[Las u podnóża gór] Na psa urok


Góry w których zdarzyć się możne wszystko. Tunele wydrążone, przez tajemnicze istoty setki lat temu pozostały tutaj do dziś. Góry można pokonać przechodząc nad nimi lub pokonując ich pełne niebezpieczeństw korytarze. Na ich szczycie swoje mieszkania mają starzy druidzi, pustelnicy. W górach można znaleźć wiele ziół, niespotykanych nigdzie indziej.

Postprzez Rain » Pn paź 23, 2017 9:33 pm

        Robota w Maurii nie była trudna. Irytująca, jak gorący piasek w dupie, ale nie trudna. Wypłata nawet przyjemna, zwłaszcza, że uwzględniała zatrzymanie wierzchowca, którego otrzymał w Rapsodii. A wystarczyło przewieźć stamtąd bezpiecznie pewną pannę na wydaniu, której wolność miała skończyć się na zaślubinach z jakimś dziadem w mieście trupów. Nie był do końca pewien czy urokliwa szlachcianka była świadoma poczynionych ustaleń, ale on się w to nie mieszał, ciesząc się przede wszystkim, że nie była gadatliwa. Nawet bystra dziewucha, ale niestety zmarnowana na balach i strojeniu się, więc głowa wypchana pierdołami. Nie mieli więc wielu wspólnych tematów, a dziewczyna też chyba nieco się go obawiała (kto by pomyślał), więc nie była nachalna. Droga minęłaby wręcz sielankowo, gdyby nie nieustanne piski blondynki na widok liści, protesty przed spaniem pod gołym niebem, kręcenie nosem na pieczone mięso i bieganie na palcach, gdy zobaczyła jakiegoś żuka przy posłaniu, na którym i tak nie chciała spać. James bardzo długo zastanawiał się, czy jak teraz przełoży dziewkę przez kolano to siniaki jej zejdą zanim dotrą do Maurii.
        Ostatecznie jednak wymienił złociutką na prawdziwie złote monety i pożegnał się, nawet nie zsiadając z konia. Od kilku dni podróżował już w cieniu Gór Druidów, ale teraz nieustannie wiszące nad głową szczyty zniknęły przysłonięte koronami drzew. Lasy nadal wywoływały w nim dziwne uczucie odrealnienia, jakby wciąż nie mógł pogodzić się z taką ilością zieleni wokoło. Bliższy już był udeptany trakt, na którym wyrwane do galopu końskie kopyta wzbijały tumany kurzu. Teraz prowadził jednak konia wolnym stępem, nucąc pod nosem jedną z melodii znanych na Czerwonej Pustynii.
        Widoczne kilka sążni przed nim poruszenie w zaroślach nie zrobiło na nim większego wrażenia, nie ucinając nawet szeptanej pieśni. Nikt, kto planowałby zasadzkę nie poruszałby się w takim popłochu, a ostatecznie, co dopiero sprawiło, że Levine ucichł, nie wybiegał na środek traktu machając rękami.
        - To nie wróży nic dobrego – mruknął pod nosem niezadowolony, ale zwolnił konia jeszcze bardziej, zatrzymując się obok młodego mężczyzny, który podbiegł do niego i niczym wsiowy żebrak, sięgał do jeźdźca rękami.
        - Panie, pomocy! – zajęczał, a drakon tylko westchnął przez nos. Spojrzał na dalszą drogę, jakby oceniał, czy warto się fatygować, co szybko wyczuł potrzebujący i zupełnie uwiesił się jego siodła. Najemnik odtrącił kolanem ręce natręta i brodą pokazał mu, żeby prowadził.
        Kawałek dalej, na wydeptanej leśnej ścieżce leżał objuczony koń, a przy nim klęczała zakapturzona postać, gładząc wierzchowca po szyi. Nieopodal płonęło świeże ognisko, powoli dopiekając jakieś mięsiwo. Levine zeskoczył ze swojego kasztanka i uwiązał go do pobliskiego drzewa, podchodząc za młodzieńcem do jego zwierzęcia.
        - Pomóż nam proszę, nie mamy jak dotrzeć do miasta! – Chłopak wskazał na konia i zakapturzoną wciąż postać, ale Rain spojrzał na niego jak na idiotę.
        - Koń ma złamaną nogę, co ja ci mam z tym pomóc? – zapytał, mimo wszystko obchodząc zwierzę i przykucając przy nim. Pysk cały w pianie, a bok mokry od potu. Gdyby wałach sam nie padł to zajechaliby biedaka. Mężczyzna spojrzał jeszcze raz na dwójkę podróżnych. Chłopak blady i zdenerwowany, druga postać wciąż okryta kapturem, ale wyraźnie drobniejsza.
        - Pomóż nam, proszę – powtórzył młodzieniec, a James tylko prychnął pod nosem, czując się jakby gadał do litej skały. Ocenił stan konia długim spojrzeniem.
        - Podzielicie się kolacją, to pomogę – powiedział w końcu, a chłopak potrząsnął gorliwie głową.
        Mężczyzna przyglądał mu się jeszcze chwilę, po czym podniósł się nieznacznie, przyklękając na końskiej łopatce i przyciskając ją do ziemi. Ramionami objął szczupły łeb karosza, a po ich układzie wojownik domyśliłby się, do czego zmierza najemnik. Podróżni zareagowali jednak dopiero, gdy szarpnął mocno, a trzask łamanego karku rozbrzmiał w leśnej ciszy. Chłopak wrzasnął i odskoczył do tyłu niczym spłoszone kocię, a druga postać zerwała się wreszcie z dziewczęcym piskiem, ściągając kaptur i wpatrując się ze strachem w brązowych oczach najpierw w martwe zwierzę, a później w Levine’a.
        Dziewczyna była piękna. Ostre rysy twarzy łagodziły sarnie oczy i usta tak pełne, że nie można było odwrócić od nich wzroku. Brązowe włosy lały się falami po ramionach i biuście, odprowadzając męskie spojrzenie po szczupłej sylwetce. Rain zorientował się, że przygląda się dziewczynie zbyt długo dopiero, gdy młodzik stanął przed nią z zaciętym wyrazem twarzy.
        - Nie chcemy kłopotów – powiedział hardo, chociaż głos mu się łamał, prawdopodobnie dlatego, że nieco ironiczny uśmiech Jamesa wyglądał na jego twarzy, jak obnażone w warkocie zęby.
        - To dobrze – parsknął chrapliwym śmiechem i wyminął dwójkę, podchodząc do ich obozowiska.
        Usiadł wygodnie przy rożnie, opierając rękę na ugiętym kolanie, drugą manipulując nożem przy prowizorycznym ruszcie. Mięso już dochodziło z jednej strony, więc ze stoickim spokojem obrócił je odpowiednio, by przypiec z drugiej. Dwójka podróżnych wciąż nie zawitała w zasięgu jego wzroku, więc spojrzał na nich pytająco przez ramię. Oboje stali jak wrośnięci w ziemię. Dziewczyna jednak w międzyczasie odwróciła się bokiem, a jej szczupła kibić zamieniła się w jednoznacznie zaokrąglony mały brzuszek. Rain westchnął ciężko i podrapał się rękojeścią sztyletu między oczami, by po chwili znów zmierzyć dwójkę surowym spojrzeniem, pod którym drgali, jakby myśleli, że zaraz się na nich rzuci.
        - Młody, podaj mi miecz, jest przy siodle – mruknął, a chłopak strzelił wzrokiem w stronę wierzchowca. – Ruszże dupę, przecież cię nie zje – warknął już poirytowany takimi pląsami. Jak dzieciak chce chronić dziewczynę, skoro byle podróżnego się boi? Szorstki ton jednak poderwał chłopaka, który podszedł do kasztanka i odczepił od siodła pochwę z mieczem. Przyniósł ją zaraz do mężczyzny, podając mu ostrożnie rękojeścią do przodu, ale Levine tylko niedbale złapał broń i położył ją na ziemi po swojej drugiej stronie.
        - Bierzcie konia i spadajcie. Tylko mi go nie zajechać, bo to wam poskręcam karki – mruknął, odwracając się w stronę ogniska. Nie słyszał jednak najmniejszego poruszenia, wiec znów obrócił się przez ramię, łypiąc czarnymi oczami w stronę młodych. Uniósł lekko brwi i skinął głową w stronę uwiązanego kasztanka, a ci wreszcie zaczęli wolno zbierać swoje rzeczy, po czym chłopak podsadził dziewczynę na siodło i odwiązawszy konia, wsiadł za nią. Rain nie spoglądał już w ich stronę, odkrawając sobie nożem przypieczony plaster mięsiwa, gdy znowu usłyszał trzęsący się głos.
        - Dziękujemy, naprawdę my…
        - Won! – podniósł zachrypnięty głos, nie odwracając się nawet i uśmiechnął krzywo, słysząc tętent zebranego nagle do galopu konia. – Dzieciaki… - mruknął już pod nosem, gdy odgłos kopyt ucichł, i oparł się o większy głaz, wcinając pieczonego zająca.
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » Wt paź 24, 2017 8:26 pm

        Piękne wiekowe drzewa wszędzie wokół porastały stoki i kotlinki na przemian z równinnymi odcinkami lasu. Zbocza poprzecinane granitowymi skałami postrzępionymi przez setki upływających lat, gdzieniegdzie porośnięte puszystymi mchami i porostami. Widok zapierający dech, podniosły i wręcz bajeczny. A przynajmniej byłby taki, gdyby nie towarzyszył Max od jakiegoś tygodnia z okładem.
Jak długo można błądzić w górach? Najwyraźniej bardzo długo. Odkąd Maxine zboczyła z traktu i wpakowała się w górskie ostępy niezmiennie błądziła, a końca plątania się nie było widać. Dni mijały, a krajobraz nie zmieniał się wcale, a każdy przebyty odcinek był niezmiernie podobny do poprzedniego. Czy te pieprzone podgórze i jego knieja było tak rozległe, czy zwyczajnie łaziła po swoich śladach, młoda wolała nie zastanawiać się nad tą kwestią.
Zwierzęta żyjące w tak gęstych lasach średnio nadawały się na upolowanie za pomocą kamyków. Jadalnych owoców też raczej nie było w gęstym i starym borze. Chodziła więc głodna. Strumienia ni sadzawki oczywiście nie uświadczyła, a właśnie zużyła zapasy wody, co tylko pogarszało sytuację. Jednym słowem jeśli szybko nie znalazłaby wyjścia z lasu w jakieś normalne miejsce umożliwiające przetrwanie, będzie miała nieźle przesrane. Dosłownie śmiertelnie przesrane.
W końcu  zdesperowana dziewczyna poratowała się magicznym ostrzem. Coraz częściej uznawała to za zły pomysł, ale zły czy nawet beznadziejny był lepszy niż żaden. Tak przynajmniej uważała w tamtym momencie.

        Zastosowała się do wskazówki noża. Ruszyła w ukazanym przez niego kierunku, korzystając ze ścieżki wydeptanej przez leśną zwierzynę, których chętnie i często używała. Miała nadzieję, że w ten sposób wreszcie wydostanie się na otwartą przestrzeń. Krajobraz nie ulegał jednak zmianie. Natomiast podróż szybko przestała być monotonna, a wręcz nabrała tempa błyskawicznie dostarczając dziewczynie adrenaliny.
        Rozsunęła dłonią zarośla zasłaniające jej widok i wyszła wprost przed trójkę mężczyzn. Max zatrzymała się niczym zaskoczony zając. Nieznajomi zamarli w trakcie wykonywanych czynności. Przez kilka uderzeń serca grupa ludzi patrzyła na siebie zupełnie nie spodziewając się siebie nawzajem w tej lokacji. Wreszcie grupka myśliwych czy też kłusowników, raczej to drugie, patrząc na sposób polowania i reakcję jaką wywołało nagłe zjawienie się dziewczyny, ocknęła się z szoku i z nieprzyjemnymi minami wykonali krok w kierunku intruza. Max już dawno robiła zwrot na pięcie, rzucając się sprintem w przeciwnym kierunku. Młoda nawet nie zastanawiała się czemu zaczęli ją gonić i czy aby na pewno mięli złe zamiary. Co prawda z min ciężko było wnioskować coś innego, niemniej wolała nie sprawdzać, nie dowiadywać się ani nie upewniać. Dziewczyna zdążyła przywyknąć, że nie musi rozumieć ani widzieć powodów dla których ktoś ją ścigał czy atakował. Zamiast poświęcać czas bezsensowne rozważania całą uwagę skupiła na rączej ewakuacji.
        - Nosz kuźwa! - warknęła, gdy zza krzaka, przez który przeleciała, wyłonił się głaz. W ostatniej chwili odbiła się od niego nogą i pognała dalej, zmieniając kierunek biegu i nie tracąc, a wręcz lekko zyskując na prędkości.
Wędrówka po nieznanym terenie była trudna, a co dopiero sprint na oślep. Była niezłym biegaczem (może dlatego, że często miała okazję trenować) i dobrze radziła sobie w terenie, ale mężczyźni wcale jej nie ustępowali.
        - Nie macie co robić popieprzone psie syny?! - wrzasnęła ile sił w płucach, odbijając się od jakiegoś drzewa by znów zmienić kierunek, zamiast je omijać. Nie odpowiedzieli, ale chyba przyspieszyli, bo łomot i trzask leśnego poszycia jaki powodowali wzmógł się. Chciałaby by to był znak iż których wypieprzył się na swój krzywy ryj, ale nigdy nie miała tyle szczęścia w życiu, by zgubić pościg, bo ten się potknął.
        - Ja pierdykam! - Na horyzoncie zamajaczyło na wpół zwalone drzewo. Horyzont zaś w tym przypadku nie był odległy. Las składał się może z sędziwych drzew o grubych pniach, ale każdą lukę porastały wszelkiej maści krzaczyska, które wyjątkowo upierdliwie ograniczały widoczność i możliwość planowania trasy biegu. Niewiele myśląc i mając jeszcze mniej opcji, wbiegła po pochyłości, tylko po to by za moment zeskoczyć w dół i zacząć zbiegać po skarpie. Gnała mało nie potykając się o własne nogi, ledwie omijając pnie wyrastające jej tuż przed nosem oraz przeskakując nad głazami, którymi usiane było zbocze. Oddech powoli jej się rwał, ale mężczyźni wciąż deptali jej po piętach, co doskonale mogła potwierdzić słysząc ich rzężenie.
        - Dalibyście sobie psia wasza mać pierdzielony spokój! - zakrzyknęła kolejny raz, licząc, że przemówi mężczyznom do rozsądku. Oczywiście ci nie zamierzali kierować się rozsądkiem i biegli dalej. Jednak ku nikłej radości Max sytuacja była patowa, może nie zamierzali odpaść w pościgu, ale też przestali się zbliżać. Na korzyść dziewczyny działała jej zwinność. Po stronie kłusowników była znajomość terenu i dłuższe nogi. Teraz zadecydować miało kto okaże się wytrzymalszy. Tak przynajmniej Maxine sądziła. Przyspieszyła widząc wyjątkowo szeroki pień przewróconego dębu. Przeszkoda była za wysoka i zbyt szeroka by pokonać ją jednym czystym skokiem, nawet dla konia byłoby to wyzwanie. Max jednak nie zamierzała skakać w standardowy sposób. W ostatniej chwili wbiła kij w ziemię i poszybowała w górę niby o tyczce, drąc się podczas tej akrobacji wniebogłosy.
        - A chędożcie się sukinsyny, najlepiej nawzaje... - nie dokończyła. Za kłodą nie było gruntu. Może inaczej: był, ale bardzo daleko. Skarpa urywała się w tym miejscu niby odcięta toporem wściekłego giganta. Max poleciała jakieś dwa sążnie w dół całym swoim rozpędem. Nie takie rzeczy jednak robiła gdy ratowała swoją nieraz już narażaną skórę. Wylądowała uginając nogi by zamortyzować siłę uderzenia o grunt, a w zasadzie wylądowałaby, gdyby nie zdradliwe leśne poszycie, pod którym kryła się jakaś pieprzona jama. Noga Max wpadła między korzenie. Dziewczyna poczuła nieprzyjemny zgrzyt i bolesny prąd, który przeszył kończynę i zamiast postawić kolejny zwinny krok, runęła w przód, tocząc się w dół zbocza. Całe szczęście droga w dół nie była aż tak daleka. Wyturlała się wprost na polanę, o dziwo nie zatrzymując się na żadnym drzewie, które kolejną złośliwością losu mogła stanąć jej na drodze. Zamiast tego, rąbnęła w coś dość miękkiego i względnie ciepłego. Szybko oceniła sytuację, przeszkodę uznając za konia, chyba martwego bo dziwnie nieruchomego. Ustaliła tożsamość denata szybkim zerknięciem między nogami spoczywającymi na czarnym kształcie, notabene znajdującymi się znacznie ponad głową dziewczyny, która razem z plecami leżała na ściółce.
Na dalsze kontemplacje czasu nie było. Szelest gałęzi zbliżał się gwałtownie, głośno i wyraźnie mówiąc iż kłusownicy nie mieli zamiaru odpuścić pogoni.
        - Popieprzone zawzięte sukinkoty! - warknęła, zwinnie zrywając się do pionu. Niestety i tym razem było to jedynie założenie dziewczyny. Zdrowa noga zamiast wykonać elegancki wykrok została przez coś przytrzymana. Szarpnięcie wytrąciło Max z równowagi. Próbując się ratować, dziewczyna odruchowo oparła cały ciężar na uszkodzonej nodze. Ta z kolei nie wytrzymała obciążenia i młoda rąbnęła ciężko na kolano. Pewnie padłaby też na twarz, ale w ostatniej chwili podparła się rękoma.
        - Sucza jucha by to zalała - zaklęła wściekle. Pozostała na kolanie, porzucając pomysł stawania na niesprawnej nodze. Zamiast tego skupiła się na wyszarpnięciu tej zdrowej z wodzy, w które się zaplątała. Wściekli mężczyźni właśnie wpadli na polanę, gdy Max oparła oswobodzoną stopę na podłożu i zakręciła kijem szerokiego młynka, zastygając w innowacyjnej pozycji bojowej z przymusowym przyklękiem.
        Zmysły dziewczyny już dawno odebrały trzask płomieni i zarejestrowały zapach pieczystego, w tej chwili jednak zepchnęły mniej istotne informacje gdzieś na samo dno umysłu, podczas gdy dziewczyna w pełni skupiła się na ratowaniu swojego małoletniego tyłka. Spojrzenie skupiła na zbliżającym się zagrożeniu i nawet nie rozejrzała się po obozowisku. Jeden problem na raz, a chwilowo na głowie miała aż trzy. Co więcej kłopoty te zamiast zniechęcone i wymęczone długą pogonią, wyglądały na wpienione nie na żarty.
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » So paź 28, 2017 3:35 pm

        Był świadomy obecności małego intruza jeszcze na długo przed tym, nim szary kształt wypadł z zarośli prosto w martwy koński zad, i żuł kawałek mięsa jeszcze długo po tym, jak dzieciak miotał się we własnych kończynach, klnąc z taką pasją, jakby chciał słowom nadać magiczną moc ratowania z opresji. Wszystko to mężczyzna obserwował z iście stoickim spokojem, nawet nie ruszywszy się z miejsca. Głaz idealnie podszedł mu pod plecy, nogi zaparte miał o mniejsze kamienie przy palenisku i pozornie nie było takiej siły, która sprawiłaby, żeby ruszył rzyć do góry. Zwłaszcza przy dość interesującym widowisku.
        Co w ogóle robiło dziecko w samym sercu lasu, u podnóża nieprzyjaznych wędrowcom gór? Strój podróżny, więc nikomu raczej z powozu nie uciekło. Ale żadnych tobołków, bagaży, nic, nawet manierki przy pasie. Całkiem niezły kij, prawie jak jego własny, gdy jeszcze go miał. Ciekawe, jak tam sobie jego chłopcy radzą, swoją drogą. Mruknął coś w myślach, niezadowolony. Na pewno się opierdalają.
        Smarkacz jedną nogę miał niegroźnie, ale ewidentnie boleśnie skręconą, a drugą zaplątaną w wodze, co za sierota. Ale skoro czmychnął tym trzem kretynom, którzy właśnie wypadli z zarośli to znaczy, że chociaż w nogach ma parę. A przynajmniej miał, dopóki jednej nie skręcił.
        Levine przy swoim obozowisku znajdował się na skos od dzieciaka, ale wciąż za jego plecami, dlatego trzech rosłych mężczyzn od razu dostrzegło go w tyle i zatrzymało się z zaskoczeniem, wodząc spojrzeniem od szarego kłębka nieszczęścia do niewzruszonego podróżnego przy ognisku. Rain odruchowo otaksował wszystkich wzrokiem, oceniając ich w mgnieniu oka.
        Pierwszy. Wzrost - trzy łokcie w kapeluszu. Waga – raptem dwa cetnary. Broń – łuk w ręce i kołczan strzał na plecach, nóż myśliwski przy pasie. Przestępuje z nogi na nogę, zniecierpliwiony, ale spojrzeniem strzela na boki, czyli nie do bitki mu się pali, a do ucieczki.
        Drugi. Wzrost – może o dłoń więcej niż poprzedni. Waga – dwa cetnary z kamieniem, jak nic. Broń – nóż myśliwski i toporek za pasem. Oby nie tak tępy jak spojrzenie myśliwego, który stojąc na rozstawionych nogach rzuca wyzwanie samą postawą, mimo że jeszcze nikt mu nie zagroził.
        Trzeci. Wzrost – jak pierwszy, tylko ten był kompletnie łysy, więc wyglądał na jeszcze niższego. Waga – podejrzanie blisko trzech cetnarów. Broń – znowu noże, co za monotonia. „Myśliwi”, prychnął w myślach.
        - Twoje? – odezwał się do niego topornik, wyciągając broń i wskazując nią na zaplątanego w wodze smarkacza. Rain w odpowiedzi na ten ruch odrzucił niedbale ogryzioną kostkę, oblizał palce i wytarł ręce w spodnie, po czym oparł jedną z nich na pochwie miecza po swojej prawej stronie.
        - Nie.
        - Czyli nie będzie ci przeszkadzało, jak ją sobie weźmiemy – kontynuował topornik, nadal jednak przezornie nie robiąc kroku w przód. Jego rozmówca może i siedział niedbale rozwalony przy ognisku, ale obserwował ich czujnie, przywodząc na myśl przemykającego linią lasu wilka, który jeszcze nie zaatakował.
        James natomiast na moment stracił zainteresowanie intruzami, przyglądając się dzieciakowi z butnie uniesionym kijem. Ją? No patrzcie, faktycznie dziewka. Wciąż nie opuściła kija, aż dziw, że te chude rączki ciągle go utrzymują w aroganckiej pozycji bojowej na poziomie łasicy. Przeniósł pusty wzrok na myśliwego, z którym rozmawiał.
        - Tego nie powiedziałem.
        - Na szczęście nie pytam cię o zdanie – warknął intruz.
        Górna warga Levine’a drgnęła w parodii uśmiechu, znów jednak bardziej przypominając odsłanianie zębów w warkocie niż przyjazny grymas. Nie spuszczając wzroku z mężczyzn przesunął dłonią po pochwie leżącego obok miecza w niemalże czułym geście. Żadna kobieta nigdy nie nęciła go tak, jak ta broń. Podniósł się powoli, podnosząc ją z ziemi, a kłusownicy spięli się widocznie, nie ruszając jednak z miejsca. W końcu mieli przewagę liczebną, a na dodatek podróżny nie obnażył ostrza, tylko z cichym westchnięciem przełożył sobie pas przez pierś, składając pochwę z mieczem na plecach. Wciąż jednak zmierzał w ich stronę wolnym, leniwym wręcz krokiem.
        - Wypierdalać z mojego obozu – powiedział spokojnie, ale mimo to z jakiegoś powodu rozjuszył całą trójkę.
        - Bo co!? – odezwał się łysy, ale Levine tylko przeniósł na niego obojętne spojrzenie.
        Co za kretyn. Jak to co. Bo ich zabije. Takie pytanie może rzucić zaczepnie kobieta, ale nie facet, którego się wyraźnie ostrzega. Skoro byli zbyt durni, by uciec to zginą, bo później nie będzie już czasu na zmianę zdania. Nie ogłuszy, bo sam musiałby się zwinąć, jeśli nie chciałby być w obozie, gdy się ockną, żeby powtórzyć znów całą sytuację od nowa. To naprawdę takie skomplikowane?  
        Najwyraźniej było. Pierwszy rzucił się na niego topornik, bez żadnego ostrzeżenia i za to należał mu się szacunek. Za nic więcej, bo machnął siekierką, jakby drewno rąbał, więc drakon jedynie złapał go za wyciągnięte ramię, i wykręcił, odciągając od klęczącej obok dziewczyny. Kości trzasnęły, mężczyzna wrzasnął, a Rain złapał wypadający z rozczapierzonych palców toporek i wbił go facetowi w tył głowy aż po trzonek. Jedyny strzelec wypuścił łuk z ręki, by sięgnąć po przypasany do pasa nóż. Bardzo głupio. Levine przytrzymał mu jedną ręką dłoń z ostrzem, drugą sięgając za plecy myśliwego, wyciągając jedną strzałę z jego kołczanu i wbijając mu ją w ucho, aż wylazła drugim. Wtedy też sapnął przez nos, czując jak pięść trzeciego z mężczyzn wbija mu się w nerkę. Odwrócił się w ostatniej chwili, by uniknąć kolejnego ciosu, tym razem ostrzem, przed którym uchylił się szybko i złapał kłusownika za nadgarstek, łamiąc go szybkim ruchem. Podciął mu nogi, przyklęknął razem z lecącym na plecy mężczyzną i wbił mu w pierś jego własny nóż.
        Dopiero wtedy wziął kolejny wdech i wstał, spoglądając po trupach z beznamiętnym wyrazem twarzy. Kuźwa, ale syf. Tego martwego konia jeszcze mógł ignorować, ale teraz to już wygląda słabo. Noc tutaj odpada, niedługo zaczną śmierdzieć, szlag by to. Kaprys miał, żeby za dzieciakiem się wstawić. Spojrzał krótko z góry na dziewczynę i mruknął coś pod nosem na widok jej miny. Szturchnął butem ranną nogę smarkuli, po reakcji upewniając się, że to tylko zwichnięcie, po czym bez słowa odszedł z powrotem do ogniska. Ściągnął miecz i odłożył go obok, opierając się znów o głaz i ułamując drugą nogę z zająca. Zje w spokoju i spada stąd, nim myśliwi zaczną walić. Teraz jednak szkoda było upieczonego mięsa, a i tak był bez konia, więc czeka go długi marsz, który łatwiej będzie znieść z pełnym brzuchem.
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » So paź 28, 2017 6:04 pm

        Max znieruchomiała cierpliwie oczekując walki. Teraz gdy była na przegranej pozycji, uratować mógł ją jedynie spokój i właściwe rozegranie pojedynku. Ścigający jednak jak wypadli na polanę, tak zamarli w miejscu, powodując konsternacje dziewczyny. Zaraz częściowo domyśliła się przyczyny, obserwując jak kłusownicy łypali gałami to na nią to na coś znajdującego się za plecami.
        - Kuźwa - mruknęła cicho pod nosem. Jak zawsze z deszczu pod rynnę. Patrząc po minach upartych drabów, którzy nagle odzyskali rozsądek, nie było to nic miłego. Powstrzymała chęć sprawdzenia, co ma w martwym polu. Zamiast tego szybkim zerknięciem, tak by nie stracić z oczu priorytetowego zagrożenia, oceniła okolicę. Obozowisko... ognisko płonęło, czuć było pieczyste. Wtedy dziewczynę olśniło. Wpadła komuś do obozu i to właśnie właściciel lub właściciele zastopowali pościg. Odetchnęła głęboko szykując się na najgorsze i jednocześnie nasłuchując uważnie, licząc, że może najgorsze nie okaże się wrogie. W końcu czasami pozostawała tylko nadzieja.
        Ten sam dupek, który rozpoczął pościg, przejął inicjatywę w pertraktacjach. Głupie pytanie przemilczała z zawziętą miną zakapiora pierwszej wody. Nie była niczyją własnością! Może odwarknęłaby swoją opinię na ten temat, gdyby nie ochrypłe "Nie", które wybrzmiało w miejsce jej odpowiedzi. Na karku poczuła pojawiającą się gęsią skórkę, ale nawet w tej chwili powstrzymała ciekawość, pilnując agresorów.
        - Najpierw spróbuj! - warknęła mrużąc groźnie oczy, gdy bezczelny herszt ogłosił, że ją sobie wezmą. Nikt jednak nie zwrócił uwagi na pyskatą dziewczynę. Wszyscy skupili się na posiadaczu głosu wywołującego ciarki.

        Potem wszystko znów potoczyło się lawinowo. Maxine odsłoniła zęby w zawziętym grymasie, szykując się do obrony wolności, życia i czort wiedział czego jeszcze, gdy w jej polu widzenia zawitał wysoki facet. Drgnęła lekko, słysząc sugestię do opuszczenia obozowiska. Ale nie dała się wystraszyć ani rozproszyć, nawet jeśli przy tym gościu ścigająca ją banda wyglądała jak miłe wujki, przynajmniej dopóki nie mówił patrząc bezpośrednio na nią. Potem tylko otworzyła szerzej oczy. Debile czy jak? "Bo co?" Bo wystarczyło patrzeć ze zrozumieniem.
To co wydarzył się później, trwało nie dłużej niż kilka uderzeń serca, a z każdym krokiem nieznajomego Max otwierała buzię coraz szerzej. Z pewnością próbowałaby mu pomóc, gdyby zdążyła.
        - O żesz w mordę walić krasnala... - szepnęła gdy ostatni z kłusowników upadał na ziemię. To było tak brutalne, tak niesamowicie skuteczne, tak proste dla nieznanego faceta, że aż piękne. Gapiła się na mężczyznę oniemiała. Ktoś taki nie musiał obawiać się o swoje życie, przynajmniej nie w konfrontacji z tymi wszystkimi, którzy dla odmiany, dla niej stanowili zagrożenie.
Wpatrywałaby się w wojownika pewnie jeszcze przez cały pacierz, gdyby ten nie spojrzał w jej stronę. Odruchowo zasłoniła głowę przed ewentualnym uderzeniem, nawet jeśli skuteczność takiej obrony mogła okazać się wątpliwą. W końcu wypierdalanie z obozu mogło tyczyć się wszystkich. Mężczyzna jednak nie zaatakował, a jedynie kopnął w bolącą kostkę i wrócił do ogniska.
Skrzywiła się czując uderzenie i wstrzymała oddech, zatrzymując przekleństwo cisnące się na usta.
        - Usz ty - to było jedyne co wymknęło się rozzłoszczonej dziewczynie.
Młoda szybko skupiła się na pozytywach. Przynajmniej chyba nie zamierzał jej tu dobić, co można było poczytać za pewien sukces. Odprowadziła postać wzrokiem i dopiero zdecydowała się poruszyć.
Wstała używając kija i usiadła na zdechłym wierzchowcu. Cały czas zerkała na mężczyznę, który uratował jej skórę, gdy mechanicznym i wyuczonym ruchem ściągała but. Bardziej skupiona na zabijace, zerknęła na staw. Kostka postanowiła zacząć puchnąć, ale będzie żyła i chodziła. Nic czego by już nie widziała lub nie przerabiała na sobie. Ściągnęła jeden z pasów z przedramienia i wprawnymi ruchami zaczęła obwiązywała nogę, jednocześnie znów gapiąc się na wojownika, znacznie większą uwagę poświęcając jemu niż opatrywanej kończynie.
        - Dzięki - wreszcie odezwała się cicho. Mógł nie interweniować i podziękowanie się należało, nawet jeśli nie lubiła tego robić. Chwilę zepsuło głośne burczenie w brzuchu, które poniosło się po obozie. Max skrzywiła się rozzłoszczona idiotycznym upokorzeniem i zawstydzona skupiła się na owijaniu nogi, co nagle stało się czynnością nadmiernie interesującą i priorytetową.
Usztywniła kostkę do stopnia umożliwiającego względnie normalne funkcjonowanie i usatysfakcjonowana poruszyła stopą. Prawie nie odczuła bolesnego sprzeciwu ze strony stawu. Wciągnęła but, który teraz stał się dość ciasny, co w tej sytuacji stawało się zaletą. Pozostał ostatni test. Wstała i ostrożnie oparła ciężar ciała na nodze, dopiero teraz na powrót zdobywając się na odwagę by nieśmiało zerknąć na mężczyznę.
        - Mogę chwilę odpocząć? - zapytała w razie potrzeby gotując się do odwrotu. Choć jednak szykowała się do ucieczki, powoli podchodziła do ogniska, tak jakby chciała minąć zaczajonego tygrysa - powoli i ostrożnie, ważąc każdy krok. Prawie każdy. Mijając najbliższego trupa, na wszelki wypadek podparła się kijem i zdrową nogą sprzedała mu solidnego kopa.
        - Sam wędrujesz? - Usiadła naprzeciw. Emocje opadały i dziewczyna patrzyła na nieznajomego z rosnącym zaciekawieniem, chociaż rozsądek podpowiadał, że niezależnie od argumentów, to zły pomysł.
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » Wt paź 31, 2017 8:54 pm

        Levine nie poświęcił dziewczynie więcej uwagi, praktycznie zapominając o jej istnieniu, gdy tylko odwrócił się do niej tyłem, kierując się z powrotem ku ognisku. Tam usiadł na swoim miejscu, opierając o głaz i znów mając małego intruza w zasięgu swojego wzroku, jednak nawet wówczas nie podniósł na nią spojrzenia. Ciężko było powiedzieć, co tak pochłonęło tam jego uwagę, ale siedział w ciszy, wpatrując się w ogień. Dopiero, gdy dziewczyna się odezwała, spojrzał na nią spode łba i tylko skinął głową. Podziękowanie było zbędne, nie prosiła go o pomoc, a jedynie miała szczęście, że interweniował. Sam nie wiedział dlaczego właściwie się pofatygował, ale też się nad tym w ogóle nie zastanawiał, nigdy tego nie robił. Albo na coś ma ochotę, albo nie, żadnej większej filozofii. Nie spodobało mu się towarzystwo, więc dał im to do zrozumienia, razem z szansą na pokojowe rozejście się w swoje strony. To co stało się później być może było jego dziełem, ale był to wyłącznie ich wybór.
        Uniósł głowę, słysząc przeciągłe burczenie czyjegoś brzucha. Dziewczyna z zapałem owijała sobie uszkodzoną nogę, by ją usztywnić, po czym ostrożnie założyła but. Chwaliło się, że nie zaczęła beczeć nad skręconą kostką, ale Rain jeszcze nie posuwał się do stwierdzenia, że młoda umie o siebie zadbać. Przyglądał jej się spod ciemnych brwi, zapewne nie mając zamiaru wyglądać tak wrogo, ale cóż, krzywa facjata jednak robi swoje. No i może nóż, którym się bawił, przeplatając ostrze między palcami, jak niektórzy robią z monetą.
        Obserwował jak smarkula wstaje ostrożnie, sprawdzając wytrzymałość nogi, a później sprzedaje kopniaka najbliższemu trupowi. Parsknął pod nosem, niemal niewidocznie unosząc kącik ust i przyglądając się chwilę dziewczynie. Tak jak ona obchodziła Raina ostrożnie, jakby był drapieżnikiem, tak on śledził ją spojrzeniem, tylko nadając mocy temu porównaniu.
        - Zapraszam – mruknął i niedbale wskazał nożem miejsce przy ognisku.
        Dopiero teraz też pokusił się o bliższe przyjrzenie dzieciakowi. Z bliska było widać, że nie jest aż taka smarkata, chociaż do dorosłości jej wiele brakuje. Była po prostu wyjątkowo drobna i chuda, sprawiając wrażenie jakby miała koło dwunastu lat, zamiast pewnie piętnastu. Zacięta mina i czujne spojrzenie z pewnością wyróżniały ją spośród rówieśników, podobnie jak typowo podróżny strój, po stanie którego można wnosić, że z domu nie uciekła wczoraj. Również to jak poradziła sobie z kostką wiele o smarkuli mówiło i nie chodziło nawet o sprawne zajęcie się uszkodzeniem, ale o zwykłe przyjęcie do wiadomości jego powstania. Bez jęczenia, masowania, wzdychania czy ostentacyjnego utykania. Oceniła, opatrzyła i przeszła nad tym do porządku dziennego.
        Przypomniał też sobie, że wcześniej nawet jednym dźwiękiem nie zdradziła się ze strachem lub obrzydzeniem, gdy padały wokół niej martwe ciała. Faktycznie, skuliła się na moment, gdy obrócił się w jej stronę, ale jak na taką gówniarę to i tak rozsądna reakcja. Ile starszych dziewcząt darło się bez opamiętania gdy tylko komuś krew poszła z głównej arterii, mimo że nad nimi samymi żadne zagrożenie nie wisiało. Będą z niej ludzie.
        - Zazwyczaj – odparł na kolejne pytanie i znów użył ostrza, by wskazać pieczące się mięso. – Jedz – rzucił sucho. Nie było to ani surowe polecenie, ani grzeczna propozycja, a mężczyzna nie wyglądał, jakby miał się przejąć, gdyby odmówiła. Po prostu została jeszcze dobra połowa zająca, on był najedzony, a dziewczyna głodna. Nie było potrzeby marnować jedzenia.
        - Porządny kij – pochwalił oszczędnie, zerkając na wspomnianą broń.
        Drzewce mierzyło sobie nieco ponad dwa kroki, więc było dla mężczyzny za krótkie, ale prawie w sam raz dla niewysokiej dziewki. Kij wyglądał na używany, więc Rain zakładał, że ktoś mógł używać go przed nią. Jeśli jednak sama poświęciła czas i uwagę na wyrobienie broni, i to również jej zasługą było takie jej otrzaskanie to dostaje punkty już za sam upór i zacięcie. Burknął na siebie w myślach, za spoglądanie na smarkulę w kryterium swoich uczniów, za bardzo weszło mu to w krew. Bo na pewno nie chodziło o to, że za nimi tęsknił. Leniwe, niewdzięczne gnojki…
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » Wt paź 31, 2017 11:26 pm

        W milczeniu obserwowała nieznajomego, kierując się ciekawością i ostrożnością jednocześnie. Każda istota wyposażona w rozsądek i instynkt samozachowawczy podziękowałby grzecznie i czym prędzej oddalił się od wojownika. Jeśli sam wygląd zabijaki oraz to jak rozprawił się z trzema myśliwymi byłby niewystarczający, z pewnością beztroska zabawa nożem i urocze spojrzenia rzucane spode łba upewniłyby niezdecydowanych w podjęciu właściwej decyzji.
Max zaś przyglądała mu się z mieszaniną niepokoju i podziwu. Dziewczyna odczuwała dyskomfort pod czujnym spojrzeniem mężczyzny, ale nie sięgał on strachu. Przecież jeśli facet by chciał, zabiłby ją na miejscu nie certoląc się. Jaki miał interes we wcześniejszym wybawianiu jej z opresji. Poza tym, nawet jeśli dla niego ratowanie młodej z kłopotów, nie znaczyło to wiele, Max czuła wdzięczność większą niż mógłby przypuszczać. Nie pamiętała kiedy ktoś stanął w jej obronie.
Ochoczo skinęła głową, słysząc zgodę nieznajomego i już znacznie pewniejszym krokiem, dołączyła do niego przy palenisku. Nie był zbyt rozmowny i wyglądał raczej odstraszająco, ale resztki podejrzliwości szybko opuszczały Maxine, która zakwalifikowała wojownika jako szorstkiego, ale przyjaznego. Nawet jeżeli jego spojrzenie wciąż niezmiennie wywoływało gęsią skórkę. Skrzywiła się nieznacznie, słysząc zaproszenie do posiłku. Czyli jednak usłyszał to okropne burczenie w brzuchu. Zerknęła na niego nieśmiało, nie przywykła do jałmużny i nigdy nie żebrała, ale szybko jak oswajała się z wojownikiem, uznała, że głupotą byłoby odmawiać.
        - Dzięki - wciąż zawstydzona szepnęła niewiele głośniej od trzasków ogniska. Przysunęła się do rusztu i ostrożnie, tak by się nie poparzyć, odcięła kawałek mięsa. Mimo głodu, jadła powoli. Odkrawała kolejne kawałki, studząc je na bieżąco i ściągając zębami z ostrza. Pieczyste smakowało wyśmienicie. Tak naprawdę jakby przyprawić je wcześniej ziołami, mogłoby być naprawdę smaczne, ale była tak głodna, że i na surowo ten zając smakowałby wybornie. Nie miała zamiaru wybrzydzać. Słysząc ochrypły głos, zerknęła uważniej na szatyna, nie spodziewając się rozmowy a tym bardziej pochwały. Potem jej wzrok podążył na wysłużony i może niezbyt szlachetny, ale całkiem skuteczny oręż.
        - O dziękuję. - Uśmiechnęła się wesoło. Komplement bardzo ucieszył dziewczynę, co od razu stało się widoczne. Ile zachodu kosztowało ją zdobycie wiernego drąga. Najpierw musiała kupić odpowiedni kawał drewna. Nigdy nie miała zbyt wiele oszczędności, więc zwyczajnie podjęła pracę u stolarza. Gdy już wypracowała u niego materiał, strugała i polerowała, by nadać mu właściwą formę. Była to jedyna broń na jaką ją było stać i jednocześnie jedyna jaką względnie potrafiła się posługiwać. Tym bardziej ucieszył ją fakt, że ktoś taki jak nieznajomy docenił jej kij. Nawet przez myśl jej nie przemknęło, że komplement był fałszywy. Zabijaka nie wyglądał na komplemenciarza, delikatnie mówiąc.
Wtedy szalona myśl zaświtała w głowie dziewczyny. Znów zerknęła uważniej na mężczyznę, mrużąc lekko oczy. Nie sposób było nie zauważyć, że coś wyjątkowo absorbującego zajęło myśli Max oraz, że było nieodłącznie związane z osobą siedzącego naprzeciw mężczyzny. Tak jak wojownika doskonale było przyrównać do polującej bestii, to Max wyglądała teraz jak wygłodniały szczeniak wgapiający się w miskę z jedzeniem. Patrzyła tak na faceta jeszcze kilka uderzeń serca. Wyglądał szpetnie i wręcz odstręczająco, nawet nie przez fizjonomię, co przez blizny i antypatyczną mimikę. Był przerażający i niebezpieczny. A Maxine w tym momencie wydał się oazą bezpieczeństwa. Najlepszą szansą na przeżycie jaką miała okazję spotkać. Przez moment wahała się czy zaryzykować, ostatecznie uznała, że spróbować mogła. W końcu powiedział, że zazwyczaj podróżuje sam, a nie, że nie trawi innych ludzi. Pozwolił jej się przysiąść. Podzielił się posiłkiem. Wszystko przemawiało za a nie przeciw.
        - Ucz mnie - przerwała ciszę, odzywając się pewnym głosem, patrząc na mężczyznę lśniącymi oczami - Proszę - dodała szybko, bo w końcu wypadało.
Brała pod uwagę odmowę, ale jeszcze nie rozważała poddania się. Zamierzała prosić mężczyznę do skutku, a przynajmniej do momentu, aż ten zagrozi ukróceniem jej żywota. Za to zupełnie nie przejęła się drobiazgiem, że może wypadałoby się najpierw przedstawić. Najpierw konkrety, formalności można było dopełnić później.
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » Cz lis 02, 2017 7:19 pm

        No i siedzieli we dwójkę, oboje milczący, wypowiadając zaledwie pojedyncze słowa, których nawet nie można było nazwać rozmową. Rain nie tylko wyglądał, jakby w ogóle się nie przejmował nieplanowanym towarzystwem, dziewczyna naprawdę go zupełnie nie obchodziła. Nie znaczyło to jednak, że nie widział jak się do niego podkrada, z jednej strony ciągnięta przede wszystkim pustym żołądkiem i może odrobinę ciekawością, jak to dzieciaki, z drugiej jednak słusznie ostrożna. On akurat nie zamierzał nic jej zrobić, była dla niego tak samo niegroźna, jak ten pieczący się na rożnie zając. Dobrze jednak, że jakiś tam instynkt samozachowawczy posiadała i nie skakała wokół obcych, trajkocząc niczym upierdliwe ptaszysko. Wówczas pewnie również zaproponowałby jej posiłek, ale sam zabrał swoje rzeczy i ruszył w dalszą drogę. Teraz jednak nie musiał się tym przejmować, bo smarkula przysiadła się w ciszy i równie spokojnie skorzystała z zaproszenia do posiłku.
        Obserwował ją przez moment, rejestrując jak sama sobie stawia ograniczenia, albo próbując zachować przed nim głód w tajemnicy, co byłoby bezsensowne, albo jest bystra i nie chce się pochorować, napychając pusty żołądek ciężkim mięsiwem. Przyczyna nie interesowała go jednak w ogóle, więc przeniósł swoją uwagę z dziewczyny na jej kij.
        Mruknął coś pod nosem, widząc entuzjazm szatynki, gdy pochwalił broń. Tajemnica sama się rozwiązała, smarkula ewidentnie zrobiła go sama, bo nie cieszyłaby się jak głupia, gdyby kij był kradziony. W takim razie tym bardziej należały jej się słowa uznania, drzewce wyglądało bardzo dobrze. Rain jednak uznał już temat za zamknięty i milczał, wzmagając tylko ciszę miedzy nimi.
        Ludzie mieli to do siebie, że w naturalnym odruchu odwzajemniali chociaż w części mimikę rozmówcy. Uśmiechy Max pozostawały jednak bez odpowiedzi ze strony aż nazbyt obojętnego mężczyzny, a gdy przyłapał ją na uporczywym przyglądaniu mu się, początkowo również olał sprawę. Przyzwyczajony był w końcu do tego, że ludzie dziwnie się na niego gapią, jakby przy tak długotrwałym wpatrywaniu się w jego oblicze, miałoby ono stać się nieco przystępniejsze. Pysk był może niezbyt wyjściowy, ale też Levine nigdy nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu pod względem atrakcyjności, pracując nad ciałem jedynie po to, by było bardziej skuteczne. A więc to, czy twarz przecinała mu wielka szrama było mu zupełnie obojętne i gdy powstała, przeszedł nad tym do porządku dziennego bez większej refleksji. Może gdyby nachodziła na oko, utrudniając widzenie, albo na usta, spaczając wymowę (gdyby jeszcze był rozmowny) to miałoby to dla niego większe znaczenie, ale tak? Przecież nawet jej nie widział.
        Po krótkiej chwili uznał jednak, że spojrzenie dziewczyny nie odpowiada tym, które zazwyczaj napotykał. Nie biegło ze wstrętem po jego twarzy, ale właściwie zawiesiło się na mężczyźnie pusto, jakby dziewczyna odpłynęła na moment myślami.
        - Gapisz się – mruknął, w swoim mniemaniu uprzejmie ją w tym fakcie uświadamiając.
        Często zdarzało się przecież, że ludzie się tak zawieszali, a jemu może to specjalnie nie przeszkadzało, ani nie drażniło, ale mimo to postanowił uświadomić dzieciaka. Od kogoś innego mogłaby dostać w pysk, niech się przyzwyczaja do pilnowania oczu.
        Po chwili jednak to on uniósł lekko brwi, przyglądając się czujniej dzieciakowi. Uczyć? Mógłby rżnąć głupa i pytać „czego?”, dobrze jednak wiedział, o co chodziło smarkuli i nie bawiło go zbędne przedłużanie rozmowy. Uciekała przed zagrożeniem, z którym on z łatwością sobie poradził. Nie była strachliwa, widział to po tym, że nawet ze skręconą nogą, zaplątana w wodze, miała zamiar stawić czoła trzem dorosłym facetom. Bashir nazwałby to głupotą, która prowadzi do śmierci, ale Jamesowi się to spodobało. Mała miała idealne zadatki na totalnego życiowego wykolejeńca. Wiedział więc doskonale, że chce się uczyć walczyć. Przeżyła przygodę, ktoś pochwalił jej kij i małej zachciało się bawić w wojownika.
        Prychnął pogardliwie, jednak jego mózg odruchowo ruszył już na pełnych obrotach, skanując dzieciaka pod wszelkim możliwym kątem. Była w dobrym wieku, ale sylwetka mizerna – drobna i licha, nikłe mięśnie. Wyglądała na bystrą, zaradną i twardą, ale to tylko pierwsze wrażenie. Inteligencja mogła okazać się arogancją, zaradność zadufaniem i nieposłuszeństwem, twardość butą i nieugiętością, co przydatne jest w życiu, ale nie podczas pobierania nauki. Karku przed byle kim ewidentnie nie ugina, ale to też nie zawsze zaleta. Poza tym była dziewczyną. James nie był szowinistą, było mu wszystko jedno czy spierze chłopaka czy dziewkę, ale realistą już owszem. Musiałaby trenować kilka razy ciężej niż chłopak, a i tak nie osiągnie jego siły. Jest naturalnie wrażliwsza, bardziej emocjonalna, ale za to sprytniejsza i lepiej się aklimatyzuje w nowych warunkach.
        Przemyślenia znów zajęły mu raptem uderzenie serca i nie odbiły się niczym na twarzy ani w oczach. Przez to też łatwo było odnieść wrażenie, że nie zastanowił się w ogóle nad pytaniem, nim odpowiedział. A odpowiedź była krótka.
        - Nie.
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » Pt lis 03, 2017 4:53 pm

        Milczenie sporadycznie przerywane szorstkim głosem mężczyzny było dziwnie przyjemne. Iskry trzaskały w ognisku, las szumiał delikatnie. Maxine nie miała nic przeciw ciszy. Pozwalała ona pozbierać myśli i co ważniejsze umożliwiała usłyszenie nadciągających gości. Dla samotnej dziewczynki było to zwykle równoznaczne z niebezpieczeństwem. Zazwyczaj słysząc najmniejszy trzask gotowa była do sprawnego odwrotu i znalezienia bezpiecznej kryjówki. Nie była w tak korzystnej pozycji jak uroczy zabijaka, by ciepłym moczem zlewać świat i jego zagrożenia. A chciałaby, jak nikt pragnęła wreszcie chociaż przez chwilę się nie bać.
Przy ognisku wojownika czuła namiastkę spokoju, o którym marzyła. Nie wierzyła by nieznajomy zechciał znów stanąć w jej obronie, nie urodziła się wczoraj. Uratował ją choć nie musiał, co było miłe, ale nie dawało jej to żadnych praw by liczyć iż powtórzy ten czyn. Zwyczajnie wątpiła by ktokolwiek spróbował zaatakować tego gościa z własnej woli, jeśli miał odrobinę oleju w głowie.
        Zaspokoiła pierwszy głód i na tym poprzestała. Dopychanie się po korek nie miało sensu. Człowiek nie mógł najeść się na zapas, dlatego zawsze jadła tyle ile potrzebowała. Z napchanym brzuchem źle się funkcjonowało. Człowiek robił się ospały i ociężały. Poza tym gorzej znosiło się długie przerwy między posiłkami, no i oczywiście jedzenie obfitej porcji po dłuższej głodówce groziło niezłym rozstrojem żołądka. Maxine była wyjątkowo ekonomiczną jednostką z wielu względów.
        Słysząc grzeczną uwagę, zmarszczyła nieco brwi, ale wciąż przyglądała się facetowi. Oczywiście, że się gapiła, przecież właśnie myślała intensywnie. Ważyła swoje szanse, wszystkie plusy i minusy oraz starała się wyobrazić możliwe konsekwencje potencjalnie podjętych kroków. Była o włos od decyzji, gdy mężczyzna postanowił się odezwać i wybić ją z jakiegoś hipotetycznego ciągu przyczynowo skutkowego. Nawet nie skomentowała, jak bardzo podziwia go za spostrzegawczość, gdyż wciąż we własnych myślach biła się ze sobą.
Większość ludzi pewnie zaczęłaby od wspólnej podróży. Przyzwyczajenia wojownika do swojej obecności i dopiero później próbowałaby drążyć sprawę niczym kropla rzeźbiła skałę.
Max zaniechała podchodów z wielu powodów. Po pierwsze nie miała aż tyle czasu by się bawić i zgrywać naiwniaka. Jak dziwnie nie brzmiało to w ustach szesnastoletniej dziewczynki, Max czas wręcz ścigał. Młoda nie należała do optymistów, gdyż jakoś nie miała okazji uwierzyć w podstawy takiego podejścia do życia. Liczyła się, że jej zegar tyka znacznie szybciej niż innym, z prostej przyczyny. Była sama i zdecydowanie nie była silna. Owszem umiała sobie radzić w różnych sytuacjach, ale kwestią czasu było aż kiedyś nie uda jej się uciec. Kiedy trafi na kogoś silniejszego lub bardziej rozgarniętą grupę i takiego woja, co to teraz siedział naprzeciw, tym razem nie będzie w pobliżu. Dla dziewczyny sprawa jawiła się prosto: albo znajdzie kogoś kto pomoże jej się bronić, albo prędzej czy później zginie, bo samodzielna nauka była znacznie bardziej kosztowna, a swoją ceną mogła obejmować życie.
Poza tym nie specjalnie wierzyła, że zabijaka mógłby się do niej przywiązać. Nawet nie oceniała charakteru mężczyzny, co zwyczajnie realnie patrzyła na świat. Skoro nie chciała jej rodzona matka, to jakim prawem obcy facet by się do niej przywiązał. Nie, musiała postawić sprawę jasno, bez owijania w bawełnę.
        Odmowa nie zdziwiła dziewczyny. Z pracą zawsze było podobnie. Nikt nie zatrudniał jej z otwartymi rękoma, mając do wyboru silniejszych chłopaków, bądź bardziej doświadczonych parobków. Zawsze musiała dowieść swojej przydatności. Tak więc nie przejęła się usłyszanym „nie”, które dla uważnie słuchających raczej nie pozostawiało pola do dyskusji. Maxine nie miała problemów ze słuchem ani z rozumieniem, ale z przyjmowaniem odmowy gdy się na coś uwzięła już tak. Właśnie przystąpiła do pertraktacji nie spuszczając mężczyzny z oczu. Dodatkowo czując się względnie pewnie, skoro facet nie zrobił jej krzywdy na początku i do tej pory najwyraźniej nie zamierzał, Max nabrała animuszu. Wesołość się ulotniła i dziewczynka mówiła całkiem poważnie, ale pewnym siebie tonem.
        - Nie będę kłopotem - powiedziała, bez lęku patrząc w ciemne oczy zabijaki. Niech sobie robi cokolwiek robił, pokręci się trochę w cieniu, poobserwuje. Umiała nie plątać się pod nogami.
        - Potrafię być przydatna - kontynuowała zgodną z prawdą autoreklamę. Od małego dziecka nauczono dziewczynę ciężkiej pracy. Ona sama zaś nigdy się przed taką nie wzbraniała, czego nie można było powiedzieć o wszystkich jej rówieśnikach.
        - Umiem sprzątać… chociaż to ci się nie przyda… - Przez chwilę brzmiało to jakby wymawiała na głos myśli bez wcześniejszego planu.
        - Gotować potrafię - powiedziała już z większym entuzjazmem. - A czego nie potrafię, szybko się nauczę - dopowiedziała sprawnie.  To również było zaletą Maxine. Jeżeli czegoś nie potrafiła, zamiast utyskiwać i marudzić, zakasywała rękawy i starała się dwa razy bardziej, by podołać nowemu zadaniu. Wydawałoby się, że dziewczyna skończyła, ale była to jedynie niewielka pauza przed dalszym ciągiem argumentów.
        - Poza tym nie jestem gadułą, więc nie będę ci przeszkadzać - podsumowała swój słowotok. Przez chwilę znów jakby dziewczynka skończyła. Młoda jednak zamyśliła się krótko, najwyraźniej zbierając siły i myśli. Skrzyżowała ręce na piersi, bezczelnie patrząc na obcego i dodała ostatni argument dobitnie przemawiający za jej przydatnością.
        - Pysk na pewno lepiej zaceruję. - Wskazała palcem twarz mężczyzny, uznając, że w tym wypadku cyrulik się nie popisał. Co jak co, ale szyć rany umiała i nie zostawiała sznyt przypominających rów wyorany pługiem, dlaczego więc miałaby kryć się ze swoim zdaniem?
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » N lis 05, 2017 6:37 pm

        Nie spodziewał się, że jego odmowa da natychmiastowy skutek, liczył jednak na nieco mniejszy entuzjazm smarkuli. Ta jednak potraktowała jego odpowiedź jako rozpoczęcie rozmowy, nie jej zakończenie. Poprawiła się, jakby siadała do jakichś negocjacji, podczas gdy mężczyzna przyglądał się jej tylko obojętnie, nie przerywając jednak, gdy mówiła, a tylko komentując w myślach naiwne argumenty.
        "Nie będzie kłopotem". Co za bzdura. Tak ją poznał właśnie, że z kłopotów dzieciaka wyciągnął, to po pierwsze. Po drugie on tarapatów nie unika, sam je bowiem wywołuje, albo umyślnie, albo pojawiając się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Nie podobało mu się jej odważne spojrzenie, którym próbowała go przekonać, że sobie poradzi. Szybko otrząsnęła się z lęku. Jeśli wystarczyło rzucić jej kawałek żarcia, żeby zapałała do kogoś sympatią to on jej długiego życia nie wróży, nie zawsze trafi na równie sympatyczną osobę jak on.
        Przydatna. Nie no świetnie. Kamień na drodze też się przyda, jakby się chciało kogoś nim rzucić, ale to nie znaczy, że trzeba zawsze ze sobą jakiś nosić. Nie ma takiej rzeczy, do której byłaby mu niezbędna, a to, że raz na jakiś czas może się na coś przydać nie jest wystarczającym argumentem, by pozwalać truć sobie dupę na dłuższą metę.
        Ze sprzątania sama wybrnęła, oszczędzając sobie pogardliwego prychnięcia z jego strony. Co do gotowania natomiast to tylko zmrużył oczy znudzony. Jeśli ma wybór to ujawnia się u niego jakiś gust kulinarny, nie na tyle silny jednak, by robiło mu to różnicę, a bywają sytuacje kiedy nie kręci nosem nawet na garść orzechów z jagodami, jako jedyny posiłek w ciągu dnia.
        To, że szybko się uczy to była jedyna istotna informacja, jaką do tej pory podała, a i tak bez większego znaczenia dla Raina. Prawie każdy mówi, że szybko się uczy, tylko dlatego, że w ogóle pojmuje nowe rzeczy, a drakona to nie satysfakcjonowało. Przez to jakie on przechodził szkolenie stał się skrajnie wymagający, a będąc tyle lat nauczycielem zdołał udoskonalić techniki, które stosowano na nim, by jeszcze skuteczniej gnębić swoich uczniów i podsycać w nich tak pożądaną żądzę mordu, bardzo długo skierowaną na Levine’a właśnie.
        Był długo cierpliwy, ale słysząc jak swoją przydługawą wypowiedź kończy stwierdzeniem, że nie jest gadułą, mężczyzna westchnął ze zniecierpliwieniem. Pochylił się w jej stronę, opierając na przedramieniu o kolano zgiętej wciąż nogi, gotów do podsumowania wywodu dziewczyny. Bezczelne spojrzenie i splecione na piersi ramiona tylko potwierdziły jego wcześniejsze przypuszczenia co do krnąbrności smarkuli i wywołały krótki pomruk niezadowolenia drakona. O dziwo jednak, wytknięty w niego palec i szczery komentarz nie wywołały gniewu mężczyzny. Zamiast tego parsknął krótkim, chrapliwym śmiechem, jednocześnie zaskoczony i na moment rozbawiony. Zaraz jednak wyszczerzył zęby pochylając się znów w stronę dziewczyny, a grymas w którymś momencie zmienił się na wrogi.
        - Dobra, słuchaj gówniaro, w dupie mam co umiesz i czego chcesz. Uratowałem ci skórę, więc korzystaj z wydłużonego nieco życia i nie kuś losu – mówił ochrypłym głosem, a przez to nienaturalnie cicho, mimo że nie szeptał. Tylko głuchy nie usłyszałby jednak ostrzeżenia w głosie. Rain gróźb nie stosował, były nieefektywne, bo jeśli kogoś w ogóle trzeba doprowadzać w ten sposób do porządku to znaczy, że kilka słów mu do rozumu nie przemówi. On więc nie groził, a ostrzegał przed pewnymi konsekwencjami, które nijak nie miały się do rzucanych lekko przez innych gróźb bez pokrycia.
        - Jeśli stąd pójdziesz cały czas na północny zachód trafisz do Maurii. – Dla pewności wskazał nożem kierunek, nie spuszczając dzieciaka z oczu. – Za górami, na południowy zachód jest miasto Thenderion. – Ostrze powędrowało w drugą stronę, wskazując drogę, nim mężczyzna schował je w końcu do pochwy i wstał, otrzepując niedbale spodnie z ziemi.
        - Zabierz swój kij, zestaw umiejętności i spadaj szukać szczęścia gdzieś indziej. Skoro tak sobie świetnie radzisz, to nie będziesz miała problemu – rzucił obojętnie, ponosząc z ziemi miecz i zarzucając go sobie znów na plecy. Nie zaszczycił dziewczyny nawet ostatnim spojrzeniem, tylko odwrócił się i ruszył w drugim ze wskazanych przez siebie wcześniej kierunków.
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » Wt lis 07, 2017 8:38 pm

        Max nie przejęła się pochylającym się w jej stronę mężczyzną, chociaż pewnie powinna. Nie zmieniła też swojego hardego nastawienia, nie odwróciła spojrzenia. Zgodnie ze swoim zwyczajem Max nawet nie zastanowiła się jaki efekt mogą wywołać jej słowa. Ani czy powinna chlapać wszystko co tylko wpadnie jej do głowy. Nie myślała też jak może skończyć się wyrażanie opinii na temat leczenia ran ciętych. Ale śmiech mężczyzny nieco ją zaskoczył. Znacznie mniej zdziwiła się gdy szorstkie rozbawienie przeszło w ostrzeżenie.
        Na twarzy dziewczynki wykwitł zacięty wyraz. Zacisnęła usta w upartym grymasie, na ostre słowa odpowiadając bezczelnym spojrzeniem.
Dowcipny się kuźwa znalazł. Nigdy celowo nie kusiła losu, tylko jakimś złośliwym zbiegiem okoliczności tarapaty same ją odnajdywały. Najlepszym przykładem był cały ten pościg. W samym środku lasu i gór, w dupie tak czarnej, że nie mogła trafić na trakt czy choćby kawałeczek drogi, które przecież wiły się całymi stajami, oczywiście natknęła się na trójkę facetów. Więcej, nie drwali czy jakichś niegroźnych zbieraczy tylko na myśliwych, którzy z niezrozumiałych przyczyn postanowili ją gonić. Przecież do wpakowania się w taką hecę trzeba było chyba specjalnego talentu.
Nie odpowiedziała nic. Z tym swoim nieco trafił w sedno. Świat rządził się brutalnymi prawami, a dyktowali je najsilniejsi. Słabsi mieli mało opcji do wyboru. Zwykle oscylowały one gdzieś między gwałtownym zgonem a śmiercią nieco bardziej odroczoną, ale w poniżeniu. Żadna z nich nie podobała się Max. Dziewczyna chciała wyrwać się z dna łańcucha pokarmowego, przestać być potencjalną ofiarą, którą od marnego losu ratował głównie refleks i rącze nogi. Desperacko potrzebowała siły lub ochrony. Na ostatnie nie liczyła. Skoro nikt nie opiekował się Maxine jako dzieckiem, to czemu miałby to robić gdy stała się większą pannicą? Miło by było, by ktoś chciał się o nią troszczyć, nawet jeśli Max niechętnie przyznawała się przed samą sobą do takich dziecinnych pomysłów. Nie była jednak naiwna. Albo umiała sama o siebie zadbać, albo nikt za nią tego nie zrobi. Zamierzała więc zrobić co tylko było w jej mocy, by nigdy więcej nie musiała martwić się "nieco wydłużonym życiem".
Miny nie zmieniła. Z facjatą uparciucha przytaknęła wojownikowi. Zrozumiała kierunki i po części była wdzięczna za informacje. Po prawdzie ni czorta nie wiedziała gdzie się znajdowała, a świadomość własnej lokacji był przydatnym detalem.
Słysząc ostatnie słowa odchodzącego mężczyzny, już nie potrafiła stłumić pyskówki.
        - Mówiłam, że umiem być przydatna, a nie, że sobie świetnie radzę - zaburczała pod nosem nie kierując rozgoryczenia do nikogo konkretnego.
        - Jakbym sobie radziła, to nie zaczepiałabym draba, który mógłby mi łeb na dzień dobry urwać - marudziła pod nosem, mówiąc bardziej do siebie niż do wojownika, ale tez nie przejmując się czy ten słyszy żale czy nie.
Nie ruszyła się z miejsca, gdy obcy znikał na leśnej drodze.
        - Szczurza dupa - warknęła niezadowolona. I co teraz? Nie chciała sprowokować gościa, nie zamierzała też odpuścić. Takie życie bękarta, albo źle albo niedobrze, a jakby się nie odwrócić rzyć i tak zawsze zostaje z tyłu. Prychnęła niezadowolona i wzięła się za porządki. Z jednego z mieszków wyciągnęła pergamin, który rozłożyła na kamieniu. Odkroiła kilka kawałków pieczonego mięsa i skrzętnie ułożyła na rozłożonym materiale. Mięsiwo dobrze byłoby jeszcze podsuszyć. Na to czasu nie miała, ale spokojnie na krótkotrwały prowiant nada się doskonale. Posiłek wystarczy jej na dwa dni.
Zawiniątko schowała do sakiewki. Później dokładnie zgasiła ognisko i była gotowa do wymarszu.
        Raźnym krokiem ruszyła w stronę Thenderionu. Marsz szybko przeszedł w równy truchcik. Noga sprawowała się nieźle. Może nieco zakuwała, ale nie ograniczała wydajności kroku. Więcej Max nie potrzebowała. Bieg był lekki, nie forsujący, Maxine potrafiła w ten sposób pokonywać całkiem spore odległości, nie łapiąc nawet zadyszki.
Zwolniła dopiero gdy zamajaczyła jej wysoka sylwetka z mieczem na plecach. Od tego momentu wróciła do marszu i utrzymywała stałe tempo, ani nie zbliżając się do faceta, ani od nie oddalając.
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » Cz lis 16, 2017 8:30 pm

        Szedł równym krokiem, nie spiesząc się, chociaż i tak długie nogi wyciągały szybsze tempo w marszu. Tym razem nie miał ze sobą wiele, zarówno dlatego, jak i mimo tego, że będzie przeprawiał się przez góry. Niektórzy przygotowywali się na niesprzyjające warunki większą ilością ekwipunku, zaopatrując się w cieplejsze ubrania, prowiant, a czasem nawet przyrządy pomagające we wspinaczce. On jednak nie lubił nosić ze sobą zbędnego balastu, a znając swoje wątpliwe umiejętności i zerowe doświadczenie wysokogórskie zazwyczaj szukał po prostu odpowiednich szlaków i przesmyków. Dużo podróżował i zapamiętał kilka dróg, używanych przez ludzi, którym z jednej strony nie było w smak pokazywanie się na głównych gościńcach, ale z drugiej zbytnio się spieszyło, by przekraczać szczyty górą. Tak więc jeśli ktoś się zainteresował tematem, mógł odkryć zaskakującą ilość mało uczęszczanych szlaków, pozwalających przedrzeć się przez góry na drugą stronę. Rain, który większość swojego życia spędził na cholernej pustyni, i dla którego chłodno było nawet wczesną wiosną, był dodatkowo zmotywowany, by nie tłuc się na masywy tylko po to, by później złazić z nich z drugiej strony. A sama idea robienia tego tylko dla rozrywki była dla niego niepojęta.
        Nie licząc więc miecza na plecach i pozostałej broni, Levine miał ze sobą jedynie kilka sakw przy pasie i drobiazgów w licznych kieszeniach. I nie był to przejaw głupoty czy beztroski, ani nawet nie arogancji. Drakon po prostu wiedział, że poradzi sobie w większości warunków z tym co ma, lub co znajdzie na miejscu. Nie było więc sensu dźwigać tobołów. Zastanawiał się jedynie nad spakowaniem reszty zająca jako prowiant, nie pozwoliłby przecież, by zmarnowało się dobre mięso. Ostatecznie zostawił je jednak, jako że wcale nie miało pójść na stratę. Los smarkuli nadal niewiele go interesował, ale z ich dwojga jej bardziej przyda się dodatkowa pomoc. "Zdecydowanie za chuda, nawet miecza by nie utrzymała”, parsknął w myślach, oglądając się przez ramię.
        Szła za nim już od jakiegoś czasu, zachowując jednak wciąż ten sam dystans. Prychnął, niespecjalnie zdziwiony jej obecnością, chociaż nieco zaskoczony utrzymywanym przez nią tempem. Całkiem nieźle, jak na dzieciaka ze skręconą kostką. Nie miał pretensji, że za nim idzie, w końcu sam wskazał jej dwie możliwe drogi, a na to, że wybrała tą, którą on podążał, tylko uśmiechnął się krzywo pod nosem. Zaciekawiło go, czy sama chce się kierować w stronę Thenderionu, czy po prostu idzie za nim. A jeśli rzeczywiście wybrała drogę ze względu na niego, to czy szuka darmowej ochrony czy nadal liczy na naukę. Upór i zaciętość, które były w jego oczach zaletami, potencjalnie zbliżającymi do osiągnięcia upragnionego celu, od upierdliwości, której nie znosił, dzieliła cienka granica i tylko on wiedział, w którym momencie się ją przekracza. Tak jak jej mówił, smarkula jeszcze nie zalazła mu za skórę. Na razie pozostawała jedynie elementem krajobrazu, aż nie stanie się dla niego interesująca, lub go nie wkurwi. Ciężko powiedzieć, która z opcji była dla dziewczyny gorsza.
        Nie zwalniając zszedł nagle z traktu, wstępując w las. Brak konia pozwolił na użycie skrótu, więc James nie czekał na rozwidlenie tylko wstąpił wolnym krokiem między knieje. Szedł pewnie, kierując się w znanym kierunku, a w odpowiednim momencie znów skręcił, wchodząc na leśną ścieżkę. Stamtąd już tylko kawałek przez polanę, a później do skalnego przesmyku…
        Zatrzymał się o krok przed granicą łąki, miękko zmieniając krok i skrywając się za jednym z szerszych drzew. Oparł się swobodnie barkiem o pień i zerkał zza niego co jakiś czas, sprawdzając czy droga się zwolniła. Polanę przemierzała właśnie karawana wozów, które tylko wyglądały na kupieckie. Żaden szanujący się handlarz nie ryzykowałby przeprawy tędy, chyba że z solidną ochroną. Te łebki z groźnymi minami wyglądały co najwyżej na najętych w karczmie zbirów, którym obiecano co nieco z wozu, jeśli się spiszą. Przemytnicy.
        Rain zerknął jeszcze raz zza drzewa, policzył budy, ludzi i ocenił ich odległość od przesmyku. Teoretycznie mógłby do nich dołączyć, udając że chce się podjąć ochrony za drobną opłatą. Nie chciało mu się jednak bawić w ściemy, a nie mógł być pewien czy szmuglerzy nie są w zbyt gorącej wodzie kąpani, by po prostu olać jego obecność i pozwolić odejść. Mógł za to ze spokojem wyprzedzić ich i przejść przodem do górskiego tunelu. Cofnął się więc nieco w cień drzew i ruszył szybciej wzdłuż granicy lasu, gdy usłyszał, że ktoś zbliża się z drugiej strony. Przybłęda pojawiła się między zaroślami, gdy znalazł się przy niej w kilku krokach, blokując dalszą drogę i przyglądając się jej z góry.
        - Nie tędy – mruknął tylko przyciszonym głosem i skierował się w stronę przesmyku, łukiem obchodząc jednak polanę, z której dobiegały pokrzykiwania przemytników.
        Nie chciał wdawać się w rozmowę, by przekonywać upartego dzieciaka do powrotu na szlak, bo młoda z pewnością wszczęłaby dyskusję na ten temat, a nie w smak mu było zdradzanie ich obecności. I chociaż normalnie uciąłby niechcianą wymianę zdań przez proste wyrwanie dziewce kija, podcięcie jej nim i odejście, teraz nie chciał robić hałasu. Skinął więc na smarkulę, tymczasowo uznając jej towarzystwo i prowadząc okrężną drogą w stronę przejścia. Tempo przybrał szybsze, niespecjalnie przejmując się nogą przybłędy, bo naprawdę chciał zdążyć do tunelu przed taborem, a przy okazji sprawdzi sobie dziewczynę. Póki co, zdania nie zmienił, ale nie zaszkodzi mu wiedzieć, z czego tak naprawdę jest ulepiona.
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » Cz lis 16, 2017 8:32 pm

        Od dłuższego czasu szła dziarskim tempem starając się nie zostać z tyłu. To co dla mężczyzny było szybkim marszem dla Max było prędkością powoli zbliżającą się do biegu. Mimo to utrzymywała dystans. Usztywniona noga spełniała swoje zadanie niewiele gorzej od zdrowej, jedynie ciągłym ćmieniem przypominając o swoim niezupełnie zdrowym stanie. Czymże jednak była noga, porównując do możliwości odmiany swojego losu. Niewielka przeciwność. Mało znacząca nawet nie uciążliwość, co niewygoda. W znacznie gorszym stanie, ciężej obita i obolała nie raz i nie dwa musiała ratować swój tyłek przed gwałtownym pogorszeniem się jego kondycji. Gdyby jednak mogła zdobyć takiego nauczyciela… Taka wygrana warta była każdego zachodu i znacznie większego poświęcenia, jeśli tylko jawnie nie zagrażało życiu. To była nieprzekraczalna granica. Ratowanie żywota poprzez jego ryzykowanie byłoby bezsensowne, ale kuśtykanie za swoją nadzieją, od śmierci dzieliła przepaść.
        Wzdrygnęła się nieznacznie, gdy mężczyzna zerknął przez ramię w jej kierunku. Dziewczynka założyła, że zabijaka nie chce jej skrzywdzić. Gdyby miał taką fanaberię dawno by to zrobił. Wystarczyło więc tylko nie skłaniać go do zmiany zdania w kwestii wyprawienia jej na drugą stronę oraz jakoś zmusić go by zmienił stanowisko w kwestiach nauki. Bułka z masłem normalnie… To nie znaczyło, że Max nie obawiała się wojownika. Z jej nikłymi zdolnościami i wyraźnym pechem, nauczyła bać się w zasadzie każdego. Mimo to starała się decyzje podejmować samodzielnie, nie pod wpływem emocji. Nie zmieniła więc swojego postanowienia. Bez poświęcenia nie można było osiągać postanowionych celów, a do odstraszenia uparciucha potrzeba było czegoś więcej niż groźnej miny na skancerowanym obliczu i warknięcia.

        Szła więc traktem do Thenderionu w pewnej odległości od upatrzonej ofiary starając się zaplanować swoje następne kroki. W pewnym momencie facet zniknął w lesie. Udała, że nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Nie weszła za mężczyzną od razu w krzaki. Nie była ani tak zdesperowana ani tak głupia. Mijając miejsce, w którym wojownik opuścił trakt, zbystrzała trochę, spodziewając się wszystkiego, łącznie z zasadzką. Otoczenie jednak było puste. Max poszła dalej traktem do momentu aż w oczy rzuciła jej się wąska ścieżka. Dopiero tam skręciła. W razie dyskusji czy zarzutów, nie śledziła mężczyzny, przynajmniej nie dosłownie. Zawsze mogła próbować wyłgać się nadzieją na skrót.
        Zgodnie ze szczęściem Maxine, za moment ścieżka się urwała pozostawiając dziewczynę w kniei zdaną na swoją orientację w przestrzeni. Na nieznanym terenie szybko straciła właściwy kierunek i nawet jakby chciała, miałaby pewien problem by wrócić na trakt.
Właśnie obrała taktykę by zwyczajnie iść przed siebie jak często czyniła, powoli tracąc nadzieje na odnalezienie wojownika a skupiając się bardziej na znalezieniu drogi, gdy wojak znalazł się sam.
Wstrzymała oddech i stanęła jak wryta gdy dosłownie znikąd, tuż przed jej nosem wyrosła rozpoznawalna postać. Nawet nie zastanawiała się jakim cudem mężczyzna pojawił się niezauważony. Ani nie była szczególnie czujna, zwłaszcza teraz gdy skupiała się na ustaleniu właściwej drogi, ani nie była w tym kierunku wyszkolona. Wszystko co umiała, nauczyła się sama na własnych błędach i dziewczyna nawet nie potrafiłaby oczekiwać od siebie umiejętności dorównujących zdolnościom wojownika.
        Instynktownie zmrużyła oczy i przykuliła ramiona oczekując uderzenia. Ono jednak nie nadeszło. Zamiast niego padło krótkie polecenie. Otworzyła szeroko oczy słysząc ochrypły głos szatyna. Nie zawahała się nawet chwili, ani nie zadawała pytań, a chociaż w jakiś dziwny sposób Max ucieszyła krótka komenda, dziewczyna nie uśmiechała się. Zamiast tego skupiła się na zadaniu. Wystartowała za wojownikiem niczym chart spuszczony ze smyczy. Może miała spore braki w edukacji i umiejętnościach, ale była całkiem sprytną dziewczynką i szybko zauważyła, że mężczyźnie brakowało wcześniejszej nonszalancji. Był bardziej skupiony i szedł szybciej. Maxine od razu stała się czujniejsza, domysły biorąc za wystarczający argument. Teraz nie tylko starała się nadążyć za wojownikiem, ale przede wszystkim nie robić przy tym hałasu. Zabijaka szedł szybkim marszem, co zmusiło znacznie niższą Max do biegu. Trudny i nierówny leśny teren dodatkowo utrudniał nadążenie za najemnikiem. Dziewczynka jednak radziła sobie wcale nie tak źle. Nie odstawała od mężczyzny, a dzięki temu samemu niewielkiemu ciału, które na starcie stawiało ją na słabszej pozycji, młoda była zwinna i wszystkie przeszkody pokonywała z lekkością i bez zbędnego hałasu. Żwawym krokiem pomykała za mężczyzną, w trudniejszych momentach jak wybicia czy lądowania, zgrabnie przerzucając ciężar ciała na zdrową nogę.
Obrzeżem lasu szybko dotarli do skalnego przesmyku i w nim zniknęli. Gdy przemieszczali się między drzewami, mignęło jej coś na kształt karawany czy innego ludzkiego zastępu, ale grzecznie milczała nie zadając pytań. Teraz zaś gdy odpadło pokonywanie przeszkód, większą uwagę przyłożyła do cichego stąpania, by wśród skał nie niosło się echo.
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » Cz lis 16, 2017 8:33 pm

        Była jak bezdomny kundel. Szczekała agresywnie, dopóki nie podszedł za blisko lub nie pojawił się zbyt nagle w zasięgu jej wzroku. Wtedy kuliła się jak pies, który nawykł do kopniaków, nawet bez powodu, przez co spodziewał się ich po każdym. Rain przyglądał się temu zjawisku z pewnym zainteresowaniem, zastanawiając się, czy dziewczyna jest ułomna, czy naprawdę tak jej zależy, że pokonuje strach, by się za nim wlec. Brakowało tylko obnażania zębów, ale pewnie i do tego dojdzie. Czy doszłoby, gdyby zdecydował się ją uczyć.
        Z zadowoleniem przyjął milczenie dziewczyny, a gdy ruszył przodem i usłyszał, jak za nim wyrwała, uśmiechnął się pod nosem. Później przez dłuższy czas uwagę poświęcał tylko drodze przez las i obserwowaniu ukradkiem karawany na polanie. Nigdy nie przepadał za skradaniem się, więc poruszali się na tyle daleko od granicy lasu, by nie zwrócić na siebie uwagi poruszeniem krzewów, które mijali, ani trzaskającymi pod butami wojownika gałązkami. Mała tylko szeleściła cicho z tyłu, pomykając za nim jak kulawa łania. Dobrze, że nadążała, bo nie czekałby na nią, a na pewno nie niósł.
        W końcu drzewa zniknęły, ustępując miejsca skalnym ścianom, niemal zamykającymi się wysoko nad ich głowami, ale w dole na tyle szerokimi, by spokojnie mógł przejechać tędy wóz. James obejrzał się przez ramię, ale nie wyglądało, by zwrócili na siebie czyjąś uwagę. Oni, bo smarkula wciąż lazła za nim, a chociaż widocznie utykała i chyba całą wcześniejszą drogę biegła, miała ledwie przyspieszony oddech i lekko zaróżowione policzki. "Przynajmniej kondycje ma dobrą, chuchro".
        - Nie musisz się skradać, konie narobią tu takiego hałasu, że nas nie usłyszą – mruknął, widząc jak dziewczyna stąpa ostrożnie po ubitej ziemi.
        Ruszył znów przodem, normalnym dla siebie, czyli pewnie nieco szybszym dla dziewczyny tempem, ale nie uciekał jej specjalnie. Przeczesał dłonią długie włosy, zastanawiając się nad możliwymi konsekwencjami przygarnięcia dziewuchy. Wynik był dla niej dość niekorzystny, ponieważ po stronie plusów znajdowała się tylko możliwość złamania monotonii i rozruszania kości, wracając nieco do starych nawyków. Lista minusów była jednak dłuższa. Gówniara na pierwszy rzut oka fizycznie zupełnie się nie nadawała, po prostu. Byłą zawzięta, więc coś tam wchłonie, ale czy on zniesie kolejnego nijakiego zabijakę wypuszczonego w świat, zszargane nerwy, stracony czas, zdarte od krzyku gardło i rozczarowanie, że nie jest tak dobra, jak mogłaby być? Bo oni nigdy nie są. Nawet ci najbardziej obiecujący, ostatecznie okazują się po prostu dobrze wyszkolonymi zabójcami, niczym więcej. Nie szanują walki, nie rozumieją jej, nie umieją się jej poświęcić. Chcą, by to ona im służyła, była środkiem, a nie celem samym w sobie.
        Z drugiej strony, skoro był tak pewien, że kundel sobie nie poradzi, to czy nie lepiej po prostu jej to udowodnić? Szybko złamać i sprawić, żeby sama uciekła? Ona pomyśli, że się zgodził, a po krótkim czasie będzie się cieszyła, jeśli łaskawie pozwoli jej odejść. Tylko, że gówniara nawet miecza nie uniesie… Spojrzał na dziewkę przez ramię, sięgając później wzrokiem dalej, za jej plecy. W przesmyku odbijał się już echem miarowy krok ciągnących wozy koni i okazjonalne pokrzykiwania podróżnych. Drakon i dziewczynka zbliżali się już jednak do nieco zakamuflowanego rozwidlenia. Szlak, którym szli do tej pory skręcał lekkim łukiem, prowadząc niezmiennie po ubitym trakcie, ale kawałek w bok wspinała się niewielka ścieżka. Na pierwszy rzut oka zbyt wąska, stroma i nieprzystępna dla podróżnych, zwłaszcza gdy obok biegnie porządna droga. Jednak właśnie tam skręcił Levine, sprawnie, jak na takiego draba, pokonując strome i kamieniste podejście. To, że nie lubił się wspinać, nie znaczyło, że nie umiał, bo radzić sobie trzeba. Poza tym wiedział, że tylko ten odcinek jest taki wredny, dalej wyprowadzając na równoległą trasę, w miarę przyjazną, ale kilka sążni nad dolną drogą dla wozów. Jak można się było domyślać, nie poczekał na dziewczynę, tylko ruszył dalej. Przecież i tak go dogoni.
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Postprzez Max » So lis 18, 2017 11:57 pm

        Słysząc radę, spojrzała na mężczyznę lekko z ukosa. Krótko kiwnęła głową, rozluźniając się i idąc swobodniej. Zaraz potem szelmowski uśmieszek powoli zaczął wykwitać na twarzy dziewczynki. To zabrzmiało jak pierwsza lekcja. Przecież zwrócił uwagę na to jak się zachowywała, jak stąpała. Mógł temat całkowicie zlać. On jednak postanowił dać jej radę. Burkliwą i szorstką, ale jednak, a to w oczach Maxine przeważało nad mało sympatyczną formą. Nie odezwała się, nie wyraziła swojej kiełkującej radości, jeszcze...
Może konie zagłuszą dźwięki kroków, ale nie miała pewności co do stłumienia odgłosów rozmowy. Poza tym nowa nadzieja rozżarzała się powoli, w miarę jak dziewczyna pogrążała się w swoich rozmyślaniach i planach. Nie były to mrzonki charakterystyczne dla dzieci czy młodzieży w jej wieku. Max nie widziała siebie jako wielkiej wspaniałej wojowniczki, jak zapewne konfabulowaliby rówieśnicy. Dziewczyna zwyczajnie zaczęła widzieć nadzieję na przetrwanie. Na przejście miastem, bez zbierania cięgów. Na bezpieczne obozowanie, bez trwożnego zrywania się na każdy podejrzany szelest.
        Krok miała nierówny. Noga może była zaopatrzona, ale uraz nie był wyleczony i nie tylko umniejszał dziewczynie gracji, ale i coraz bardziej boleśniej przypominał o swoim istnieniu. Mimo wszystkich utrudnień Max wciąż nadążała za zabijaką. Choćby miała gonić go na czworaka, widząc choćby najmniejszą szansę na naukę, zamierzała to zrobić.
Zerknęła w górę patrząc w jaki sposób wojownik pokonał stromiznę. Większość wykonanych przez niego kroków odpadała. Miała za krótkie nogi i ręce. Ale tak samo jak potrafiła wiać, tak umiała się wspinać. W końcu czyż mogła być lepsza kryjówka niż taka poza zasięgiem wroga? Czy można było być bardziej poza zasięgiem niż siedząc na drzewie czy dachu, na który nikt inny nie umiał się wgramolić? No właśnie. Maxine wspinała się niczym wiewiórka lub pełnokrwisty szczur. Drobne ręce i stopy ułatwiały jej korzystanie ze szczelin i punktów podparcia niedostępnych dla innych. Niewielka waga w walce była wadą, we wspinaczce stanowiła sporą zaletę. Lęk wysokości u Maxine nie istniał. Wlazła za wojownikiem sprytnie i zwinnie, jakby to wcześniej ćwiczyła wielokrotnie. Na szczycie znowu poważną i skupioną minę zastąpił zadziorny wyraz.
        - To jak mam cię wołać? - zagadnęła cichutko, by echo nie poniosło skalnym przejściem.
        - Bo przecież nie mistrzu...? - dyskutowała sama ze sobą, czekając aż mężczyzna zdecyduje się odezwać.
        - Czy jednak mistrzu? - tym razem skończyła, czekając odzewu.
Wojownik raczej nie był duszą towarzystwa, ale nie dlatego do niego przylgnęła. Nie musiał być miły, a i tak okazał Max więcej dobroci niż wiele spotkanych przez nią osób. Nie musiał być sympatyczny, ale jej pomógł. Uratował ją przed kłusownikami. Poczęstował posiłkiem. Teraz też jej pomagał. Ostrzegł ją przed grupą ludzi. Dla Max było aż nadto by stwierdzić, że był bardziej miły niż próbował wyglądać.
        - To będziesz mnie uczył? - zapytała patrząc na plecy wojaka. Poprzednio w prośbie było więcej nalegania. Teraz wybrzmiała w niej nadzieja. To mogło zmienić całe jej dotychczasowe życie. Wreszcie mogłaby wyrwać się z nizin. Przestać być wiecznym popychadłem. Gdyby tylko mężczyzna się zgodził.
Avatar użytkownika
Max
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Pagani, Amarok,
Rasa: Człowiek
Aura: Smutna dość i ponura mimo młodzieńczego blasku emanacja, choć pewnie chciałaby być silniejsza - nie jest. Wije się cynowymi pasami wokół dziewczyny tak bezradnie, jakby nie wiedziała co ze sobą zrobić, ale zbyt żywiołowo, by uznać że poddała się wszechogarniającej beznadziei losu. Jeżeli zbliżymy się nieostrożnie, bez ostrzeżenia zapłonie topazowym gniewem i nagle przypomni sobie o własnej sile - ostrością gilo… zębów szczeniaka przetnie skórę na naszej nodze. Twarda sztuka. Możemy odepchnąć napastnika albo spróbować go złapać i unieruchomić - to jednak zadanie okaże się niemal niewykonalne. Ile byśmy się nie trudzili wyślizgnie się nam z rąk, przyoblekając swoją mizerną formę w przedziwny odcień żelaza skłaniający się bardziej ku przydymionej szarości kamieni niż błyszczącemu orężu. Zadziwić może też różnorodność zapachów - dominuje tu charakterystyczna woń brudu tułaczki wymieszanej z ludzkim, choć nie odstręczającym wcale potem; ziołowe nuty także są jednak wyraźne i zagłuszają swoją obecnością wietrzejący zapach mydła, takiego jakiego używają służki. Dość niecodzienne zjawisko, które zatrzymuje i każe chwilę pomyśleć. Ale chwila w końcu mija. Teraz możemy jeszcze raz dotknąć aury, tym razem nie w celach wątpliwej samoobrony, lecz by naprawdę ją poczuć. Choć zawsze czujna, przywykła już do nas i może nawet nie dziabnie jeśli potraktujemy ją z należytym szacunkiem. Twarde i mięknące powierzchnie barachitu lepią się do palców jakby faktycznie dawno nie zaznały porządnego szorowania, ale da się wyczuć, że faktura ich jest raczej szorstkawa. Nie wszędzie jednak i nie całkowicie, a jeśli nawet to nie na tyle, by uznać je z naprawdę nieprzyjemne w dotyku. Są po prostu trochę umorusane i pokryte paroma strupami. Ale to się zagoi. Może. Kiedyś. Słony posmak starych ran kłóci się z kwasem świeżej krwi, ale trudno zatrzymać się przy owych aspektach na dłużej, bo szybko giną pod naporem przeżerającej zmysły pikanterii i ciężkiej goryczy, które bezlitośnie ucinają spotkanie czytelnika z wciąż rozwijającą się, młodziutką emanacją z uporem zbierającą siły na następny raz.
Wygląd: Maxine to dziewczyna niewysoka jak na swój wiek, gdyż mierzy dwa kroki wzwyż, oczywiście gdy się wyprostuje i wypręży. Od dziecka nie miała zadatków na zgrabną kobiecą sylwetkę, najpierw przypominając chłopców w swoim wieku, teraz nadal wyglądając jak szczupły chłopak, ale o kilka lat młodszy niż Max liczy sobie w rzeczywistości. Nigdy nie uznawała tego za wadę, ... (Więcej)

Postprzez Rain » Wt lis 21, 2017 1:57 pm

        Zerknął przez ramię i uśmiechnął się krzywo pod nosem, widząc, że nie zgubił kundla. Przestało mu nawet przeszkadzać, że za nim lezie. Po pewnym czasie stała się po prostu elementem krajobrazu, a że w istocie nie była gadatliwa, nie czepiał jej się bez powodu. Można było wręcz pomyśleć, że zapomniał o jej istnieniu, idąc przodem w milczeniu i nie poświęcając dziewczynce więcej uwagi. Nawet na trasie nie skupiał się jeszcze specjalnie, jako że prowadziła ich jedyna możliwa droga, przechodząc ze skalnej ścieżki w wąski korytarz biegnąc w głąb góry.
        Słysząc ciche mamrotanie za plecami prychnął bezgłośnie i zerknął na smarkulę przez ramię. Gdyby ją uczył, w istocie powinna do niego mówić mistrzu, chociaż we wspólnej mowie to słowo dziwnie mu brzmiało, zbyt patetycznie, a nie miał zamiaru podsuwać dziewczynie swojego ojczystego języka, by go kaleczyła.
        - James Levine – przedstawił się więc po prostu, znów łypiąc na młodą przez ramię. Jej o imię nie zapytał, nawet nie ze złośliwości, co ze zwykłej obojętności, bo i tak będzie nazywał ją, jak mu się będzie podobało.
        Nie miał zamiaru kłócić się z dziewką, a chociaż chętnie pozbyłby się natręta, nie zrobiła jeszcze nic, co usprawiedliwiałoby zrzucenie ją w dół przepaści, czy złamanie nogi i zostawienie za sobą na szlaku, nie był przecież sadystą. To, na co był skłonny się zdecydować nie byłoby typowym szkoleniem, jakie przechodzili jego uczniowie. Dziewczyna się na to po prostu nie nadawała, to po pierwsze, i poza tym w drodze nie było do tego warunków, a on nie lubił robić czegoś na pół gwizdka. Albo się angażował, albo olewał sprawę, a nie było takiej rzeczy, którą gówniara mogłaby zabłysnąć, by zatrzymał się dla niej i rozpoczął standardowe szkolenie.
        Nie znaczyło to jednak, że nie mógł pokazać jej paru rzeczy, a sobie urozmaicić podróży. Rain był przerażająco kreatywny, jeśli chodziło o wymyślanie nowych sposobów przekazywania wiedzy i chociaż niektóre początkowo poddawały w wątpliwość jego kompetencje, efekty zawsze zaskakiwały. Ucznia, bo nagle okazywało się, że całodzienny marsz z zawiązanymi oczami okazywał się mieć jakieś większe znaczenie, niż tylko upokarzanie potykającego się i machającego bezradnie przed sobą rękami adepta, a nauczyciela – gdy jego podopieczny poradził sobie z zadaniem i je zrozumiał.
        Nie trzeba było być geniuszem, by domyślić się, że młoda chce po prostu nauczyć się ratować własną skórę, a do tego nie potrzebuje przecież nauczyciela tylko kogoś, kto ją lekko popchnie we właściwą stronę. I chociaż dla niego różnica była istotna, podejrzewał, że smarkuli było wszystko jedno, jak on to nazwie, dopóki pozwoli jej za sobą iść i odezwie się raz na jakiś czas. Wciąż jednak krzywo spoglądał na podejrzany entuzjazm dziewczyny. Mogło to się przerodzić w gotowość do nauki, ale mógł to być tylko słomiany zapał, który wygaśnie po pierwszych kilku siniakach. Może i wyglądała na taką, która nieraz dostała w skórę, ale z pewnością nigdy nie na własne żądanie. Poza tym odpowiedź na jej pytanie nie sprowadzała się tylko do tak/nie.
        - Nie wiesz o co prosisz przybłędo, nauka ze mną to nie szkółka przyświątynna – mruknął w końcu i włożył ręce w kieszenie, zwalniając nieco krok, by młoda mogła chwilowo nadążyć i dobrze usłyszeć, co ma jej do powiedzenia. Dla ochrony własnego czasu musiał jej wytłumaczyć, w co to dziecko tak naprawdę się pcha, bo głowę dałby sobie uciąć, że nie ma pojęcia, co ją czeka. Odwrócił się więc powoli i pochylił głowę nad patykowatym prześladowcą.
        - Mogę cię uczyć walki. Możesz stać się wojownikiem, trochę mizernym, ale umiejętności będziesz posiadać. Możesz stać się zabójcą, któremu nikt nie umknie. Możesz też po prostu wykorzystać tą wiedzę, by przeżyć i dalej być nikim, twoja wola.
        Słowa te, odpowiednio wypowiedziane i załagodzone, brzmiałyby jak kuszące obietnice, którymi namawia się kogoś do współpracy, ale Rain tylko przedstawiał fakty ochrypłym, nieco znudzonym głosem, jedynie pilnując wzrokiem dziewczyny, czy słucha i rozumie.
        - Ale uczę też życia i nie dostaniesz jednego bez drugiego. Nie będę cię oszczędzał, bo jesteś mała, chuda, czy dlatego, że jesteś dziewczyną. Nikt nie będzie. Musisz radzić sobie z tym, co masz, bo jeśli będziesz liczyła w walce na moją delikatność to połamię ci kości. A dopóki się za mną wleczesz oczekuję posłuszeństwa, bo inaczej zostawię cię na szlaku. Jeśli wciąż ci się wydaje, że to jest to, czego chcesz, to możesz za mną iść, aż nie zmienisz zdania. W przeciwnym razie znikasz mi z oczu i przestajesz truć dupę. To jak będzie?
Avatar użytkownika
Rain
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Mimosa,
Rasa: Drakon
Aura: Gdy oczekujesz pojedynku, czujesz jak wali ci serce a twój własny puls huczy ci w uszach zagłuszając wszystko inne. Tutaj stoisz na ubitej ziemi, takiej samej jak zawsze, tym razem jednak nie słyszysz zupełnie nic. Powietrze pachnie jakby wieloma różnymi zapachami, a wokół unosi się ni to mgła ni rosa. Przyglądając się uważniej, domyślisz się że to perlą się maleńkie drobinki krwi. Skąd wiesz, że to posoka, skoro kropelki mają kolor lśniącego żelaza i samotnej cyny? Po prostu to czujesz. Niepokój, o który przyprawia cię ta całkiem silna aura, oczekiwanie jak przed walką na śmierć i życie, które wywołuje, nie pozostawiają ci wątpliwości. Dziś już brak tu miejsca na ciepłe odczucia, pozostało tylko przeczucie zwiastujące nadchodzący pojedynek, podczas gdy topaz połyskuje na horyzoncie niczym zachodzące słońce nad polem bitwy. Tak jak przed walką, dotknij ziemi na której stoisz. Jest chropowata i pylista, wydeptana podczas niezliczonych potyczek. Nabierz jej w garść i sprawdzając grunt rozetrzyj w dłoniach. Poczujesz wtedy jak twarde i ostre piaskowe ziarna z giętkością przemykają między palcami, rozsypując się powoli pośród mgły. Smak powietrza jest ciężki adekwatny do całej emanacji, momentami aż lepiący i kryjący w sobie wiele aspektów. Dominuje w nim gorycz, ale nie brak również pikanterii łączącej się z łagodnością, wywołując mieszane emocje. Ledwie wyczuwalna słona nuta nic ci nie rozjaśni a jedynie wprowadzi większy zamęt. Jej pojawienie się jednocześnie powoli zacznie zacierać cały obraz. Odczujesz ulgę, że wreszcie możesz odejść zachowując swoje życie… tym razem.
Wygląd: Kiedyś z pewnością był przystojny. Wysoki, nawet bardzo, gdyż sięgając na sążeń z piędzią przewyższa większość ludzi. Kwadratowa szczęka i ostre rysy twarzy, ale w dość pociągający sposób. Jego twarz jednak przecina długa blizna, biegnąc od granicy włosów po prawej stronie czoła, przez skroń, zahaczając o łuk brwiowy i w dół po policzku, aż znika za granicą ... (Więcej)

Następna strona

Powrót do Góry Druidów

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

cron