Morze CieniaInwersja elfio-smocza: w poszukiwaniu wiosła

Śródziemne morze, rozciągające się od wschodnich krańców Gór Thargorn, aż po Półwysep Akal. Nie sposób przewidzieć pogody nad tymi przepastnymi wodami. Sztorm może zaskoczyć nawet wprawnych żeglarzy. Wody niedaleko Wulkanów Sori-Andu bywają gorące, tak jak wiatry, te zaś przy Lodowych Pustkowiach potrafią zamarzać nawet przy brzegach i nieść gry lodowe na wschód.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Harmoniusz
Błądzący na granicy światów
Posty: 10
Rejestracja: 10 miesiące temu
Kontakt:

Inwersja elfio-smocza: w poszukiwaniu wiosła

Post autor: Harmoniusz »

Poprzednim razem stało się to.

        Wiercipiętka kręciła się niecierpliwie na krześle, podczas gdy przedstawiciel Gildii Artystów i Sprzedawców Ryb starał się wyperswadować pewnemu rudzielcowi pomysł dalszego pijaństwa z głowy. Konwersacja przez to nie najlepiej się kleiła, a chłop informacje posiadał wystarczająco ciekawe.
        - Ale pan na pewno ją zna? Tą elfkę całą? - upewnił się Zerwikaptur.
        - No przecież powiedział, że zna, że u niego w sklepie robiła - wtrąciła się zabójczyni.
        - Dobrze, dobrze. Co, już człowiek zapewniania dostać nie może? A pan jak się nazywa, powtórzyć może?
        Rudzielec spojrzał nań mało przytomnie.
        - Aontlijj - wydukał niewyraźnie, czerwieniejąc na pyzatej gębie.
        - Ach, tak, tak. No, to panie... No, to pan tełaz na koszt gildii spać sobie tu, o, w gospodzie pójdzie, a my z koleżanką poczekamy, aż pan... łaczy wytrzeźwieć.
        Mężczyzna machnął ręką tak, że przewrócił kubek, świecę i miskę z gulaszem. Pożar, na szczęście, im nie groził, ale za to gospodarz na kawałku wieprzowiny się poślizgnął i wylał na głowę klienta pół kufla piwa.
***Dzień wcześniej***
        Harmoniusz na wieść, że Pao żeglowała tylko teoretycznie, zrobił bardzo zdziwioną minę, nie do końca wiedząc, jak na taką informację zareagować. Cieszyć się, że dziewczyna wie, do czego służy wiosło, którego nie ma, czy denerwować się, że praktyka elfki wynosi tyle, co egzystencja tego wiosła? To oraz inne pytania narastały stosem w głowie skołowanego chłopaka, kiedy ich łódka spokojnie, bez pośpiechu i samoistnie poczęła wychodzić bez pozwolenia z trytońskiego portu. Podrapał się w tył głowy. Mimo że wypił... dosyć dużo, jak na jego posturę, nie czuł się jakoś wybitnie pijany. Co prawda, zmierzając ku próbującej się podnieść Pao, potykał się co rusz albo o siedzenia, albo o własne przydługie nogawki, a fakt wbijającego się w drewno noża po prostu zignorował, lecz jego umysł najprawdopodobniej był najmniej skażony w porównaniu do pozostałej dwójki. Narrator tego wątku jednakże poddałby w wątpliwość przekonania chłopaka. Tak naprawdę najbardziej trzeźwym i przytomnym z całego towarzystwa był pies, a pozostała trójka razem wzięta miała w sumie jakieś dwie i pół sprawnie działające szare komórki. Przekonanie Harmosza obniżyło tę liczbę o pięć dziesiątych... On jednak na tak skomplikowanych obliczeniach się nie znał, uznał zatem, że wszyscy doskonale wiedzieli, co robią.
        Stanął w nabożnym zdumieniu, przyglądając się bardzo głupim wzrokiem osobie stojącej na molo. Osoba wyglądała na bardziej zirytowaną od niziołka-pesymisty, ładnie mówiąc... Chłopaka coś tknęło. Przełknął ślinę.
        - Płyniemy - oznajmił, choć pewność mu prawie w gardle stanęła.
        Niziołek smarknął w rękaw i rozejrzał się wokół, uniósł ręce w geście niezrozumienia.
        - No, ale jak tu płynąć, młodzianku, jak my wioseł nie mamy?
        - Zaraz coś wymyślimy.
        Mrugnął do Pao, choć ona taka w tej chwili spostrzegawcza, jak z niego baletnica.
***
        Dryfowali bezwiednie po tym nieszczęsnym morzu, a Harmosz dodatkowo znudzony gadaniem Pao rozłożony leżał na jednej z desek, próbując skupić się na jazgotaniu mew, a nie na uporczywym bólu głowy. No, bo co to ta gieografia cała? Ten wykład, wydawało mu się, że dobre dwa dni trwał, a oni tylko półtora płynęli... Zajęczał, zakrywając twarz rękawami koszuli. Nie dość, że noc była zimna jak... nie porównując, to w dodatku kaca teraz wszyscy leczyli. A raczej leczyliby, gdyby nadal siedzieli w karczmie. Ale dzięki pewnej osobie lub osobom właśnie w tej chwili raczyli sobie płynąć jakąś starą łajbą nie wiadomo gdzie i po co.
        Różypąk również zastękał.
        - I co my teraz zrobimy, co my zrobimy? - biadolił, kołysząc się w przód i w tył.
        Niedługo po wypłynięciu z Trytonii udało im się bardzo nieudolnie zatamować krwotok z dziury po pewnym palcu przy akompaniamencie pretensji niziołka. Teraz tylko siedział i obandażowaną kawałkiem koszuli Harmosza dłoń tulił do piersi. Faro spał z łbem na brzuchu chłopaka.
        - Nie tak głośno, bo łeb pęka - jęknął żałośnie, zamknął oczy.
        Powietrze było okropecznie słone, czuł jak suche zrobiły mu się od niego usta, a cera ogorzała. On tak sobie wmawiał, bo po dniu pływania to ledwie pryszcza mógł dostać. A i tak nie dostał.
        - Paaooo - zawodził do nieba. - Bo ty tyle wiesz... Jak słońce można zgasić? Byle szybko i skutecznie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Morze Cienia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość