[Centrum miasta] Trafił swój na swego


Miasto znajdujące się na południe od Leonii, na brzegu Oceanu Jadeitów. Zbudowane głównie z piaskowca i cegły suszonej na słońcu. Jest ośrodkiem handlowym tak jak pozostałe miasta znajdujące się na wybrzeżu.

Postprzez Rozalie » Pt cze 01, 2018 7:06 pm

Pokusa przekrzywiła głowę, nie bardzo wiedząc, co tak bardzo szokowało feniksa. Od razu zaczęła myśleć, czy może według niego jest za mało pokusiasta, by uczyć o rzeczach pokusiastych, czy może nie do końca wiedział, o co biega. A może… A może według niego była zbyt brzydka? No tak, w końcu ptaki już tak mają, wolą ptasie dziewuszki, a Rozalie była taka zwyczajna. Posmutniała, wiedziała, że to nie jej wina, iż nie spełnia feniksowych standardów, ale mimo wszystko ptaszysko mogłoby być grzeczniejsze. Przybrała więc niezadowolony wyraz twarzy i zebrała całą swoją pewność siebie, by móc się porządnie postawić.

- No co?! Jestem najlepszą nauczycielką pokusiastości! – krzyknęła niezadowolona.

Wtem ten bezczelny latający płomyczek zaczął ją dziobać i to w głowę! Z początku odruchowo Roz zakryła swą głowę i piękne rude włosy rękami, po czym wypadła na jakże genialny pomysł, by odlecieć kawałek i wyrzucić Dziobowi co o nim myśli.

- AUA! To bolało! Co ty sobie myślisz! Ja… ja nie wiem, dlaczego mnie krzywdzisz – gniew ustąpił, a w oczach pojawiły się łezki – Nie krzywdź mnie, przepraszam – wylądowała na ziemi i zwinęła się niczym kot w kłębek, pochlipując cicho. Dobrze, że uciekła w miarę szybko i jej włosy nie zdążyły za bardzo ucierpieć.

Wtem Hyia zaczęła coś gadać i to było takie trudne do ogarnięcia, choć wiadome było jedno, feniks jest przyszywanym wujkiem młodej, więc o nim paplała, ale co do reszty, któż wie. Piekielna obecnie i tak była bardzo urażona i smutna. Dopiero gdy zobaczyła lalkę, ruda natychmiast wstała i uniosła się kawałek nad ziemię zafascynowana.

- OJACIE! Jakie urocze! OOO! Piękne, jest jak ty! OJEJUNONIEMOGĘ! – zachwycała się kobieta, zapominając o wcześniejszej sprawie – a co w tym woreczku jest? Coś fajnego? Oo! Czyli Dziob… - zmrużyła oczy, patrząc na feniksa – Adekwatne masz imię…

Wtem Xeos nie wytrzymał, oświadczył, że odchodzi. Piekielna prawie się załamała. Zaczęła kawałek za nim lecieć.

- Czekaj, nie idź…! – on jednak nie oglądał się więc przybita Roz wróciła do płonących towarzyszy – okropny cham z niego… Najpierw to taki chętny na całusy i w ogóle a teraz… Ehhh… Ej Dziob, czy ja… czy ja jestem brzydka, czy to przez to? – znów jej się zebrało na płacz.

Wtem czarodziejka zaproponowała lot, gdzieś w nieznane, trochę polepszyło to Rozalie humor, ale miała ochotę lecieć na własnych skrzydłach, w końcu to chyba największy plus bycia pokusą, nie?

- ŁIiii! – wystartowała – Hej, na przygodę!




Lot trwał niezbyt długo, aczkolwiek rozpętała się okropna burza, ocean był niebywale wzburzony, błyskawice trzaskały na lewo i prawo, a od grzmotów bolały uszy. Wtem między czarnymi chmurami coś błysnęło. Miało fioletowawy odcień. Nim cale towarzystwo zdążyło się zorientować, gdzie są, byli w… mieście. Po okropnej pogodzie ani śladu słońce prażyło, a wokół przechadzali się ludzie. Jednakże, gdy tylko spostrzegli piekielną istotę, płonącą dziewczynkę i równie gorącego ptaka, zaczęli wrzeszczeć coś o apokalipsie i chować się w domach.

- A ich co ugryzło? Jakieś pomysły? Nie? Ouh… - rozejrzała się na opustoszałe w mgnieniu oka ulice, spostrzegła dwie kobiety oddane pogaduchom, jak tylko zauważyły nietypową trójkę, to zwiały. Przynajmniej z ich rozmowy piekielna wychwyciła nazwę miasta – Jesteśmy w Saorais.
Avatar użytkownika
Rozalie
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Esmeralda, Sechmet, Luna, Antar, Rozalie, Aurea, Delia, Mari, Nadeya, Nimfea, Sakura, Imelda, Anastasja, Xenja, Yrin, Zira,
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Rasa: Pokusa
Aura: Aura o średniej mocy, w głównej mierze przywłaszczyła sobie cynową barwę, chociaż widnieje w niej zalążek delikatnego srebra. Dwubarwną emanację otuliła szmaragdowa poświata, spod której wydobywa się potężny dźwięk kakofonii. Niesie on ze sobą zniszczenie, ale w jego tle rozbrzmiewa przyjazny trzask płomieni, zaburzając w ten sposób pozorny obraz niebezpieczeństwa. Trudno jest go połączyć z wonią palonych włosów czy też odurzającej siarki. Zachwyca twardością i giętkością, a gładka powierzchnia przyozdobiona została o ostre brzegi. W smaku szalenie pikantna i ostra, czasem nieznośnie lepi się i parzy wargi.
Wygląd: Jak każda pokusa odznacza się niezwykłym pięknem nawet w swej prawdziwej postaci. Nie można o niej powiedzieć iż jest niska, jednakże ponadprzeciętnej wysokości nie posiada. Delikatna i jasna skóra wprost kusi by ją dotknąć. Inną z zalet wyglądu Rozalie jest Szczupła i zgrabna sylwetka.
Jej rude włosy sięgają do ramion, natomiast grzywka lekko przysłania piekielnie ...
(Więcej)

Postprzez Hyiaxinthe » Śr cze 13, 2018 6:40 pm

“Nie wiem jak wy, ale ja - do pewnego stopnia - podzielam opinię tego, który postanowił zostawić to miejsce i iść jak najdalej stąd. Polećmy gdzieś, gdzie w spokoju będziemy mogli się… zapoznać.”

        W tym momencie Amminextiuibilis rzucił piorunujące ptasie spojrzenie pokusie. Nadal jej nie lubił, ale przynajmniej wiedział - bądź myślał, że wie - że Rozalie to stosunkowo niegroźna istota piekielna. Owszem, chciała nauczyć jego niewinną podopieczną… TEGO… Ale poza tym nie widział przeciwwskazań dotyczących przebywania blisko niej. Poza tym, jeśli chciał, aby głupiutka Hyiaxinthe zmądrzała, musiał jej pokazywać świat i mieszkańców tegoż świata.

“Moja droga dziecino, czy jest jakieś miejsce, gdzie chciałabyś polecieć? Dawno nie byliśmy tam, gdzie ty chciałaś być. Oczywiście zabierzemy pannę Rozalie z nami.”

- Leć przed siebie, zobaczymy później, gdzie trafimy! - Stwierdziła entuzjastycznie młoda przemieniona. Po części zrobiła to, bo nie mogła się zdecydować. A poza tym zapomniała większości miejsc, które mogłaby wybrać jako odpowiedź na pytanie wujka Dzioba. Była w końcu - jak zwykle - rozkojarzona i niemyśląca jak należy.

        Młoda Hyia nie chciała lecieć o własnych siłach, głównie dlatego, że trochę tych sił niedawno wyczerpała, dlatego też dosiadła swojego wujka, usadawiając się na jego ognistym grzbiecie. Bez zastanowienia użyła też nieco pyłu, aby plecy feniksa były nieszkodliwe, co by Rozalie mogła usiąść obok, ale szybko okazało się, że pokusa wzniosła się w powietrze o własnych siłach.

- W drogę wujku! - Ten okrzyk towarzyszył pierwszym ruchom skrzydeł feniksa. Przemieniona czarodziejka ściskała mocno zarówno szmacianą lalkę, jak i worek pyłu, kiedy byli w powietrzu. Kierowali się w nieznane, choć poeta mógłby stwierdzić, że cel ich podróży jest oczywisty - gdziekolwiek bowiem nie trafią, tam będzie ogień i chaos.




“Trzymaj się Hyiaxinthe, pogoda nie sprzyja nam!”

- A jak ładnie poprosimy, to zacznie, czy raczej nie?

“Ta pogoda raczej nikogo nie słucha! Trzymaj się więc tak, jak ci powiedziałem!”

        Matka natura, najwyraźniej oburzona obecnością tej trójki w powietrzu, okazywała pełnie swego brutalnego gniewu. Niebo sypało w dół zarówno deszczem, jak i gromami, wiatr zaś był na tyle silny, by zamienić ocean w kipiące od piany i potężnych fal pole bitwy, gdzie starcie żywiołów rozbrzmiewało donośnie i bez przerwy. Feniks jeszcze miał siły, by lecieć, a i nie pierwszy raz latał w niesprzyjających warunkach, ale nawet mimo tego martwił się o to, co może się z nimi stać. Pogoda groziła pogorszeniem się z chwili na chwilę, poza tym Dziob martwił się takze o zdrowie Hyii - spadek temperatury i ciągły deszcz wysysały ją z sił, co wyjaśniało, czemu była nadzwyczaj spokojna i mało ruchliwa.

        Niespodziewanie spośród chmur, które znajdowały się przed nimi, zabłysła fioletowa poświata, która nabierała na sile i jasności z każdą chwilą. Wkrótce to zjawisko zamieniło się w potężny blask, a Amminextiuibilis, który z trudem oparł się potrzebie przymknięcia oczu, mógł przysiąc, że widział wśród blasku sylwetkę kobiety…




        Pierwsze kilka chwil w mieście było równie szokujące dla gorącej trójki, jak i również dla tutejszych. Wszyscy, którzy zauważyli nagłe pojawienie się istot, zamarli w bezruchu. Nawet słońce, które jeszcze przed chwilą biło pełnią swego blasku z tronu pośród bezchmurnego nieba, zdawało się nieco ciemniejsze, jakby zszokowane było niespodziewanym obrotem wydarzeń. A może po prostu światło z nieba bladło w obliczu piękna Rozalie? To była kwestia sporna, której nikt nie chciał rozstrzygnąć.

“To… Nie było do przewidzenia.” - Feniks bał się choćby mrugnąć, jakby sam fakt, że się poruszy, miał ich znów przeteleportować. A że wiedział, jak teleportacja jest kapryśna, to też wolał zostać tutaj niż trafić w o wiele gorsze miejsce.

        Ognista przemieniona tymczasem, ogrzana blaskiem słońca, szybko zaczęła odzyskiwać energię utraconą podczas burzy. Dzielnie przytuliła do siebie szmacianą miniaturkę siebie samej, jak i również woreczek z cennym pyłem,, po czym uważając, by nie zgubić swoich drogocennych rzeczy, powoli zeszła z grzbietu czerwonego feniksa. Niemal natychmiast po tym, gdy stanęła na własne nogi, ścieżka pod nią zaczęła się topić pod wpływem absurdalnej temperatury, jaką wydzielało jej ciało. Oczywiście ktoś dosyć szybko to zauważył i równie szybko miał dość tego widoku.

        Wśród otaczającego ich tłumu byli jedynie kupcy i prości ludzie, nic więc dziwnego, że wszyscy wpadli w panikę, biegnąć tak, by znaleźć się, jak najdalej od istot, które wyglądały dla nich jakby przybyły z głębin piekła, by ukraść ich dusze. Oczywiście, podczas paniki znaczna część ludzi zgubiła resztki rozsądku i logicznego myślenia, przez co ci, którzy mieli niedaleko domy, pochowali się w nich, jakby sam fakt zamkniętych drzwi miał odstraszyć zagrożenie. Gdyby tylko wiedzieli, że tutejsza zabudowa z cegły i piaskowca nie stanowi nawet pozorów ochrony przed ciepłem Hyiaxinthe, to by już dawno byliby poza granicami miasta.

- Hmm… Nie zauważyłam nic, co by kogokolwiek gryzło… Czyli ugryźć ich musiało coś… eee… anty dużego! - Stwierdziła odkrywczo przemieniona. - Tylko co jest małe i gryzie… Małe i gryzie, hmm… czy to był mały kurczak? - Spytała, promieniując typową dla siebie dawką głupoty. - Sa… coś tam. Trudna nazwa. Czy mogę na to… eee… to, mówić Sa? W końcu brzmi lepiej… Prawda?! - Nie mogąc doczekać się odpowiedzi, stanęła przed pokusą i zaczęła patrzeć prosto w jej oczy, szczerząc przy tym swoje piranio-podobne zęby. Stała na tyle długo przed piekielną, że brodziła w kałuży roztopionych skał, z których to zbudowane były tutejsze ulice.

        Amminextiuibilis tymczasem uznał, że już nie grozi im nieplanowana teleportacja na inną część świata. Postanowił, że w czasie, gdy młoda jest skupiona na Rozalii, on rozpozna się w terenie. Dlatego też bez zbędnych ostrzeżeń poleciał prosto w górę, gdzie przy pomocy intensywnej pracy skrzydeł zawisł wystarczająco wysoko, by móc ogarnąć wzrokiem całe miasto.

        Znajdowali się obecnie przy centrum miasta. Miejsce, do którego zostali przeteleportowani, to jedna z uliczek, które to rozchodziły się od serca miasta - sporego placu przepełnionego stoiskami i straganami, a otoczonego budynkami, z których większość była przeznaczona na sklepy, na co wskazywały widoczne z daleka szyldy pełne jasnych kolorów i wykwintnych zdobień.

        Ten plac był umiejscowiony na północ od nich, stosunkowo niedaleko. Po przeciwnej stronie rozciągała się mieszkalna część miasta, przeplatana licznymi uliczkami i skrzyżowaniami, którym brakowało widocznego na pierwszy rzut oka ładu i składu. Niestety, droga, na której się znajdywali, przez dłuższy kawałek nie przecina się z żadnymi innymi - gdyby chcieli pójść w prawo bądź w lewo kierując się na południe, musieliby przejść cztero, bądź nawet pięciokrotność drogi, która oddzielała ich od rynku w środku miasta.

“Cóż, tak długo, jak nie zwrócimy na siebie uwagi straży, to miasto powinno być stosownym miejscem na spędzenie czasu.”

        Ledwie ta myśl przeszła przez głowę feniksa, a minęła go ze świstem strzała. Szybki rzut okiem na trajektorie strzały pozwolił mu odnaleźć strzelca - w ich stronę szła grupa strażników, część w typowo rycerskim uzbrojeniu, pozostali zaś to byli łucznicy, który już z daleka ujrzeli jego ognistą sylwetkę i gdy tylko mogli, posyłali w jego stronę kolejne pociski. Oczywiście zdołał uniknąć każdą strzałę, ale dotarło do niego, że to nie jest jedyna grupa strażników, która idzie do miejsca, gdzie znajduje się Rozalie i Hyia, a gdzie unosi się on. Najwyraźniej przerażeni mieszkańcy pobudzili całą straż miejską, która była rozlokowana na granicach miasta, stamtąd bowiem zdawali się przybywać.

“Oj, niedobrze. Latanie odpada, jeszcze trafią mnie, bądź co gorsza, ją…”

        Powrócił do Hyiaxinthe i Rozalii, rozglądając się dookoła. Okoliczne budynki były albo karczmo podobnymi przybytkami, albo domami mieszkalnymi, nad których drzwiami okazjonalnie wisiały tablice z nazwami konkretnych profesji, jak choćby szewc czy alchemik. Po odgłosach dochodzących zewsząd łatwo było ustalić, że znaczna część przerażonych ludzi zabarykadowała się w swoich domostwach przy pomocy mebli. Z południa nadchodziła najszybsza grupa straży, i chociaż wciąż nie było widać tejże, to jednak za kilka chwil będą widoczni, a wtedy prawdopodobnie zaatakują nieproszonych gości. W związku tym, dla feniksa została tylko jedna opcja.

“Kochana, przekaż Rozalie, że idziemy do centrum miasta, na rynek. Przy odrobinie szczęścia nowina o nas już tam dotarła i wszyscy już dawno postanowili uciec jak najdalej. Nie chce wzbudzać większej paniki niż to potrzebne.”

- Idziemy do centrum na rynek? Dobra, przekazane! A czy tam są fajne rzeczy? A czy dostanę te fajne rzeczy?

“Nie wiem i… nie wiem. Może. Jak znajdziemy coś ognioodpornego, to przemyślę to… I jak zdobędziemy coś, czym możemy zapłacić. To, że sprzedawców nie będzie, nie oznacza, że nie mamy im podziękować za ich towary.”

- A czemu?

“Bo tak należy”

- A czemu?

“Bo tak mówią zasady miasta, jak i zasady dobrego wychowania”

- A czemu?

“Ehh…”

- ...A czemu?!

        Tymczasem w całym mieście rozniosła się wieść o istotach otoczonych płomieniami piekielnymi. Ludzie z okolicy, gdzie zauważono te “bestie” uciekli w oddalone części miasta, co zresztą zalecane było przez straż. Strażnicy z krańców miasta przechodzili ulicami, ogłaszali zagrożenie, a następnie maszerowali dalej do miejsca, które było wskazywane. Mieli rozkaz, by nie narażać się bez potrzeby, więc ich plan zakłada, że po dotarciu na miejsce spróbują najpierw przegonić intruzów. Każdy jednak, czy to łucznik, czy zbrojny, obawiał się, że dojdzie do walki. W końcu ludzie mówią o istotach z piekła rodem, a z takimi to raczej nie da się dogadać.
Avatar użytkownika
Hyiaxinthe
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Lullasy, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Sugarro, Rubedo,
Rasa: Przemieniona, dawniej czarodziejka opiekunka. Jej ród przebiega bezpośrednio od jednego z pierwszych czarodziejów opiekunów.
Aura: Cechą tej aury jest jej nieobecność, a właściwie brak. Nie da się tu zobaczyć jakiejkolwiek barwy czy też poświaty. Dźwięki i zapachy również tu nie istnieją. Próba dotknięcia powłoki zazwyczaj kończy się porażką. Na podniebieniu również nie pozostawia żadnych śladów.
Wygląd: Niewielu osobom dane było ujrzeć błękitne płomienie, które są niczym zwiastun nadejścia Hyiaxinthe. Jeszcze mniejszej grupie dane było ujrzeć to, co skryte pod płomieniami, a było co ukrywać, gdyż bez względu na to, pod którą postacią się znajduje, jest ona na tyle piękna, by nawet najwytrwalsi przekręcili swój wzrok w jej stronę z miną bezdomnego, widzącego jeszcze ... (Więcej)
Uwagi: Polecam przeczytać minimum dwa razy KP, by uniknąć pomyłek/niedopowiedzeń podczas wątku.

Postprzez Niphred » N cze 17, 2018 2:44 pm

        - Jadą koniki!!
- LALALALALA!!!
- Wiozą … Patyki!!        
- LALALALALA!!!
Rzewne, żeby nie powiedzieć żałosne zawodzenie niosło się echem po wąskich uliczkach strasząc gołębie, płosząc szczury i denerwując okolicznych mieszkańców nienawykłych do potępieńczych lamentów pod swoimi oknami. Damsko-męski duet nic jednak sobie z tego nie robił, tylko dalej wędrował przez Saorais ze swą jazgotliwą pieśnią na ustach.
- Jadą koniki!!
- LALALALALA!!!
- Wiozą … Ręczniki!!        
- LALALALALA!!!
Trzeba jednak zauważyć, że o ile mężczyzna zwyczajnie darł ryja i zupełnie nie dbał o to, by utworowi nadać jakiś walor artystyczny, a nawet słowa zwrotki, które na niego przypadały ograniczał do przerażającego „LALALALALA!!”, to niewiasta starała się zaintonować w tym jakąś melodię, nadawała w miarę równy rytm i wytrwale ciągnęła rwącą się arię mimo ewidentnego zamiaru totalnego sprofanowania sztuki przez towarzyszącego jej wokalistę.
        Dziwna była to para. Elf i syrenka. Zielonowłosy i szatynka. Chudzielec i drobinka. Brzydal i lolitka. Brudas i czyścioszka. Ewidentny oszołom i laska tylko udająca stukniętą, do tego niezbyt przekonująco. On pewny siebie, a ona jakby zahukana. Oboje uśmiechnięci od ucha do ucha – on literalnie, ona w przenośni. Niphred Caladellon i Arisa Roddenfeld – a przynajmniej tak się przedstawili funkcjonariuszom, gdy pierwszy raz ich zatrzymano. Charakterystyczni, rozpoznawalni, bardzo dobrze znani tutejszym organom porządkowym, ale mimo to zupełnie bezkarni w swoich wyskokach, wykroczeniach i niedostosowaniu się do życia w społeczności. Początkowo próbowano ich temperować, ale potem władze miasta machnęły już na nich ręką. Wszystko dlatego, że przy próbach aresztowania, czy chociażby nawet zatrzymania dziwnego tandemu działy się wokół nich różne paranormalne zjawiska. Pogoda dostawała szajby, latały krawężniki, kwitły latarnie, pękały domy, drzewa kładły się pokotem albo wyskakiwały do góry korzeniami, bruk dostawał nóg (i to dosłownie), ludzie pokrywali się mrowiem ropnych pryszczy, a psy szczekały dupami. Generalnie totalny chaos, do tego tym większy, im bardziej grubiańsko strażnicy potraktowali dwójkę denerwujących, ale raczej niegroźnych (dopóki oczywiście nikt ich nie zaczepiał) popaprańców. Zdrowiej dla mundurowych, mieszkańców i przede wszystkim dla infrastruktury miasta było zostawiać ich w spokoju. Spacery dwójki dziwaków nie trwały nigdy dłużej niż kilka godzin, a potem i tak znikali tak samo nagle i nie wiadomo gdzie, jak się pojawiali. Zaczęto więc ich traktować jak element rozrywkowy miasta. Z braku lepszego rozwiązania stali się po prostu atrakcją turystyczną, jak lajkonik w Nowej Aerii albo różowa dzielnica w pobliskiej Leonii.
        - Jadą koniki!!
- LALALALALA!!!
- Wiozą… Siki!!
- LALA…!!! – wycie elfa urwało się nagle w pół kwestii. Zatrzymał się jak wryty i wrzasnął:
- Patrz! – nie kryjąc zachwytu wskazał zauważoną grupkę swojej koleżance – Dziwolągi!! – ryknął na całe gardło.
- Gdzie? – zapytała dziewczyna nieco zdezorientowana. Widocznie nie była pewna czy to co akurat wskazywał jej towarzysz, to było właśnie to na co miała patrzeć. „Dziwolągi?” - zastanowiła się przyglądając dwóm pięknościom i ognistemu pterodaktylowi. Zupełnie niepotrzebnie. Nie należy zbyt głęboko wchodzić w to co wariat ma w głowie. Niphredowi mogło chodzić o cokolwiek, a zbyt wnikliwe zastanawianie się nad jego przemyśleniami mogło zaboleć, a już na pewno mogło skończyć się trwałym urazem na psychice. No chyba, że taki właśnie był cel działania drobnej naturianki, by być szurnięta jak jej idol. Cóż, wybitnie głupi pomysł, ale któż zrozumie kobietę.
        W każdym razie zielonowłosy nie odpowiedział. Zapomniał o partnerce jak zresztą o całym świecie, a jego pokręcony umysł nie wiadomo kiedy przestawił się na inne tory i zajął się czymś zupełnie innym.
- „Wielki płonący struś? Toż to przecież feniks! To one nie wyginęły? Ale jaja!”
Bezpośrednio pod skrzydłami wielkiego ptaszyska stała niebieskowłosa ślicznotka, rozczochrana podobnie jak sam elf, i podobnie jak on upiornie bladoskóra. Buzia ładna, ale nieco zmarszczył nos widząc kolor na jej włosach.
- „Niebieski? Zgroza. Nie było zielonego? Kto panią tak pokarał? Może da się jakoś zafarbować czy coś?”
Obok stała druga damulka, również przecudnej urody i trudno byłoby zdecydować, która z nich była piękniejsza. Ta była ruda i półnaga, nie to jednak go zainteresowało. Ciekawszy był dla niego pancerny ogon wystający jej spod krótkich majtów, para nietoperzastych skrzydeł i sterczące ponad miedzianą fryzurą kozie poroże. Lubił zwierzęta – takie ze skrzydłami, takie z rogami, takie z ogonem też.
- „Będzie o czym pogadać.” - ucieszył się i tego już w sobie nie ukrywał. Od razu cała jego pochlastana morda trysnęła dziecięcą radością, aż strupy na policzkach kolejny raz popękały. Gwałtownie wyrzucił ramiona w górę, rozcapierzył palce, na mordzie w charakterystycznym krwawiącym uśmiechu ukazał srebrzyste uzębienie, po czym skradając się na palcach począł powoli zbliżać się do zauważonej gromady.
- Witajcie na Alaranii kochani kosmici!! – przemówił do nich, nie wiedzieć czemu w demonicznym. – Byłoby dłuższe lato, gdyby nie zima!! Kowal zawinił, cygana powiesili!!
Arisa ukryła twarz w dłoniach, jednak trudno powiedzieć, czy z zażenowania czy ze śmiechu.
Avatar użytkownika
Niphred
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Dima, Rufus, Know, Oswald,
Rasa: elf górski
Aura: Od pierwszych chwil spędzonych na poznawaniu tej emanacji, otoczy Cię nieodparte uczucie chaosu, ukrytego podczas zmatowionych, jakby pokrytych patyną kolorów. Przed oczyma będzie kotłować się stare srebro, początkowo zajmując całą Twoją uwagę. Dopiero gdy oswoisz się ze srebrnymi tumanami kłębiącymi się przed Twymi oczyma, dostrzeżesz ukryte wśród nich, pojawiające się co jakiś czas cynowe smugi, nieregularnie znikające zastępowane osiadłym cynkiem. W całości dopatrzysz się też kobaltowego pyłu, opadającego pośród głównej barwy. Dostrzegane przez Ciebie kolory, otoczone są intensywnymi wirami rozbłyskującego topazu, który dopełnia wrażeń wzrokowych. Gdy już uznasz oglądanie za skończone, możesz zanurzyć się w szaleństwie dźwięków. Najpierw uderzy w Ciebie potężna fala tłumu głosów, cichszych i głośniejszych, które przekrzykując się nawzajem, przedzierają się do Twoich myśli, utrudniając uporządkowanie własnego umysłu. Zaraz po nich pojawią się buczenie i przenikające je brzęczenie, dużo słabsze, ale wciąż nieznośnie męczące słuch. Dopiero koniec, pozwoli Ci się odrobinę wyciszyć, pośród delikatnych gwizdów wiatru dmącego wśród skał i trzasku iskier, rozpalonego w górach ogniska. Zapach jest najłagodniejszą częścią aury, wręcz niepasującą do ogółu. Poczujesz woń kosodrzewin rosnących na graniach i czystego chłodnego powietrza, lekko złamanych nutą starych bibliotek. Początkowo aura jest delikatna i miękka, chociaż swoją giętkością stara się unikać Twoich dłoni, umykając przed dokładniejszym dotykiem. Zaraz potem objawi swoje drugie i ostre oblicze, by na sam koniec ukazać swe chropowate połacie poprzecinane gładkimi powierzchniami, niejednolite niczym skały poszarpane wiatrem i wygładzone wodą. Smak emanacji jest intensywnie pikantny, a zmieszany z soczystą słodyczą, prezentują wyjątkowo lepką całość, wieńczącą zmącone doznania.
Wygląd: Górski elf, średniego wzrostu. Wychudły, nawet jak na elfa. Nienaturalnie blada cera, zapadnięte oczy, obłędny wzrok. Garbaty nos i długie odstające uszy. Usta sinoczerwone, zęby srebrne, błyszczące, metalowe. Szeroki uśmiech, broda wąska, twarz bez zarostu. Średniej długości zielone włosy, zwykle w kompletnym nieładzie. Ciało łącznie z twarzą pokryte czarnymi tatuażami. ... (Więcej)

Postprzez Rozalie » Pt cze 29, 2018 11:57 pm

- Ooooh! – westchnęła żałośnie pokusa – Dlaczego wszyscy są tacy przerażeni? Powinni się bawić i śpiewać i tańczyć! – krzyknęła, robiąc amatorski piruet – To na pewno jakieś małe owady z jadem antyspołecznym albo strachopodwajającym moja droga, bo tak nie powinno być, czy my komuś krzywdę robimy? Nie! Więc powinni nas powitać, a w ogóle to czuje się urażona tym – tupnęła nogą, spoglądając na zwiewającego czym prędzej przechodnia – Co ty gadasz, kurczak jest za duży i dziobie, chyba że zrobimy mini kurczaki z ząbkami w dzióbku! To idealny plan, co ty na to mloda? – podskakiwała wesoło podekscytowana swym pomysłem.

Pokusa zamilkła, gdy młoda na nią spojrzała, zaciekawiły ją jej dziwaczne i dość groźnie wyglądające zęby, ale po chwili złapała się za policzki i głośno zapiszczała z zachwytu.

- TY. MASZ.KIEŁKI! Spójrz, ja też mam, ale takie wampirze – pochwaliła się sowimi – Tylko że ja nie piję krwi no i nigdy nie piłam, a może powinnam? Z takimi kłami? A może nie… Któż to wie! – rozłożyła ręce w geście niewiedzy.

Wtem feniks odleciał w powietrze, a piekielnej popłynęła po policzku łezka, usiadła na ziemi i zaczęła płakać i wykrzykiwać coś o tym, że opuścił ją jej jedyny feniks i została sama z dzieckiem. Zawodziła i łkała przez naprawdę dłuższy czas, nie zwracając uwagi na otoczenie.

- Nie mam pieniędzy, jak ja teraz bachora wykarmię?! Buuuu! Mąż mnie zostawił, nie mam na czynsz! – darła się w niebogłosy – Rynek? TAM MOŻNA ZROBIĆ LATAJĄCE JABLUSZKA! CHODŹMY! – jej humor szybko się poprawił i hopsając, ruszyła w jego stronę – Jasne, że dostaniesz! Wszyyyyyyyyyyyyyystko co zechcesz – posłała jej całuska – A czemu mówisz, a czemu, a czemu, a czemu i do kogo? – spytała, idąc skocznie gadającej do kogoś czarodziejki – Ah rozumiem, gadasz z feniksem… rety, ale to dluga nazwa, będę go nazywać Fenuś! Tak, to idealnie pasuje – stwierdziła dumna z siebie.

Ucieczkę, która tak naprawdę była nią tylko w teorii przerwał donośny krzyk elfa i piekielna stanęła jak wryta, a że była mocno rozpędzona, wywaliła się prawie, uratowało ją jednak parę machnięć skrzydłami. Szybko odszukała wzrokiem właściciela donośnego głosu i wskazała go palcem.

- Ty krzyczałeś! – podleciała do niego i spojrzała mu w oczy tak bardzo, że ich nosy się dotknęły – Masz zielone włosy! Co za strata! Nie mogę cię przyjąć do klubu rudowłosych… - posmutniała – Co powiedziałeś? Bo tak jakoś dziwnie, powtórzysz? Ej, masz trochę krwi na buzi, mogę spróbować? – liznęła go – Myślałam, że krew jest smaczniejsza – skrzywiła się – Ooooo! A któż tooo? – spostrzegła Arisę i natychmiast do niej doskoczyła, objęła skrzydłem i czule powitała, czule, czyli podarowała jej całusa w policzek, a magią chaosu przyprawiła, że ubranie dziewczyny dostało oczy, ogromniastych oczu – Niedoczekanie! Powiedz cos swoim ciuszkom, bo się na mnie gapią!
Avatar użytkownika
Rozalie
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Esmeralda, Sechmet, Luna, Antar, Rozalie, Aurea, Delia, Mari, Nadeya, Nimfea, Sakura, Imelda, Anastasja, Xenja, Yrin, Zira,
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Rasa: Pokusa
Aura: Aura o średniej mocy, w głównej mierze przywłaszczyła sobie cynową barwę, chociaż widnieje w niej zalążek delikatnego srebra. Dwubarwną emanację otuliła szmaragdowa poświata, spod której wydobywa się potężny dźwięk kakofonii. Niesie on ze sobą zniszczenie, ale w jego tle rozbrzmiewa przyjazny trzask płomieni, zaburzając w ten sposób pozorny obraz niebezpieczeństwa. Trudno jest go połączyć z wonią palonych włosów czy też odurzającej siarki. Zachwyca twardością i giętkością, a gładka powierzchnia przyozdobiona została o ostre brzegi. W smaku szalenie pikantna i ostra, czasem nieznośnie lepi się i parzy wargi.
Wygląd: Jak każda pokusa odznacza się niezwykłym pięknem nawet w swej prawdziwej postaci. Nie można o niej powiedzieć iż jest niska, jednakże ponadprzeciętnej wysokości nie posiada. Delikatna i jasna skóra wprost kusi by ją dotknąć. Inną z zalet wyglądu Rozalie jest Szczupła i zgrabna sylwetka.
Jej rude włosy sięgają do ramion, natomiast grzywka lekko przysłania piekielnie ...
(Więcej)

Postprzez Hyiaxinthe » N paź 14, 2018 6:11 pm

        Hyiaxinthe zaczynała lubić Rozalię. Zdawała się bardzo, bardzo mądra! A czemu? Ponieważ dużo, dużo mówiła, tak dużo, że aż młoda ognistowłosa wiele, ale to wiele z tych słów niemal natychmiast zapominała. A to była oznaka, iż ktoś jest na tyle mądry, że trzeba go bardzo słuchać! Nawet jeśli później nie pamięta się połowy słów.

        Nic więc dziwnego, że młodociana wytężyła wszystkie trzy działające komórki mózgu w celu uważnego przetwarzania chaotycznego potoku słów płynącego z ust piekielnej niemal bez przerwy. Przez to milczała, a zamiast odzywać się, po prostu kiwała głową na znak, że rozumie. Nawet jeśli nie rozumiała, to i tak kiwała głową, bo to było w oczach przemienionej czarodziejki bardzo fajne zajęcie.

        Rzecz jasna, Fenuś - jak go Rozalia postanowiła nazywać - miał całkiem przeciwne zdanie. Z każdym słowem coraz mniej lubił Rozalię oraz jej możliwy wpływ na jego podopieczną. Choć z drugiej strony wiedział, że małolata jest na tyle powolna, że szybki słowotok piekielnej raczej jej nie zaszkodzi, bo go po prostu nie zrozumie. A przynajmniej taką miał nadzieję.

        Szybko jednak zaczął żałować tego, że narzekał na pokusę, bowiem pojawienie się elfa - oraz jego towarzyszki - wmurowało feniksa w podłogę. Autentycznie patrzył, nie rozumiejąc, jakim cudem to, co się dzieje, w ogóle może się dziać, spoglądając to na szaleńca, to na szaleń...czynie? Czy szaleństwo odmienia się przez płeć? Takie pytania krążyły po jego głowie, w czasie kiedy powinni iść do przodu, z dala od niebezpieczeństwa.

        Hyiaxinthe zaś czuła się szczęśliwa, że ktoś ich przywitał. Z radością iskrzącą się w jej głupiutkich oczach wpatrywała się to w Niphreda, to w Arisę, aż w końcu podeszła bliżej do nich, po czym przystanęła w bezpiecznej odległości. Była na tyle blisko, by to, że jej ciało było na tyle gorące, by topić nawet grunt pod jej stopami, było aż zbyt oczywiste.

- Czeeeeeeeeeść! - Pomachała im, uśmiechając się tak szeroko, jak tylko mogła. Skakała z nogi na nogę, bowiem co jak co, ale nie chciała zapaść się w topiący się grunt w trakcie rozmowy z nowymi przyjaciółmi - Kosmi...ci? Nie znam tego słowa, brzmi fajnie, co to znaczy? - Zamilkła na sekundę po tym pytaniu, jednak nie zamierzała długo milczeć. - Dziwnie mówisz. Wujek mówił, że poeci i pijani dziwnie mówią. Jesteś pijany czy poetą? A jeśli tak, to powiesz mi, co te dwa słowa znaczą?

        W międzyczasie straż miejska dotarła na miejsce. Choć już zaczynali tego żałować. Płonące ptaszysko to jedno. Równie płonąca dziewczynka też zdawała się znośnym zjawiskiem. A pokusa to w ogóle była bułka z masłem. Bardzo, bardzo krągła bułka z jędrnym masełkiem. Ale cała ta trójka w połączeniu z NIM? Z jednej strony odwrót taktyczny, bo elf, a z drugiej należałoby opanować pozostałe nienaturalne osobniki. Stojąc przed takim dylematem, straż postanowiła, póki co, jedynie otoczyć tę dziwną zgraję, co zresztą udało się zrobić dosyć szybko, odcinając drogi ucieczki. Nie odważyli się jednak stać w gotowości to walki, co to, to nie. Znając życia świat, ich własne bronie ożyją i spróbują ich zamordować, gdyby tylko tak zrobili w obliczu elfa. Dlatego też patrzyli - póki sytuacja była w miarę stabilna.
Avatar użytkownika
Hyiaxinthe
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Lullasy, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Sugarro, Rubedo,
Rasa: Przemieniona, dawniej czarodziejka opiekunka. Jej ród przebiega bezpośrednio od jednego z pierwszych czarodziejów opiekunów.
Aura: Cechą tej aury jest jej nieobecność, a właściwie brak. Nie da się tu zobaczyć jakiejkolwiek barwy czy też poświaty. Dźwięki i zapachy również tu nie istnieją. Próba dotknięcia powłoki zazwyczaj kończy się porażką. Na podniebieniu również nie pozostawia żadnych śladów.
Wygląd: Niewielu osobom dane było ujrzeć błękitne płomienie, które są niczym zwiastun nadejścia Hyiaxinthe. Jeszcze mniejszej grupie dane było ujrzeć to, co skryte pod płomieniami, a było co ukrywać, gdyż bez względu na to, pod którą postacią się znajduje, jest ona na tyle piękna, by nawet najwytrwalsi przekręcili swój wzrok w jej stronę z miną bezdomnego, widzącego jeszcze ... (Więcej)
Uwagi: Polecam przeczytać minimum dwa razy KP, by uniknąć pomyłek/niedopowiedzeń podczas wątku.

Postprzez Niphred » Pt paź 19, 2018 7:33 pm

        Piekielna już od pierwszych swych słów nie wzbudziła entuzjazmu Niphreda. Podobało mu się noszenie murawy na głowie i ze swojej grzywy był nawet więcej niż zadowolony. Przestał się uśmiechać i wsadził ręce głęboko w kieszenie.
- Wcale mi nie zależy. – odparł pogardliwie na jej propozycję wplątania go w klub dla rudzielców. Wskazał jednak na nową kieckę Arissy upstrzoną oczami.
- Ale to, to fajne jest! Podoba mnie się! – Mówił najwyraźniej szczerze, bo nadal nie użył swojej magii do odczarowania stroju syrenki. Jednak znać było również, że traktuje rogatą dziewczynę z dystansem po tym strasznym afroncie z kolorem jego włosów. Zdecydował, że dopóki go nie przeprosi to będzie się na nią gniewał, i tyle. Szkoda jednak, że nie zakomunikował tego w żaden inny sposób jak tylko ogólnożeńskim fochem.
        - Co to są kosmici? – zainteresowała się druga piękność, a elf wykorzystując sytuację odwrócił się do niej i nie odpowiedział na pozostałe pytania Rozalie.
- No wy jesteście kosmici! – odparł bez cienia wątpliwości. - To ty nie wiesz kim jesteś? – roześmiał się znów pogodnie i nawet nie zwrócił uwagi na to, że pokusa w międzyczasie zdecydowała się polizać jego policzki.
- Śmieszna jesteś! – Uznał, że ognista dziewczyna jest pocieszna, sympatyczna i słodka, więc nie omieszkał podzielić się z nią swoją obserwacją i przy okazji obdarować specyficznym komplementem. Jednak jej drugie pytanie natychmiast zmyło to całkiem pozytywne wrażenie, które zrobiła na samym początku.
- Jesteś pijany czy poetą? – zapytała niby grzecznie.
Niphred zrobił poważną minę i niespiesznie pokiwał twierdząco głową. Sugestie sukuby odnośnie jego fryzury były tylko nieuprzejmością, ale teraz to już była ciężka obelga, która niesamowicie zabolała jego wrażliwe serce. Chciało mu się płakać. Miał jednak dziwną pewność, że Hyiaxinthe to nie tylko piękna niebieska kobieta otoczona płomieniami, ale też przede wszystkim ufoludek, a im mózgi nie rosną zbyt szybko. Jako kosmiczny stwór nie jest niczemu winna, skąd bowiem głuptas z innej planety mógł wiedzieć, że w Alaranii nie można nikogo wyzywać od poetów. To obraźliwe, wredne, chamskie, a na pewno niekulturalne. Urażony elf zebrał się jednak w sobie i tym razem wyjątkowo wybaczył ów nietakt.
- Ziemniaki lubię. A ty czytaj książki, to będziesz mądrzejsza. – odpowiedział chłodno, ale jak na targające nim emocje zrobił to całkiem uprzejmie. A mógł zabić.
        Szybko jednak zapomniał o tej przykrości, bo na placu pojawili się uzbrojeni strażnicy. Sprawnie zamknęli pierścień oblężenia, jednak nie dali się ponieść emocjom. Spoglądali tylko czujnie na swojego dowódcę i karnie czekali na jego komendy.
- Dobrze, że jesteście! – wyszczerzył się elf do wojaków. Pomimo, iż wszyscy oni celowali w jego zapadłą pierś dzirytami służbowych halabard, to oszołom tak jakby w ogóle nie przejmował się zagrożeniem. – Ufoki przybyły! – oznajmił im i wskazał kciukiem za swoje plecy na dwie śliczne kobiety. – Na ich cześć zatańczymy taniec hula! – zaproponował, jednak w taki sposób, że zabrzmiało to jak rozkaz. - Arissa, nie wstydź się! Poproś pana kapitana! – zachęcił do zabawy swoją przyjaciółkę.
        Nieśmiała syrenka nie miała wcale ochoty na tańce, ale wiedziała też, że zielonowłosego nie przegada, a jawnie sprzeciwiać się jego dyktaturze nie było zbytniego sensu. Tylko by się wkurzył, a ona nie chciała mu sprawiać przykrości. Chociaż był zwariowany, egzaltowany i czasem popychał ją do zachowań, w których próżno było doszukiwać się logiki czy jakiegokolwiek celu, to odkąd się poznali zupełnie bezinteresownie dbał o nią bardziej niż o siebie i nikomu nie pozwalał jej choćby tknąć, a co dopiero poważniej skrzywdzić. Była więc przy nim raczej bezpieczna (choć w bardzo specyficzny sposób) i zahukanej dziewczynie to najwyraźniej wystarczało, żeby nadal się go trzymać i jakoś starać się znosić te wszystkie kłopotliwe sytuacje, w które regularnie razem wpadali. Uwolniła się więc spod skrzydeł piekielnej i posłusznie, choć z pewną obawą podeszła do postawnego oficera. Dygnęła delikatnie, końcami palców rozchylając lekko swoją mrugającą tysiącem oczu suknię, po czym wyciągnęła chudziutką dłoń w kierunku milicjanta. Tamten nie zareagował od razu, więc zamknęła powieki zawstydzona, zacisnęła mocno zęby i zastygła w takiej pozycji czekając co dalej się wydarzy.
        Hernan Blucher swoje już w życiu widział, ale nic z tego nawet w połowie nie mogło przygotować go na spotkanie z taką bandą. Jego przez sentyment ciągle jeszcze trzymany w szafie mundur galowy wyginał wieszaki ciężarem przypiętych doń medali i odznaczeń, a mężczyzna swoim bogatym doświadczeniem bojowym mógłby obdzielić cały batalion żółtodziobów i wcale nikt z nich by nie miał prawa narzekać, że dostał jakąś zbyt skromną porcję. Po przejściu na wojskową emeryturę Blucher zgodził się przyjąć urząd szeryfa w Saorais, bowiem zapewniano go, że w tak cichym i bezpiecznym jak to miejscu, będzie to robota lekka, łatwa i przyjemna, a stanowisko ma tak naprawdę wyłącznie funkcje reprezentacyjne i prestiżowe. Nikt wszakże nie mógł przewidzieć tego, co wydarzyło się parę dni po zaprzysiężeniu starego weterana na kapitana straży. Calladelon i Roddenfeld szybko i bez ostrzeżenia zburzyli spokój mieszkańców i zmusili służby porządkowe miasta wraz z nowym dowódcą do zakasania rękawów i ciężkiej harówy. Pomimo tak niekorzystnego obrotu spraw Hernan wcale nie narzekał. Należał do tych ludzi, którzy nie kłaniają się przeciwnościom, tylko hardo walą je w ryja. Pomimo zasłużonej emerytury bez słowa marudzenia podjął się nowych obowiązków. Robił swoje najlepiej jak potrafił, choć urzędnicza głupota i przeczące logice decyzje władz w praktyce uniemożliwiały mu definitywne rozwiązanie problemu dwójki wariatów. I była tylko jedna rzecz, której naprawdę żałował i za którą tęsknił. Piękny i bujny czarny wąs zawsze stanowił jego dumę i chwałę. Odkąd jednak w okolicy począł pojawiać się szalony elf wraz ze wtórującą jego ekscesom konkubiną zarost mu całkiem posiwiał, uwiądł i zmarniał, więc kapitan ponownie zmuszony był golić się na gładko, jak jakiś nieopierzony poborowy.
        Mimo, iż dla podwładnych był surowy, zasadniczy i niezwykle uparty w kwestii regulaminów, to był przede wszystkim poczciwym i honorowym człowiekiem. Nie mógł więc odmówić, gdy dama go poprosiła. Po pierwszym efekcie zaskoczenia ogarnął się wreszcie, delikatnie ujął dłoń Arissy, objął jej smukłą, acz drżącą kibić, i najpierw ostrożnie, a później już coraz śmielej począł tańczyć z dziewczyną jedyny taniec, jakiego kiedykolwiek miał okazję się nauczyć.
        - A panowie strażnicy w kółeczku!! – krzyczał dalej Erdecoire. Niektórzy ze stróżów prawa kompletnie skołowani tym całym szaleństwem, w którym przyszło im wziąć udział bezwiednie upuścili halabardy, złapali się za ręce i wolno poczęli tuptać po okręgu wokół bardzo osobliwej grupki oszołomów i ich własnego dowódcy, który to nie wiedzieć czemu, bez jasnego powodu i bez żadnej muzyki, właśnie teraz już bardzo pewnie prowadził wystraszoną szatynkę pląsając z nią poleczkę - niemalże dworską, ale mimo to bardzo wesołą i skoczną.
        Radość Niphreda ze spotkania przybyszów z innego uniwersum, nawet mimo początkowych zgrzytów znów była pełna. Przywitał kosmitów jak należało. Spisał się jak prawdziwy ambasador Alaranii. Zdawało mu się, że zaraz go to wszystko rozsadzi od środka, by dać zatem upust swej euforii przeszedł do własnego spektaklu.
- I’m sexy and I know it!! – zaskowytał i natychmiast wpadł w niekontrolowany dygot. Ewidentnie taniec nowoczesny. Łatwo go poznać: elf wyglądał jak paralityk, który przypadkiem złapał za elektryczny pastuch. Powywijał trochę chudym tyłkiem, powymachiwał rękami, gwałtownymi ruchami głowy powytrząsał na wszystkie strony chmury tłustego łupieżu z zielonej czupryny, co jakiś czas melodyjnie powtarzając w różnych językach i zupełnie bez ładu i składu ciągle tę samą kwestię o tym, jak bardzo jest świadom swojej seksowności. W tańcu swym nie omieszkał co jakiś czas rozpinać kolejnych guzików ewidentnie za dużej koszuli, aż w końcu zdjął ją całkiem i w artystycznej ekstazie cisnął na ziemię.
- It’s my life...!!!!! – kończąc swe występy czarownik ryknął na całe gardło, aż znowu strupy na jego policzkach poczęły obficie krwawić. Natychmiast też zastygł w pozycji z ramionami uniesionymi wysoko w górę, w ewidentnym oczekiwaniu na oklaski.
Avatar użytkownika
Niphred
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Dima, Rufus, Know, Oswald,
Rasa: elf górski
Aura: Od pierwszych chwil spędzonych na poznawaniu tej emanacji, otoczy Cię nieodparte uczucie chaosu, ukrytego podczas zmatowionych, jakby pokrytych patyną kolorów. Przed oczyma będzie kotłować się stare srebro, początkowo zajmując całą Twoją uwagę. Dopiero gdy oswoisz się ze srebrnymi tumanami kłębiącymi się przed Twymi oczyma, dostrzeżesz ukryte wśród nich, pojawiające się co jakiś czas cynowe smugi, nieregularnie znikające zastępowane osiadłym cynkiem. W całości dopatrzysz się też kobaltowego pyłu, opadającego pośród głównej barwy. Dostrzegane przez Ciebie kolory, otoczone są intensywnymi wirami rozbłyskującego topazu, który dopełnia wrażeń wzrokowych. Gdy już uznasz oglądanie za skończone, możesz zanurzyć się w szaleństwie dźwięków. Najpierw uderzy w Ciebie potężna fala tłumu głosów, cichszych i głośniejszych, które przekrzykując się nawzajem, przedzierają się do Twoich myśli, utrudniając uporządkowanie własnego umysłu. Zaraz po nich pojawią się buczenie i przenikające je brzęczenie, dużo słabsze, ale wciąż nieznośnie męczące słuch. Dopiero koniec, pozwoli Ci się odrobinę wyciszyć, pośród delikatnych gwizdów wiatru dmącego wśród skał i trzasku iskier, rozpalonego w górach ogniska. Zapach jest najłagodniejszą częścią aury, wręcz niepasującą do ogółu. Poczujesz woń kosodrzewin rosnących na graniach i czystego chłodnego powietrza, lekko złamanych nutą starych bibliotek. Początkowo aura jest delikatna i miękka, chociaż swoją giętkością stara się unikać Twoich dłoni, umykając przed dokładniejszym dotykiem. Zaraz potem objawi swoje drugie i ostre oblicze, by na sam koniec ukazać swe chropowate połacie poprzecinane gładkimi powierzchniami, niejednolite niczym skały poszarpane wiatrem i wygładzone wodą. Smak emanacji jest intensywnie pikantny, a zmieszany z soczystą słodyczą, prezentują wyjątkowo lepką całość, wieńczącą zmącone doznania.
Wygląd: Górski elf, średniego wzrostu. Wychudły, nawet jak na elfa. Nienaturalnie blada cera, zapadnięte oczy, obłędny wzrok. Garbaty nos i długie odstające uszy. Usta sinoczerwone, zęby srebrne, błyszczące, metalowe. Szeroki uśmiech, broda wąska, twarz bez zarostu. Średniej długości zielone włosy, zwykle w kompletnym nieładzie. Ciało łącznie z twarzą pokryte czarnymi tatuażami. ... (Więcej)

Postprzez Rozalie » Śr paź 31, 2018 8:22 pm

Rozalie mówiła i mówiła, oh jakże miło było tak sobie rozmawiać, gdy ma się tak wiernego słuchacza, jak ta płonąca dziewczynka. Pokusie było obojętne czy ta rozumiała jej słowa, bądźmy szczerzy, piekielna nieraz sama siebie nie rozumiała, liczyło się poświęcenie uwagi. Bo wygłaszanie monologów do nikogo jest jakieś takie mdłe, a w tej sytuacji to co innego.
Fenuś patrzył na nią krzywo, ale kto by się tym przejmował, może tylko stroił miny? Zresztą właśnie mieli niezapowiedzianych gości, co bardzo cieszyło Rozę, im więcej, tym weselej! Młoda czarodziejka również wykazała entuzjazm i grzecznie się przywitała, tylko ten feniks z jakiegoś powodu pozostawał gburowaty, najwyraźniej potrzebował czasu na odgburowanie, ale przy Rozalie na pewno szybko wyzdrowieje (oszaleje).

- Jak to ci nie zależy? – zmierzyła elfa wzrokiem, to było niepojęte! Przecież każdy chciał być w klubie rudzielców, to było istne bluźnierstwo. Po chwili jednak pochwalił dzieło piekielnej i od razu oburzenie odleciało w niepamięć – dziękuję, dziękuję! – ukłoniła się i rozesłała całuski niczym aktor po zakończonej sztuce, po której wszyscy biją brawo i są zachwyceni.

Niestety okazało się, że ten zielonowłosy to też taki gbur, bo zignorował jej niebywale ważne pytania. Ugh! Z facetami to tak zawsze.

- Sam jesteś kosmitą! – krzyknęła do spiczastouchego. Nawet nie zwrócił uwagi, że go polizała. Cios prosto w serce. Poczuła się tak bardzo… odrzucona. Usiadła sobie na ziemi, schowała głowę w kolanach i zaczęła szlochać – Co jest ze mną nie taaak?! – darła się wniebogłosy, a po jej policzkach leciały potoki łez.

Nawet nie zwróciła uwagę na taniec na ich cześć i to, że znowu nazwał ich jakimiś ufokami. W tej chwili popadła w głęboką depresję. Dręczyły ją niepokoje, że jest brzydka, beznadziejna i do niczego. Nie spostrzegła też, kiedy i jak wymknęła jej się Arisa ani otoczenia przez strażników. Wkrótce wszyscy zaczęli tańczyć a Roza tylko bardziej otuliła się swoimi skrzydłami i skompresowała przez to do jak najmniejszego rozmiaru. Jednakże po dłuższym czasie, czyli trwającym więcej niż dwie minuty, piekielna uznała, że w sumie to jej się znudziło. Wstała z ziemi i spostrzegła, co się wokół niej wyczynia. Depresja została rzucona w kąt w jednej chwili.

- OHHHHHHHH! Jak cudownie jak pięknie! Jak tanecznie! – podskoczyła i dzięki skrzydłom zawisła przez moment w powietrzu. Trwała tak, dopóki nie usłyszała dziwnych słów zielonowłosego, skutecznie sprowadziło ją to na ziemię – A to po jakiemu? – podeszła do niego i spojrzała prosto w oczy niczym detektyw szukający poszlak. Szybko musiała się jednak odsunąć, bo zaczął on tańczyć jak… jakby dostał jakiegoś ataku. Piekielna nie wiedziała, czy jest to fajne, dziwne, czy kompletnie złe nawet dla istoty stereotypowo złej tak jak ona.

Gdy zaczął ściągać koszulę… No, to jest coś, co pokuski lubią najbardziej. Teraz wiedziała, że cały ten pokaz na pewno kwalifikuje się jako fajny, więc zaczęła klaskać, ile tylko sił miała w swych delikatnych dłoniach.

- BRAWO! BRAWO! – krzyknęła zachwycona, a koszula spiczastouchego dostała nóżek i zaczęła powolutku odchodzić z tego miejsca, licząc, na odrobinę świętego spokoju – Hmmm ? – Rozalie spostrzegła to bardzo szybko, znowu jej się wymsknęło nieco magii, pochylona zaczęła śledzić część garderoby, ale poruszała się zbyt wolno, więc wzruszyła ramionami i nic nie mówiąc, pozwoliła jej sobie iść, niech ma upragnioną wolność, przynajmniej do czasu. Kto wie, może kiedyś trafi na jakąś bratnią duszę? Albo znajdzie jakąś uroczą dziewczynkę z manią kolekcjonowania męskich koszul? No, chyba że zielonowłosy schwyta ubranie i tyle będzie z gdybania.
Avatar użytkownika
Rozalie
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Esmeralda, Sechmet, Luna, Antar, Rozalie, Aurea, Delia, Mari, Nadeya, Nimfea, Sakura, Imelda, Anastasja, Xenja, Yrin, Zira,
Uwagi administracji: Użytkowniczka ma prawo posiadać w sumie 10 kont, z czego jeden slot, jest slotem dodatkowym, otrzymanym jako nagroda, za długie i sumienne wykonywanie pracy moderatora.
Rasa: Pokusa
Aura: Aura o średniej mocy, w głównej mierze przywłaszczyła sobie cynową barwę, chociaż widnieje w niej zalążek delikatnego srebra. Dwubarwną emanację otuliła szmaragdowa poświata, spod której wydobywa się potężny dźwięk kakofonii. Niesie on ze sobą zniszczenie, ale w jego tle rozbrzmiewa przyjazny trzask płomieni, zaburzając w ten sposób pozorny obraz niebezpieczeństwa. Trudno jest go połączyć z wonią palonych włosów czy też odurzającej siarki. Zachwyca twardością i giętkością, a gładka powierzchnia przyozdobiona została o ostre brzegi. W smaku szalenie pikantna i ostra, czasem nieznośnie lepi się i parzy wargi.
Wygląd: Jak każda pokusa odznacza się niezwykłym pięknem nawet w swej prawdziwej postaci. Nie można o niej powiedzieć iż jest niska, jednakże ponadprzeciętnej wysokości nie posiada. Delikatna i jasna skóra wprost kusi by ją dotknąć. Inną z zalet wyglądu Rozalie jest Szczupła i zgrabna sylwetka.
Jej rude włosy sięgają do ramion, natomiast grzywka lekko przysłania piekielnie ...
(Więcej)

Postprzez Hyiaxinthe » N gru 09, 2018 1:16 pm

        Zielonowłosy był zabawny. Jego uśmiech czasami przybierał barwy czerwieni! I to takiej szkarłatnej, błyszczącej w świetle czerwieni. Czy to nie była przypadkiem krew? Czyli to oznaczało, że był ranny? Myślała nad tym Hyiaxinthe przez chwilę, ale to, co zaczęło się dziać, wybiło jej to kompletnie z głowy, podobnie zresztą jak wcześniejszą konwersację o kosmitach i ziemniakach.

        Niphred okazał się istną czarną dziurą, tyle że zamiast materii, przyciągał do siebie chaos, a on sam był istną osobliwością - punktem o nieskończonym stopniu absurdu. Bardzo szybko, pod jego nadzorem, sytuacja zmieniła się w parodię balu - piękność towarzysząca elfowi rozpoczęła bardzo żywy taniec z kapitanem, który pozwolił, aby nie-logika tej sytuacji pochłonęła go. To, co jeszcze przed chwilą było formacją mającą na celu otoczenie potencjalnie niebezpiecznych osobników, było teraz symfonią nóg, które żwawo wystukiwały rytm. Jedynie porzucone uzbrojenie przypominało, że jeszcze kilka chwil temu mieli całkiem inny cel.

        To wszystko uwielbiała przemieniona. Kochała nawet. Wszyscy tak ładnie się ruszali, a ona aż nie mogła się naoglądać tego, jak straż tańcowała dookoła niej. Jej własne nóżki, jak kończyny kukiełki na sznurkach, zaczęły nieświadomie tupać w miejscu, zgrają się z tempem roztańcowanych istot.

        Kiedy sam Niphred zaczął tańczyć - o ile tę zbrodnię przeciwko koordynacji ruchowej można było nazwać tańcem - Hyiaxinthe pozwoliła sobie dołączyć, a właściwie to nie mogła się opanować. Zaczęła hopsać po wolnej przestrzeni, próbując wczuć się w rytm tego, co rozgrywało się w tym dziwnym przedstawieniu, a co chwile emocje i szczęście tak ją rozsadzały, że teleportowała się przy co drugim skoku, tworząc niegroźne, aczkolwiek widowiskowe rozbłyski niebieskich płomieni.

        W końcu jednak elf przestał tańczyć, a ona, nie chcąc, by to się skończyło, zatrzymała się niedaleko niego i patrzyła w jego stronę błagalnymi oczkami.

- To było ładne! Jeszcze, ja chce jeszcze!

        Całkiem przeciwnego zdania był feniks. On nie chciał tego przeżywać ani chwili dłużej. Miał tego tak bardzo dość, że aż stracił resztki cierpliwości i taktu. Rozłożył skrzydłą tak szeroko, jak umiał, po czym wydał z siebie najgłośniejszy i najbardziej agresywny skrzek, jaki tylko wielki ptak mógł wydać. To był koniec końców tylko dźwięk, o wiele bardziej soczyste były myśli, które przebiegały przez jego głowę… A które, niestety, wychwyciła podopieczna feniksa.

- ...Uuuu, tyle nowych słów! Też chce je spróbować! - Po czym wyciągnęła rękę w stronę elfa, używając palca wskazującego, by wskazać na niego. - Sukinkot!

        To nie był dobry dzień dla Amminextiuibilisa.
Avatar użytkownika
Hyiaxinthe
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Lullasy, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Sugarro, Rubedo,
Rasa: Przemieniona, dawniej czarodziejka opiekunka. Jej ród przebiega bezpośrednio od jednego z pierwszych czarodziejów opiekunów.
Aura: Cechą tej aury jest jej nieobecność, a właściwie brak. Nie da się tu zobaczyć jakiejkolwiek barwy czy też poświaty. Dźwięki i zapachy również tu nie istnieją. Próba dotknięcia powłoki zazwyczaj kończy się porażką. Na podniebieniu również nie pozostawia żadnych śladów.
Wygląd: Niewielu osobom dane było ujrzeć błękitne płomienie, które są niczym zwiastun nadejścia Hyiaxinthe. Jeszcze mniejszej grupie dane było ujrzeć to, co skryte pod płomieniami, a było co ukrywać, gdyż bez względu na to, pod którą postacią się znajduje, jest ona na tyle piękna, by nawet najwytrwalsi przekręcili swój wzrok w jej stronę z miną bezdomnego, widzącego jeszcze ... (Więcej)
Uwagi: Polecam przeczytać minimum dwa razy KP, by uniknąć pomyłek/niedopowiedzeń podczas wątku.

Postprzez Niphred » N sty 13, 2019 11:51 am

        Skończył tańczyć i zastygłszy w pokracznej pozie z uniesionymi w górę rękami obserwował co dzieje się wokół niego. Ludzie jak to ludzie stanęli na wysokości zadania, i choć musiał im trochę pomóc wpuszczając w ich umysły szaleństwo magii Chaosu, to i tak był z nich bardzo dumny.
- Możecie się rozejść – zakomenderował wreszcie, a strażnicy miejscy posłusznie porzucili dreptanie w kółeczku i poczęli chyłkiem opuszczać plac zbierając po drodze porozrzucane włócznie, halabardy, chochle, łyżki, noże i widelce i w co tam jeszcze pozamieniał się w międzyczasie ich własny oręż ciśnięty wcześniej na trotuar. Elf zastanowił się, czy nie należy jeszcze czegoś rzec do oddalających się stróżów prawa. Doszedł do wniosku, że tak, więc krzyknął za nimi:
- Żyjemy panie wójcie! – podziękował mężczyznom za piękne uświetnienie powitania kosmitów na Alaranii.
        Zielonowłosy, samozwańczy alarański ambasador nie był żadnym znawcą protokołu dyplomatycznego, propagatorem kultury ani nawet mistrzem taktu. Zdecydowanie bliżej było mu do jaskiniowego dzikusa niż wysublimowanej szlachty. Świadczyło o tym chociażby to, że pomimo iż miał na usługach potężną magię, to na swoje doroczne przyjęcia urodzinowe nie zapraszał wcale dostojnych arcymagów, a raczej słał zaproszenia za góry do niepiśmiennych Yeti, za stepy stadom bizonów żującym trawę i elokwentnie robiącym „BEEE!!”, oraz za lasy do jaszczurek plamistych i węży ogrodowych. Nic więc dziwnego, że zwykle świętował samotnie, a dopiero w ostatnich latach w towarzystwie Arissy. Choć nigdy sam by tego nie przyznał, to jego nieociosanie i wariactwo raczej odstraszało. Co by jednak nie było, to Niphred urodził się elfem i jako taki był bardzo wyczulony na elegancję. Kolejne akcje dwu ślicznych niewiast bardzo drażniły jego zmysł estetyczny, który widocznie nie zanikł całkowicie pomimo tego chaotycznego zdziczenia. Obie panie, tak jak były aż do przesady piękne, tak bardzo też nie potrafiły się zachować. Tylko wielkie, ogniste ptaszysko dołączyło się do pieśni swoim piskiem. Natomiast one nic.
        Jedna, ta z niebieską fryzurą, poczęła popisywać się czarami. Ha! Czarami? Migała, jakby teleportu uczył ją ktoś z wieczną czkawką. Chciała wzbudzić śmiech? Czy litość i współczucie? A może prosić Wielkiego Erdecoire o naukę? Pewnie to ostatnie, bo inaczej po co podawałaby mu swoje nazwisko? „Sukinkot” – no głupie, ale jak na ufoludka to pewnie normalne.
- Calladelon – odparł uprzejmie i grzecznym skinieniem dotknął swego czoła, po czym od razu podał potencjalnej uczennicy cenę za godzinę korepetycji. – Pięć złotych i pół litra.
        Zaraz jednak spojrzał na tę drugą, strasznie oszpeconą czerwono-rudym kolorem włosów. Ta zaś przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Najpierw ryczy i chowa się w swoich skrzydłach, później klaszcze nie do rytmu, a teraz to nagabuje na numerek w krzaczkach jego porzuconą koszulę, zamiast maślanymi oczami zachwycać się nagą klatką czarodzieja. Chociaż mag świadomy był, że przypomina ona bardziej wgnieciony karton niż popiersie zdrowego mężczyzny, to i tak był z niej bardzo dumny, ale to głównie ze względu na artystyczne bohomazy, których czarnym labiryntem pokryty był każdy niemal fragment upiornie bladej skóry.
- Ty! Co jest z tobą nie tak? – zapytał Rozalie, jakby trochę się martwiąc. Trochę, nie za dużo, mniej więcej tyle, co o swoje zdrowie. Nagle bowiem zatrząsł się wyraźnie pod wpływem chłodnego podmuchu wiatru. Prezentowany bezwstydnie topless jednak nie przeszkadzał mu w najmniejszym stopniu i nie tutaj doszukiwał się przyczyn swojego problemu.
- Arissa! – wrzasnął. – Gdzie są moje wełniane skarpetki?
               Brunetka jednak nie zwróciła na niego żadnej uwagi. Dalej pląsała wokół placu z imć Blucherem, a na jej twarzy niepewność przeplatała się z lekkim zauroczeniem całą postacią szeryfa. Hernan bowiem był to chłop na schwał, a choć może nie bardzo potrafił tańczyć, to na pewno dobrze potrafił w tańcu prowadzić i tym sposobem delikatnie, ale jednak stanowczo podporządkował sobie nieśmiałą syrenkę. Poza tym nawet bez bujnego wąsa i pomimo zmarszczek był całkiem przystojnym mężczyzną. Chociaż elf nigdy nie miał w związku z naturianką żadnych matrymonialnych planów ani erotycznych snów, to i tak mała szpileczka zazdrości ukłuła delikatnie psychikę Niphreda. A choć nie miał pojęcia co to za uczucie ani dlaczego się pojawiło, to i tak pod jego wpływem natychmiast przeszedł do działania. Bezceremonialnie wparował pomiędzy parę i rozdzielił tańczących.
- Dziękujemy już panu, panie komendancie! – ryknął mu w twarz. Srebrne zębiska błysnęły złowróżbnie. Oficer nie był lękliwy, wytrzymał obłędne spojrzenie i wczorajszy oddech zielonowłosego wariata. Chciał coś odpowiedzieć.
- Dlaczego... – zaczął pytanie, ale nie dokończył. Walki z Chaosem nigdy nie wygrywa się na argumenty. Tutaj trzeba brutalnej siły, ognia i żelaza, a przede wszystkim odporności umysłu lub przynajmniej magicznych barier ochronnych. Stróż prawa przegrał zatem, zanim w ogóle walka się rozpoczęła. Gdy tylko otworzył usta, to Niphred natychmiast zaczął po swojemu czarować. A że był przy tym wściekły, to naprawdę potężne kopnięcie szalonej energii natychmiast uderzyło w zdrowy rozsądek mundurowego, rozsmarowało po wnętrzu czaszki całą jego racjonalność i cudem tylko nie uszkodziło fizycznych struktur mózgu. Żołnierz momentalnie przysiadł, pierdnął, rzygnął i zaczął jodłować od tyłu „epos o Prasmoku”, po czym biegnąc na czworakach podążył za swoim oddziałem ciągle zawodząc piskliwym głosikiem, tak jakby przyciął sobie rozporkiem własne klejnoty.
- Proszę pozdrowić od nas małżonkę..! – krzyknął na pożegnanie czarownik szczerząc się we wrednym uśmiechu, a żeby nie było za różowo, to dodał jeszcze - ...i teściową!
- Tak.. jest..! – doszedł do ich uszu zdyszany zaśpiew galopującego świńskim truchtem w dół ulicy komendanta straży miejskiej.
Avatar użytkownika
Niphred
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Dima, Rufus, Know, Oswald,
Rasa: elf górski
Aura: Od pierwszych chwil spędzonych na poznawaniu tej emanacji, otoczy Cię nieodparte uczucie chaosu, ukrytego podczas zmatowionych, jakby pokrytych patyną kolorów. Przed oczyma będzie kotłować się stare srebro, początkowo zajmując całą Twoją uwagę. Dopiero gdy oswoisz się ze srebrnymi tumanami kłębiącymi się przed Twymi oczyma, dostrzeżesz ukryte wśród nich, pojawiające się co jakiś czas cynowe smugi, nieregularnie znikające zastępowane osiadłym cynkiem. W całości dopatrzysz się też kobaltowego pyłu, opadającego pośród głównej barwy. Dostrzegane przez Ciebie kolory, otoczone są intensywnymi wirami rozbłyskującego topazu, który dopełnia wrażeń wzrokowych. Gdy już uznasz oglądanie za skończone, możesz zanurzyć się w szaleństwie dźwięków. Najpierw uderzy w Ciebie potężna fala tłumu głosów, cichszych i głośniejszych, które przekrzykując się nawzajem, przedzierają się do Twoich myśli, utrudniając uporządkowanie własnego umysłu. Zaraz po nich pojawią się buczenie i przenikające je brzęczenie, dużo słabsze, ale wciąż nieznośnie męczące słuch. Dopiero koniec, pozwoli Ci się odrobinę wyciszyć, pośród delikatnych gwizdów wiatru dmącego wśród skał i trzasku iskier, rozpalonego w górach ogniska. Zapach jest najłagodniejszą częścią aury, wręcz niepasującą do ogółu. Poczujesz woń kosodrzewin rosnących na graniach i czystego chłodnego powietrza, lekko złamanych nutą starych bibliotek. Początkowo aura jest delikatna i miękka, chociaż swoją giętkością stara się unikać Twoich dłoni, umykając przed dokładniejszym dotykiem. Zaraz potem objawi swoje drugie i ostre oblicze, by na sam koniec ukazać swe chropowate połacie poprzecinane gładkimi powierzchniami, niejednolite niczym skały poszarpane wiatrem i wygładzone wodą. Smak emanacji jest intensywnie pikantny, a zmieszany z soczystą słodyczą, prezentują wyjątkowo lepką całość, wieńczącą zmącone doznania.
Wygląd: Górski elf, średniego wzrostu. Wychudły, nawet jak na elfa. Nienaturalnie blada cera, zapadnięte oczy, obłędny wzrok. Garbaty nos i długie odstające uszy. Usta sinoczerwone, zęby srebrne, błyszczące, metalowe. Szeroki uśmiech, broda wąska, twarz bez zarostu. Średniej długości zielone włosy, zwykle w kompletnym nieładzie. Ciało łącznie z twarzą pokryte czarnymi tatuażami. ... (Więcej)


Powrót do Saorais

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron