[Miasto] Nagły przypadek


Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.

Postprzez Dérigéntirh » Pn lis 12, 2018 12:22 am

Wydarzenia poprzedzające

        Odrapane ściany pokoju, zabrudzony panterołaczą, cenną krwią dywan, nieprzytomny mężczyzna leżący w kącie – wszystko to zniknęło, a przez ułamek sekundy całą przestrzeń zapełniała biel, z której nagle, zupełnie jakby ktoś poderwał kurtynę do góry, wyłoniły się zarysy kolejnego pomieszczenia, jakże jednak różniącego się od poprzedniego. Pojawili się pół cala w powietrzu, ale delikatnie opadli na gruby, miękki dywan utrzymany w zimniejszych barwach, którą teraz zaburzyły resztki czerwieni wydostającej się z rany Creviego – ta krew, która jeszcze nie obróciła się w czerń. Ozdobny, bez wątpienia drogi materiał bez wątpienia wymagał teraz odnowienia, aby móc ponownie dobrze się prezentować. Znajdowali się w czymś, co wyglądało na salon – wokół nich znajdowały się sofy oraz kanapy wyścielane aksamitem o zielonej brawie - wysoko nad ich głowami wisiał wykonany ze srebra żyrandol, zamocowany na wysokim suficie. Dalej w pomieszczeniu znajdowały się dwie klatki schodowe, prowadzące na dwa tarasy po obu stronach; na bogatych meblach znajdowały się ozdoby, wykonane z cennych minerałów rzeźby, wazony, a na ścianach rozwieszone były obrazy, z których niejeden musiał być dziełem sztuki. Dérigéntirh odetchnął. Udało im się, teraz powinno wszystko już być dobrze.
        - W porządku po teleportacji? Nie czujesz czegoś... dziwnego? Oprócz tego... no wiesz...
        Spojrzał na panterołaka, który zamglonymi oczami rozglądała się, nie wiedząc, gdzie się znajduje; smok położył mu dłoń na czole, nie, aby sprawdzić temperaturę, bo doskonale wyczuwał stan zapalny, który zapanował w organizmie, ale żeby w ten sposób spróbować go pokrzepić. Jego druga dłoń znajdowała się wciąż na klatce piersiowej, przez którą starał się przesyłać do ciała Creviego energię życiową. To w połączeniu z powstrzymywaniem magicznej zarazy było całkiem obciążające nawet dla smoka. Czuł, jak się poci.
        ”Czemu to tyle zajmuje...?”, pomyślał zdenerwowany, zaglądając na wejścia do korytarzy prowadzących do pomieszczenia; jego pojawienie się było na tyle magicznym aktem, że nie mogło ujść uwadze gospodarzowi, który powinien już tu być. Dérigénitrh ponownie spojrzał na Sanayę, przyglądając się jej twarzy z niepokojem.
        - San? Nie mogę się oddalić od Creviego, bo muszę podtrzymywać magię. Czy mogłabyś wstać i rozejrzeć się za...
        - Nawet proszeni goście często trafiają za drzwiami, dlatego lepiej, abyście mieli dobry powód, aby tu być – odezwał się kobiecy głos za ich plecami, który jednak miał w sobie coś mrocznego i nadnaturalnego. Dérigéntirh obejrzał się i ujrzał postać ciemnej szacie utrzymanej w połączeniu zieleni z fioletem, ale nie jakiejś prostej, typowej dla mnichów; była opięta pasami i przylegała do ciała – pod pasem rozdwajała się na dwie części, dając większą swobodę dla nóg odzianych w zwiewne spodnie oraz wysokie buty; kaptur zasłaniał większość twarzy, jednak nie na tyle, aby ich spojrzenia nie mogły się spotkać.
        W jej oczach pojawił się błysk zaskoczenia, i wyraźny znak na to, że czeka na wyjaśnienia; zniknął, gdy tylko dostrzegła leżącego w drgawkach panterołaka. Dotychczas stała w przejściu jednego z holi odchodzących od salonu, ale teraz podbiegła, przykucając i szybko lustrując zmiennokształtnego – gdy jej wzrok padł na dłoń, zrozumiała.
        - Odsuńcie się – powiedziała twardym głosem nieznoszącym sprzeciwu, w którym jednak dało się poczuć nutkę poddenerwowania. Dérigéntirh położył dłoń na ramieniu San i lekko odciągnął od Creviego, tak, że obydwoje stali teraz w pobliżu jednej z sof.
        - Silna magia śmierci może być szkodliwa dla żywych osób w jej pobliżu – powiedział smok do Sanayi, chcąc jej wytłumaczyć, dlaczego musiała zostawić panterołaka w takiej sytuacji – pochylała się nad nim teraz kobieta w szacie, a po chwili wokół nich pojawiła się ściana z magii – fioletowa, przezroczysta energia wystrzeliwała od podłogi do sufitu, sprawiając, że skóra na ciele smoka drżała – mało istot uznawało kontakt z tym rodzajem magii za przyjemny, a w tak silnym stężeniu tym bardziej.
        Chwila trwała kilka uderzeń serca, aż smok nie poczuł, jak nacisk niszczycielskiej magii w ciele Creviego słabnie – mógł już bezpiecznie przerwać powstrzymywanie zarazy od rozprzestrzeniania się. Światło zgasło, a kobieta chwyciła panterołaka za nogi i szyję, po czym bezpiecznie przeniosła go na kanapę i położyła – jego głowa wylądowała na poduszce, tuż obok Sanayi. Crevi był nieprzytomny – spał, zupełnie, jakby nic się nie działo.
        - Zdołam ją powstrzymać przez jakiś czas, ale nie wiem, jak długo dokładnie – odezwała się magiczka do smoka, który pokiwał głową. - Obawiam się jednak, że...
        - Wiem, jak na to poradzić. Wystarczy, że nie pozwolisz mu umrzeć.
        - Oh... oczywiście, że masz pomysł. A kim jest twoja towarzyszka?
        - To Sanaya – powiedział smok, odsuwając się nieco od alchemiczki i wskazując na nią ramieniem. - Jest alchemiczką, ona... chce zaadoptować tego panterołaka wraz z jego bratem, jesteśmy prosto z Menaos, ale zdarzył się wypadek... San, to...
        Postać spojrzała na alchemiczkę, a ta dopiero teraz mogła dobrze przyjrzeć się twarzy pod kapturem i dostrzec przypominającą skałę „skórę”, przypominająca maskę oraz dwa oczodoły, w których płonęły magiczne ogniki o jasnofioletowej barwie. Kobieta wyciągnęła rękę, a materiał jej  długiego rękawa osunął się, ukazując kościstą dłoń. Na ulepionej jakby z gliny twarzy pojawił się niewielki uśmiech.
        - Jestem Leastafis. Żałuję, że nie spotykamy się w lepszych okolicznościach. Współczuję tego, przez co musisz przechodzić, ale bądź pewna, że zatrzymam od twojego syna śmierć tak długo, jak tylko jestem w stanie.
Avatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr,
Rasa: Złoty smok
Aura: Jeśli tutaj trafiłeś, masz nie lada szczęście, nie co dzień bowiem widuje się taką aurę. Jej siła jest wyraźna, wykraczająca poza przeciętność co jako pierwsze przykuje twoją uwagę. Zaraz potem skupisz się na wewnętrznych odczuciach jakie wywołuje, a tu dopadnie cię ambiwalencja. Sam nie wiesz czy od emanacji bije przyjazne ciepło czy też zdystansowany chłód. Łatwo jednak podjąć decyzję o dłuższym pozostaniu w tym miejscu. Owszem chcesz zachowywać się grzecznie, ale nie czujesz się zagrożony. Dopiero teraz potrafisz skupić się na wyglądzie aury, a prezentuje się ona jako solidnie już zmatowiała misterna mozaika. Czas jako jedyny sprawiedliwy na tym świecie, nie szczędzi nikogo, każdego traktując jednakowo. Tak też barwy są wytarte ale nie wypłowiałe. Szafirowa poświata unosi się wokół delikatnie, niczym poranna mgła. Wiele drobnych kobaltowych elementów zazębia się tworząc niezrozumiałe i zawiłe wzory. Z nimi mieszają się podobne im cynowe płytki, ale i one nie wiele ci wyjaśnią. Nawet złote zwieńczenia wplątane w labirynty kolorów, nie ukazują pełni. Rozumiesz znaczenia poszczególnych barw, ale wciąż z ciekawością wypatrujesz ujawnienia całości obrazu. Początkowo w twych pytaniach wspiera cię cisza. Tło jednak pasując do mozaiki również zaczyna ujawniać coraz to kolejne elementy układanki, najpierw rozbrzmiewając brzęczeniem, później przechodząc w liczne głosy grające wesoło. Te subtelnie przechodzą w kojącą melodię, która zniknie wybrzmiewając echem, a ty wciąż jeszcze nie wiesz z czym tak naprawdę się mierzysz. Dotykasz otoczenia i jest takie jakiego byś się spodziewał, twarde ale jednocześnie uginające się pod palcami by nie popękać. Gładkie ale uwieńczone bardzo ostrymi brzegami. Pozostaje ci posmakować otaczającego cię powietrza. A ono pasuje do ogólnych odczuć, jest łagodne z nutą kwasowości oraz intensywnie lepkie. Dopiero teraz pojmiesz mnogość zapachów, która towarzyszyła ci przez cały czas, tylko tego nie dostrzegałeś. To nie mozaika, stoisz na smoczych łuskach.
Wygląd: Każdy, kto kiedyś ujrzał na własne oczy jakiegokolwiek smoka, będzie zmuszony przyznać, że istoty te posiadają jakiś nieziemski urok, niemożliwy do osiągnięcia przez przedstawiciela jakiejkolwiek innej rasy, obraz potęgi, głębi, ale i piękna. Wiąże się to najpewniej z magiczną naturą tych stworzeń, prawdziwych dzieci Prasmoka. Dlatego też nie powinno dziwić, że ... (Więcej)

Postprzez Sanaya » Śr lis 14, 2018 9:09 pm

        Już raz mając za sobą przenoszenie się za pomocą magii Sanaya wiedziała czego się spodziewać, nie sprawiła więc żadnego problemu. Mocno trzymała jednak przy sobie Creviego, by dać mu poczucie komfortu i ewentualne oparcie, gdyby zakręciło mu się w głowie albo zrobiło mu się niedobrze. Cały czas obserwowała go z niepokojem - widziała jak jego stan gwałtownie się pogarszał mimo zaklęć Kaonitesa. Martwiła się tak bardzo, że coraz trudniej było jej to ukryć, ale nadal w miarę się trzymała – aż dziw skąd brała w sobie tę całą odwagę. Chyba po prostu nie myślała o żadnych konsekwencjach: liczyło się tylko to, by Crevi nie cierpiał i by z tego wyszedł…
        Na moment teleportacji Sanaya zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, znajdowali się już w zupełnie innym pomieszczeniu. Alchemiczka odruchowo się po nim rozejrzała, od razu zauważając, że pokój był większy niż cały jej dom, a jego wyposażenie z pewnością pochodziło z wyższej półki. Gdzie trafili? Z pewnością do siedziby jakiegoś maga – dość mrocznej, choć urządzonej z gustem.
        Głos Kaonitesa pozwolił Sanayi ponownie skupić myśli na tym, co działo się tuż przed nią. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, gotowa zrobić wszystko, o co ten ją poprosi – przecież chodziło o życie Creviego. Mimo to poczuła drobne ukłucie żalu na myśl, że miałaby chłopca tu zostawić. Wiedziała, że był pod dobrą opieką i że Kaonites dołoży wszelkich starań, by nie stała mu się krzywda, ale jednak… Sanaya zdołała jednak sprężyć się w sobie i kiwnęła głową na znak, że rozumie i zrobi co trzeba, lecz w tym momencie okazało się, że nie było takiej konieczności – ta, której miała szukać, sama do nich przyszła. Alchemiczka obróciła się gwałtownie i spojrzała z zaskoczeniem na – jak się domyślała – panią tego domu, której to widok wywołał u niej jeszcze większe zaskoczenie. Kobieta wyglądała dość nietypowo, a ton jej głosu mógł przyprawić o ciarki, choć na razie jedynie uprzejmie ich ostrzegała. Sanaya z niepokojem pomyślała, czy faktycznie przez naruszenie miru domowe nie zostaną wyrzuceni za próg, bo jak wiadomo, magowie bywali jeszcze bardziej ekscentryczni niż alchemicy, lecz jej obawy okazały się niezasadne – kobieta zorientowawszy się w sytuacji bez żadnych dodatkowych wyjaśnień i przejęła inicjatywę. Tai umknął przy tym wyraz jej oczu, gdy spojrzała na Kaonitesa.
        Sanaya podniosła na maginię pełen rozpaczliwego sprzeciwu wzrok, gdy ta kazała jej się odsunąć. Dlaczego nie mogła zostać przy Crevim? Nie przeszkadzałaby przecież, a tak bardzo nie chciała zostawiać go samego, chciała, by był przy nim ktoś znajomy… Dopiero interwencja elfa pomogła jej spełnić polecenie i w końcu alchemiczka – nadal z pewnym wahaniem – odpuściła. Wstała i odsunęła się, lecz ani na moment nie spuściła oka z panterołaka. Wyjaśnienia Kaonitesa dotarły do niej jak przez mgłę, ale przyjęła je z niemrawym „yhm”. Wzdrygnęła się, gdy chłopca i pochylającą się nad nim kobietę otoczyła kolumna magicznej energii – przeszedł ją bardzo nieprzyjemny, niepokojący dreszcz. Zaraz spojrzała pytająco na elfa i dostrzegła, że on również się skrzywił, lecz nie wyglądał na bardziej zaniepokojonego niż do tej pory i to ją trochę uspokoiło. Stała więc w miejscu nerwowo przestępując z nogi na nogę i patrząc to na Creviego, to na Kaonitesa. W końcu obróciła się w stronę elfa i oparła głowę na jego ramieniu, niemo prosząc o pocieszenie, bo pod warstwą farby z pewnością była już cała siwa ze strachu.
        Przygaśnięcie fioletowej poświaty było sygnałem, że cokolwiek się działo, dobiegło już końca. Sanaya ostrożnie zerknęła w tamtą stronę, a gdy zobaczyła egzotyczną kobietę przenoszącą panterołaka na kanapę, obróciła się już całkowicie i nie pytając nikogo czy może, podeszła do niego. Przykucnęła przy podłokietniku, na którym oparta była głowa chłopaka i patrzyła na niego z troską, nie dotykając go jednak na wszelki wypadek, bo nie wiedziała jaka magia została na nim zastosowana - nie chciała niczego zepsuć. Trochę uspokoił ją wyraz twarzy Creviego - prawie jakby odpoczywał… Prawie jakby nic mu nie było.
        Rozmowa między Kaonitesem a maginią toczyła się jakby nad głową alchemiczki, która ocknęła się dopiero słysząc swoje imię. Wtedy to wstała i ostatni raz zerkając na panterołaka odwróciła się w ich stronę. Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się gospodyni… Kim lub czym ona jednak była, tego nie wiedziała. Ta twarz, oczy, skóra - wyglądały jak sztuczne, jak pergamin. To magia tak ją zmieniła? A może należała do rasy, której alchemiczka po prostu nie znała? Nie wypadało pytać, tym bardziej, że kobieta wykazała się tak wielkim sercem pomagając im i nie zadając wcześniej żadnych pytań. Zresztą to wszystko nie było aż tak zaskakujące jak imię, które padło. Leastafis. Sanaya przez moment zastanawiała się co ją w sumie tak zaskoczyło - przecież wiedziała, że ta kobieta to nie byle kto, a na dodatek była z Kaonitesem blisko, więc w sumie jej wybór był na swój sposób logiczny. Mimo to perspektywa spotkania z nią zdawała się być dziwnie nierealna - jakby stanęła przed jakąś mityczna postacią - lecz jakimś cudem alchemiczce udało się trzymać fason.
        - Sanaya Tai – przedstawiła się, choć Kaonites dokonał już prezentacji. Uścisnęła Leastafis dłoń, był to jednak uścisk dość lekki, gdyż alchemiczka bała się, by nie sprawić jej bólu. Wybranka elfa wyglądała na osobę bardzo delikatną, choć oczywiście potężną: świadczyło o tym nie tylko to, czego dokonała przed chwilą, ale również to co o niej mówiono…
        - Wiele o tobie słyszałam – oświadczyła alchemiczka, co zabrzmiałoby jak pusta grzeczność gdyby nie lekko cwaniacki uśmiech i wymowne spojrzenie na leżącego na kanapie chłopca, które poprzedziły drugą część wypowiedzi. – Ponoć doskonale drapiesz po głowie.
        Oczywiście Tai wiedziała o Leastafis więcej niż tylko tę śmieszną obserwację poczynioną przez Creviego, lecz atmosfera i tak już była tak ciężka, a ona tak skrajnie nerwowa, że musiała chociaż trochę spróbować to rozładować. Oby pani tego domu nie miała jej tego za złe.
        - Dziękuję – odpowiedziała tak po prostu, gdy magini zapewniła o dołożeniu wszelkich starań do utrzymania panterołaka przy życiu. Jej wzrok co chwilę uciekał w jego kierunku, a wtedy w jej łatwych do rozczytania oczach malowała się prawdziwa matczyna troska.
        - On jest z “Dobrej nadziei” z Menaos - wyjaśniła, choć zdawało jej się, że Leastafis i tak to już wiedziała. - To cudowny chłopak, dobrze wychowany i taki energiczny. I troskliwy, bardzo troskliwy… Nie byłoby go tu, gdyby taki nie był… - spróbowała wytłumaczyć, lecz głos jej zadrżał. Zacisnęła zęby i pokręciła głową. Kontynuować mogła dopiero po nabraniu głębokiego tchu.
        - Jeszcze nawet nie wiedział, nie rozmawiałam z nim, że chcę by ze mną zamieszkał razem z bratem, ale już i tak traktował mnie jak swoją… Dla niego naprawdę…
        Sanayi znowu głos uwiązł z przejęcia w gardle. Spojrzała na Kaonitesa i samym spojrzeniem poprosiła go, by coś zrobił, powiedział, bo ona była na cokolwiek zbyt roztrzęsiona.
Avatar użytkownika
Sanaya
Upiór z Krainy Marzeń
 
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Ranga: Obrazek
Rasa: Człowiek
Aura: Nie nazbyt silna aura błyszczy się i jaśnieje szafirem. Wokół postaci leżą porozkładane, lśniące cyną kolby, garnuszki, fiolki i palniki, z których to unoszą się ku górze kłęby rtęciowego dymu roztaczając wszędzie duszący zapach chemikaliów. Te chemiczne nuty łagodzi woń henny i orientalnych, rozgrzewających przypraw sprawiając, że serce czytelnika momentalnie topnieje. Na samej aurze dostrzec można przeróżne miedziane wzory i jakby zapisane na niej mieniące się kobaltem notatki. W dotyku rani ostrymi brzegami, ale ugina się łatwo i jest nawet lekko miękka. Przejeżdżając po niej dłonią poczujesz niezwykle ów wspomniane ciepło bijące niemalże z jej samego centrum, a gdzieniegdzie spotkasz się z gładkimi miejscami. Wsłuchując się w nią nic jednak nie usłyszysz, może jedynie ciche bulgotanie przyrządzanych mikstur. Usta sucho się zlepią w łagodnym acz kwaśnym smaku.
Wygląd: Sanaya jest wysoka jak na kobietę, ma dokładnie jeden sążeń wzrostu (178 cm), co zawdzięcza przede wszystkim długim nogom. Jest szczupła, nie może pochwalić się ani nęcącym biustem, ani biodrami dobrymi do rodzenia dzieci, nadal jednak można uznać, że jest dość zgrabna, a to tylko dzięki odpowiednio zarysowanej i podkreślonej talii - gdyby nie to, mogłaby być mylona z ... (Więcej)


Powrót do Mauria

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron