[Doliny Umarłych] Nim staną przeciw sobie...


Jeśli zadajesz sobie pytanie kim jesteś, jeśli wydaje Ci się że Twoja dusza już dawno umarła, a Twoje życie straciło sens... Dolina Umarłych to miejsce gdzie życie istot ją zamieszkały naprawdę straciło sens, wiec jeśli masz w sobie choćby iskrę życia i trafisz tutaj dowiesz się co to znaczy wola istnienia.

Postprzez Jorge » N mar 11, 2018 1:54 pm

        Atmosfera tego miejsca nie sprzyjała rozmowom. Zwykli śmiertelnicy - tacy jak Jorge i znamienita większość akolitów - podświadomie wyczuwali toczące to miejsce rozkład i śmierć. Nie musieli czuć tego subtelnego zapachu, który drażnił nozdrza braci Gemelli, nie musieli widzieć zwłok, wystarczył tylko ten osobliwy chłód, brak słońca, które jakby zapomniał o tej zakazanej krainie, cisza, bo przecież w takich miejscach nie śpiewały ptaki… Każdy trzask gałęzi brzmiał jak wystrzał, każde słowo niosło się echem wśród martwych drzew i krzewów. Długie strzępy mchów i porostów zwisające z gałęzi z czasem zaczynały przypominać sylwetki wisielców. Dobre okoliczności, by wyobraźnia mogła zacząć płatać figle. Akolici robili się niespokojni, ich nerwy koił jednak nieznacznie widok białowłosego wampira, który z taką nonszalancją szedł na czele kolumny - prawie jakby wybrali się na jesienny spacer a nie na poszukiwanie pradawnych krypt, by wyrwać z łap ich mieszkańców starożytne artefakty… Wampirom jednak łatwo było zachowywać taki spokój ducha - już dawno nie żyli, a poza tym byli silniejsi, szybsi i bardziej wytrzymali od ludzi. Takie wątpliwości pewnie również pojawiały się  w głowach co niektórych… Na razie jednak panował względny spokój.
        Jorge nie dawał się porwać tego typu myślom - w życiu widział już zbyt wiele dziwnych miejsc i zbyt wiele razy patrzył w oczy śmierci by teraz dać się zwieść pozorom. Miał jasno wytyczony cel i tego się trzymał. Chociaż… Co jakiś czas jego spojrzenie napotykało idącego nieopodal Upadłego Anioła i wtedy szermierz jakby na moment tracił ciągłość myśli. Nie było to nic strasznego, nie rozpraszał się aż tak bardzo, by przez to ściągać na siebie i innych niebezpieczeństwo.
        Widok zbliżającego się do nich Rodericka zainteresował szermierza na tyle, by ten odruchowo się zbliżył. Do rozmowy jednak się na razie nie wtrącał. Dla niego pobudki Pana Nawałnic były oczywiste, może na swój sposób przygnębiające, może straszne, ale słuszne. Z pewnością wiedział więcej i mógł patrzeć dalej niż osoba śmiertelna, to nie było rzucanie gróźb na wiatr tylko skrupulatnie ułożony plan, z którym nie było sensu walczyć. Jego siła pozwalała mu na takie przedsięwzięcia i nie chodziło tylko o zwykłą brutalną siłę, lecz i o charyzmę i zdolności magiczne. Miał po prostu śmiałość, by zamiast naprawiać ten zepsuty świat, zburzyć go i zbudować od nowa…
        Jorge odwrócił wzrok, by rozejrzeć się po okolicy, tak na wszelki wypadek. Podniesiony kołnierz płaszcza zasłaniał pół jego twarzy, przez co nie było widać tego jak nikle się uśmiechał do swoich niedawnych myśli. Mina mu jednak zrzedła, gdy dojrzał jaki teren czekał ich do przejścia. Wstrętne, podmokłe łąki usiane pagórkami zbyt małymi, by uznać je za kurhany, choć kto wie… Może to dopiero początek. Wystające z lodowatej zatęchłej wody korzenie i gałęzie nawet Mieczowi Zimy zaczęły się kojarzyć z wyciągniętymi w błagalnym geście rękami topielców. Aura tego miejsca była przytłaczająca i tak jednoznacznie naznaczona śmiercią i rozkładem.. Szermierz odruchowo wyżej podniósł uzbrojoną rękę, a jego spojrzenie znacznie dokładniej omiatało okolicę. Gdzieś daleko przed nimi dało się słyszeć osobliwy bulgoczący dźwięk przypominający upiorny śmiech, któremu towarzyszył szczęk i chrzęst zniszczonych pancerzy. Chyba znaleźli to czego szukali… Albo to coś znalazło ich.
        - Zaczyna się…
Avatar użytkownika
Jorge
Szukający Snów
 
Inne Postacie: Sanaya, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Człowiek
Aura: Aura o przeciętnej sile. Jej cynkowa powierzchnia poznaczona jest wyraźnymi żyłkami platyny i żelaza. W jej otoczeniu nie słychać żadnych dźwięków, zaś barwa poświaty jest trudna do zidentyfikowania. Roztacza słabą woń wytrawnego, czerwonego wina, z którą współgra gorzko-ostre odczucie na języku, chociaż jest ona przy tym zadziwiająco sucha. W pierwszej chwili twarda, po dotknięciu okazuje się być niezwykle giętka i gładka.
Wygląd: Gdyby Jorge ze swoją sylwetką zajmował się czym innym niż walką, byłoby to marnowanie wielkiego potencjału, jaki drzemie w jego ciele. Carax to mianowicie wysoki mężczyzna, mierzący sążeń i jedną trzecią stopy wzrostu (ok. 190 cm), o rękach długich na tyle, aby dawały one niewielką przewagę w walce, ale przy tym nie wyglądały karykaturalnie. Długich nóg z pewnością ... (Więcej)

Postprzez Gemelli » Pn mar 26, 2018 4:17 pm

- Błędnie zakładasz, że obecność mojego brata na zwiadzie to powód mojej wizyty - podjął Roderick, układając w głowie plan rozmowy, by zachować dystans z Upadłym, a jednocześnie nawiązać z nim nić zrozumienia. W końcu jako medyk polowy tej dziwnej "armii" miał prawo do zadawania pytań, nawet tych niewygodnych, chociażby ze względu na brak jakiegokolwiek kontraktu, który mogliby podpisać przed tą szaleńczą wyprawą. W zamyśle wampira miała być ona niewinną ekspedycją, a tu proszę, na jego oczach wyrastała na poszukiwania artefaktów, mających posłużyć do celów tak samo destrukcyjnych jak budujących. Pytanie tylko, kto zapłaci cenę za to wszystko i ile oraz w czym ona wyniesie.
- Fryderyk nie jest głupi, w końcu to mój bliźniak i łączy nas ta szczególna więź, która pozwala mu słyszeć moimi uszami. Wszystko, co teraz mówię, on słyszy, a ja słyszę jego. Musisz przyznać, Panie Zimy, że to przydatna więź. Ciężko zaskoczyć kogoś kto ma cztery pary oczu i uszu.
By jednak nie schodzić z właściwego tematu rozmowy, Roderick skupił się na ostatnich słowach byłego anioła odnośnie sprowadzenia na świat wiecznej zimy. Takie katastrofy, jak sięgał pamięcią medyk, miały miejsce jeszcze przed nastaniem ras. Wielkie połacie śniegu zalegały na wszystkim, na czym znalazły oparcie, a mróz nie pozwalał przeżyć nawet bakteriom. Myśl, że to samo miałoby nadejść na Łusce teraz, zabierając ze sobą wszystkie istoty, była potworna. Sam pomysł był najokrutniejszy, godny samego Piekła.
- Jakoś nie pamiętam, bym wyrażał zgodę na zamordowanie tylu cywilizacji - ukąsił złośliwie, lecz na dalsze dyskusje zabrakło już czasu.
Jedna, pojedyncza myśl, jedno słowo ukłuło umysł białego wampira, który natychmiast rzucił się na przód kolumny i rozejrzał się po martwych drzewach, jeszcze do niedawna pokrytych ciemnozielonymi czapami. Unoszący się nad nimi mglisty opar niósł ze sobą zapach śmierci: kleistą woń pełną rdzy, zatęchłej krwi i na wpół zjedzonych, ludzkich kości. Zaraz potem zza drzew wyszły pierwsze trupy - kościani wojownicy w poszarpanych pancerzach i skrawkach skór, dzierżący zardzewiały, wręcz czarny przez zrąb czasu oręż. Wyłaniali się pojedynczo, nie zdradzając żadnej formy organizacji - tutaj samotny łucznik z łukiem bez cięciwy, dziurawych butach i oszczepie w oku, obok dwóch tarczowników nadgryzionych przez kruki, jeszcze dalej halabardnik, któremu ktoś roztrzaskał głowę buzdyganem. Wszyscy szli bardzo wolno, pchając przed sobą siwą mgłę, która jak całun przykrywała szare liście na drodze.
- Zwarta kolumna i w tył! - zawołał Roderick, wykonując w stronę Caraxa pionową linię i kierunek marszu. Tego, że armia z Dolin Śmierci ich powoli okrąża nie musiał już dopowiadać. A przynajmniej miał taką nadzieję.
Avatar użytkownika
Gemelli
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Onuris, Quan,
Rasa: Wampir
Aura: Głęboko kobaltowy płaszcz spadającej wartko lecz bezgłośnie wody, mieszający się z żelaznymi przebłyskami światła, a podszyty lśniącą rozkosznie platyną przyozdobioną w cynowe wzory rysuje się w umyśle czytelnika z niewielką, chociaż stanowczą siłą. Obsydianowa poświata unosi się nad nim niczym wilgotna mgiełka skrywająca w sobie tajemnice przeszłości. Wywołujący ciarki lub też niesmak zapach świeżej krwi burzy spokój, który budowały współgrające ze sobą barwy. Kiedy mimo wszystko wyciągnie się dłoń w stronę tej szlachetnej emanacji napotka się twardą, lecz dającą się zginać powierzchnię, która choć aksamitna i kusząca lepi się do palców, a kiedy najmniej można się tego spodziewać rani znienacka ostrymi kłami. Jej gorzkawy smak komponuje się z łagodnym akcentem dzięki czemu nie męczy, ale i nie pozwala o sobie tak szybko zapomnieć.
Wygląd: Roderick to wysoki mężczyzna o bardzo szczupłej sylwetce i nie nagannym wyglądzie. Mierzy około metra dziewiędziesięciu wzrostu, a jego skóra jest gładka i blada jak kreda, chłodna w dotyku. Owalna twarz posiada wyraziste, acz łagodne rysy podkreślające wysunięty podbródek, lekko zadarty nosy i wąskie usta, za którymi błyszczą białe, przedłużone kły. Jego oczy, koloru ... (Więcej)
Uwagi: Bracia Gemelli podróżują razem i bardzo rzadko się rozdzielają.

Postprzez Baldrughan » Wt kwi 03, 2018 10:35 pm

Upadły pozwolił sobie na bezczelny, zimny uśmiech, co nawet w takiej formie było rzadkością na jego obliczu. Nieco zwolnił kroku, skupiając swoje zmęczone spojrzenie na okaleczonych nieurodzajem drzewach, wszechogarniającej, mlecznobiałej mgle, omszałych brunatno-szarym porostem kamieniach i twardej, lecz nierównej i nieprzyjemnej do poruszania się ścieżce.
- Nie widziałeś wiele w swym życiu, wampirze, by decydować o kształtach, bycie czy niebycie tego świata, który zwiemy domem.- Jego głos był spokojny, ale i tak zdawał się ciąć jak najostrzejszy nóż, przez zawarty w nim chłód i brak emocji.
- Spójrz, popatrz tylko, w jakich miejscach muszą mieszkać plugawi nieumarli, jak muszą upadlać swoje nieżycie. Jak daleko ten świat pogrążył się w rozpadzie, destrukcji, korupcji i zepsuciu, to boli mnie najbardziej, nawet mocniej niż ciążąca na mej duszy i mym ciele klątwa. Tutaj nie chodzi o destrukcję czy usilne zmienianie świata. Tutaj chodzi o zatrzymanie toczącej go choroby, wyplenienie jej i pozwoleniu światu na powrót do zdrowia. Przywrócenie harmonii, pokoju... Miłości. - Ostatnio słowo wypluł, niby coś paskudnego.
- Mogę być Upadłym Aniołem, ale to nie znaczy, że nie mogę czynić dobra poprzez zło. Im większą moc zyskam, tym więcej bólu sprawię temu światu. Ale ból zwiastuje także narodziny, początek czegoś nowego, zupełnie innego... - Jego wywód został przerwany przez ostrzeżenie nieumarłego. Wykrzywił wargi w nieprzyjemnym grymasie, przejeżdżając zlodowaciałymi opuszkami palców po trzonie swej włóczni, jakby chciał "rozbudzić" jej działanie.
- W rzeczy samej, nadchodzą i to licznie. Nie ma co się patyczkować, niczym fanatyczni paladyni. Musimy ich odepchnąć i przetrzebić ich szeregi. Jeżeli coś ich kontroluje, wycofają się by się przegrupować. A my poznamy siedlisko władcy marionetek - mruknął cicho Baldrughan, ostatnią frazę jakby mówiąc już do siebie. Zwrócił się do białego wampira, odrzucając kaptur ze swej śnieżnej grzywy włosów.
- Wezwij swego brata na powrót. Niech zajmie chociaż część sił od tyłu. Musimy przerwać okrąg, by zmiażdżyć przeciwnika znacząca falę uderzeniową. Więcej jest ich przed nami, niźli za. Bronią miejsca, z którego idą. - Anioł rozwinął swe mocarne, białe jak śnieg skrzydła i wzbił się w przesycone mgłą powietrze, uderzając pejczem chłodnego wiatru w zgrupowanych przy Caraxie akolitów.
- Cokolwiek się stanie, nie łamać szyku. Nawet, gdyby ktoś zginął. Chociaż na to raczej nie pozwolę. - Upadły skupił swój wzrok na miejscach, gdzie mgła stawała się przejrzysta i ujrzał przegniłe resztki wojowników, w ciszy maszerujących na jego malutki oddział. Poruszali się niczym stare marionetki, których ktoś dawno już nie dokręcał śrub.
Isophielion zawisł w powietrzu i czekał. Nie chciał używać swych mocy od razu, nie teraz. Nieumarli, mimo swej liczebności, nie byli zbyt groźnym przeciwnikiem. A on potrzebował sprawdzić swych towarzyszy. Zobaczyć ich wierność jego idei. Mógłby przecież rozkruszyć tę hordę lodowym gradem w ciągu paru sekund. Ale czuł, wręcz był przekonany, że ten sprawdzian był potrzebny, teraz, przed starciem z jego dawnym przyjacielem. Nie mógł pozwolić sobie na zdrady i błędy. Szepnął parę słów, wykonując prosty gest ręką. Upiorna mgła opadła, momentalnie wsiąkając w ziemię.
Avatar użytkownika
Baldrughan
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Froksendh,
Rasa: Upadły Anioł
Aura: Od żelaznej aury bije rubinowa poświata, jeszcze niedawno ametystowa, tu i ówdzie widać jej dawne ślady. Huk wodospadu i zawodzenie wiatru przywołują na myśl magiczne wprost miejsca. Jednakże trzaski płomieni oraz krzyki i jęki upiorów zmieniają tę przyjemną wizję w coś gorszego. Niepokojący jest również zmysłowy szept, który gubi się wśród głośniejszych dźwięków. Zmysł węchu podrażnia nieprzyjemny smród siarki. Aura jest dość twarda i zgina się z każdym dotknięciem oraz posiada ostre miejsca. W smaku bardzo lepka i gorzka.
Wygląd: Baldrughan zachował urodę typową dla Anioła. Twarz, wiecznie przedstawiająca tą samą emocję, mimo ponurego wyrazu, ma w sobie coś tajemniczego i przykuwającego uwagę. Oczy, koloru wzburzonego morza, idealnie pasują do burzy śnieżnobiałych włosów. Prosty nos, mimo braku jakiegokolwiek ubytku, przypomina raczej zlodowaciały sopel zdobiący sklepienie górskiej jaskini. Usta ... (Więcej)

Postprzez Jorge » Cz kwi 05, 2018 11:33 pm

        Dyskusja między Upadłym i wampirem skończyła się szybciej niż się zaczęła - trochę szkoda, bo mogła się ciekawie rozwinąć. Jorge nie spodziewałby się takiego oporu ze strony Rodericka,  zdawało mu się, że bracia mimo szlachetnej profesji woleli nie wtrącać się w sprawy zbyt wielkiej wagi i raczej zajmować się tym, na czym znali się najlepiej - na łataniu tych maluczkich, którzy ucierpieli w wyniku walki na szczycie. Cóż, mylił się, a ta ostra wymiana zdań sprzed chwili była tego dobrym przykładem. Jeszcze jakiś czas po jej zakończeniu szermierz słyszał w głowie głos Pana Nawałnic, który mówił “Ból zwiastuje początek czegoś nowego”... Chciałby, by te słowa okazały się prawdą.

        - Tak jest!- odpowiedział bez wahania Miecz Zimy, gdy padł prosty rozkaz, by nie łamać szyku. Mówił w imieniu wszystkich, gdyż zamierzał dopilnować wykonania wytycznych, chociaż z twarzy wielu akolitów można było wyczytać niepewność. Płynnym ruchem dobył szabli, a w wolną dłoń uchwycił butelkę z wodą święconą, której odkorkowaną szyjkę zatkał kciukiem - to tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było pomóc odejść jakiemuś wyjątkowo upartemu nieumarłemu. Gotowy do walki stanął przed szeregiem akolitów, by wyznaczyć umowną granicę grupy. Ustawił się w lekkim wykroku, wysoko uniósł głowę, jak zawsze czynił przed pojedynkiem, gdy miał okazję się przygotować, a nie musiał reagować od razu. Z jego postawy biła niewymuszona pewność siebie, która dodawała akolitom odrobinę otuchy, tak samo jak wcześniej swoboda, z jaką poruszali się bracia Gemelli.
        Nagle mgła opadła, gwałtownie odsłaniając do tej pory skrywany upiorny krajobraz, na tle którego poruszali się nieumarli wojownicy. Wśród akolitów momentalnie nastało poruszenie, ktoś zaklął, kto inny jęknął boleśnie, jakby już żegnał się z życiem. Widok był naprawdę przerażający dla kogoś, kto do tej pory nie zaznał zbyt wiele ohydy bądź nie miał dość mocnych nerwów.
        - Nie cofać się! - zawołał Jorge z determinacją w głosie. Wzrok cały czas miał utkwiony w zbliżających się przeciwnikach. Szacował ich siły, to jak szybko potrafili się poruszać, czego można się było po nich spodziewać. W jego oczach wyglądali krucho, jakby wystarczyło ich pchnąć, by rozpadli się w stertę kości i nadgniłych bądź przerdzewiałych pancerzy. Wiedział jednak, że to tylko ułuda i najgorsze co można zrobić, to zlekceważyć takiego przeciwnika. Ich napędzała magia, która wymykała się logice i prawom fizyki.
        - Czekać! - nakazał szermierz, gdy dostrzegł, że kilku odważnych wyrywa się do walki. - Trzymać linię!
        Nieumarli chwiejnie, lecz coraz szybciej posuwali się do przodu. Wojna nerwów trwała dobrą chwilę, nim Miecz Zimy krzyknął “Teraz!”, pozwalając akolitom rzucić się w bój. Niemniej nie wszyscy go słuchali, kilku nie było w stanie ruszyć się z miejsca, dopóki nie dostali stosownej zachęty ze strony towarzyszy - niektórych wystarczyło popchnąć, innych zelżyć od tchórzliwych bab albo jeszcze gorzej. Na nielicznych nie podziałało nawet to, lecz po chwili już nikt się nimi nie przejmował. Powietrze rozerwał chrzęst żelaza, okrzyki bojowe, ale i takie wyrażające boleść, chrobotliwe dźwięki wydawane przez nieumarłych. Wokół kotłującej się grupy walczących unosił się smród zgnilizny, starych kości i świeżej krwi, która polała się z ran akolitów. Nikt nie zginął, lecz podczas walki rany były nieuniknione.
        Jorge póki co nie dorobił się nawet jednego draśnięcia - dobrze podpowiedział mu instynkt, by nie lekceważyć nieumarłych, gdyż ci atakowali jak kula armatnia, mało precyzyjnie, lecz szybko i z ogromną mocą, wykorzystując częstokroć siłę rozpędu. Szczęśliwie jednak łatwo było pozbawić ich równowagi, przewrócić czy okaleczyć, bo wysuszone ścięgna poddawały się ciosowi pierwszego lepszego miecza, nawet niespecjalnie ostrego. Kolejną przewagą nieumarłych była jednak ich liczebność, gdyż miało się wrażenie, że na miejsce jednego poległego, pojawiało się dwóch następnych. Bezmyślnie parli do przodu, łaknąć jedynie zniszczenia wszystkiego, co żyło. Podobna żądza ogarniała jednak akolitów, którzy widząc łatwość, z jaką udawało im się niszczyć z początku przeciwników, poczuli się zmotywowani do tego, by dać z siebie wszystko. Aż nie zaczynali tracić sił, wtedy zdarzały się błędy, rany, a strach coraz częściej spoglądał w oczy. Niektórzy potrafili się zmobilizować i nadal walczyć, kilku jednak szybko traciło wiarę we własne umiejętności, w słuszność tego, że udali się w to przeklęte miejsce. Nie byli gotowi na tego typu starcia, przekonali się o tym jednak za późno. Z okrążenia nie można było się cofnąć, mogli jedynie skryć się za plecami swych towarzyszy, lecz i to na niewiele się zdawało, bo zaraz znowu byli w pierwszej linii.
        Jorge poza walką niejako na własny rachunek starał się sterować grupą, by jak najszybciej eliminować słabości ich niewielkiego oddziału. Już wcześniej, podczas walki w obozie, gdzie po raz pierwszy padło imię dawnego przyjaciela ich przywódcy, dostrzegł kilka jednostek, które wyróżniały się hartem ducha i umiejętnościami - teraz korzystał z tej wiedzy i z ich pomocą udawało się utrzymać to towarzystwo w ryzach. Mieli szansę się utrzymać, lecz nie to było ich celem...
        - Atakować! - krzyknął Jorge ochrypłym głosem. - Naprzód!
        Teraz nadeszła kolej śmiertelnych, by pokazali na co ich stać. Nastąpił kontratak.
Avatar użytkownika
Jorge
Szukający Snów
 
Inne Postacie: Sanaya, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Mitra, Rianell, Sadik, Maximilaan,
Rasa: Człowiek
Aura: Aura o przeciętnej sile. Jej cynkowa powierzchnia poznaczona jest wyraźnymi żyłkami platyny i żelaza. W jej otoczeniu nie słychać żadnych dźwięków, zaś barwa poświaty jest trudna do zidentyfikowania. Roztacza słabą woń wytrawnego, czerwonego wina, z którą współgra gorzko-ostre odczucie na języku, chociaż jest ona przy tym zadziwiająco sucha. W pierwszej chwili twarda, po dotknięciu okazuje się być niezwykle giętka i gładka.
Wygląd: Gdyby Jorge ze swoją sylwetką zajmował się czym innym niż walką, byłoby to marnowanie wielkiego potencjału, jaki drzemie w jego ciele. Carax to mianowicie wysoki mężczyzna, mierzący sążeń i jedną trzecią stopy wzrostu (ok. 190 cm), o rękach długich na tyle, aby dawały one niewielką przewagę w walce, ale przy tym nie wyglądały karykaturalnie. Długich nóg z pewnością ... (Więcej)

Postprzez Gemelli » N kwi 15, 2018 10:03 pm

Obserwując posuwającą się naprzód nieumarłą hordę, Roderick jako jedyny nie dołączył do zwartego szyku akolitów. Stał dwa metry przed pierwszą ścianą tarcz, twarzą zwróconą ku szkieletom, a jego białe włosy roztargane były w nieładzie przez zrywający się właśnie wiatr. Pierwszy raz w całej swojej wojskowej karierze miał styczność z podobnym zjawiskiem, żeby spróchniałe od wieków kości i strzępki zniewolonych dusz wciąż miały siłę żyć na ziemskim padole, zamiast udać się na wieczny spoczynek. Wykluczyć tu należy oczywiście przypadki, gdy jako lekarz on lub Fryderyk w całym rozgardiaszu, jakim był namiot szpitala polowego, wystawili złą diagnozę, wpisując zgon zamiast śpiączki klinicznej, a pochowany żołnierz dnia następnego odbierał swój dzienny przydział owsianki i piwa. Co z tego, że był cały w błocie i krwi, nic nie odciągnie go od darmowej szklanki złotego trunku, po taniości ściąganego z okolicznych tawern, którym to było na rękę. W końcu na wojnie najłatwiej się dorobić i najszybciej można wszystko stracić.
Niestety ta wojna w żadnym stopniu nie przypominała mu tych, w których walczył i o których słyszał. Dwie armie pośrodku mrocznej doliny - jedna bez dowódctwa, idąca grobowym szykiem, bardziej groźna z wyglądu niż z czynów, a druga zorganizowana, lecz nie na żarty wystraszona chodzącymi zlepkami kości. Jeszcze tego brakowało, by główną przyczyną porażki była panika, bo to, że niezależnie od wyniku trzeba będzie ratować rannych od gangreny, tężca i Najwyższy wie od czego jeszcze, Roderick doskonale zdawał sobie sprawę.
O tym, by zawrócić bliźniaka ze zwiadu, Pan Zimy nie musiał mu przypominać, choć pomysł, by czterech zwiadowców zaatakowało tyły hordy wydawał się lekkim szaleństwem.
"Gdzie jesteś? Mamy towarzystwo, które próbuje okrążyć nas od północy i wschodu. To zmarli, jakieś pół setki... może setka... nie widzę".
Z każdą pauzą, Roderick próbował wytężyć wzrok, ale mgła była tak gęsta, iż na chwilę wydawało mu się, że widzi własne odbicie w gładkiej ścianie mgły. Jak się później okazało to nie były zwidy, a jedynie błąd w odróżnieniu kolorów bowiem płaszcz Fryderyka, podobnie jak włosy, przysłonięte mgiełką wydawały się mleczo-białe. Każdy kolejny krok przybliżał czarnego wampira do brata i już po chwili wszyscy mogli zobaczyć, jak Fryderyk dźwiga na plecach zakrwawionego akolitę, jednego z trzech, którzy mu towarzyszyli.
- Każ zdejmować strzelców! - zawołał do wiszącego nad kolumną Upadłego, ignorując na moment wszystko inne. Nawet to, że najbliższy szkielet jest już tylko dwa kroki od niego. - Te zdechlaki ledwo mieczem machają, ale celności nie sposób im odmówić. Ten cudem przeżył - wskazał na wystający z barku żołnierza pocisk. - Pozostałych podziurawili jak ser. Sam dostałem siedem razy.
Kiedy bardziej skory do bitki bliźniak odwrócił się, by powalić zmarłego włócznika, jego brat w tym czasie wyrwał mu dwie strzały z pleców, których ten sam sobie nie potrafił usunąć, wycofując się z rannym.
- Zardzewiałe, żelazne groty - mruknął biały wampir, odrzucając strzały w najbliższą kępę. - Czego można się spodziewać po żołnierzach zza grobu. Odciągnijmy ich od kolumny, zróbmy miejsce tej zgraji.
W tym samym momencie do walki włączyli się akolici, kierowani przez Caraxa. Rozproszenie oddziału dało lepszy efekt niż stanie w szyku, szkielety musiały przystanąć i przemyśleć swój ruch, a dopiero potem zaatakować, co dało czas ludziom Upadłego na przejęcie inicjatywy oraz odsłoniło słabostki w systemie dowodzenia taką zgrają półgłówków. Nie odbyło się jednak bez ofiar. Tam, gdzie horda zdążyła już się zebrać, leżeli pierwsi akolici, pechowo dźgnięci w bok lub z roztrzaskaną głową.
"Znalazłeś mauzoleum, kurhan, cokolwiek?" zapytał Roderick, unikając ząbkowanej szabli i odbijając cios z lewej kawałkiem lagi, którą znalazł na ziemii. Dla wampira starcie to odbywało się wyjątkowo za szybko, wolniejsi przeciwnicy późno orientowali się, kiedy stracili nogę albo leżą jako bezwładne kupki kości. Nie należało ich jednak lekceważyć.
- Na północy jest cmentarz - zakomunikował Fryderyk, bardziej Upadłemu niż szermierzowi i bratu, przedzierając się na pomoc rannemu. - Cały rozkopany z wielką kryptą pośrodku. Drzwi są wyjęte z zawiasów i strzeże ich coś na kształt trolla lub gargulca.
Avatar użytkownika
Gemelli
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: Onuris, Quan,
Rasa: Wampir
Aura: Głęboko kobaltowy płaszcz spadającej wartko lecz bezgłośnie wody, mieszający się z żelaznymi przebłyskami światła, a podszyty lśniącą rozkosznie platyną przyozdobioną w cynowe wzory rysuje się w umyśle czytelnika z niewielką, chociaż stanowczą siłą. Obsydianowa poświata unosi się nad nim niczym wilgotna mgiełka skrywająca w sobie tajemnice przeszłości. Wywołujący ciarki lub też niesmak zapach świeżej krwi burzy spokój, który budowały współgrające ze sobą barwy. Kiedy mimo wszystko wyciągnie się dłoń w stronę tej szlachetnej emanacji napotka się twardą, lecz dającą się zginać powierzchnię, która choć aksamitna i kusząca lepi się do palców, a kiedy najmniej można się tego spodziewać rani znienacka ostrymi kłami. Jej gorzkawy smak komponuje się z łagodnym akcentem dzięki czemu nie męczy, ale i nie pozwala o sobie tak szybko zapomnieć.
Wygląd: Roderick to wysoki mężczyzna o bardzo szczupłej sylwetce i nie nagannym wyglądzie. Mierzy około metra dziewiędziesięciu wzrostu, a jego skóra jest gładka i blada jak kreda, chłodna w dotyku. Owalna twarz posiada wyraziste, acz łagodne rysy podkreślające wysunięty podbródek, lekko zadarty nosy i wąskie usta, za którymi błyszczą białe, przedłużone kły. Jego oczy, koloru ... (Więcej)
Uwagi: Bracia Gemelli podróżują razem i bardzo rzadko się rozdzielają.

Poprzednia strona

Powrót do Dolina Umarłych

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron