Kompanio w stronę skarbu! (Ciąg dalszy)


Góry w których zdarzyć się możne wszystko. Tunele wydrążone, przez tajemnicze istoty setki lat temu pozostały tutaj do dziś. Góry można pokonać przechodząc nad nimi lub pokonując ich pełne niebezpieczeństw korytarze. Na ich szczycie swoje mieszkania mają starzy druidzi, pustelnicy. W górach można znaleźć wiele ziół, niespotykanych nigdzie indziej.

Postprzez Rubinento » Wt gru 05, 2017 9:28 pm

Rubin siedział, rozglądając się uważnie. Czuł napięcie w powietrzu. Nagle jego uwagę przykuł błysk. Wnet usłyszał świst i małe światełko błysnęło mu przed oczami. Mimowolnie powiódł za nim wzrokiem. Nagle wóz zaczął płonąć. Tryton poczuł strach. Natychmiast przyzwał swą energię.
- Wiha asendero - powiedział łagodnie, a woda zgasiła koło zanim na dobre zaczęło się palić. Naturianin raptownie obrócił się, gdyż usłyszał szelest i zobaczył ruch za sobą. Zobaczył dawnego kompana.
- Jasne, tylko ty mogłeś okazać się taką zdradziecką świnią. Po co to robi… - Rubin nie miał czasu dokończyć, bo elf nieustannie wypuszczał kolejne pociski, a w dodatku miał przyjaciela z jakąś przerośniętą siekierą.
- Yebaheri megedi! - krzyknął, a wóz pokryła wodna otoczka. Wiedział, że stracili bezpowrotnie jedzenie i arcymodne ubranka Yve. Wtem strzały zaczęły lecieć w jego stronę. Tryton odpierał je jak mógł, lecz do walki włączył się karzełek-drwal. Naturianin bardzo chciał wezwać pomoc lub uciekać, ale stwierdził, że sam się z nimi policzy, gdyż drużyna jest warta tyle, ile jej najsłabsze ogniwo. Musiał udowodnić coś przede wszystkim sobie, dlatego postanowił zostać i walczyć. Szabla zmaterializowała się w jego dłoni. Nagle poczuł mdłości i upadł, wymiotując brodatemu na buty. Po chwili zobaczył, że właśnie to uratowało mu życie gdyż karzełek zamachnął się na niego toporem. Widząc ogrom jego potęgi, tryton stwierdził, że nawet boska szabla będzie bezużyteczna w tym starciu. Przypomniał sobie o swoich morderczych atakach, chwilowo hamowanych przez kryształ.
- Nie widziałeś jeszcze co potrafię. Zginiesz w męczarniach. - Zagroził unikając jednego z ciosów i przekładając kamienie w naszyjniku. "Błagam, daj mi atak, proszę". Przez ściągnięcie kryształu ochronnego, znów zaczął mieć paranoję, co łatwiej wywoływało negatywne emocje. Po następnym zamachu toporem, jego organizm przeszedł w ten stan morderczego instynktu.
- Wiha kemachedi! - w jego rękach powstała przezroczysta kosa zbudowana z wody. - Wygląda niewinnie prawda? - spytał, po czym zamachnął się w krasnoluda i… Nie trafił. Siła ta jednak pociągnęła go i morski mężczyzna wylądował na ziemi.
Avatar użytkownika
Rubinento
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Fikiria, Zenith, Irma,
Rasa: Tryton
Aura: Wokół rozciąga się rozległe morze. Jego cynowe fale raz wzburzone innym razem spokojne, od horyzontu po widnokrąg, płyną w poszukiwaniu brzegu. Nawet gdy doświadczysz sztormu panującego na tym oceanie, śmiało możesz uznać, że siła prezentowana przez tutejszą aurę jest średnia i nie tak straszna jak morze próbuje się prezentować. Wśród piany znajdują się niewielkie smużki srebra, jednak są one nikłe, jeszcze nieukształtowane w pełni i szybko giną w cynowych odmętach. Wokół rozbłyskuje topaz, swoim jasnym blaskiem odbijając się od fal. Morze szumi i szemrze łagodnie ukrywając pod swoją muzyką znacznie cichsze buczenie i dziwne głosy. Zapach słonej morskiej wody jest tu wyraźny, same fale zaś miękkie i aksamitne w dotyku. Giętkie bałwany snują się pod dotykiem, zaskoczyć może jednak ich ostrość przemieszana z tępymi grzbietami. Smak jest delikatnie kwaśny, z nutkami pikanterii, w całkowitym odczuciu, uparcie lepiący się do ust.
Wygląd: Kiedy pierwszy raz widzisz Rubina pod wodą możesz dostrzec czarny ogon, który w połowie rozchodzi się tworząc 3 płetwy, złoty wisiorek, trzy razy oplatający jego szyję oraz ciemnobrązowe krótkie włosy w dotyku przypominające siano. Jeśli przyjrzysz się uważniej zauważysz, że na pozór groźny wyraz twarzy to tak naprawdę nieśmiały uśmiech. Zobaczysz, że to co wygląda na ... (Więcej)

Postprzez Zilvah » Śr gru 06, 2017 4:21 pm

Czując drobne, lisie szczęki zaciskające się na jego uchu, Zil'vah prychnął od niechcenia i popatrzył na towarzyszkę pytającym wzrokiem małych, niedźwiedzich oczu. Zupełnie nie rozumiał zachowania dziewczyny, choć jej troska o przyjaciela była godna naśladowania. Słowa, które wypowiadała zadzwoniły mu pod czaszką, lecz jej właściciel i tak skupił się jedynie na połowie z tego, co zawierała główna myśl, a mianowicie porzuceniu poszukiwań wierzchowca i natychmiastowy powrót. Jak się nad tym zastanowić, to bez Kasztanka ich dalsza podróż ulegnie spowolnieniu lub całkiem stanie w miejscu. Wypełniony dobytkiem wóz, sam z siebie nigdy nie ruszy z miejsca, a odkąd znaleźli się w górach, niedźwiedziołak zastanawiał się, czy aby na pewno dobrze zrobił, deklarując swoją pomoc przy ciągnięciu powozu. W tych warunkach, jeśli przyjdzie im podróżować górskimi szlakami, nawet jego siła na nic się nie zda i będą musieli porzucić część, jeśli nie całość dobytku Yve i Rubina. Należało wtedy zbagatelizować niebezpieczeństwo i rozwiązać jakoś ten problem. Zwłaszcza, że w ocenie gladiatora nic im nie groziło, a Rubin, choć słabszy od niego fizycznie, nie wyglądał na takiego, który nie poradzi sobie sam w lesie przez kilka minut ich nieobecności. Widząc jednak oddalającą się biegiem lisicę, Zil nie mógł już tego zignorować i poczłapał za nią, martwiąc się raczej o dziewczynę, niż o samego siebie i ich rybiego towarzysza.

Choć był większy i wolniejszy, bez trudu nadrabiał odległości, które stwarzała Yve swoim lisim biegiem, tak, że w pewnym momencie nie musiała już przystawać, by mieć pewność, czy Zil'vah za nią podąża. Trzy długie susy w wykonaniu jego wielkich łap zbliżeniowo odpowiadały tuzinowi jej, co sprawiło, że po chwili mężczyzna niemal zrównał się ze zmiennokształtną. Był jednak bardziej niezdarny. Smukłe ciało Yve pozwalało jej bez trudu przemykać między drzewami i unikać przeszkód, które on zupełnie lekceważył. Widząc drzewo lub krzak, o pniu mniejszym od jego własnego uda, czarny niedźwiedź nawet nie próbował go wyminąć. Biegł, jak taran, pozostawiając za sobą pas zniszczenia, co w obecnej sytuacji się dla niego nie liczyło.

Nagle, jak zbliżali się do polany, jego małe uszy wychwyciły odgłosy walki, które tłumiły trzaski drewna i czyjś śmiech. Zil'vah w porę zdążył się przemienić i już jako człowiek wpadł w krąg światła, starając się rozeznać w sytuacji. Sześć sążni od niego Rubin padał i skakał na boki, unikając ciosów wymierzanych przez niskiego i barczystego karła z długą, rudą brodą. Mężczyzna od razu rozpoznał w nim krasnoluda, przypominając sobie przypadkowe spotkania z osobnikami tej rasy na Dalekiej Północy. Od razu dostrzegł też jego broń, masywny topór bojowy, którym dwoił się i troił, by pociąć szybszego od siebie trytona. Kawałek dalej stał ich wóz, okryty barierą wodną, która zdążyła zgasić ogień i ocalić część rzeczy. W tym jego miecz. W obecnej sytuacji dostanie się do niego nie było mądrym pomysłem, gdyż nad wszystkim czuwał wysoki łucznik, szyjący ognistymi strzałami raz po razie. Ten również był lichszej postury i do tego stał za daleko, toteż Zil nie chciał tracić czasu na gonienie go przez pół polany. Nie widząc nigdzie Yve, wybrał krasnoluda i bez ociągania podbiegł do walczących. Jeśli brodaty dostrzegł go kątem oka, to było za późno na szybsze reakcje.

- Spróbuj się ze mną - powiedział przez zaciśnięte zęby, jedną ręką łapiąc za krasnoludzki pas, drugą za powały kurtki i unosząc oponenta na niecałe dwa łokcie w górę. Krasnolud swoje ważył, dodatkowo ani myślał wypuścić z objęć topora, toteż niedźwiedziołak sapnął jak kuźniczy miech i napinając wszystkie mięśnie, rzucił nim w dogasające węgle ogniska.
- Nic ci nie jest? - zapytał, mijając trytona w drodze po swój miecz, bezpiecznie spoczywający na koźle wozu, otoczonego wodną bańką. Kiedy Zil wyciągnął po niego rękę, okazało się, że z pochwy nie wiele zostało. Skórzana osłona zmieniła się w popiół w pierwszych płomieniach, a żelazne kucia zaniosły się czarną sadzą. Na szczęście ocalała głownia, rękojeść i klinga, przy czym ta druga nie zdążyła jeszcze do końca ostygnąć.
Utrzymując kamienną twarz zmiennokształtny chwycił za broń i wyciągnął ramiona, unosząc ją na wysokość piersi, tak, że ostrze zachowało idealny poziom. Znacząco rozdzieliło to krasnoluda i Zil'vaha, z których każdy mógł jedynie patrzeć na drugiego.
- Głupie posunięcie - skomentował z uśmiechem dostrzegając w końcu rudą kitę, przemykającą gdzieś za plecami przeciwników.
Avatar użytkownika
Zilvah
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tivo,
Rasa: Niedźwiedziołak
Aura: Młoda hardo lśniąca aura objawi się przed Twymi oczyma niczym górskie szczyty wyłaniające się znad ściany lasu czy chmur. Ich żelazne stoki połyskują chłodnym metalowym blaskiem w świetle. Chociaż stal jest tu dominującym kolorem, pośród przykrytych śniegiem grani widać też niewielkie smugi barachitowych porostów. Na granicy nieboskłonu rozbłyskuje dość wyraźny topaz. W białym puchu zalegającym w pobliżu, dostrzec można niedźwiedzie ślady. Wśród mroźnego zimowego powietrza unosi się wyraźny zapach wilgotnej od śniegu niedźwiedziej sierści. Skały są niewiarygodnie twarde. Ich krawędzie ukazują się jako na przemian przytępione i wyostrzone srogim wiatrem, tak samo jak ich powierzchnie, które są kolażem gładkich i chropowatych połaci. Rosnące w szczelinach porosty są odmienne giętkie od nieustępliwych skał. Smak aury odpowiada jej charakterystyce. Jest wyraźnie pikantna z odcieniami goryczy. Jest też nieco lepka przypominając o sobie jeszcze chwilę po zakończeniu czytania emanacji.
Wygląd: Człowiek:

W tej postaci Zil'vah mierzy około czterech łokci (237,6 cm) i waży jakieś cztery centary (162,2 kg) co na niedźwiedziołaka z Dalekiej Północy jest raczej normą, choć mieszkańcy Alaranii mogą różnie na to spoglądać. Postury bardzo potężnej, wręcz byczej, o szerokich barkach, torsie i dłuższych kończynach. Muskulatura godna bogów, niczym wyrzeźbiona w ...
(Więcej)

Postprzez Yve » Cz gru 07, 2017 4:04 pm

        Musiała przyznać, że niedźwiedź robił imponujące wrażenie. Nie tylko swoją siłą i wytrzymałością, ale sprawnością samą w sobie, gdyż kiedy myślała, że on jest daleko za nią, przeciskającą się sprytnie i zwinnie, bez większego wysiłku pod wystającymi korzeniami, albo elegancko przeskakującą nad powalonymi konarami, okazywało się, że Zil był niemal tuż obok niej, a po przeszkodach, które zabrały jej najwięcej czasu, zostały tylko marne pozostałości. Gdyby sytuacja była inna, nawet by się nie wysilała by pokonywać drogę na własnych łapach, po prostu ułożyłaby się wygodnie na jego grzbiecie i czekała cierpliwie aż dotrą na miejsce, podszczypując go, albo drocząc się z nim kokieteryjnie. Mężczyzna bardzo jej się podobał, ale kobieca duma nie pozwalała jej się do tego otwarcie przyznać.

        Im bliżej byli obozowiska, tym jej niepokój stawał się coraz bardziej odczuwalny, aż wreszcie osiągnął swoje apogeum wraz z budzącym się w niej gniewem, kiedy usłyszała odgłosy walki dochodzące z miejsca, w którym odpoczywali, a do czarnego lisiego nosa doszedł zapach wyjątkowo cuchnącego, elfiego buraka. Aż do tej pory miała ogromną nadzieję na to, że zapomniał o skarbie albo jest daleko w tyle, ale przez swoją pomyłkę i głupkowatą wiarę, była jeszcze bardziej wściekła. Przecież mogła się domyślić, że ten długouchy laluś przylezie tu za potrzebą zgarnięcia JEJ skarbu. Ona pierwsza o tym bogactwie wiedziała i to ONA miała pierwszeństwo do jego przywłaszczenia! Przynajmniej chciała w to wierzyć, bo obecnie nawet nie tyle zależało jej na złocie, co na tym by wspomóc rybiego towarzysza w potrzebie. No, może przez chwilę zastanawiała się nad zostawieniem go i pójściem po skarb, ale ostatecznie postanowiła zostać. W końcu żaden facet sobie w życiu nie poradzi bez kobiety u boku.

        Zbliżając się do tego pola bitwy, Yve odbiła gwałtownie w bok od przemieniającego się w człowieka Zil'vaha i umknęła w krzaki, nie wiedząc, że za nimi siedział Verden wraz z krasnoludem. Chciała znaleźć sobie najlepsze miejsce do zaatakowania, ale kiedy znalazła się za chaszczami omal nie pisnęła przeraźliwie i nie uciekła jak najdalej z przestrachem, kiedy dostrzegła przysypiającego konia. Na szczęście w porę się opanowała i zaczęła warczeć cicho na Kasztanka nie szczędząc przy tym mocnych słów, z których skorzystała do udzielenia mu reprymendy.
        - Tylko piśnij, a wierz mi, że osiądę w pierwszym lepszym mieście i otworzę zakład rzeźnicki głównie z koniną. - Wysyczała do zwierzęcia, które prychnęło patrząc na nią ze znudzeniem.
        - Tamten samiec był pierwszy - odparł tylko wałach podnosząc się z niechęcią na kopyta i łbem wskazując w stronę Verdena.
        - Zamknij się i słuchaj uważnie, bo nam pomożesz. - Szepnęła do niego i zaczęła objaśniać mu swój plan.
        Nie podobało się to wszystko Kasztankowi, nie przez to, że nie rozumiał co to jest dywersja, ale przez fakt, iż on także miał brać udział w tym zamieszaniu jakie powstało z nieznanych mu powodów. Chciał odmówić, a nawet pokazać jej ile go to wszystko obchodzi, jednakże widząc jej spojrzenie, znając mniej więcej jaka jest, a przede wszystkim pamiętając plotki o samicach groźniejszych od stada wilków, postanowił nie narażać się dziewczynie i posłusznie wykonać to czego od niego oczekiwała.

        Zadowolona z porozumienia i ułożonej strategii, przemknęła skrajem pola bitwy zakradając się do zgaszonego wozu i szybko zabrała z niego swoją nadpaloną sakwę zielarską, po czym jej ruda kita ponownie zniknęła w gęstwinie. W tym samym czasie wałach z dzikim rżeniem i szaleństwem w oczach zaszarżował na walczących, po drodze potrącając elfa. W zachowaniu zwierzęcia nie było żadnego ładu ani składu, a przez bardziej wyczulony zmysł magiczny można było się zorientować, że zostało na niego rzucone zaklęcie. Tak też było, gdyż dziewczyna sprawiła, że Kasztanek miał obecnie potworne halucynacje, do których stworzenia nie tylko posłużyła się magią, ale również rośliny o takich właściwościach, której pyłek znajdował się na ogonie lisicy, a tym Yve zamachała kopytnemu po chrapach kiedy raczył jej odpyskować. Właśnie teraz wyszły efekty jej zamiarów, a mianowicie toczący pianę z pyska koń, szalejący po całej polance nie zważający ani na walczących ani na przeszkody, co szybko doprowadziło do lekkich jak i poważniejszych skaleczeń u niego.

        Zadowolona, że wszystko szło jak po maśle, właśnie kończyła powlekać, w ludzkiej postaci, swoje noże różnego rodzaju toksynami. Od paraliżujących i usypiających, po takie, które zaburzały pracę serca, układu oddechowego bądź krwionośnego. Oczywiście były też i takie wywołujące halucynacje. Powiązała je także cienką, ale bardzo wytrzymałą linką, którą ukradła ze swojego cechu, gdy musiała go opuścić. Wymierzyła odpowiednio, biorąc poprawkę na niezamierzone podmuchy wiatru, nieprzewidziane poruszenie się elfa, bądź wejście konia na trajektorię lotu ostrza, i rzuciła bardzo nisko celując w nogi łucznika. Powtórzyła ruch w stronę rudego krasnoluda i nie patrząc na rezultat, zabrała resztę zatrutych i związanych z sobą ostrzy oraz zestaw małego truciciela, po czym umknęła prędko zająć nową pozycję dogodną do ataku tak, by jej nie zdradzić. W między czasie kątem oka zdołała zerknąć, że futro na kończynach konia zaczęło płonąć, a samo zwierze właśnie zaczęło galopować w stronę ogniobojnego mężczyzny.
Avatar użytkownika
Yve
Szukający drogi
 
Inne Postacie: River, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Lisołak
Aura: Aura dumnie manifestuje swą znaczną siłę, w bursztynowym świetle, wyginając się we wszystkie możliwe strony, co daje złudzenie zmysłowego i delikatnego tańca urozmaiconego spokojną, głęboką melodią przenikającą na wskroś. Podczas całego przedstawienia ktoś stale coś szepcze i definitywnie jest to kobiecy głos, delikatny i miły jednak zrozumienie poszczególnych słów to nie lada wyzwanie. Powierzchnia natomiast posiada odcień żelaza, przyozdobiono ją miedzianymi kreseczkami z oddali przypominającymi sierść. Na samym dole zaś widać kobaltową obwódkę, a na szczycie rozsypane zostały barachitowe drobinki mieniące się w świetle dnia na wszystkie kolory. Wokół czuć wyraźnie dwa różne zapachy, które jakby walczyły o większe natężenie dlatego czasem łatwiej wyczuć zapach perfum, a innym razem słodką woń perfum. W dotyku twarda miejscami miękka, co nadrabia ostrymi wcięciami mogącymi z łatwością przeciąć skórę. Na całość opadają rdzawe, puszyste drobinki z bliżej nieokreślonego materiału. Gdyby ktoś zapragnął posmakować emanacji, przekonałby się, iż jest nieznośnie lepka i utrudnia otwieranie oraz zamykanie ust.
Wygląd: W ludzkiej postaci przebywa najczęściej:
Yve to ponętna, młoda kobieta mierząca osiem i pół piędzi (168,3 cm) ze szczupłą sylwetką szerszą w biodrach i ramionach, z wcięciem w talii z doskonałymi kobiecymi atrybutami, o których nie jeden mężczyzna marzy u swojej partnerki, a jeszcze więcej zauroczonych jej urodą skończyło ze złamanym sercem i wściekłością.
Smukłą ...
(Więcej)
Uwagi: Przez wykonywany przez siebie zawód odebrano jej możliwość posiadania własnych dzieci, ale nigdy to lisicy nie przeszkadzało. Swoim chodem i prowokacyjnym ubiorem ściąga na siebie uwagę, a ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Góry Druidów

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron