Kompanio w stronę skarbu! (Ciąg dalszy)


Góry w których zdarzyć się możne wszystko. Tunele wydrążone, przez tajemnicze istoty setki lat temu pozostały tutaj do dziś. Góry można pokonać przechodząc nad nimi lub pokonując ich pełne niebezpieczeństw korytarze. Na ich szczycie swoje mieszkania mają starzy druidzi, pustelnicy. W górach można znaleźć wiele ziół, niespotykanych nigdzie indziej.

Postprzez Rubinento » Cz wrz 28, 2017 7:17 pm

Skąd przybywają Zilvah, Rubinento i Yve

- Ja? Em... Nie... - powiedział i lekko się zarumienił. Jej pytanie wywołało u niego potężne pobudzenie wyobraźni, czyli w swoim wspomnieniu zamienił się miejscami z Yve. Po chwili potrząsnął głową.

Tryton zauważył, że niedźwiedziołak postanowił pójść pieszo. Lekko go to zdziwiło, ale pomyślał o Kasztanku, ich koniku. Mimo tego domyślał się, że musi być w tym wszystkim coś jeszcze. Spytał więc szeptem lisołaczki:
 - Wy się pokłóciliście, czy coś?
W głowie oczywiście miał obrazy różnych rzeczy, które mogli robić zmiennokształtni kiedy ich opuścił. Wysłuchawszy odpowiedzi powiedział tylko, niezbyt inteligentne "Aha" i wrócił do balii.

Podróż mijała im całkiem spokojnie. Naturianin codziennie zaparzał sobie ziółka od Yve, nie tykając jeszcze tych od leśnych mieszkańców. Po jakimś jednak czasie dotarli do celu. Góry Druidów. Po nazwie Rubin wnioskował, że będzie to jakaś piękna kraina z niskimi, płaskimi szczytami, widocznymi tunelami, wieloma roślinami i światłem, padającym spomiędzy chmur na jakiś punkt na szczycie.

Rzeczywistość nie różniła się wiele od tych wyobrażeń. Były tam co prawda ostre, wysokie góry, ale nie brakowało też niższych i mniej stromych. Tunele nie były jakoś specjalnie widoczne, ale z tego co tryton słyszał to ciągną się one pod całym łańcuchem. Oczywiście było tam dość dużo zieleni. Morski mężczyzna pamiętał o tym, żeby przynieść starcowi trochę tego rzadkiego zielska. Postanowił zrobić to w drodze powrotnej. Tymczasem ze wzrokiem dziecka wpatrywał się w otaczającą go przestrzeń
 - Podoba ci się? - odezwał się Głos w jego głowie.
 - Tak, a co? A co ty tu w ogóle robisz, hę?
 - Odwiedzam cię? Swoją drogą... Albo nie, lepiej, żebyś nie wiedział za dużo, bo przegrzeję ci ten twój rybi móżdżek.
 - Ej!
Nie dostawszy żadnej odpowiedzi od Głosu, przestał się martwić sekretną informacją. Chociaż... Zastanawiał się, czy naprawdę jest aż tak głupi jak stwierdził Głos.
 - Yve? - pochylił się w jej stronę i szepnął - Czy ja naprawdę jestem głupi?
Avatar użytkownika
Rubinento
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Fikiria, Zenith, Irma,
Rasa: Tryton
Aura: Wokół rozciąga się rozległe morze. Jego cynowe fale raz wzburzone innym razem spokojne, od horyzontu po widnokrąg, płyną w poszukiwaniu brzegu. Nawet gdy doświadczysz sztormu panującego na tym oceanie, śmiało możesz uznać, że siła prezentowana przez tutejszą aurę jest średnia i nie tak straszna jak morze próbuje się prezentować. Wśród piany znajdują się niewielkie smużki srebra, jednak są one nikłe, jeszcze nieukształtowane w pełni i szybko giną w cynowych odmętach. Wokół rozbłyskuje topaz, swoim jasnym blaskiem odbijając się od fal. Morze szumi i szemrze łagodnie ukrywając pod swoją muzyką znacznie cichsze buczenie i dziwne głosy. Zapach słonej morskiej wody jest tu wyraźny, same fale zaś miękkie i aksamitne w dotyku. Giętkie bałwany snują się pod dotykiem, zaskoczyć może jednak ich ostrość przemieszana z tępymi grzbietami. Smak jest delikatnie kwaśny, z nutkami pikanterii, w całkowitym odczuciu, uparcie lepiący się do ust.
Wygląd: Kiedy pierwszy raz widzisz Rubina pod wodą możesz dostrzec czarny ogon, który w połowie rozchodzi się tworząc 3 płetwy, złoty wisiorek, trzy razy oplatający jego szyję oraz ciemnobrązowe krótkie włosy w dotyku przypominające siano. Jeśli przyjrzysz się uważniej zauważysz, że na pozór groźny wyraz twarzy to tak naprawdę nieśmiały uśmiech. Zobaczysz, że to co wygląda na ... (Więcej)

Postprzez Zilvah » Cz wrz 28, 2017 11:34 pm

Góry Druidów przywitał z obojętnością, która niczym maska zastygła na jego twarzy, jeszcze bardziej uwydatniając surowe rysy. Dolina, z jednej strony będąca bujnym, zielonym lasem, a z drugiej skalistymi czapami znikającymi w chmurach, nie budziła w niedźwiedziołaku żadnych większych emocji niż podstawowy uśmiech, gdy dotarli w końcu do celu. Były gladiator nigdy nie miał czasu na podziwianie uroków przyrody i zachwycania się jej pięknem. Jak każdego mężczyznę z plemienia, jego również przygotowywano do roli wojownika, a nie malarza czy poety, który ująłby słowami piękno doliny, do której trafiła ich mała karawana. Zil'vah był prostym człowiekiem i za takiego chciał być uważany, dlatego gdy jego łapy po raz pierwszy dotknęły szczytu wzniesienia, z którego widać było górski łańcuch z doliną, trącił łbem kilka razy, wziął głęboki wdech i w myślach skomentował ten widok, jako "ładny". Więcej nie było tu czego dodawać. Oprócz doborowego towarzystwa.

Przeprawy traktem niedźwiedziołak pokonywał pod postacią zwierzęcia, krocząc zawsze na równi z wozem, by nie wyprzedzać siedzącej na koźle Yve. Jej sama obecność wystarczyła, by były gladiator wyłączył myślenie i zrelaksował, stając się oazą spokoju. Nie żeby od razu nie zmąconego, ale zawsze. Bywały oczywiście chwile, kiedy Zil popadał w zdenerwowanie. Najczęściej były to środki dnia, kiedy słońce dopiekało ze wszystkich stron, lejąc swój żar, na plecy kogoś, kto całe życie był przyzwyczajony do mrozu. Dobrą formą odpoczynku były wtedy kąpiele w rzece, przy której szli. Orzeźwiony i z pełnym od ryb brzuchem, które w międzyczasie łowił, Zil starał się zawsze pomagać w obozie podczas postojów. Zbierał i rąbał drewno, polował naprzemiennie z Yve albo pełnił wartę, kiedy głowa huczała mu od myśli na temat lisołaczki. Głównie zastanawiał się nad tym, czy ona go lubi i czy on odwzajemnia jej wszystko. Najgłębsze przemyślenia nachodziły Zila podczas wschodów słońca, kiedy resztkami sił opuszczał obóz i trenował w odosobnieniu, tnąc pnie drzew lub dźwigając cięższe kamienie. Utrzymywanie kondycji w dobrym stanie pomagało mu spojrzeć na świat z innej perspektywy, nie zwracając wtedy uwagi na to, że przez kilka treningów czuł zapach lisiego futra, dowód na to, że Yve czasem go podglądała jak ćwiczył. Niedźwiedziołak nie chciał jednak tego komentować czy wszczynać awantury, dlatego udawał, że jest ślepy i ze swoich obowiązków spisywał się wzorowo.

W ten sposób przeżył on męczącą podróż przez równiny i kiedy któregoś dnia słońce przywitało ich u stóp gór, Zil'vah poczuł się z jakiegoś powodu weselszy.
- Rozumiem, że to te góry? - zapytał, wskazując kosmatym łbem na wznoszące się ponad ich głowami skaliste wieże, które niczym iglice, kuły i rozcinały niebo na części. - A ten wasz skarb ukryty jest gdzieś wśród tych skał? - powtarzał zasłyszane podczas rozmów z Yve informacje. Po za jej prywatnymi doświadczeniami z mieszkania w większych miastach Alaranii, Zil z przyjemnością wsłuchał się w opowieść o złocie, którego poszukują jego towarzysze, lecz sam nie mógł zrozumieć motywu. Na północy złoto nie było znane, wszystko kręciło się wokół handlu wymiennego i wzajemnej pomocy, której świadczyły sobie nie tylko rodziny, ale i różne rody. Potrzeba wzbogacania się była całkowicie wymarła, wszyscy wiedzieli, że jest własność wspólna i prywatna i to szanowano, choćby i piorun kulisty wpadł w sam środek namiotu wodza. Zil oczywiście pamiętał biżuterię, jaką nosiły niedźwiedzice, ale nijak nie wyobrażał sobie, by Yve mogłaby nosić naszyjniki z kości. Gdy mówiła o złocie jej oczy błyszczały z podniecenia, a ogon puszył się jak od wody, obie te rzeczy nie uszły uwadze mężczyzny.
Avatar użytkownika
Zilvah
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tivo,
Rasa: Niedźwiedziołak
Aura: Młoda hardo lśniąca aura objawi się przed Twymi oczyma niczym górskie szczyty wyłaniające się znad ściany lasu czy chmur. Ich żelazne stoki połyskują chłodnym metalowym blaskiem w świetle. Chociaż stal jest tu dominującym kolorem, pośród przykrytych śniegiem grani widać też niewielkie smugi barachitowych porostów. Na granicy nieboskłonu rozbłyskuje dość wyraźny topaz. W białym puchu zalegającym w pobliżu, dostrzec można niedźwiedzie ślady. Wśród mroźnego zimowego powietrza unosi się wyraźny zapach wilgotnej od śniegu niedźwiedziej sierści. Skały są niewiarygodnie twarde. Ich krawędzie ukazują się jako na przemian przytępione i wyostrzone srogim wiatrem, tak samo jak ich powierzchnie, które są kolażem gładkich i chropowatych połaci. Rosnące w szczelinach porosty są odmienne giętkie od nieustępliwych skał. Smak aury odpowiada jej charakterystyce. Jest wyraźnie pikantna z odcieniami goryczy. Jest też nieco lepka przypominając o sobie jeszcze chwilę po zakończeniu czytania emanacji.
Wygląd: Człowiek:

W tej postaci Zil'vah mierzy około czterech łokci (237,6 cm) i waży jakieś cztery centary (162,2 kg) co na niedźwiedziołaka z Dalekiej Północy jest raczej normą, choć mieszkańcy Alaranii mogą różnie na to spoglądać. Postury bardzo potężnej, wręcz byczej, o szerokich barkach, torsie i dłuższych kończynach. Muskulatura godna bogów, niczym wyrzeźbiona w ...
(Więcej)

Postprzez Yve » Pt wrz 29, 2017 2:56 pm

        Wyszczerzyła się z rozbawieniem na odpowiedź Rubina na temat tego, czy nie jest zazdrosny. Choć się nie zgodził doskonale zauważyła jak jego zielonkawa skóra nabrała bardziej różowego odzienia na policzkach, przez co lisica wybuchnęła wesołym śmiechem. Nie skomentowała jednak tego słowem nie mając serca drażnić się z przyjacielem uwagami na ten temat. Doskonale wiedziała o tym, że tryton wolał mężczyzn od kobiet i wcale go za to nie potępiała, każdy miał prawo kierować swoim życiem tak jak mu się podobało.  Z reakcji morskiego towarzysza wywnioskowała, że przeszło mu przez myśl zamiana ról i nie musiała wcale korzystać przy tym ze swojej magii, jednakże była pewna tego, że Zil nie specjalnie go zauroczył, skoro zielonoskóry nie padł przed nim na kolana i nie wyznał miłości od razu kiedy napotkali niedźwiedzia. Może trochę przesadziła z tym jakby Rubin postąpił gdyby zmiennokształtny przypadł mu do gustu, cały czas w pamięci przewijał jej się moment kiedy napotkali dziwną sektę oddającą cześć piekielnemu w postaci niezwykle urokliwego elfa oraz lekkomyślny czyn właśnie zakochanego czarnowłosego naturiana, jednakże to była już przeszłość i nie jej było oceniać. Najważniejsze było to, że dostał wtedy nauczkę, dzięki której w przyszłości może będzie rozsądniejszy.

        Kiedy się ponownie odezwał, nie kryła swojego zaskoczenia, a nawet odwróciła się na koźle za siebie by na niego spojrzeć. Nie mogła zrozumieć co mu chodzi po głowie przez co miała ogromną ochotę przewiercić mu się przez głowę i dowiedzieć się co też jej dziecinny przyjaciel sobie znowu ubzdurał. Powstrzymała się jednak zbierając całą swoją samokontrolę i westchnęła z powrotem zwracając wzrok na drogę rozciągającą się przed nimi wydeptaną przez setki, może nawet tysiące kupieckich wozów i karawan jakie ukształtowały ten pozbawiony zieleni pas szlaku handlowego. Nie ważne jak bardzo chciała poznać co tak naprawdę kierowało trytonem, bez potrzeby pytania go o to, ale był jej jedynym przyjacielem i to wystarczyło, aby powstrzymać się od takiego pogwałcenia jego wolności myśli.
        - Nie pokłóciliśmy się. - Odparła krótko, ale mogła się założyć, że to nie wystarczyłoby zaintrygowanemu naturianowi, dlatego tez szybko wyjaśniła. - Zil'vah jest chyba ze dwa razy cięższy niż nasza dwójka, może ciutkę lżejszy, weź pod uwagę, że Kasztanek nie tylko ciągnie nasze tyłki, ale też cały wóz, twoją balię z wodą, moją skrzynię z ubraniami... Choć ta nie jest tak ciężka jak twoja balia - dodała cicho zwalając cała winę za obciążenie na trytona. - No i jeszcze zapas jakie kupiłam przed wyruszeniem z Rapsodii. Jestem pewna, że Zil nie chciał dokładać kolejnego ciężaru naszemu kopytnemu przyjacielowi. -  Po swoim mini wykładzie spojrzała kątem oka na ogromnego niedźwiedzia idącego przy wozie i się lekko uśmiechnęła trzymając lejce i ciągnąc za nie lekko kiedy wierzchowiec się rozpędzał. Nie było potrzeby się spieszyć i zmuszać do większego wysiłku oba zwierzęta.

        Przez kilka dni było ciężko, ponieważ dla skrócenia sobie drogi Yve zjechała ze szlaku na południe i gdyby nie fakt, że miała zgromadzony niewielki zapas wody, najpewniej padli by z pragnienia na bezkresnych równinach przy palącym brutalnie słońcu. Nie było co liczyć na odrobinę deszczy, ponieważ jak na złość niebo nie miało ani jednej chmurki i zdawało się szyderczo naśmiewać z usychających poszukiwaczy skarbu. Była wdzięczna Rubinowi, że cały czas musieli targać tą balię z wodą, przynajmniej mogła co jakiś czas oblewać Zil'vaha i Kasztanka, dla których płomienna kula na niebie była najbardziej okrutna przez ich ciemne futra, przynajmniej tak mogli się na moment schłodzić i poczuć krótką ulgę. Jedynym plusem było to, że wśród wysokich polnych traw nie mieli problemu z zapewnieniem sobie pożywienia. Zawsze znalazł się jakiś zając, kuropatwa, czy bażant, okazyjnie stadko saren. Domyślała się, że taki rodzaj posiłku składający się ze zwierzęcego mięsa mógł nie przypaść do gustu trytonowi lubującemu się w rybach i owocach morza, ale musiał to przetrzymać, ewentualnie zadowolić się warzywami i owocami, które kupiła przed podróżą w Rapsodii, i które zaczęły się powoli psuć.

        Na szczęście było to tylko kilka dni. W końcu znów wstąpili na kupiecki trakt ciągnący się wzdłuż rzeki Dihar, która z błogosławieństwem przywitała ich nieopodal Ostatniego Bastionu, a która, z tego co pamiętała, poprowadzi ich już do samych Gór Druidów. W okolicy kamiennej twierdzy, otaczający ją las również zesłał ukojenie na podróżników kryjąc ich przed prażącym słońcem w cieniu swoich koron. Podczas chwilowego odpoczynku w tejże okolicy zastanawiała się długo czy nie przekroczyć bram fortu w celu uzupełnienia zapasów, ale biorąc pod uwagę fakt, że towarzysząca im od teraz rzeka i pełne życia równiny obfitowały w pożywienie nie widziała przemawiającego do niej powodu, przez który mieliby spędzić chwilę za kamiennym murem. Bez dłuższego wahania wznowiła podróż po chwili odpoczynku.

        - Tak, te szczyty wznoszące się po prawej to Góry Druidów, do których zmierzamy, musimy przejść na druga stronę do miejsca gdzie Rzeka Motyli wypływa ze swojego źródła. Te po lewej to Góry Dasso, a po ich drugiej stronie rośnie chyba największy las w całej Alaranii. Piękne miejsce pełne elfich miast i wiosek, ale i bardzo niebezpieczne biorąc pod uwagę drapieżniki i bestie zamieszkujące gęstwinę. - Odpowiedziała zmiennokształtnemu z uśmiechem, nostalgicznym tonem, sugerującym że mimo zagrożeń czyhających w ogromnej puszczy, z przyjemnością zawitała by znowu na rodzimych terenach elfów.

        Przekraczając Smoczą Przełęcz nakazała towarzyszom zachowanie absolutnej ciszy. Nie ze względu na smoki, które mogły wciąż zamieszkiwać dziesiątku ciemnych jam wydrążonych w górach, doskonale widocznych nawet z ziemi, ale przede wszystkim przez zagrożenie lawiną skalną, która mogła ich pogrzebać przez wydanie z siebie najcichszego dźwięku. To naturalne przejście oddzielające od siebie dwa pasma górskie, pokonała z sercem w gardle i nawet na moment nie zatrzymała tam wozu, a opuszczenie niebezpiecznej przełęczy podsumowała westchnieniem pełnym ulgi.

        Znów zeszła z trasy, żegnając się z prowadzącą ich rzeką ostatnim odpoczynkiem spędzonym przy jej brzegu. Od jakiegoś czasu bardzo ją nurtowało, gdzie się wybiera niedźwiedzi towarzysz nim ona i Rubin się całkowicie obudzą. Po przekroczeniu przełęczy, kiedy ruszyli lasem u podnóża góry na zachód, drzemała lekkim senem gotowa udać się za zmiennokształtnym i rozwiązać tajemnicę jego porannych zniknięć. Z niechęcią uwolniła się spod ramienia trytona, przy którym zawsze spała kradnąc od niego ciepło, mimo że przykrywała się swoim kocykiem i wtulała w puszystą kitę. Przeciągnęła się z uśmiechem na głaskanej przez promienie słońca twarzy i bezszelestnie podążała za zapachem czarnego niedźwiedzia, który sprawiał, że czuła się bezpieczna przez całą ich podróż. Nie chciała myśleć o tym co nastąpi kiedy osiągną swój cel, ponieważ podczas przeprawy przez równiny Opuszczonych Królestw za każdym razem zastanawianie się nad tym napełniało ją smutkiem i goryczą. Kiedy znalazła się już w znacznej odległości by dostrzec ogromnego towarzysza między drzewami, skryła się za jednym i zza pnia obserwowała ciężki trening Zil'vaha wymagający od niego sporego wysiłku i jeszcze większej siły. Z zachwytem podziwiała z ukrycia jego potężne ciało i lśniące w słońcu od potu mięśnie wyrzeźbione przez lata.

        Za pierwszym razem kiedy się dowiedziała o jego ćwiczeniach, zdezorientowana uciekła w popłochu do obozowiska, nie chcąc zostać przyłapaną, gdy skończył i wracał do nich. Szybko wsuwała się pod ramię Rubina kładąc mu głowę na piersi, nie dbając o to czy się obudzi przez jej gwałtowność czy nie, i udawała, że dalej smacznie śpi. Z każdym kolejnym razem mogła już bez stresu powracać do morskiego towarzysza, ponieważ udało jej się rozeznać w tym ile zazwyczaj trwają poranne zniknięcia wielkoluda.

        Kiedy rozbili ostatni obóz przed dotarciem do celu i zajęciem się poszukiwaniem skarbu, zajadając się upolowanym przez siebie bażantem usłyszała dziwaczne pytanie, które padło z ust trytona. Przeniosła na niego wzrok znad ogniska i spojrzała na niego surowo i ze złośliwością. Widząc jednak wyraz jego twarzy sugerujący, że siedzi mu to cierniem w boku, jej spojrzenie złagodniało, a ona powstrzymała się od rzucenia kąśliwej uwagi na ten temat i potwierdzenie jego słów. Było to dla niego bardzo ważne, więc nie zamierzała go ranić przez swój komentarz. Chwile jej zajęło zanim się odezwała po tym jak przełknęła kęs, który wzięła.
        - Jesteś naiwny i lekkomyślny, działasz instynktownie zamiast się najpierw zastanowić nad swoimi czynami, ale na pewno nie jesteś głupi. - Odpowiedziała mu zgodnie z prawdą posyłając szczery uśmiech. Nigdy nawet przez moment tak nie pomyślała o swoim przyjacielu. - Głupota to pojęcie względne i nie mające żadnego ogólnego odniesienia do rzeczywistości. Jedni są głupi przez to, że nie umieją pisać, czy czytać, ale za do mogą mieć ogromną wiedzę na temat roślin, zwierząt, walki, rolnictwa i tak dalej. Inni mogą być nazwani głupimi bo nie umieją poradzić sobie z problemem, albo przetrwać w dziczy, ale za to mają ogromną wiedzę na temat historii, polityki albo etyki. Wszyscy są głupi z jakiegoś powodu, ale biorąc to pod uwagę okazuje się, że tak na prawdę nikt nie jest głupi, bo nikt nie wie i nie umie wszystkiego czyli jest to normalne dla ówczesnego społeczeństwa. - Wyjaśniła profesorskim tonem wielkiego filozofa. - Dlatego nie przejmuj się jeśli ktoś ci powie, że jesteś głupi. Uśmiechnij się wtedy i z dumą się do tego przyznaj, a później podsumuj stwierdzeniem, że nikt nie jest całkowicie mądry... Jeeeśli powiesz tak do jakiejś szychy, albo strażnika, radzę ci też od razu brać nogi za pas, oni są zbyt głupi, żeby to zrozumieć. - Podsumowała i wybuchnęła śmiechem spoglądając w stronę Zila, zaciekawiona czy podzieli się z nimi swoimi spostrzeżeniami na ten temat, czy się z nią zgodzi, a może zaprzeczy prawdziwości jej słów.

        Była pełna energii i dobrego samopoczucia, ponieważ wiedziała, że następnego dnia ich ciężka podróż dobiegnie końca i zostanie wynagrodzona.
Avatar użytkownika
Yve
Szukający drogi
 
Inne Postacie: River, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Lisołak
Aura: Aura dumnie manifestuje swą znaczną siłę, w bursztynowym świetle, wyginając się we wszystkie możliwe strony, co daje złudzenie zmysłowego i delikatnego tańca urozmaiconego spokojną, głęboką melodią przenikającą na wskroś. Podczas całego przedstawienia ktoś stale coś szepcze i definitywnie jest to kobiecy głos, delikatny i miły jednak zrozumienie poszczególnych słów to nie lada wyzwanie. Powierzchnia natomiast posiada odcień żelaza, przyozdobiono ją miedzianymi kreseczkami z oddali przypominającymi sierść. Na samym dole zaś widać kobaltową obwódkę, a na szczycie rozsypane zostały barachitowe drobinki mieniące się w świetle dnia na wszystkie kolory. Wokół czuć wyraźnie dwa różne zapachy, które jakby walczyły o większe natężenie dlatego czasem łatwiej wyczuć zapach perfum, a innym razem słodką woń perfum. W dotyku twarda miejscami miękka, co nadrabia ostrymi wcięciami mogącymi z łatwością przeciąć skórę. Na całość opadają rdzawe, puszyste drobinki z bliżej nieokreślonego materiału. Gdyby ktoś zapragnął posmakować emanacji, przekonałby się, iż jest nieznośnie lepka i utrudnia otwieranie oraz zamykanie ust.
Wygląd: W ludzkiej postaci przebywa najczęściej:
Yve to ponętna, młoda kobieta mierząca osiem i pół piędzi (168,3 cm) ze szczupłą sylwetką szerszą w biodrach i ramionach, z wcięciem w talii z doskonałymi kobiecymi atrybutami, o których nie jeden mężczyzna marzy u swojej partnerki, a jeszcze więcej zauroczonych jej urodą skończyło ze złamanym sercem i wściekłością.
Smukłą ...
(Więcej)
Uwagi: Przez wykonywany przez siebie zawód odebrano jej możliwość posiadania własnych dzieci, ale nigdy to lisicy nie przeszkadzało. Swoim chodem i prowokacyjnym ubiorem ściąga na siebie uwagę, a ... (Więcej)

Postprzez Verden » N paź 01, 2017 5:50 pm

Skąd przychodzą Verden i Yorgen

        Choć zazwyczaj z rzadka u elfa gościł uśmiech, tak im bliżej górskich szczytów, jego bądź co bądź upragnionego celu, coraz częściej widać było u niego pozytywny wyraz twarzy. Nie był to jednak uśmiech radości, ale satysfakcji, niezdrowej wręcz można by rzec, gdyż już wkrótce miała nadejść konfrontacja. Razem z krasnoludem szybko uwinęli się w drodze, na pewno tak szybko jak rywale, a może nawet i szybciej, jeżeli tamtych coś zatrzymało na trakcie. Co prawda, kilka rzeczy mogło pójść lepiej w podróży... Verden miał chociażby nadzieję, żeby zwerbować Lavena, który może nie jawił się jako ktoś potężny, ale i tak przechyliłby dodatkowo szalę zwycięstwa na stronę elfa. W końcu nie tak źle wywijał swoim mieczykiem. Ten jednak czmychnął, gdy tylko znalazł okazję, widocznie podróżnicy okazali się zbyt szorstcy, w rezultacie znów elf został sam z Yorgenem. Spędzili kolejne dni, tym razem już nie w ciszy, starając się, by nie było tak cicho i depresyjnie jak na poprzedniej części szlaku. Verden zadawał wiele pytań odnośnie krasnoludów, ich kultury, pochodzenia, co niejako go faktycznie ciekawiło, biorąc pod uwagę, że żyją oni na ziemiach pierwotnie należących do jego ludu, a także rodu. Sam, gdy był zapytany o swój lud, odpowiadał niezbyt ciekawie, przyznając się, że w zasadzie nie orientuje się w obyczajach lodowych elfów. O swojej rodzinie bądź pochodzeniu raczej milczał lub odburkiwał coś okrężnie. Niewiele miał do wspominania, a mimo tego, jak porządnym kompanem był Yorgen, wolał nie opowiadać mu o Znamieniu.
        O ile cel był blisko, tak czas mijał, a co szło w związku z tym, temperatura się podnosiła. Już kiedy trafił do Trytonii, zaczynało się lato, a teraz, po miesiącu, nieznośny żar bijący z nieba wręcz go dobijał, zmuszając do częstego zatrzymywania się, choćby na parę minut, przy źródłach, jeziorach i rzekach. Wystarczyło przemycie twarzy, zebranie wody, której pił na szlaku ogromne ilości, wlanie sobie zimnej strużki za kołnierz, żeby trochę odciążyć organizm, nieprzystosowany do ciepłego klimatu i Alarańskiego lata. Mimo wszystko, przeprawa szła jak po grudzie...
        W końcu dotarli, zatrzymując się u samego podnóża gór, najwyżej pół dnia drogi do celu. Już zmierzchało, żarzące słońce chowało się za horyzontem. Okolica nie była co prawda lasem, ale i tak nierzadko występowały drzewa czy krzewy, zasłaniając pole widzenia podczas marszu. Elf inaczej by tego nie dojrzał, ale teraz, kiedy zrobiło się już ciemniej, zobaczył światło płomieni, bijące wcale nie z tak daleka, nieznacznie za dwójką podróżników. Stali na linii między ogniskiem, a szczytami górskimi.
        - Mamy towarzystwo. - Syknął Verden, ściągając z pleców łuk i patrząc w stronę światła. Niewiele myśląc ruszył, zbliżając się cicho do potencjalnego obozowiska. Kto tam był, do końca nie wiadomo. Znaleźli już jedną bandę w lesie, która ostrzyła sobie zęby na skarb. Co prawda nieskutecznie, ale nie można było wykluczyć, że wielu innych też jest na tym tropie. Jakież było jego zdziwienie, gdy zbliżając się, ujrzał wóz, a dookoła niego trzy osoby. Dwie mu już znane. Czmychnął od razu w pobliskie krzaki, przywołując gestem swojego towarzysza, aby także się skrył. - Psia ich mać... Widzisz to?
        Od obozu dzieliła ich odległość prawie trzech sznurów, a może nawet mniej. Wzrok krasnoluda mógł nie dojrzeć twarzy postaci przy ogniu, ale nie było wątpliwości, jakiś cholerny obóz tam jest. Verden z kolei, dzięki swojemu pochodzeniu, widział doskonale, kto tam się zatrzymał. I absolutnie nie był zadowolony.
        - Poznaj swoich wrogów. - Szepnął do Yorgena, wzdychając. - Tryton to ten mały, lisołaczkę widzisz... Co to jest kuźwa za bydlak? - Wypalił, szeptem co prawda, nie zapomniał się, ale i tak słychać, a także widać po nim było mieszankę irytacji i zaskoczenia. Yve jakimś cudem, choć na pewno zalety fizyczne bardzo w tym pomogły, załatwiła sobie jakiegoś tęgiego osiłka do walki z nimi. Swoim wzrostem przekraczał półtora sążnia jak nic, co czyniło go wyższym niż Verden, do tego postury niedźwiedzia, mając biceps wielkości głowy elfa, mimo że ten do mało tęgich także nie należał. Do norda nawet nie próbował przyrównywać, gdyż kark pracujący dla Yve mierzył w wysokości i szerokości pewnie blisko dwa razy więcej, niż Yorgen. - No cóż... Zabawa nam się chyba skomplikowała. Przynajmniej tą dwójkę znam i wiem do czego są zdolni. Tamten mały jest magiem wody, ale jak dasz radę go podejść, to jeden solidny cios toporem i leży. Lis z kolei jest zwinny i przebiegły, ale nie da rady walczyć na długi dystans. Jak wyrzuci wszystkie noże, swoją bronią dasz radę ją spokojnie utrzymać na dystansie. Dodatkowo, możemy ich zaskoczyć jak będą spali. Problemem jest tylko ten bydlak...
Avatar użytkownika
Verden
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Edgar, Nardani, Satharin, Elestren,
Rasa: Lodowy Elf
Aura: Choć połysk tej aury powoli i nieznacznie zaczyna blaknąć, jej siła jest średnia i nie onieśmiela czytających. Dojrzysz tutaj żelazne strzały tkwiące w cynowych pniach drzew, pozostawione przez nieznanego Ci łucznika. Obraz jawi się samotnie i melancholijnie, ale ile byś nie szukał, nie znajdziesz tu tajemniczego strzelca. Z pomiędzy liści i konarów, przebiją się promienie o barwie topazu, iskrząc na lotkach bełtów i lśniąc na korze drzew. Zapach lasu jest tu wyraźny, na myśl przywodząc aromat igliwia wprost z mroźnej tundry. Chociaż nie dostrzegasz ogniska, daje się tu słyszeć trzask płomieni. Jeżeli wyjmiesz strzałę z jednego z pni, bez trudu zauważysz jak ostry i twardy jest jej grot. Drzewce będzie elastyczne, ale też całość jest subtelnie gładka i przyjemna w dotyku. Smak stanowi ciekawe połączenie łagodności z goryczką, które po chwili kosztowania, ujawniają skrytą wcześniej kwaskowatość emanacji.
Wygląd: Verden to wysoki, muskularny, młodo wyglądający elf o jasnej karnacji. Wygląda na całkiem ładnego dla kogoś przeciętnego, jednak jego uroda wśród elfów uchodzi za zwyczajną. Skórę ma gładką i delikatną, na owalnej twarzy z mocno zarysowanymi kościami policzkowymi widać zadarty nos i ciemnofioletowe oczy, dzięki którym elf przeszywa ludzi swoim podejrzliwym spojrzeniem. ... (Więcej)

Postprzez Yorgen » N paź 08, 2017 8:23 pm

Skąd przychodzą Verden i Yorgen

I znowu dwójka podróżników maszerowała ramię w ramię, coraz bardziej zbliżając się do celu. O ile wcześniej jedyną przeszkodą była grupa bandytów, tak teraz we znaki dawała im się również wysoka temperatura. Co prawda nie były to jakieś rekordowe upały, ale Verden, jak i Grom przyzwyczajeni byli do niższych temperatur, toteż postoje były znacznie częstsze niż wcześniej, a sam krasnolud zrobił ostatnią rzecz, jakiej można się po przedstawicielu jego rasy spodziewać. Zaczął narzekać na swoją brodę.
- Na wielkiego Waligórę...czuję się, jakby jaki zwierz czy co mi na mordzie przysiadł i grzał mnie złośliwie... - sapał, związując brodę rzemykiem. - Zaraz nie wytrzymam...
Pochwycił nóż i zanurzył łeb pod wodą. Chwilę tak spędził, rozkoszując się chłodem, ale krasnolud nie ryba i w końcu powietrza mu zaczynało brakować. Wyciągnął głowę i spojrzał w swoje odbicie w tafli wody.
- Brody nie ruszę, ale te kudły mogę... - mówiąc do siebie, złapał kępkę włosów i przystawił do nich ostrze. Szybkie cięcie i rude kosmyki wylądowały w jeziorku. Yorgen z wystawionym ozorem majstrował nożem przy czerepie, aż znaczna większość jego czupryny nie zniknęła. Na czubku ostał mu się jeno irokez. Krasnolud spojrzał na patrzącego nań w milczeniu elfa.
- No co? Tak czuję się piękny - zażartował Grom, po czym podniósł się z kolan. Zarzucił na plecy "Ślicznotkę" i duet kontynuował swój marsz. W przeciwieństwie do poprzedniej części podróży, ta minęła im na pogawędkach. Dyskutowali głównie o różnicach i podobieństwach swych ras. Yorgen zdawał sobie sprawę, że teraz gdzie obecnie mieszkają jego ziomkowie, kiedyś rezydowały Lodowe Elfy, ale do tego momentu traktował to bardziej jak bajkę, niźli fakt historyczny. Spotkanie jednego z nich w istocie odmieniło nieco jego pogląd. Rozmawiali tak, aż nie dotarli prawie pod samą górę.
- No, no...ładne tu macie widoczki - westchnął Yorgen, zadzierając głowę. - Jak na moje, to będzie dzień, może pół...
Zdanie krasnoluda przerwał syk towarzysza, który zaraz po tym ruszył przed siebie z łukiem w rękach. Grom postąpił podobnie, dobywając "Ślicznotki". Po kilku krokach również i on dostrzegł niewyraźny blask ogniska gdzieś przed nimi. Domyślił się, że jego elfi towarzysz widział znacznie więcej, toteż bez szemrania wykonał jego polecenie. Obserwowali obóz, skryci w krzakach, zupełnie jak kiedy Yorgen podglądał swoją sąsiadkę przy kąpieli. Tym razem jednak przyłapanie mogło się skończyć na kolejnym starciu, a nie na burze od rodziców.
- Rybka raczej nie stanowi problemu, a lisiczkę zawsze można spętać...gorzej będzie z tym mutantem. Masz jakiś konkretny plan, czy po prostu czekamy aż pójdą lulu i ucinamy łby?
Avatar użytkownika
Yorgen
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Deganaan, Ivo, Morgan, Olivia,
Rasa: Krasnolud
Aura: Aura ta jest wybarwiona cyną. Jej intensywny kolor i wciąż jeszcze młody połysk świadczą o niezbyt zaawansowanym wieku kryjącego się pod nią właściciela. Cynowe połacie obsypana są żelaznymi drobinami, które dodają emanacji wojowniczego charakteru orz pyłkami złota, ujawniającymi upodobanie osoby do kosztowności. We wszystkim wesoło i zadziornie mieni się i odbija jasny szmaragdowy blask. Bogactwo świetlistych iskierek, wynagradza zupełny brak dźwięków. Aurze towarzyszy zapach świeżo warzonego piwa i dębowych beczek. Jej smak jest wyraźnie pikantny, bez dodatkowych niuansów, w swej konsystencji lepiący się do ust i podniebienia. W dotyku na pierwszy plan wychyli się wyraźnie odczuwana chropowatość. Dopiero później dadzą się zauważyć niewielkie wygładzone smużki oraz ostre krawędzie. Na koniec aura ukaże się jako giętka i zdecydowanie twarda.
Wygląd: Yorgen jest dość niskim (choć jak na jego rasę, całkiem przeciętnym wzrostowo) krasnoludem. Sylwetka jego jest krępa z szerokimi barkami, potężnymi rękoma i okrągłym brzuchem. Każdy jeden mięsień wykuty został jak ze stali podczas pracy i walki. A obu tych rzeczy nigdy mu nie brakowało. Nieco nalaną twarz w większości zasłania niedorzecznie gęsta, ruda broda i grzywa w tym ... (Więcej)

Postprzez Rubinento » Śr paź 11, 2017 9:55 pm

- A... No tak... Masz rację... - powiedział cicho i głupio pokiwał głową. W głowie wciąż wirowały mu jednak natrętne, niedające się odprężyć myśli, kiedy usłyszał, że niby jego balia jest cięższa od jej ubrań.
 - To jakieś kłamstwa, co ty wygadujesz? Przecież to te twoje bluzki, nie wiem ile ty ich tam masz, ważą z... Em... Dużo... - powiedział nie znajdując odpowiedniego słowa, po czym dodał kilka słów, a cienka strużka wody usłuchała go i zaczęła wsiąkać w lisi ogon niczym w gąbkę.

Kilka dni podczas podróży, kiedy to Yve postanowiła pojechać sobie na skróty było dość męczące, choć pewnie włochata góra mięsa miała gorzej niż on, bo nie mogła wylegiwać się w wodzie całymi dniami, taj jak właśnie Rubin. Lisołaczka czasem zabierała od niego wodę, a on ściągał ją z drzew wysuszając je, łamiąc, powalając i robiąc tym podobne rzeczy, ale uważając by nie przygnieść jakiegoś zwierzęcia. Jadł owoce i jarzyny zakupione przez lisicę, choć po kilku dniach zaczynały się lekko psuć i w obawie o swój słaby żołądek zmusił się do jedzenia mięsa.

Po tych upalnych dniach znowu wrócili na ścieżkę. Rzeka powitała ich z radosnym pluskiem, co tryton wykorzystał i zmienił wodę. Drzewa są może wystarczającym źródłem, ale czysta, chłodna woda z rzeki to jedna z rzeczy, których nie miał na co dzień. Jak to mówił jeden z przechodniów w Rapsodii: "W domu tego nie masz".

Następnie przejeżdżali przez bardzo dziwne miejsce, które zmiennokształtna nazywała Smoczą Przełęczą. Kazała być cicho, a tryton pomyślał, że naprawdę może zobaczyć smoka i rozglądał się nerwowo. Po jakimś czasie przebyli i ten odcinek drogi. Żadnego latającego jaszczura nie było jednak nigdzie widać.

Lisołaczka znowu postanowiła pojechać na skróty i znowu oddzielić ich od rzeki. Spostrzegł również, że Yve wymyka się gdzieś o świcie. Stwierdził w duchu, że wczesne wstawanie to nie jest jej bajka, ale nie chciało mu się ani wstawać, ani otwierać oczu, żeby to sprawdzić. Kiedy dowiedział się, że po jakimś czasie wraca, przestał zwracać na to uwagę. Może chciała być sama? Może robiła śniadanie?

Wysłuchał jej wykładu o głupocie i mądrości. Po czym wydał z siebie coś w rodzaju "A... Okej...", gdyż musiał chwilę poczekać, aby poukładać sobie w głowie ten ogrom słów i zrozumieć o co chodzi. Tryton zauważył, że lisołaczka zerka w stronę Zila. Rubin był zaskoczony jego obecnością, gdyż jeszcze przed chwilą wydawało mu się, że byli sami. Trochę zawstydziło go to i zastanawiał się co niedźwiedziołak mógłby powiedzieć na temat tego przejmowania się wszystkim. Nie mógł mu też oczywiście powiedzieć, że słyszy głosy w głowie, bo zapewne uznałby go za jeszcze mniej normalnego niż teraz. Swój wzrok zawiesił na płomieniu.
Avatar użytkownika
Rubinento
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Fikiria, Zenith, Irma,
Rasa: Tryton
Aura: Wokół rozciąga się rozległe morze. Jego cynowe fale raz wzburzone innym razem spokojne, od horyzontu po widnokrąg, płyną w poszukiwaniu brzegu. Nawet gdy doświadczysz sztormu panującego na tym oceanie, śmiało możesz uznać, że siła prezentowana przez tutejszą aurę jest średnia i nie tak straszna jak morze próbuje się prezentować. Wśród piany znajdują się niewielkie smużki srebra, jednak są one nikłe, jeszcze nieukształtowane w pełni i szybko giną w cynowych odmętach. Wokół rozbłyskuje topaz, swoim jasnym blaskiem odbijając się od fal. Morze szumi i szemrze łagodnie ukrywając pod swoją muzyką znacznie cichsze buczenie i dziwne głosy. Zapach słonej morskiej wody jest tu wyraźny, same fale zaś miękkie i aksamitne w dotyku. Giętkie bałwany snują się pod dotykiem, zaskoczyć może jednak ich ostrość przemieszana z tępymi grzbietami. Smak jest delikatnie kwaśny, z nutkami pikanterii, w całkowitym odczuciu, uparcie lepiący się do ust.
Wygląd: Kiedy pierwszy raz widzisz Rubina pod wodą możesz dostrzec czarny ogon, który w połowie rozchodzi się tworząc 3 płetwy, złoty wisiorek, trzy razy oplatający jego szyję oraz ciemnobrązowe krótkie włosy w dotyku przypominające siano. Jeśli przyjrzysz się uważniej zauważysz, że na pozór groźny wyraz twarzy to tak naprawdę nieśmiały uśmiech. Zobaczysz, że to co wygląda na ... (Więcej)

Postprzez Zilvah » Pt paź 13, 2017 11:32 pm

- Góry na północy są o całe niebo lepsze - zakpił Zil'vah, obserwując jak słońce leniwie dotyka szpiczastych szczytów i przesuwa się ku krańcom horyzontu. - Większe i bardziej majestatyczne, przykryte tak grubą warstwą śniegu, że trzech mnie zakryłoby od stóp po czubek głowy. Ziąb nie do opisania, stokroć groźniejszy niż dzikie zwierzęta - dodał, zerkając na rękojeść swojego miecza, zalegającego na koźle wozu i z niecierpliwością czekającego na użycie.
Całą podróż ostrze przeleżało w skórze, nie było bowiem potrzeby, by go używać. Mijane karawany i samotni wędrowcy nie byli zagrożeniem, a zbójeckie bandy unikały ich najwyraźniej jak ognia. Zil'vah wielokrotnie miał okazję słyszeć i czuć obecność osób trzecich, ale nigdy nic złego się nie wydarzyło. Powodem mógł być czarny niedźwiedź drepczący obok wozu za dnia oraz umięśniony kolos, spędzający wieczory na wartach. Czuwanie zmiennokształtnego zapewniało też bezpieczeństwo od dzikich bestii. W lasach nie występował większy drapieżnik od niedźwiedzia, chyba że był to demon lub potwór z najciemniejszych czeluści. Jego zapach odpędzał zatem większość osobników, w tym wilki, z którymi Zil nie chciał mieć do czynienia.

Podczas treningów Zil'vah wyrzucał z siebie złe wspomnienia i wszelkie myśli, zmuszając mózg do odpoczynku. W takie wieczory liczył się tylko miecz i pień drzewa, który był systematycznie uszczuplany o kolejne fragmenty pod siłą jego ramion. No i był jeszcze zapach Yve. Mężczyzna starał się nie zwracać na to uwagi, ale z każdym wieczorem było mu ciężej. Zdawał sobie sprawę z tego, że długo nie ukrywałby swoich wymknięć, a tłumaczyć się z nich również nie zamierzał. Mimo to obecność lisołaczki bardzo poprawiała mu humor. Przy niej Zil czuł się mniej sparaliżowany przez stres, raźniej myślał i zdawał się zapominać o bolesnej przeszłości.

Do rozmowy, jaka rozgrywała się pomiędzy Yve a Rubinem, niedźwiedziołak nawet nie próbował się wtrącać i z lekko spuszczoną głową patrzył w ognisko, chcąc zająć czymś myśli. Prawda była taka, że nie wiedział co powiedzieć, a do wniosków, które kobieta przedstawiła towarzyszowi on również doszedł i trzymał je dla samego siebie. Tryton był typowym działaczem, nie myślicielem. Nie potrzebował rozumieć, tylko usłyszeć zdanie innych. Nie kwalifikowało go to jeszcze do sługi, po prostu robił wszystko tak, jak czuł, w czym nie ma nic złego. Zil'vah nie raz tak postępował, by żyć. Nie musiał się zastanawiać nad racją, tylko działać. Od tego zależał jego kolejny dzień. Dopiero spotkanie z Yve uświadomiło mu, że dobrze jest mieć plan. Ona na przykład taki miała - zdobyć skarb.

- A co dalej? - zapytał, kiedy głosy tamtej dwójki ucichły. - Kiedy już zdobędziecie ten cały skarb? Nie znam się na tym, ale w mojej opinii to góry złota nie są nikomu potrzebne.
Avatar użytkownika
Zilvah
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Tivo,
Rasa: Niedźwiedziołak
Aura: Młoda hardo lśniąca aura objawi się przed Twymi oczyma niczym górskie szczyty wyłaniające się znad ściany lasu czy chmur. Ich żelazne stoki połyskują chłodnym metalowym blaskiem w świetle. Chociaż stal jest tu dominującym kolorem, pośród przykrytych śniegiem grani widać też niewielkie smugi barachitowych porostów. Na granicy nieboskłonu rozbłyskuje dość wyraźny topaz. W białym puchu zalegającym w pobliżu, dostrzec można niedźwiedzie ślady. Wśród mroźnego zimowego powietrza unosi się wyraźny zapach wilgotnej od śniegu niedźwiedziej sierści. Skały są niewiarygodnie twarde. Ich krawędzie ukazują się jako na przemian przytępione i wyostrzone srogim wiatrem, tak samo jak ich powierzchnie, które są kolażem gładkich i chropowatych połaci. Rosnące w szczelinach porosty są odmienne giętkie od nieustępliwych skał. Smak aury odpowiada jej charakterystyce. Jest wyraźnie pikantna z odcieniami goryczy. Jest też nieco lepka przypominając o sobie jeszcze chwilę po zakończeniu czytania emanacji.
Wygląd: Człowiek:

W tej postaci Zil'vah mierzy około czterech łokci (237,6 cm) i waży jakieś cztery centary (162,2 kg) co na niedźwiedziołaka z Dalekiej Północy jest raczej normą, choć mieszkańcy Alaranii mogą różnie na to spoglądać. Postury bardzo potężnej, wręcz byczej, o szerokich barkach, torsie i dłuższych kończynach. Muskulatura godna bogów, niczym wyrzeźbiona w ...
(Więcej)

Postprzez Yve » So paź 14, 2017 9:07 pm

        Wbiła wzrok w Rubina po jego odpowiedzi na jej wykład o głupocie i przymrużyła oczy z niezadowoleniem, że praktycznie nie skomentował wypowiedzi lisicy, ale zaraz westchnęła poirytowana. Przeniosła wzrok na Zil'vaha, ale i w jego postawie nie znalazła żadnego zaangażowania. Coś wisiało w powietrzu i bardzo jej się to nie podobało. Nie wiedziała skąd ta ciężka atmosfera nad ich głowami i spięcie u towarzyszących jej mężczyzn. Nie lubiła nie wiedzieć, dlatego z hardością i surowym spojrzeniem odezwała się do ich obojga.
        - Co jest grane? Coś o czym nie wiem? - zapytała pusząc ogon ze złości. Choć bardzo się starała nie mogła się powstrzymać i wbiła wzrok najpierw w trytona. Jej oczy lekko zaświeciły dzikim, złotym blaskiem jak u zwierzęcia w nocy i zaczęła się wwiercać swoją magią w jego głowę, ale zaraz pytanie niedźwiedziołaka zmusiło ją do przerwania tego.

        - Problem w tym, że są potrzebne, aby godnie żyć w tych czasach. - Odpowiedziała poważnie po dłuższej chwili namysłu, zerkając z dystansem na rybiego przyjaciela jakby przed chwilą powiedział jej coś niemiłego, choć nawet się nie odezwał. Nie dowiedziała się niczego konkretnego po wtargnięciu do jego głowy, ale nie wyszła z pustymi rękami, a mianowicie dowiedziała się o jakiś głosach, które go męczyły i myśl o nich teraz nie dawała jej spokoju. Ciekawość nie pozwalała lisicy zostawić tak tego, ale zatrzymała w sobie chęć zapytania o to otwarcie przy Zil'vahu, bo skoro do tej pory nic to tym nie wiedziała, sądziła, że Rubinento wolałby o tym nikomu nie mówić. No przynajmniej do tej chwili.
        - Kupię sobie coś ładnego i wynajmę najdroższy pokój w jednej z karczm, w której pracowałam. - Zaśmiała się podstępnie z rozbawieniem, chciała tym utrzeć nosa innym kurtyzanom, które przez zazdrość nią pogardzały i podkładały świnie, a także pracodawcom, którzy mieli czelność ją oszukiwać czy obcinać pensje. - I tak od miasta do miasta, aż mi się to nie znudzi, albo nie skończą mi się pieniądze. - Dodała radośnie, jej ton wskazywał na to, że nawet wtedy nie bierze pod uwagę osiedlenia się w jednym miejscu. Nie uznawała takich wartości jak dom czy rodzina, ponieważ nie miała ich od bardzo dawna, kiedy przybrany ojciec lisicy zabił z zazdrości i szaleństwa jej matkę, nawet jeśli nie była biologiczną rodzicielką Yve. Odpowiedziała Zilowi szczerze i zgodnie z tym co czuła, nie do końca rozumiejąc o co mu tak konkretnie chodziło. Nie uszło jej jednak obojętnie to jakim wzrokiem zaczął na nią patrzeć.

        Miała zamiar ze zmiennokształtnym o tym porozmawiać, podobnie jak z Rubinem na temat tych dziwnych głosów, oczywiście z każdym na osobności, ale najpierw chciała się odświeżyć i wziąć długą kąpiel. Pragnęła być czysta i pachnąca, kiedy będzie tańczyła na górze złota, u której podnóża Verden będzie opłakiwał swoją porażkę... Chociaż z jakiegoś powodu nie miała już takiego zapału do zdobycia skarbu, tym bardziej po swojej odpowiedzi na pytanie Zila. Nie chciała jednak o tym myśleć, bo zaraz przypominała sobie ponure miny i głębokie zamyślenie swoich towarzyszy.
        - Zostawiam was na moment samych, postarajcie się dogadać i nie pozabijać, a co najważniejsze uśmiechnijcie się jutro będziemy obrzydliwie bogaci. - Powiedziała radośnie wstając z ziemi, zadziornie przy tym musnęła swoim ogonem siedzącego obok niej trytona, a kiedy obeszła ognisko udając się w stronę lasu, przesunęła nieznacznie futrem z rudej kity po policzku zmiennokształtnego. Zatrzymała się jednak zaraz, gdyż usłyszała jakiś szmer. Spojrzała w stronę krzaków po swojej prawej, ale nic nie zrobiła myśląc, że to tylko jakiś zwierz. Odeszła w gęstwinę przybierając lisią postać. Nie miała pojęcia dlaczego, ale zawsze wolała spacerować po lesie w tej formie kiedy nikt nie widział, jakby to było dla niej wstydliwe tak, chodzenie w samej bieliźnie po mieście dla zwykłej dziewczyny (Yve by to nie przeszkadzało o ile miałaby z tego jakiś większy pożytek).

        Kasztanek w przeciwieństwie do niej nie zamierzał tego zbagatelizować i z czystej ciekawości zaczął się zbliżać w stronę Verdena i jego partnera, którzy siedzieli za smakowicie wyglądającym jagodowym krzaku. Koń prychnął zerkając z irytacją na siedzących przy ognisku samców lisicy, ale po chwili skupił się już tylko na krzewie. Ze smakiem oskubywał gałązki z soczystych listków i słodkich owoców.

        Yve tym czasem dotarła do pobliskiej rzeki, przez którą następnego dnia będą musieli się przeprawić i wróciła do ludzkiej formy. Nie chciała zamoczyć ubrań, choć nie miała ich jako zwierzę. Rozebrała się w weszła do wody najpierw się tylko relaksując będąc zanurzoną niemal pod samą brodę, a nawet pływając od czasu do czasu, czy też unosząc się na powierzchni leżąc na plecach i wpatrując się w gwiazdy. Miejsce było bardzo piękne i aż smutno jej się robiło, że jest tu sama, jednak zaraz się otrząsnęła z tego stanu, kiedy do głosu doszła ta jej część, która przez całe życie lisicy nie pozwoliła jej się złamać i posłusznie robić wszystko co jej kazano. Okres nauki w gildii skrytobójców się w tym przypadku nie liczył, choć wtedy zaczynała robić co jej się żywnie podobało i słuchać oraz wykonywać rozkazy wtedy kiedy sama uznała to za słuszne. Może przez swoją niezależność ciężko jej było nawiązywać nowe przyjaźnie, bo inni zazdrościli jej, że mogła robić co chciała i chodzić swoimi ścieżkami, a oni nie. Nie wiedziała ile w tym było prawdy, ale nad odpowiedzią postanowiła się zastanowić kiedy indziej, teraz musiała myśleć o swoich towarzyszy, których zorientowała się, że zostawiła na stosunkowo za długo samych sobie. Nie było jeszcze środka nocy, ale chciała z nimi porozmawiać i jeszcze się przespać.
Avatar użytkownika
Yve
Szukający drogi
 
Inne Postacie: River, Aldaren, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Lisołak
Aura: Aura dumnie manifestuje swą znaczną siłę, w bursztynowym świetle, wyginając się we wszystkie możliwe strony, co daje złudzenie zmysłowego i delikatnego tańca urozmaiconego spokojną, głęboką melodią przenikającą na wskroś. Podczas całego przedstawienia ktoś stale coś szepcze i definitywnie jest to kobiecy głos, delikatny i miły jednak zrozumienie poszczególnych słów to nie lada wyzwanie. Powierzchnia natomiast posiada odcień żelaza, przyozdobiono ją miedzianymi kreseczkami z oddali przypominającymi sierść. Na samym dole zaś widać kobaltową obwódkę, a na szczycie rozsypane zostały barachitowe drobinki mieniące się w świetle dnia na wszystkie kolory. Wokół czuć wyraźnie dwa różne zapachy, które jakby walczyły o większe natężenie dlatego czasem łatwiej wyczuć zapach perfum, a innym razem słodką woń perfum. W dotyku twarda miejscami miękka, co nadrabia ostrymi wcięciami mogącymi z łatwością przeciąć skórę. Na całość opadają rdzawe, puszyste drobinki z bliżej nieokreślonego materiału. Gdyby ktoś zapragnął posmakować emanacji, przekonałby się, iż jest nieznośnie lepka i utrudnia otwieranie oraz zamykanie ust.
Wygląd: W ludzkiej postaci przebywa najczęściej:
Yve to ponętna, młoda kobieta mierząca osiem i pół piędzi (168,3 cm) ze szczupłą sylwetką szerszą w biodrach i ramionach, z wcięciem w talii z doskonałymi kobiecymi atrybutami, o których nie jeden mężczyzna marzy u swojej partnerki, a jeszcze więcej zauroczonych jej urodą skończyło ze złamanym sercem i wściekłością.
Smukłą ...
(Więcej)
Uwagi: Przez wykonywany przez siebie zawód odebrano jej możliwość posiadania własnych dzieci, ale nigdy to lisicy nie przeszkadzało. Swoim chodem i prowokacyjnym ubiorem ściąga na siebie uwagę, a ... (Więcej)

Postprzez Verden » Pn paź 16, 2017 8:14 pm

        - Czekamy. - Odparł krasnoludowi. - Szczerze wątpię, by potrzebny był jakiś większy plan. Po prostu zobaczmy, czy nie nadarzy się niedługo jakaś okazja. Taka jak sen.
        Verden nie był sympatykiem atakowania przeciwnika z marszu. Choć gdyby to była sama lisołaczka i tryton, pewnie zaszarżowałby na nich już teraz, przy okazji bez wątpienia wygrywając. Jednak to zakrawałoby o inną sytuację, wtedy doskonale znałby skutki swojego ataku. Teraz jednak szachował go wielki bydlak, siedzący właśnie przy ognisku razem z ich rywalami. Był tą jedną przewagą, o której elf nie pomyślał, a która związała mu w tej chwili ręce. No cóż, pozostaje czekać...
        Dość szybko lisołaczka ulotniła się z obozu, kierując się w przeciwnym do nich kierunku, w stronę lasu. Czy chciała załatwić potrzeby, czy się umyć, nieważne, gdyż właśnie pomniejszała liczebność opozycyjnej drużyny. Teraz była okazja, by wziąć przeciwników z zaskoczenia, lecz Verden, zbyt zachowawczy, nie ruszył się z zarośli i miał nadzieję, że Yorgen także się nie wychyli i przeczeka moment. Może i szybko wygraliby potyczkę, gdyby ją teraz zaczęli, lecz łowca był ostrożny w stosunku do nieznajomego, starając się go jak najdłużej obserwować.
        Nie dane im było jednak długo chować się w spokoju. O ile cała reszta obozu nie zauważyła ich lub nie przejęła się cichym szelestem, o tyle przypałętało pod ich krzew Kasztanka. Cholernego konia Yve, który akurat tutaj dojrzał soczyste jagody. Gdy podchodził, elf nałożył strzałę na cięciwę, by móc w każdym momencie oddać strzał. Wiedział jednak, że wystarczy tylko jedno niefortunne drgnięcie, by zdradzić pozycję i narazić siebie oraz kompana na walkę, o której wygranej wcale nie byli pewni. Resztę czasu stał w bezruchu, obserwując jak wałach z każdą sekundą zbliża się. W pewnym momencie stanął praktycznie twarzą w twarz z łowczym, lecz jego uwagę pochłaniały w całości owoce. Verden patrzył na konia w strachu, starając się wpaść na jakikolwiek pomysł, jak zaradzić tej sytuacji. Wszak jedynie kwestią chwili było zauważenie rywali chowających się za, bądź co bądź niewielkim krzewem. Nerwy stawały się coraz większe...
        Nagle, jak grom z jasnego nieba, Verdena oświeciło. No tak, cholerny koń gada. Co prawda nie po ludzku, lecz Yve rozumie jego prychanie i odpowiada rumakowi w zwykłym języku, a ten wszystko kuma. Momentalnie, bez zastanowienia, nie zwracając uwagi, jak duży szelest wywołał, choć trzeba przyznać że nie odbiegał on od normy, puścił łuk i strzałę. A następnie, wolnymi już rękami, chwycił wałacha za pysk, przerzucając go bez problemu na drugą stronę krzaka, na ziemię, by był niewidoczny od strony obozu. Dla piekielnych mocy elfa nie był to problem. Przycisnął go do ziemi, trzymając pysk, aby ten nie pisnął zbyt głośno i szepnął do niego.
        - Znasz mnie, prawda? To teraz zawrzyj mordę, bo kiedy wydasz najmniejszy dźwięk, który miałby ostrzec kogokolwiek, skręcę ci kręgosłup, czy co wy tam konie macie. Rozumiesz?
        Biedny koń cicho zarżał, na znak że rozumie, z widocznym w jego oczach przerażeniem. Bądź co bądź znał Verdena i wiedział, do czego ten może być zdolny.
        - Bardzo dobrze Kasztanku. Wiesz... osobiście nic do ciebie nie mam, jesteś tylko pachołkiem Yve. Ale musisz z nami współpracować, żeby wyjść z tego cało.
        I tak z powrotem wrócili do bezruchu, tym razem z koniem leżącym za ich plecami, przytrzymywanym ręką przez elfa. Nie był w stanie sam wstać, a Verden położył go specjalnie, by nie był on widoczny zza krzaka. Byli w miarę bezpieczni z dwóch stron. Z jednej byli przysłonięci, a z drugiej... Cóż, można chyba śmiało założyć, że nikt normalny nie odważy się podejść do dwóch rosłych chłopów, siedzących w krzewie z wałachem.
Avatar użytkownika
Verden
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Edgar, Nardani, Satharin, Elestren,
Rasa: Lodowy Elf
Aura: Choć połysk tej aury powoli i nieznacznie zaczyna blaknąć, jej siła jest średnia i nie onieśmiela czytających. Dojrzysz tutaj żelazne strzały tkwiące w cynowych pniach drzew, pozostawione przez nieznanego Ci łucznika. Obraz jawi się samotnie i melancholijnie, ale ile byś nie szukał, nie znajdziesz tu tajemniczego strzelca. Z pomiędzy liści i konarów, przebiją się promienie o barwie topazu, iskrząc na lotkach bełtów i lśniąc na korze drzew. Zapach lasu jest tu wyraźny, na myśl przywodząc aromat igliwia wprost z mroźnej tundry. Chociaż nie dostrzegasz ogniska, daje się tu słyszeć trzask płomieni. Jeżeli wyjmiesz strzałę z jednego z pni, bez trudu zauważysz jak ostry i twardy jest jej grot. Drzewce będzie elastyczne, ale też całość jest subtelnie gładka i przyjemna w dotyku. Smak stanowi ciekawe połączenie łagodności z goryczką, które po chwili kosztowania, ujawniają skrytą wcześniej kwaskowatość emanacji.
Wygląd: Verden to wysoki, muskularny, młodo wyglądający elf o jasnej karnacji. Wygląda na całkiem ładnego dla kogoś przeciętnego, jednak jego uroda wśród elfów uchodzi za zwyczajną. Skórę ma gładką i delikatną, na owalnej twarzy z mocno zarysowanymi kościami policzkowymi widać zadarty nos i ciemnofioletowe oczy, dzięki którym elf przeszywa ludzi swoim podejrzliwym spojrzeniem. ... (Więcej)


Powrót do Góry Druidów

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron