[Uliris i okolice] Jak jest źle, to może być tylko lepiej


Arrantalis leży daleko na Oceanie Jadeitów, zajmuję dwie wyspy – Arrante i Talianis, których jedynym połączeniem jest kamienny most. Rządzi mim piękna anielica królowa Delia.

Postprzez Natanis » Pn paź 08, 2018 9:02 pm

        - Rodian! - ponowny okrzyk trzeciego ze strażników rozległ się w korytarzu, ale nagle się urwał, zamieniając w wilgotny bulgot, a po chwili dało się słyszeć uderzenie ciała o ziemię. A przynajmniej słyszeli to ci, którzy nie byli zajęci walką o przetrwanie. Albo wymiotowaniem. Dwójka rannych strażników miała zbyt wielkie własne problemy, aby troszczyć się o swojego w założeniu bezpiecznego towarzysza. Ten z odciętą ręką, widząc palladynkę w beznadziejnym stanie, powstrzymał się od przerażającego wpatrywania w swój kikut; chwycił upuszczony miecz w drugą dłoń, po czym uniósł go, szykując się do zadania ciosu w kierunku Arieli, ale nagle znieruchomiał, po czym osunął się na posadzkę. Przed oczami dziewczyny ukazała się ciemna sylwetka w płaszczu, z kapturem rzucającym cień na twarz, przez co była niemożliwa do rozpoznania. Postać zamachnęła się dłonią, w której przez chwilę palladynka mogła dostrzec błysk, a następnie coś twardego uderzyło ją w skroń; nie mogąc wiele na to poradzić, Ariela zatoczyła się, po czym opadła na podłogę, która się chwiała, a nogi podchodzącego do niej mężczyzny rozmywały. Ktoś coś krzyczał, ale w uszach zbytnio jej brzęczało, aby mogła rozpoznać słowa. Po chwili ogarnęła ją ciemność.

        Tymczasem Natanis dotarł do samego archiwum. Nie wyglądało zbyt imponująco i panował w nim niezły bałagan, choć na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało całkiem porządnie, dokumenty nie walały się, ale były równo poukładane w szufladach, to szybko okazało się, że niekoniecznie oznacza to harmonijne posegregowanie. Kartki często były wsadzone do góry nogami, o chronologii można było zwyczajnie pomarzyć, w dodatku wyglądało na to, że przez ostatnie kilka miesięcy przez koszary przewinęło się trzech różnych skrybów. Charakter pisma większości z nich przedstawiał wiele do życzenia. Kapitan zaofiarował, że pozostanie tutaj z Duchem, jeżeli ten miałby jakieś pytania i Natanis zgodził się, chociaż zdecydowanie wolałby pracować w samotności. Po kilkunastu minutach szurania kartek oraz rzucania przez niebianina pytań, na które zdecydowanie nie znał odpowiedzi, kapitan stwierdził, że jednak uda się po kogoś bardziej zaznajomionego z tymi sprawami – to jest oczywiście po skrybę, który właściwie powinien najpewniej być właśnie w tym miejscu. Natanis westchnął, kiedy został w końcu sam. To jest prawie.
        - Dziękuję, kochana – powiedział, kiedy Chmura podała mu w dziobie potrzebny mu zwój; ptak był znacznie lepszy w operowaniu dokumentami niż ci „skrybowie”, na których wyraźnie straż oszczędzała. - Przynajmniej ty wiesz, jak utrzymywać porządek w papierach...
        Przez bliżej nieokreślony czas, w którym to Natanis kompletnie zatracił się w kolejnych liczbach, zdołał dowiedzieć się większości rzeczy, które go interesowały, a także wielu, których nie spodziewał się tutaj znaleźć. Przede wszystkim udało mu się ustalić budżet pakowany w całą straż miejską, a nie było to łatwe, gdyż opisy przychodów podzielone były na tyle osobnych dokumentów, ile się chyba tylko dało. No i oczywiście nie mogły znajdować się w tej samej kategorii... Różnica tej sumy z obliczonymi (także oczywiście mozolnie) miesięcznymi wydatkami była dodatnia oraz całkiem spora, oznaczało to więc, że albo część pieniędzy wyparowała w czasie przekazywania, albo też zniknęła w nieco mniej tajemniczych okolicznościach. Natanis westchnął, powstrzymując pokusę kazania Chmurze poszarpania tych wykazów wydatków na kawałki – nie zwykł niszczyć takich rzeczy, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy mogą się przydać. No i te tutaj mogły się okazać przydatne w całkiem bliskiej przyszłości – jakkolwiek beznadziejnie nie były przygotowane... Duch skończył więc przeglądać papiery, razem ze swoją orlicą zgrabnie poukładał wszystko na miejsce, powstrzymując się od odruchu zaprowadzenia porządku i w reszcie – nie miał na to czasu i w dodatku to zdecydowanie nie była jego robota. Miał jeszcze kilka pytań, na które odpowiedzi udzielić mu mógł tylko skryba, ale ten się nie pojawiał, zniecierpliwiony Natanis nieśmiało więc otworzył drzwi, rozejrzał się po korytarzu, po czym niepewnie zaczął nim iść. Musiał znaleźć kapitana lub Arielę. ”Ciekawe, jak jej idzie jej część zadania? Z pewnością nie są to miłe chwile dla tych wszystkich strażników, których spotka... Może lepiej było nie pozwalać jej samej przejąć inicjatywy? Zdecydowanie ma dobre serce, ale ono płonie i czasami płomienie potrafią...”
        Nagle się zatrzymał, kiedy minął zakręt i nagle się o coś potknął. Chmura wzbiła się w powietrze, wydając z siebie spanikowany gwizd, a Natanis z jękiem upadł na posadzkę. Poczuł, jak coś ciepłego i wilgotnego rozlewa się po jego policzku. Kolejna rana? Pięknie... W taki głupi sposób... Podniósł się na ramionach, ale otworzył szerzej oczy, kiedy ujrzał przed sobą całą kałużę krwi. To... to nie mogła być tylko jego... Uniósł wzrok i ujrzał ciało strażnika z zamkniętymi oczami i odciętą ręką, wokół której rozlała się kałuża. Krew już nie ciekła...
        - Co do...
        - Panie!
        Oszołomiony Natanis poczuł, jak czyjaś dłoń zacisnęła się na jego ramieniu, a po chwili został podźwignięty do pionu przez jednego ze strażników, których grupa zebrała się w korytarzu. Duch nie zwracał na nich zbyt wielkiej uwagi – spojrzał na swoje ręce całe we krwi oraz ubrudzoną nią białą szatę. Wtedy jego wzrok powędrował w tył i ujrzał kolejnego trupa, tym razem z rozciętą szyją. O jego musiał się wcześniej potknąć... Strażnicy potrząsali nim i próbowali go przywrócić do rzeczywistości, ale dopiero gdy ujrzał przed sobą łeb Chmury, zamrugał ze zdziwieniem. Orlica przysiadła na jego klatce piersiowej i przybliżyła swój dziób do jego twarzy, spoglądając na niego z niepokojem. Niebianin uniósł drżącą rękę i pogłaskał ją po łebku, zostawiając na niej krwawy ślad. Wtedy nagle jego wzrok powędrował na coś, co zalśniło w słońcu na podłodze – niewielki medalion w kształcie symbolu Najwyższego. Specyficzny. Znajomy. Były małą nowością w Niebie – medaliony, w których anioły chowały swoją tajemnicę. Oczywiście nie przed Najwyższym, ale przed światem. Ale co tu robił?
        Natanisa przeniknął dreszcz, kiedy zorientował się, że zna twarze zabitych. Ci sami, których spotkali w wiosce... Medalion... Palladyni także je nosili? Ariela!
        - Co tutaj się najlepszego wy... oż, cholera...
        - Na Najwyższego!
        Natanis uniósł wzrok i ujrzał kapitana w towarzystwie skryby, który na skrybę zdecydowanie nie wyglądał, ale to nie miało teraz tak wielkiego znaczenia. Chmura zleciała na podłogę, kiedy Duch ruszył w stronę kapitana straży, który już zaczął wydawać polecenia strażnikom.
        - Ci dwaj należeli do tych, którzy zaatakowali mnie i Arielę – powiedział Natanis, na co mężczyzna rozszerzył oczy. - Ale... był jeszcze trzeci.
        - Ktoś ostatnio widział palladynkę?!
        Nikt.
        - Ona wraz z Verifem... tym trzecim strażnikiem... co się tutaj stało najlepszego? - Kapitan zachodził w głowę, wyraźnie zestresowany. - I to w taki dzień... cholera... N-natychmiast rozpoczniemy poszukiwania. Nie mogą być daleko... A ty... panie... powinieneś udać się w jakieś bezpieczne miejsce. Natychmiast!
        - Nie wiem, czy będę bezpieczniejszy niż w koszarach... - powiedział Natanis, ale jeden wzrok na trupy i przypomnienie sobie o tym, co zastał w archiwum uświadomiło mu, że to nie jest prawda. - N-nie chcę siedzieć gdzieś w ukryciu, kiedy Ariela zaginęła.
        - Z całym szacunkiem, ale to nasze zadanie. Powinieneś jak najprędzej wrócić do dworu. Nie martw się, wszystkie wysiłki możliwe zostaną podjęte natychmiast.
        - W porządku...
        Natanis został odeskortowany na dziedziniec, gdzie już czekały na niego konie. Spojrzał na pustego, należącego do Arieli.
        - Wiecie, mogę się przenieść do dworu natychmiast, jestem w końcu Duchem Światłości. A wy byście mnie i tak tylko spowalniali. Udajcie się tam sami, na miejscu już będę, w porządku?
        Strażnicy popatrzyli na siebie, ale skinęli głowami i po chwili odjechali. Natanis poczuł, jak Chmura siada mu na ramieniu, a po chwili przed jego twarzą pojawił się znajomy symbol. Przyjął od ptaka amulet, który ten najwyraźniej podniósł z podłogi. Najwyraźniej należał do Arieli... w sferze powinna kryć się tajemnica... Na pewno nie było to nic, co mogłoby im pomóc, prawda? W dodatku najprawdopodobniej było to coś straszliwie wstydliwego... Może imię pierwszego ukochanego albo nawet jego podobizna? Czując rumieńce na policzkach, Natanis chował medalion to kieszeni szaty, która nie była jeszcze przesiąknięta krwią. Następnie skupił się, zamknął oczy i zniknął.

        Kiedy Ariela się obudziła, zdecydowanie nie znajdowała się w ciekawej sytuacji; była w niewielkim pomieszczeniu, jej nadgarstki związane były nad jej głową i przymocowane do sufitu liną. Przed sobą miała strój, na której leżała jej zbroja – na sobie palladynka miała teraz głównie koszulę. Wciąż jakimś cudem odczuwała efekty trucizny, którą jej podano, a może tylko jej pozostałości? Nie zdołała więc podjąć jakichkolwiek działań, zanim drzwi do pomieszczenia się nie otworzyły, a do środka weszła ta sama mroczna sylwetka. Przecięła linę nad głową Arieli i chwyciła jej wciąż skrępowane nadgarstki, wyciągając z pokoju. Szli chwilę, dopóki nie rozległ się zgrzyt metalu, a po chwili palladynka została wepchnięta do ciemnego pomieszczenia. Kraty zgrzytnęły za jej plecami, kiedy postać zatrzasnęła drzwi do celi i oddaliła się, zostawiając ją samą. Prawie...
        - Ty... - Z mroku wyłoniła się twarz. Twarz ze złamanym nosem. Po chwili palladynka została przyciśnięta do chłodnej podłogi przez strażnika, którego zbroja także gdzieś zniknęła. - O mało mnie nie pocięłaś! Ale zrobiłaś to z Rodianem, ty suko! I przez ciebie teraz trafiliśmy do tego miejsca! Ci cholerni kultyści...! - Mężczyzna oddychał płytko, wyraźnie spanikowany, ale zamilkł na chwilę, myśląc. - Ty... ty się znasz na takich sprawach, prawda? Kultystach i diabłach... możesz nas stąd wyciągnąć, co? Pomożemy sobie stąd uciec, a potem wróćmy do naszego problemu. Ale jeżeli wolisz zostać złożona w ofierze... Cóż...
        Milczenie było nad wyraz wymówne, podobnie jak wzrok mężczyzny.
Avatar użytkownika
Natanis
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Dérigéntirh, Ognaruks, Malawiasz, Sarpedon, Vaela, Ziharria, Natanis, Sitrina,
Rasa: Duch Światłości
Aura: To subtelna aura, pełna nadziei i wiecznej tęsknoty, która przygarnia do siebie ciepłem otwartych nieśmiało ramion i delikatnym uśmiechem. Przyjdź do niej, muśnij gładki materiał szaty, zanurz twarz w miękkich fałdkach i oprzyj się o twardo stojące ciało. Ono chce ci pomóc. Ono samo chce się podeprzeć. Wyciąga rękę ku Tobie i prosi byś ty zrobił to samo. Daj więc otulić się zapachowi dojrzałych lilii i przyjmij kwaśną nutę intensywnych przeżyć o łagodnym posmaku spokoju. Wasze pulsy przyspieszą wtedy radośnie i posłyszycie wzajemnie bicie waszych serc, a także liczne głosy cieszące się waszym przymierzem. Wtedy dostrzeżesz zapewne ametystową poświatę z błyskającym zawirowaniem szmaragdowej barwy oraz resztki wyblakłego złota drgającego w powietrzu. Wyraźniejsze od niego są teraz wieloletnie zarysy miedzi, ostre kobaltowe pióra i cynowe szlaki, na których pojawiają się nieśmiało świeżutkie wzory z platyny. Podążaj za nimi, a kto wie - może pewnego dnia odkryjesz nowe oblicze tej aury?
Wygląd: Natanis nie różni się znacząco od typowego Ducha Światłości; jest obdarzony wzrostem nieco mniej niż pięciu i pół stopy (około 170 cm) oraz dosyć szczupła sylwetką, idealnie proporcjonalną. Jego obecne ciało jest nie tym, w którym dało mu się urodzić, a raczej emanacją jego duszy, także prezentuje się nadzwyczaj pięknie. Zaczyna się to już od gładkiej twarzy obdarzonej ... (Więcej)

Postprzez Ariela » Śr paź 10, 2018 8:36 pm

        Wszystkie wydarzenia działy się jakby bez jej udziału, wbrew woli i najmniejszego wpływu na swoje ciało. Niewiele zdążyła zarejestrować szczegółów masakry, która wydarzyła się przed jej oczami. Ktoś kto zabił tych dwóch mężczyzn nie mógł mieć dobrych intencji. Kiedy została sama, oko w oko z mroczną postacią poczuła jak ściska się jej gardło ze straszliwej niemocy. Beznadziejne położenie w jakim się znalazła zgasiło wszelką nadzieję. Trucizna tocząca się w jej krwi powodowała straszliwe wyniszczenie organizmu i choć straciła nadzieję wciąż się nie poddawała. Nie straciła ducha walki. Czuła w ręce ciężar miecza, jej jedynego oręża, który jej pozostał, i dźwignęła go duchem, jakby samą wiarą przeciwstawiając się nieuchronnemu losowi. Lecz dłoń bez sił upuściła miecz. Uświęcona stal zadzwoniła melodyjnie upadając na bruk, a Ariela upadła na kolana przed katem. Nagły błysk pokonał niebiańską wojowniczkę. Upadła w ciemność.

        Nicość była gorsza od najstraszniejszego koszmaru. Jeszcze gorsza była świadomość uwięzienia w tej nicości. Miotała się gdzieś w bezkresach własnego jestestwa, błagała, krzyczała o pomoc. Nie mogła się wyswobodzić z niewidzialnej klatki. Miotała się i biła na oślep. Szukała nadziei. Tą nadzieją był jej Pan. Do niego zwróciła się o łaskę i pomoc, a jej modły chyba przyniosły skutek.

        Choć przebudzenie nie należało do najprzyjemniejszych cieszyła się, że... jeszcze żyła? Zdezorientowana rozejrzała się po ciemnym pomieszczeniu. Dopiero, kiedy chciała się ruszyć spostrzegła, że jest związana za nadgarstki do sufitu. Następnie mętnym wzrokiem zobaczyła swoje ubrania i miecz, leżące przed nią. Powiodła spojrzeniem w dół i zobaczyła, że jest pozbawiona wierzchniego odzienia i pozostała jej tylko biała koszula i chyba jeszcze to co miała pod spodem. Ale to nie nagość było jej największym zmartwieniem, tylko to po co ją rozebrano. No i przede wszystkim odpowiedź na pytanie: dlaczego jeszcze żyła?
        Jej ciało wciąż było słabe i właściwie nie czuła się lepiej niż przed zawleczeniem jej do tego pomieszczenia. Mimo to odczuwała upływ czasu na swoją korzyść i zwalczała truciznę modlitwą do Najwyższego. Powtarzała tą mantrę: "Panie Wszechmogący, daj siłę swojej służebnicy". Nie była dobra w modlitwach, ani w proszeniu o pomoc, ale sytuacja w jakiej się znalazła była jak najbardziej odpowiednia na modły.
        Gdy do środka weszła jakaś zakapturzona postać Ariela skupiła na niej rozbiegany wzrok. Nie mogła się wyrwać, ani podskoczyć. Była za słaba żeby stawić jakikolwiek opór. Zobaczyła ostrze w rękach zabójcy, ale nie bała się śmierci. Wiedziała, gdzie po niej trafi. Czuła tylko złość spowodowaną brakiem możliwości walki. Kiedy nieznajomy do niej podszedł i chwycił ją za nadgarstki poczuła jak zimny pot spływa po jej plecach wywołując dreszcze. Poczuła jak odcina ją od sufitu i stopy ponownie zmierzają się z grawitacją. Zawleczona do innego pomieszczenia za nadgarstki upadła na chłodną podłogę w jakimś śmierdzącym lochu.
        Było jej duszno, bolał ją każdy mięsień jak po wielogodzinnej bójce. Mimo iż ból był fizyczny, to z zewnątrz nie nosiła jakiś oznak tortur. To co ją dręczyło, działo się w jej środku. Ledwo co zdążyła się dobrze rozejrzeć, a już znowu ktoś ją zaatakował. Nieprzygotowana na atak znowu przywitała chłodną posadzkę przytuliwszy do niej siny policzek. Piszczenie w głowie zostało zaburzone przez znajomy głos. Och, czyżby dzieliła klatkę z gwałcicielem? Wspaniale!
        Na szczęście dla chłystka, Ariela była zajęta walką z trucizną, bo było dla niej ważniejsze odzyskanie sił niż ponowne przestawienie nosa dupkowi. Pod pewnym względem wolałaby, żeby go tutaj nie było i to nie przez troskę o siebie, ale o jego zakichane życie, które nie ważne jak nędzne było, było życiem i jej zadaniem było go obronić przed przyspieszonym spotkaniem ze Stwórcą.
        Ponownie dźwignęła się z podłogi i przekręcając się oparła się plecami o metalowe pręty. Przedramieniem wytarła spod nosa krew i westchnęła spoglądając pusto w sufit. Chyba nauczyła się zwalczać truciznę, ale zanim całkowicie zwycięży może być już za późno.
        Nie chciała dawać strażnikowi wielkich nadziei, ale jeśli miałaby mu coś dać, to tylko odpowiednią formułkę modlitwy błagalnej. Swoistego żalu za grzechy. Obawiała się, że nie zdoła ich stąd wyciągnąć. Obawiała się... O Panie... Natanis. Nigdy wcześniej nie poczuła takiej troski. Duch był co prawda nieśmiertelny, ale to nie oznaczało, że nie było sposobu na jego unicestwienie. Nawet Ducha Światłości można było zabić, ale musiała to być istota Piekielna. Arielę znowu zaczęły męczyć mdłości, choć żołądek miała pusty i sił nie miała na kolejne wymiotowanie. Zagryzła dolną wargę i przyciągnęła do siebie stopy otulając je ramionami.
        Patrzył na nią wyczekująco, ale mu nie odpowiedziała i to go rozwścieczyło. Podbiegł do niej i złapał ją za barki potrząsając jakby chciał wybudzić z letargu, albo jakoś zmusić do działania. Początkowo poddała się gwałtownemu kołysaniu.
        - Odpowiedz! Wyciągniesz nas stąd? - prawie wykrzyczał to pytanie. Skąd mógł wiedzieć, że Ariela modliła się do Pana i ściągała dla nich pomoc, a swoim krzykiem rozpraszał ją i powodował nasilający się ból głowy.
Ariela nie wytrzymała i odepchnęła jego ręce.
        - Zamknij się łaskawie, bo jeszcze raz mnie dotkniesz, to nie będzie z ciebie co składać w ofierze - odpowiedziała mu dosadnie, o dziwo wcale nie żartując, lecz oczywiście rozumiała jego strach. Strach, który mącił w umyśle i zagłuszał myśli.
        - Ale wydostaniesz nas stąd, prawda? A jak nie ty, to twój przyjaciel z tym białym ptaszyskiem?
        Ariela zwiesiła głowę opierając czoło o kolana i wtedy spostrzegła brak czegoś, co otrzymała od Viliriana. Medalion. Zgubiła go, albo jej zabrano wraz z odzieniem. Mimo to była jeszcze nadzieja. Zamknęła oczy i skierowała swoje myśli do skrzydlatego sojusznika. Niestety taka forma komunikacji miała swoje dość spore ograniczenia, ale dawała aniołowi jasny przekaz, że jest w ogromnym niebezpieczeństwie, ale żyje i poprosiła, aby strzegł Natanisa.
        Gdy znowu uniosła głowę, zauważyła bladą twarz strażnika z groteskowymi plamami czerwonej krwi pod nosem sięgającymi aż do czubka brody. Nie powinna czuć żadnego żalu do mężczyzny jego pokroju, ale nie byłaby sobą, gdyby nie miała tej anielskiej cechy - wiary. Teraz pojęła dlaczego tak różnią się od ludzi. W każdym było coś w co warto wierzyć, każdy z nich zasługiwał na drugą szansę. Potem na kolejną i kolejną. Kwestią nie było zepsucie duszy, ale ciała wystawionego na działanie pokus i wielu niebezpieczeństw w ciemności przed, którymi Niebianie mają obowiązek ich chronić. To także jej obowiązek. Jeśli pozwoliłaby temu człowiekowi zginąć, byłaby to jej porażka.
        - Zrobię co będę mogła, ale mnie otruto. Nie mogę walczyć w tym stanie.
Zauważyła jak nadzieja gaśnie w oczach mężczyzny, więc dźwignęła się z siadu, chwiejnie i wciąż trzymając się krat, stanęła na równe nogi i popatrzyła na strażnika.
        - Palladynom dodaje mocy każda niewinna dusza, o którą walczą. Jeśli przysięgniesz tutaj przede mną, że od teraz będziesz prawym człowiekiem, obiecuję, że zrobię wszystko, abyś przeżył.
        Chłop praktycznie bez namysłu upadł przed stojącą dziewczyną na kolana i chwycił się dołu jej koszuli aż przypadkowo odsłonił jej krągłe piersi. Ariela zaskoczona zareagowała bardzo szybko zaciągając luźny kołnierz do góry, a na posiniaczonym licu zarumieniły się młodzieńcze policzki. Mimo krępującego wypadku, strażnik zdawał się nawet na to nie zwrócić uwagi i przyrzekł jej na swoje życie, że się zmieni i wstąpi do zakonu. Aż takiej deklaracji nie potrzebowała, ale skoro już przysiągł, to trudno. Nie mniej z jakiegoś cudownego powodu, rzeczywiście poczuła lekki przypływ energii, choć w dużej mierze to było prawdopodobnie tylko jej wewnętrzna satysfakcja obrazowo przedstawiona jako złośliwy uśmiech skierowany do samego Szatana. Rzuciła mu wyzwanie, a że była Palladynką, walka ze Księciem Ciemności i jego pomiotami, to jej przeznaczenie. Dlatego istniała. Dlatego się narodziła.
        Położyła drugą rękę na głowie mężczyzny kulącego się przed nią.
        - Możesz wstać - oznajmiła trącącym o podniosłość, tonem głosu. Mężczyzna wstał ocierając łzy i tego Ariela najmniej się spodziewała. Udała więc, że tego nie zauważyła. Mogąc już wreszcie puścić naciągniętą koszulę odwróciła głowę i rozejrzała się po pomieszczeniu poza klatką. Czas grał na ich korzyść nawet jeśli nie była w stanie nic zdziałać poza czekaniem na dalszy rozwój wydarzeń.
Avatar użytkownika
Ariela
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Cerrina, Melouria, Dinitris,
Rasa: Palladynka
Aura: Emanacja charakteryzuje się niedużą siłą. Aczkolwiek z oddali widnieje już szmaragdowe światło, dobijające się też od żelaznej powłoki, na której ostrych jak brzytwa krawędziach, widnieją kobaltowe zarysy, które swymi kształtami przywodzą na myśl krokusy i fiołki. Próżno wytężać słuch bowiem nie wychwyci tu żadnych dźwięków. Zmysł węchu natomiast pieści słodki i delikatny zapach lilii. Twardość powierzchni zaskakuje, zwłaszcza iż pozornie wygląda na miękka. Dodatkowo z dumą prezentuje swą elastyczność, choć czasem zdarzy się dzień, iż nieoczekiwanie sztywnieje i pozostaje przez pewien czas w bezruchu. Wtedy właśnie aksamitne piórka pojawiające się znikąd przykrywają całość, tworząc puchową kołderkę. Paradoksalnie pozostawia po sobie nieprzyjemną gorzkość połączoną z okropną lepkością.
Wygląd: Wzrost i wygląd Arieli jest adekwatny do jej wieku. W związku z tym, że jest młodą dziewczyną na jej twarzy odbijają się jeszcze dziecięce lata. Jej usta są dość wąskie, lekko przyrumienione, a policzki gładkie, krągłe. Całe jej lico jest bardziej okrągłe, miłe dla oka. Oczy ma ciemnoniebieskie, z wyraźnie zarysowaną jeszcze ciemniejszą obwódką tęczówki. Włosy ma ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Arrantalis

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron