[Miasto] Nagły przypadek


Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.

Postprzez Dérigéntirh » Pn lis 12, 2018 12:22 am

Wydarzenia poprzedzające

        Odrapane ściany pokoju, zabrudzony panterołaczą, cenną krwią dywan, nieprzytomny mężczyzna leżący w kącie – wszystko to zniknęło, a przez ułamek sekundy całą przestrzeń zapełniała biel, z której nagle, zupełnie jakby ktoś poderwał kurtynę do góry, wyłoniły się zarysy kolejnego pomieszczenia, jakże jednak różniącego się od poprzedniego. Pojawili się pół cala w powietrzu, ale delikatnie opadli na gruby, miękki dywan utrzymany w zimniejszych barwach, którą teraz zaburzyły resztki czerwieni wydostającej się z rany Creviego – ta krew, która jeszcze nie obróciła się w czerń. Ozdobny, bez wątpienia drogi materiał bez wątpienia wymagał teraz odnowienia, aby móc ponownie dobrze się prezentować. Znajdowali się w czymś, co wyglądało na salon – wokół nich znajdowały się sofy oraz kanapy wyścielane aksamitem o zielonej brawie - wysoko nad ich głowami wisiał wykonany ze srebra żyrandol, zamocowany na wysokim suficie. Dalej w pomieszczeniu znajdowały się dwie klatki schodowe, prowadzące na dwa tarasy po obu stronach; na bogatych meblach znajdowały się ozdoby, wykonane z cennych minerałów rzeźby, wazony, a na ścianach rozwieszone były obrazy, z których niejeden musiał być dziełem sztuki. Dérigéntirh odetchnął. Udało im się, teraz powinno wszystko już być dobrze.
        - W porządku po teleportacji? Nie czujesz czegoś... dziwnego? Oprócz tego... no wiesz...
        Spojrzał na panterołaka, który zamglonymi oczami rozglądała się, nie wiedząc, gdzie się znajduje; smok położył mu dłoń na czole, nie, aby sprawdzić temperaturę, bo doskonale wyczuwał stan zapalny, który zapanował w organizmie, ale żeby w ten sposób spróbować go pokrzepić. Jego druga dłoń znajdowała się wciąż na klatce piersiowej, przez którą starał się przesyłać do ciała Creviego energię życiową. To w połączeniu z powstrzymywaniem magicznej zarazy było całkiem obciążające nawet dla smoka. Czuł, jak się poci.
        ”Czemu to tyle zajmuje...?”, pomyślał zdenerwowany, zaglądając na wejścia do korytarzy prowadzących do pomieszczenia; jego pojawienie się było na tyle magicznym aktem, że nie mogło ujść uwadze gospodarzowi, który powinien już tu być. Dérigénitrh ponownie spojrzał na Sanayę, przyglądając się jej twarzy z niepokojem.
        - San? Nie mogę się oddalić od Creviego, bo muszę podtrzymywać magię. Czy mogłabyś wstać i rozejrzeć się za...
        - Nawet proszeni goście często trafiają za drzwiami, dlatego lepiej, abyście mieli dobry powód, aby tu być – odezwał się kobiecy głos za ich plecami, który jednak miał w sobie coś mrocznego i nadnaturalnego. Dérigéntirh obejrzał się i ujrzał postać ciemnej szacie utrzymanej w połączeniu zieleni z fioletem, ale nie jakiejś prostej, typowej dla mnichów; była opięta pasami i przylegała do ciała – pod pasem rozdwajała się na dwie części, dając większą swobodę dla nóg odzianych w zwiewne spodnie oraz wysokie buty; kaptur zasłaniał większość twarzy, jednak nie na tyle, aby ich spojrzenia nie mogły się spotkać.
        W jej oczach pojawił się błysk zaskoczenia, i wyraźny znak na to, że czeka na wyjaśnienia; zniknął, gdy tylko dostrzegła leżącego w drgawkach panterołaka. Dotychczas stała w przejściu jednego z holi odchodzących od salonu, ale teraz podbiegła, przykucając i szybko lustrując zmiennokształtnego – gdy jej wzrok padł na dłoń, zrozumiała.
        - Odsuńcie się – powiedziała twardym głosem nieznoszącym sprzeciwu, w którym jednak dało się poczuć nutkę poddenerwowania. Dérigéntirh położył dłoń na ramieniu San i lekko odciągnął od Creviego, tak, że obydwoje stali teraz w pobliżu jednej z sof.
        - Silna magia śmierci może być szkodliwa dla żywych osób w jej pobliżu – powiedział smok do Sanayi, chcąc jej wytłumaczyć, dlaczego musiała zostawić panterołaka w takiej sytuacji – pochylała się nad nim teraz kobieta w szacie, a po chwili wokół nich pojawiła się ściana z magii – fioletowa, przezroczysta energia wystrzeliwała od podłogi do sufitu, sprawiając, że skóra na ciele smoka drżała – mało istot uznawało kontakt z tym rodzajem magii za przyjemny, a w tak silnym stężeniu tym bardziej.
        Chwila trwała kilka uderzeń serca, aż smok nie poczuł, jak nacisk niszczycielskiej magii w ciele Creviego słabnie – mógł już bezpiecznie przerwać powstrzymywanie zarazy od rozprzestrzeniania się. Światło zgasło, a kobieta chwyciła panterołaka za nogi i szyję, po czym bezpiecznie przeniosła go na kanapę i położyła – jego głowa wylądowała na poduszce, tuż obok Sanayi. Crevi był nieprzytomny – spał, zupełnie, jakby nic się nie działo.
        - Zdołam ją powstrzymać przez jakiś czas, ale nie wiem, jak długo dokładnie – odezwała się magiczka do smoka, który pokiwał głową. - Obawiam się jednak, że...
        - Wiem, jak na to poradzić. Wystarczy, że nie pozwolisz mu umrzeć.
        - Oh... oczywiście, że masz pomysł. A kim jest twoja towarzyszka?
        - To Sanaya – powiedział smok, odsuwając się nieco od alchemiczki i wskazując na nią ramieniem. - Jest alchemiczką, ona... chce zaadoptować tego panterołaka wraz z jego bratem, jesteśmy prosto z Menaos, ale zdarzył się wypadek... San, to...
        Postać spojrzała na alchemiczkę, a ta dopiero teraz mogła dobrze przyjrzeć się twarzy pod kapturem i dostrzec przypominającą skałę „skórę”, przypominająca maskę oraz dwa oczodoły, w których płonęły magiczne ogniki o jasnofioletowej barwie. Kobieta wyciągnęła rękę, a materiał jej  długiego rękawa osunął się, ukazując kościstą dłoń. Na ulepionej jakby z gliny twarzy pojawił się niewielki uśmiech.
        - Jestem Leastafis. Żałuję, że nie spotykamy się w lepszych okolicznościach. Współczuję tego, przez co musisz przechodzić, ale bądź pewna, że zatrzymam od twojego syna śmierć tak długo, jak tylko jestem w stanie.
Avatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr,
Rasa: Złoty smok
Aura: Jeśli tutaj trafiłeś, masz nie lada szczęście, nie co dzień bowiem widuje się taką aurę. Jej siła jest wyraźna, wykraczająca poza przeciętność co jako pierwsze przykuje twoją uwagę. Zaraz potem skupisz się na wewnętrznych odczuciach jakie wywołuje, a tu dopadnie cię ambiwalencja. Sam nie wiesz czy od emanacji bije przyjazne ciepło czy też zdystansowany chłód. Łatwo jednak podjąć decyzję o dłuższym pozostaniu w tym miejscu. Owszem chcesz zachowywać się grzecznie, ale nie czujesz się zagrożony. Dopiero teraz potrafisz skupić się na wyglądzie aury, a prezentuje się ona jako solidnie już zmatowiała misterna mozaika. Czas jako jedyny sprawiedliwy na tym świecie, nie szczędzi nikogo, każdego traktując jednakowo. Tak też barwy są wytarte ale nie wypłowiałe. Szafirowa poświata unosi się wokół delikatnie, niczym poranna mgła. Wiele drobnych kobaltowych elementów zazębia się tworząc niezrozumiałe i zawiłe wzory. Z nimi mieszają się podobne im cynowe płytki, ale i one nie wiele ci wyjaśnią. Nawet złote zwieńczenia wplątane w labirynty kolorów, nie ukazują pełni. Rozumiesz znaczenia poszczególnych barw, ale wciąż z ciekawością wypatrujesz ujawnienia całości obrazu. Początkowo w twych pytaniach wspiera cię cisza. Tło jednak pasując do mozaiki również zaczyna ujawniać coraz to kolejne elementy układanki, najpierw rozbrzmiewając brzęczeniem, później przechodząc w liczne głosy grające wesoło. Te subtelnie przechodzą w kojącą melodię, która zniknie wybrzmiewając echem, a ty wciąż jeszcze nie wiesz z czym tak naprawdę się mierzysz. Dotykasz otoczenia i jest takie jakiego byś się spodziewał, twarde ale jednocześnie uginające się pod palcami by nie popękać. Gładkie ale uwieńczone bardzo ostrymi brzegami. Pozostaje ci posmakować otaczającego cię powietrza. A ono pasuje do ogólnych odczuć, jest łagodne z nutą kwasowości oraz intensywnie lepkie. Dopiero teraz pojmiesz mnogość zapachów, która towarzyszyła ci przez cały czas, tylko tego nie dostrzegałeś. To nie mozaika, stoisz na smoczych łuskach.
Wygląd: Każdy, kto kiedyś ujrzał na własne oczy jakiegokolwiek smoka, będzie zmuszony przyznać, że istoty te posiadają jakiś nieziemski urok, niemożliwy do osiągnięcia przez przedstawiciela jakiejkolwiek innej rasy, obraz potęgi, głębi, ale i piękna. Wiąże się to najpewniej z magiczną naturą tych stworzeń, prawdziwych dzieci Prasmoka. Dlatego też nie powinno dziwić, że ... (Więcej)

Postprzez Sanaya » Śr lis 14, 2018 9:09 pm

        Już raz mając za sobą przenoszenie się za pomocą magii Sanaya wiedziała czego się spodziewać, nie sprawiła więc żadnego problemu. Mocno trzymała jednak przy sobie Creviego, by dać mu poczucie komfortu i ewentualne oparcie, gdyby zakręciło mu się w głowie albo zrobiło mu się niedobrze. Cały czas obserwowała go z niepokojem - widziała jak jego stan gwałtownie się pogarszał mimo zaklęć Kaonitesa. Martwiła się tak bardzo, że coraz trudniej było jej to ukryć, ale nadal w miarę się trzymała – aż dziw skąd brała w sobie tę całą odwagę. Chyba po prostu nie myślała o żadnych konsekwencjach: liczyło się tylko to, by Crevi nie cierpiał i by z tego wyszedł…
        Na moment teleportacji Sanaya zamknęła oczy, a gdy je otworzyła, znajdowali się już w zupełnie innym pomieszczeniu. Alchemiczka odruchowo się po nim rozejrzała, od razu zauważając, że pokój był większy niż cały jej dom, a jego wyposażenie z pewnością pochodziło z wyższej półki. Gdzie trafili? Z pewnością do siedziby jakiegoś maga – dość mrocznej, choć urządzonej z gustem.
        Głos Kaonitesa pozwolił Sanayi ponownie skupić myśli na tym, co działo się tuż przed nią. Spojrzała na niego pytającym wzrokiem, gotowa zrobić wszystko, o co ten ją poprosi – przecież chodziło o życie Creviego. Mimo to poczuła drobne ukłucie żalu na myśl, że miałaby chłopca tu zostawić. Wiedziała, że był pod dobrą opieką i że Kaonites dołoży wszelkich starań, by nie stała mu się krzywda, ale jednak… Sanaya zdołała jednak sprężyć się w sobie i kiwnęła głową na znak, że rozumie i zrobi co trzeba, lecz w tym momencie okazało się, że nie było takiej konieczności – ta, której miała szukać, sama do nich przyszła. Alchemiczka obróciła się gwałtownie i spojrzała z zaskoczeniem na – jak się domyślała – panią tego domu, której to widok wywołał u niej jeszcze większe zaskoczenie. Kobieta wyglądała dość nietypowo, a ton jej głosu mógł przyprawić o ciarki, choć na razie jedynie uprzejmie ich ostrzegała. Sanaya z niepokojem pomyślała, czy faktycznie przez naruszenie miru domowe nie zostaną wyrzuceni za próg, bo jak wiadomo, magowie bywali jeszcze bardziej ekscentryczni niż alchemicy, lecz jej obawy okazały się niezasadne – kobieta zorientowawszy się w sytuacji bez żadnych dodatkowych wyjaśnień i przejęła inicjatywę. Tai umknął przy tym wyraz jej oczu, gdy spojrzała na Kaonitesa.
        Sanaya podniosła na maginię pełen rozpaczliwego sprzeciwu wzrok, gdy ta kazała jej się odsunąć. Dlaczego nie mogła zostać przy Crevim? Nie przeszkadzałaby przecież, a tak bardzo nie chciała zostawiać go samego, chciała, by był przy nim ktoś znajomy… Dopiero interwencja elfa pomogła jej spełnić polecenie i w końcu alchemiczka – nadal z pewnym wahaniem – odpuściła. Wstała i odsunęła się, lecz ani na moment nie spuściła oka z panterołaka. Wyjaśnienia Kaonitesa dotarły do niej jak przez mgłę, ale przyjęła je z niemrawym „yhm”. Wzdrygnęła się, gdy chłopca i pochylającą się nad nim kobietę otoczyła kolumna magicznej energii – przeszedł ją bardzo nieprzyjemny, niepokojący dreszcz. Zaraz spojrzała pytająco na elfa i dostrzegła, że on również się skrzywił, lecz nie wyglądał na bardziej zaniepokojonego niż do tej pory i to ją trochę uspokoiło. Stała więc w miejscu nerwowo przestępując z nogi na nogę i patrząc to na Creviego, to na Kaonitesa. W końcu obróciła się w stronę elfa i oparła głowę na jego ramieniu, niemo prosząc o pocieszenie, bo pod warstwą farby z pewnością była już cała siwa ze strachu.
        Przygaśnięcie fioletowej poświaty było sygnałem, że cokolwiek się działo, dobiegło już końca. Sanaya ostrożnie zerknęła w tamtą stronę, a gdy zobaczyła egzotyczną kobietę przenoszącą panterołaka na kanapę, obróciła się już całkowicie i nie pytając nikogo czy może, podeszła do niego. Przykucnęła przy podłokietniku, na którym oparta była głowa chłopaka i patrzyła na niego z troską, nie dotykając go jednak na wszelki wypadek, bo nie wiedziała jaka magia została na nim zastosowana - nie chciała niczego zepsuć. Trochę uspokoił ją wyraz twarzy Creviego - prawie jakby odpoczywał… Prawie jakby nic mu nie było.
        Rozmowa między Kaonitesem a maginią toczyła się jakby nad głową alchemiczki, która ocknęła się dopiero słysząc swoje imię. Wtedy to wstała i ostatni raz zerkając na panterołaka odwróciła się w ich stronę. Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się gospodyni… Kim lub czym ona jednak była, tego nie wiedziała. Ta twarz, oczy, skóra - wyglądały jak sztuczne, jak pergamin. To magia tak ją zmieniła? A może należała do rasy, której alchemiczka po prostu nie znała? Nie wypadało pytać, tym bardziej, że kobieta wykazała się tak wielkim sercem pomagając im i nie zadając wcześniej żadnych pytań. Zresztą to wszystko nie było aż tak zaskakujące jak imię, które padło. Leastafis. Sanaya przez moment zastanawiała się co ją w sumie tak zaskoczyło - przecież wiedziała, że ta kobieta to nie byle kto, a na dodatek była z Kaonitesem blisko, więc w sumie jej wybór był na swój sposób logiczny. Mimo to perspektywa spotkania z nią zdawała się być dziwnie nierealna - jakby stanęła przed jakąś mityczna postacią - lecz jakimś cudem alchemiczce udało się trzymać fason.
        - Sanaya Tai – przedstawiła się, choć Kaonites dokonał już prezentacji. Uścisnęła Leastafis dłoń, był to jednak uścisk dość lekki, gdyż alchemiczka bała się, by nie sprawić jej bólu. Wybranka elfa wyglądała na osobę bardzo delikatną, choć oczywiście potężną: świadczyło o tym nie tylko to, czego dokonała przed chwilą, ale również to co o niej mówiono…
        - Wiele o tobie słyszałam – oświadczyła alchemiczka, co zabrzmiałoby jak pusta grzeczność gdyby nie lekko cwaniacki uśmiech i wymowne spojrzenie na leżącego na kanapie chłopca, które poprzedziły drugą część wypowiedzi. – Ponoć doskonale drapiesz po głowie.
        Oczywiście Tai wiedziała o Leastafis więcej niż tylko tę śmieszną obserwację poczynioną przez Creviego, lecz atmosfera i tak już była tak ciężka, a ona tak skrajnie nerwowa, że musiała chociaż trochę spróbować to rozładować. Oby pani tego domu nie miała jej tego za złe.
        - Dziękuję – odpowiedziała tak po prostu, gdy magini zapewniła o dołożeniu wszelkich starań do utrzymania panterołaka przy życiu. Jej wzrok co chwilę uciekał w jego kierunku, a wtedy w jej łatwych do rozczytania oczach malowała się prawdziwa matczyna troska.
        - On jest z “Dobrej nadziei” z Menaos - wyjaśniła, choć zdawało jej się, że Leastafis i tak to już wiedziała. - To cudowny chłopak, dobrze wychowany i taki energiczny. I troskliwy, bardzo troskliwy… Nie byłoby go tu, gdyby taki nie był… - spróbowała wytłumaczyć, lecz głos jej zadrżał. Zacisnęła zęby i pokręciła głową. Kontynuować mogła dopiero po nabraniu głębokiego tchu.
        - Jeszcze nawet nie wiedział, nie rozmawiałam z nim, że chcę by ze mną zamieszkał razem z bratem, ale już i tak traktował mnie jak swoją… Dla niego naprawdę…
        Sanayi znowu głos uwiązł z przejęcia w gardle. Spojrzała na Kaonitesa i samym spojrzeniem poprosiła go, by coś zrobił, powiedział, bo ona była na cokolwiek zbyt roztrzęsiona.
Avatar użytkownika
Sanaya
Upiór z Krainy Marzeń
 
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Ranga: Obrazek
Rasa: Człowiek
Aura: Nie nazbyt silna aura błyszczy się i jaśnieje szafirem. Wokół postaci leżą porozkładane, lśniące cyną kolby, garnuszki, fiolki i palniki, z których to unoszą się ku górze kłęby rtęciowego dymu roztaczając wszędzie duszący zapach chemikaliów. Te chemiczne nuty łagodzi woń henny i orientalnych, rozgrzewających przypraw sprawiając, że serce czytelnika momentalnie topnieje. Na samej aurze dostrzec można przeróżne miedziane wzory i jakby zapisane na niej mieniące się kobaltem notatki. W dotyku rani ostrymi brzegami, ale ugina się łatwo i jest nawet lekko miękka. Przejeżdżając po niej dłonią poczujesz niezwykle ów wspomniane ciepło bijące niemalże z jej samego centrum, a gdzieniegdzie spotkasz się z gładkimi miejscami. Wsłuchując się w nią nic jednak nie usłyszysz, może jedynie ciche bulgotanie przyrządzanych mikstur. Usta sucho się zlepią w łagodnym acz kwaśnym smaku.
Wygląd: Sanaya jest wysoka jak na kobietę, ma dokładnie jeden sążeń wzrostu (178 cm), co zawdzięcza przede wszystkim długim nogom. Jest szczupła, nie może pochwalić się ani nęcącym biustem, ani biodrami dobrymi do rodzenia dzieci, nadal jednak można uznać, że jest dość zgrabna, a to tylko dzięki odpowiednio zarysowanej i podkreślonej talii - gdyby nie to, mogłaby być mylona z ... (Więcej)

Postprzez Dérigéntirh » Pt gru 14, 2018 9:16 pm

        Gdy Sanaya podeszła do panterołaka, spojrzenie zarówno smoka, jak i liszki skierowało się na kobietę, obserwując przez chwilę w milczeniu, z jaką to troską ta spoglądała na twarz Creviego i jakie emocje odbijały się na jej własnym licu. Para bez słów w tej chwili się porozumiewała, jedynie za pomocą niewielkich, aczkolwiek bardzo znaczących słów mowy ciała – ktoś obok mógłby pomyśleć, że muszą rozmawiać telepatycznie, widząc, jak wyrazy ich twarzy przybierają oczekujący, pytający, prowokujący, czy też rozbawiony. Prawda była jednak taka, że po prostu znali się zbyt dobrze, aby nie wiedzieć, co to drugie właśnie sobie myśli – możliwe, że to jednak był jakiś rodzaj magii.
        Płonące ogniki będące oczami Leastafis zdawały się prześwietlać alchemiczkę na wylot – pomimo iż było to coś zupełnie innego niż spojrzenie żywych istot (a nawet sporej części tych z umarłych), dało się dostrzec w tym magicznym wzroku wielkie życiowe doświadczenie, wiedzę, ale także i potęgę – cała sylwetka liszki zdawała się emanować autorytetem. Na spękanych ustach pojawił się niewielki uśmiech pobłażania, gdy poczuła delikatny uścisk kobiety – zbyt często miała z takim styczność, by nie wiedzieć, co oznacza. Jej wzrok podążył za spojrzeniem Sanayi, gdy ta wspomniała, że ponoć świetnie drapie. Próbowała nie sympatyzować najbardziej z obcą osobą, jednakże alchemiczka trafiła w jej słaby punkt.
        - Miło to słyszeć – odpowiedziała, a jej głos balansował gdzieś na granicy przyjaznego tonu, a formalnego brzmienia. - Mało kto to docenia w dzisiejszych czasach; ludzie robią się o wiele bardziej pragmatyczni.
        - Zaczynasz marudzić na teraźniejszość, moja droga. Starzejesz się – mruknął smok, na co Leastafis posłała mu lekko zaciekłe spojrzenie.
        Dérigéntirh przez cały czas stał z boku, przyglądając się temu, jak dwie kobiety się poznają – gdyby nie mało radosna sytuacja, na jego ustach z pewnością malowałby się szeroki uśmiech, jednak w tym momencie musiał się ów ograniczyć do nieśmiałego grymasu. Kiedy jednak Sanaya spojrzała na niego, wyraźnie szukając pomocy, zrozumiał, że pewnie powinien wkroczyć; otworzył usta, ale zanim zdołał cokolwiek powiedzieć, na ramieniu alchemiczki pojawiła się dłoń Leastafis, delikatnie zaciskając się w krzepiącym uścisku.
        - Spokojnie, rozumiem – powiedziała tak przekonująco, jak tylko była w stanie; a w istocie rozumiała. - Masz do czynienia z panem życia i panią śmierci. Z pewnością damy radę temu zaradzić. Zabierzesz go wraz z bratem do domu. Teraz jednak przenieśmy twojego syna do łóżka, nie może zostać tutaj; potem zajmiemy się tym, jak go uratować, dobrze? Powoli, bez pośpiechu – wiem, że przechodzisz teraz naprawdę straszne chwilę, ale potrzebuję, abyś spróbowała się chociaż uspokoić. Déri?
        - Oczywiście.
        Smok podszedł do kanapy i chwycił delikatnie ciało Creviego, podnosząc go – Leastafis mogłaby to zrobić sama, ale obydwoje zdawali sobie sprawę, że do niego Sanaya powinna mieć większe zaufanie – jej komfort był teraz ważny, ich dwójka przecież nie przez takie rzeczy już przechodziła, a ta młoda latorośl naprawdę teraz cierpiała. Panterołak wyglądał spokojnie i słabo na rękach smoka, który podszedł do ich dwójki – przez chwilę stali tak, pozwalając alchemiczce ochłonąć z myślą, po czym ruszyli; obydwoje doskonale znali drogę.
        Jeżeliby alchemiczka skupiła się nie na panterołaku, ale jej wzrok mógłby paść na otoczenie i skupić się na nim, mogłaby dostrzec, w jak wspaniałym miejscu się znalazła – korytarze pełne były ozdobnych zbrój rożnego rodzaju, pięknych nawet dla kogoś, kto nie interesował się takimi sprawami – cały sufit był ozdobiony malunkami, przedstawiającymi otwarte niebo, po którym latały kruki, niekiedy polując na jakieś mniejsze ptactwo. Wszelkiego innego rodzaju ozdoby – jedwabne dywany, piękne arrasy, rzeźby z cennych materiałów, obrazy wielkich artystów – były obecne niemal za każdym zakrętem. Drzwi nie było tak wiele, co by wskazywało na to, że pomieszczenia są nielichych rozmiarów.
        - Kim jest ta nowa dusza? - spytał smok, zagajając rozmowę.
        - Szybko zauważyłeś. Irialianna Margrina dei Velvet, moja nowa uczennica.
        - Dei Velvet?
        - Owszem. - Nie przerywając zmierzania naprzód, liszka obrzuciła go surowym wzrokiem; postanowiła jednak zmienić temat. - Chcesz użyć panaceum, prawda?
        - Domyślna jak zawsze.
        - Nie powinno być AŻ tak trudno... Zależy ci na tym małym.
        - Wiem, że tobie również, nawet bez patrzenia, jak radosnym potrafi być.
        Dalszą rozmowę przerwało im dotarcie na miejsce; liszka otworzyła drzwi i wszyscy weszli do sporego pomieszczenia, pośrodku którego znajdowało się podwójne łóżko, wyglądające na szalenie wygodne – Dérigéntirh powoli położył na nim Creviego, po czym przykrył go grupą kołdrą  - nie musiał przykładać mu ręki do czoła, aby wiedzieć, że ciepło teraz jest mu potrzebne. Następnie cofnął się, stając z boku, obok Leastafis. Ta zwróciła się do Sanayi:
        - Myślę, że udamy się teraz aby się naradzić co do dalszego działania. Możesz zostać tutaj, jeżeli chcesz przy nim być. Zapewniam jednak, że nic mu tu nie grozi – przed pokojem postawię nawet podwójną straż, tak na wszelki wypadek. Jeżeli postanowisz jednak tutaj zostać, gdy będziesz czegoś potrzebować, po prostu zadzwoń tym dzwonkiem. - Leastafis wskazała niewielki, srebrny dzwoneczek położony na taborecie obok łóżka; cały pokój był wyposażony nie gorzej niż salon, nawet na dworach szlacheckich, więc Sanaya naprawdę nie powinna cierpieć na ubogość tego pomieszczenia. - Podejrzewam, że nie miałaś wcześniej wiele styczności z tego rodzaju magią, więc proszę cię, abyś się nie przestraszyła, kiedy to zrobisz. Jesteś moim gościem w tym domu, nie ma prawa tutaj stać ci się krzywda. Niektórzy z moich służących mogą być... nieco niepokojący, ale nie przejmuj się tym.
Avatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr,
Rasa: Złoty smok
Aura: Jeśli tutaj trafiłeś, masz nie lada szczęście, nie co dzień bowiem widuje się taką aurę. Jej siła jest wyraźna, wykraczająca poza przeciętność co jako pierwsze przykuje twoją uwagę. Zaraz potem skupisz się na wewnętrznych odczuciach jakie wywołuje, a tu dopadnie cię ambiwalencja. Sam nie wiesz czy od emanacji bije przyjazne ciepło czy też zdystansowany chłód. Łatwo jednak podjąć decyzję o dłuższym pozostaniu w tym miejscu. Owszem chcesz zachowywać się grzecznie, ale nie czujesz się zagrożony. Dopiero teraz potrafisz skupić się na wyglądzie aury, a prezentuje się ona jako solidnie już zmatowiała misterna mozaika. Czas jako jedyny sprawiedliwy na tym świecie, nie szczędzi nikogo, każdego traktując jednakowo. Tak też barwy są wytarte ale nie wypłowiałe. Szafirowa poświata unosi się wokół delikatnie, niczym poranna mgła. Wiele drobnych kobaltowych elementów zazębia się tworząc niezrozumiałe i zawiłe wzory. Z nimi mieszają się podobne im cynowe płytki, ale i one nie wiele ci wyjaśnią. Nawet złote zwieńczenia wplątane w labirynty kolorów, nie ukazują pełni. Rozumiesz znaczenia poszczególnych barw, ale wciąż z ciekawością wypatrujesz ujawnienia całości obrazu. Początkowo w twych pytaniach wspiera cię cisza. Tło jednak pasując do mozaiki również zaczyna ujawniać coraz to kolejne elementy układanki, najpierw rozbrzmiewając brzęczeniem, później przechodząc w liczne głosy grające wesoło. Te subtelnie przechodzą w kojącą melodię, która zniknie wybrzmiewając echem, a ty wciąż jeszcze nie wiesz z czym tak naprawdę się mierzysz. Dotykasz otoczenia i jest takie jakiego byś się spodziewał, twarde ale jednocześnie uginające się pod palcami by nie popękać. Gładkie ale uwieńczone bardzo ostrymi brzegami. Pozostaje ci posmakować otaczającego cię powietrza. A ono pasuje do ogólnych odczuć, jest łagodne z nutą kwasowości oraz intensywnie lepkie. Dopiero teraz pojmiesz mnogość zapachów, która towarzyszyła ci przez cały czas, tylko tego nie dostrzegałeś. To nie mozaika, stoisz na smoczych łuskach.
Wygląd: Każdy, kto kiedyś ujrzał na własne oczy jakiegokolwiek smoka, będzie zmuszony przyznać, że istoty te posiadają jakiś nieziemski urok, niemożliwy do osiągnięcia przez przedstawiciela jakiejkolwiek innej rasy, obraz potęgi, głębi, ale i piękna. Wiąże się to najpewniej z magiczną naturą tych stworzeń, prawdziwych dzieci Prasmoka. Dlatego też nie powinno dziwić, że ... (Więcej)

Postprzez Sanaya » N gru 16, 2018 7:47 pm

        Sanayi było trochę głupio, że tak bardzo nie potrafiła się wysłowić przed Leastafis. Rzadko jej się to zdarzało - była wygadana i odważna w dyskusji, a że nie wiedziała z kim tak naprawdę ma do czynienia i jak potężna kobieta przed nią stoi, tym bardziej nie powinien jej się plątać język. A tu proszę: emocje zupełnie wzięły nad nią górę, tak bardzo, że aż musiała prosić o pomoc. Miała jednak szczęście, że wybranka Kaonitesa była bardzo domyślna i znacznie bardziej empatyczna, niż można by się tego spodziewać po nieumarłej magini. Gdy Leastafis położyła dłoń na ramieniu alchemiczki, ta spojrzała na nią z nieśmiałym uśmiechem wdzięczności. Zapewnienia brzmiały bardzo śmiało, ale ona i tak w nie uwierzyła i to nie tylko przez to, że desperacko chciała w to wierzyć. Kaonites był potężnym magiem - dał już tego dowód - więc jego wybranka musiała być również utalentowana w swojej dziedzinie… Dziedzinie śmierci? Sanaya nie pytała, choć bardzo ją to nurtowało - wszak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a bardzo nie chciała zrazić do siebie magini, by ta nie zrezygnowała z pomocy Creviemu.
        - Dziękuję - mruknęła szczerze, ale bez werwy. - Bardzo w was wierzę…
        Sanaya nie dyskutowała więcej - przytaknęła słowo Leastafis i odwróciła się do nieprzytomnego Creviego. Nim jednak choćby się do niego nachyliła, ubiegł ją Kaonites, który bez większego wysiłku podniósł chłopaka z kanapy. Alchemiczka mu nie przeszkadzała, jedynie poprawiła ogon panterołaka, by ten nie plątał się elfowi pod nogami.
        Sanaya westchnęła - była naprawdę przerażona, ale wiedziała, że musiała się opanować. To nie był moment na użalanie się nad sobą i zapewnienia, że będzie dobrze. Dobrze, że byli przy niej ludzie, którzy lepiej potrafili sobie poradzić w takich sytuacjach, bo ona ze swoimi skromnymi umiejętnościami pewnie już dawno straciłaby Creviego… Teraz jednak szybko odgoniła od siebie negatywne myśli, nasadami kciuków przetarła szklące się od łez oczy i poszła razem z Kaonitesem i Lestafis.
        Gdy już cała trójka ruszyła, Sanaya szła obok srebrnowłosego elfa nioącego na rękach Creviego. Zerkała na nich prawie nieustannie, czasami tylko rozglądając się by nie potknąć się na schodach czy nie przeoczyć jakiegoś zakrętu. Trochę zwracała uwagę na otoczenie i niezwykłą posiadłość, do której trafili, ale jakoś nie potrafiła jej w pełni docenić, chociaż przecież architektura była jej konikiem, a tutaj miała wiele przykładów kreatywnego i pięknego jej wykorzystania. Na przykład sufity - im akurat przyjrzała się dokładnie, bo były naprawdę niebywałe. Przyjrzała się również przelotnie schodom w tamtym pierwszym pomieszczeniu, bo ktoś odwalił wspaniałą robotę sprawiając, że konstrukcja była jednocześnie bardzo stabilna i lekka, nie dominowała reszty pokoju. Zbroje, obrazy, arrasy - to również zauważała, ale nie zaprzątała sobie tym głowy. Może Leastafis będzie miała do niej o to żal, ale może też zrozumie, że w tym momencie do Sanayi niewiele docierało poza tym, co było związane z Crevim. Na zachwyty nad domem magini przyjdzie jeszcze czas, gdy najgorsze minie…
        Rozmowa między Kaonitesem a Leastafis niewiele alchemiczce mówiła - chyba chodziło o jakąś wspólną znajomą, może uczennicę, służącą albo kogoś w tym stylu, bo jak inaczej można interpretować słowo “dusza”? Raczej nie dosłownie. Chociaż… Reszta zaś dotycząca Creviego nie wymagała jej udziału.
        - Och… to by mu się spodobało - skomentowała mimo wszystko, gdy weszli do pokoju gościnnego i zobaczyła to wielkie, już na pierwszy rzut oka wygodne, łóżko. Młodemu panterołakowi podobało się nawet jej skromne posłanie w domu asystenta, a gdyby wiedział, gdzie będzie mógł teraz sobie wypoczywać… Byłby z pewnością w siódmym niebie i mościłby się z olbrzymim zaangażowaniem, w mgnieniu oka przemieniając eleganckie posłanie w barłóg.
        Gdy już Crevi został złożony wśród bajecznej pościeli, Sanaya przysiadła na skraju łóżka. Pomogła Kaonitesowi nakryć panterołaka i jeszcze poprawiła mu trochę poduszki pod głową, w przeciwieństwie do elfa sprawdzając chłopakowi temperaturę, ale uczyniła to raczej odruchowo niż z niewiedzy - również dostrzegła jak był blady i rozdygotany.
        Gdy przemówiła Leastafis, Sanaya zaraz podniosła na nią wzrok, a po chwili wstała, bo nie chciała okazać się nieuprzejma. Wysłuchała magini cierpliwie do końca, zerkając to na nią, to na nieprzytomnego chłopaka. Zacisnęła lekko wargi, wyraźnie zastanawiając się nad słowami Lei, bo nie wszystko było dla niej zrozumiałe. Że mogła się martwić o stan Creviego, to było jasne, ale o co chodziło ze służącymi, których mogłaby się przestraszyć albo co miałoby być dla niej niepokojące? Chyba nie wypadało pytać… A zresztą czy to ważne?
        - Pójdę z wami - przyznała cicho, choć troszkę niechętnie. - Chyba nie ma potrzeby, bym przy nim siedziała… Bo nie obudzi się jeszcze długi czas, prawda? Ktoś będzie do niego zaglądał? - upewniła się, jakby miała jednak zmienić zdanie.
        - Idę z wami - powtórzyła, by nie pomyśleli, że waha się bardziej, niż to już było po niej widać. Bo że chciałaby pilnować Creviego nie musiała nawet mówić, to było widać jak na dłoni, ale uznała, że żeby mu pomóc, nie może siedzieć w miejscu tylko musi działać razem z Kaonitesem. On miał plan, musiała go więc poznać.
Avatar użytkownika
Sanaya
Upiór z Krainy Marzeń
 
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Ranga: Obrazek
Rasa: Człowiek
Aura: Nie nazbyt silna aura błyszczy się i jaśnieje szafirem. Wokół postaci leżą porozkładane, lśniące cyną kolby, garnuszki, fiolki i palniki, z których to unoszą się ku górze kłęby rtęciowego dymu roztaczając wszędzie duszący zapach chemikaliów. Te chemiczne nuty łagodzi woń henny i orientalnych, rozgrzewających przypraw sprawiając, że serce czytelnika momentalnie topnieje. Na samej aurze dostrzec można przeróżne miedziane wzory i jakby zapisane na niej mieniące się kobaltem notatki. W dotyku rani ostrymi brzegami, ale ugina się łatwo i jest nawet lekko miękka. Przejeżdżając po niej dłonią poczujesz niezwykle ów wspomniane ciepło bijące niemalże z jej samego centrum, a gdzieniegdzie spotkasz się z gładkimi miejscami. Wsłuchując się w nią nic jednak nie usłyszysz, może jedynie ciche bulgotanie przyrządzanych mikstur. Usta sucho się zlepią w łagodnym acz kwaśnym smaku.
Wygląd: Sanaya jest wysoka jak na kobietę, ma dokładnie jeden sążeń wzrostu (178 cm), co zawdzięcza przede wszystkim długim nogom. Jest szczupła, nie może pochwalić się ani nęcącym biustem, ani biodrami dobrymi do rodzenia dzieci, nadal jednak można uznać, że jest dość zgrabna, a to tylko dzięki odpowiednio zarysowanej i podkreślonej talii - gdyby nie to, mogłaby być mylona z ... (Więcej)

Postprzez Dérigéntirh » So sty 05, 2019 2:02 am

        Leastafis spojrzała na Sanayę i choć jej twarz - która siłą rzeczy nie mogła być obdarzona największą mimiką (inne lisze z reguły miały szczęście, jeżeli były w stanie pozbyć się wiecznego, upiornego uśmiechu) - nie zmieniła się zbytnio, to coś - może taniec cieni na masce - sprawiało, że odnosiło się wrażenie, iż jest zdziwiona. Spoglądała przez chwilę na alchemiczkę, przyglądając się jej uważnie, podczas gdy Dérigéntirh zza pleców ukochanej posyłał pokrzepiające uśmiechy dla nowej znajomej. Wiedział, że spojrzenie liszki może być naprawdę ostre i sprawiające, że człowiek zastanawia się, który z jego grzechów właśnie odbija się w magicznych płomieniach. Sam uważał, że to w większości przypadków komplement - nieumarła nie każdego obdarzała takowym wzrokiem.
        - Oczywiście - odezwała się, w końcu, po czym pstryknęła palcami. - Viria?
        - Tak, pani? - dobiegł ich dźwięk znad ich głów, który przypominał, szelest wiatru; gdy spojrzeli do góry, ich oczom ukazała się niewielka głowa zwisająca na tułowiu wyłaniającym się z sufitu, który zdawały się powstrzymywać dwie ręce - dłonie były zanurzone w sklepieniu, zupełnie jakby istota wisząca do góry nogami (niewidocznymi nogami) zaczepiała się nimi o nie. A była to istota z pewnością ciekawa - wyglądała jak dziewczyna, na oko piętnasto, może czternastoletnia, z tym, że jej skóra była niezwykle blada - tak, że wręcz przezroczysta. Emanacja zjawy była wyjątkowo silna jak na te istoty, jednak wciąż było przez nią doskonale widać wzory na suficie. Spoglądała swoimi wielkimi oczami bez białek czy źrenic na liszkę w oczekiwaniu - jej wzrok następnie przesunął się na gości, do których posłała ciepły uśmiech, a następnie na panterołaka, co wywołało u niej otwarcie ust ze zdumieniem.
        - Och!
        Wykonała przewrót, lądując stopami na żyrandolu, na którym następnie przeszła kawałek, krocząc z rozpostartymi niczym cyrkowiec na linie rękami, po czym założyła je za plecy i wykonała swobodny spadek, zaczepiając się stopami o żyrandol i po chwili zwisając za nie, ponownie do góry nogami, jednak znacznie niżej - jej średniej długości, szare włosy opadały niemalże na kołdrę, w którą owinięty był zmiennokształtny, którego obdarzała zaciekawionym spojrzeniem.
        - Virio, będziesz zaglądać do tego panterołaka i upewniać się, że wszystko z nim w porządku; jest ciężko chory i jest gościem, dlatego jeżeli zacznie się z nim dziać cokolwiek złego, masz natychmiast poinformować mnie bądź Dérigéntirha.
        - Oczywiście, moja pani. Czy on… czuć od niego śmierć i…
        - Wiem, ale sprawimy, aby wrócił do zdrowia.
        Zjawa uśmiechnęła się.
        - Oczywiście, moja pani.
        - W porządku, chodźmy już.
        Leastafis opuściła pokój, a smok poczekał przy drzwiach na Sanayę; kiedy ta znalazła się blisko niego, do niego samego zbliżyła się zjawa, która opadła na podłogę, uniosła jedną nogę i podjechała do mężczyzny niczym na łyżwach rozpędzonych na lodzie.
        - Miło cię widzieć, złocisty - powiedziała radośnie. - Zawsze po twojej wizycie pani częściej się uśmiecha.
        - Ty też jesteś miła dla oka, duszyczko, ale teraz zmykaj.
        Viria roześmiała się, po czym rozłożyła ramiona i poleciała w tył, opadając swobodnie na plecy, z tym, że jej ciało nie zatrzymało się na podłodze, a zamiast tego przeniknęło przez nią, znikając z ich oczu. Dérigéntirh spojrzał na Sanayę.
        - Zjawa. Leastafis przyciąga je, stara się także im pomagać w miarę możliwości. Większość z nich to istoty, które zginęły tragiczną śmiercią, ale niektórym wystarczy sama wola do istnienia, aby móc powrócić. Taka jest Viria. Opowiem ci więcej później, jeżeli chcesz, możesz nawet zapytać o nią Leastafis, ale teraz lepiej nie dajmy jej czekać.
        Tym razem jednak nie szli zbyt długo, aż dotarli do okrągłej klatki schodowej, po której zaczęli się wspinać - minęli dobre trzy piętra, zanim dotarli do innego pomieszczenia - tutaj schody się kończyły, wtapiając się w podłogę kulistego pomieszczenia, w którym od razu po wejściu dostrzegało się zmianę oświetlenia - chwilę potem wzrok w poszukiwaniu jego źródła padał na wielką mapę Alaranii ułożoną w mozaikę czy też witraż, służący za jedna ze ścian - lekko zakrzywiony, wysoki na dobre piętnaście stóp - przezroczyste, różnokolorowe szkło było oświetlane z drugiej strony, co nadawało mapy mistyczny efekt. Przed nią znajdował się półokrągły stół pełen szuflad, za którym zaraz usiadła Leastafis. Smok spojrzał na krzesła ustawione pod ścianą, a następnie magią przesunął je tak, aby znajdowały się po drugiej stronie - liszka była teraz w centrum półokręgu, a ich dwójka musiała zająć miejsce po jego zewnętrznej stronie, plecami do niezwykłej mapy. Leastafis oparła się ramieniem o blat, po czym spojrzała na smoka i San badawczo.
        - Pacaneum - powiedziała w końcu. - Legendarna niemal substancja, którą udało się stworzyć niewielu mistrzom alchemii. Widziałam w swoim życiu trzy takie.
        - Ja pięć - przypomniał jej smok. - Większości widziałem też receptury. Mogę je spisać z pamięci bez problemu.
        - Fakt, ale nie dasz rady go przygotować, receptura jest mapą, ale do odnalezienia tego skarbu potrzebny jest też talent i umiejętności - odpowiedziała liszka, po czym przeniosła wzrok na Sanayę. - Na ile oceniasz swoje umiejętności, alchemiczko?
        Receptura ułatwiała wiele, jednak wciąż do stworzenia panaceum potrzebny był ktoś o umiejętnościach co najmniej mistrzowskich. Po chwili jednak liszka dotknęła kolejnego problemu.
        - Jeżeli chcesz stworzyć panaceum, będziesz potrzebował…
        - Nie - odrzekł smok od razu. - Nie zabijemy nikogo.
        - Czasem…
        - Wiem, jak tego uniknąć.
        - Będziesz musiał szukać w takim razie składników po całej Alaranii. Tę recepturę sama kojarzę, przynajmniej te najbardziej ekscentryczne składniki.
        - Dobrze więc, że trafiło na kogoś takiego jak ja. Latanie po kontynencie to dla mnie nie nowość.
        - No tak…
        - Sanaya pójdzie ze mną. Będę jej potrzebował w kilku przypadkach. - Smok odwrócił się do kobiety. - O ile oczywiście się zgodzisz. Twoja pomoc naprawdę będzie bardzo na rękę.
        - Ile zajmie ci napisanie receptury?
        - Godzinę, półtorej?
        - Świetnie. - Liszka wstała i spojrzała na Sanayę. - Nie możesz wybierać się w świat w takim ubraniu, przykro mi. Nie z tym tutaj. Dobrze będzie ci też zapewnić trochę wyposażenia, w sumie dla was obydwojga. Nie mogę opuścić miasta, bo zaklęcia powstrzymujące klątwę osłabną, ale co powiesz na to, aby Déri zajął się pisaniem, a my dwie przejdziemy się po mieście i kupimy wszystko, czego będziecie potrzebować?
Avatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr,
Rasa: Złoty smok
Aura: Jeśli tutaj trafiłeś, masz nie lada szczęście, nie co dzień bowiem widuje się taką aurę. Jej siła jest wyraźna, wykraczająca poza przeciętność co jako pierwsze przykuje twoją uwagę. Zaraz potem skupisz się na wewnętrznych odczuciach jakie wywołuje, a tu dopadnie cię ambiwalencja. Sam nie wiesz czy od emanacji bije przyjazne ciepło czy też zdystansowany chłód. Łatwo jednak podjąć decyzję o dłuższym pozostaniu w tym miejscu. Owszem chcesz zachowywać się grzecznie, ale nie czujesz się zagrożony. Dopiero teraz potrafisz skupić się na wyglądzie aury, a prezentuje się ona jako solidnie już zmatowiała misterna mozaika. Czas jako jedyny sprawiedliwy na tym świecie, nie szczędzi nikogo, każdego traktując jednakowo. Tak też barwy są wytarte ale nie wypłowiałe. Szafirowa poświata unosi się wokół delikatnie, niczym poranna mgła. Wiele drobnych kobaltowych elementów zazębia się tworząc niezrozumiałe i zawiłe wzory. Z nimi mieszają się podobne im cynowe płytki, ale i one nie wiele ci wyjaśnią. Nawet złote zwieńczenia wplątane w labirynty kolorów, nie ukazują pełni. Rozumiesz znaczenia poszczególnych barw, ale wciąż z ciekawością wypatrujesz ujawnienia całości obrazu. Początkowo w twych pytaniach wspiera cię cisza. Tło jednak pasując do mozaiki również zaczyna ujawniać coraz to kolejne elementy układanki, najpierw rozbrzmiewając brzęczeniem, później przechodząc w liczne głosy grające wesoło. Te subtelnie przechodzą w kojącą melodię, która zniknie wybrzmiewając echem, a ty wciąż jeszcze nie wiesz z czym tak naprawdę się mierzysz. Dotykasz otoczenia i jest takie jakiego byś się spodziewał, twarde ale jednocześnie uginające się pod palcami by nie popękać. Gładkie ale uwieńczone bardzo ostrymi brzegami. Pozostaje ci posmakować otaczającego cię powietrza. A ono pasuje do ogólnych odczuć, jest łagodne z nutą kwasowości oraz intensywnie lepkie. Dopiero teraz pojmiesz mnogość zapachów, która towarzyszyła ci przez cały czas, tylko tego nie dostrzegałeś. To nie mozaika, stoisz na smoczych łuskach.
Wygląd: Każdy, kto kiedyś ujrzał na własne oczy jakiegokolwiek smoka, będzie zmuszony przyznać, że istoty te posiadają jakiś nieziemski urok, niemożliwy do osiągnięcia przez przedstawiciela jakiejkolwiek innej rasy, obraz potęgi, głębi, ale i piękna. Wiąże się to najpewniej z magiczną naturą tych stworzeń, prawdziwych dzieci Prasmoka. Dlatego też nie powinno dziwić, że ... (Więcej)

Postprzez Sanaya » N sty 06, 2019 10:07 pm

        Tak, Sanaya czuła się, jakby Leastafis ją przesłuchiwała i szukała przewin, z których istnienia alchemiczka nawet nie zdawała sobie sprawy. Była przekonana, że powiedziała coś nie tak, lecz nie wiedziała co konkretnie nie spodobało się jej rozmówczyni. Może jej zdaniem za bardzo roztkliwiała się nad Crevim?
        Pojawienie się wezwanej przez Leę służącej sprawiło, że alchemiczka gwałtownie się rozejrzała. Nie słyszała otwierających się drzwi, a wcześniej też nikogo w pomieszczeniu nie dostrzegła, stąd to zaskoczenie. A gdy dotarło do niej, że głos dobiegał z góry, zaraz podniosła tam wzrok, tym razem o dziwo znacznie mniej zaskoczona. Chyba powoli zaczynała się uodparniać na rewelacje, które ją dosięgały w towarzystwie Kaonitesa… A poza tym coraz skrupulatniej dodawała do siebie kolejne fakty i z rozsypanki części zaczęła powoli wyłaniać się ciałość.
        Sanaya nie miała nic do dodania, gdy zjawa - Viria, jak to wynikało z rozmowy - rozmawiała z Leastafis. Patrzyła na służącą z pewnym zainteresowaniem, ale głupio było jej się gapić, dlatego czasami zerkała na pozostałe osoby w pokoju. Z dziwnym spokojem zostawiła Creviego pod opieką tej nietypowej opiekunki, ostatni raz pogłaskała go po głowie i wyszła pośpiesznie, by Kaonites nie musiał na nią długo czekać. Z drzwi ostatni raz spojrzała na zjawę. Nie odzywała się w trakcie drogi, pogrążona we własnych myślach i troskach, próbując poskładać do kupy to, co wydarzyło się w tej posiadłości. Kaonites udzielił jej drobnych wyjaśnień, tłumacząc czym była Viria, choć tego Sanaya już częściowo się domyślała. Mimo to podziękowała mu za informacje.  

        Widać było, że osobliwy gabinet z mapą zrobił na alchemiczce wrażenie - po opuszczeniu schodów przystanęła przez moment, by się rozejrzeć i chwilę móc podziwiać mozaikę, którą pewnie niejeden alarański władca chciałby mieć w swoim gabinecie. Do Sanayi dopiero teraz z całą mocą dotarło coś, z czego wcześniej może i zdawała sobie sprawę, ale nie zaprzątała sobie tym głowy: Leastafis musiała być bardzo dobrze usytuowaną osobą. Nie chodziło tylko o dobra materialne, ale też o pozycję w społeczeństwie i o szacunek. Była potężną czarodziejką, czego nie dość, że dała dowód powstrzymując klątwę rzuconą na Creviego, to jeszcze sama mówiła o tym z pewnością, która kazała dawać wiarę jej słowom, a dodatkowo również Kaonites chwalił jej umiejętności. Pewnie właśnie z tą mocą powiązana była cała reszta, włącznie z tą pełną przepychu posiadłością, która na Sanayi robiła takie wrażenie.
        Przez ten moment, gdy alchemiczka pochłonięta była podziwianiem wnętrza, do którego trafiła, Kaonites przysunął dla nich krzesła do stołu zajmowanego przez Leastafis. Tai szybko się ocknęła i zajęła jedno z tych miejsc. Gdy czarodziejka się do nich nachyliła i tak patrzyła na nich w milczeniu, Sanayi przyszło na myśl, że chociaż nigdy nie uczęszczała do publicznej szkoły, to pewnie tak właśnie wspominałaby wizytę u dyrektora po tym, jak coś by przeskrobała… Ukochana Kaonitesa chyba lubiła tak wnikliwie obserwować swoich rozmówców, gdyż robiła to już któryś raz z rzędu, a alchemiczkę powoli zaczynało krępować to, że nie wiedziała, co się za tym kryje - czuła się jak na egzaminie, który nie wiedziała, jak jej idzie, bo choć udzielała w jej odczuciu prawidłowych odpowiedzi egzaminator cały czas dopytywał “jesteś pewna?” i drążył. Dlatego z ulgą powitała to, że Leastafis w końcu się odezwała. Słuchała, bo rozmowa póki co nie wymagała jej udziału. Jednak dopiero teraz zaczęło do niej docierać jakie zadanie mogło przed nimi stać i jaka będzie jej w tym rola… I w tym momencie Lea, jakby czytając jej w myślach, zapytała o jej umiejętności. Sanaya odruchowo poprawiła się na swoim krześle, jak wywołany do odpowiedzi uczeń.
        - Wysoko - odparła niemal natychmiast. - Lecz czy tak wysoko, by poradzić sobie z panaceum… nie znam tej receptury, ale nie brakuje mi precyzji i wiedzy teoretycznej, jestem więc zdania, że sobie poradzę, jeśli będę miała przepis - doprecyzowała, spoglądając na Kaonitesa. Skoro on znał aż pięć przepisów, wydawało jej się, że wszystko jest możliwe, musiałabym tylko z nim porozmawiać co to za receptury… Temat został jednak natychmiast podjęty przez Leastafis, a choć nie mówiła niczego wprost, Sanayę przeszedł dreszcz niepokoju.
        - Przepraszam? - wtrąciła się. - O jakim zabijaniu mowa? Nie zgadzam się na coś takiego - oświadczyła twardo, nim jeszcze Kaonites zastrzegł, że do tego nie dojdzie. Spojrzała na niego z wdzięcznością i jednocześnie zrobiło jej się głupio, że znając już go trochę mogła dopuścić do siebie myśl, że on mógłby do czegoś takiego dopuścić.
        - Przepraszam, to nerwy - usprawiedliwiła się, nim Kaonites zwrócił się do niej z prośbą o współpracę.
        - Oczywiście, jeśli faktycznie się przydam, to z tobą pójdę - przyznała. W końcu sama była mocno zaangażowana w całą sytuację i nie mogła jedynie polegać na innych, chciała być przydatna gdy tylko mogła, bo czekanie chyba by ją zabiło.
        Gdy Lea wstała, Sanaya również podniosła się ze swojego miejsca, jakby był to sygnał do zakończenia rozmów. Z zaskoczeniem przyjęła komentarz na temat swojego ubrania i aż przyjrzała się temu co miała na sobie. Przeszło jej nawet przez myśl, czy to nie chodziło o to, że ma nie paradować z gołym brzuchem przy jej mężu, ale nie, niemożliwe. To jednak było nic w porównaniu z tym, co po chwili zaproponowała Leastafis.
        - O… Oczywiście, chętnie - przyznała natychmiast, choć czy faktycznie była taka chętna by przebywać z tą kobietą sam na sam, sama miała problem jednoznacznie stwierdzić. Chyba trochę się jej obawiała, bo trudno było jej ją rozgryźć. - Ale, hm, to będzie głupie pytanie, ale co będę potrzebować? Może część rzeczy już mam… tylko w Menaos - zastrzegła, bo nie miała pojęcia o co może chodzić. Nie spodziewała się, by chodziło o jakieś rzeczy do dalekich, skomplikowanych technicznie wędrówek, bo przecież ponoć naglił ich czas.
Avatar użytkownika
Sanaya
Upiór z Krainy Marzeń
 
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Ranga: Obrazek
Rasa: Człowiek
Aura: Nie nazbyt silna aura błyszczy się i jaśnieje szafirem. Wokół postaci leżą porozkładane, lśniące cyną kolby, garnuszki, fiolki i palniki, z których to unoszą się ku górze kłęby rtęciowego dymu roztaczając wszędzie duszący zapach chemikaliów. Te chemiczne nuty łagodzi woń henny i orientalnych, rozgrzewających przypraw sprawiając, że serce czytelnika momentalnie topnieje. Na samej aurze dostrzec można przeróżne miedziane wzory i jakby zapisane na niej mieniące się kobaltem notatki. W dotyku rani ostrymi brzegami, ale ugina się łatwo i jest nawet lekko miękka. Przejeżdżając po niej dłonią poczujesz niezwykle ów wspomniane ciepło bijące niemalże z jej samego centrum, a gdzieniegdzie spotkasz się z gładkimi miejscami. Wsłuchując się w nią nic jednak nie usłyszysz, może jedynie ciche bulgotanie przyrządzanych mikstur. Usta sucho się zlepią w łagodnym acz kwaśnym smaku.
Wygląd: Sanaya jest wysoka jak na kobietę, ma dokładnie jeden sążeń wzrostu (178 cm), co zawdzięcza przede wszystkim długim nogom. Jest szczupła, nie może pochwalić się ani nęcącym biustem, ani biodrami dobrymi do rodzenia dzieci, nadal jednak można uznać, że jest dość zgrabna, a to tylko dzięki odpowiednio zarysowanej i podkreślonej talii - gdyby nie to, mogłaby być mylona z ... (Więcej)

Postprzez Dérigéntirh » Wt sty 22, 2019 8:37 pm

        Coś w spojrzeniu liszki się zmieniło, kiedy Sanaya zaczęła udzielać odpowiedzi - wcześniej spoglądała na nią w chłodnym oczekiwaniu, teraz w chłodnej satysfakcji profesjonalnością i pewnością jej odpowiedzi. To zdecydowanie ułatwiało sprawę, więc Leastafis skinęła jej głową z uznaniem - zdecydowanie lubiła, kiedy wszystko układało się tak, jak powinno, a to był naprawdę dobry zbieg okoliczności; może nawet i nie zbieg, skoro smok podjął właśnie taki cel - pewnie spodziewał się, że alchemiczka będzie w stanie to zrobić. Myślenie skojarzeniami zawsze było dla niego naprawdę charakterystyczne. Ona rozważyłaby inne przypadki, ale… jeżeli nie chciał zabijać… niewiele jej w sumie pozostawało niż zaakceptować ten plan. Co zaś do zabijania… na ustach liszki pojawił się nieco poirytowany uśmiech, kiedy Sanaya zaprotestowała nawet, zanim zrobił to Dérigéntirh - ten posłał w jej stronę ciepłe spojrzenie podziękowania i dumy.
        - Wyobrażam sobie, że nerwy mogą być naprawdę kłopotliwe - odpowiedziała, a rozmowa toczyła się dalej, aż w końcu nie uzgodnili wszystkiego, co najistotniejsze. Szczegóły każde z nich jeszcze dogada, domyśli, byli przyzwyczajeni do pracy w biegu. Dopiero ostatnie pytanie alchemiczki sprawiło, że kobieta na chwilę się zawahała, wybita z planów przez kwestię, którą już oznaczyła w notatniku myśli jako “obmyślone”. - Kilka drobnostek. Zazwyczaj zaufałabym Dériemu, jednak jako, iż nagli nas czas, a zdobycie tych składników w związku z tym zdecydowanie może was zaprowadzić w niebezpieczne miejsca. W jego towarzystwie mało co jest ci w stanie realnie zagrozić, jednak nie wiemy, jak mogą rozwinąć się wypadki. Przy tym kilka rzeczy zwyczajnie będzie służyć twojej wygodzie i zdrowiu, które w podobnym wyścigu można zaniedbać, a które później mogą mieć złe skutki. Rozumiem, że prawdopodobnie takie rzeczy rozpatrujesz jako nieistotne, jednak zaznaczam, że zajmując się nimi nie marnujemy czasu, zmuszone tak czy siak czekać na spisanie receptury. Dlatego też prosiłabym, abyś mi zaufała; wyjaśnień wolałabym ci udzielić już na zewnątrz, w drodze. I nie martw się o koszty, to naprawdę drobnostki.
        Dérigéntirh przez ten czas wyjął z jednej z szuflad stos kartek, które zaraz wyrównał i położył na stole, po czym zdjął jedną; kolejne było pióro wraz z kałamarzem, podleciało po chwili i wylądowało tuż pod ręką smoka, a ten wziął je, zamoczył, przyłożył końcówkę do materiału, po czym odetchnął i zamknął oczy. Po chwili jego dłoń zaczęła się ruszać, rozpoczynając wędrówkę atramentu po papierze, tworząc kolejne litery receptury ukradzionej przez niego dzięki prostemu spojrzeniu. Widok ten satysfakcjonował Leastafis, która zbliżyła się do schodów, a następnie spojrzała zachęcająco na Sanayę.
        Tym razem szły na sam parter, wobec czego musiały pokonać całe wijące się niczym wąż schody; w trakcie dosyć spokojnego, a jednak szybkiego kroku, Leastafis co chwila wypowiadała poszczególne imiona, na które zaraz rozlegał się głos: “Tak, pani?”, a czasem można było dostrzec parę lśniących ślepi unoszących się obok głowy liszki. Ta wydawała im polecenia, takie jak na przykład “powiadom Irialiannę, że wychodzę” albo “odwołaj dzisiejsze spotkanie z Migrinem”, aż w końcu powiedziała: “Virio”. Znajoma zjawa nie pojawiła się tak, jak pozostałe; zamiast tego zjechała szybko z góry, po kolumnie znajdującej się pośrodku klatki schodowej, rękami i nogami się jej obejmując. Zwolniła, kiedy znalazła się na ich poziomie, obracając się razem z tym, jak szły, ciągle utrzymując tę samą wysokość nad schodami. Uśmiechnęła się tak ciepło, jak tylko umarły może.
        - Tak, pani?
        - Jak u chłopaka?
        - Śpi niczym najśliczniejszy, najniewinniejszy pod słońcem kociouszaty aniołek - powiedziała zjawa z zachwytem. - Jest rozpalony, więc zrobiłam mu okład.
        - Świetnie - odpowiedziała liszka. - Przyrządzisz posiłek dla dwóch osób. Jednodaniowy, za to ma być gotowy w ciągu dwóch godzin. Coś lekkostrawnego, dobrego do teleportacji, ale jednocześnie zapewniającego długotrwały zastrzyk sił. Nie zaszkodziłoby pewnie, gdyby przy tym było smaczne…
        - Czy dla pana Dé…
        - Tak, dla niego duża porcja. Chyba, że ty też masz podobny apetyt? - Uśmiechnęła się Leastafis do Sanayi. - Będzie wam potrzebny zastrzyk sił, aby od razu ruszać w teren. Ach, jeżeli chcesz poprosić Virię o coś jeszcze, nie krępuj się.
        Zjawa spojrzała na alchemiczkę swoimi wielkimi, pustymi oczodołami, jednak z naprawdę szczerym uśmiechem na przezroczystych ustach. Po chwili, kiedy już przyjęła wszystkie polecenia, zjechała kolumną na dół, ponownie nabierając prędkości i obracając się dookoła. Leastsfis śledziła ją spojrzeniem, które jednak co chwila zahaczało także o Sanayę; liszka była zaciekawiona, co ta uważa o nietypowej zjawie, dlatego też zaraz podchwyciła temat rozmowy, starając się przy tym możliwie ciekawie wprowadzić alchemiczkę w swoje tematy:
        - Aby człowiek powrócił jako zjawa, potrzebuje posiadać bardzo silną determinację do tego, aby kontynuować życie. Tragiczne śmierci, niedokończone sprawy, niespełnione ambicje… spotykam się z tym cały czas, jednak Viria jest inna. Virię do tego świata przykuwa ciekawość, ale nie taka zwyczajna ciekawość. To najbardziej wnikliwa istotą, jaką spotkałam, czerpiąca szczyt euforii z poznawania nieznanego, z prób dosięgnięcia nowego. Zazwyczaj pomagam zjawom opuścić ten świat, ale… dla niej oznaczałoby to, że musi stracić tę pasję. To byłoby naprawdę marnotrawstwem, a poza tym… podejrzewam, że się do niej przywiązałam. Gotuje u nas, ale zabieram ją też, dokądkolwiek się udaję. Jest naprawdę cennym towarzystwem.
        W międzyczasie dotarły na sam parter, a co za tym szło - na pokazowy hol znajdujący się tuż przed wejściem do dworu; oczywiście nie odbyło się tutaj bez wystawy przepychu, szczególnie srebro było szczodro użyte. Leastafis zeszła po schodach ciągnących się w półkole po obu stronach pomieszczenia, po czym zbliżyła się do ozdoby na samym jego środku - lewitującego nad niewielkim zbiornikiem wody kija wykonanego z żelaza, o nietypowym kształcie i zdobieniach; wyciągnęła rękę, a ten po chwili się w niej znalazł. Liszka zacisnęła dłoń na znajomym kosturze, po czym ruszyła do drzwi, gestem dłoni przywołując jeszcze z sąsiedniego pokoju czarny płaszcz z bladą czaszką, który od razu podała Sanayi.
        - Załóż to, nalegam. Dosyć ciasno najlepiej, bez tego będziesz się straszliwie wyróżniać, a w dodatku z nagą skórą będziesz przyciągać uwagę wampirów. Nie żeby miało ci coś przy mnie grozić, ale wolałabym nie musieć zabijać jakiejś grupy napaleńców. Choć o tej porze jest ich mniej na ulicach. Ach, nie przejmuj się czaszką, wszyscy ludzie ją noszą. Bez niej nie ma mowy, abym cię wypuściła na zewnątrz.
        Leastafis w tym akurat nie miała zamiaru iść na żaden kompromis, dlatego też zaczekała, aż alchemiczka się odzieje, a dopiero potem otworzyła drzwi, zapraszając ją na świeże powietrze. Choć niekoniecznie “świeże” było takim dobrym określeniem… Po wyjściu Sanaya mogła ujrzeć szare niebo, chmury przysłaniające słońce, wznoszące się ponad strzelistymi wieżami wykonanymi z czarnego budulca bądź też białych kości - szczególnie imponująca wznosiła się na zachód, na horyzoncie, przerastając wszystkie pozostałe zarówno jeżeli chodziło o wysokość, jak i objętość. Poniżej widać było kanciaste piramidy, w większości przypadków znacznie wyższe od normalnych domostw, które to znajdowały się w cieniu wielkich dworów, między innymi tego, który właśnie opuścili. Wszystko było w czerni bądź bieli, w ponurym kontraście barw, jednak największą uwagę przyciągali mieszkańcy - na ulicy panował dosyć mały ruch, ale za to wszędzie dało się dostrzec ożywieńców. Trupy, w większości szkielety, nosiły różne rzeczy i zajmowały się wszelkim rodzajem prac fizycznych, od budownictwa poczynając, na prowadzeniu wozów skończywszy. Zapach unoszący się w powietrzu… zdecydowanie należał do specyficznego - nie był wiele gorszy od woni większości miast, jednak kompletnie się różnił, miał w sobie odór śmierci, który w jedną sekundę potrafił wypełnić płuca.  

        Szły ulicami przez dobre kilka minut, Leastafis kroczyła pewnie, prowadząc Sanayę po labiryncie ulic zdobionych czarnym brukiem, kładąc jej dłoń na ramieniu za każdym razem, kiedy dostrzegła, jak jakiś osobnik przygląda jej się uważniej. Głównie były to wampiry, które w istocie, dostrzegając twarz kobiety spod płaszcza, szczerzyły do niej swoje kły, ale na widok ognistych oczu liszki, czym prędzej kierowały wzrok gdzie indziej. Kiedy wkroczyły w dzielnicę handlową, najwidoczniej przeznaczoną dla wyższej klasy (sklepy wyglądały na straszliwie zadbane, a i osobników było tu zbyt mało jak na zwykły rynek), Leastafis w końcu się odezwała.
        - Przede wszystkim trzeba dla ciebie kupić ubranie. Wygodne. Jestem pewna, że będziecie musieli udać się w dzicz, a tam jednak twoje ubrania, jakkolwiek bym nie doceniała stylu, nie będą sprawiać się zbyt dobrze. Potrzebujesz też ochrony przed magią, przynajmniej podstawową, te składniki będą miały sporo z nią do czynienia, a nie możesz zawsze polegać na reakcjach Dérigéntirha. Oprócz tego także… och, to już tutaj.
        Już zewnątrz sklep robił wrażenie, budynek wykonany z ciemnego drewna, elegancki, z witrynami zapełnionymi strojami na manekinach, pachnący wyjątkowo przyjemnie pośród smrodu śmierci, ale to wnętrze było najbardziej imponujące - wszędzie pełno było różnego rodzaju strojów, od sukien balowych, na skórzanych zbrojach kończąc, a także najrozmaitszych materiałów, starannie zawieszonych i wydzielających przyjemną, choć nieco uderzającą mieszankę zapachów. Pomieszczenie nie było jednak duże, zdecydowana większość sklepu musiało stanowić zaplecze; Leastafis podeszła do lady, za którą zaraz pojawił się nietypowy jegomość - był lichem, lewitującym dobrą stopę nad ziemią, odziany w elegancki strój przypominający próbę połączenia garnituru z szatą, co - choć brzmiało na straszliwy związek dwóch osób, które nigdy nie powinny próbować być razem - wyglądało nawet zaskakująco dobrze. Położył kościstą rękę na klatce piersiowej i ukłonił się.
        - Ach, pani Leastafis, to zaszczyt cię gościć w moich progach, niezmiernie mi pochlebia także, że przyprowadziła pani przyjaciółkę. Miło mi i ciebie tutaj widzieć, moja skromna osoba nosi imię Vaeklor, mam nadzieję, że będę mógł ci dzisiaj służyć swymi usługami.
        - Mi zawsze schlebiają twoje słowa - odpowiedziała liszka. - W istocie, potrzebuję dla niej solidny strój terenowy.
        - Ochh, cudoooownie. - Lich wyleciał zza lady i zbliżył się do Sanayi, chwytając jej płaszcz i uprzejmie go zdejmując, łapiąc ją równocześnie delikatnie pod dłonią. - Pani pozwoli za mną.
        - Tylko uważaj, żeby przypadkiem nie zrobić mu krzywdy - wtrąciła Leastafis, która kroczyła tuż za nimi.
        - Niestety nie wszystkie lisze mogą pochwalić się takim szczęściem, jak pani - odpowiedział na to jej, choć teraz w jego głosie dało się dosłyszeć pewną gorycz. Zaprowadził Sanayę na niewielkie podwyższenie, na które następnie poprosił, aby weszła. Z trzech stron otaczało ją pięć luster, tworzących razem dosyć specyficzny wygląd; lisz wyjął taśmę, po czym zaczął zbierać wymiary Sanayi.
        - Potrzebuję mieć go skończonego w przeciągu najwyżej trzech godzin. Przystosowany do wielu warunków - odezwała się Leastafis, stająca z założonymi rękami z tyłu.
        - Naturalnie. A panienka ma jakiekolwiek wymagania czy uwagi? Jakiekolwiek preferencje? Jeżeli przekraczam granicę przyzwoitości, proszę o wybaczenie, ale może chciałaby panienka porozmawiać o czymś? Nie twierdzę, że jestem dobrym materiałem na rozmówcę, ale miejsce jest odpowiednie; spokojnie, lustra nie mają uszu, a wielu klientów lubi w ten sposób zabijać tu czas.
Avatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr,
Rasa: Złoty smok
Aura: Jeśli tutaj trafiłeś, masz nie lada szczęście, nie co dzień bowiem widuje się taką aurę. Jej siła jest wyraźna, wykraczająca poza przeciętność co jako pierwsze przykuje twoją uwagę. Zaraz potem skupisz się na wewnętrznych odczuciach jakie wywołuje, a tu dopadnie cię ambiwalencja. Sam nie wiesz czy od emanacji bije przyjazne ciepło czy też zdystansowany chłód. Łatwo jednak podjąć decyzję o dłuższym pozostaniu w tym miejscu. Owszem chcesz zachowywać się grzecznie, ale nie czujesz się zagrożony. Dopiero teraz potrafisz skupić się na wyglądzie aury, a prezentuje się ona jako solidnie już zmatowiała misterna mozaika. Czas jako jedyny sprawiedliwy na tym świecie, nie szczędzi nikogo, każdego traktując jednakowo. Tak też barwy są wytarte ale nie wypłowiałe. Szafirowa poświata unosi się wokół delikatnie, niczym poranna mgła. Wiele drobnych kobaltowych elementów zazębia się tworząc niezrozumiałe i zawiłe wzory. Z nimi mieszają się podobne im cynowe płytki, ale i one nie wiele ci wyjaśnią. Nawet złote zwieńczenia wplątane w labirynty kolorów, nie ukazują pełni. Rozumiesz znaczenia poszczególnych barw, ale wciąż z ciekawością wypatrujesz ujawnienia całości obrazu. Początkowo w twych pytaniach wspiera cię cisza. Tło jednak pasując do mozaiki również zaczyna ujawniać coraz to kolejne elementy układanki, najpierw rozbrzmiewając brzęczeniem, później przechodząc w liczne głosy grające wesoło. Te subtelnie przechodzą w kojącą melodię, która zniknie wybrzmiewając echem, a ty wciąż jeszcze nie wiesz z czym tak naprawdę się mierzysz. Dotykasz otoczenia i jest takie jakiego byś się spodziewał, twarde ale jednocześnie uginające się pod palcami by nie popękać. Gładkie ale uwieńczone bardzo ostrymi brzegami. Pozostaje ci posmakować otaczającego cię powietrza. A ono pasuje do ogólnych odczuć, jest łagodne z nutą kwasowości oraz intensywnie lepkie. Dopiero teraz pojmiesz mnogość zapachów, która towarzyszyła ci przez cały czas, tylko tego nie dostrzegałeś. To nie mozaika, stoisz na smoczych łuskach.
Wygląd: Każdy, kto kiedyś ujrzał na własne oczy jakiegokolwiek smoka, będzie zmuszony przyznać, że istoty te posiadają jakiś nieziemski urok, niemożliwy do osiągnięcia przez przedstawiciela jakiejkolwiek innej rasy, obraz potęgi, głębi, ale i piękna. Wiąże się to najpewniej z magiczną naturą tych stworzeń, prawdziwych dzieci Prasmoka. Dlatego też nie powinno dziwić, że ... (Więcej)

Postprzez Sanaya » Śr sty 23, 2019 11:12 pm

        - Do zobaczenia.
        Sanaya szła za Leastafis w milczeniu. Po pierwsze nie za bardzo wiedziała o czym mogłaby rozmawiać z partnerką Kaonitesa, a po drugie, ta zdawała się być na razie zajęta wydawaniem dyspozycji swoim… Powiedzmy, że służącym, bo alchemiczka nie była pewna, czy w tym jakże nietypowym domostwie można było ich tak nazwać. Na przykład tamta zjawa, która miała pilnować Creviego… Do alchemiczki dotarło nagle, że nie dość, że jej zachowanie odbiegało od tego jak postępowałby typowy podwładny to jeszcze… Niech to, zjawa? Sanaya zachodziła w głowę jakim cudem przyjęła to tak spokojnie. To chyba przez to, że najpierw była w szoku, a później już było za późno na okazywanie zdziwienia.
        I nagle, jakby panna Tai sobie to przepowiedziała, Leastafis wezwała ciekawą zjawę. Ta po raz kolejny pojawiła się w dość zaskakujący sposób, zupełnie inny niż reszta służby, swoim zjazdem po kolumnie wywołując uśmiech na twarzy alchemiczki, który jeszcze bardziej się poszerzył, gdy nazwała Creviego kociouszatym aniołkiem. Samo jej spojrzenie wyrażało, że myśli o nim dokładnie to samo.
        - Dziękuję – odpowiedziała na wieść, że Virio zrobiła chłopakowi okłady. Nawet jeśli chciała dodać coś więcej, nie miała ku temu okazji, gdyż gospodyni tego domu zaczęła wydawać kolejne dyspozycje. Sanaya była jednak wdzięczna zjawie za to, że zajmowała się panterołakiem, jak również za to, że swoim szczerym entuzjazmem poprawiła jej nieco nastrój. Dzięki temu szła za Leastafis już lżejszym krokiem, choć nadal w milczeniu. Atmosfera tego miejsca jak i sama gospodyni nie budowały atmosfery sprzyjającej pogawędkom – zupełnie odwrotnie, niż to było przy Kaonitesie.
        - Nie, nie. Jemu zapewne mało kto dorównuje apetytem – podzieliła się swoim spostrzeżeniem, choć zaraz przyszło jej na myśl, że Crevi również potrafił sporo zjeść. – Nie mam żadnych dodatkowych wymagań, dziękuję – dodała jeszcze, kiwając na koniec głową zjawie, choć może gdyby wiedziała gdzie trafiła, poczyniłaby jakieś zastrzeżenia. Wszak kuchnia Maurii potrafiła być naprawdę specyficzna.
        Sanaya śledziła zjeżdżającą w dół Virię wzrokiem, tak samo jak Leastafis. Nie wiedziała, że gospodyni jej się przygląda, ale to, że zaczęła wyjaśniać historię powstania tej nietypowej zjawy wcale jej nie zdziwiło. Spojrzała z zainteresowaniem na mówiącą czarodziejkę, po czym słuchała kiwając od czasu do czasu głową. Przez moment na jej twarzy malowało się niedowierzanie, ale raczej z gatunku tych pozytywnych - taką minę ma się wykrzykując “coś niesamowitego!”.
        - Bardzo ciekawe - zgodziła się, naprawdę będąc pod wrażeniem. Viria była naprawdę wyjątkowa, nic dziwnego, że Leastafis zrobiła dla niej wyjątek i zatrzymała ją przy sobie… Takie towarzystwo na pewno było miłe, a w każdym razie byłoby miłe dla Sanayi. Jak odbierała ją partnerka Kaonitesa, to już trudniej było ocenić, bo co prawda przyznała, że ma do Virii słabość, ale jednocześnie nie była typową osobą, mogła więc doceniać inne walory młodej zjawy niż inni…
        W przedpokoju Sanaya nie ukrywała tego, że rozglądała się po pomieszczeniu - było to piękny przykład projektu, którego nie ograniczał ani budżet, ani przestrzeń, architekt z pewnością popuścił tu wodze fantazji. Tai próbowała przejrzeć te wszystkie ozdobniki, by zobaczyć co się kryło pod nimi, jaka była bryła budynku i czy do jej postawienia była użyta magia czy tylko praca ludzkich rąk, ale nie miała na to za wiele czasu - Leastafis już była gotowa do wyjścia, a jej kazała się przygotować, podając jej bardzo specyficzne okrycie.
        Sanaya nie zamierzała w ogóle sprzeciwiać się pomysłowi założenia płaszcza, który podała jej Leastafis, nawet jeśli ta nie poczyniłaby takiego zastrzeżenia, choć gdy go ubierała, zastygła na moment w bezruchu, podnosząc wzrok z guzików na swoją rozmówczynię. W jej oczach widać było pewien niepokój pomieszany z irytacją. W końcu jednak nie odezwała się, skończyła się ubierać, ciasno zapinając płaszcz i zaciągając na głowę kaptur. Na wyszytą na piersi czaszkę nie zwróciła specjalnej uwagi - to była naprawdę jedna z najnormalniejszych rzeczy, na jakie trafiła od momentu, gdy Crevi został ranny.
        Na zewnątrz jednak zrobiło się jeszcze dziwniej. Sanaya - choć nie patrzyła do tej pory przez okna - wiedziała, że trafili gdzieś bardzo daleko od Menaos, lecz okolica zupełnie ją zaskoczyła. Mrok, marazm, przygnębienie. Miasto, do którego trafiła, było dziwne i nieprzyjazne dla takich jak ona. I jeszcze te stworzenia, które chodziły po ulicy… Sanaya przez moment gapiła się na jeden z mijających je szkieletów, jakby chciała dojrzeć poruszające nim nitki albo cokolwiek, co zdemaskowałoby kuglarską sztuczkę, lecz nic takiego nie dostrzegła. To dało jej sporo do myślenia… Ale nie mogła wiecznie gdybać. Skoro jednak nie otrzymywała wyjaśnień bez proszenia o nie, postanowiła się upomnieć.
        - Przepraszam bardzo, ale... Gdzie ja jestem? - zapytała w końcu. - Dérigéntirh nie powiedział mi za wiele ani o pani, ani o tym gdzie chce nas przenieść, nic nie wiem.
        Później już nie było atmosfery do rozmowy. Sanaya czuła, że była w tym mieście jak żuraw na środku wybiegu dla tygrysów - pod czujną obserwacją drapieżników, które cały czas miały ją na oku i kalkulowały czy opłaca im się podnieść by ją upolować. Otulała się więc szczelniej, prawie jakby było jej zimno, nie rozglądała się też, by nie prowokować niepotrzebnie wampirów do zaczepek, do najprostszego i najskuteczniejszego w świecie “co się gapisz?”. Tak, Leastafis obiecała, że przy niej alchemiczce nic nie grozi, lecz ona jednoczesnie nie chciała tego nadwyrężać - jej również nie zależało na rozlewie krwi. Szkoda jednak, że nie wiedziała z czym wiąże się jej zgoda na to wyjście na zakupy - może wtedy zastanowiłaby się dwa razy nad odpowiedzią.
        Sanaya odrobinę się rozluźniła, gdy trafiły do zupełnie innej dzielnicy, gdzie nie było już tylu osób. W tym samym momencie Leastafis również musiała poczuć się swobodniej, bo przerwała milczenie i przedstawiła swoje plany na ekwipunek, jaki musiały kupić dla alchemiczki.
        - No to buty mam dobre - oceniła, słuchając jej domysłów, planów i spekulacji. Fakt, nie była ubrana na eksplorację, ale cóż się dziwić, skoro ten dzień miała spędzić w mieście. Założyła jedynie te swoje trepy, bo wiedziała, że czeka ją dużo chodzenia.
        Na temat magicznych przedmiotów Sanaya nie zdążyła się wypowiedzieć, gdyż Leastafis wkroczyła do jakiegoś mijanego sklepu. Alchemiczka w biegu nieco się odchyliła, aby spojrzeć na szyld i wystawę, choć to nie było potrzebne by zorientować się, że miało się do czynienia z krawcem - to było widać od razu po wejściu do środka. A dla kogoś, kto tak lubi nowe ubrania jak ona, był to prawdziwy raj. Nie dość, że sklep był bardzo dobrze zaopatrzony, to jeszcze było to zaopatrzenie bardzo różnorodne, nie ograniczające się tylko do tego co modne albo stylowe. Właściciel musiał mieć w sobie coś z artysty, skoro otaczał się takimi przedmiotami…
        Poprawka - właściciel był liszem. To akurat Sanaya poznała od razu i jakby dopiero teraz zorientowała się również, że towarzysząca mu partnerka Kaonitesa była przedstawicielką tej rasy, choć nie wyglądała aż tak sztampowo jak właściciel tego miejsca… Ta myśl sprawiła, że zrobiło jej się nieswojo. Niby nie ocenia się książki po okładce, ale jednak stereotypy skądś się brały, a na dodatek Sanaya z reguły ufała swojej intuicji, która przy Leastafis cały czas kazała jej mieć się na baczności… A może to przez to miejsce tak reagowała? Może gdyby obie spotkały się na bardziej neutralnym gruncie nie byłaby aż tak zaniepokojona? Niemożliwe do zweryfikowania domysły - z tego co panna Tai pamiętała, Lea nie mogła opuścić miasta.
        - Sanaya Tai, miło mi - przedstawiła się odruchowo, gdy lisz-krawiec podał jej swoje imię. Skinęła mu głową, lecz nie podała ręki na powitanie, od razu zajmując się zdjęciem z siebie płaszcza, bo skoro miała coś mierzyć, prędzej czy później będzie musiała go zdjąć. Vaeklor zaraz się przy niej zjawił i pomógł jak na dobrze wychowanego mężczyznę przystało, a alchemiczka nie robiła z tego powodu scen: nie wzdrygała się ani nie obracała z niepokojem, nie zapierała się, że sama sobie poradzi. Przecież i tak nie mogła zrobić nic innego jak płynąć z nurtem i zaufać Leastafis i temu, co ją otaczało. Pomagała jej na pewności świadomość, że zaufała już Kaonitesowi, więc skoro on ją tu zabrał, wiedział, że nic jej się nie stanie, nawet jeśli uda się na jakieś dziwne zakupy w jeszcze dziwniejszym miejscu…
        - Oczywiście - mruknęła, gdy Leastafis upomniała ją, by nie uszkodziła krawca. Czy wyglądała na taką, która zrobiłaby mu krzywdę? Gdy teraz Sanaya sobie o tym pomyślała, nawet witając się z obecną tu liszką starała się jak najbardziej delikatnie uścisnąć jej rękę, choć wtedy była przekonana, że ma do czynienia z osobą chorą…
        Sanaya ustawiła się we wskazanym przez lisza miejscu. Nigdy nie była w tak ekskluzywnym miejscu - tam, gdzie zaopatrywała się w ubrania, stawała zawsze na prostym stołku, a lustro było jedno, z reguły przesłonięte jakimś niedbale rzuconym wykrojem, który czekał na swoją kolej. Tu było elegancko, czysto i z rozmachem.
        - Wymagania? Nie… Nie mam pojęcia, na co mam się przygotować, dlatego zdaję się na wasze wyczucie… Nie lubię wysokich stójek, kapeluszy i noszę biodrówki - oświadczyła nagle, bo zmieniła zdanie, że jednak ma coś do dodania. - I te buty zostają.
        Sanaya mogłaby jeszcze wiele powiedzieć na temat ubrań, jakie lubiła nosić, na przykład o tym, że śmiało podchodziła do kolorów i nie bała się odsłaniać ciała, lecz skoro miał to być praktyczny strój terenowy, takie fanaberie odpadały. Co więcej mogła sprecyzować pod swój gust, tego nie wiedziała - nigdy nie była u aż tak ekskluzywnego krawca, który jeszcze musiał być chyba jakimś magiem, bo niemożliwe, by tradycyjnymi metodami dało się uszyć coś tak szybko, jak życzyła sobie tego Leastafis.
        - Podoba mi się to, co ma pan na sobie - powiedziała, gdy został jej oddany głos i możliwość ewentualnego prowadzenia pogawędki. - Eleganckie i awangardowe, doceniam gust. Mogę mieć pytanie? Pan jest liszem, czyż nie? Skąd taki dobór zawodu? Zdawało mi się, że tacy jak pan są mocno ukierunkowani na uprawianie magii.
        Sanaya nie znała się wcale na nieumarłych rasach - nigdy w życiu nie miała z nimi do czynienia, a to co przed chwilą powiedziała było jedynie stereotypem, który zdarzyło jej się słyszeć gdzieś w karczmie albo przeczytać w jakiejś księdze.
Avatar użytkownika
Sanaya
Upiór z Krainy Marzeń
 
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Ranga: Obrazek
Rasa: Człowiek
Aura: Nie nazbyt silna aura błyszczy się i jaśnieje szafirem. Wokół postaci leżą porozkładane, lśniące cyną kolby, garnuszki, fiolki i palniki, z których to unoszą się ku górze kłęby rtęciowego dymu roztaczając wszędzie duszący zapach chemikaliów. Te chemiczne nuty łagodzi woń henny i orientalnych, rozgrzewających przypraw sprawiając, że serce czytelnika momentalnie topnieje. Na samej aurze dostrzec można przeróżne miedziane wzory i jakby zapisane na niej mieniące się kobaltem notatki. W dotyku rani ostrymi brzegami, ale ugina się łatwo i jest nawet lekko miękka. Przejeżdżając po niej dłonią poczujesz niezwykle ów wspomniane ciepło bijące niemalże z jej samego centrum, a gdzieniegdzie spotkasz się z gładkimi miejscami. Wsłuchując się w nią nic jednak nie usłyszysz, może jedynie ciche bulgotanie przyrządzanych mikstur. Usta sucho się zlepią w łagodnym acz kwaśnym smaku.
Wygląd: Sanaya jest wysoka jak na kobietę, ma dokładnie jeden sążeń wzrostu (178 cm), co zawdzięcza przede wszystkim długim nogom. Jest szczupła, nie może pochwalić się ani nęcącym biustem, ani biodrami dobrymi do rodzenia dzieci, nadal jednak można uznać, że jest dość zgrabna, a to tylko dzięki odpowiednio zarysowanej i podkreślonej talii - gdyby nie to, mogłaby być mylona z ... (Więcej)

Postprzez Dérigéntirh » Pt lut 01, 2019 7:05 pm

        Leastafis o mało się nie zatrzymała, kiedy Sanaya zadała jej pytanie, lecz liszka opanowała się na tyle, że postąpiła jedynie kilka wolniejszych kroków i zajrzała przez ramię, spoglądając na kobietę swoimi ognistymi oczami, a następnie obróciła się i kontynuowała podróż.
        - Dziwię się, że ci nie powiedział, ale podejrzewam, że okoliczności były na tyle rozpaczliwe, że nie było czasu na wyjaśnienia – odezwała się po chwili, choć na sekundę w jej głosie dało się wyczuć wahanie, widocznie chciała powiedzieć coś innego z początku. - Cóż, lepiej późno niż wcale; znajdujesz się w Maurii, mieście umarłych, krainie skrytej w cieniu śmierci, która chce się rozlać na cały kontynent, jeżeli tylko jej na to pozwolić. Kilka razy w zasadzie próbowała, jeżeli nie orientujesz się zbytnio w historii tego regionu. Na południu zagrożenie armii umarłych wydaje się straszliwie nierealne, zdaję sobie z tego sprawę. Więc... mam nadzieję, że miło spędzisz tutaj czas.
        W ostatnim zdaniu dało się wyczuć żartobliwą nutę, ale po tym liszka zamilkła, skupiając się bardziej na swoich myślach, odzywając się dopiero wtedy, kiedy przedstawiła Sanayi założenie; na wzmiankę o jej butach zerknęła na nie przelotnie, choć na jej twarzy obmalowała się akceptacja – choć niezaznajomiona z mimiką nieumarłej alchemiczka mogła mieć problem z poprawną interpretacją tego wzroku. Kolejnym przystankiem był sklep z odzieżą, gdzie sprawy nabrały całkiem szybkiego obrotu, choć zdecydowanie przyjemnie było znaleźć się w jakimś przytulniejszym i dającym nieco prywatności miejscu.
        Kiedy Sanaya odpowiedział na jego pytanie, lich skinął głową bez wyrazu na czaszce, choć kiedy nagle coś dodała, kącik jego „ust” nieco się uniósł, a on sam powstrzymał się od lekkiego, przyjaznego zachichotania, które w przypadku nieumarłych trudno było odróżnić od kpiarskiego jeszcze bardziej niż u ludzi.
        - Oczywiście, pani życzenia to dla mnie rozkazy – powiedział, napawając się chwilą, szczególnie gdy alchemiczka pochwaliła jego strój, na co z najwyższą wylewnością podziękował; oklapł jednak nieco, gdy padło pytanie o jego zawód, jednak nie przejął się tym szczególnie mocno. - Cóż, całkiem bystre spostrzeżenie, szczególnie, że – jak podejrzewam – nie pochodzi pani z tej okolicy. Otóż prawda, aby w ogóle osiągnąć stan, w jakim się znajduję, to jest utrzymania w ciele zdolności mechanicznych po śmierci z zachowaniem pełni władz umysłowych, wymagana jest szczytowa znajomość w sztukach magicznych. Dlatego też przeważająca część naszej rasy bardziej przypomina pani wspaniałą przyjaciółkę – mistrzowie magii, mogący wolą naginać świat wokół jakkolwiek zechcą, posiadający w swych dłoniach władzę nad życiem i śmiercią, posiadający wspaniałe dwory, w których mogą bez problemu praktykować sztuki tajemne, mając u swoich stóp rzesze żywych i martwych, jednym słowem mogący spełniać swe zachcianki, nieograniczeni...
        - Jak pewnie zdążyłaś zauważyć, Vaeklor to niepoprawny komplemenciarz – powiedziała z rozbawieniem Leastafis, spoglądając w oczy Sanayi przez odbicie w lustrze. - Nie daj się jednak zwieść jego urokowi osobistemu, bo wpadniesz w pułapkę niekończących się pochlebstw.
        - Tak czy owak... - Lich wydał z siebie odgłos trzęsących się kości, który chyba był odpowiednikiem kaszlnięcia. - Pożycie zdecydowanie okazało się dla mnie większym wyzwaniem, niż przypuszczałem wcześniej, hmmm, wrodzona konkurencja była nadzwyczaj... wymagająca i... pojawiły się swoiste problemy, z których zupełnym przypadkiem udało mi się wyjść dzięki zachwyceniu jednego z radnych stworzonym dla niego strojem – zyskałem jego mecenas, a po pewnym czasie i wielu innych znacznych osób. Owszem, to nadzwyczaj korzystny uśmiech losu, jednak... wielkich panów i panie nieszczególnie interesują moje usługi magiczne, więc... fakt, sklep jest cudowny i pewnie każdy krawiec mógłby o takim pomarzyć, jednak przyznaję, że przywiązanie do takiej dziedziny w połączeniu z oczekiwaniami związanymi z moją rasą... wywołują pewien dyskomfort. Ale niech pani się nie obawia, czerpię z tego radość, pomimo wszystko. Och, już, gotowe! Pani wybaczy, chyba się zapomniałem.
        Lich schował taśmę do kieszeni, po czym zaprowadził Sanayę z powrotem do lady, po drodze pomagając uprzejmie nałożyć płaszcz na jej ramiona, a następnie spędził tylko chwilę z Leastafis, uzgadniając kilka szczegółów i wymieniając grzeczności, po których liszka podziękowała, pożegnała się, a następnie ruszyła w stronę drzwi, dając jeszcze chwilę dla alchemiczki, jeżeli chciałaby coś od Veaklora. Po chwili ponownie znalazły się na ulicy, a Leastafis bez zbędnej rozmowy ruszyła dalej – następnym przystankiem był sklep wypełniony biżuterią, w której za ladą stał blady jegomość, widocznie wampir – dodatkowo upewnił w tym jego szeroki uśmiech. Nie odezwał się, zamiast tego zaczął ruszać rękami w dziwny sposób, na co Leastafis przystąpiła do podobnych zabiegów.
        - To Ilgridiah, nie mówi, jak możesz usłyszeć. Przedstawiłam cię mu, odpowiedział, że miło mu gościć cię w sklepie. Jeżeli chcesz coś powiedzieć, mogę przetłumaczyć. Choć tutaj minie nam szybciej. - Po tych słowach szybko wybrała jeden z medalionów, przekazała wampirowi kilka srebrnych monet, a następnie przekazała kawałek biżuterii Sanayi. - Ten medalion chroni przed czarami wymierzonymi w twoją osobę, jednak jest w stanie zrobić to tylko raz w ciągu kilku minut. I tak jest to coś, co zapewni ci nieocenione minimum ochrony, nie pozwoli zaatakować z zaskoczenia twojego ciała, duszy czy umysłu. Poczujesz dziwne, dyskomfortowe uczucie, kiedy to się stanie, ale dzięki temu przynajmniej zostaniesz zaalarmowana. Dérigéntirh powinien wtedy sobie poradzić z dalszą sytuacją. Ach, i nie martw się, on sobie poradzi z tym, jeżeli będzie musiał użyć zaklęcia na tobie.
        Kolejny sklep był wypełniony bronią, ale różnił się od dwóch poprzednich czymś innym – wewnątrz znajdowały się wyłącznie szkielety, pozbawione zbytniego rozumu, dlatego zakup ograniczał się jedynie do transakcji; żadnego przywitania, żadnej pogawędki. Leastafis zakupiła pas z kilkoma sakwami, ale tym razem wręczyła go alchemiczce dopiero po wyjściu ze sklepu.
        - Pamiętam, że nie chcesz nikogo zabijać, jeżeli jesteś w połowie tak uparta jak Déri, to cię nie zdołam szybko przekonać do zmiany podejścia, ale miej przynajmniej to. W środku są okrągłe przedmioty, nazywają je bombami ogłuszającymi. Czysta alchemia, po rozbiciu wydzielają huk, dym i oślepiają, jedynie do samoobrony. Działają całkiem dobrze na każde żywe stworzenie, na sporo martwych pewnie też.
        Leastafis chciała ruszyć dalej, ale zawahała się na chwilę, po czym spojrzała na Sanayę.
        - Chciałabyś kupić coś dla Creviego? Wykorzystać okazję? Zapewniam cię, że sporo tutaj cudów, także takich mniej powiązanych ze śmiercią.
Avatar użytkownika
Dérigéntirh
Kroczący w Snach
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Sarpedon, Malawiasz, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina, Quarantio, Tierõ, Freyr,
Rasa: Złoty smok
Aura: Jeśli tutaj trafiłeś, masz nie lada szczęście, nie co dzień bowiem widuje się taką aurę. Jej siła jest wyraźna, wykraczająca poza przeciętność co jako pierwsze przykuje twoją uwagę. Zaraz potem skupisz się na wewnętrznych odczuciach jakie wywołuje, a tu dopadnie cię ambiwalencja. Sam nie wiesz czy od emanacji bije przyjazne ciepło czy też zdystansowany chłód. Łatwo jednak podjąć decyzję o dłuższym pozostaniu w tym miejscu. Owszem chcesz zachowywać się grzecznie, ale nie czujesz się zagrożony. Dopiero teraz potrafisz skupić się na wyglądzie aury, a prezentuje się ona jako solidnie już zmatowiała misterna mozaika. Czas jako jedyny sprawiedliwy na tym świecie, nie szczędzi nikogo, każdego traktując jednakowo. Tak też barwy są wytarte ale nie wypłowiałe. Szafirowa poświata unosi się wokół delikatnie, niczym poranna mgła. Wiele drobnych kobaltowych elementów zazębia się tworząc niezrozumiałe i zawiłe wzory. Z nimi mieszają się podobne im cynowe płytki, ale i one nie wiele ci wyjaśnią. Nawet złote zwieńczenia wplątane w labirynty kolorów, nie ukazują pełni. Rozumiesz znaczenia poszczególnych barw, ale wciąż z ciekawością wypatrujesz ujawnienia całości obrazu. Początkowo w twych pytaniach wspiera cię cisza. Tło jednak pasując do mozaiki również zaczyna ujawniać coraz to kolejne elementy układanki, najpierw rozbrzmiewając brzęczeniem, później przechodząc w liczne głosy grające wesoło. Te subtelnie przechodzą w kojącą melodię, która zniknie wybrzmiewając echem, a ty wciąż jeszcze nie wiesz z czym tak naprawdę się mierzysz. Dotykasz otoczenia i jest takie jakiego byś się spodziewał, twarde ale jednocześnie uginające się pod palcami by nie popękać. Gładkie ale uwieńczone bardzo ostrymi brzegami. Pozostaje ci posmakować otaczającego cię powietrza. A ono pasuje do ogólnych odczuć, jest łagodne z nutą kwasowości oraz intensywnie lepkie. Dopiero teraz pojmiesz mnogość zapachów, która towarzyszyła ci przez cały czas, tylko tego nie dostrzegałeś. To nie mozaika, stoisz na smoczych łuskach.
Wygląd: Każdy, kto kiedyś ujrzał na własne oczy jakiegokolwiek smoka, będzie zmuszony przyznać, że istoty te posiadają jakiś nieziemski urok, niemożliwy do osiągnięcia przez przedstawiciela jakiejkolwiek innej rasy, obraz potęgi, głębi, ale i piękna. Wiąże się to najpewniej z magiczną naturą tych stworzeń, prawdziwych dzieci Prasmoka. Dlatego też nie powinno dziwić, że ... (Więcej)

Postprzez Sanaya » Pn lut 04, 2019 8:39 pm

        Czy Sanaya musiała bronić Kaonitesa i go usprawiedliwiać? Nie, raczej nie - Leastafis najwyraźniej sama wiedziała, że nie było czasu na wyjaśnienia i wystarczająco dobrze znała swego partnera by wiedzieć dlaczego miałby nie wtajemniczyć alchemiczki gdzie zamierza ją zabrać. Tai też nie miała mu tego za złe, bo sama była wtedy tak przejęta i przerażona, że nie interesowało jej gdzie trafi, jeśli miałoby to pomóc Creviemu - mógłby to być nawet ostatni krąg piekła.
        A jednak Mauria ją zaskoczyła, co było tym dziwniejsze, że nawet sama zaczęła podejrzewać, że trafiła do tego królestwa śmierci na ziemi. Wnioskowała przede wszystkim na podstawie architektury miasta, która była unikalna dla tego rejonu, a poza tym na podstawie własnego płaszcza z czaszką… I nieumarłych chodzących swobodnie po ulicach oczywiście. Czym innym są jednak podejrzenia, a czym innym brutalna prawda. Sanaya aż z wrażenia zgubiła krok, choć zaraz pośpieszyła dalej za Lestafis. Jeszcze raz rozejrzała się po ulicy i mijanych grupkach przechodniów. Prawie żadna z nich nie była - cóż - normalna, w każdej znajdował się ktoś o niepokojąco bladym obliczu, z ziejącymi pustką oczami albo innymi nietypowymi cechami wyglądu. Osób, które alchemiczka zaklasyfikowałaby jako normalnych ludzi, było naprawdę niewiele. Pomyślała jednak, że sama też nie zaliczała się do normalnych, bo choć jej cera miała bardzo zdrowy kolor marcepanowo-złotej opalenizny, jej twarz pokrywały tatuaże, które mogły wskazywać na jej związki z jakimś nietypowym odłamem magów, o co czasami bywała podejrzewana. Zabawne tym bardziej, że nigdy magii nie praktykowała.
        Sanaya zdobyła się na uśmiech, gdy Leastafis zakończyła swoją wypowiedź prawie jak gospodarz w jakimś luksusowym zajeździe - czuj się jak u siebie, zrelaksuj się. Cóż za ironia, w takim miejscu… Tai nawet jakby chciała, nie potrafiłaby się rozluźnić, bo zdawało jej się, że wystarczy moment zapomnienia, by jedna z tych osób dosłownie pożerających ją wzrokiem ją złapała… I po niej. ”W życiu bym nie pomyślała, że będę używać zwrotu “pożerać wzrokiem” w tak dosłowny sposób…”, skonstatowała alchemiczka w przypływie poczucia humoru wyjątkowo słabej jakości.

        Jej nietęgi nastrój szybko się poprawił, gdy weszły razem z Leastafis do zakładu krawieckiego. Sanaya uwielbiała ubrania - to było zresztą po niej widać. Miała setki różnych kreacji, takich awangardowych, ale też takich klasycznych na dni, gdy było jej to akurat potrzebne albo akurat miała ochotę na coś prostego. Rzadko jednak można było posądzić ją o nudę, gdyż w jej garderobie roiło się od przeróżnych kolorów, deseni i materiałów. Tu zaś miała wszystko czego dusza zapragnie, a nawet więcej, bo niektóre zestawienia nigdy nie przyszłyby jej na myśl. Gdy jednak patrzyła na znajdujące się tu elementy zbroi przypomniała jej się jedna dziewczyna, którą kiedyś widziała w Turmalii - nastolatka z fantazyjnym koczkiem, w intensywnie różowej sukience sięgającej ledwie połowy ud i butach, które wyglądały jak kozaki na szpilce wykonane ze zbroi płytowej, dzieło pewnie jakiegoś kowala-fetyszty. O tak, ona na pewno piszczałaby tu z radości stokroć bardziej niż alchemiczka...
        Z gospodarzem zaś bardzo łatwo było nawiązać nić sympatii, chociaż ten był z wyglądu najbardziej sztampowym liszem, jakiego można spotkać. Maniery miał jednak nienaganne, a przy tym również wysoki poziom kultury osobistej, więc pewnie to pozwoliło Sanayi tak z miejsca go polubić. Zastanawiała się jednak patrząc na jego ubranie, jak mógł wyglądać za życia. Tego typu oryginalne szaty nie pasowały w jej odczuciu do poważnego, groźnego maga, jacy z reguły kojarzyli się z nieumarłymi czarnoksiężnikami… Dlatego najpierw zapytała o jego niecodzienny fach i co więcej nie potrafiła powstrzymać uśmiechu, jaki wywołały na jej twarzy tłumaczenia Veaklora. To faktycznie burzyło utrwalony w kulturze obraz przebiegłych mrocznych magów - okazało się, że i tacy mogli mieć problem ze znalezieniem swojego miejsca w zastanej rzeczywistości. Zaśmiała się cicho, słysząc przezabawną w jej odczuciu grę słów - “pożycie”. Ciekawe czy faktycznie funkcjonowało tu takie słowo, czy był to jego własny mały neologizm? Sanaya chętnie jeszcze by go trochę powypytywała o jego przeszłość, ale wyczuła, że to dla niego wyjątkowo wstydliwy temat, więc nietaktem byłoby drążyć. Zamiast tego - gdy pomagał jej zejść z podwyższenia - zadała inne pytanie.
        - A skąd pan pochodzi? Urodził się i całe życie mieszkał tu, w Maurii? - upewniła się. - Pytam przez wzgląd na ten oryginalny strój, może był czymś inspirowany? A może to tylko pańska wyobraźnia? W takim wypadku winszuję pomysłowości - dodała z uśmiechem. Chętnie jeszcze by pogawędziła, lecz Leastafis dała do zrozumienia, że powinny już ruszać dalej, a ona nie zamierzała kłócić się z jej wyczuciem czasu.

        W kolejnych sklepach alchemiczka była już o wiele bardziej rozluźniona i łatwiej przychodziło jej radzenie sobie z osobliwościami, jakie napotykała. Z wampirem niemową przywitała się skinieniem głowy i zapewnieniami, że jej również jest bardzo miło. Chwilę oglądała różne zgromadzone w gablotach cudeńka, czytając ustawione przy nich maleńkie karteczki z naniesionymi na nie treściwymi opisami właściwości magicznych - te bileciki przypominał jej opisy eksponatów w muzeum. Nie zdążyła jednak przyjrzeć się wszystkiemu, gdy Leastafis zajęła się już tym, po co tu przyszła i zaraz wręczyła jej naszyjnik - Tai wysłuchała opisu właściwości medalionu dokładnie mu się przyglądając. Był zupełnie nie w jej guście - pentagram z oksydowanego, lśniącego srebra, które wyglądało tak naprawdę jak hematyt albo antracyt. Niemniej darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a skoro miał ją dodatkowo chronić, tym bardziej nie zamierzała narzekać. Dziękując założyła go sobie na szyję - łańcuszek przy nim był krótki, dlatego pentagram wypadał tuż poniżej dołka między obojczykami. To również nie była jej ulubiona długość, ale jak wspomniano: nie zamierzała narzekać. Najwyżej kiedyś znajdzie inny łańcuszek.
        Kolejny przybytek nie wywołał już jej specjalnego entuzjazmu - kuźnia, zbrojownia, słowem miejsce, do którego z własnej woli nigdy by nie weszła, bo i nie miałaby po co. Zdawało jej się jednak, że Leastafis zrozumiała jej awersję do przemocy i broni i miała to na uwadze, postanowiła więc jej zaufać zamiast zapierać się w progu twardo twierdząc, że do środka nie wejdzie. Dobrze zrobiło, gdyż faktycznie liszka (do Sanayi nadal nie docierało, że to prawdziwa nieumarła magini) wybrała coś akurat dla niej.
        - O, granaty błyskowe - zauważyła z zaskoczeniem, gdy tylko je dojrzała. Przyjęła pas niczym dorodną kiść winogron, podbierając pociski nieco od dołu, jakby bała się, że spadną na ziemię. Znała ich właściwości i nawet wiedziała jak takie przygotować, musiała tylko trochę przyjrzeć się ich budowie aby upewnić się z którym typem granatów ma do czynienia. To, że nie sama nie popierała przemocy i użyła trochę innej nazwy niż Leastafis nie oznaczało, że ten temat był jej obcy - w końcu w fachu takim jak alchemia trzeba było znać różne właściwości tworzonych substancji, nie tylko te pozytywne, ale również negatywne. A gdy znało się również te drugie - wiedzieć, do czego mogą być zastosowane i po części również jak je neutralizować. Ale to akurat w przypadku bomb ogłuszających było niewarte zachodu, bo tak naprawdę wielkiej krzywdy nikomu nie robiły.
        - Na pewno się przydadzą - zapewniła alchemiczka chowając granaty do torby.

        Ciekawie patrzyło się na zmiany mimiki na twarzy Sanayi. Najpierw, gdy Leastafis zatrzymała się i zamyśliła, alchemiczka przyglądała jej się wyczekująco. Później, na dźwięk pierwszych słów, zareagowała lekkim zaskoczeniem i dezorientacją, a zaraz potem, gdy dotarło do niej co jej zaproponowano, jej oblicze rozpromieniło się w uśmiechu.
        - Naprawdę mamy czas? - upewniła się. - Możemy? Och, z chęcią bym mu coś kupiła! - zapewniła zaraz. - O, w Maurii robi się te takie mleczne karmelki, prawda? Na pewno by je polubił.
        Powód, dla którego Sanaya w pierwszej kolejności pomyślała o słodyczach, nie był przypadkowy - kawałek przed nimi znajdował się sklep, którego witryna kusiła wysokimi słojami pełnymi słodkości i girlandami ciastek, a momentami, gdy akurat ktoś wchodził do środka bądź stamtąd wychodzi, upojna woń łakoci niosła się po całej ulicy. To najsilniej podziałało na proces decyzyjny Sanayi, chociaż nie bez znaczenia było również jej własne zamiłowanie do kulinariów oraz to jaki apetyt miał młody panterołak. Zresztą komu nie byłoby miło, gdyby w trakcie powrotu do zdrowia dostał jakieś dobre słodycze? No właśnie.
        Sklep ze słodkościami był więc pierwszym przystankiem na ich nowej trasie zakupów robionych dla przyjemności, a nie jedynie z powodów praktycznych. Sanaya - choć na początku wspomniała jedynie o charakterystycznych dla Maurii karmelkach - nie ograniczyła się tylko do takiego zakupu. Nie wiedziała, co Crevi lubi, więc brała po trochu wszystkiego, co wpadło jej w oko. Do papierowych tutek trafiły więc również charakterystyczne dla tego miejsca lukrecje (w kształcie nietoperzy!), nieprzyzwoicie słodki i lepki biały nugat z orzechami oraz słodko-kwaśne owocowe galaretki powstałe ze zredukowanego soku obtoczonego w cukrze. Podobną lecz trochę mniejszą paczkę Sanaya skomponowała dla Arutio, by podarować mu ją po powrocie - tym zamiarem podzieliła się z Leastafis.
        - Crevi gdy tracił przytomność poprosił mnie, bym zajęła się jego bratem - powiedziała z czułością, gdy wychodziły ze sklepu ze słodyczami. - Chyba dla siebie samego nie widział już nadziei, ale starał się ze wszystkich sił, by Arutio miał dom, bo gdy mi go przedstawiał, mówił o nim jak o największym cudzie świata. Polubiłam ich obu, a zresztą… Rodzeństwa się nie rozdziela, niech sobie nie myśli - oświadczyła jakby buntowała się przeciw jego pomysłowi. - Głupio mi teraz trochę, że być może pomyśli sobie, że to jego prośba zaważyła na mojej decyzji, ale tak naprawdę już wcześniej ją podjęłam… Chciałabym mieć dzieci, a że swoich mieć nie mogę, dam dom chłopcom - oświadczyła z czułością, patrząc gdzieś przed siebie. Zaraz jedna ocknęła się z marzeń i przypomniała sobie po co tu były - zakupy!
        - O, a jest tu gdzieś może w pobliżu miejsce, gdzie mogłabym kupić księgi magiczne? - zainteresowała się. - Crevi jest bardzo utalentowany w iluzjach, chciałabym mu sprawić może coś ciekawego z tej dziedziny… Potrzebowałabym tylko pomocy w wyborze, bo sama się na tym zupełnie nie znam - wyznała.
        I tak chodziły od sklepu do sklepu, a Sanaya zdawało się, że ma niespożyte pokłady pomysłów na prezenty dla braci i co więcej zamierza je wszystkie zrealizować. Czasami jednak opamiętała się w porę - wiedziała na przykład, że Crevi raczej nie nosił żadnej biżuterii, więc niczego takiego dla niego nie szukała, wstrzymała się również przed szukaniem ubrań. Na jednym ze straganów znalazła jednak figurki czarnych rycerzy i choć może Crevi był na takie rzeczy “za stary”, to jego brat na pewno nie - i na pewno z czegoś takiego się ucieszy.
Avatar użytkownika
Sanaya
Upiór z Krainy Marzeń
 
Inne Postacie: Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan, Rammi,
Ranga: Obrazek
Rasa: Człowiek
Aura: Nie nazbyt silna aura błyszczy się i jaśnieje szafirem. Wokół postaci leżą porozkładane, lśniące cyną kolby, garnuszki, fiolki i palniki, z których to unoszą się ku górze kłęby rtęciowego dymu roztaczając wszędzie duszący zapach chemikaliów. Te chemiczne nuty łagodzi woń henny i orientalnych, rozgrzewających przypraw sprawiając, że serce czytelnika momentalnie topnieje. Na samej aurze dostrzec można przeróżne miedziane wzory i jakby zapisane na niej mieniące się kobaltem notatki. W dotyku rani ostrymi brzegami, ale ugina się łatwo i jest nawet lekko miękka. Przejeżdżając po niej dłonią poczujesz niezwykle ów wspomniane ciepło bijące niemalże z jej samego centrum, a gdzieniegdzie spotkasz się z gładkimi miejscami. Wsłuchując się w nią nic jednak nie usłyszysz, może jedynie ciche bulgotanie przyrządzanych mikstur. Usta sucho się zlepią w łagodnym acz kwaśnym smaku.
Wygląd: Sanaya jest wysoka jak na kobietę, ma dokładnie jeden sążeń wzrostu (178 cm), co zawdzięcza przede wszystkim długim nogom. Jest szczupła, nie może pochwalić się ani nęcącym biustem, ani biodrami dobrymi do rodzenia dzieci, nadal jednak można uznać, że jest dość zgrabna, a to tylko dzięki odpowiednio zarysowanej i podkreślonej talii - gdyby nie to, mogłaby być mylona z ... (Więcej)


Powrót do Mauria

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron