[Ulice Anperii, Księstwo Karnstein] Karczma, eugona i apetyt


Miasta Karnsteinu są istnym kotłem, do którego wrzucono wielość nacji i upodobań architektonicznych. Wystawne domy w kolorach purpury i złota sąsiadują tutaj z dzielnicami, w których budowle mają być przede wszystkim funkcjonalne. Proste domy ułożone wśród wąskich, równoległych uliczek, wyłożonych kamieniami, zamieszkiwane są głównie przez mroczne elfy, dla których przepych jest zbędny. Po przeciwnej stronie są budowle, które zaskakują dbałością o szczegóły. Kolumny z głowicami przedstawiającymi sceny z legend.

Postprzez Lullasy » Wt lis 18, 2014 6:49 pm

Słowa mają wielką moc, zaprawdę większą nic wszelkie istnienie. Miecz przetnie ciało, jednak go nie przekona. Magia potrafi wiele, lecz jest skomplikowana w swej naturze. Słowo zaś potrafi cuda urzeczywistnić, szale losu przechylić, a nawet pogodzić odwiecznych wrogów. Jednak samotne słowo wciąż jest słabe, niezdolne do kształtowania naszego świata. Ważne jest też to, co podąża tuż za nimi. To, co robimy, to czym wpływamy na świat materialny, a są to nasze działania. Tutaj, na niemalże bezkresnych ulicach Anperii, to wszystko co działo się przez ostatni czas, było właśnie zasługą czynów i słów, które, choć oddzielne dla każdego życia, razem, niczym jedna jaźń doprowadziły do tego momentu. A co takiego się działo przedtem? Każdy, kto obserwował uważnie, wie doskonale.
Lecz tak czy siak, nie to się liczy. Chwila obecna, jak to mówią filozofowie i uczeni, jest esencją naszego życia, na której skupiać się powinna większość uwagi. I najwyraźniej tak było z pięcioosobową grupą, która kroczyła przed siebie. Eridios, wampir szlachcic, Cardos, rycerz, silny, acz stary, o niejasnej przeszłości i zagadkowym charakterze, Derogan, młodzieniec, który przeżył wiele, a wycierpiał jeszcze więcej, Mirz, zdawać by się mogło także przeciętny, choć szlachetny człowiek, o którym do tej pory wiele nie wiadomo oraz Lullasy, niewolnica będąca w połowie gadem, posłuszna i wytresowana niczym domowe zwierzątko. Czy to los, czy też słowa i czyny splotły ich cele i zamiary w jeden, jasno określony i dosyć błachy cel - dostać się do Samotni, by móc napić się i zjeść w spokoju. Oczywiście, każdy z osobna miał też inne, poboczne plany, nie licząc naturianki rzecz jasna. Jedni chcieli informacji, jeszcze inni chcieli oddać się w objęcia snu. A inni...cóż, tego dowiedzieć się będzie można dopiero po fakcie.
Jeszcze nie tak dawno księżyc nadal świecił, teraz jednak z nieba spadała tylko ciemność i, zdawać by się mogło, zbliżająca się nieuchronnie fala mgły z zachodu, popychana mozolnie przez ciężko pracujący przy tym wiatr. Chmury gęste i czarne niczym rozgrzana smoła odizolowały szczelnie niebo od ziemi i chociaż wyglądały one niczym burzowe, to nie zapowiadało się na deszcz. Mimo wszystko ulice opustoszały, nawet w głębi miasta. Była wciąż noc, lecz zbliżał się ranek. Ani ludzie, ani wampiry nie wychodziły, a sklepy były zamknięte na cztery spusty. W oknach widać było tylko nieskończoną pustkę, z której co jakiś czas wychodziły oczy ciekawskie czy ktoś jest jeszcze na zewnątrz. Jednak gdy tylko mgła przelała się przez mury miasta, ciężko było spotkać kogokolwiek. Chociaż, jakby nad tym pomyśleć to był jeden wyjątek od tego, o którym warto wspomnieć ze względu na to, iż piątka, wokół której dosyć dużo się działo mogła to ujrzeć na własne oczy.
Mianowicie chodzi o grupę, która z początku oddzieliła Mirza oraz Eridiosa od reszty. Gdy przedzierali się oni przez ten tłok, mogli ujrzeć prawdziwą mieszankę ubiorów i ras. Widać było ludzi, a wśród nich niektóre wampiry uśmiechały się, zdradzając swoje kły, a co za tym idzie tożsamość. Można było też dostrzec elfy, i to nie tylko mroczne elfy, ale też inne gatunki elfów dało się dostrzec. O dziwo byli też tu naturianie tacy jak choćby kotołaki, które nie kryły swoich uszu czy ogonów. Ci, którzy wiedzą jak czytać aury mogli też wyczuć obecność istot piekielnych oraz demonicznych. W skrócie można by rzec, że był to prawdziwy tygiel ras, liczący sobie ponad sześćdziesiąt osób
Ktoś mógłby zapytać skąd taki tłum w środku nocy? Cóż, wtedy należałoby wyjaśnić dwie rzeczy. Po pierwsze, noc kończyła się, co nawet najmniej bystra istota by zauważyła. Po drugie zaś, Radosne śpiewy i słowa co jakiś czas przedzierały się z ust tej grupy.
- Tysiąc lat towarzyszu!
- I to się nazywa porządne świętowanie! Co wy na powtórkę?
- Nie gadaj tyle, tylko śpiewaj jubilatowi, bo nie doczekasz się powtórki, ha!
W pewnym momencie dało się ujrzeć, jak kilka postaci bierze na swe ramiona starca, którego siwa broda, bystry wzrok oraz szaty nie pozostawiały cienia wątpliwości. Był to czarodziej, którego serdeczny śmiech i miłe spojrzenie rozchodziło się po osobach, które tak hucznie świętowały - jak usłyszeć można było - urodziny tejże osoby.
Tymczasem Mirz i Eridios w końcu dołączyli do reszty, a wesołe zbiorowisko oddalało się od nich. Wtedy też dało się zauważyć, jak Cardos kątem oka obserwował znikającą z pola widzenia gromadę. Jego lico nabrzmiałe było mieszaniną niejednoznacznych emocji, sprawiając, iż wyglądał na przerażonego. Wampir nie czekał na skomentowanie tej zagadkowej reakcji, odezwał się niemal natychmiastowo po tym, gdy to zauważył.
- Hej, staruszku, coś nie tak? Wyglądasz, jakby smok cię zjadł i wypluł z drugiej strony. Co z tego, co wiem, raz ci się przydarzyło.
- Cicho. - Poważny ton rycerza mógł przyprawić o ciarki tych o słabszych nerwach. - Obserwuje...
- Co takiego? Czego nie wiem? - Ściszył głos, nieco przestraszony. Nie wiedział, o co chodziło Cardosowi, co przestraszyło go dosyć porządnie, tak iż nawet nie ważył się spojrzeć za siebie. - Ktoś nas śledzi? Zabójcy? Najemnicy? Złodzieje? A może strażnicy podążają za nami?
- Szczerze mówiąc, to coś całkiem innego. - W tym momencie jego usta wykrzywiły się w nagłym, prześmiewczym uśmiechu, a oczy zostały skierowane na wampira. - Obserwuje tylko, jak jakiś idiota panikuje bez powodu.
Gdyby nadstawić ucho w tym momencie, można było słyszeć jak zęby Eridiosa niemal pękają od nacisku na siebie nawzajem. Krwiopijca pękł w momencie, gdy śmiech staruszka rozległ się tuż obok niego. Chcąc zemścić się, wymierzył kopniaka w nogę swego towarzysza. Jednak plan ten zawiódł już u zalążka, gdyż w końcu byle kopnięcie nie wywrze wrażenie na nodze zakutej w zbroje. Krótkotrwały, lecz bolesny romans nogi krwiożercy z dolną częścią zbroi Cardosa zaowocował łezką w oku tego pierwszego, który próbował udawać, iż w żadnym stopniu nie cierpi.
- Idźmy dalej, nic mi nie jest - Głos jego miał w w tej chwili dosyć unikatowy akcent. O ile akcentem można nazwać wydawanie pisków niczym mała dziewczynka. Cardos aż zakrztusił się momentalnie własną śliną, nie mogąc przestać się śmiać.
Szli dalej mimo wszystko, choć wampir bardziej kuśtykał teraz, niż szedł, ale to był tylko drobny szczegół. Tylko Lullasy miała to udogodnienie, że nie musiała iść, ze względu na swój stan. Choć widać było, że niekorzystne skutki ostatnich wydarzeń powoli mijają. Była jednak wpół przytomna lub też ospała, ale przynajmniej nie drżała już z bólu. I choć obserwowała co się dzieje dookoła, wszelkie bodźce z trudem do niej dochodziły. Miała pewność tylko co do jednego - Była niemiłosiernie głodna. Tak głodna, że nie świadomie próbowała wgryźć się w zbroje staruszka, co oczywiście skończyło się na metalicznym posmaku w ustach. Gdy zrozumiała, że próbowała zjeść metal, westchnęła cichutko, po czym skierowała wzrok na Derogana i Mirza. Ta dwójka była dla niej tajemnicą, którą z chęcią by zrozumiała. Jednak mimo wszystko, nie liczyła, by to było możliwe.
       Gady, przebywające w miejscu gdzie powinny być jej włosy, zdawały się kontrastować całkowicie z umęczoną naturianką. Gdyby mogły, to by zapewne eksplodowały energią i entuzjazmem, który kierowały głównie do wężowej damy, jakby na pocieszenie. I choć z początku były to nieskoordynowane, chaotyczne zachowania, to przerodziły się one w coś zadziwiającego. Węże, niczym za zmową, jak jedno gardło zaczęły śpiewać, a raczej syczeć piosenkę. I choć do uwodzącej serca melodii dużo brakowało, to przynajmniej dało się tego słuchać. Niby było to nic, ale nagle wszystkim szło się lepiej, nawet obolałemu krwiopijcy. Eugona zaś przymykała przez to oczy jak dziecko słyszące kołysankę.
Gdy przeszli tak jeszcze z pięćdziesiąt metrów, zatrzymali się, jakby bez powodu. W tym momencie Cardos obrócił się w prawą stronę, by skierować się w nadzwyczajnie, sztucznie wręcz, ciemną uliczkę. Tam ujrzeli coś, co musiało być wypalonym, prowizorycznym ogniskiem. Kilka częściowo zwęglonych desek ułożonych na sobie, a wokół nich zaskakująco duża ilość popiołu.
- Komu w drogę, temu czas!
Cardos rzekł te słowa pewnie, po czym podskoczył, co trzeba przyznać, było przy obecnym obciążeniu wyczynem, jakby z zamiarem twardego lądowania na drewnianych deskach. Jednak zamiast łoskotu upadającej zbroi, przeniknął przez tą, jak się okazało, iluzję, znikając jednocześnie z pola widzenia reszty. Eridios widział, że Mirz oraz Derogan nie do końca pewni są czy to bezpieczne, więc przemieścił się za nich, by stanowczym ruchem rąk wepchać ich obu na raz w oknisko, czy też raczej złudzenie optyczne imitujące ognisko, które skrywało portal.
- Chędożony Cardos i jego chędożone poczucie humoru... - wymamrotał, po czym pociągnął nosem, wiedząc, że teraz może bez krępacji wyrzucić z siebie cały ten ból. Przetarł zaszklone oczy, po czym odetchnął głęboko. Bez wątpienia, od teraz mógł śmiało mówić o nowej fobii, strachu przed kopaniem twardych przedmiotów. Nie był on kimś, kto wytrzymałby od tak bez mrugnięcia okiem taki ból. Przynajmniej miał przynajmniej charyzmę, którą potrafił przekonać sam siebie. - Spokój. Jesteś szlachcicem, masz stać twardo na ziemi!
Tuż po tych słowach świat postanowił znów sobie z niego zażartować, a przynajmniej tak można było pomyśleć, gdy kotka Mirza, widząc, że jej pan znika gdzieś bez niej, skoczyła za nim. A konkretnie skoczyła z rozpędu na wampira, który został powalony bez trudu przez zwykłego kota. Zaowocowało to faktem, iż już cała grupa była już zapewne w Samotni.

***

- Najwyraźniej jeszcze nie wiedzą, że mają nas na ogonie. Co robimy?
Kobieta spytała, szarpana przez emocje. Stała w alejce gdzie ukryty był portal, a tuż obok niej jej towarzysz wampir. Przed nimi była okazja na szybki zarobek. Szybki, ale trudny. Widziała walkę, która miała miejsce na ulicy i nic nie zapowiadało, by mieli być oni mniej waleczni w obliczu prawdziwego pojedynku.
- Zwołamy tych w czarnych płaszczach, jakkolwiek się zwą. Nie trzeba będzie nawet ich zachęcać. Sami rzucą się do walki.
- A nagroda? Przecież za samą informacje nic nie dostaniemy. Ja chce na walkę teraz, nie potem!
- Spokojnie, spokojnie. - Poklepał ją po głowie, niczym małą dziewczynkę. - mam plan.


[Ciąg dalszy - Lullasy, Derogan, Mirz]
Avatar użytkownika
Lullasy
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Nagrody: Obrazek
Inne Postacie: Hyiaxinthe, Urzaklabina, Drim, Evangeline, Avarralie, Siyne, Violetine, Fonos, Krakenia, Toffee, Elion, Sargeras, Sugarro,
Rasa: Eugona
Aura: Aurą posiada kobaltową barwę o miedzianych pasmach zasłaniających częściowo ukrywające się gdzieniegdzie rtęciowe kropeczki. Mieni się w ametystowej poświacie, w której wciąż jeszcze leciutko widać ślady szmaragdu. Wydziela silny zapach kwiatów połączony ze słodką wonią miodu. W dotyku miękka, choć pewne miejsca można by zaliczyć do twardszych. Ugina się łatwo, ale nie jest to zbytnio widowiskowe. Dosyć tępa powierzchnia nie potrafi nikomu wyrządzić krzywdy. Chropowatość powłoki jest zniechęcająca, ale gdyby ktoś zechciał się przyjrzeć dostrzegłby gładsze części. Uparcie lepi się do podniebienia, a dawna pikantność ustępuje miejsca łagodnemu posmakowi.
Wygląd: Ciężko jednym słowem określić, jak wygląda ta zniewolona przez los istota. Niby eugona, lecz różni się w szczegółach od swego gatunku. Nie wygląda także jak przeciętna niewolnica, z oczywistych powodów. W końcu Lullasy jest i tym i tym, co jest unikatowym, jeżeli nie jedynym takim połączeniem wzdłuż i wszerz całej Alaranii.

Bez wątpienia pierwsze, co rzuca się w ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Księstwo Karnstein

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron