kurz. "On tam jest" - pomyślała spokojnie, ale z pewną dozą mieszanych uczuć. Łowca nagród - których widziała wielu na tym świecie. Nie zagrażał jej - tego była pewna, bo to przecież druh Morgana.
        Nasłuchiwanie nie przyniosło rezultatów. Może już spał. Ale była pewna, że tam był. Wyczuwała delikatną poświatę jego aury, ale z tej odległości i przez drzwi nie mogła zobaczyć jej szczegółów.
        Elfka zwróciła się w stronę tych drzwi i postąpiła jeden krok w ich stronę. Bezgłośnie i konspiracyjnie oświetliła światłem świecy starą klamkę i zamek. Przyłożyła rękę do drewnianego skrzydła, a potem prawy policzek, przytykając ucho do chłodnej płaszczyzny. Wytężony słuch wyłapał jakieś szuranie, które ją spłoszyło, bo nastąpiło tak nagle jakby ktoś zerwał się z łóżka. Zaskoczona cofnęła się i popędziła szybkim krokiem dalej, a za plecami usłyszała metalowe skrzypnięcie mechanizmu klamki i jak się spodziewała - co potem nastąpiło - zgrzytnięcie starych zawiasów. Trochę za późno, albo i nie, zdmuchnęła płomień świecy i otoczyła ją ciemność. Dopiero wtedy idąc dalej naprzód obróciła głowę oglądając się za siebie. Nie widziała za dobrze po tak nagłej zmianie natężenia światła, ale miała wrażenie, że widziała w korytarzu jakiś zarys człowieka. Pierwszy raz w życiu poczuła ciarki na plecach. Wiedziała, że zachowała się nieroztropnie. Po co w ogóle tam się zatrzymywała?
        Jej pokój był usytuowany na końcu owego korytarza. Był trochę większy od tego zajmowanego przez nowego gościa Morgana i miał własne wyjście na wielki balkon z widokiem na zaśnieżone szczyty gór. Po zamknięciu drzwi na klucz odłożyła zgaszoną świecę na stolik przy lustrze i za pomocą myśli wywołała iskierkę, od której na powrót zapalił się knot. W pokoju pojawiło się jeszcze kilka podobnych płomyczków od rozstawionych na meblach świeczek i apartament wypełniło ciepłe pomarańczowe światło. Dinitris miała swój kominek w pokoju, ale obojętny był jej chłód, dlatego nigdy go nie używała. Za to lubiła spać przy otwartym na oścież wyjściu na balkon. Wysokie okiennice wpuszczały do środka masy pachnącego źródłami powietrza i zimny blask księżyca, którym często zastępowała światło świec. Za dnia, kiedy robiła sobie wolne, czytała tam książki wypożyczone z osobistej biblioteczki Morgana. Ostatnia, która ją wciągnęła, i w trakcie której czytania była, rozprawiała o tematach nieznanych Dinitris. Kto by pomyślał, że czytanie o czyiś uczuciach będzie tak wciągające?
        Po rozczesaniu włosów. Przebraniu się w koszulę nocną, tradycyjnie wyszła na taras by jeszcze raz popatrzeć na góry. I teraz dopiero, dzięki przygodzie na korytarzu, zwróciła uwagę na pozostałą część widoku, który wcześniej jej nie interesował, czyli na całą linię okien na ścianie skrzydła mieszkalnego, który to miała po swojej prawej stronie, a z racji półokrągłego kształtu zamku, miała pełny wgląd w ich zawartość. Nie zamierzała jednak tego wykorzystywać, bo szanowała cudzą prywatność. No, szacunek to duże słowo. Może lepiej przyznać, że po prostu ją nie pociągało podglądanie sąsiadów. O tej porze kilka okien jeszcze oświetlały łuny pomarańczowych świateł i z każdą mijającą minutą zapewne będą gasnąć. Pora i by jej zgasły.
        Wróciła do środka i po zgaszeniu wszystkich świec wślizgnęła się do łóżka i podkurczyła kończyny zwijając się w kłębek jak kot. Zawsze tak spała. W każdej formie.
Avatar użytkownika
Dinitris
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Cerrina, Ariela, Melouria,
Rasa: Smok
Aura: Aura odznacza się siłą ponadprzeciętną i emanuje bursztynowym blaskiem już z oddali. Chroni ją twardy, żelazny pancerz, odbijający światło. W wielu miejscach widać także kobaltowe, smocze łuski. Pojawiające się znikąd i dochodzące z każdej strony jęki torturowanych oraz przytłaczający smród potrafią poważnie zaniepokoić. Po chwili coś jakby z tyłu uderzy, szybko da się przypisać to do grzmotu, przez chwilę widać nawet błyskawicę odbijającą się na powłoce. Szybko to zjawisko zanika i zastępują go uderzenia młota kowala. Wszystko ostatecznie kończy się w akompaniamencie harmonijnej melodii, płynnie zmieniającej swą tonację. Woń, która zaczyna stawać się coraz bardziej intensywna, jest ciężka, męczy zmysły i przypomina mieszankę wielu różnych zapachów, zarówno tych dobrych, jak i złych. Z wyjątkiem smoków, nikt inny nie będzie umieć przypisać tej nietypowej woni do czegoś konkretnego. W międzyczasie z dumą prezentuje swą elastyczność oraz ostre jak brzytwa krańce, częściowo pokryte chropowatymi wybrzuszeniami. W większości jednak powierzchnię pokrywa aksamitny meszek. W smaku natomiast niebywale pikantna wywołuje silne pragnienie, jednakże jakby złośliwym zrządzeniem losu jest też lepka i skleja usta.
Wygląd: Dinitris jak (prawie) każdy smok posiada wszystkie jego najważniejsze cechy, czyli wydłużone ciało pokryte łuską, parę błoniastych skrzydeł, cztery łapy, długi, wężowy ogon i rogi na łbie osadzonym na giętkiej, proporcjonalnie długiej szyi. Chciałoby się rzec: "to tyle w temacie", ale nie w przypadku smoków i co za tym idzie - nie w przypadku tego smoka. Dinitris jest ... (Więcej)

Postprzez Calathal » Wt mar 19, 2019 9:30 pm

Sen przyszedł do niego dość szybko, co było trochę dziwne, bo można było powiedzieć, iż było to nowe miejsce, w którym spał. Sen ten był raczej spokojny, chociaż raz wydawało mu się, że obudził się w nocy i podszedł do drzwi, bo wydawało mu się, że ktoś podsłuchiwał albo chciał wejść do pokoju, który teraz zajmował. Później wrócił do łóżka i znów poszedł spać.
Gdy już był ranek i zbudził się, gotów do treningu i rozmowy z Morganem na temat tego zadania, które miałby dla niego, nadal nie był pewien, czy nocny incydent tylko mu się przyśnił, czy rzeczywiście miał miejsce. Przez chwilę nawet zastanawiał się nad tym i rozważał, co działo się naprawdę, a co było tylko snem – niestety, nawet jeżeli rzeczywiście wstawał w nocy i sprawdzał swoje przypuszczenia, to wtedy i tak był tak bardzo zaspany i nagle wyrwany ze snu, że naprawdę można było mieć wrażenie, że może lunatykuje… ale to akurat nigdy mu się nie zdarzało.
”Dobra, mniejsza z tym” – powiedział w myślach sam do siebie, przypominając sobie też o tym, że jest ranek i Słońce już wzeszło, więc będzie mógł na własne oczy sprawdzić, czy rzeczywiście widok za oknem jest taki, o jaki poprosił.

I widok ten… naprawdę był piękny. Gdy Cal usiadł na łóżku, a jego fioletowe oczy spojrzały w okno, na horyzoncie mógł zobaczyć szczyty gór, niektóre pokryte śniegiem. Bliżej rósł rozległy las, a także znajdowały się inne góry – tym razem wszystko to miało już na sobie biały puch, pod którym uginały się gałęzie części drzew. Jednak między lasem a samymi murami klasztoru znajdowała się przestrzeń bez drzew, a jeszcze bliżej była też przepaść. Możliwe, że klasztor kiedyś mógłby być warownią, a sama przepaść miała za zadanie utrudnić albo w ogóle uniemożliwić wrogim wojskom natarcie właśnie z tamtej strony. Calathal otworzył okno, wpuszczając zimne powietrze do pokoju i wychylił się lekko, spoglądając w dół. Nie udało mu się dostrzec dna przepaści – nie dlatego, że była tak głęboka, a dlatego, że gęsta mgła skutecznie zasłaniała jej dno i tak samo skutecznie utrudniała próbę oceny tego, jak głęboka jest wyrwa w ziemi. Odchylił się, zamykając przy okazji okno.
Ubrał się szybko i uzbroił. Miał zamiar potrenować trochę swój wzrok i strzelanie z łuku. Co prawda, był w tym mistrzem i nie potrzebował ciągłych, regularnych treningów, jednak nawet on czasem powinien poświęcić czas właśnie na coś takiego, nie opierając się wyłącznie na pewności związanej ze swoimi umiejętnościami i walkach, gdzie przecież ciągle zdobywał doświadczenie bojowe. Dlatego też wyszedł z pokoju, zamknął drzwi na klucz i skierował się na dziedziniec.

Patrząc na to, że był jeszcze ranek i (prawdopodobnie) było jeszcze zimniej niż za dnia, dziedziniec był pusty, a nawet w drodze w to miejsce, elf spotkał tylko jedną osobę, którą krótko pozdrowił – głównie z grzeczności – i poszedł dalej. Właśnie na dziedzińcu rosło dość spore drzewo, które mogłoby nadać się na tymczasową tarczę, w którą będzie mógł chwilę postrzelać. Miał pewien pomysł, jak zrobić to tak, żeby jak najmniej uszkodzić drzewo, ale najpierw musiał sprawdzić jedną rzecz. Pochylił się i nabrał śniegu, a później spróbował ulepić z niego kulę – jeśli się uda, to jego pomysł także będzie do wykonania. Udało mu się to zrobić, a już po chwili śniegowa kulka leciała prosto w drzewo i uderzyła w nie, przyklejając się do pnia.
Podszedł bliżej drzewa i najpierw zdrapał z niego wcześniejszą śnieżkę i dobrał do niej trochę śniegu, tworząc nową. „Przykleił” ją na środku pnia, na wysokości, na której znalazłby się środek tarczy strzeleckiej, która byłaby na tyle wysoka, aby mógł do niej strzelać z pozycji stojącej. Później zrobił kilka kolejnych śnieżnych kulek i pierwszą z nich przyczepił dwie dłonie nad tą, która miała być środkiem. Pozostałe przyczepiał w takiej samej odległości od „środka”, tworząc z nich okrąg. W końcu skończył pracę i odszedł na trzy kroki, aby sprawdzić, jak wygląda jego tarcza. Wydawało mu się, że dobrze, więc odszedł jeszcze dalej, aż w końcu znalazł się przy ławkach stojących przy schodach, które prowadziły z budynku prosto na dziedziniec. Odległość wynosiła… właściwie Cal sam nie był pewien, ile. Jeśli miałby strzelać, to powiedziałby, że prawdopodobnie od „tarczy” dzieliło go trzydzieści albo trzydzieści pięć kroków. Zdarzało mu się strzelać w cele znajdujące się bliżej, a także w takie, które znajdowały się dalej i często w obu przypadkach były one ruchome.
Ściągnął z siebie płaszcz, które położył na ławce. Tam także wylądowała torba podróżna, sztylet w pochwie, a także łuk i kołczan wypełniony strzałami. Wykonał kilka ćwiczeń rozgrzewających, które przy okazji całkowicie wybudziły jego ciało i sprawiły, że było ono gotowe do działania. Dopiero po tym sięgnął po łuk i strzałę, którą nałożył na cięciwę. Napiął tą ostatnią, przygotowując się do strzału. Skupił wzrok na celu – którym był środek tarczy wykonanej ze śniegowych kulek – wciągnął zimne, poranne powietrze i wypuścił je ustami, w tym samym czasie wypuszczając strzałę. Pocisk przeciął powietrze i wbił się w śnieżkę. Cal uśmiechnął się sam do siebie i przygotował dwie strzały – jedną wbił w śnieg obok siebie, a drugą nałożył już na cięciwę. Znów skupił się na celu i wypuścił strzałę, później błyskawicznie sięgnął po drugą i ją także wypuścił. Obie dosięgnęły celu, wbijając się tuż obok tej, którą wypuścił na samym początku – jedna wbiła się po prawej, a druga po lewej.
         – Widzę, że ciągle jesteś w formie – usłyszał głos dobiegający ze schodów. Rozpoznał po nim Morgana, a gdy odwrócił się, to właśnie jego ujrzał stojącego przy barierce znajdującej się jakieś dwa łokcie nad ławką, przy której stał sam elf.
         – Nawet mistrz łuku powinien czasem zwyczajnie postrzelać do tarczy – odpowiedział mu Calathal.
         – Jadłeś już śniadanie? Jeśli nie, to mogę powiedzieć ci coś więcej o zdaniu właśnie przy śniadaniu – zaproponował gospodarz. Elf zgodził się na propozycję, chociaż zrobił to wyłącznie skinieniem głowy.
         – „Zniszczę” tarczę, pozbieram strzały i rzeczy, i możemy iść – odezwał się, już idąc w stronę prowizorycznej tarczy strzeleckiej. Najpierw wyciągnął pociski ze śnieżki, która była środkiem tarczy, a później zaczął odczepiać od drzewa te, które wyznaczały granicę całej tarczy strzeleckiej. Wrócił, strzały schował do kołczanu i szybko ubrał się, zabierając też swoje rzeczy.
         – Chodźmy… Wczoraj nie pokazałeś mi, gdzie jecie posiłki, więc sam pewnie trafiłbym tam wyłącznie przypadkiem – odparł Cal, uśmiechając się lekko, na co Morgan zresztą odpowiedział podobnym grymasem. Później poczekał chwilę, aż elf do niego dołączy i razem ruszyli w stronę jadalni.
Avatar użytkownika
Calathal
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Samiel, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin, Seviron, Nimroth,
Rasa: Lodowy Elf
Aura: Ta emanacja odznacza się całkiem sporą siłą, na jej powłoce występuje wiele różnych barw. Między innymi żelazna stanowiąca jakby tło dla nadzwyczajnej cynowej spirali oraz kobaltowego pyłu występującego niemal w każdym miejscy aury. Całość otula obsydianowe, tajemnicze światło. Wydziela delikatną, przyjemną woń lasu, wprawiającą w stan zamyślenia. Pogłębia to pojawiający się znikąd szept liści i zawodzenie wiatru. W dotyku jest naprawdę twarda, trudna do złamania, ale także gnie się, popisując widowiskową elastycznością. Powierzchnia charakteryzuje się również swą kuszącą aksamitnością i niebezpiecznie wyglądającymi ostrymi wykończeniami. Lepi się nieznośnie do podniebienia i uparcie dąży do tego, by skleić wargi, zostawia po sobie przyjemny, łagodny posmak.
Wygląd: Calathal jest lodowym elfem, co od razu widać po jego wyglądzie. Jest wysoki na sześć i pół stopy, a jego ciało ma atletyczną budowę, co zawdzięcza wielu treningom. Twarz elfa ma, raczej, ostre rysy z dość wyraźnie zarysowaną linią szczęki i lekko wklęsłymi policzkami. Oczy Cala mają barwę jasnego i ciemnego fioletu, chociaż ten drugi składa się zaledwie na kilka cienkich ... (Więcej)


Powrót do Góry Dasso

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron