Valladon[Centrum Valladonu] Nie idźmy tam. To siedlisko idiotów.

Wielki rozległe miasto, skupisko ludzi, jak i innych ras. To miejsce odwiedza wiele istot, istot niebezpiecznych, magicznych ale także przyjaznych. Znajdziesz tu towary z całego świata, skarby i tajemnicze artefakty. Jeśli czegoś potrzebujesz znajdziesz to tutaj
Awatar użytkownika
Ásingerð
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ásingerð »

         Patrzyła na walczącego z własnym ciałem czarodzieja, zastanawiając się, czy jego strach powinien jej schlebiać, czy wręcz przeciwnie. Nie doszła do jednoznacznego wniosku, więc powiedziała tylko, że idzie po obiecaną maść i zostawiła gości samych. Obaj najwyraźniej nie przedstawiali zagrożenia, skoro wytłumaczyli się i przepraszali za wtargnięcie. Wychodząc usłyszała zadane przez Riordana pytanie, więc całą drogę z powrotem do kuchni pokonała bezszelestnie, przysłuchując się odpowiedzi maga, którą i tak planowała uzyskać w najbliższym czasie. Chwilę zajęło jej znalezienie słoika z odpowiednim lekiem, zwłaszcza, że starała się nie uderzać o siebie pojemnikami, by słyszeć Maurycego. Wreszcie jednak odnalazła odpowiedni i wyszła z kuchni. Po drodze sprawdziła jeszcze frontowe drzwi, które zgodnie z oczekiwaniami były zamknięte. Nocne powietrze dotarło już na parter i owiewało teraz twarz wchodzącej po schodach Ásingerð, która starała się, bezskutecznie, rozpoznać emocje mieszające się daleko od jej świadomości. Była tylko pewna, że złość nie wróciła, a rozbawienie barwi sobą wszystkie inne odczucia uniemożliwiając ich identyfikację. Westchnęła, bardziej w myślach niż fizycznie, z przyzwyczajenia zachowując ciszę, mimo że Maurycy skończył już mówić. Podeszła do niego od tyłu i, zapomniawszy o jego nerwowości, bez uprzejmych odchrząknięć, zapytała.
         - A macie jakiś pomysł, jak ten medalion odzyskać?
Awatar użytkownika
Maurycy
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Maurycy »

        Kiedy tylko pani tego zacnego domu opuściła salon, czarodziej zdołał się nieco rozluźnić i uspokoić dziko bijące w chuderlawej piersi serce. Odetchnął głęboko. Teraz miał okazję lepiej przyjrzeć się wystrojowi. Poza ekscentrycznym elfem z pięknym kotem na kolanach znajdowały się tutaj najróżniejsze precjoza i exotica maści wszelakiej, pokój ten, według Maurycego, mógłby uchodzić za wnętrze jakiegoś muzeum. Ładne, choć nie do końca zrozumiałe dla niego rzeźby, błyszczące się w świetle księżyca świecidełka w malutkich gablotkach, kilka starych książek na aksamitnych poduszkach, droga i pstrokato ubarwiona porcelana, i wiele innych ciekawych znalezisk, którym czarodziej w tej chwili się z zainteresowaniem przyglądał. Ásingerð już na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie bogatej mieszczanki i taką najwyraźniej była. Czy go to zdziwiło? No, nie bardzo. Mało czemu ostatnimi czasy się dziwił, a dokładnie od momentu zakupu tej cudacznej wieży. Kiedyś będzie musiał w końcu wyprosić balię ze swojego salonu/ sypialni/ kuchni/ jadalni/ składziku. Dobrze, że wychodek udało mu się na czas odkryć.
        Rozmyślania o naturze fizjologicznej przerwał mu cichy głos elfa, którego imienia nadal nie poznał. Nie, żeby nie chciał poznać — po prostu uważał to za zbyteczne, zważając na jego pamięć złotej rybki. Odchrząknął więc teatralnie, zakasał rękawy i, wykonując skomplikowany gest w stronę okrągłego podnóżka, odpowiedział:
        — Powiedzmy, mości elfie, że taki jest wymóg mojej pracy. — Poprosił skinieniem dłoni wspomniany podnóżek, by zbliżył się ku czarodziejowi. — Ależ nie, nie, to żadna tajemnica — uprzedził ewentualne pytanie mężczyzny. — Hmm, ale czy to jest naszyjnik? — zastanowił się, siadając na meblu, który właśnie zatrzymał się za jego nogami. — To raczej jest wisior. Tak, to na pewno wisior, choć pani Ásingerð twierdzi, że medalion, ale chyba będę skłonny się z nią nie zgodzić. Niemniej, jak zwał tak zwał, ten przedmiot ma dla mnie wielką wagę, w metaforycznym sensie. Nie sentymentalną, ale... Hmm, jak to ująć? Może pieniężną? Tak, wagę pieniężną. Widzicie, mości elfie, w tym wisiorze tkwi wiadomość, zapieczętowana wiadomość, którą niezwłocznie muszę dostarczyć pewnemu człowiekowi, nazwijmy go „partnerem biznesowym”. Otóż, mój partner biznesowy jest osobą o małych pokładach cierpliwości, a bardzo ceni sobie każdą precyzyjnie wyliczoną monetę, i bardzo nie lubi, kiedy choć jedna nie jest w stanie do niego trafić.
        Nie był pewien, czy stan, w jakim znajdował się elf pozwalał mu na przyswojenie tak dużej ilości informacji, lecz Maurycy zepchnął tę niepewność w głąb świadomości i kontynuował wywód:
        — Wiadomość została magicznie zapieczętowana i tylko ja wiem, jakiego zaklęcia użyć, by ją odpieczętować. Tak się składa, że przy okazji przekazywania wisiora życie stracił mój dobry kolega, a jego ruchomości poddano aukcji. Po nitce do kłębka, tak trafiłem do domu pani Ásingerð, która wydaje się wiedzieć, na czym mi zależy.
        Siedział tyłem do drzwi, więc podskoczył nerwowo, usłyszawszy miękki, choć chłodny głos kobiety. Czarodziej ześlizgnął się na podłogę, głucho o nią uderzając, aby zaraz błyskawicznie się podnieść i poprawić przekrzywiony kapelusz, spod którego raczyło wypaść pióro. Odchrząknął.
        — Droga pani, szanuję za chęci usytuowania mnie na stanowisku głównego stratega, lecz czy mogłaby droga pani tak się nie zakradać? Byłbym zszedł na zawał, a przyznam się, że pragnę jeszcze pożyć.
        Klasnął w dłonie, a podnóżek raczył wrócić na miejsce, z którego został wcześniej przywołany. Czarodziejowi nie przyszło do głowy, co może się w tej chwili dziać pod czupryną biednego elfa — zapewne przyprawił go o mdłości lub inne nieprzyjemne odczucia.
        — Powiedziała pani, że został pani ten wisior skradziony — zaczął. — Może warto by zatem popytać w lokalnej Gildii Złodziei?
        Beztroska natura Maurycego nie pozwalała mu logicznie myśleć i dojść do wniosku, że lokalna Gildia Złodziei może nie być tak skora do rozmów, jak on by tego sobie życzył.
Awatar użytkownika
Riordan
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 5 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Riordan poczuł się dziwnie, czego powodem nie był, bynajmniej galopujący ochoczo w kierunku czarodzieja podnóżek. Z tym sprawa była prosta. Albo stał od początku tam, gdzie teraz się zatrzymał, co oznaczałoby, że jego osobliwe zachowanie było jedynie wytworem sfatygowanego umysłu elfa, ergo, zajścia nie było, albo rzeczywiście przybiegł do maga na jego polecenie, co wydawało się jedynie unaocznieniem jednego z licznych akapitów definicji słowa „czarownik”. Tego pomiędzy ustępem o renomowanych placówkach kształcących przyszłych czarodziejów a opisaniem metod palenia wyżej wspomnianych.
        W każdym razie, podnóżek, nadal galopem, wpadł do departamentu spraw nieistotnych, podwinął nóżki, układając się wygodnie na miękkim dywanie i tam pozostał. Tymczasem elf głowił się już nad paradoksem, który faktycznie miał miejsce. Czarodziej, zdawało się, właśnie ubiegł pytanie, którego Riordan nawet nie planował zadawać. Czy mogło być to zatem jego pytanie, czy pozostawało biednym, bezpańskim i w dodatku uprzedzonym wyrażeniem, które w poczuciu absolutnego braku własnej wartości gotowe byłoby zrobić sobie krzywdę? Te rozważania, jak wiele innych na podobnym szczeblu abstrakcji, pozostały bez odpowiedzi, bowiem elf właśnie zorientował się, że czarodziej kończy deliberować nad właściwym terminem opisującym biżuterię, której tak pragnął i wyraźnie zmierza w kierunku sedna.
        Milczał, biernie obserwując dalszy rozwój zdarzeń. Właściwie zaczynało mu się to podobać. Były ciekawe postaci, jakaś tajemnicza, zaszyfrowana magicznie wiadomość w tle i nawet ciekawe oświetlenie, a wszystko to bez opłaty za wstęp i ogromnych rzesz widzów.
        Podnóżek, z niespotykaną u zwid konsekwencją wrócił na poprzednie miejsce, przeczłapując tym samym do sąsiedniego segmentu, w którym mieścił się departament spraw rozwiązanych, podejrzanie podobny do tego, który właśnie opuścił. Zresztą miejsce, w którym zapewne powinny wisieć drzwi, oddzielające jedno od drugiego ziało smutną, poszczerbioną dziurą, pozwalającą na swobodny przepływ spraw, przez co te nieistotne pozorowały czasem rozwiązane, zaś rozwiązane stawały się szybko nieistotnymi.
        Tymczasem na deskach podłogi zaczynała zawiązywać się akcja, która kusiła obietnicą silnych doznań i odpychała wizją takichże zapachów. Riordan odniósł niejasne wrażenie, że przed ewentualnym spacerem w najbardziej zapuszczone zaułki Valladonu powinno powstrzymywać go coś jeszcze, ale zignorował śliskie, przeszywające wręcz przeczucie i z nadzieją na dalszy rozwój sytuacji powrócił do bacznej obserwacji. Dopisanie niezdrowego zaangażowania w sprawy, które powinien omijać do listy rzeczy źle łączących się z grzybami pozostawił na później.
Awatar użytkownika
Ásingerð
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ásingerð »

         Czarodziej wydawał się osobą mającą głowę na karku, a na głowie gruby worek odcinający go od rzeczywistości przez całe życie. Pomyślała nagle, że taki worek może ograniczać dopływ powietrza, którego brak bywa zgubny dla mózgu. Skarciła się jednak od razu, ponieważ worek, w większości przypadków, był tylko przenośnią, czyli nie należało się nim przejmować. Po połowie sekundy, którą zajęły jej powyższe rozważania, wróciła do głównego problemu. Przemyślawszy ostatnie wydarzenia w Valladońskim półświatku, mruknęła do Maurycego.
         – To nikt tutejszy. Teren wokół tego domu należy do mnie i nikt od lat nie złamał układu. W twojej historii – nie potrafiła się zmusić do dalszego tytułowania panem, człowieka, który przed chwilą niemal umarł ze strachu przed nią - można zauważyć niezwykłą ilość wypadków spotykających ten bardzo ważny wisior, czyli najpewniej komuś innemu również na nim zależy. Dość oczywiste staje się, że morderca twojego przyjaciela i złodziej współpracują, bądź jest to jedna osoba. W obu przypadkach odnalezienie złodzieja jest kolejnym krokiem ku odzyskaniu medalionu. Znam tylko jeden sposób, by poznać jego tożsamość. Nie podoba mi się to, lecz trzeba będzie zapytać Zwiadowcę. To właściciel kilku domów gry, Dorian Kreevar, który wie o niemal wszystkim, co dzieje się w Valladonie. - Milczała dłuższą chwilę, chodząc wolno po pokoju i poprawiając co tylko się dało. - Unikałam tego człowieka, od ponad pół dekady, nie pozwalając mu powiązać żadnych kradzieży, czy zabójstw z moim nazwiskiem. Ale cel podobno uświęca środki. - Zamknęła znów okno, tym razem na klucz, dając czarodziejowi czas na zaproponowanie innego sposobu. Ten jednak albo nie miał pomysłu, albo nie wpadł na to, że powinien go przedstawić. Westchnęła, znów bezgłośnie.
         – Obaj musicie stąd wyjść. Co zrobicie dalej, jest waszą sprawą. Możecie odejść w swoją stronę, bądź pójść ze mną. Ale w moim domu nie zostaniecie. - Wyszła przed kamienicę, po drodze zabierając długi, czarny płaszcz, w którym na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykła mieszczka. Gdy obaj goście wyszli zamknęła drzwi, upewniając się, czy zamek działa.
         Rzadko obserwowała nocne miasto z poziomu ziemi. Ulice, z licznymi zaułkami i kryjówkami, były dużo bardziej niebezpieczne niż dachy, czy ściany. I wielu więcej ludzi uważało, że potrafi się po nich poruszać. Ásingerð poruszała się nimi rzadko, lecz od bardzo dawna, a wciąż żyła, więc uznawała się za jedną z osób faktycznie umiejących poruszać się po nocnym Valladonie. Nie oglądając się stwierdziła, że obaj mężczyźni idą za nią. Jakkolwiek nie dziwiła jej decyzja maga, tak powód, dla którego szedł za nią również Riordan pozostawał nieznany. Nie chciała jednak analizować zachowania obcego jej i najwyraźniej nietrzeźwego elfa. Rozglądała się wciąż i nasłuchiwała, pilnując się równocześnie, by nie wyglądać na przesadnie uważną. Nie widziała nikogo, poza nagim mężczyzną, miniętym na ulicy tuż przy jej domu. Dosłownie na środku ulicy, gdzie prawdopodobnie upadł w drodze do domu i nie znalazł w sobie siły, żeby wstać. Jakież symboliczne…
         Skręcała w kolejne, coraz węższe i bardziej podejrzane ulice zbliżając się do dzielnicy biedoty, w której życie trwało przez całą dobę, a jego niebezpieczny i nielegalny charakter nie robił sobie niczego z pory dnia. Nie doszli jednak do tej niezaprzeczalnie urokliwej części miasta. Pod pewnymi względami Valladon był jak wybrzeże – praworządni, bogaci mieszkańcy żyjący i pracujący na lądzie, po drugiej stronie morze biedoty, zróżnicowane i niebezpieczniejsze, a pomiędzy nimi plaża, gdzie odrobina chaosu morza wpływała na ląd, dając możnym poczucie, że mogą nad nim panować. Pływają w płytkich wodach, nie zdając sobie sprawy, że utoną, gdy tylko stracą grunt pod nogami. Nie była jedyną osobą, której nasunęło się to skojarzenie, dzielnicę, w której się znajdowali często nazywano Nabrzeżem. Nabrzeże było idealnym środowiskiem dla Kreevara, zajętego całym miastem, okradającego bogaczy i biedaków w swoim ‘Szóstym zmyśle’ domu gry i rozpusty oraz głównej siedzibie kartelu w jednym. Kilka zakrętów przed celem tej przechadzki, zmieniła swój sposób bycia. Zaczęła oddychać troszkę głośniej, pozwalała kamyczkom pod jej stopami chrzęścić, dla słuchu przeciętnego człowieka dopiero teraz zaistniała. Nie pożałowała tej decyzji. Już po kilku minutach ktoś zaczął ich obserwować, a to był teren Zwiadowcy. Nie chciała dojść do celu. Sześć lat temu pewien młodzik z nie liczącej się szajki, zaczął kraść sekrety. Dopiero po roku ówcześni przywódcy półświatka zaczęli się nim przejmować. Było już jednak zbyt późno. Dorian Kreevar zbudował ogromną sieć szpiegów i znał już sekrety wszystkich liczących się dla niego osób. Ásingerð, w przeciwieństwie do reszty, pomyślała o niebezpieczeństwie, jakie stwarzał człowiek doceniający wartość sekretu, dlatego swój chowała przed Zwiadowcą bardzo głęboko. Nie dał rady powiązać Ándy, pojawiającej się od kilku dekad złodziejki i zabójczyni, z młodą i grzeczną krawcową Ásingerð Norğstein, choć próbował. Teraz zamierzała się mu wydać, tylko dlatego, że ją okradziono. Wiedziała, że to głupie, że cena jest wysoka, a nagrodą w najlepszym wypadku, będzie średniej urody wisior. Ale nie czuła się pewnie, a tego nie potrafiła znieść. Dlatego otworzyła drzwi ‘Szóstego zmysłu’.
         Powietrze budynku o dziwo nie było zadymione, co pozwalało dokładnie się przyjrzeć. Wnętrze było przedzielone na pół. Na lewo od wejścia stały stoły do wszelakich gier, przy których ludzie, krzycząc z radości lub złości, tracili swoje pieniądze. Po prawej stronie znajdował się bar i nie cichsze stoły, do rozmów i spożywania trunków. W nieco ciemniejszym kącie siedziało kilka osób wyglądających podejrzanie normalnie, którzy najprawdopodobniej sprzedawali narkotyki. Po lewej stronie dywany ułożone były wszędzie tam, gdzie ich obecność dało się uzasadnić. Po prawej częstotliwość wylewania trunków była najwyraźniej większa, a pranie dywanów okazało się uporczywe. Na ciemnych deskach było widać tylko ślady po nich. Poza hałasem tylko jeden element nie robił sobie niczego z granicy na środkowym przejściu. Prostytutki płci obojga krążyły po całym przybytku, prezentując gościom swoje rozmaite wdzięki. Ásingerð interesowały jednak tylko drzwi dokładnie naprzeciwko niej. Były ledwie widoczne, obite tym samym materiałem co ściany. Nigdy nie była w tym budynku, lecz wiedziała, że prowadzą do biura Kreevara. Od momentu wejścia starała się wcielić w młodą mieszczankę, która przyszła tutaj z własnego wyboru, jednak nie była gotowa na miejsce tak zdeprawowane i niebezpieczne. Wiedziała, że przyciągnie tym uwagę pracowników, nie ujawniając jeszcze informacji którą chciała przehandlować.
         – Tę rozmowę powinnam przeprowadzić sama. Jeśli chcecie czekać, zostańcie w tej izbie. Teraz musimy się rozejść. - powiedziała do Riordana i Maurycego. Miała nadzieję, że wyglądający na narkomana elf i karykaturalny mag, zostaną uznani za przypadkowych mieszkańców Nabrzeża, który spotkawszy szukającą wrażeń panienkę, doprowadzili ją tutaj.
         Weszła między stoły gier i przyglądała się zręcznie i rzadko uczciwie rozdawanym kartom. Czasem przystawała, jeśli gdzieś tłumaczono zasady jakiejś gry. Kilka z nich znała, ponieważ w młodości w podobnym miejscu podawała trunki. Znała też część z używanych przez rozdających sztuczek i potrafiłaby je wykonać, gdyby tylko poćwiczyła. Nie miała jednak zamiaru tego robić. Korzystała z umiejętności nabytych w tej dzielnicy, jednak odcinała się od wszelkich wspomnień z tamtych czasów, które nie były jej potrzebne, a szulerskie sztuczki nie były. Nie trwało to długo, nim podszedł do niej młody mężczyzna, próbując protekcjonalnie stanąć nad nią, lecz była od niego wyższa. Stanął więc półbokiem, na gust Ási zbyt blisko i zaczął mówić prosto do jej ucha tonem, który mógłby być szeptem, gdyby w harmidrze dało się słyszeć coś poza podniesionym głosem.
         – Jesteś tutaj nowa. - stwierdził. - Jeśli chcesz, mogę cię wprowadzić w to, co się tutaj dzieje.
- Bardzo przepraszam. - powiedziała na tyle cicho, by nie wyjść z roli przerażonej dziewczynki, ale na tyle głośno, by słyszał. - Nie chcę grać. Chciałam tylko porozmawiać z właścicielem. - Jej głos zrobił się bardziej piskliwy i płaczliwy niż kiedykolwiek wcześniej.
- Tylko? - parsknął tamten. - Pan Kreevar nie rozmawia z każdym.
- Wiem. - przerwała mu szybko spuszczając wzrok. - Bardzo przepraszam. Mój brat, Krale… od kilku dni nie wrócił do domu. Rodzice zawiadomili straż, ale ja martwię się, że oni nic nie zdziałają. Kiedy ostatnio go widziałam wychodził do tego miejsca i myślałam, że czegoś się dowiem. - Teraz brzmiała, jak gdyby już ledwie powstrzymywała łzy. Była dumna ze swojej gry aktorskiej, zwłaszcza, że niezbyt dobrze pamiętała płakanie. Patrzyła na mężczyznę, który przez chwilę zamyślił się, zapewne próbując upewnić się, czy żaden z ludzi Zwiadowcy nie był zamieszany w zniknięcie chłopaka. Po długiej chwili milczenia między nimi, które dzięki ogólnemu hałasowi nie było uciążliwe, wreszcie uśmiechnął się i odpowiedział.
- Straż nie potrafi się tutaj poruszać, ani rozwiązywać problemów. Choć ze mną. - Zaczął prowadzić ją do baru, by usadzić na stołku przy ścianie z drzwiami do gabinetu. - Pan Dorian jest zwykle bardzo zajęty, - tłumaczył lawirując z nią między stołami, prostytutkami i kelnerami – Ale może znajdzie dla ciebie teraz chwilę, skoro tak ładnie prosisz. - Pokiwała tylko głową. - Posiedź sobie tutaj, a ja z nim porozmawiam. - Zostawił ją samą.
- Coś podać? - zapytał barman od razu widząc w niej potencjalną ofiarę
- Może coś słodkiego? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, a jako że jej potencjalny oprawca od razu odszedł, zaczęła się zastanawiać, jaka rozmowa toczy się tuż za ścianą. Chłopak zapewne mówi szefowi, że młoda dziewczyna, raczej z dobrego domu, szuka brata. O jego zaginięciu ani pracownik, ani szef nie mogli słyszeć, więc sprawa jest dziwna. Dziewczę jest jednak tak niewinne i wystraszone, że łatwo będzie je oszukać, biorąc za drobny wysiłek dużą zapłatę, na przykład nowy sekret do kolekcji, który dziewczęciu wyda się nieistotnym detalem jej życia. Była pewna, że mężczyzna, z którym rozmawiała, będzie ręczył, że to łatwy łup. Plan sklecony po drodze miał spore szanse zadziałać. Wstrzymała oddech, gdy ofiara jej podstępu podeszła do niej.
- Pan Kreevar przyjmie cię już teraz. - oznajmił i delikatnie chwytając ją za ramię pociągnął w stronę gabinetu. Szybko zerknęła na salę i zobaczyła, że Riordan zdążył zaprzyjaźnić się już ze sprzedawcą narkotyków. Nie znalazła Maurycego, mimo że wyróżniał się z tłumu. Musiała ponownie opuścić głowę, by nie wyjść z roli. Drzwi zbliżyły się i otworzyły. Weszła do małego i surowego pomieszczenia.
- To właśnie ona. - Drzwi zamknęły się. Ásingerð znalazła się w jednym pokoju z prawdopodobnie najniebezpieczniejszym człowiekiem w Valladonie.
Awatar użytkownika
Maurycy
Zbłąkana Dusza
Posty: 9
Rejestracja: 4 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Maurycy »

        — Ach, tak, tak — zgodził się z właścicielką domostwa, że czas najwyższy je opuścić, i to drogą konwencjonalną.
        Pospieszył więc za nią drobnymi kroczkami, nie chcąc się narazić jej wystarczająco styranym pokładom cierpliwości. W końcu, jakby nie patrzeć, wleźli z buciorami do obcego domu jeden z drugim i jeden gorszy od drugiego bez zaproszenia, jak do siebie. Gdyby nie fakt, że jego aktualny dom sam potrafił wyprosić nazbyt rozgaszczających się przybyszów, to Maurycy byłby niemalże zrozumiał, a nawet utożsamiał się z panią Ásingerð. Niestety, on nigdy włamu nie doświadczył — co najwyżej drobnej napaści na swój kram lata temu, bodajże gdzieś na południu Alarani, ale to porównanie było w tej chwili nijak nie trafione, no bo przecież w kramie nie spał, nieprawdaż? Niemniej, życie nadal było mu miłe i tak szybko rozstawać się z nim nie chciał.
        Nie chciał również doświadczyć tortur ze strony wcześniej mianowanego partnera biznesowego, zatem nie oponował, gdy kobieta zaproponowała potencjalne rozwiązanie ich wspólnego problemu. Nie wiedzieć czemu, elf postanowił za nimi podążyć, choć jemu prawdopodobnie nic ze strony półświatka nie groziło. W każdym razie, Maurycy doszedł do wniosku, że przynajmniej będzie z kim porozmawiać po drodze, bo już w tej chwili widział, że Ásingerð nie miała do tego głowy. A gdyby jeszcze czarodziej zaczął jej przeszkadzać, to z pewnością straciłby swoją, a był do niej wyjątkowo przyzwyczajony. Można by rzec: przywiązany.
        Miasto nocą nie było dla niego szczególnie inne od tego, jak wyglądało za dnia. W pewnym momencie swojego życia zgubił gdzieś rachubę czasu i przestał interesować się szeroko pojętą dobą oraz jej porami, zatem dnie i noce niekiedy raczyły się zlewać w jego umyśle w jedność, zakłócając nierzadko porządek życia. Niemniej, w tej chwili nic nie sprawiało mu problemów, więc zakładał, że wszystko było cacy. Splótłszy ręce za plecami szedł już spokojniejszym krokiem, kawałek za kobietą, ślepo wręcz podążając jej śladem. Nie miał zbytniego wyboru, w końcu to ona posiadała niezbędne do przeżycia informacje. On mógł jedynie przytakiwać.
        Zamyślił się. Oddał się filozofowaniu na tematy nieważne, błahe i trywialne, jak ludzka egzystencja, jej sens i przeznaczenie. Rozmyślał również o naturze jego wieży, która stała sobie grzecznie gdzieś na rubieżach wielkiego miasta Ekradonu, wyglądając ponad okoliczne budynki i wzbudzając jednocześnie wiele kontrowersji oraz ciekawości wśród tamtejszego ludu. Przez głowę przelatywały mu z prędkością światła najróżniejsze pomysły, plany, działania, chęci i zamiary, podczas gdy nogi same prowadziły go ku przybytkowi, którego nazwy nie znał.
        Zrównał się z elfem:
        — Coś niezdrowo wyglądacie, elfie — zauważył rychło w czas. Słychać było delikatną troskę i nutę współczucia w jego głosie.
        I w sumie tyle miał do powiedzenia, bo wnioski zagubiły się w jego podświadomości, gdy nadepnął sobie na szatę i nieomal byłby się przewrócił. W porę poratował się mikrymi umiejętnościami telekinetycznymi, aby odepchnąć się od twardego i nazbyt szybko zbliżającego się gruntu. Zachwiał się, zanim złapał równowagę. Odchrząknął wymijająco, poprawił kapelusz i ruszył dalej, ukrywając pod rondem czerwieniejące czoło.
        W ostatnim momencie zatrzymał się tak, by nie wpaść na stojącą przed nim Ásingerð. Weszli do budynku. Natychmiast zaciągnął się specyficznie miękkim i ciężkim powietrzem pachnącym kurzem oraz piwem. Czarodziej przyciągnął uwagę kilku gości, choć sam nie zwracał na nich uwagi, uważnie przyglądając się ciekawie namalowanym obrazom wiszącym na każdej ze ścian izby. Większość przedstawiała w zasadzie kolorowe plamy, jakby przypadkowo rzucone przez pędzel. Dwa za to prezentowały karykaturalne postaci jakichś ludzi, których Maurycy nie był w stanie zidentyfikować — nie, żeby miał pamięć do twarzy. Włożył ręce w obszerne rękawy szaty, po czym skierował wzrok na Ásingerð i przytaknął w geście zrozumienia. Odprowadził kobietę wzrokiem, podziwiając jej talent aktorski, a gdy zniknęła w tłumie, raz jeszcze postanowił się rozejrzeć.
        Tym razem zauważył wścibskie spojrzenia kaprawych oczek świecących w ciemnych kątach izby. Nie namyślał się długo, by chwycić elfa pod ramię i zaprowadzić go w stronę skórzanej kanapy. Miał ochotę sobie usiąść, niekoniecznie ze spokojną głową, lecz wolał mieć na oku nietrzeźwego kompana. Jak już wcześniej zostało wspomniane: życie było mu nadal miłe. Przeszli cicho po miękkich, futrzanych dywanach; po drodze zaczepiło ich co najmniej dwóch żigolaków i trzy prostytutki, ale Maurycy zawczasu grzecznie odmawiał, odciągając zaciekawionego elfa od tych osób. Jak na kogoś, kogo umysł otępiony był [prawdopodobnie] używkami, mężczyzna zdołał raz przeciągnąć czarodzieja. Ten jednak zaparł się i zakorzenił w jednym z dywanów.
        — Prosiłbym — rzekł cicho — aby ta wizyta odbyła się bez awantur. To ostatnie, czego mi... nam trzeba.
        Usiadł, ciągnąć elfa za sobą. Próbował wszelkimi siłami wyglądać na potężnego mędrca, zbijając w sobie chęć nerwowego zerkania na Kompas, choć kilka razy uległ pokusie. Na szczęście, wieża niezmiennie trwała w tym samym miejscu, w którym raczył ją zostawić, choć obawiał się, że ten stan mógł się wkrótce zmienić. Odetchnął głęboko, wyglądał na spiętego.
        Te kilkanaście sekund wystarczyło, by zapodziać elfa. Zaklął szpetnie. Jak można zgubić dorosłego mężczyznę?
        — Jak widać, można — odpowiedział sobie na głos. — I to wcale nie jest takie trudne, jak się wydaje...
        Wstał, strzepnął rękawy, rozejrzał się. Widok na szynkwas przysłonił mu półgoły tors obleczony w paski skóry. Czarodziej uniósł wzrok.
        — Może w czymś...? — zapytał mężczyzna drapieżnym tonem, choć nie zdążył dokończyć.
        — Przykro mi, że panu przerywam — odparł Maurycy nieco skrzeczącym głosem — lecz zmuszony jestem po raz kolejny odmówić pańskim usługom. To już do tego doszło, że człowiek nie może sobie ot, tak, wejść do burdelu i posiedzieć na kanapie ze swoim mało trzeźwym elfim znajomym, by swobodnie pogawędzić, bo zaraz zacznie mu ktoś przeszkadzać? I to w tak natarczywy sposób! No, naprawdę! Proszę... — zawahał się. — Proszę zejść mi z oczu albo doniosę pańskiemu przełożonemu o nękaniu klientów!
        Z każdym kolejnym słowem jego głos stawał się coraz wyższy i donośniejszy. Nie czekając, aż mężczyzna otrząśnie się z nagłego szoku, Maurycy ominął go i co prędzej ruszył ku szynkowi, aby odciągnąć elfa od potencjalnych dilerów narkotyków.
        — Chodźmy, mości elfie. — Podniósł go z krzesła. Elf przypominał topiący się ser.
        Nie wyszli. Byłoby to zbyt podejrzane. Usiedli przy jednym ze stołów, wśród obcych ludzi, którzy jedli, pili i nie zwracali na nich uwagi.
        — Jak pragnę zdrowia — westchnął ciężko czarodziej, zaczerpując tchu. — Jak żyję, nie spotkałem jeszcze tak szybko przemieszczającego się narkomana, słowo daję... Oby pani... Oby jej się przynajmniej jakoś układało...
Awatar użytkownika
Riordan
Błądzący na granicy światów
Posty: 12
Rejestracja: 5 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Riordan »

        Bruk był zimny, mokry i sprawiał wrażenie jakby odpychał od siebie wszystko, co próbowało go dotknąć. Nie zdołał jednak przemóc nagiego mężczyzny, który, wnioskując z niezbyt imponującego tempa, zdołał był się przeczołgać na środek ulicy, dając elfowi nadzieję na powrót szczątkowej wiary w ludzkość. No bo jeżeli pełzł, znaczy że dążył. Dążenie zaś, wedle wszelkich praw rządzących światem materialnym, zakładało istnienie jakiejś drogi, a przede wszystkim celu u jej kresu. Można było zatem założyć, że mężczyzna pragnął spędzić tę noc wygodnie i z godnością, a jedynym, co go od tego odwiodło były czynniki zewnętrzne. Tak, czy inaczej, Riordan bez żalu opuścił ten sztandarowy przykład przedstawiciela gatunku ludzkiego i podążył za kobietą i jegomościem. Ich losy wydawały się znacznie bardziej interesujące. Wiedział co miałby do powiedzenia na ten temat Rudzielec, gdyby tam był. Przez chwilę wręcz widział to doskonale znane spojrzenie wielkich, żółtych oczu, które nawet jako wyobrażenie zdawało się zwiastować długie kazanie na temat odpowiedzialności i głupoty, mające na celu jak najwyraźniejsze wywyższenie tej pierwszej ponad drugą. Wizja jednak szybko rozpłynęła się w odświeżonym niedawnym deszczem powietrzu i nie wiedzieć czemu, jak to zresztą zwykle bywało, ostatnim co zniknęło był ciężki, złośliwy wręcz uśmiech kota.
        Elf poczłapał za kobietą, która najwyraźniej wiedziała dokąd zmierza. Bywały chwile, że ulice i mijane budynki zdawały się płynąć szybciej niż powinny, a nudna droga poprzez dobrze znane miasto zwyczajnie znikała, jako element zupełnie nieistotny. Rozgwieżdżony nieboskłon zdawał się wtedy otulać rzeczywistość jak rozwieszony na dwóch krzesłach ciężki koc, stanowiący korytarz, którym należy przeczołgać się, aby dotrzeć do przytulnego gniazda z kołder i poduszek. To nie była jedna z tych chwil. W tamtej chwili Riordan po prostu szedł ulicą, starając się nie pośliznąć, a jednocześnie utrzymać równe tempo. Domy spały.
        Nie spodziewał się zainteresowania ze strony czarodzieja. Właściwie rola obserwatora stała się już dla niego zupełnie naturalna. Tym bardziej zdziwiła go nuta troski w jego głosie. Jeszcze bardziej zdziwił go jego własny, cichy i jakby rozsypujący się w przestrzeni głos.
        - Mam ostatnio trudniejszy o…
        Przystanął, spoglądając beznamiętnym wzrokiem na jegomościa, który toczył właśnie krótką, ale zawziętą walkę ze światem. Kiedy jasnym stało się, że nie zamierza fetować zwycięstwa, Riordan ruszył za nim.
        - ...kres.
        Budynek, przed którym się zatrzymali nie różnił się niczym od pozostałych. No, może tylko tym, że w przeciwieństwie do reszty żył. I to bardzo. Już z daleka raczył przechodniów niezwykle intensywną mieszanką dźwięków i niewiele jej ustępującą kompozycją zapachów. Z resztą w czystym, jałowym niemal powietrzu aromat inny niż mokry był jak orka na ugorze. Ta czarno-biała. Z płetwami.
        W pewnym momencie inne poczucie wybiło się jednak ponad obie mieszanki. Ktoś nowy zjawił się pośród niezbyt starej trójki. Przy czym określenie „zjawił” było w tym wypadku aż nazbyt trafne, bowiem ów ktoś nie podszedł, nie podleciał, nie zmaterializował się, ani nie teleportował. Po prostu. W pewnym momencie zaczął być, jakby był od zawsze. Dopiero po chwili poszukiwań Riordan przypisał zjawisko do kroczącej na przedzie kobiety. Kolejną chwilę zajęło mu zorientowanie się, że najzwyczajniej w świecie zmieniła ona sposób bycia. Wzruszył ramionami, bo i cóż więcej mógł zrobić?
        Otwarcie drzwi sprawiło, że gęsta atmosfera miejsca wezbraną falą uderzyła w przybyłych, w dziwny sposób nie rozrzedzając się ani trochę wewnątrz. Pierwszym, dosyć oczywistym stwierdzeniem Riordana był fakt, że otaczających go bodźców jest zdecydowanie więcej niż w tej chwili byłby w stanie udźwignąć. Być może właśnie dlatego bez najmniejszego oporu pozwolił czarodziejowi przeprowadzić się przez wnętrze pełne ludzi z gatunku tych głośnych i tych przesadnie cichych. Po chwili odzyskał jednak orientację i wrażliwość na piękno, zwłaszcza, że jego materialne formy w różnych postaciach zaczęły przejawiać zainteresowanie przybyszami, jednak jegomość nie pozwolił zbyt długo ponapawać się widokiem, ciągnąc Riordana dalej, w głąb przybytku. Uwagę o awanturach zwyczajnie zbył, no bo przecież kto jak kto, ale on był ostatnią osobą skorą do wszczynania burd. Wychodziło więc na to, że czarodziej mówił do siebie, albo kogoś jeszcze innego.
        Wreszcie przysiedli na jednej ze stojących pod ścianą otoman. Riordan nie wysiedział długo, bowiem w przeciwnym końcu sali dostrzegł mężczyznę ćmiącego drobną fajkę. Jednak to nie on przykuł uwagę elfa, a właśnie owa fajka, a konkretniej wydobywający się z niej wyjątkowo gęsty i lekko żółtawy dym. Bez wahania, choć w tej sytuacji byłoby ono raczej wskazane, wstał i, lawirując pomiędzy ludźmi, którzy wiedzieli dokąd zmierzają i tymi, którzy błąkali się bez celu, ruszył w stronę mężczyzny. Tamten widać, z miejsca wyczuł intencje, bowiem spojrzał zachęcająco w stronę Riordana i wyjął spod ławy sporą torbę.
        - Chcesz poznać cuda nie z tego świata – zagadnął, wygaszając fajkę – zaznać prawdziwego szczęścia, a może po prostu zapomnieć o trudach i utrapieniach? Hę? Z których to jesteś?
        - A macie coś ciekawego? - odparł pytaniem, bardziej z ciekawości, niż w nadziei na dobry zakup. Mężczyzna uśmiechnął się półgębkiem, spoglądając na elfa z lekkim rozbawieniem.
        - Mam tu wszystko, czego mógłbyś zapragnąć. To – zaczął, wyciągając woreczek, który sądząc po zapachu zawierał susz passiflory – sprawi, że zapomnisz o troskach i odprężysz jak nigdy. To zaś – sięgnął i przesypał w palcach skruszone liście szałwii wieszczej, między którymi Riordan bez trudu rozpoznał znaczne ilości najzwyklejszej mięty – pozwoli ci zajrzeć w głąb siebie. Za to to cudeńko – uśmiechnął się jeszcze szerzej, łypiąc spod niezbyt bujnych brwi i hołubiąc coś w dłoniach – ukarze ci rzeczy, których nigdy nie widziałeś. Ale nie doradzałbym tego słabszym umysłom. To rzecz naprawdę mocna, a dla niewprawionych wręcz niebezpieczna – mówiąc to postawił przed elfem szkatułkę, w której znajdowały się drobinki najzwyklejszego w świecie sporyszu.
        Riordan przez dłuższy czas patrzył na odstawianą przed nim scenę ciężkim wzrokiem z lekko przechyloną głową i z każdą chwilą sączył coraz więcej zwątpienia. Kiedy handlarz wreszcie skończył i dostrzegł minę niedoszłego klienta, wyraźnie oburzony reakcją chwycił wyjęte produkty i warknął, jakby poganiał dziewkę, która stojąc w samej spódnicy zaczyna nalewać sobie wina.
        - To bierzecie coś, czy nie?
        Riordan uśmiechnął się kpiąco i nie zdołał powstrzymać parsknięcia. Nie żeby sytuacja była wyjątkowo zabawna. Po prostu uśmiech w pewnych chwilach i przy pewnym wspomaganiu sam ewoluował.
        - Wybaczcie, proszę – odparł najuprzejmiej jak umiał. - Gdybym potrzebował chwastów, wypieliłbym ogródek – Zorientował się dopiero, kiedy na twarz rozmówcy wstąpił nieprzyjemny grymas. - Naprawdę nie chciałem urazić…
        Nie dokończył. W tym samym momencie zjawił się czarodziej i znów chwycił Riordana, jakby był małym dzieckiem. Elf nie zaprotestował co prawda, bo wiedział, że czasem to nawet dobrze się składa, że traktują go w ten sposób, ale dość szybko i dość delikatnie wykręcił się i podążył za jegomościem. Nie chodziło tu o jego godność, bowiem w nią od dawna nie wierzył, ale o coś bardziej podświadomego i niewypieralnego. Może o swobodę?
        Usiedli przy stoliku, do którego niezwykle szybko przyplątała się szynkarka. Riordan bardziej w ramach ceremoniału niż rzeczywistego pragnienia zamówił piwo i siedział dalej, przyglądając się czarodziejowi, a po chwili i temu co za nim. A za nim zjawił się półnagi mężczyzna opięty fantazyjnymi skórzanymi paskami, spod których doskonale widać było doskonale wyrzeźbiony tors. Ogólnie rzecz biorąc od stóp do szyi stanowił chodzący wzór proporcji i estetyki. Twarz, choć równie męska, z mocno zarysowaną szczęką, głęboko osadzonymi oczami i imponującą, zadbaną brodą, wykrzywiał niezbyt ponętny grymas smutku, zdziwienia i może jeszcze gniewu… Tak to zdecydowanie był gniew. Właściwie, gdyby się tak dokładniej przyjrzeć, to był głównie gniew.
        Riordan trwał w bezruchu, podziwiając przybysza, z całych sił starając się skomplementować go samym spojrzeniem. Doceniał piękno i lubił, kiedy piękno czuło, że jest faktycznie doceniane.
        - Jeszcze nikt nigdy nie potraktował mnie w ten sposób! - zawołał, a łamiący się głos ujął mu nieco doskonałości.
Awatar użytkownika
Ásingerð
Błądzący na granicy światów
Posty: 13
Rejestracja: 6 miesiące temu
Kontakt:

Post autor: Ásingerð »

         Gabinet okazał się zaskakująco jasny i pusty. Stało tam tylko kilka mebli, a wnętrze rozświetlały dwie lampy olejne. Na samym środku tego obrazka, oparty o blat stał Dorian Kreevar. Najpierw obrzucił chłopaka, który ją wprowadził, wzrokiem morderczym, a potem skupił się na niej.
- Ásingerð Norğstein – stwierdził, a ona skinęła głową. - Czego szanowana dama, może chcieć od zwykłego handlarza przyjemnością?
- Proszę sobie nie umniejszać. Człowiek, który w tak młodym wieku kieruje półświatkiem przestępczym dużego miasta, nie powinien być aż tak skromny. - uśmiechnęła się uprzejmie. - Przyszłam tutaj, ponieważ masz potrzebną mi informację, a informacje o mnie próbujesz zdobyć od kilku lat.
- Proponujesz wymianę? - milcząc obszedł biurko i oparł się o stojące za nim krzesło.
- Handel. Ty powiesz mi wszystko, o tym, co mnie interesuje, ja odpowiem ci na wszystkie pytania dotyczące mnie. - Nie spuszczała z niego wzroku, zauważając najdrobniejsze ruchy. Wiedziała, że jest zainteresowany jej propozycją, choć próbował to ukryć. Wszystko zależało teraz od niego. Powiedziała Kreevarowi, że czegoś od niego potrzebuje. Odsłoniła się, będąc na jego terenie.
- Zgoda – stwierdził wreszcie mężczyzna i krótkim gestem wygonił stojącego w kącie chłopaka do głównej sali. - Jakie tajemnice kryje pani Norğstein? - Ási pokręciła tylko głową.
- Jesteśmy w twoim biurze. Możesz kazać mnie związać, albo zabić, jeśli zechcesz, oba. Mógłbyś też zrobić to sam. Poza tym, moje pytanie może być dla ciebie cenniejsze niż twoja odpowiedź dla mnie. Nadal pasują ci warunki? - Mina Kreevara świadczyła o tym, że nie do końca. Prawdopodobnie rozważał którąś z wymienionych przez Ási opcji darmowego zdobycia wiedzy. Zgodził się jednak, kiwnięciem niemal niezauważalnym.
- Kilka dni temu zamordowano pewnego kupca. Jego ruchomości sprzedano na licytacji. Jeden przedmiot, wątpliwej urody wisior, skradziono od nabywcy już dzień później. I wisior zniknął. Chcę wiedzieć, kto interesuje się tym medalionem. Kto gotów jest zabijać i kraść dla niego i kto ma takie możliwości. Powiesz mi, kto to, czy może on umknął twoim szpiegom? - Od razu zobaczyła, że Kreevar nie wie o tej osobie wszystkiego. W całej jego postawie widziała, że z nieudolnością szpiegów nie pomyliła się znacznie. Czekała cierpliwie, aż mężczyzna coś powie. Bo coś wiedzieć musiał.
- Człowiek, którego szukasz, wyjechał już z Valladonu. Nie znam jego imienia, nie wiem, jak na niego wołają. - Przyznanie się do niewiedzy nie przyszło mu z łatwością. - Wiem jednak z kim dogadał się w mieście… - milczał chwilę, testując cierpliwość Ási. Nie dała po sobie poznać zniecierpliwienia, choć odczuwała je, napierające na świadomość i krzyczące na Kreevara, by wreszcie zdradził tę tajemnicę. - Pajęczarze pomagali tajemniczemu przybyszowi w dwóch włamach, z których jeden skończył się zabójstwem, a drugi sukcesem. Choć nie był to włam do domu prawowitego właściciela medalionu. To już wszystko – uciął, wyraźnie zaznaczając, że na żadne pytania nie odpowie. - A teraz… Co dostanę w zamian?

         Wyszła z gabinetu, po zdradzeniu niemal wszystkich swoich sekretów. Rozmowa skończyła się wyjątkowo dobrze, dając obu stronom nadzieję, na przyszłą współpracę. Ásingerð czuła, że za informację zapłaciła wysoką cenę, ale teraz przynajmniej wiedziała od czego zacząć odzyskiwanie medalionu i poczucia bezpieczeństwa we własnym domu. Zdawała sobie sprawę, że pozbycie się włamywacza niczego tak naprawdę nie zmieni, ale wierzyła, że poczuje się lepiej. Szybko odszukała maga i elfa, siedzących przy jednym ze stolików przed dzbankiem piwa. Obaj patrzyli za odchodzącym żigolakiem, którego niewiele osób nazwałoby ubranym. Nie widziała twarzy czarodzieja, ale elf wyglądał trochę, jak naukowiec dokładnie badający konkretną plamkę na skrzydłach pięknego motyla. I to naukowiec niezwykle skrupulatnie podchodzący do swojej pracy. Podeszła do mężczyzn i przezornie nie zapytała co miało miejsce przyd chwilą. Po prostu przysunęła sobie krzesło i już siadając na nim, zaczęła przybliżać im sytuację, w jakiej się znaleźli. To znaczy ona i mag. Elf nie miał żadnego związku z medalionem, więc był jeszcze poza całym zamieszaniem.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Valladon”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość