[Królewskie lochy] Jak zapobiec burzy?


Ogromne, warowne miasto i przylegające do niego wioski znajdują się na północnym stoku Wzgórz Mirinton. Miasto to zamieszkują głównie ludzie, elfy i naturianie, którzy uciekli z lasu. Z jakich przyczyn - to już widzą tylko oni sami. Tak, czy inaczej Irrasil jest ośrodkiem multikulturowym. Budynki zbudowane są z ciosanego drewna i kamienia.

Postprzez Eleanael » Pn paź 15, 2018 10:12 pm

        Późne popołudnie, ciepły jesienny dzień. Szelest opadających żółtych i czerwonych liści tworzył niepowtarzalny widok - jak płonące miriady ognistych motyli, które bez skargi milkną na dywanie ze zwiędłych braci.

        Eleanael miał dziś popołudniowy patrol wschodniej granicy, więc miał trochę czasu, żeby dokończyć uszczelnianie dachu przyjaciela - ostatnia wichura strąciła mu na głowę sporawy konar. Elan pozwolił mu mieszkać z w swoim domu dopóki nie naprawi zniszczeń w swoim. Nie przeszkadzało mu to, bo i tak rzadko bywał u siebie i przynajmniej ktoś doglądał jego dobytku. Do dzisiaj, bo tego dnia zabrał się za wymianę poszycia i wszystko poszło bardzo sprawnie.
        Po przekazaniu dobrej informacji swojemu już nie współlokatorowi zabrał swoją włócznię i oddalił się na wschód. Z pewnego bardzo konkretnego powodu lubił ten kierunek. Było tam wzgórze, z którego mógł podziwiać cały świat aż po horyzont i to z każdej strony. Poza tym pewnego rodzaju frajdę sprawiało mu odnajdywanie ludzkich pułapek, pozostawionych w jakże oczywistych miejscach. W pewnym sensie było to niebezpieczne zadanie, ale Elan lubił ryzyko. Jak dotąd nigdy nikt go nie zauważył i to nie miało prawa się zmienić.
        W drodze na wzgórze miał się minąć z Danyelem, który miał wracać do wioski po polowaniu. Wszystkie centaury powinny wrócić do wioski przed zapadnięciem nocy, to była żelazna zasada dotycząca nawet strażników. Patrole po zmroku odbywały się tylko i wyłącznie w parach. Eleanael miał dzisiaj wybrać się tylko na wieczorny spacer.
        Zwykle spotykał się z Danyelem mniej więcej na wysokości trzech starych dębów rosnących równo w rzędzie w idealnie tych samych odległościach od siebie. Tym razem jednak jego znajomy się spóźniał, ale Elan postanowił na niego poczekać. I jak się okazało, niepotrzebnie się fatygował, bo zaczerpnąwszy wieści od roślin (już trochę po czasie), dowiedział się, że Danyel wrócił wcześniej niż zwykle, bo udało mu się wyrobić przed południem. Elan nie miał na kogo się złościć. Właściwie nic się nie stało, więc poszedł dalej.
        Położył się na swojej ulubionej miejscówce na wzgórzu i wyciągnął magiczny flet. Powiódł melancholijnym wzrokiem po żółto-pomarańczowym oceanie drzew i przymknął oczy przykładając instrument do ust. Wybrał jedną ze swoich ulubionych kompozycji. Gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki poczuł tą samą co zwykle lekkość - jakby unosił go wiatr. Oddawał siebie i swój spokój całej okolicy, dostosowując się do jakże sennej pory roku. Jego palce dotykały otworów w drewnianym instrumencie zmieniając tempo na przypominające falowanie, aby potem wnet przyspieszyć i obudzić rozespaną naturę. Wiatr porwał jego włosy i wytrąciły go z rytmu. Przerwał grę opuszczając ręce, w których trzymał flet. Nadstawił uszu i nasłuchiwał dźwięków i całego lasu. Działo się coś niedobrego. Podniósł się z ziemi i chwytając za włócznię zbiegł galopem ze wzgórza. Wbiegł do lasu przyspieszając do cwału. Chociaż znał rozmieszczenie każdego drzewa w okolicy, musiał wreszcie zwolnić do galopu i wykorzystać do maksimum swoją zręczność, aby pokonać dystans do... krzyku.
        Wiedział do kogo należał. To była mała Tatalia! Ledwie kilkuletnia centaurzyca, z którą mieli prawdziwe urwanie głowy. Upilnowanie jej było praktycznie niemożliwe, jeśli unikało się dosłownego uwiązywania jej do drzewa. Lecz nawet jeśli tak często uciekała z domu, to nigdy wcześniej nie zapuszczała się tak daleko. Co ją podkusiło, żeby aż tak oddalić się od rodziców?
        Piszczenie dziecka zadziałało na niego jak smagnięcie batem po grzbiecie. Serce podchodziło mu do gardła ze straszliwego strachu o dziewczynkę. Z początku starał się omijać nawet te mniejsze drzewka, ale w końcu porzucił troskę o zieleń i pruł na oślep przez krzaki jak niepowstrzymany taran. Bicie gałęziami po twarzy starał się amortyzować rękoma i włócznią, lecz ta metoda była skuteczna jedynie z początku, dopóki nie zdążył osłonić się od jednej, bo potem następne - niczym lawina, której stawiał czoło - parła na niego jakby chciała go spowolnić lub zatrzymać. Wściekłość i strach o klanowiczkę zagotowała krew w młodym wojowniku.

        - Wiąż mocniej! Zarzuć tutaj! Przytrzymaj ją! - brzmiały ostatnie rozkazy do sześciu dorosłych łowców ubranych w identyczne, ciemnozielone płaszcze. Każdy był uzbrojony w prosty łuk i zakrzywiony sztylet. Przy czym trzech było zajętych trzymaniem lin, na których końcu wyrywała się zaplątana mała centaurzyca, a czterech próbowało do niej podejść z zamiarem przytrzymania i związania. Gdy więc Eleanael wyskoczył z krzaków i ujrzał całą sytuację, bez praktycznie żadnego namysłu wskoczył między łowców a dziecko i pierwsze co zrobił, to machnięciem dobytego w ułamku sekundy miecza odciął liny trzymane przez trójkę zszokowanych mężczyzn. Cała siódemka zatoczyła się do tyłu, odstraszona ogromem centaura stającego na tylnych nogach, aby ich jeszcze mocniej wystraszyć.
        - Do mieczy! Laro, strzelaj! - wydał polecenie znajomym głosem najstarszy z łowców, którego twarz Elan miał wreszcie okazję zobaczyć. Na ustach centaura powstał wręcz wściekły grymas. Dziewczynka za nim wyplątywała kopytka z lin, ale trwało to zbyt długo! Zanim ją złapie, zabiją ich oboje. Musiał więc walczyć. W bardzo nierównej walce.
        Szczęk metalu wypłoszył ptactwo, które chmarami uleciało z drzew. Pierwsze uderzenia kling szybko uświadomiły łowcom, że przeciwnik był dobrze wyszkolonym szermierzem. Zaskakująco dobrze radził też sobie z włócznią w drugiej ręce, którą uzupełniał ewentualne luki w obronie mieczem. Podejść go od tyłu też nie było prosto o czym przekonał się pierwszy z kandydatów na kopniaka. Mężczyzna uderzony w pierś upadł wypuszczając z dłoni miecz.
        - Tatalia! Zjeżdżaj stąd! - wykrzyknął Elan do dziewczynki zmagającej się z ostatnim węzłem. Widząc to znowu stanął na tylnych nogach, aby zyskać trochę przestrzeni i czasu. Stało się tak jak zaplanował. Napastnicy odsunęli się o krok do tyłu. Jeden z nich zakładał strzałę na łuk, czego centaur nie zauważył, bo był skupiony na małej. Kiedy opadł na ziemię, upuścił jednocześnie miecz na centaurzycę. Klinga opadła między jej nóżki rozcinając linę.
        - Wynocha! - warknął w ich języku na dziewczynkę, a ona bez jakiegokolwiek "ale" uciekła w las. Elan wrócił wzrokiem do mężczyzn i niestety nie zdążył uniknąć podstępu. Dwóch zarzuciło na niego liny, ale zostały one od razu przecięte. Miał zamiar od razu po ich przecięciu obrócić się i uciec w ślad za Tatalią, ale drogę zagrodziło mu dwóch łowców z mieczami skierowanymi w jego pierś. Znowu liny opadły mu na tors, jedna z pętli zacisnęła się na szyi. Zaczął tracić cierpliwość i zamierzał użyć swojej najmocniejszej broni. Wypuścił miecz i chwycił oburącz włócznię, której koniec zaczął się iskrzyć błękitno-białymi błyskawicami. Łowcy zdawali się tego nie zauważyć i pociągnęli mocno za linę, która oplątała się za przednią nogę. Elan wierzgnął kopiąc w tył na oślep.
        Usłyszał cichy świst, a potem uderzenie w udo i przeszywający ból. Wiedział dobrze co to było i bez namysłu, odruchowo wystrzelił z włóczni piorunem celując w ramię łucznika. Niestety... Piorun zboczył z trasy i trafił go prosto w pierś. Młody chłopak nawet nie jęknął, tylko padł jak długi. Z dziury na jego plecach uleciał ciemny dymek. Eleanael wytrzeszczył oczy z szoku. Nie tego chciał. Nawet jeśli oni chcieli go poćwiartować, to teraz poczuł się jak przybity do ziemi. Znieruchomiał tak samo jak tamci ludzie. Nastała straszna cisza, w której było słychać cicho skwierczenie pierwszej ofiary.
        Wtedy dotarło do Eleanaela, że jedynym sposobem, aby to zakończyć jest... poddać się. Miał ku temu swoje powody. Nie chciał dalszego rozlewu krwi, a widząc powracające na niego spojrzenia widział w nich rządzę zemsty. Rzucił więc włócznię pod nogi najstarszego, który popatrzył najpierw na centaura, a potem na magiczną broń. Potem gwałtownie obrócił głowę w kierunku swoich kolegów, którzy z okrzykiem unieśli miecze na bezbronnego centaura.
        - Stać! - wykrzyknął zatrzymując zamachy swoich podwładnych. Ci popatrzyli na dowódcę i zamarli z pytającymi spojrzeniami.
        - Ale...? Ale...?
        - Związać mu ręce i założyć liny na szyję. Zabieramy go. Pante, weź go załaduj na wóz - rozkazał wskazując na denata. Potem znowu spojrzał w oczy centaurowi. Co mógł w nich zobaczyć innego prócz wielkiego żalu? Nie, tego nie zobaczył, bo nie znał się na centaurach. Skąd mógł wiedzieć jakie były jego prawdziwe motywy...

        Eleanael wzbudził w mieście niemałe zainteresowanie. Tak naprawdę ani razu nie uniósł głowy i szedł za wozem, z którego wisiały wystające spod koca bezwładne nogi ofiary jego nieostrożności. Gdy lud domyślił się co się wydarzyło, zaczął krzyczeć na centaura. W powietrze poleciały ostre słowa, a nawet kamienie. Elanowi nie zrobiły krzywdy ani obelgi, ani groźby. Kamyki też były najmniejszym bólem. Najgorsze było teraz tom co się stanie z jego Klanem. Wiedział, że ludzie są mściwi - on sam z rozkoszą zemściłby się na sobie, gdyby był z tego ludu.
        Na szczęście przed publicznym linczem powstrzymał ludzi kordon strażników, którzy szczelnie odgrodzili centaura i łowców od rozeźlonego tłumu. Czuł na sobie wzrok tych co go nie znali, a już go osądzili.
        Zaprowadzono go na zamknięty teren, oddzielony od miasta wysokim murem i stalową kratownicą. Na podwórzu było kilku chłopów w obdartych łachach. Siedzieli sobie oni na ławkach przed długimi stołami i grali w karty. Jasne było, że przyprowadzenie nowego więźnia przykuło ich uwagę. Powóz z denatem zatrzymał się, a Elan minął go prowadzony dalej do wysokiego budynku. Jak się okazało, w środku był podzielony na małe pomieszczenia z kratami zamiast ścian. Niektóre z cel były oddzielone od innych murami i tworzyły coś na wzór izolatek. Do jednej z nich został wtrącony Elan. Centaur usłyszał trzask drzwi za sobą. Jedynym tu źródłem światła było wąskie okienko w okutych drzwiach.
        Czuł jak strzała w udzie go piecze, ale ani myślał ją usuwać, skoro zaraz zostanie stracony. Po co zadawać sobie dodatkowy ból? Stanął w rogu niewielkiego pomieszczenia tyłem do wyjścia. Słyszał co chwilę kroki zbliżające się do drzwi i widział cienie głów rzucane na ziemię, kiedy co rusz jakiś ciekawski strażnik zaglądał przez okienko, żeby spojrzeć na złapany okaz.
Avatar użytkownika
Eleanael
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Marvel, Night,
Rasa: Centaur
Aura: Niezbyt leciwa aura średniej siły - takie jest pierwsze wrażenie. Drugie? Nie przeczące pierwszemu - tępawe miedziane okucia i ostrzejsze nieco żelazne ćwieki, te ostatnie w liczbie nad wyraz mnogiej. Układają się w fascynujące wzory kojarzące się raz to ze sztuką, to znowu z wojaczką, z wolnością i ograniczeniem. Otoczone burzą lepkich barachitowych liści stają się zjawiskiem niemal urzekającym, choć szybko narzucone zostają na nie krępujące cynkowe pasy, zapięte nań mimo woli. Nie są ni gładkie ni nazbyt szorstkie; nie drażnią zbyt mocno, ale i nie sprawiają przyjemności. Całkiem giętkie dopasowują się do ciała, twarde nie dają się zerwać, lepkie - odkleić. Nie pachną jednak więzieniem ani katorgą, lecz świeżym miodem i końską sierścią. Zadbaną, przesiąkniętą dodatkowo wonią dzikiej przyrody. Obsydianowa poświata układa się na wzór i podobieństwo leśnej polany, która zamyka w sobie wszelkie niepokoje i daje schronienie - jak bardzo pożądane? Trudno zgadnąć, choć łagodny posmak sugeruje, że nie jest wcale tak źle…
Wygląd: Elan mierzy w kłębie około półtora metra, a do czubka głowy jego wzrost sięga prawie dwóch i pół metra. Jest więc wyższy od swoich kuzynów, koni, ale w swojej rasie osiągnął wzrost po prostu przeciętny. Gdyby nie ta druga połowa poniżej pasa, to można by rzec, że nawet przystojny z niego mężczyzna. Jego twarz pokrywa jeszcze młodzieńczy zarost, który póki co jest prawie ... (Więcej)

Postprzez Valerija » Wt paź 16, 2018 2:49 pm

Był piękny, jesienny poranek. Ta pora roku zazwyczaj obfitowała w deszcz i pluchę, jednak w tym roku było inaczej. Mimo że korony drzew zmieniały kolor, to wokół panowała piękna aura. Słońce świeciło mocno i ogrzewało ziemię. Trawy nadal zieleniły się na wzgórzach, niektóre drzewa nawet nie zaczęły zrzucać liści. Było cudownie.

Valerija wstała wcześnie rano. Mimo całej melancholii jaka ogarniała ją w niektóre dni musiała funkcjonować. Owszem, miała sztab doradców, ministrów, mistrzów i innych pomocników, jednak tak naprawdę państwo było na jej głowie. Była za młoda, zbyt niedoświadczona, ale nie miała wyboru. Jej rodzice zostali zabici, a ona była jedyną spadkobierczynią tronu. Musiała stawić czoła wszystkim wyzwaniom, musiała rządzić wielkim państwem.

Jej poranki wyglądały bardzo podobnie. Wstawała wcześnie, a służba przygotowywała jej kąpiel. Myła się i siadała do toaletki. Jej dwórki czesały ją i tak było i dzisiaj. Jej piękne rude włosy upięto w fantazyjny kok, a głowę ozdobiono diademem z szafirami. Mimo iż było dość ciepło na ten dzień Valerija wybrała piękną, aksamitną suknię w kolorze indygo. Była zdobiona czarnymi koronkami przy dekolcie i na dole, a także przy rozkloszowanych rękawach. Poza tym gorset sukni wyhaftowano srebrną nicią. Valerija miała doskonałą figurę, mocne wcięcie w talii i ładne piersi. Nie eksponowała ich nadmiernie, za to talię już tak. Każdego dnia służki ściągały ją gorsetem wiązanym na plecach.

Wypachniona, ubrana, z diademem na głowie i piękną kolią na szyi usiadła do śniadania. Rano jadła raczej skromnie, biały ser ze śmietaną albo przepiórcze jajka. Żadnej cebuli czy czosnku. Królowej nie było wolno jeść takich rzeczy ze względu na ich intensywny zapach. Unikała także wędzonych produktów, zwłaszcza ryb. Życie monarchini nie było takie jak wszyscy sądzili. Etykieta, zakazy, rozkazy i nakazy. Każdego dni trzeba było trzymać się reguł.

Po śniadaniu Valerija spotkała się z ministrami i wysłuchała wszystkich spraw siedząc na swoim tronie, a potem udała się do swojej kancelarii. Była to piękna, ogromna komnata. Jej ściany zdobiły mahoniowe półki z książkami, od ziemi aż do sufitu. Na środku pokoju stało wielkie, również mahoniowo biurko, a za nim fotel obity satyną w złotym kolorze. Valerija siedziała na nim i przeglądała stertę papierów, jaką jej przyniesiono. Z boku, w części salonowej, gdzie stała sofa i fotele, siedziała Nadia. Piękna, czarnowłosa dworka królowej. Czytała książkę. Była tam na jej wyraźną prośbę - Valerija nie lubiła siedzieć sama, wolała mieć przy sobie towarzystwo. Nie znał dobrze Nadii, ale ufała jej - była przełożoną reszty jej dwórek.
Avatar użytkownika
Valerija
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Niara, Villemo, Saira, Aruviel, Sauria, Jasmina, Nani, Sava, Siren, Ziva, Zayra, Aurelia, Rumianek, Sasanka, Nivalia, Anette, Azajasz, Alexander,
Rasa: Emisariuszka
Aura: Nieznana.
Wygląd: Valerija jest niewysoką dziewczyną. Mierzy zaledwie 165 cm. Jest szczupła, ale nie przesadnie chuda. Ma płaski brzuch i ładnie zaokrąglone biodra. Jej piersi są jędrne, choć nie zbyt duże, raczej umiarkowanej wielkości. Ma dosyć jasną cerę i burzę rudych włosów na głowie. Jej pukle są wycieniowane i lekko kręcone, z przodu sięgają za obojczyki z tyłu mniej więcej za ... (Więcej)

Postprzez Maximilaan » Cz paź 18, 2018 7:21 pm

        Jajecznica z tuzina jajek nie stanowiła wcale zbyt obfitego śniadania dla kogoś takiego jak Max. Jego rasa, wiek, płeć, a nawet zawód składały się na to, że jego metabolizm działał na najwyższych obrotach i posiłek tego kalibru na dobry początek dnia nie stanowił niczego nadzwyczajnego, bo tak jak jego królowa musiała dbać o linię, tak on musiał dbać o to, by mieć dużo siły przez cały dzień.
        Franca miała jednak na ten temat inne zdanie i drepcząc w tę i z powrotem po ramie otwartego na oścież kuchennego okna cały czas się darła.
        - Nie zachowuj się jak moja matka – upomniał ją w końcu drakon, nadal z werwą mieszając jajka na patelni. Pustułka sprawiała wrażenie zaskoczonej tym, że ten przerośnięty pisklak śmiał jej coś odpowiedzieć i zamknęła dziób, nadal jednak dreptała w kółko i gapiła się na Maxa. Dała sobie spokój dopiero, gdy strażnik przełożył jajecznicę na talerz i poszedł z nią do stołu, wtedy krzyknęła krótkie „kij!” i zerwała się do lotu.
        - Dzisiaj nie jesz ze mną? – mruknął Maximilaan do ptaka, którego już dawno nie było. Czasami gdy Franca trochę dłużej zamarudziła na jego parapecie, rzucał jej kawałek mięsa albo coś z tego, co aktualnie jadł, jeśli wiedział, że jej tym nie zabije. Ona była jednak samodzielną kobietą i nie zawsze chciała korzystać z tej sposobności. A może po prostu nie była do tego przyzwyczajona – Max nie pracował o stałych porach, więc skoro sam nie miał pewności o której godzinie danego dnia zje posiłek, tym bardziej nie wiedziała tego Franca i pewnie przez to wolała radzić sobie sama. To dobrze, bo gdyby Maxa kiedyś zabrakło, ona nie zdechnie z głodu. I jej dieta była dzięki temu na pewno zdrowsza… Same plusy.
        Gdy Maximilaan był już sam, szybko zjadł śniadanie i poszedł się przebrać. Jego służba w pałacu dawała mu ten komfort, że nie musiał kombinować co na siebie założyć. Nie paradował co prawda w uniformie na ulicach, ale na przejście tego kawałka mógł założyć na siebie byle co, aby przebrać się już w pałacu.

        - Jestem.
        Na co dzień strażnicy zmieniający się na wartach mieli to przede wszystkim robić dyskretnie, aby nie przeszkadzać osobom, których strzegli. Odpadały więc saluty, przemarsze czy recytowane żołnierskim tonem raporty. Z reguły wyglądało to tak jak w tym momencie: jeden strażnik podchodził do drugiego i szeptem meldował, że go zmienia. W jakich słowach się to odbywało, to już zależało od zażyłości strażników i oczywiście tego, czy przy tej rozmowie byli świadkowie, a tym bardziej wysoko postawieni świadkowie, tacy jak przełożeni czy rodzina królewska. Gdy jednak wszystko odbywało się pod zamkniętymi drzwiami gabinetu, na pustym korytarzu, można było pozwolić sobie na swobodny ton i przyjacielski uścisk dłoni.
        - Cześć - odpowiedział Maxowi strażnik pełniący do tej pory wartę.
        - Jak tam?
        - Spokojnie. Królowa jest w środku z Nadią - dodał strażnik w ramach nakreślenia ogólnej sytuacji.
        - Jakieś ustalenia, czy...?
        - Zdaje się, że tylko dla towarzystwa. Jest zupełnie cicho - zauważył, po czym obaj zamilkli by przekonać się, czy jednak coś się nie zmieniło.
        - Dobra - uznał w końcu zmiennik Maxa. - Miłej warty, do zobaczenia.
        - Do zobaczenia - odparł drakon, zajmując miejsce obok wejścia do gabinetu. Z tego pomieszczenia było tylko jedno wyjście, obstawianie go było więc zadanie łatwym, przeznaczonym dla jednej osoby. To miało swoje plusy, bo praca nie była ciężka, ale jednocześnie przez bardzo długi czas nie było do kogo gęby otworzyć. Wielu strażnikom to przeszkadzało, ale Max był cierpliwy - czasami całe noce wystawał pod jakimś domem, gdzie przesiadywała Valerija i jakoś to znosił, więc zwykła warta nie była przy tym taka najgorsza. Zwłaszcza biorąc poprawkę na to, że królowa na pewno nie spędzi w swoim gabinecie całego dnia i pewnie wkrótce wyjdzie, by spełniać kolejne punkty ze swojego napiętego planu dnia. "Jak ona to znosi?", zastanawiał się po raz setny Max myśląc o tym jaka odpowiedzialność spoczywała na barkach tej młodej dziewczyny - za młodej, by odpowiadać za cały kraj.
        Maximilaan nie musiał jednak czekać nawet na to, aż Valerija opuści gabinet, by czymś przerwać monotonną służbę - stał na warcie może z godzinę, gdy zbliżył się do niego inny strażnik. Max go rozpoznał, był to wysłannik służb porządkowych stolicy. Mężczyźni porozumieli się samymi spojrzeniami: drakon ostrzegł, że przybysz nie pójdzie ani krok dalej uprzednio z nim nie porozmawiawszy, a w zamian otrzymał twarde spojrzenie "to ważne". Łatwiej było jednak wleźć do gabinetu królowej po zewnętrznym murze pałacu bez żadnego zabezpieczenia niż minąć sumiennego Maximilaana, który pilnował drzwi, więc żadne sugestywne spojrzenia w tym momencie nic nie zdziałały. Przybysz jednak albo miał w sobie dość taktu, albo nie przychodził z niczym aż tak pilnym, gdyż gdy tylko drakon zagrodził mu drogę, zwolnił i przystanął.
        - Królowa Valerija jest zajęta? - upewnił się.
        - To zależy o co chodzi, panie…
        - Pułkownik Hubert Tier - przedstawił się zaraz strażnik rozpoznając to charakterystyczne zawieszenie zdania. - Przybywam zdać raport.
        - To nie jest pora na standardowe raporty - zauważył drakon, bo rozkład dnia Valeriji znał prawie tak dobrze jak jej kanclerze.
        - Bo i sytuacja nie jest typowa - przyznał pułkownik Tier, a wyraz jego twarzy był na tyle nietęgi, że Max domyślił się, że to faktycznie będzie grubsza sprawa.
        - To nie może poczekać do jutra? - upewnił się mimo wszystko.
        - Lepiej nie.
        - Proszę poczekać.
        Max zapukał dwukrotnie do drzwi, a gdy usłyszał przyzwolenie na wejście, przekroczył próg gabinetu nie pozwalając jednak przybyszowi nawet zerknąć do środka.
        - Wasza wysokość, pani - zwrócił się kolejno do obu kobiet kłaniając się im z należytym szacunkiem. - Przybył pułkownik Hubert Tier, ma ponoć ważne doniesienia w sprawie porządku w mieście. Wasza wysokość życzy sobie go widzieć? - upewnił się, a gdy uzyskał zgodę, wpuścił do gabinetu strażnika. Zamknął drzwi i niczym cień ruszył za gościem po miękkim dywanie - to tak na wypadek gdyby jednak coś strzeliło mu do głowy i trzeba by go spacyfikować.
        Pułkownik był jednak człowiekiem dobrze wychowanym i konkretnym, gdy więc wszystkie ukłony i powitania dobiegły końca, od razu przeszedł do rzeczy.
        - Wasza wysokość, dzisiejszego popołudnia w lasach wokół stolicy miała miejsce potyczka, w której jeden z królewskich łowczych został zabity przez dzikiego centaura. Morderca został schwytany i zamknięty w królewskich lochach… Czy życzy sobie wasza wysokość spotkać się z tym człowiekiem? - zapytał, gdyż królowa miała możliwość przesłuchiwania więźniów i wydawania wyroków, jeśli taka była jej wola, a zważywszy na to, że śmierć poniósł jeden z jej ludzi, straż uznała zapewne, że Valerija zechce skorzystać z tej możliwości.
        Stojący z tyłu Max lekko ściągnął brwi. Jednozdaniowe streszczenie wydarzeń było jak na jego gust bardzo skąpe i jemu by nie wystarczyło. Gdyby to od niego zależała decyzja, chciałby poznać więcej szczegółów, ale jak to mówiąc - nie wcinaj się między wódkę a zagrychę. Grzecznie wypełniał więc swoje obowiązki, gotowy w razie czego towarzyszyć Valeriji w drodze do więzienia na przesłuchanie.
Avatar użytkownika
Maximilaan
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik,
Rasa: Drakon
Aura: To niewyróżniająca się siłą, stabilna aura. Prosta, jasna i rzeczowa. Jedyne co się w niej miesza to zapachy - jest ich wiele, splątanych ze sobą i niemożliwych do odróżnienia - niczym u smoków, lecz tutejsze nie są tak ciężkie i męczące. Ot, nieco zagadkowe. Wszystko inne jednak nadrabia tę małą niedogodność; dominujące w emanacji żelazo o kilku przejrzystych odcieniach układa się regularnie gładkimi powierzchniami na kształt obronnego muru. Ale nie zagradza przejścia jeśli uparcie będzie się szło dalej. To tylko aura, musi zostać odczytana. Droga bez ceremonii i rozgłosu poprowadzi więc za tę nad wyraz twardą zaporę, tam gdzie panuje nie tyle ład co klarowny w odbiorze minimalizm i pustka. Żaden odgłos nie mąci spokoju tego miejsca - gdzieś z boku placu rośnie sobie niewielkie barachitowe drzewko o zaskakująco giętkich gałązkach, takie małe w porównaniu z obmurowaniem. W powietrzu, które od czasu do czasu przecina samotna pustułka, unosi się rzadka ametystowa poświata, zdefiniowana już i wyrobiona. W miejscu pozostałości po złotawych monetach ułożone są w sterty głownie wstępnie naostrzonych mieczy. I to właściwie wszystko. Jeszcze tylko smak. Wyraźnie łagodny i gorzki, do przesady czytelny. Kiedy zostanie sprawdzony szybko zaniknie, by wrócić do własnych obowiązków. Reszta podąży za nim.
Wygląd: Max to mężczyzna, który traci się w tłumie przez dość przeciętną urodę, ale gdy mu się przyjrzeć, okazuje się być całkiem miły dla oka. Sześć stóp i palec wzrostu sprawiają, że jest minimalnie wyższy od średniej i można nazwać go wysokim, ale jeszcze nie góruje nad tłumem. Jest dobrze zbudowany, jak na strażnika przystało - widać to nawet przez ubrania, lecz nie w ... (Więcej)

Postprzez Eleanael » Pt paź 19, 2018 6:29 pm

        W koszarowym małym światku powoli rozeszła się wieść o ostatnich wydarzeniach. Szczególne emocje wzbudzała wieść o śmierci jednego z praktykantów przyjętych na okres próbny, po którym uczeń miał zastać wcielony na stałe do szeregów królewskich pełnoetatowych łowców. Niestety takie wypadki zdarzały się i to nawet częściej niż w jakiejkolwiek innej profesji, gdyż inaczej niż na przykład w przypadku straży, łowcy bezustannie pracowali. Oczywiście, że Irrasil posiadało własne hodowle świń, krów, gęsi, kur, kóz, koni i innych zwierząt przeznaczonych na rzeź, ale to nie wystarczało, żeby wykarmić wielotysięczne miasto. Jasne było, że dzika zwierzyna była smaczniejszym kąskiem ze względu na praktycznie zerowe koszty jej utrzymania. Wystarczyło po prostu zorganizować stałą grupę ze stosownymi pozwoleniami, która będzie zaspokajała głód mieszkańców. Przynajmniej do czasu aż nie zabraknie zwierzyny. Wtedy będzie musiał zostać uruchomiony dopracowywany od wielu miesięcy kontrakt handlowy z innymi królestwami.
        Odpowiedzialnym za śmierć chłopaka był jego opiekun, który miał wieloletnie doświadczenie i był szanowanym nauczycielem trudnej sztuki łowieckiej. To on został w pierwszej kolejności przesłuchany przez pułkownika Huberta Tiera. Śmierć Larosta była wielkim ciosem dla Brema, szczególnie, że był to syn jego kuzynki. Z tego względu Tier postępował bardzo delikatnie sprowadzając tryb przesłuchania na tory bardziej nieformalne, tym bardziej, że znał Brema od dzieciństwa i byli dobrymi przyjaciółmi.
        - Więc mówisz, że nie był sam? Ale czemu Brem, do stu diabłów, rzuciliście się na tamtą centaurzycę? I to jeszcze na dziecko!?
        Twarz Tiera wyrażała więcej niż słowa. Nie potrafił sensownie usprawiedliwić postępowania swojego przyjaciela. W gabinecie pułkownika zrobiło się okropnie duszno, ale ze względu na bardzo duże kłopoty w jakie popadł Brem pułkownik nie otwierał okien bojąc się wycieku prawdy. Prawdy, z którą oboje wiedzieli co muszą zrobić.
        - Nie jesteśmy święci - Brem odpowiedział opryskliwie do druha.
        - To ostatni raz, Bremor. Ostatni. Rozumiesz? Nie będę już dłużej tolerował twoich niebezpiecznych interesów. Rozumiemy się?
        - Wycofujesz się?
        - Tak. Po prostu mam dość tego. Teraz przesadziłeś z tym centaurem. To było jeszcze dziecko, Brem!
        - Nic by się jej nie stało. Wiesz ile są warte samice centaurów?
        Pułkownik aż pobladł z niedowierzania. Bremor wielokrotnie był stawiany na piedestale cnotliwości i uczciwości, ale od jakiegoś czasu zmieniał się nie do poznania. Stał się chciwy, czasami bezwzględny. Tier musiał coś z tym zrobić, zanim chciwość przyjaciela pochłonie więcej ofiar.
        - Poza tym... One nawet nie potrafią mówić. To dzikusy. Nikt się o niczym nie dowie - ciągnął dalej.
        - A twoja grupa? - Spojrzał na niego Tier.
        - To mój problem.
        Pułkownik wstał ze swojego fotela i podszedł do okna. Stanął przed nim z założonymi z tyłu rękoma. Chwila ciszy jaka nastała w niewielkim pokoju była mu potrzebna do zebrania myśli i stworzenia jakiegoś sensownego planu. W pewnym sensie schwytany centaur był niewinny i to najmocniej bolało pułkownika. Jeśli opowie królowej wersję Brema, centaur zostanie stracony. Nieważne jakim był dzikusem, czy więcej było w nim konia, czy człowieka. To był pierwszy osobnik tej rasy goszczący w Irrasil. A Irrasil miał być ostoją dla wszystkich ras bez względu na wygląd i pochodzenie.
        Jeśli zaś powie prawdę, Brem trafi do niewoli albo zostanie banitą.
        - Muszę powiadomić królową. Ale nie licz na to, że będę kłamał - oświadczył surowym tonem. Bolało go, że był w to zamieszany i chciał zachować lojalność wobec Valeriji, która mu ufała.
        Brem wzruszył barkami. W zasadzie nie miał co mu odpowiedzieć. Będzie musiał sam się bronić i był pewien, że poradzi sobie z łatwowierną królową, której i tak nikt nie pozwoli zbliżyć się do niebezpiecznego stworzenia. Nikt mu niczego nie udowodni. Jednakże najtrudniejsza rozmowa będzie musiała być przeprowadzona z kuzynką. Brem aż westchnął na myśl o niej. Biedna Katrina... Dopiero co owdowiała, a teraz będzie musiała jeszcze pochować syna.
        Bremor w drodze do jej domu uświadomił sobie, że musi wrócić po tamtą włócznię, o której całkowicie zapomniał podczas całego tego zamieszaniu.
Avatar użytkownika
Eleanael
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Marvel, Night,
Rasa: Centaur
Aura: Niezbyt leciwa aura średniej siły - takie jest pierwsze wrażenie. Drugie? Nie przeczące pierwszemu - tępawe miedziane okucia i ostrzejsze nieco żelazne ćwieki, te ostatnie w liczbie nad wyraz mnogiej. Układają się w fascynujące wzory kojarzące się raz to ze sztuką, to znowu z wojaczką, z wolnością i ograniczeniem. Otoczone burzą lepkich barachitowych liści stają się zjawiskiem niemal urzekającym, choć szybko narzucone zostają na nie krępujące cynkowe pasy, zapięte nań mimo woli. Nie są ni gładkie ni nazbyt szorstkie; nie drażnią zbyt mocno, ale i nie sprawiają przyjemności. Całkiem giętkie dopasowują się do ciała, twarde nie dają się zerwać, lepkie - odkleić. Nie pachną jednak więzieniem ani katorgą, lecz świeżym miodem i końską sierścią. Zadbaną, przesiąkniętą dodatkowo wonią dzikiej przyrody. Obsydianowa poświata układa się na wzór i podobieństwo leśnej polany, która zamyka w sobie wszelkie niepokoje i daje schronienie - jak bardzo pożądane? Trudno zgadnąć, choć łagodny posmak sugeruje, że nie jest wcale tak źle…
Wygląd: Elan mierzy w kłębie około półtora metra, a do czubka głowy jego wzrost sięga prawie dwóch i pół metra. Jest więc wyższy od swoich kuzynów, koni, ale w swojej rasie osiągnął wzrost po prostu przeciętny. Gdyby nie ta druga połowa poniżej pasa, to można by rzec, że nawet przystojny z niego mężczyzna. Jego twarz pokrywa jeszcze młodzieńczy zarost, który póki co jest prawie ... (Więcej)

Postprzez Valerija » So paź 20, 2018 2:40 pm

Valerija była za młoda na królową, zdecydowanie za młoda i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jeszcze kilka miesięcy temu była dzieckiem, uciekała z pałacu i szlajała się po mieście, miała tam przyjaciół, znajomych, ludzi, z którymi czuła się dobrze. A teraz... zimny pałac, z obcymi ludźmi. Ci, których kochała, zginęli. Nie miała nikogo zaufanego, jak ojciec czy matka, żeby się ich poradzić. Miała dwórki i doradców, ale wszyscy byli jej tak dalecy. Najwierniejsi zostali zabici. Nadia była jej jakąś daleką kuzynką, dlatego została jej najbliższą dwórką. Lerka lubiła ją, ale nie znała jeszcze tak dobrze jakby chciała. Ale nie dało się nic przyspieszyć, relacje budowało się przez długi czas. Mimo to obecność Nadii jakoś dodawała jej otuchy. Nie spodziewała się żadnej wizyty, myślała, że to będzie kolejny dzień pełen zwyczajnej pracy.

Kiedyś Valerija była bardziej pewna siebie, po śmierci rodziców to się jednak zmieniło. W środku często drżała ze strachu, na zewnątrz była twarda jak skała. Nie mogło być inaczej. Była królową i wymagało się od niej o wiele więcej, niż kiedy była księżniczką. Dopiero niedawno uświadomiła sobie, że jej życie była naprawdę proste, w porównaniu do tego jak zmieniło się po zamachu. Wszystko wywróciło się do góry nogami.

Ślęczała nad jakimiś papierami, ale myślami była daleko. Nie mogła się skupić, choć wiedziała, że musi. Świat wokół niej zdawał się być pusty. Nagle z tego letargu wybudziło ja pukanie do drzwi...

Valerija spojrzała na swojego przybocznego, Maxa, a potem na przybyłego pułkownika. To co jej powiedziano było zbyt lakonicznym przekazem, nie mogła tak po prostu wydawać wyroków bez szeregu informacji o przebiegu zdarzeń.
- Kto zginął? - spytała rzeczowo. To było ważne, bo należało zająć się rodziną zmarłego, pogrzebem i zapewne zadośćuczynieniem.
- To co mi mówisz, pułkowniku, to zdecydowanie zbyt mało. Żądam ścisłego raportu z wydarzeń. W tej chwili może być ustny, później sporządzisz go na papierze i dostarczysz do pałacu. Opowiedz co się dokładnie stało – Lerka wydawała się niewzruszona, ale w środku było jej zwyczajnie źle. Musiała zajmować się takimi sprawami, choć były bardzo trudne. Śmierć. Śmierć zawsze była czymś osobistym, zawsze sprawiała ból. A ona musiała przejść nad tym faktem do porządku dziennego.
Avatar użytkownika
Valerija
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Niara, Villemo, Saira, Aruviel, Sauria, Jasmina, Nani, Sava, Siren, Ziva, Zayra, Aurelia, Rumianek, Sasanka, Nivalia, Anette, Azajasz, Alexander,
Rasa: Emisariuszka
Aura: Nieznana.
Wygląd: Valerija jest niewysoką dziewczyną. Mierzy zaledwie 165 cm. Jest szczupła, ale nie przesadnie chuda. Ma płaski brzuch i ładnie zaokrąglone biodra. Jej piersi są jędrne, choć nie zbyt duże, raczej umiarkowanej wielkości. Ma dosyć jasną cerę i burzę rudych włosów na głowie. Jej pukle są wycieniowane i lekko kręcone, z przodu sięgają za obojczyki z tyłu mniej więcej za ... (Więcej)

Postprzez Maximilaan » N paź 28, 2018 10:08 am

        Rola Maxa w tego typu spotkaniach ograniczała się do stania z tyłu i śledzenia sytuacji - nie powinien się wtrącać, komentować, niczego sugerować, nawet samym spojrzeniem. Z początku faktycznie mu się to udawało - nawet jeden mięsień na jego twarzy nie drgnął, gdy usłyszał o wypadku królewskiego myśliwego. Albo też zabójstwie, bo skąpa relacja pułkownika jasno przydzieliła wszystkim aktorom dramatu role - ofiary, kata, chóru… Maximilaan chwilę przetrawiał te słowa, wpatrując się w kark strażnika. Zdawało mu się, że mężczyzną powodował pośpiech - chciał szybko wyłożyć sprawę i szybko ją zakończyć, ograniczając akcje do niezbędnego minimum w nadziei, że królowa nie będzie wnikać… Strażnik spojrzał w tym momencie na Valeriję. Znał ją lepiej niż niejeden dworzanin i wiedział, że to rzetelna, mądra dziewczyna, która nie pozwoli nawijać sobie makaronu na uszy. Nie wiedział jednak czy będzie chciała dopytywać od razu, czy najpierw zdecyduje się iść i każe sobie zrelacjonować wszystko w drodze. Trafiło na to pierwsze i wtedy Max po raz kolejny przeniósł wzrok na pułkownika Tiera. Dostrzegł, że nabrał on głębiej oddechu.
        Siedząca przed przybyłym Valerija miała lepszy widok na jego mimikę i gdy zażądała dalszych wyjaśnień mogła dostrzec na jego obliczu zdenerwowanie, na tyle jednak subtelne, że nie można było stwierdzić czy wynikało ono ze zniecierpliwienia, czy też z nerwów, bo miał coś do ukrycia.
        - Najmocniej przepraszam, wasza wysokość - zaczął, skłaniając pokornie głowę, gdy królowa zarzuciła mu lakoniczność. Nie dołożył jednak żadnych tłumaczeń w kwestii tego, co miało być powodem jego wyjątkowo skąpego raportu, bo najwyraźniej królowa nie oczekiwała takich informacji, po prostu zależało jej na konkrecie.
        - Wasza wysokość, ofiarą był Larost Onos, chłopak dopiero terminował na myśliwego - odpowiedział na pierwsze konkretne pytanie zadane przez Valeriję. - Był podopiecznym mistrza Bremora, oboje byli na tym felernym polowaniu. Przesłuchaliśmy go, ale on i Larost byli dość bliską rodziną, mocno to przeżył i nie umiał odpowiedzieć na wszystkie pytania. Szok, rozumie wasza wysokość… Jeszcze dochodzi do siebie, poszedł teraz powiadomić matkę zmarłego o tym co zaszło, również bliską rodzinę, jak pewnie wasza wysokość się domyśliła…
        W tonie Tiera słychać było współczucie, zupełnie szczere, bo pomijając wszystko to o czym wiedział, a o czym na razie milczał, szkoda mu było Brema, bo stracił członka rodziny przez własną zachłanność.
        - Z jego słów wynikało, że centaur, który zabił Larosta, zaatakował by bronić centaurzycę, pewnie ze swojego stada. Larost strzelił do niego, by go unieruchomić, lecz centaur miał różdżkę miotającą gromy i po tym jak oberwał, wystrzelił z niej… Nie wiadomo w kogo albo w co celował. Sam nic nie mówi, nie wiadomo, czy w ogóle umie rozmawiać we wspólnym. Ludzie są wzburzeni, na ulicach prawie doszło do linczu. Proszę o wybaczenie, wasza wysokość, ale chyba nie będę w stanie udzielić więcej odpowiedzi. Właśnie przez wzgląd na panujące nastroje pośpieszyłem do waszej wysokości jak najszybciej, pomyślałem, że to uspokoi trochę obywateli… - wyjaśnił, głęboko kłaniając się przez Valeriją, jednocześnie po to by ją przeprosić jak i po to, by oddać jej głos.
        Stojącemu za jego plecami Maxowi nie podobał się jeden fragment tej historii i królowa mogła doskonale dostrzec, który to był, bo strażnik nie krył się ze swoim podejrzliwym spojrzeniem lekko przymrużonych oczu. Miał już prawie na końcu języka, że nie trzeba bronić kogoś, kto nie został zaatakowany, więc o co chodziło z tą centaurzycą? Ten człowiek kręcił… Albo faktycznie nie wiedział wszystkiego, była taka możliwość.
        - Za pozwoleniem waszej wysokości - odezwał się w końcu drakon, decydując się jednak zadać inne pytanie niż na początku. - Przesłuchaliście tylko tego Bremora? Przecież na takie polowania nie chodzi się we dwójkę…
        - Tak, na ten moment tylko jego. Był dowódcą tej grupy - dodał, jakby to miał być wystarczający argument. I może w normalnych okolicznościach by było, ale Max nadal węszył jakiś kant.
        - No dobra. To przed czym ten centaur bronił tamtą centaurzycę? - zapytał w końcu prosto z mostu drakon.
        - Z tego co mówił Bremor to przed ich grupą.
        - Czemu? - drążył Max twardym tonem, który zdradzał, że nie pierwszy raz wymuszał na kimś odpowiedź i czasami wystarczył mu właśnie ten sposób mówienia i czujne spojrzenie. Tier był jednak z twardszej gliny ulepiony i nie dał się zastraszyć takim drobiazgom.
        - Mogę jedynie się domyślać.
        - Więc co podpowiada wam intuicja, pułkowniku?
        - Że chcieli ją złapać jak zwykłą zwierzynę, ale dlaczego… - Bremor wzruszył ramionami w wyrazie bezradności. Max jeszcze przez moment przyglądał mu się, jakby oczekiwał, że pułkownik jednak coś wymyśli, ale w końcu odpuścił.
        - Kręcisz - oświadczył, nim zreflektował się, że nie był z nim sam na sam. - Proszę o wybaczenie, wasza wysokość - zwrócił się do Valeriji, a potem jeszcze skinął głową Nadii. ”Dobrze, że nie odezwałem się tak, jak zamierzałem…”, pomyślał, bo miał na końcu języka znacznie gorsze słowo.
Avatar użytkownika
Maximilaan
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik,
Rasa: Drakon
Aura: To niewyróżniająca się siłą, stabilna aura. Prosta, jasna i rzeczowa. Jedyne co się w niej miesza to zapachy - jest ich wiele, splątanych ze sobą i niemożliwych do odróżnienia - niczym u smoków, lecz tutejsze nie są tak ciężkie i męczące. Ot, nieco zagadkowe. Wszystko inne jednak nadrabia tę małą niedogodność; dominujące w emanacji żelazo o kilku przejrzystych odcieniach układa się regularnie gładkimi powierzchniami na kształt obronnego muru. Ale nie zagradza przejścia jeśli uparcie będzie się szło dalej. To tylko aura, musi zostać odczytana. Droga bez ceremonii i rozgłosu poprowadzi więc za tę nad wyraz twardą zaporę, tam gdzie panuje nie tyle ład co klarowny w odbiorze minimalizm i pustka. Żaden odgłos nie mąci spokoju tego miejsca - gdzieś z boku placu rośnie sobie niewielkie barachitowe drzewko o zaskakująco giętkich gałązkach, takie małe w porównaniu z obmurowaniem. W powietrzu, które od czasu do czasu przecina samotna pustułka, unosi się rzadka ametystowa poświata, zdefiniowana już i wyrobiona. W miejscu pozostałości po złotawych monetach ułożone są w sterty głownie wstępnie naostrzonych mieczy. I to właściwie wszystko. Jeszcze tylko smak. Wyraźnie łagodny i gorzki, do przesady czytelny. Kiedy zostanie sprawdzony szybko zaniknie, by wrócić do własnych obowiązków. Reszta podąży za nim.
Wygląd: Max to mężczyzna, który traci się w tłumie przez dość przeciętną urodę, ale gdy mu się przyjrzeć, okazuje się być całkiem miły dla oka. Sześć stóp i palec wzrostu sprawiają, że jest minimalnie wyższy od średniej i można nazwać go wysokim, ale jeszcze nie góruje nad tłumem. Jest dobrze zbudowany, jak na strażnika przystało - widać to nawet przez ubrania, lecz nie w ... (Więcej)

Postprzez Eleanael » N paź 28, 2018 3:38 pm

        Co by pomyślał o nim ojciec, gdyby dowiedział się o tym, że jego własny syn postąpił jak tchórz i poddał się żeby ocalić skórę jakiejś pomniejszej rasie? Elan miał czas na wyobrażanie sobie przyszłości swojego klanu, ale im dłużej o tym rozmyślał w tym czarniejszych widział to barwach. Niestety znał swój klan i wiedział co nastąpi jeśli nic nie zrobi. Nigdy nie myślał o centaurach w ten sposób, bo jak o wyizolowanym kulturowo społeczeństwie, ale tego jak nieustępliwi i waleczni byli jego bracia, nie musiał udowadniać nikomu. Obawiał się, że ta bojowość sprowadzi na jego rodzinę zagładę. Jedynym co mu pozostało to bronić ich w sposób, który może przemówić do ludzi, tak jak go nauczali elfowie - za pomocą słów. Niestety, aktualnie jego położenie było dość słabe, a udowodnienie swojej niewinności prawie niemożliwe.
        W lochu było ciemno i duszno, ale to mu nie przeszkadzało bardziej niż oczekiwanie na dalszy rozwój wydarzeń. Słyszał kroki wartowników odbijające się echem. Słabnące i znowu wzmacniające z tym samym, powtarzającym się rytmem. Elan zdążył już ułożyć sobie w głowie plan korytarzy dzięki maszerującemu strażnikowi. Główna brama była zawsze otwarta. Zapewne przez brak okien w celach, aby wymusić choć minimalną wymianę powietrza i zaoszczędzić na pochodniach w dzień.
        Nagle jakiś kwik pustułki zwrócił uwagę centaura. Nieznacznie obrócił się w stronę skąd dochodził odgłos i zauważył przysiadłą w okienku samiczkę tegoż ślicznego gatunku ptaka. Wszystkiego się tutaj spodziewał, ale nie takiego gościa. Brązowy łepek zdradził mu płeć przybysza. Eleanael był na tyle zdziwiony, że zapytał nieznajomą o powód dla którego tu wleciała. Ptaszyna była wyjątkowo rozmowna i nie tak strachliwa jak na początku zakładał. Dla jej bezpieczeństwa Elan zaprosił ją do środka, gdyż nie chciał, aby ludzie ją tu znaleźli. Z obawy o jej życie zaproponował żaby usiadła na jego zadzie na co pustułka zgodziła się bez żadnego sprzeciwu. Centaur zauważył, że pustułka interesuje się drewnianą strzałą wbitą w udo i opowiedział jej o zajściu w lesie. Pustułka przechadzała się po jego grzbiecie, o trochę mu przeszkadzało w utrzymaniu kontaktu wzrokowego z wyjątkowo mądrym ptakiem, ale nie narzekał pozwalając jej znikać mu z pola widzenia.
        - Co ty powiesz? - zareagował śmiechem, kiedy dzielna ptaszyna obiecała mu pomóc w ucieczce. Wiedział, że ucieczka stąd wcale nie byłaby taka łatwa, a poza tym nie po to dał się złapać, żeby stąd uciekać. Elan miał powód dla którego pozwolił się schwytać żywym. To był bardzo ryzykowny plan, jeśli nie szalony, ale jeśli mu się uda, może zapobiec krwawej wojnie.
        Niestety cas wizyty dobiegł końca i pustułka opuściła jego celę. I to w samą porę, bo ktoś podszedł do drzwi i zajrzał przez okienko. Elan tym razem popatrzył prosto w oczy strażnika, który widząc to spojrzenie poczuł zimny dreszcz na plecach. Eleanael wzbudził u niego konsternację tą nagłą śmiałością, jakiej najwyraźniej się nie spodziewał po pojmanym potworze. Otóż jego zła sława już do niego przylgnęła jak żywica do palców. Trudno będzie ją zmyć z siebie jeśli nie znajdzie się w tym mieście nikt, kto zechciałby posłuchać jego wersji. O ile w ogóle ktoś zechce go posłuchać.
        Eleanael nie spodziewał się, że ludzie będą go leczyli, więc postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zająć się raną z której wciąż sączyła się krew i sprawiała mu coraz większy ból. Niestety nie potrafił leczyć magią, jak to robili niektórzy w jego klanie, dlatego prawie zawsze nosił przy sobie trochę babki lancetowatej ukrytej w specjalnie do tego celu wykonanej wnęce w uprzęży miecza. Włożył sobie do ust kilka listków i zaczął je żuć. W międzyczasie położył się na podłodze lekko odchylając w stronę zdrowego boku. Nogę z wbitą strzałą rozluźnił i wyprostował w stawach, a następnie chwycił ręką za wystający kawałek drzewca. Zacisnął zęby na chwilę przerywając żucie i wstrzymał oddech. To będzie bolało. Szybkim i zdecydowanym ruchem wyrwał strzałę z ciała. Na jego pomarszczonym od bólu czole pojawiły się błyszczące kropelki potu. Elan sapnął kilkukrotnie powstrzymując się od jęku. Grot strzały uszkodził kość stąd opuchlizna, która spotęgowała cierpienie centaura. Z dziury po strzale żwawo zaczęła wypływać krew. To utwierdziło go w przekonaniu, że mógł z tym jeszcze zaczekać zamiast zgrywać twardziela. Ale stało się jak się stało. Wyciągnął z ust zmiażdżone liście babki i utworzoną papkę wpychał w ranę próbując powstrzymać krwotok. Trudno mu było zrobić to dokładnie przez bardzo niewygodną pozycję, no i koszmarny ból, ale z grubsza musiało wystarczyć. Krew z dłoni wytarł o pelerynę, a potem jeszcze raz popatrzył na prowizoryczny opatrunek. Ciemno-czerwona posoka wciąż się wolno sączyła z wypełnionego miazgą otworu i przydałoby się to zrobić dokładniej, ale zdaniem Elana nie było tak źle. Żeby ludzie go nie zobaczyli w takim stanie powoli dźwignął się z podłogi mając wyraźnie większe trudności poruszaniem zranionej kończyny niż przed operacją usunięcia strzały, lecz był przekonany, że to rozchodzi. Zarzucił pelerynę na zad dokładnie zakrywając obrażenia czerwonym materiałem, a potem oparł się o chłodną ścianę znowu ustawiając się tyłem do drzwi.
Avatar użytkownika
Eleanael
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Marvel, Night,
Rasa: Centaur
Aura: Niezbyt leciwa aura średniej siły - takie jest pierwsze wrażenie. Drugie? Nie przeczące pierwszemu - tępawe miedziane okucia i ostrzejsze nieco żelazne ćwieki, te ostatnie w liczbie nad wyraz mnogiej. Układają się w fascynujące wzory kojarzące się raz to ze sztuką, to znowu z wojaczką, z wolnością i ograniczeniem. Otoczone burzą lepkich barachitowych liści stają się zjawiskiem niemal urzekającym, choć szybko narzucone zostają na nie krępujące cynkowe pasy, zapięte nań mimo woli. Nie są ni gładkie ni nazbyt szorstkie; nie drażnią zbyt mocno, ale i nie sprawiają przyjemności. Całkiem giętkie dopasowują się do ciała, twarde nie dają się zerwać, lepkie - odkleić. Nie pachną jednak więzieniem ani katorgą, lecz świeżym miodem i końską sierścią. Zadbaną, przesiąkniętą dodatkowo wonią dzikiej przyrody. Obsydianowa poświata układa się na wzór i podobieństwo leśnej polany, która zamyka w sobie wszelkie niepokoje i daje schronienie - jak bardzo pożądane? Trudno zgadnąć, choć łagodny posmak sugeruje, że nie jest wcale tak źle…
Wygląd: Elan mierzy w kłębie około półtora metra, a do czubka głowy jego wzrost sięga prawie dwóch i pół metra. Jest więc wyższy od swoich kuzynów, koni, ale w swojej rasie osiągnął wzrost po prostu przeciętny. Gdyby nie ta druga połowa poniżej pasa, to można by rzec, że nawet przystojny z niego mężczyzna. Jego twarz pokrywa jeszcze młodzieńczy zarost, który póki co jest prawie ... (Więcej)


Powrót do Irrasil

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron