[Kamienica Elleanore] Jedna decyzja, trzy konsekwencje.


Miasto położone na północny-zachód od Mglistych Bagien, otoczone gęstą puszczą, jedyną droga prowadząca do miasta jest dolina Umarłych lub też nie mniej niebezpieczne bagna. Niewielu tutaj przybywa miasto zaczyna wymierać, gdyż młodzi jego mieszkańcy uciekają stąd jak najdalej od tajemniczej Doliny Umarłych.

Postprzez Daro » Pt sty 05, 2018 9:45 pm

O dziwo kiedy tylko butelka zakonserwowanej posoki została postawiona na blacie, Daro wcale się na nią nie rzucił. Nadal siedział smętnie przy miejscu spoczynku Ell, odrywając głowę od kolan tylko kiedy przeskakiwał nad nią przerośnięty wilk. Nadal chciał go pogłaskać. Ale jednocześnie nie chciał, bo był obrażony. Rio za to chętnie się od futrzaka odsunął (coś w jego zapachu zdecydowanie mu nie pasowało) i sam podszedł do butelki. Dopiero kiedy ją otworzył, Różak także zerwał się z miejsca i w jednej chwili pojawił się przy bracie. Ledwie poczekał, aż ten upije łyk (dosłownie tylko jeden), po czym wyrwał mu naczynie z rąk i przyssał się do niego z największą przyjemnością i bez cienia umiarkowania. Młodszy tylko westchnął. Nie zdążył się nawet rozsmakować…
       Z drugiej strony nie był teraz aż tak wygłodniały. Co prawda gdyby wiedział, że zdąży tylko spróbować to w ogóle nie kłopotałby się z braniem płynu do ust i nie wodziłby się na pokuszenie, ale ostatecznie mógł wytrzymać. Chociaż z tego co się zorientował trafiła im się chyba elfia przekąska. Znaczy - Daro. Istniała jednak szansa, że nim wychłepcze wszystko, krew przestanie mu się podobać i trochę zostawi. Szkoda, że nie mieli drugiej, innej butelki pod ręką. Wtedy mógłby być pod koniec posiłku nawet nasycony. Tak, Elcia nie wiedziała na co się pisze… łatwiej byłoby dawać mu wilki. Ale nie to nie. Ciekawe jakie osoby zgłosiłyby się do tego kontraktu stołówkowego? Czy jeżeli ktoś zgodzi się podjadać Darusiowi to pozwoli i jemu? Chociaż on mógł chyba sam załatwić sobie jakieś własne pakty? Tak, będzie musiał się nad tym zastanowić. Jeszcze trafi mu się jakaś śliczna panienka, która tak się nim zauroczy, że po kilku spotkaniach zapragnie oddać więcej niż tylko krew?
       Rozmarzony, z pogodnym uśmiechem czekał aż Daro oderwie się od kolacji - ku jego uciesze faktycznie bladooki nie dopił wszystkiego. Ku zdumieniu wszechświata zaś - w ogóle się nie ubrudził. Szalony.
       Nie był chyba jednak do końca usatysfakcjonowany.
       - To wszystko? - zapytał, a Rio odłożył puste już naczynko.
       - Nie marudź. - Klepnął go krzepiąco po ramieniu. - Dają to dziękuj!
       Po czym siłą obrócił brata w stronę pani domu i razem ukłonili się jak aktorzy po zakończeniu spektaklu.
       - Dziękujemy za posiłek! - powiedzieli zgodnie, całkiem zadowoleni z nie wiadomo czego i wyszli, zostawiając Elleanore i jej pupilka (chwilowo) samych.

       Dalsza część nocy zapowiadała się spokojnie. Chłopcy wrócili do pokoi - Daro podemolować łóżko, Rio poknuć, Aim… Aim w sumie odkąd ich przygarnięto siedział u siebie i dezynfekował wszystko po kolei. Teraz też. Pod tym względem był niezrównany i niedościgniony, aż dziw, że mu te wszystkie jego środki czystości nie przeżarły palców. No, ale z drugiej strony był wampirem obdarzonym z urodzenia wysokim poziomem regeneracji - stworzony wręcz do sprzątania przez wieki.
       Och, gdyby faktycznie to mógł robić przez całe swoje życie!
       Chociaż, chwila, nie - on wcale aż tak tego nie lubił. Miał ciekawsze zajęcia i wbrew pozorom - także zainteresowania. Tylko ten brud dookoła był nie do zniesienia! Jak można było myśleć o czymkolwiek, kiedy małe, zdradzieckie bakterie pełzały po ścianach całymi czeredami i śpiewały piosenki o czosnku w tym swoim niesłyszalnym, niemym języku bezgłośnych zabójców!? Urządzały przyjęcia w mikroskopijnych domkach z odpadków i starego naskórka, gdzie kroiły torty bestialsko ucharakteryzowane na wampirze głowy, a potem, jeżdżąc na oswojonych roztoczach rzucały jego maciupkie fragmenty wprost na jego głowę!
       Już czuł jak różowy lukier lepi mu włosy, pęcznieje i rozrasta się… ścieka po czole! Zaraz spłynie na kark… dostał dreszczy i wstał z przerażenia. Bez namysłu zniszczył szmatkę, którą przed chwilą wycierał (od godziny) fragment podłogi i wytrzeszczył oczy. To go przeżerało!
       Drżącą dłonią dotkną swoich włosów - teoretycznie nic tam nie było ale… czuł to! Na pewno tam jest! Cukier, mleko i jaja z mikroświata zarazków! Zdradzieckie składniki robiące z niego pożywkę dla robali! Zaraz zlecą się tu i zaczną wpełzać mu do uszu. Dostaną się do głowy. A potem wyjdą przez czaszkę i zaczną zlizywać lukier! Tylko tego pragną!
Rozhisteryzowany wybiegł z pokoju i popędził w stronę wielkiej łazienki. W biegu zaczął zrzucać z siebie ubrania (po tym wszystkim i tak były do spalenia) i niemal płacząc otworzył drzwi. W sumie nadal miał na sobie koszulkę, jakieś dziwne cuśka na przedramionach, spodnie, kapcio-buty i skarpeki, a na twarzy obowiązkowo czerwoną chustę, ale część rzeczy została na korytarzu. Cudaczny pasek, opaska niewiadomego pochodzenia, bluzo-kurtka i apaszka, którą z kolei nosił wcześniej na szyi. Nie kłopotał się ze zdejmowaniem tego co dotrwało do tego momentu - po kolei dotykał części swojej garderoby, a ta rozpadała się i niknęła pod wpływem magii.         Zostawszy w samych tylko gaciach i podkoszulku (i chustce) zaczął zagrzewać wodę. Mógłby wskoczyć do zimnej, ale wtedy na pewno się przeziębi. Niby wampiry nie mogły się przeziębić, a on przecież był jednym z nich, ale jakoś nie wierzył. Jego zdaniem już kilka razy był przeziębiony. O mało go to nie wykończyło! Nie mówiąc o tym, że zimna woda nie działa na brud. Nie tak dobrze jak gorąca. Najlepiej wrzątek! Tylko, że wrzątek palił skórę. Ale to nic, to nic… przecież ona się potem naprawiała, prawda? A może nie…
Gubiąc się we własnych myślach przysiadł na brzegu potężnej wanny i zaczął obgryzać paznokcie. Odruchowo i całkiem nieświadomie - gdyby tylko się zorientował, że to robi natychmiast musiałby wypluć wszystkie zęby, język i zmienić ślinę na nową. Ślina… czy to nie potworne, że było w nim coś takiego?
Na szczęście nim zdołał wpaść na przegenialny pomysł pozbycia się jej, woda zaczęła parować. Czas się oczyścić!

       Rio po raz kolejny uderzył paznokciem w kolorową kulkę. Kupił dzisiaj kilka. Właściwie zestaw. Były całkiem ładne, szklane. Można było pograć później z braćmi. Z Daro kiedy przypilnuje się, by ich nie jadł, z Aimem kiedy ten wyszoruje już u siebie podłogę. Trzeba go później zaprosić tutaj - lepiej, żeby ogarnął ten pokój nim będzie można odebrać zamówione dywany.
       Ach, dywany… Rio westchnął i wyciągnął się na podłodze. Leżał na brzuchu patrząc na toczące w stronę ściany kulki. Jedna wpadła mu pod fotel. Trzeba ją będzie wyciągnąć. Tylko jak? Przesunąć mebel i zarysować podłogę? Podnieść go i nadwyrężyć mięśnie? Wcisnąć tam rękę? Rio nie miewał zwidów, ale nie wiedział kto poprzednio zajmował to pomieszczenie. Może pod fotelem zostało coś czego jednak wolałby nie dotykać? Jeszcze tam nie sprzątał (jego zdaniem było tu całkiem czysto) i wolał nie natknąć się na coś nieprzyjemnego. Pyknął kolejną kulkę.
       Nie nudziło mu się. Nie do końca. Miał tyle rzeczy do zrobienia… wciąż byli w bardzo niepewnej sytuacji. Zależni od tego jak się teraz to wszystko ułoży… dlaczego Elcia ich przygarnęła? Wszystko jedno, i tak była piękna. Jakby tu się do niej zbliżyć? Dzisiaj ją przytulił, ale to chyba nie do końca to o co mu chodziło. Poza tym - nawet nie oddała uścisku.
,,Szkoda”, pomyślał, ,,Chyba mnie nie do końca lubi… ale co jest ze mną nie tak?” zastanowił się i wstał, klękając, by przyjrzeć się w lustrze umieszczonym po wewnętrznej stronie jednego ze skrzydeł imponującej szafy. Tak, szafa sama w sobie była wspaniała, ale zwierciadło szkaradne. Na rogu pęknięte, trochę gdzieniegdzie sczerniałe. Ciekawe czy Elka obrazi się jeśli je wymieni? Może lepiej zapytać?
       Nie w głowie mu to jednak było - musiał przyjrzeć się sobie. Co w nim takiego było, że dziewczęta nie rzucały mu się w objęcia i nie mdlały na jego widok? Ani nawet nie raczyły pogłaskać po głowie kiedy łkał w ich drogie sukienki!?
Twarz miał w końcu całkiem przyjemną. Tak, tak - bardzo przyjemną. Ładną, wręcz piękną. Bez zarostu, ale za to jaką młodzieńczą! Tak, niezaprzeczalnie emanował samczą witalnością nie uciekając się do czegoś takiego jak zanadto męskie rysy twarzy, wystające kości czy szczena barbarzyńcy. Był przykładem delikatnej nastoletniej urody pozbawionej jej przywar - ani jednej krostki, ani jednej blizny! Lica gładkie i blade, ale miejscami lekko zaróżowione. Wyglądał jakby naprawdę żył!
       No i te jego wąskie, lśniące usta… czy można było się im oprzeć? A za igiełkowymi kłami każda wampirzyca powinna się oglądać! Nosek też obleci - tak samo jak uszy, modnie zresztą przekłute (co prawda zrobił to już dziesiątki lat temu, ale moda na kolczyki utrzymywała się od wieków). Były może nieco duże, ale za to męskie! Tak, tak. No i te oczy! Oczy podziwiał u siebie najbardziej. Kochał ich kształt. Ich uwodzicielsko-zaczepny wyraz. To były jego przymrużone, kocie ślepia. Intensywnie czerwone. Przesiąknięte tą barwą jakby wypełniała je gorąca krew. Czasami przysłaniane przez bujne kłaczki koloru węgla. Koloru najciemniejszej z nocy, kiedy to kochankowie wyli do księżyca!
       - Jesteś dziś szatańsko przystojny! - pochwalił sam siebie pocierając dłonią podbródek, kończąc rozmyślania i dochodząc do jedynych słusznych wniosków. Przewrotnie poprawił swój srebrny krzyżyk.
       - Ale Elcia to twarda sztuka. Nie zdobędziesz jej tak łatwo. Oj nie - pouczył się żartobliwie i zamknął szafę. - Czas się upięknić i nieco odświeżyć… - ,,Wziąć Darcia?” zastanowił się. Chyba dobrze by było zdrapać z niego nieco naleciałości. Ich najstarszy braciszek wyznawał zasadę ,,kąpiel w strumyku to zawsze, zwłaszcza kiedy nie potrzeba, ale do wanny to raz w miesiącu”. Tak jednak nie mogło być.
,,Trzeba tylko znaleźć jakąś dobrą wymówkę. Siłą go przecież nie zaciągnę…” Wziął czystą koszulkę i spodnie ,,Ale krwi nie mam więcej…” Wyszedł z pokoju zamykając starannie drzwi. ,,Trzeba go zwabić inaczej”.
       Zapukał.
       - Daro, idę się wyparzyć w gorącej wodzie. Nie przychodź jeśli możesz, chcę pobyć chwilę sam - powiedział i z uśmiechem ruszył poszukać łazienki. Dotarł na miejsce ledwie po dziewięciu minutach, dzięki zgubom Aima.
,,Wyrabiam się!”, pomyślał zadowolony, po czym wlazłby do środka, gdyby drzwi nie były zaryglowane.
       - Aim to ty? Zamknąłeś się? - zapytał nagle poirytowany. Nie lubił kiedy ktoś mieszał mu w planach, nawet on. Powrót do pokoju zajmie mu kolejce dziewięć minut! (Jak będzie miał szczęście). Chyba, że mu otworzy.
       - Rio? - Głos, który mu odpowiedział był zachrypnięty i znajomo załamany.
       - Aim! Świetnie, że jeszcze reagujesz! Wpuść mnie - poprosił, ale nie usłyszał, aby brat zastosował się do jego prośby.
       - Nie otworzysz?
       - Nie mogę.
       - Dlaczego? - Wiadomo dlaczego. - Ej, coś się stało?
       - Nie mogę… wyjść. Woda się rozchlapie.
       - Aim otwieraj, mówię! - Rio walnął pięścią w ścianę. Nie miał na to teraz czasu… znaczy miał, kiedy wejdzie do środka. Nie chciał stać na korytarzu jak wyproszony fagas, z ubraniem w ręku. Zresztą nie tylko swoim - ciuszki Aima też przecież wyzbierał, choć wiedział jak skończą.
       - Wpuścisz mnie, czy nie?
       - …
       - Aim?
       - A… nie możesz sobie otworzyć? - zapytał niepewnie stłumiony głosik.
       - Ech… ty to potem naprawiasz - oświadczył wampirek i pociągnął drzwi tak, że skobelek przekrzywił się, aż w końcu puścił.

       Bracia siedzieli w gorących mydlinach cali zadowoleni. Aim co prawda w swoim podkoszulku i reszcie, skulony i skupiony na wytwarzaniu kolejnych mydełek, ale Rio przywykł do jego dziwactwa. Sam był nagusieńki jak przystało i rozpierał się w wielgachnej wannie od czasu do czasu tylko prosząc, aby mydło miało jakiś konkretny, ładny zapach.
       - Może hiacynty? - zaproponował. - Umiesz?
       Często zamawiał hiacynty.
       Aim pokiwał głową.
       - A coś takiego… jakby kadzidełka, ale bez dymu…
       - Kadzidełka to jest dym - poprawił go Aim.
       - No to mówię o czymś podobnym! Żeby nie było tego drażniącego dymu, ale jednocześnie czuć było zioła…
       - To pasuje do hiacyntów? - Pedantyczny wampirek nie wydawał się przekonany.
       - A bo ja wiem! Chyba zależy od kadzidełka.
       - A jakie chcesz?
       - Wymyśl - poprosił Rio i zanurzył się całkowicie w wodzie. Wychylił się dopiero kiedy Aim pacnął go w nogę.
       - Co jest? - zapytał zgarniając z twarzy mokrą grzywkę i sięgając po omacku do balii z czystą wodą, by przemyć oczy.
       - O, Daro! - zawołał kiedy zobaczył niezadowolony ryjek i karcące spojrzenie stojącego nad nim kolegi.
       - Też chcę wejść - oświadczył różowy, groźnie krzyżując ręce na piersi.
       Rio oparł się o brzeg i zwiesił ręce, z których zaczęło kapać na kafelki.
       - Nie możesz - zanucił niewinnie. - My tu siedzimy.
       - Zmieszczę się!
       - No nie wiem… nie przytyło ci się? Idź sobie.
       - Nie!
       - No to wchodź!
       - Nie rozkazuj mi! - Prychnął, ale zaczął zdejmować ubranie. Mało było rzeczy, które były w stanie wyciągnąć Aima z kąpieli, ale to była właśnie jedna z nich. Wyskoczył nie zważając na to czy coś się rozchlapie i zanim przepocony wampirek zdołał zanieczyścić ich źródełko świętego spokoju usadził go na małym taborecie.
       - Nie możesz tak tam wejść! - oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu i zabrał się za szorowanie brata jakimś wyjątkowo mocnym specyfikiem. Potem wylał na niego chłodną zawartość balii.
       Rodzinka była w komplecie.

       Po zakończonych ablucjach, kiedy Aim zajmował się naprawianiem drzwi (i ściany), wyczyszczeni do połysku Daro i Rio poszli na chwilę do pokoju. Drugi z nich miał jednak w planach szybko stamtąd wybyć.
       - Idziesz do Elli? - zapytał różowy, kiedy Rio zmieniał przed lustrem kolczyki. Czuł, że skoro brat grzebie sobie przy uszach to musi myśleć o jakiejś kobiecie.
       - Może...
       - Mogę też iść?
       - A musisz?
       - Nudzę się.
       Rio popatrzył na niego jakby miał wybić mu z głowy ten pomysł. Daro zmarszczył brwi w odpowiedzi. Nie lubił być tak traktowany.
       - O co ci chodzi? I tak nie zaprosi cię do łóżka, więc wszystko jedno! - mruknął dobitnie.
       - Musiałeś tak brutalnie? Poza tym sam wejdę - jęknął Rioś, aż nadto skupiając się na trzymanej w palcach ozdobie. Nie wyglądał jednak na zbytnio pewnego tego postanowienia.
       - To ja wejdę!
       - Hę? Dlaczego? - Czarnowłosy wydawał się być mocno zaskoczony.
       - A czemu nie? - odpowiedź była miażdżąco prosta. - Kto wejdzie ten wejdzie. - Wzruszył ramionami.
       - Drażnisz mnie.
       - Ty mnie też!
       - Tak? A kto dla ciebie tyle robi!?
       - Elcia!
       To już go ubodło. Gdyby był świadom jak się dla niego poświęca!
       Przez chwilę panowała między nimi oschła cisza. Rio dobrał sobie kolczyki, założył swoją materiałową obróżkę z krzyżykiem, wygładził koszulkę. Nawet się przeczesał.
       - Ej, Daro… - zagadnął nagle. - Naprawdę myślisz, że nie mam szans? - spytał, żałośnie zerkając w lustro. Sam sobie się bardzo podobał. Tylko jakoś tak kobiety miały gorszy wzrok i nie potrafiły dostrzec tego jaki naprawdę był. Kiedy go tuliły, to jak braciszka!
Drugi wampirek wstał i podszedł do niego. Przyjrzał mu się z całkowitą powagą i rozmysłem.
       - Masz - odparł w końcu tonem mentorskim, a Rio o mało nie rzucił mu się na szyję. Ale nie - to by było niemęskie, a tej nocy (choć właściwie pewnie zbliżał się poranek) to co niemęskie było zabronione.  
       Mając w głowach różne, mniej lub bardziej głupie pomysły, ruszyli wspólnie do komnat Elli. Dwóch na jedną - ich przegrana już wisiała w powietrzu.
Avatar użytkownika
Daro
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Maka, Noa,
Rasa: Wampir czystej krwi
Aura: Ta dość charakterna emanacja przywita cię intensywnym blaskiem topazu. Jego soczyste promienie połyskują wokół i mrugają, odbijając się w gładkich cynowych strugach. Emanacja ze swoimi okruchami srebra i subtelnymi smużkami żelaza z chęcią wyjdzie ci naprzeciw, by zaraz zawahać się cóż dalej powinna uczynić. Zastanawia się dobrą chwilę, wije i plącze, jakby ze sobą walczyła czy przytulić się czy może skryć. Jej niedecyzyjność przerwie donośna kakofonia dźwięków, która ją odrobinę speszy, pewnie jak i ciebie. Odda ona doskonale natłok emocji i pomysłów kłębiących się gdzieś za aurą, w umyśle jej właściciela. Zawtórują im uderzenia młota oraz kilka cichszych grzmotów, po których nastanie cisza, powodująca podobny zamęt jak wcześniejszy chaos. Zapach krwi, jest tutaj wyraźny i rozchodzi się w powietrzu swoim słodko-metalicznym aromatem, jasno mówiąc z kim masz do czynienia. Do tego czasu aura powinna już się namyślić i przyzwyczaić do ciebie, jeśli oczywiście nie masz złych zamiarów. Nawet da ci się pogłaskać, po swoich giętkich pętlach. Wiele w nich tępawych zagięć, uważaj jednak na jedną uparcie ostrą krawędź odstającą od reszty. W dotyku jest szorstka, co ciekawie komponuje się z jej pikantnym smakiem połączonym ze słodyczą, które wraz z całą emanacją przylgną do ciebie, klejąc się niemiłosiernie. Chyba zostałeś uznany za przyjaciela. Wtedy też korzystając z bliskości, dziabną cię twarde zębiska emanacji. Ale nie bój się, to zwykłe powitanie. Skoro jesteś przyjacielem chyba nie zrobią ci krzywdy.
Wygląd:
OGÓLNIE

Gdyby nie wieczna niedbałość każdego ruchu i gestu, czy bezwstydnie niechlujna postawa, Daro mógłby robić naprawdę pozytywne wrażenie przez pierwsze pięć sekund spotkania. Tak jednak od razu widać, że ma się do czynienia z kimś nie maczającym w kulturze żadnej części swojego ciała. A ciało to jest całkiem niczego sobie. Oczywiście o ile nie ...
(Więcej)
Uwagi: Mieszka u Elleanore wraz z dwoma ,,braćmi" - Rio i Aimem.

Postprzez Elleanore » Wt sty 09, 2018 11:33 pm

        Wampirzyca przechyliła głowę, bez słowa przyglądając się spożywaniu przyniesionego wampirkom posiłku. Z mimiki hrabiny nie szło wywnioskować, czy była zadowolona z zaangażowania z jakim powitano butelkę, czy może zniesmaczona. Niezmiennie przysłonięte rzęsami oczy przyglądały się rozgrywanej scence, doskonale współgrając z twarzą nieumarłej, nie zdradzając jej nawet na moment. Ręka z lekkością gładziła szarą sierść, podczas gdy druga swobodnie zwisała na oparciu.
Dopiero na podziękowania Elleanore wykonała jeden ruch więcej niż wymagała standardowa powściągliwa prezencja podobna marmurowej figurze. Wampirzyca skinęła łaskawie głową, przyjmując podziękowania. Odchodzące wampirki odprowadził wzrok leniwego drapieżnika. Dopiero gdy drzwi się zamknęły Ell spojrzała na wilka. Z afektem pogłaskała wielki łeb. Pocałowała wilkołaczy nos i z gracją wysunęła się spod drapieżnika, znikając w drzwiach.

        "Niebezpieczna kobieta" - zamarudził w myślach, prawie żałując wampirków. Zmiennokształtny ułożył się trochę wygodniej, chociaż bez kolan wampirzycy to nie było to samo. Oparł pysk o miękkie obicie, zatapiając się w pozostawionym przez szefową zapachu. On i kilku pozostałych, oswojeni byli ze swoistą grą krwiopijczyni. Ell lubiła bliskość i fizyczny kontakt. Nagminnie głaskała i smyrała tych uznawanych za sobie bliskich. Tak jak dzisiaj Cas leżał na kolanach bankierki, tak ona sama nie raz potrafiła użyć cudzych nóg jako doskonałej poduszki. Całusy nie były rzadkością. Kreatywność kobiety w odnajdowaniu sytuacji niewinnych i kuszących za razem prawie nie miała granic. Dla większości takie drobiazgi wystarczyłyby za dwuznaczne zachowanie. Oni przywykli, na tyle na ile można było przyzwyczaić się do czegoś takiego, a ona oczywiście na tym nie poprzestawała. Jakby poufałe zachowanie było niewystarczającym, wystarczyło wyczekać do dnia wolnego dla Ell. Wtedy rządna krwi femme fatale dryfowała w tych swoich fatałaszkach, które powinny być zakazane. Piżamy czy bielizna potrafiły być bardziej skromne niż te jej suknie.
"Nieznośna kobieta" - prychnął sam do siebie. Całe szczęście on i kilku innych "szczęśliwców" było na nią odpornych lub też miało doskonałą samokontrolę. Nie wykluczał, że Elleanore celowo sprawdzała jak bardzo może napiąć cięciwę, nim ta pęknie, tylko dla własnej przyjemności i satysfakcji ewentualnego wyprowadzenia kogoś z równowagi.
Westchnął głęboko mrużąc ślepia, otoczony wonią perfum. W takich warunkach, czyli bez głaskania, nie dało się spać. Wilczur przeciągnął się niezadowolony i zniknął w tych samych drzwiach co Ell.

        Z salonu jedne z mahoniowych wrót prowadziły wprost do sypialni kobiety. Pokój był znacznie większy od poprzedniego. Pierwszym co można było napotkać był niemy strażnik w osobie rosłego białego tygrysa, a w zasadzie jego zwłok w formie orientalnego dywanu zwieńczonego łbem skierowanym w kierunku drzwi. Zmarszczony i otwarty pysk odsłaniał białe kły, we wspomnieniu dawnego ryku wydobywającego się niegdyś z gardła jeszcze żywego króla dżungli. Groźne żółte ślepia zdawały się śledzić przybyłych i ewentualnych nieproszonych gości, zdecydowanie zniechęcając od stąpania po białym futrze czy nawet buszowania po komnacie Elleanore.
        Na niewielkim stoliku, na zapalenie by rozjaśnić złowrogie ciemności, czekały eleganckie świece. Wygodny i szeroki fotel tak jak i podłoga, strzeżony był przez kociego gwardzistę. Na oparciu spoczywał wiecznym snem złocisty lampart, chociaż on w przeciwieństwie do tygrysa nie zdawał się być równie natrętnym obserwatorem.
Z tyłu, jakże by inaczej, hebanowa biblioteczka skrywała liczne tomy i tomiki o tematyce zdecydowanie odmiennej od tych zgromadzonych w biurze. To właśnie tutaj Ell trzymała swoje ulubione romanse, których z biegiem lat stopniowo przybywało, tworząc już całkiem sporą kolekcję.
        Dopiero minąwszy te jakże praktyczne elementy wystroju, można było natrafić na łóżko. Czy może należało powiedzieć łoże, nawet nie małżeńskie. W takowym mieściły się dwie osoby. Na tym posłaniu spokojnie zmieściłyby się trzy i byłoby im wygodnie. Rzeźbione w ciężkim prawie czarnym drewnie nogi i zagłówki pięły się w górę misternymi kolumienkami bardziej przypominającymi dzieło sztuki niż zwykłe łóżko z baldachimem. To na nich udrapowany był aksamit o barwie kości słoniowej, tak cienki, że przypominał pajęczą sieć lub delikatną wiosenną mgiełkę. Prawie niewidoczne fale ledwie przysłaniały wnętrze legowiska wampirzycy. Tam właśnie spoczywał trzeci strażnik, ujawniając słabość lub przyzwyczajenie hrabiny do martwych kotów. Zamiast tradycyjnej, choćby i ozdobnej kapy, na kołdrze leżał biały lew, a dokładniej jego doczesne szczątki w postaci pięknej i rzadko spotykanej skóry. Gdyby nie widoczny brak głowy, który w oczywisty sposób uniemożliwiał kotu dalsze prowadzenie kociego żywota, puszysta grzywa i mięciutkie futro wyglądały jakby się tam jedynie wylegiwały. Poza skórami drapieżników Ell wyraźnie lubiła jasne kolory w kontraście do ciemnego drewna obecnego wszędzie w kamienicy. Pościel nie była wyjątkiem. Kremowy jedwab aż prosił by się w nim zanurzyć.
Jakby jego wygląd nie był wystarczającą pokusą, pościel sprawiała wrażenie świeżutko wypranej i wyprasowanej. Gdy zaś przysunęło się do niej twarz zapach maciejki, uwodzicielsko otulał zmysły, sprawiając, że efemeryczny aromat nocnego kwiatu cudownie komponował się z mrokiem sypialni.

        Elleanore zaś wróciła do pracy. Może skończyła nadrabiać zaległości, ale to nie oznaczało końca zajęć. Miała jeszcze co najmniej tuzin raportów do przeczytania dotyczących przebiegu interesów oraz pewnie kolejne dwa do zgłębienia przed podjęciem ewentualnych kroków w kierunku następnych inwestycji.
Wilk nie miał wielkiego wyboru co do lokalizacji. Fotele zarezerwowane dla klientów były zbyt małe by wygodnie zmieścić wilkołaka. Musiał więc zadowolić się dywanem pod biurkiem. Ponadto tylko w tej lokalizacji mógł oprzeć głowę na udach Ell, licząc na dalsze głaskanie. Niestety musiał w ten sposób zrezygnować ze snu, który w pozycji siedzącej byłby raczej niemożliwy, a z pewnością niezbyt komfortowy.
Avatar użytkownika
Elleanore
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Dagon, Indigo, Max,
Rasa: Wampir czystej krwi
Aura: Aura ta jest niezwykle silna. Zmatowiała przez stulecia, swoją potęgą przytłacza co wrażliwszych nieszczęśników próbujących ją odczytać i robi to bez cienia litości. Złoto monet i antycznej biżuterii choć nie błyszczy, otacza ze wszystkich stron i otumania wraz z zapachem ciężkich, kobiecych perfum i szepczącym do ucha zmysłowym głosem, który nagle zaczyna dobiegać z bardzo daleka i zmieniać się w szept, któremu towarzyszy uczucie spadania. Kosztowności rozpływają się zastąpione przez srebrne zwierciadła o idealnie gładkiej powierzchni, skąpane w nieprzeniknionej, głuchej ciszy. Czytelnik może dostrzec w nich swoją własną twarz i malujące się na niej emocje, lecz odbicia te szybko znikają, zastąpione przez spokojne i chłodne oblicze wampirzycy. Kiedy liczne kopie oczu Elleanore znudzą się widokiem gościa, lustra pękają, a śmiertelnie ostre odłamki pokrywają się świeżą krwią, której zapach i metaliczny posmak nękają zmysły swoją intensywnością. W końcu jednak wszystko to przepada w nicości, a pojedynczy, głęboki ton przenosi nad platynową oazę, gdzie delikatna, obsydianowa poświata spływa lepkim sokiem z cytrusowych owoców zdobiąc twardą korę drzew, których gałęzie uginają się pod nadmiarem urodzaju. Niemal każdy skusi się na wyciągnięcie ręki i spróbowanie pomarańczy lub też limonki w tak nietypowym kolorze; wtedy usta wypełni zaskakująco wyraźna gorycz o łagodnym posmaku, a przyprawiona bezwstydnie słonym akcentem. Nie jest to najmilsze przeżycie, ale gdy intruza żegna spokojna, głęboka melodia dająca zmysłom odetchnąć można o tym zapomnieć.
Wygląd: Elleanore prezentuje się jako kobieta w trzeciej dekadzie życia. Dama, której nie sposób pomylić z młodą dziewczyną, ale jeszcze nie dotknęły jej oznaki starzenia. Śmiało można powiedzieć, że ciało wampirzycy zostało uwiecznione w najlepszym momencie, dodając hrabinie adekwatnej do statusu powagi, jednocześnie nie ujmując jej urody.
Sylwetką Ella wyraźnie wyróżnia się ...
(Więcej)

Postprzez Daro » Pt sty 12, 2018 5:58 pm

Niektórzy sądzą, że lepiej nawet nie próbować niż sromotnie przegrać. Że dobra ucieczka jest lepsza od słabej walki. Rio zwykle nie zaliczał się do grona wyznawców tego pierwszego twierdzenia i był stałym członkiem klubu tego drugiego. To, że się niezaprzeczalnie ze sobą łączyły nie miało znaczenia. Przeważnie. Czasem jednak zdarzały się takie sytuacje, które nakazywały wampirkowi uwierzyć i dostosować się do obydwu. Teraz właśnie była jedna z tych chwil.
       Chłopcy grzecznie zapukali do Elci i oczywiście nie poczekali na zaproszenie. Rio był gotowy na podbój, więc nie zamierzał zwlekać, a także - dać się wyprzedzić Daro. Tak więc to czarna łepetyna jako pierwsza pojawiła się w utworzonym przez otwierane drzwi prześwicie. Zanim zjawiła się ta druga, różowa głowa, pierwsza zatrzymała się w konsternacji. Tak, Rio popatrzył czujnie na Elleanore, to co trzymała w rękach, a także na wilka. Na jego obliczu wymalowało się subtelne zaskoczenie, a zaraz potem jeszcze lżejsze niezadowolenie. Potem wycofał się gwałtownie, a bez słowa, stuknął potylicą w nachylone czoło Darcia i syknął. Drzwi stuknęły głucho i zaraz doleciały zza nich stłumione (i lekkie) przekleństwa wampirka. Zaraz też rozległ się odgłos kroków - jeden z nich szedł wyraźnie beztrosko, drugi szybko i do tego tupał wkurzony.

       Ktoś mógłby sądzić, że Rio wbił wściekle ręce w kieszenie i zacisnął pięści, bo zderzył się z bratem. Że to dlatego przeklinał i warczał marszcząc swoje cienkie, czarne brwi modela. Nie stąd jednak brała się jego frustracja, a powodów, dla których wycofał się z pokoju Ell, choć w końcu miał związane z nią całkiem ambitne plany na dzisiejszy dzień, który w wampirzym słowniku często zastępował ludzkie pojęcie intymnej nocy.
       - Co się stało? - Daro był równie zdezorientowany co każdy, kto nie siedział w głowie czerwonookiego.
Brak odpowiedzi. Zagadki zbyt szybko wyjaśniane byłyby w końcu w ogóle nie ciekawe.
Różowy wobec tego podążył za bratem gotów jeszcze poczekać. Czuł jego zdenerwowanie, więc już go nie dręczył, ale był pewien, że Rio i tak wszystko powie. W swoim czasie. Właściwie to wykrzyczy to albo wyłka - jemu lub Aimowi w koszulę. Będzie monologował drepcząc w kółko po pokoju i zastanawiając się jak to możliwe, że wszystko działo się zupełnie nie tak jak przewidywał.
       Takie były właśnie problemy, kiedy myślało się za dużo. Opracowywało się długoterminowe plany biorąc pod uwagę różne czynniki - od geografii, przez pogodę po profile psychologiczne sąsiadów. A potem wychodziło na to, że nie ma się racji i się wampir załamywał.
Dlatego też Daro, w swej prostej do bólu mądrości, nigdy nie brał nawet pod uwagę, by planować na więcej niż trzy minuty w przód. Nie przewidując niczego nie mógł się pomylić. Nie mógł mieć racji i nie mógł jej nie mieć, więc wychodziło na zero. Idealne, równiutkie, neutralne zero. Aim też lubił zera. To ich łączyło.

       Znów posłał bratu pytające spojrzenie. Rozeźlony Rio w końcu odetchnął i popatrzył na niego z wybuchową mieszanką emocji odbitą w zwężonych źrenicach. Ale zaczynało mu przechodzić.
       - Co się stało? Dlaczego zawróciłeś? - powtórzył bladooki, chcąc wiedzieć dlaczego sam teraz zamiast u Elleanore znajduje się na korytarzu.
       - A widziałeś ją? - jęknął Rio jakby to było istotne.
       - Nie zdążyłem… wpadłeś nie mnie.
       - Nie wiedziałem, że stoisz tak blisko!… zresztą nieważne. - Machnął ręką zniecierpliwiony i minął drzwi do swojego pokoju.
       - Ważne! Chcę wiedzieć! - upierał się Daro zagradzając mu drogę.
       - A ja chcę mieć spokój! Chcę wypocząć na kolanach Elci, mieć dziewczynę i nie przyciągać facetów! Chcę moje fioletowe dywany! I skórkę z zebry! (Nowy pomysł). Niekończące się zapasy krwi! Móc przebywać na słońcu przy opalających się ludzkich pannach o biustach jak melony i pośladkach jak dobrze wyrośnięte, rumiane ciasto. Dwa ciasta! Nową bransoletkę, zdolności, talenty i głowę! Dla ciebie i Aima także! - krzyczał jak opętany przechodząc przez swoją krytyczną fazę. Machał rękami i niemal płakał, po czym prostował się i robił wściekłe miny.
Daro przepuścił go, nie stawiając oporów.

       Znaleźli się w pokoju ostatniego z trójki - pokoju poprzewracanym obecnie do góry nogami, ale czystym tak, że podłoga aż paliła w stopy. Zapach mydlano-ziołowo-czyszczących wytworów magii wysysał dusze przez nos. Oczy piekły. Ale tylko przez kilka pierwszych minut. Potem kurczyły się i chowały w głąb czaszki. W przypadku Darcia mogły nawet bardzo głęboko - napędzający go chomik w kołowrotku kulił się wtedy w kąciku i robił im miejsce, a wampirek jak ogłupiały siadał na dywanie.
       Aim oczywiście wolałby aby tego nie robił. Ostatecznie jednak dywan nadal uznawał za skażony, a brata sam niemal do kości wyszorował całkiem niedawno, więc nawet mógł się zgodzić na ich chwilowy kontakt.
       Chłopcy siedzieli, kręcili się i czyścili, aż Rio, przeszedłszy już te kilka kilometrów dla wyciszenia, wyciągnął karty.
       Bracia nie protestowali.

       - To co… - Po którejś z kolejnych tur Aim odezwał się. - Jednak nie idziesz do pani Elleanore? Nie planowałeś tak?
       - Nic nie mów o planach! Poza tym idę. Oszust!
       - Nie tym razem. - Najniższy uśmiechnął się, choć trudno było to ocenić przez jego chustę. - Zabierasz.
       - A ja? Kiedy ja wezmę? - Upominał się Daro.
       - Masz ich nie brać, na tym polega gra… chyba, że chcesz moje? - Czerwonooki był gotów poświęcić się, by uszczęśliwić brata.
       - Rio!
       - No co? Chce to niech bierze!
       - To wbrew zasadom.
       - To ,,oszust”, czego oczekujesz!?
       - Daj nam choć raz wygrać!
       Chłopak zaśmiał się krótko. Gry (zwłaszcza kiedy bezsprzecznie prowadził) zawsze poprawiały mu humor.
       - Ale powiedz… dlaczego tam nie zostaliście? - Aim wrócił do tematu i popatrzył na brata z troską. Wiedział jak zależy mu na ugłaskaniu kobiety i tym bardziej dziwił się, że gdzieś na chwilę zniknął ten jego maniakalny upór.
       - A, to… Elcia miała jeszcze jakieś papiery. Z nią nie da się gadać kiedy pracuje - odparł po prostu, wzruszając ramionami, ale niezadowolenie przemknęło po jego twarzy. - Wrócę tam gdy skończy. I może jak nie będzie tam tego psa.
       - Wilka - poprawił Daro.
       - Tak tak, wiemy, że znasz się na zwierzątkach… tak czy inaczej poczekam. Mam dość obijania się od niej jak od ściany.
       - I tak się odbijesz.
       - Ale może będzie wtedy mniej świadków!
       Żałość w jego głosie nie pasowała do postawy zwycięzcy, a ogrywał ich już od kilku godzin. Mimo wszystko liczyli na to, że cokolwiek zamierza uda mu się to w końcu zrealizować.
       Tak byłoby dla nich najlepiej.
Avatar użytkownika
Daro
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Maka, Noa,
Rasa: Wampir czystej krwi
Aura: Ta dość charakterna emanacja przywita cię intensywnym blaskiem topazu. Jego soczyste promienie połyskują wokół i mrugają, odbijając się w gładkich cynowych strugach. Emanacja ze swoimi okruchami srebra i subtelnymi smużkami żelaza z chęcią wyjdzie ci naprzeciw, by zaraz zawahać się cóż dalej powinna uczynić. Zastanawia się dobrą chwilę, wije i plącze, jakby ze sobą walczyła czy przytulić się czy może skryć. Jej niedecyzyjność przerwie donośna kakofonia dźwięków, która ją odrobinę speszy, pewnie jak i ciebie. Odda ona doskonale natłok emocji i pomysłów kłębiących się gdzieś za aurą, w umyśle jej właściciela. Zawtórują im uderzenia młota oraz kilka cichszych grzmotów, po których nastanie cisza, powodująca podobny zamęt jak wcześniejszy chaos. Zapach krwi, jest tutaj wyraźny i rozchodzi się w powietrzu swoim słodko-metalicznym aromatem, jasno mówiąc z kim masz do czynienia. Do tego czasu aura powinna już się namyślić i przyzwyczaić do ciebie, jeśli oczywiście nie masz złych zamiarów. Nawet da ci się pogłaskać, po swoich giętkich pętlach. Wiele w nich tępawych zagięć, uważaj jednak na jedną uparcie ostrą krawędź odstającą od reszty. W dotyku jest szorstka, co ciekawie komponuje się z jej pikantnym smakiem połączonym ze słodyczą, które wraz z całą emanacją przylgną do ciebie, klejąc się niemiłosiernie. Chyba zostałeś uznany za przyjaciela. Wtedy też korzystając z bliskości, dziabną cię twarde zębiska emanacji. Ale nie bój się, to zwykłe powitanie. Skoro jesteś przyjacielem chyba nie zrobią ci krzywdy.
Wygląd:
OGÓLNIE

Gdyby nie wieczna niedbałość każdego ruchu i gestu, czy bezwstydnie niechlujna postawa, Daro mógłby robić naprawdę pozytywne wrażenie przez pierwsze pięć sekund spotkania. Tak jednak od razu widać, że ma się do czynienia z kimś nie maczającym w kulturze żadnej części swojego ciała. A ciało to jest całkiem niczego sobie. Oczywiście o ile nie ...
(Więcej)
Uwagi: Mieszka u Elleanore wraz z dwoma ,,braćmi" - Rio i Aimem.

Postprzez Elleanore » Cz sty 18, 2018 11:44 pm

        Wznowiona praca przebiegała spokojnie i bez zakłóceń. Nie wisiały nad nią zaległe zobowiązania, a bieżące zadania zawsze wykonywało się znacznie lżej. Nawet nie oderwała wzroku od dokumentów gdy w uchylonych drzwiach ukazały się dwie głowy. Wilk jedynie zastrzygł uchem, a czupryny zniknęły równie nagle jak się pojawiły.
        - Gorzej niż z dziećmi - zmiennokształtny burknął jak zawsze mrukliwie.
        - Przecież widzisz, że nie weszli. Robią postępy - odparła żartobliwie. Wilk tylko warknął, układając wygodniej łeb. Spędził tak dobrą chwilę, ale ileż można było siedzieć w bezruchu, gdyby mógł leżeć to byłoby co innego, ale siedzieć... Pozycja była stanowczo zbyt mało komfortowa. Wymusił jeszcze kilka pieszczot i przeciągnąwszy się, zniknął w drzwiach prowadzących do saloniku Ell. Chciał się zdrzemnąć, a nie zamierzał wpaść na niedojdy. Chociaż w tej chwili w domu nie było bezpiecznych miejsc, pijawki snuły się i po pokojach Elleanore więc tak po prawdzie nigdzie nie można było być pewnym spokoju.
        Leonore pracowała jeszcze przez dłuższy czas. Zbliżyła się do końca, dopiero gdy w kościach poczuła nadchodzący zachód słońca. Zamknęła księgę z prywatną dokumentacją, tom zaś schowała do szuflady strzeżonego magicznie biurka. Pióro odłożyła na kamienny stelaż z kałamarzem i była gotowa do rozpoczęcia w pełni zasłużonej przerwy. Nie posilała się od długiego czasu. Ostatni raz jadła sporo przed niefortunną wyprawą, a od tamtej pory pracowała bez odpoczynku, robiąc jedynie krótkie pauzy. Teraz gdy wykonała wszystkie swoje obowiązki, mogła ze spokojem poświęcić trochę czasu sobie. Wyprostowała się z wdziękiem i opuściła biuro.

        Lekkim krokiem przemierzyła salon z rozbawieniem zerkając na rozciągniętego na szezlongu Casjusa. Wilk tylko otworzył jedno ślepie, leniwym wzrokiem odprowadzając wampirzycę. Westchnął głęboko, zamykając oko. Dobrze wiedział co nadejdzie jako następne.
        Również nie zatrzymując się przemierzyła sypialnię. W pobliżu garderoby bardziej zrzuciła niż zdjęła nielubiane buty. Ich śladem od razu podążyły pończochy, lądując na trzewikach we względnym nieładzie. Teraz Ell z powoli rosnącym zadowoleniem z nadchodzących przyjemności, zatopiła się w garderobie. Nie była to szafa, a niewielki pokój zajęty przez wszelkiej maści stroje. Eleganckie buty stały równym rządkiem, a suknie wisiały posegregowane wedle rodzaju. W pierwszej kolejności oczy padały na te najliczniejsze skromne stroje codzienne. Za nimi znajdowały się nieco bardziej wytworne kreacje bankietowe. Prezentacje kończyło kilka balowych sukien, które jak wszystkie poprzednie pozbawione były falban, cekinów i innych upstrzeń. Wykonane były nieodmienne z najlepszych materiałów, to zaś co je wyróżniało to mniej neutralna kolorystyka. O ile wszystkie poprzednie oscylowały w ciemnych i stonowanych, nie rzucających się w oczy barwach jak na przykład przydymione bordo, spokojny grafit czy stary mosiądz, o tyle tu oczy kusił między innymi soczysty szkarłat i czysta czerń. Do tej pory hrabina nie znalazła odpowiedniej okazji by publicznie założyć cos równie wyzywającego. Na bardziej uroczyste okazje w zupełności wystarczały eleganckie ale rozsądne suknie wizytowe, uwieńczone odpowiednią biżuterią. Mimo to, drapieżne stroje wisiały i czekały na lepsze dla siebie czasy. To jednak nie te suknie sprowadziły Elleanore do garderoby.
        Wampirzyca skierowała kroki bosych stóp na sam koniec pokoiku. Tam w kącie, jakby zapomniana stała wielka skrzynia. Drewno było już znacznie przyciemniałe przez czas i daleko mu było do lat młodości. Ciężkie okucia z brązu wieńczące rogi i brzegi, wzmacniające oraz zdobiące konstrukcje, oraz oczywiście stanowiące zamknięcie, tylko dodawały wielkiemu kufrowi powagi. Skobel nie był zaopatrzony kłódką. Wystarczyło go jedynie odchylić by podnieść wieko. Tak właśnie uczyniła wampirzyca. Przez chwilę w oczach kobiety pojawiła się nostalgia, podczas gdy źrenice wodziły po zawartości skrytki. Wreszcie srebrne tęczówki dostrzegły czego pragnęły. Ręce hrabiny zanurzyły się w otchłani kufra, w którym spokojnie pomieściłby się dorosły mężczyzna i wyciągnęły niewielkie, białe niczym śnieg zawiniątko.  Materiał mimo iż złożony w pieczołowitą kostkę, ewidentnie próbował rozlać się po dłoniach Leonore, mimo usilnych zabiegów osoby która go ułożyła. Nie czekał długo. Wampirzyca wsunęła palce między warstwy materiału, pozwalając mu się swobodnie rozwinąć ujawniając swój pełen kształt. Kolejna suknia…
Ale nie byle jaka. Wykonana z jedwabiu może i jak większość ubrań hrabiny, w tej było jednak coś odmiennego. Była lekka i zwiewna prawie jak poranna, wiosenna mgła. Chociaż jedwab był utkany gęsto i był zupełnie nieprzejrzysty póki nie spojrzało się na niego pod światło, sprawiał wrażenie cieńszego od pajęczyny, a i materiału chociaż użyto wiele, gdyż układał się eleganckimi kaskadami wzdłuż nadanego mu kształtu, zdawało się być stanowczo zbyt mało, co dopiero na ciele hrabiny miało nabierać pełni wyrazu.
        Bez zbędnego pośpiechu Elleanore rozpuściła włosy i odgarnęła długie loki na ramię. Zawsze ubierała się sama, więc dłonie przywykły do odnajdowania haftek i rozmaitych zapięć po omacku, tak też teraz zręcznie rozpięła guziki na karku i plecach sukni, pozwalając odzieniu opaść na podłogę. Podobnie pozbyła się gorsetu i innych zbędnych części garderoby. Delikatnie pogładziła wybraną suknię i dopiero wsunęła się w aksamitny materiał, a biała tkanina spłynęła po zgrabnym ciele hrabiny uwydatniając jego atuty.
Początkowo dziwnym zdawało się pierwsze spostrzeżenie jakoby jedwabiu w sukni było nie dość. Dekolt nie był nadmiernie głęboki. Tworzyły go półkoliste pasma swobodnie opadające łukami od ramiączka do ramiączka sukni, doskonale balansując pomiędzy skromnością, nie ujawniając więcej niż powinien ukazywać właściwy dekolt, a kuszeniem, gdy jedwab podkreślał kobiece kształty i przemykał ponętnie po skórze kobiety pod wpływem jej ruchów, to odsłaniając to skrywając fragmenty ciała. Ramiączka zamiast z materiału, zrobione były ze złotego łańcuszka, które swoim ciężarem idealnie układały suknię. Dopiero widząc plecy Elleanore wyjaśniała się tajemnica zagadkowego odczucia. Tak jak z przodu, również na plecach dekolt był nie wycięty, a zaczynał swoje fale w ramiączkach z drogocennego kruszcu, własnym ciężarem opadając w uwodzicielskim łuk, który szeroko odsłaniał łopatki, ukazywał plecy i kończył się dopiero na krzyżu hrabiny. Ledwie jedwab zaczynał skrywać biodra Ell, a po bokach odsłaniały je dwa rozcięcia w których podczas każdego kroku widać było nie tylko łydki, ale całe nagie uda wampirzycy. Ell względnie złożyła zdjęte ubrania, którymi w najbliższym czasie zajmie się pokojówka, i z wdziękiem zwróciła się w stronę niewielkiej szafeczki na której stały poukładane różnej wielkości i maści szkatułki. Zastanawiała się przez chwilę palcem wodząc po półce. Idealnym połączeniem na dziś wydawał się komplet z niewielkiego rodzinnego zakładu jubilerskiego znad brzegu morza. Otworzyła puzderko i wyuczonymi, pełnymi gracji ruchami zaczęła kompletować strój. Zdejmując poprzednią biżuterię, założyła spore owalne kolczyki z pozawieszanymi na nich niewielkimi złotymi chwościkami. Pasujący sztywny naszyjnik uwieńczył szyję wampirzycy zastępując poprzedni, a liczne bransolety w asymetrycznych ilościach znalazły się na jej nadgarstkach i lewej kostce. Tak ubrana mogła wyjść na kolację.

        Wampirzyca niczym zjawa wypłynęła z sypialni. Wilk podniósł głowę przyglądając się szefowej. O tym właśnie myślał nie tak dawno temu. Niebezpieczna kobieta. Podeszła do szezlongu i pogłaskała wilczy łeb, a zmiennokształtny zamruczał zadowolony, mrużąc ślepia.
        - Wychodzę, pilnuj domu by nie spłonął - wyszeptała w wilcze ucho, gładząc futro na karku.
        - Nie zamierzam. Sprowadziłaś te zarazy, to ich pilnuj. Ja idę spać - burknął, przysuwając się bliżej i nadstawiając głowę do głaskania.
        - Uroczy jak zawsze - ucałowała wilczy pysk i z cichym brzękiem bransoletek wyszła na prywatny przedpokój, który przemierzyła z uwodzicielskim krokiem, na koniec wychodząc do ogrodu.

        Nie myliła się, słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Zamknęła oczy i pozwoliła by ostatnie ciepłe promienie otuliły odsłoniętą skórę, nim nastanie nocny chłód. Dopiero po chwili zmieniła się w sowę i z cichym szelestem skrzydeł zniknęła najpierw wśród parkowych drzew, a później mauryjskich budynków.
        Nie akceptowała tutejszych kontraktów, pożywiać się musiała poza granicami miasta. Ale z racji wieku były to rzadkie wypady, więc przyzwyczajenie nie było uciążliwe. Wycieczka odbywana co jakiś czas również była przyjemną odmianą od ciągłego przebywania w czterech ścianach. Elleanore bardziej brakowało wieczornych spacerów po plaży niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Nigdy nie była typem kanapowego leniucha, ale krótkie chwile przyjemności jak czytanie książek czy właśnie odwiedziny na plaży pozwały wampirzycy odetchnąć od ciągłej gotowości i powagi.
        Kierunek lotu wybrała losowo. Nie udawała się do większych miast, za cele obierając niewielkie wioseczki i sioła, najlepiej znajdujące się w pobliżu lasów. Tam najłatwiej było o posiłek nie narażając się na nieprzyjemności jak wykrycie.
Rozglądała się niespiesznie, mijając kilku podróżnych, którzy nie wzbudzili zainteresowania nieumarłej. Zdążyło się ściemnić, gdy wreszcie wypatrzyła obiecującą kolację. Czwórka młodych mężczyzn wracała z miasta do pobliskiego siedliska mniej uczęszczanym traktem. Sowa przysiadła na gałęzi i przechylając główkę przyjrzała się podróżnym. Byli czyści i wyglądali na porządnych choć prostych ludzi, nie zaś na łazęgów szukających szczęścia po barach. Szczególnie jeden spodobał się wampirzycy. Blondwłosy, wysoki młodzieniec o ładnej twarzy i męskiej sylwetce. Nawet w ptasiej postaci miała typowo wampirzy węch, gdy więc wesoło rozmawiająca czwórka przeszła tuż pod drzewem z Ell, ta z zadowoleniem mogła stwierdzić, że był też równie zdrów jak sugerował jego wygląd. Postanowiła nie szukać dalej. Wzleciała ze szmerem lotek by wyprzedzić mężczyzn i zastawić odpowiednią pułapkę.
        W jednym miejscu trakt zakręcał, znacznie zbliżając się do niewielkiego jeziorka. Od duktu do wody było raptem kilka kroków między drzewami do pokonania. Sowa znów przycupnęła na gałęzi. Miejsce wydawało się doskonałe. Z drogi widać było taflę jeziorka połyskującą między pniami i konarami, a o tej porze pięknie odbijał się w niej księżyc, rozświetlając ciemną toń milionami srebrzystych iskier. Słysząc kroki pójdźka odwróciła łebek, nasłuchując przez moment. Idealne zgranie w czasie. Wzbiła się do cichego lotu kierując nad jezioro. Idealnie się składało. Brzeg był jednocześnie linią lasu, a dwa może trzy sążnie od niego z wody wystawał spory głaz w towarzystwie kilkunastu mniejszych kamieni przecinających lustrzaną powierzchnię wody.
Drapieżny ptak znalazł się tuż nad skałą, ale usiadła na nim kobieta. Długie włosy rozsypały się po jej plecach i bazalcie, a księżycowe światło tańczyło w ich srebrnych pasmach. Gładka skóra o ton ciemniejsza od karnacji regionalnej arystokracji i o odcieniu zupełnie innym od opalonej cery okolicznych mieszkańców, odcinała się od bieli skrywającego ją jedwabiu.

        Czterech mężczyzn weszło w zakręt, ale wampirzycę dostrzegł jedynie jeden z nich.
        - Tam siedzi kobieta - odezwał się blondyn. Pozostała trójka rozejrzała się uważnie, ale nic nie dostrzegli.
        - Tam nic nie ma, wino uderzyło ci do głowy - zaraz skomentował ze śmiechem jeden z towarzyszy.
        - Już dawno wyparowało - obruszył się młodzieniec, by za moment kontynuować nie zrażony złośliwymi przytykami - Może się zgubiła i potrzebuje pomocy…
        - Adam, opanuj się. Nie znasz opowieści? - odezwał się inny. - To Wiła jaka, albo co innego, zostaw jeśli ci życie miłe.
        - Bajania staruch dobre do straszenia dzieci - odezwał się złotowłosy chłopak. Już dawno minęli zakręt, a on cały czas odwracał się za siebie by między czarnymi pniami dostrzec przebłyskującą jasną postać. Coś tak pięknego nie mogło być złe, a jeśli faktycznie potrzebowała pomocy, w borze, o tej godzinie któż jej mógł udzielić jak nie on.
        - Idźcie beze mnie, dogonię was później - zakrzyknął krótko zawracając.
        - Adam, nie wygłupiaj się!
Nawoływali go jeszcze kilka razy, ale żaden z towarzyszących mężczyzn nie pobiegł by zatrzymać młodzieńca. Jeśli chłopakowi brakowało rozumu, jego problem, oni mieli rodziny do których chcieli wrócić.

        Dobiegł do przesmyku, zastanawiając się czy aby faktycznie się nie przewidział. Ona jednak wciąż tam siedziała. Im był bliżej tym więcej szczegółów dostrzegał. Widział jak wiatr poruszał zwiewną suknią i pasemkami włosów nieznajomej. Niektóre z nich zsunęły się do wody i teraz unosiły się na jej powierzchni, kołysane delikatnymi podmuchami.
Zatrzymał się na krawędzi lasu poważnie zastanawiając się czy jednak nie powinien zawrócić. To nie była zwykła niewiasta. Może faktycznie miał przed sobą widmo jakieś czy rusałkę. Stał jednak oniemiały, chłonąc niespotykany widok nie potrafiąc odejść. Wtedy kobieta odwróciła się w jego stronę. Bezbłędnie odnalazła błękitne oczy młodzieńca, a on nie mógł uciec. Nawet nie chciał. Piękniejszej kobiety chyba jeszcze nie widział, a w srebrzystych tęczówkach było coś melancholijnego co przyciągało zamiast nakłaniać do ewakuacji jak podpowiadał rozsądek. Nawet nie wiedział kiedy wykonał pierwszy krok, potem następny. Zwinnie przeskoczył po kamieniach szybko znajdując się tuż obok.
        -  Zgubiła się pani? - zapytał grzecznie, przykucając nieśmiało koło nieznajomej. Kobieta delikatnie pokręciła głową a srebrzyste włosy zakołysały się lekko, przemykając po odsłoniętych plecach.
        - Potrzebujesz pani pomocy? - niewiasta przechyliła głowę, spoglądając na niego spod rzęs i dopiero za moment jeszcze raz niemo zaprzeczyła.
Kobieta wyglądała na trochę starszą od niego, ale dla młodzieńca była zjawiskowa. Uciekł spojrzeniem od hipnotyzujących oczu, dryfując na odsłonięte ramię i nagie plecy widoczne między pasmami włosów. Westchnął cicho i opornie zerknął w poszukiwaniu bezpieczniejszych regionów. Popatrzył na bosą stopę kobiety, którą gładziła taflę wody. To był błąd. Aż wstrzymał oddech i przełknął ślinę, pośród nocnej ciszy stanowczo za głośno. Bielizna była bardziej skromna. Nie raz już widział kobietę, ale przepadł z kretesem przesuwając oczyma wzdłuż odsłoniętej nogi, zatrzymując się dopiero na talii kobiety. Gdy wreszcie spojrzał na twarz nieznajomej, ona siedziała zapatrzona w księżyc.
        - Niepotrzebnie niepokoję… - odezwał się słabszym głosem niż zamierzał. Zamierzał odejść, ale zamiast ruszyć, spuścił oczy na własne kolana. Tam nie kryły się pułapki. Wtedy poczuł chłodne palce odgarniające kosmki włosów, które opadły mu na oczy. Nieznajoma uśmiechnęła się delikatnie, znów nic nie mówiąc, a kręcąc głową.
        - Mogę dotrzymać ci towarzystwa? - nie widząc sprzeciwu kobiety, ośmielił się wystarczająco by zadać pytanie chodzące mu po głowie. Dama przesunęła się robiąc mu miejsce na kamieniu, najwyraźniej nie mając nic przeciwko.
Próbował pilnować oczu, ale nic nie mógł poradzić na wzrok uciekający na gładką skórę. Nawet nie wiedział kiedy wyciągnął dłoń by dotknąć ramienia kuszącej nimfy. Zaraz zabrał palce speszony własnym zachowaniem, spuścił wzrok jak skarcone dziecko i by dopełnić obrazu zarumienił się ze wstydu. Tym razem jednak, również nie spotkał się z oporem. Już miał przeprosić, ale zobaczył srebrne oczy wpatrujące się w niego z łagodnością, czy może pobłażliwością. Nim zdążył się pozbierać kobieta pochyliła się opierając dłoń na jego barku i pocałowała go w policzek. Opieszale zabrała rękę i wstała z brzękiem biżuterii, a on jak jakiś dzieciak potrafił tylko patrzeć. Dopiero widząc jak kobieta delikatnie stawia stopę na jednym z drobnych kamieni stanowiących dróżkę na brzeg, zerwał się na nogi i wyciągnął rękę z wesołym błyskiem w błękitnych oczach.
Nagle odzyskał całą młodzieńczą pewność siebie. Kobieta zaplotła ręce na jego szyi, pozwalając się nieść po śliskich głazach, ale mało co nie potknął się wrzucając ich obojga do wody, gdy poczuł kolejny pocałunek. Starał się jednak utrzymać pozory, przecież był mężczyzną a nie małoletnim szczeniakiem. Uśmiechnął się zawadiacko, docierając bezpiecznie na brzeg.

        Wampirzyca poprawiła suknię, podnosząc się powoli, a jej srebrne włosy opadły na opaloną pierś młodzieńca. Ten otworzył oczy budząc się z płytkiego snu i wyprostował dłoń wplatając palce w miękkie loki.
        - Zobaczę cię jeszcze? - zapytał sennym głosem. Elleanore pokręciła głową i pocałunkiem uciszyła ewentualne protesty.
Starała się nie wracać zbyt często w te same miejsca, a już na pewno nie wybierała tych samych osób, to byłoby nieostrożne. Wstała i powoli z nieodłącznym dźwięczeniem złotych ozdób zaczęła znikać między drzewami, odprowadzana wzrokiem błękitnych oczu uciekających w sen, a świt się powoli zbliżał.

        Młodzieniec wrócił do domu późnym rankiem. Wypytywany odpowiadał, że nikogo nie znalazł, że faktycznie coś mu się zwidziało, a przez ciemności pobłądził, więc zaczekał w lesie do świtania by bezpiecznie odnaleźć drogę powrotną. Noc z pogranicza jawy a snu zachował tylko dla siebie, tak jak wspomnienie pięknej kobiety z którą ją spędził. Na szyi widniał niewielki siniak po pocałunku, ale bez śladów kłów. Zagoiły się pod wpływem wampirzej śliny, pozostawiając tylko malinkę, jedyny dowód, że noc nie była wytworem jego wyobraźni. Z zadowolonym uśmiechem zajmował się codziennymi obowiązkami, może zmęczony trochę bardziej niż zwykle, co w jego odczuciach oczywiście było zrozumiałe. W myślach cieszył się, że znajomi zostawili go samego.

        Elleanore wróciła tuż przed świtem. Gdy tylko skryła się w lesie, teleportowała się prosto do ogrodu, by nie tracić czasu i sił na mozolny lotny powrót. Przeszła przez hol kierując się do salonu.
Avatar użytkownika
Elleanore
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Dagon, Indigo, Max,
Rasa: Wampir czystej krwi
Aura: Aura ta jest niezwykle silna. Zmatowiała przez stulecia, swoją potęgą przytłacza co wrażliwszych nieszczęśników próbujących ją odczytać i robi to bez cienia litości. Złoto monet i antycznej biżuterii choć nie błyszczy, otacza ze wszystkich stron i otumania wraz z zapachem ciężkich, kobiecych perfum i szepczącym do ucha zmysłowym głosem, który nagle zaczyna dobiegać z bardzo daleka i zmieniać się w szept, któremu towarzyszy uczucie spadania. Kosztowności rozpływają się zastąpione przez srebrne zwierciadła o idealnie gładkiej powierzchni, skąpane w nieprzeniknionej, głuchej ciszy. Czytelnik może dostrzec w nich swoją własną twarz i malujące się na niej emocje, lecz odbicia te szybko znikają, zastąpione przez spokojne i chłodne oblicze wampirzycy. Kiedy liczne kopie oczu Elleanore znudzą się widokiem gościa, lustra pękają, a śmiertelnie ostre odłamki pokrywają się świeżą krwią, której zapach i metaliczny posmak nękają zmysły swoją intensywnością. W końcu jednak wszystko to przepada w nicości, a pojedynczy, głęboki ton przenosi nad platynową oazę, gdzie delikatna, obsydianowa poświata spływa lepkim sokiem z cytrusowych owoców zdobiąc twardą korę drzew, których gałęzie uginają się pod nadmiarem urodzaju. Niemal każdy skusi się na wyciągnięcie ręki i spróbowanie pomarańczy lub też limonki w tak nietypowym kolorze; wtedy usta wypełni zaskakująco wyraźna gorycz o łagodnym posmaku, a przyprawiona bezwstydnie słonym akcentem. Nie jest to najmilsze przeżycie, ale gdy intruza żegna spokojna, głęboka melodia dająca zmysłom odetchnąć można o tym zapomnieć.
Wygląd: Elleanore prezentuje się jako kobieta w trzeciej dekadzie życia. Dama, której nie sposób pomylić z młodą dziewczyną, ale jeszcze nie dotknęły jej oznaki starzenia. Śmiało można powiedzieć, że ciało wampirzycy zostało uwiecznione w najlepszym momencie, dodając hrabinie adekwatnej do statusu powagi, jednocześnie nie ujmując jej urody.
Sylwetką Ella wyraźnie wyróżnia się ...
(Więcej)

Postprzez Kiki » Pt sty 19, 2018 12:00 am

        - ŻONĄ! Ja mam być żoną! Ty sobie to wyobrażasz? Ogłupieli doszczętnie, rozum postradali, słońce im mózgi przepaliło, sumienia nie mają, ja w sumie też, albo upośledzone jakieś, ale ja na głupie pomysły nie wpadam, to znaczy wpadam, ale to nie ma w tej chwili żadnego znaczenia, bo ja nikomu być czyjąś żoną nie każę! Po co w ogóle, ja się pytam? Po co? Jeden powód poproszę, dobry powód! Nie jakiś tam arytokracko-rodzinno-bojatakmówię powód, tylko porządny! Taki, który uznam! Bo powody uznaję, to nie tak, że się buntuję, by się buntować, głupia nie jestem, rozumiem, że czasem coś trzeba, dlatego chociażby pojechałam w ogóle z Moar, tak? Bo mnie poprosiła, a jak siostra mnie prosi to ja tylko trochę marudzę, o wiele mniej i krócej niż zazwyczaj, więc proszę się łaskawie ode mnie odłasiczyć, tak?! Zaprzaństwo!
        Oszołomiona i, początkowo, przerażona do granic możliwości łasica, teraz siedziała spokojnie na śmietniku, z przechylonym łebkiem obserwując specyficzną istotę. Była już późna noc, a młoda wampirzyca chodziła przed nią w tę i z powrotem, a buzia nie zamykała jej się już od dobrych kilku godzin. Słowa wydobywające się z jej ust były dla małego zwierzątka zupełnie niezrozumiałe, a ich agresywny ton na początku przepłoszył miniaturowego drapieżnika, ale po krótkiej chwili łasica wróciła, wiedziona ciekawością, bowiem dziwna istota nie przestawała wydawać z siebie dźwięków. Ostatecznie więc Kiki mogła wylać wszystkie swoje żale nie do muru ulicznej kamienicy, jak wariatka, tylko normalnie, opowiadając historię swojego życia małemu futrzakowi, który siedział na pokrywie od śmietnika i przyglądał się jej w milczeniu, czasami tylko komentując historię krótkim szczekopiskiem, zazwyczaj zupełnie nieadekwatnie do charakteru opowiadanego momentu, no ale nie można mieć wszystkiego.
        - I co ja mam niby teraz zrobić? Dopiero przyjechałam, a już musiałam uciekać, nawet się krwi nie napiłam, bo czasu nie było, a nie wrócę przecież, bo oni mnie cap! I sukienka, i obrączka, i durna melodyjka, i pozamiatane będzie, a ja żoną będę, o nie, nie, co to to nie! Czy ty ją, a czy ona ciebie, tak, nie, możesz pocałować pannę młodą, no nie możesz! Nie można, won! Nie zgadzam się, więc nie wrócę! Bo oni mnie w ogóle nie słuchają, rozumiesz? W ogóle!  - krzyknęła, a łasiczka wreszcie pisnęła w odpowiednim momencie, co Kiki skomentowała pomrukiem aprobaty, po czym perorowała dalej.
        - Do Moar też nie mogę wrócić, jeszcze nie teraz, bo ona mnie od razu do ojca z powrotem zawiezie, podstępnie mnie podeszła, niech ją licho, to było dobre, no, dałam się nabrać. Dam jej chwilę, niech ochłonie, też się na mnie darła, jak wybiegałam, że przesadzam, a ja nie przesadzam, to oni przesadzają, mnie za żonę wydawać, nieżycie im niemiłe, naprawdę. Gdzie ja w ogóle jestem? A tak, Mauria. No dobra, to pobłąkam się, oni ochłoną, tego dupka, co to za niego wyjść miałam, może w międzyczasie piekło pochłonie i wtedy… wtedy znów wrócę do Moar – zakończyła, wreszcie się zatrzymując i spoglądając na łasicę. – Bo tylko do niej mogę, wiesz? Tylko ona mnie chce. To znaczy rodzice też, ale oni po coś, a ona zupełnie po nic, tak po prostu, bo ja chcę. To miłe. Nawet. Chyba. Gdyby nie ten podstęp! To na pewno było za tą wazę potłuczoną, ja wiem, ona mówiła, że nic się nie stało i łatała w tym czasie dziurę w ścianie, co ją zrobiłam, jak mnie Sombre gonił, ale to na pewno przez wazę, ja to wiem. To była nawet ładna waza – mruknęła i odeszła w stronę wyjścia z uliczki, nawet drugi raz nie spoglądając na łasicę. Zwierzątko stało jeszcze chwilę na pokrywie, spoglądając ze zdziwieniem na odchodzącą istotę, po czym rozejrzało się nagle. Coś było teraz inaczej. Coś się zmieniło. Ach tak! Cisza!

        Kiki maszerowała ulicami Maurii, rozglądając się czujnie na boki i szukając sobie zajęcia. Lubiła to miasto właśnie za to, że nocami życie tu nie zamierało, ale budziło się na nowo. Otwarte całą dobę kramy i lokale nie były może normą, ale wyjątkowo często właściciele przybytków decydowali się zatrudnić dodatkowe kilka osób i prowadzić interes również w nocy, gdzie klientela nieco się zmieniała, ale napływała tak samo gęsto, jak za dnia. Wampirzyca unikała jednak barów i karczm, nawet wejścia do nich obchodząc szerokim łukiem, by nie wypadł na nią jakiś pijak i całą swoją obleśną osobą nie naruszył jej przestrzeni osobistej, którą roztaczała niestety dość szeroko.
        Uciekła z domu tak jak stała, nie biorąc ze sobą bagażu i aktualnie całym jej dobytkiem było to, co miała na sobie, czyli (na całe szczęście) całkiem sporo. Pomijając liczne warstwy odzieży, miała ze sobą kilka ostrzy, skrzętnie przed Moar ukrytych, trochę monet w kieszeniach i…
        Kiki zatrzymała się momentalnie, wpadając w zamyślenie. Pieniądze. Będzie potrzebowała pieniędzy, a ojczulek na pewno ją od nich odetnie, by zmusić dziewczynę do powrotu do domu. Zrobił to samo, gdy uciekła po raz pierwszy, bo w którymś mieście na swojej drodze do Thenderionu wyrzucono ją z banku, gdy zrobiła raban, bo nie chciano wypłacić jej pieniędzy. Ale był wtedy dym… zabawa nie z tej ziemi, to prawda, i ostatecznie sobie poradziła, a u Moar znów zaopatrzono ją w środki na życie, bo rodzicielom przeszła uraza, gdy usłyszeli, że wampirka trafiła do siostry, ale wciąż… Nie zamierzała dać ojcu satysfakcji i wrócić do posiadłości z podkulonym ogonem tylko dlatego, że skończyły jej się te śmieszne monety, które z jakiegoś powodu rządziły tym światem.
        - Szlag by to! – warknęła, tupiąc i splotła ramiona na piersi. Zaraz jednak jej twarz przybrała zacięty wyraz i wampirzyca rozejrzała się po ulicy, dopiero teraz zwracając uwagę na przechodniów. Szybko przeleciała mijających ją ludzi wzrokiem, szukając kogoś wystarczająco dorosłego i bogato odzianego, by umiał odpowiedzieć na jej pytanie, ale na tyle drobnego, by nie stanowił dla niej zagrożenia. Uśmiechnęła się nieco drapieżnie na widok szczupłej kobiety w wytwornym, ale brzydkim jak samo słońce kostiumie. Ona była bogata. I chuda. Kiki dałaby sobie z nią radę w razie czego.
        - Hej, ty! – zastąpiła jej drogę i zadarła głowę, a kobieta zatrzymała się nagle spuszczając wzrok i unosząc wyskubane cienko brwi tak wysoko, że niemal zniknęły jej pod linią włosów.
        - Proszę? – zapytała blondynka uprzejmie, a jednocześnie kładąc nacisk na to, jak powinna wyrażać się dama.
        - Gdzie tu jest bank?

        Kierowana wyjątkowo drobiazgowymi instrukcjami, chociaż wypowiedziany w tonie takiej wyższości, że wampirzyca miała ochotę pozbierać wszystkie wymlaskane przez chudzielca słowa i wepchnąć jej do gardła, żeby się nimi udławiła, Kiki trafiła w końcu na miejsce. Zatrzymała się przed ciężkimi mahoniowymi wrotami, które wyglądały, jakby broniły dostępu do zamku, nie tej ceglanej kamienicy. Ale w sumie, jak się tyle mamony trzyma, to warto zainwestować, prawda to.
        Młoda de Ville musiała zaprzeć się cała o skrzydło, by drzwi w końcu ustąpiły, a wówczas wemknęła się do środka i przeszła na środek jasno oświetlonego hallu. Marmurowe posadzki odbijały cichym echem jej kroki, jednak dźwięk ten ginął w kakofonii rozmów, szelestu papierów, czy stukotu wyższych niż jej obcasów. Wampirzyca zatrzymała się na samym środku pomieszczenia, rozglądając z lekko rozchylonymi ustami, a z pomiędzy warg błyszczały ostre kły. Ładnie. Bardzo ładnie. To jest bardzo ładna kotara. Kiki de Ville aprobuje wystrój.
        Kierowana intuicją spojrzała w stronę wielkiego mahoniowego kontuaru, zza którego widać było siedzącą tam lodową elfkę o białych włosach, spiętych w elegancki kok na karku, oraz o wyjątkowo długich uszach, które ozdobiła dodatkowo taką ilością kolczyków, że zapewne dzwoniły o siebie, gdy ruszała głową. Jeśli ruszała. Bo w tej chwili siedziała zupełnie nieruchomo, zapatrzona w jakieś papiery przed sobą. Kiki przyglądała jej się chwilę z daleka, jednocześnie wyczuwając na sobie czyjś wzrok i gwałtownie odwróciła głowę, zerkając przez ramię na stojącego przy wejściu mężczyznę. Wysoki jak diabli, cholera by go, szeroki jak szafa i kudłaty jak pies, którym śmierdział. Wilkołak. Ochroniarz jakiś najwyraźniej, bo spojrzeniem dziewczyny się nie przejął, odwzajemniając je niewzruszenie, aż Kiki sama nie straciła zainteresowania i nie przeniosła uwagi znów na elfkę. Tak, ta elfka wyglądała, jakby ogarniała tą imprezę, wiec de Ville skierowała się w jej stronę.
        - Dobry wieczór – białowłosa powitała ją uprzejmym uśmiechem, gdy tylko dziewczyna zbliżyła się do lady. Wampirzyca zamarła z otwartymi do powitania ustami. – W czymś mogę pomóc?
        - Hm, no mam nadzieję. Chciałam wziąć trochę moich pieniędzy, a resztę przenieść – Kiki dzielnie trzymała się na czubkach palców, by móc oprzeć splecione ramiona o ladę, chociaż i tak odnosiła dziwne wrażenie, że wygląda jak tonący w przeręblu, który kurczowo trzyma się powierzchni lodu, by nie utonąć. Jeśli tak… to nie najlepiej. Elfka spoglądała na nią jednak z przepełnioną profesjonalizmem uprzejmością. Prawdopodobnie nawet by nie mrugnęła, gdyby Kiki stanęła na głowie, co wampirzyca momentalnie miała ochotę przetestować. Najpierw jednak, obowiązki!
        - Rozumiem. Wypłata i transfer środków. Panienki godność?
        - Kiki de Ville.
        - Dziękuję. Proszę, niech panienka spocznie, zaraz ktoś podejdzie.
        Białowłosa delikatnym gestem szczupłej dłoni wskazała jej jeden z obszernych i zdecydowanie miękko wyglądających foteli. Wampirzyca zawahała się na moment, a po chwili skinęła głową i spoczęła na jednym z nich. W międzyczasie długoucha, która rozpoznała rodowe nazwisko, wezwała odpowiedniego pracownika, by młoda szlachcianka nie stała przy okienku, jak niektórzy. Tak więc Kiki nie zdołała na dobre zapaść się w miękkim welurze, gdy podszedł do niej wysoki, chudy mężczyzna, odziany w czarny garnitur, czarne buty, idealnie białą koszulę, ale w towarzystwie prostego, eleganckiego fularu. Czarnego. Kiki z miejsca polubiła uśmiechniętego, szpakowatego mężczyznę.
        - Panno de Ville, nazywam się Lore Hudson, proszę za mną.

        Siedziała z panem Hudsonem w jego gabinecie chyba dobre dwie godziny. Okazało się, że mają jakąś teczuszkę na nią, wypchaną papierami ze wszystkimi dowodami wpłat i wypłat i porządek taki, że ja nie mogę, aż się chciało mu tam nabałaganić! Ale w końcu to były jej akta, więc sobie darowała, bo jeszcze jakieś rueny poginą i dopiero będzie. Wypłaciła drobną część posiadanej sumy, a resztę poleciła przepisać na nowo otwarty rachunek, pod fałszywym nazwiskiem oczywiście. Lore Hudson w czarnym fularze nie wnikał, Kiki udawała, że to wcale nie o nią chodzi i przed nikim się nie ukrywa, i wszyscy byli zadowoleni. Na koniec szpakowaty pracownik banku uprzejmie podał jej dłoń, a ona tylko spojrzała na nią niechętnie i wyszła, wracając znów do hallu banku.
Avatar użytkownika
Kiki
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Ratri, Rakel, Lena, Rain, Kimiko,
Rasa: Wampir czystej krwi
Aura: Nieznana.
Wygląd: Jeśli chciałoby się opisać Kiki de Ville zaledwie jednym zdaniem, wystarczy powiedzieć o niej: wcielona diablica o buzi anioła, ciele pokusy i mentalności obrażonej kotki. Ale przecież byłoby marnotrawstwem nie poświęcić chociaż kilku słów więcej, dla opisania tej słodkiej (w smaku chyba tylko) istoty.

Nie licząc powabnych kształtów dziewczęcia, jest ona raczej ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Mauria

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron