[Anperia] Przepraszam, gdzie mogę znaleźć...


Miasta Karnsteinu są istnym kotłem, do którego wrzucono wielość nacji i upodobań architektonicznych. Wystawne domy w kolorach purpury i złota sąsiadują tutaj z dzielnicami, w których budowle mają być przede wszystkim funkcjonalne. Proste domy ułożone wśród wąskich, równoległych uliczek, wyłożonych kamieniami, zamieszkiwane są głównie przez mroczne elfy, dla których przepych jest zbędny. Po przeciwnej stronie są budowle, które zaskakują dbałością o szczegóły. Kolumny z głowicami przedstawiającymi sceny z legend.

Postprzez Medard » So kwi 14, 2018 3:10 am

Tak ten chędożony świat już jest skonstruowany, iż wszystko, co dobre ma tendencję do efemerycznej wręcz obecności pośród żywych, niekiedy niewystarczającej nawet, by zmysły śmiertelnych zdążyły się nacieszyć ową dobrocią szybciutko znikających rzeczy: nieważne, czy to wykwintna potrawa przygotowana przez najznamienitszego szefa kuchni, wino dla marzycieli kosztujące tyle, co niejeden dzianet z rzędem paradnym czy husarski koń bojowy z pełnym rynsztunkiem, pełnia uczucia względem tak zwanej drugiej połowy tudzież cokolwiek innego, równie ulotnego tak samo jak dorosła postać pewnego owada, który jako larwa żyje sobie w toni wodnej przez kilka lat, by przekształcić się w formę zdolną do rozrodu, dokonać tegoż aktu i skończyć w paszczy ryby lub ptasim dziobie jeszcze tego samego dnia. Rasy obdarzone przez naturę długowiecznością lub teoretycznie nieśmiertelne mają –co prawda- czas, by nacieszyć się powyższymi aspektami życia, lecz są one równie wyczekiwane przez nie, co osobniki, którym przyroda poskąpiła lat na tym łez padole i w niecały wiek muszą żegnać się ze światem. Dla wąpierza czy smoka mogącego przeżyć trzydzieści razy tyle, co przeciętny człowiek, żywot tego ostatniego jest jak splunięcie do rynsztoka. A jednak, łączy ich więcej, niźli by się tego spodziewali.
Jednym z takich właśnie momentów życia była niewątpliwie wizyta w Mamucie. Woń potraw przyprawiała o obłęd, a jakość podawanych do nich trunków niejednego przyprawiła o zawrót głowy nie tylko z powodu ceny. Kelnerzy wnieśli właśnie kolejne dania, w tym osławionego jelenia w kurkach i rozmarynie. Medard domówił jeszcze strusią pieczeń i gruszecznik z miejscowych cydrowni.
Tymczasem rozmowa między biesiadnikami rozgorzała w najlepsze. Medard odpowiedział Saavielowi, mając na względzie również to, co usłyszał od Triss:
- Najmici też mają swój system klasowy. Najznamienitsi z nich w ogóle nie odwiedzają takich dziur, chyba że mają w nich jakąś sprawę do załatwienia lub wykonują zlecenie. Co do wina – zgoda.
Magia odpada, gość nie był w ciemię bity, ale za bardzo cenił sobie zarobione złoto. Nigdy nie wydałby ruena, nawet nadgryzionego przez probierzy i ząb czasu na coś tak niedostępnego –w jego mniemaniu- jak usługi czarodzieja tudzież kreomagatora. Wniosek z tego, iż albo miał konszachty ze złodziejami, albo któryś z pracowników winnicy sprzedawał mu stare beczki i butelcyny, które i tak trafiłyby na śmietnik. Fałszerstwa łatwo wykryć, natomiast barachło w oryginalnym opakowaniu wydaje się gminowi tym, co to drugie miało sobą reprezentować, a przecież gnój owinięty w złotogłów nadal cuchnie tak samo.
Mówiąc to, uciął temat oszusta, który najwyższą cenę zapłacił za lekce sobie ważenie prawa i sprzedawanie barachła jako dziedzictwa Księstwa, że o truciu gości –jacy by oni nie byli-  i kantach na składzie potraw nie wspominając nawet.
Przy toastach Triss podziękowała za peany prawione na cześć jej wina. Med. odparł:
- Naprawdę nie masz za co dziękować. Wyborność wąpierza jest faktem niezaprzeczalnym, inaczej Anperis nie byłby tym, czym jest od wielu lat, a może nawet stuleci.
Kolejne wznosił winem i wielkim pucharem krwi, niech sobie zmiennokształtna myśli, iż pozoranci jakoś nauczyli się trawić ten drogocenny płyn lub opanowali cudownie odruch wymiotny… Zabawy nigdy dość.
Triss zdecydowała się zatrzymać, to, co znajdzie między monetami w mieszku, a raczej miechu dość pokaźnych rozmiarów. Czy to był dobry znak? Czas pokaże, a Chiropterus wyjaśni – na razie trudno ocenić.
- Niewątpliwie przyda Ci się to niebawem, może już w Chiropterusie…- podsumował Medard.
Grymas czy wzdrygnięcie się Triss na wieść o wychwalaniu Jeżozwierza (do rodziny którego należał Jurny Mamut) książę zrozumiał w lot. Inspektor dobrze zrobił , pozbywając się barachła, lecz niemało krwi napsuł Andremu nasyłając na winnice niezapowiedziane kontrole, i to całymi stadami. Na szczęście teraz Emhyr z rodziną są drugimi po księciu największymi kontrahentami Margothów. Wyroki Śmierci bywają niezbadane.
Erremir za dużo wypił, a podawana w międzyczasie krew obudziła w byłym królu nieciekawe wspomnienia z przeszłości. Poskutkowało to opuszczeniem Mamuta przez rodzinę i zniknięciem jej wśród zawiłych uliczek śródmieścia Anperii. Med -póki co- nie wysyłał kruków, by sprawdziły, co się dzieje z pechowcem, niech medyk ma nieco prywatności, by dojść do siebie za jakiś czas.
Zmiennokształtna znowu zaczęła swoje gierki z upadłym najemnikiem, tym razem większość z nich dotyczyła zakładu o to, czy Medard i Triss są prawdziwymi wampirami, czy tylko pozorantami, ot ludzkimi arystokratami, którzy nie mają co zrobić i z żywotem, i z czasem, a przede wszystkim zarobionymi ruenami.
- To zależy od Ciebie, na ile pozwolimy kotowatej czuć się panią sytuacji.  – dodał Medard. Następną część wypowiedzi skierował do Triss już telepatycznie, puszczając w eter następujący komunikat:
- Udawanie człowieka potrafi być całkiem zabawne
Takie były też przekomarzanki zmiennokształtnej z upadłym aniołem dotyczące natury księcia i towarzyszącej mu arystokratki. Med śmiał się jak nigdy, zakąszając wyborną jeleniną w jeszcze lepszym sosie.
Prośba Saaviela doszła uszu księcia i została wysłuchana. Wąpierz odparł:
- Oczywiście. Niech dziewczyna wpierw ochłonie i nauczy się jako takiego moresu, o ile to możliwe w jej wypadku.
Następnie zwrócił się do Triss tak, by nikt poza nią nie usłyszał ich rozmowy:
- Saav tylko udaje najmitę. To piekielny książę, któremu obrzydły diabły i znudziło się tamtejsze życie – po prostu wybrał ziemski padół, by tutaj spróbować swoich sił. Póki co, radzi sobie całkiem nieźle.
Tymczasem w przeciwległym końcu gmachu Jeżozwierz siedział w fotelu i kiwał się w tę i nazad, co jakiś czas sącząc białe wytrawne wino rodem ze skrywanych przed gawiedzią  włości von Karnsteinów. Nie widać było po nim, by przejmował się obecnością Triss w Mamucie. Tak się dziwnie złożyło, że taki gość jak ona (Książę był stałym bywalcem) wynosi prestiż Mamuta na wyższy, nieosiągalny większości poziom. Czyżby rodowe niesnaski zanikły lub uległy wyciszeniu?
Keli podekscytowana czymś -z pewnością nie tylko spożytym alkoholem (wąpierz potrafi powalić nawet rosłego draba o sile mamuta)- wybiegła na zewnątrz jadłodajni. Co się stanie dalej - czas pokaże.
Avatar użytkownika
Medard
Splatający Przeznaczenie
 
Rasa: Wampir czystej krwi
Aura: Aura na pograniczu przeciętnej a silnej, w której dominuje platynowa barwa owinięta srebrnymi i żelaznymi wstęgami. Dostrzec w niej można jednak także inne ukryte na drugim planie kolory, choćby kobalt czy miedź. Całość otacza wzbudzająca grozę obsydianowa poświata. W okół roznosi się silny, metaliczny zapach krwi oraz rozpaczliwe krzyki, w których wyraźnie wyczuć można trudny do opisania w słowach ból i strach. Jeśli ktoś zbyt długo wsłuchuje się w te krzyki, zaczyna narastać w nim uczucie straty, jakby ktoś wyrwał mu część duszy. Aura ta nie jest zbyt giętka, ale za to bardzo twarda. W dotyku jest aksamitna niczym najdroższy jedwab i ostra niczym wampirze kły, w smaku zaś łagodnie gorzka, przywodząca na myśl dobre piwo.
Wygląd: Medard to wysoki mężczyzna o przeciętnej posturze z przechyleniem szali na umięśnioną. Mierzy bowiem sążeń i dwa palce (ok. 188 cm) przy dwóch cetnarach i kamieniu masy (ok. 90 kg). Skóra na jego dłoniach nie należy do najmiększych co świadczy o tym, że swoje przepracował. Kilka palców zdobią sygnety z herbem Aflaque - wyjącym czarnym wilkiem w tarczy (w klejnocie dwa ... (Więcej)

Postprzez Erremir » Śr kwi 18, 2018 4:24 pm

        Upadły odzyskał przytomność dosyć szybko, ale był jeszcze zamroczony. Powrót świadomości do pełnej sprawności następował małymi krokami, a na tyle wolnymi, że nawet nie był pewny kto i dlaczego na nim siedzi.

        „Taya?”

Nie zgadzało się jednak odczucie i zapach, a w końcu podróżował z córą przez bitą setkę lat.

        „To nie moje dziecię, więc… kto?”

        Upadły pozostał w bezruchu, oczekując, co nastąpi dalej. W gruncie rzeczy był wdzięczny, że kobieta nie usiadła niżej, bo wtedy zadanie z zachowaniem spokoju i trzeźwych myśli, byłoby o wiele trudniejsze.

        „To na pewno kobieta, żaden mężczyzna nie posiada takich wzgórz, ważąc tak mało”

Drogą prostej i (bardzo) męskiej dedukcji, rozwiązał zagadkę płci oprawcy. W końcu oparła się o niego własnym torsem, więc nie mógł pomylić smukłej sylwetki z czymkolwiek innym. Znał się w końcu na rzeczy odnośnie do kobiet po dziesięciu setkach lat za sobą. Nic chwalebnego, ale jednak się przydało.

        „Tylko co ona sobie myśli? Kłaść się na obcym mężczyźnie w ciemnej uliczce?”

W umyśle upadłego panował totalny chaos, bo nie potrafił połączyć tej dziwnej układanki w całość. Szybciej był w stanie zrozumieć zdesperowanego faceta, któremu już obojętnie czy to ta sama płeć, czy nie. Kobieta i gwałcicielka mu nie pasowało, prawie jak wytwór bujnej wyobraźni.

        „Co ty planujesz dziewucho?”

        Bez względu na zamiary, sytuacja dla Erremira robiła się nieprzyjemna. Leżał na zimnym, roztrzaskanym bruku, który wbijał mu się w ciało, a teraz jeszcze dosiadała go ktoś. Dodatkowa waga nie zmniejszała bólu, a wręcz odwrotnie.
        Do tego zapach kobiety pobudzał bardziej prymitywne instynkty upadłego, które na szczęście potrafić opanować w zalążku. Nie miało znaczenia, że była spocona i „nieświeża”, zapach ten sprawiał, że myśli zbaczały mu na niewłaściwe tory.

        „Diabelna kobieto, litości”

        W końcu odruchowo zareagował w nim instynkt, gdy odczuł, iż coś naprawdę nie gra w całej sytuacji. Wyraźnie teraz czuł zaciskające się na szyi szczeki, ale brakowało w tym chwycie stanowczości. Chwila zawahania się drugiej strony była wszystkim, czego potrzebował skrzydlaty, aby zareagować gwałtownie. Nie oczekując decyzji „adoratorki”, postanowił działać.

        „Pochwalić muszę, zablokowała mi na wszelki wypadek ramiona, hmm”

        Nie chcą skrzywdzić drugiej strony, zrezygnował z siłowego rozwiązania sprawy. Ogólnie nie przepadał za zbędną przemocą, zwłaszcza na kobietach.

        „Ale ja mam 3 pary kończyn, kochana…”

        Ruszył jednym ze skrzydeł gwałtownie, wybijając siebie i siedzącą na nim kobietę z równowagi. W małym zamieszaniu po owej akrobacji, możliwej tylko przez lekką wagę kobiety. Upadły po przewrocie opierał się nad nią i wpatrywał się w Łapę z pytającym spojrzeniem. Ze zwykłej przezorności złapał ją za nadgarstki i rozłożył jej ręce na boki. Biorąc pod uwagę pozycję i siłę Emireya, nie mogła się ruszyć.
        Nogi również unieruchomił, ale nie siedział na niej. Po prostu blokował je własnymi, bo w końcu był świadomy, że jednym celnym kopniakiem, mogła nawet położyć jego. Krocza ze stali nie miał, słabość jak u każdego mężczyzny, bez względu na to, jak potężny był.
        — Jesteś pijana, uch — mruknął pod nosem i przymrużył oczy zirytowany, chociaż brał na poważnie całą sytuację. Od teraz raczej nie spuści gardy przy jej osobie.
        — Nie wiem, co w tej pięknej główce tobie siedzi, ale warto czasem posłuchać innych. Słuchałaś swojego kompana? Czy może…
Pochylił się nad nią i szepnął jej na ucho, wypowiadając z naciskiem każdego słowo, aby dotarło to do pijanych myśli Łapy.
        — Wychędożyć cię tu i teraz, abyś zapamiętała kogo chciałaś zabić? — wypowiedział z drwiącym głosem na samym końcu wypowiedzi.
Dziewucha przez cały czas warczała i szczerzyła kły, ale z pozycji upadłego wydawało się to urocze.
Odsunął się od niej i widząc przeciwną reakcję do zamierzonej, czuł dosyć mocne niezadowolenie. Osobniczka miała się stać jego kompanką, nie uśmiechało się mu, aby nadstawiać kark za kogoś tak naiwnego i bojaźliwego.
        — Nie podoba mi się twoje spojrzenie — stwierdził zawiedziony i westchnął ciężko — Zła odpowiedź.
Nie oczekując reakcji Łapy, trzasnął ją płaską dłonią po policzku z wystarczającą siłą, aby metaliczny smak wypełnił usta zwierzołaczki. Do tego jednej z policzków wyraźnie się zaczerwienił z pozostającym na nim śladem dłoni upadłego.
        — Gdy ktoś do ciebie mówi, słuchasz. Patrz na mnie, gdy to robię! — warknął i spoliczkował ją z drugiej strony, dopiero osiągając zamierzony efekt.

        W oczach Łapy w końcu było coś innego niż bunt i ochota wygryzienia mu krtani, co równało się z osiągnięciem zamierzonego efektu przez uzdrowiciela. Wiedział z doświadczenia, że zwierzołaczka pod nim to typ „butnej i wolnej” osobowości. Widział wystarczająco w Mamucie, więc aby pojęła lekcję, musiał pierw złamać jej dumę i pewność siebie. To był jedyny skuteczny sposób, aby coś do niej dotarło skutecznie i szybko.
        Uśmiechnął się delikatnie i wstał, dotykając się po obolałej twarzy i obserwując poczynania leżącej na plecach dziewczyny.

        „Taya albo stała się silniejsza, albo ja się starzeję. Boli jak diabli”

        Spoliczkowana zdążyła w międzyczasie się przewrócić przez bok i próbowała uciec z „miejsca zbrodni”, na co Err zareagował podniesieniem brwi.
        — Sądzisz, że tak łatwo się z tego wywiniesz kocie? — zapytał, podchodząc nieśpiesznym krokiem do czołgającej się po ziemi i przykucnął przy niej, opierając ramiona o kolana, a jednej z dłoni podpierając podbródek. Wydawał się zafascynowany nagłą zmianą zachowania niedoszłej zabójczyni. Pozwolił kobiecie jeszcze chwile na scenę marności.
        — Wystawiasz się kuprem do faceta w ciemnej uliczce, gdzie twoje maniery. — Zakpił z rozbawieniem i chwycił ją za włosy, odciągając jej głowę delikatnie do tyłu.
Chciał ją złamać psychicznie, a nie uszkodzić. Fizyczny ból za szybko przemijał, więc spoliczkowanie uznał za jedyną wymaganą przemoc wobec niej. Wrzucił sobie coś do ust niezajętą dłonią w międzyczasie.
        — Jak myślisz, co może wiedzieć o tobie istota żyjąca ponad tysiąc lat? — Pochylił się nad jej uchem, mówiąc to cicho i robiąc przerwę w wypowiedzi, aby mogła przetrawić słowa — Jestem pewny, że wolałabyś… — wolną dłoń położył na pośladku w skórzanych spodniach, przesuwając ją ku podstawie ogona — … abym dotkliwie ciebie pobił, niż to zrobił.
Przesunął dłonią od podstawy czarnej kity aż po samą końcówkę, zatrzymując na niej dłoń, gdzie kciukiem gładził czubek ogona. Po czym znowu zjechał do podstawy, gładząc pieszczotliwie cały ogon tam i z powrotem, poświęcając sporo uwagi jego podstawie, gdzie był najbardziej bogato unerwiony i wrażliwy na bodźce.
Trochę boleśniej odciągnął głowę Łapy do tyłu, aby miał lepszy dostęp do jej ust.
        — Nie patrz tak na mnie, nie weźmiesz teraz w końcu nic ode mnie do buzi. Pozostaje mi taki sposób.
Ostatni raz tej nocy pochylił się nad nią, dosyć gwałtownie łącząc ich wargi w głębokim, jednostronnym pocałunku. Uważając, aby nie odgryzła mu języka, wepchnął jej do ust podczas pocałunku lekarstwo. Całe przedstawienie z pocałunkiem i pieszczotą ogona trwało, póki po prostu nie połknęła lekarstwa.
        Gdy był pewny, że lekarstwa już nie wypluje, odsunął się dwa kroki i wstał, puszczając jej włosy i ogon. Nie chciał ładnej buźki pozostawić w takim stanie. Lekarstwo miało bardzo mocne efekty regeneracyjne. Niestety też szybciej wytrzeźwieje, ale zanim ktokolwiek ją zobaczy, będzie jak nowa. Nie licząc upapranych ubrań oraz zaschniętej strużki krwi na ustach.
        — Przeziębisz się jak. Pociesz się tym, że mogłaś dzisiaj umrzeć. O ile ot jakieś pocieszenie.
Przetarł usta dłonią, czując na nich smak krwi, nie spuszczając przy tym jej ze wzroku. Nie był dla niej specjalnie delikatny, ale to dla jej własnego dobra. Nie liczył, że to zrozumie.
Avatar użytkownika
Erremir
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
 
Inne Postacie: Sherreri, Thilivern, Celine,
Rasa: Upadły anioł
Aura: Emanacja charakteryzuje się sporą siłą magiczną, co należy raczej do zjawiska rzadkiego. Pierwsza barwa, jaka rzuca się w oczy jest platynowa, miesza się z równie widocznym żelaznym odcieniem. Na powłoce widać starannie wymalowane kobaltowe piórka, wokół których oplata się miedziane, delikatne pasmo zdające się poruszać przy wietrze. Niżej barachitowe plamy, jakby nieuważnemu malarzowi chlapnęła farba. Jednakże nawet te zabrudzenia nie są przypadkowe, każdy nieregularny kształt ma ozdobny rtęciowy kontur obsypany cynowym pyłem. Wszystkie odcienie bez wyjątku błyszczą się magicznie oświetlone szmaragdowym blaskiem. Słychać liczne głosy, a także śmiech dzieci co potęguję wrażenie pobytu w jakimś żywym miejscu, wraz z tym puls przyśpiesza. Wszystko zmienia się w głęboki ton niespodziewanie i brutalnie przerwany przez rumor spadających głazów. Występuje głównie z wrażeniem dziwnego nacisku na klatkę piersiową. Szybko następuje spokój przerywany jedynie echem czyiś słów i delikatną melodią z oddali, która wręcz usypia. Przez chwilę może pojawić się strach przez uczucie spadania. Zmysłowy szept I zapach mocnych perfum stara się jednak to ukoić. Prócz tej cudnej woni aura charakteryzuje się też zapachem siarki połączonym z czymś obcym, jakimś zapachem, który ciężko zidentyfikować jakby nie należał do tego świata. Powłoka niebywale twarda, prędzej złamie się na niej ostrze niźli powstanie choćby rysa. Elastyczna i do tego kusząco aksamitna powierzchnia tylko czeka na kogoś, kto nadzieje się na ostre jak brzytwa brzegi. W smaku zaś lepi się uparcie, sklejając wargi, nie chcąc pozwolić na ich otworzenie.
Wygląd: ⌘ Wygląda bardzo młodo w porównaniu do wieku ciążącego mu na barkach. Wzrost wynosi w przybliżeniu 1 sążeń i 2 palce (ok. 195 cm), chociaż sam upadły nigdy nie przywiązywał do tego specjalnej uwagi. Waga wynosi około 2 cetnary, 1 kamień i 8 funtów (ok. 90-94 kg). Jego budowa jest smukła i zadbana. Stulecia poświęcone treningom i wojaczce w widoczny sposób odbiły się na ... (Więcej)
Uwagi: Erremir podróżuje ze swoją przybraną, smoczą córką Tayą pod ludzką postacią(npc). Opis jej postaci znajduje się w końcowej części historii postaci upadłego - jest to wyróżnione.

Postprzez Triss » N kwi 22, 2018 9:39 am

Wieczór w Mamucie rozkwitał z minuty na minutę, prowadzone rozmowy nie cichły, a przednią atmosferę podtrzymywano kolejnymi toastami za pomyślność spotkania i przyszłych interesów. Następnie znów powracano do jedzenia i picia, żartowania i sprzeczania się na wszelkie tematy od polityki po różnice między sposobami wytłaczania win przez rodziny von Karnsteinów i Margotów. Obydwie strony cechowała niewątpliwie cnota cierpliwości, jeśli chodzi o czas dojrzewania ich trunków. Żadna z nich nie uciekała się do magii i innych, sztucznych sposobów postarzania zawartości beczek, pozwalając dojść do głosu naturze. Dzięki temu wszyscy mogli delektować się słodkim i naturalnym smakiem winogron, a nie suchą tonacją zastosowanych, magicznych inkantacji. Różnica między winnicami leżała jednak w sposobie samego tłoczenia. Marghoci nie odbiegali od tradycji, brzydzili się stosowaniem coraz to nowocześniejszych pras, które musieliby ściągać aż z Thenderionu, tak więc zaprzęgali do roboty siłę ludzkich mięśni i proste zgniatarki (drewiana misa z sitem i tłok na korbkę), wydobywające z owoców cały potrzebny sok. Von Karnsteinowie natomiast sięgali po nowocześniejszy sprzęt, jakim były stalowe rynny, do których wsypywało się winogrona, a następnie umieszczało się je nad ogniem, by owoce pod wpływem temperatury same puściły sok, który wypływał doczepianą do pojemnika rurką. Plusem tej metody był zaoszczędzony czas, choć po takim tłoczeniu należało sok schłodzić, co sprawiało, że już nie smakował tak samo jak ten świeżo wyciskany. No, ale wino z niego również niczemu nie ujmowało, było nawet godnym przeciwnikiem na Karnsteińśkich festynach. Szkoda tylko, że zawsze zajmowało drugie miejsce, no ale zwycięzca może być tylko jeden.

Kończąc te rozważania nad winem, Tristana dokończyła gęsią szyję i popiła krwią, zachowując wąpierza na resztę wieczoru, który miał być kontynuowany na książęcym dworze. Do tego czasu zamierzała jednak służyć rozmową każdemu, kto zechciał zamienić z nią słowo.
- Macie absolutną rację - odpowiedziała na wizję, że jakiś mniej lojalny pracownik jej ojca, a także i jej, mógłby sprzedać potajemnie wycofaną z obiegu beczkę razem ze znaczonymi butelkami. Nie wierzyła jednak, by takie działanie było motywowane chęcią wyrządzenia szkody winnicy bowiem oprócz natarczywych wizyt inspektoratu, nic nie było w stanie ruszyć jej murów. Taki człowiek z pewnością chciał się jedynie szybciej wzbogacić, więc winy należało szukać u jego mocodawców, którzy jakimś cudem zdołali mu zaoferować więcej niż był w stanie zrobić to Andre Margoth. - No, ale skoro wszystko zostało załatwione, nie ma co się nad tym rozczulać. Oszust opuścił ziemski padół, więc przestanie pluć na moje nazwisko. Chwała Inspektoratowi - dodała ironicznie, wznosząc kieliszek i kotwicząc wzrok w rogu gmachu, skąd otrzymała ostrzegawczy sygnał, iż ktoś się jej bacznie przygląda. Podąrzając wzrokiem po cieniach, Tristana dostrzegła po chwili w mroku postać Jeżozwierza, którego obecność zdarła jej uśmiech z krwisto-czerwonych warg. Nie wiedziała co było w tej chwili gorsze: to, że Jeż mógł ją usłyszeć, podejść do stolika i zacząć przysłowiową burdę, co było oczywiście mało prawdopodobne, czy to, że tolerował jej obecność, obmyślając chytry plan ponownego wysłania swoich hien do jej winnic, by z satysfakcją nagadać na nią księciu. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż Triss była obecnie jego gościem, nie wiele to dawało panu wścibskiemu, który mógł jedynie patrzeć jak jego przeciwnik, a zarazem hojny dostawca win, miło spędza wieczór. Z całą pewnością Jeż kipiał teraz od środka.

Kiedy przy stole ostali się jedynie ona, Medard i Saaviel, Tristana większą uwagę poświęciła zakładowi najemników odnośnie wampiryzmu jej i księcia. Wynikało z tego, iż Łapa postawiła swój ogon, chcąc udowodnić, że siedząca przed nią arystokracja to zwykli śmiertelnicy, a krew w ich kielichach to jedynie barwiona woda. No cóż, jej sprawą było to, w co wierzyła, ale Triss nie zamierzała specjalnie kłuć się w palce srebrbym widelcem, aby udowodnić jej jaka jest prawda. Nie mniej pomysł księcia, by udawać ludzi bardzo się jej spodobał.
- Pozwólmy się jej nacieszyć do rana - zaproponowała - albo chociaż do wizyty w Chiropterusie, po co przeciągać to w nieskończoność. Niech ma coś od życia po za uratowaną beczką. Chętnie poudaję człowieka.
Avatar użytkownika
Triss
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Tarilion, Paygen, Fergus, Isambre, Catriona, Varii, Diego, Triss, Hannibal,
Rasa: Wampirzyca czystej krwi
Aura: Spokojny obsydian połyskuje w tej dojrzewającej, ale już nie dziecięcej aurze. Odbija się w jasno wypolerowanym cynku stanowiącym bazę emanacji i upstrzonym subtelnymi wstążkami delikatnej platyny, powoli rozwijającymi pełnię obrazu niczym rozkwitający w trakcie smakowania bukiet dobrego wina. Panuje tutaj zupełny bezdźwięk, ale brak melodii wdzięcznie zastępuje intrygująca, metaliczna woń krwi z subtelną winną nutą. Jeśli niczym kiper mielibyśmy scharakteryzować jej smak, na wstępie ujawni się łagodność. Dopiero na drugim planie ukaże się lepkawa nuta. Sama emanacja zaś gnie się elastycznie, ujawniając swoje gładkie powierzchnie i ostre, twardawe brzegi.
Wygląd: Tristana to ten szczególny rodzaj kobiety, która mniej lub bardziej świadomie, zawsze potrafi zwrócić na siebie uwagę. Powodem, dla którego tak się dzieje jest jej nikły wzrost, nie wychylający się ponad margines jednego metra i sześćdziesięciu pięciu centymetrów plus te sześć, które doda sobie wysokimi obcasami. Jak na wampirzycę jest zatem dość niska, a przy tym ... (Więcej)

Postprzez Kelisha » Śr kwi 25, 2018 9:18 pm

Kocia ślina powolutku sączyła się na gardło Upadłego, gdy siedząca na nim Kelisha wciąż biła się z myślami, niezdecydowana, czy powinna zacisnąć szczęki. Właściwie raczej zastanawiała się, czy zdąży uciec z miasta, zanim Taya sprowadzi pomoc. To rozluźniała chwyt, to naciskała mocniej kłami na skórę Emireya, co rusz próbując przełknąć ślinę. Wreszcie uznała, że jeśli miała zagryźć skrzydlatego, był to ostatni moment na takie działanie. Jeśli zwlekałaby nieco dłużej, nie miałaby szans uratować potem skóry. Poprawiła ułożenie żuchwy, by rozszarpać mu gardło przy pierwszym podejściu.
A potem świat zawirował nieoczekiwanie i podstępny bruk zaatakował biedne plecy panterołaczki.

Gdyby była trzeźwa, instynktownie wyczułaby pod lekko szorstkim językiem zmianę w pulsowaniu tętnicy, gdy odzyskiwał przytomność. Z pewnością dostrzegłaby ruch skrzydła, choćby nawet nie zdążyła odpowiednio zareagować. Z czystym umysłem w ogóle nie usiadłaby na aniele okrakiem, albo chociaż spróbowała unieruchomić go skuteczniej. A tak wylądowała pod swoją ofiarą, absolutnie nie rozumiejąc, jak do tego doszło. Na domiar złego rzekomy uzdrowiciel był znacznie silniejszy od niej, więc mogła się szarpać ile tylko chciała, a w efekcie mogłaby się co najwyżej spocić. Odruchem każdej zdrowo myślącej kobiety, nad którą góruje mężczyzna z niezbyt przyjacielskimi zamiarami, natychmiastowo spróbowała kopnąć go w klejnoty rodowe. Nawet ponowiła atak kilka razy, z takim samym, marnym skutkiem. Zaprzestała prób szarpania się i wyrwania na wolność, gdy pierzasty zaczął mówić. Wtedy na chwilę skupiła spojrzenie na jego twarzy, ale szybko oczy uciekły jej w bok, na jego skrzydła. Powolutku docierała do niej powaga sytuacji, ale zamroczony umysł wciąż nie dopuszczał do siebie ciemnych scenariuszy.
Alkohol musiał być wyraźnie wyczuwalny w jej oddechu, skoro nawet Emirey zwrócił na niego uwagę. Właściwie Kelisha byłaby zdziwiona, gdyby było inaczej. Przesadziła tego wieczoru z mocnym, smacznym winem i wyszła z Mamuta właśnie po to, aby przewietrzyć się i nieco wytrzeźwieć. Dodatkowo nieustannie wydawała z siebie głuche warknięcia i szczerzyła ostrzegawczo wszystkie cztery kły, więc anioł miał możliwość dokładnie zapoznać się z wonią wypitego przez dziewczynę trunku. Gdy poczuła ciepły oddech poruszający delikatne włoski w jej uchu, zastrzygła nim bez namysłu, omal nie trafiając pierzastego w nos. Na jej szczęście warkot wydobywający się z jej własnego gardła uniemożliwił wyartykułowanie jakiejkolwiek zrozumiałej, bezczelnej odpowiedzi na propozycję Upadłego. Ale kłapnięcie zębami obok jego szyi powinno wystarczyć, by dać ogólne pojęcie o jej stosunku do takich pomysłów. Próbowała nawet patrzeć wyzywająco, ale spojrzenie miała odrobinę mętne i utkwione gdzieś przy lewym uchu uzdrowiciela, zamiast na jego twarzy. Nieustannie pilnowała się, aby nie odsłonić szyi. Nie potrafiła ukryć w pełni własnego strachu, ale ani myślała okazywać skrzydlatemu uległości, czy zaufania.
Znów zaczęła się szarpać, gdy musiał przełożyć oba jej nadgarstki do jednej ręki. Niestety, Łapa była uwięziona w pewnym, solidnym uścisku i nawet taka okazja pozostała niewykorzystana. Chwilę później zaprzestała prób wyrwania się na wolność, gdy poczuła pod policzkiem chłodny bruk, a drugi zapiekł bólem od uderzenia. Niemal natychmiast wyprostowała głowę, szczerząc zaczerwienione kły, choć już nie warczała. O niezadowoleniu świadczyło tylko spojrzenie i skierowane do tyłu uszy. Coraz bardziej nerwowo przełykała ślinę, czując w niej posmak posoki. Na myśl, skąd ta krew pochodziła, całe ramiona pokryła jej gęsia skórka. Zanim w pełni zorientowała się w sytuacji, Upadły stał się bardziej agresywny i uderzył ją ponownie. Tym razem to bolący już policzek oparła na kamieniu, którym wyłożono ulice.
Lekcja została skutecznie przyswojona przez panterołaczkę. W pełni dotarło do niej, że zaatakowała nie pijanego kogucika, któremu ktoś obił pysk, tylko potężną, znacznie starszą od siebie istotę. Na dodatek należącą do rasy, która nie słynęła z delikatności i dobrego serduszka. Nie bez powodu za jego plecami widziała ogromne, ciemne skrzydła. Czarne uszy wystające z niedbałego koka ułożyły się płasko po bokach głowy, źrenice rozszerzyły, zajmując prawie całe tęczówki. Nawet ogon, który dotąd uderzał wściekle oboje po bokach i udach, potulnie wcisnął się między nogi dziewczyny. Patrzyła na anioła kątem oka, instynktownie nie chcąc, by bezpośrednie, otwarte spojrzenie zostało odebrane jako wyzwanie.

Gdy wstał i puścił ją, natychmiastowo przekręciła się na brzuch, by oddalić od zagrożenia. Była lekko zdezorientowana po dwóch uderzeniach i zwyczajnie przerażona, myśli skupiały się wyłącznie na tym, by nie dobrał się do jej krwi. Dlatego zamiast wstać i zacząć biec, poruszała się na czworaka, zagubiona gdzieś między ludzkimi a kocimi odruchami. Woń trupów i juchy dochodząca głębiej z zaułka wcale nie ułatwiała sprawy. Głos znajdującego się tak blisko sprawił, że wtuliła się jednym bokiem w ścianę i wygięła grzbiet w łuk. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w kucającego obok mężczyznę. Ogon schowany między udami zjeżył się wyraźnie, a panterołaczka podniosła nawet jedną rękę, jak gdyby gotowa uderzyć w razie czego pazurami. Na widok jego ruchu zamiast zaatakować znów spróbowała odpełznąć kawałek, ale palce wczepione w jej włosy uniemożliwiły ucieczkę. Jęknęła chrapliwie, strzelając na boki oczami i odruchowo obiema dłońmi chwytając za nadgarstek piekielnika. Próbowała zmusić do go uwolnienia jej, ale panika nie pozwalała jej logicznie myśleć ani podejmować skoordynowanych działań. Dotyk na pośladu sprawił, że jeszcze mocniej podkuliła ogon, doskonale świadoma, że znajdowała się na łasce i niełasce Emireya.
Spodziewała się w tym momencie wielu rzeczy, ale nie bezczelnego czochrania ogona.
- Puść! Nie dotykaj - wychrypiała, kończąc jękliwie i zaczynając wić się na tyle, ile mogła. Kręgosłup wyginał się to w jedną to w drugą stronę, nogami próbowała odepchnąć się od bruku, przez co w przesunęła się tylko bliżej skrzydlatego. Sama kita kręciła się we wszystkie strony, ale nic nie mogło uratować biednej zmiennokształtnej. Gdyby ufała mu i zgodziła się na takie traktowanie, może nawet samo głaskanie z włosem uznałaby za przyjemne. A tak tylko uzmysławiało jej coraz wyraźniej, że była na przegranej pozycji. Gdy mocniej odciągnął jej głowę do tyłu, wyszczerzyła kły w niemym ryknięciu, co okazało się błędem. Cholernik nawet nie musiał próbować rozwierać jej szczęk, by spełnić swoje nikczemne zamiary. Kelisha usiłowała go nawet użreć, ale nieustanne maltretowanie ogona sprawiało, że traciła nawet ochotę na walkę. Chciała tylko wcisnąć się w jakiś ciemny kąt i tam schować przed całym światem. W pewnej chwili przeszła jej przez głowę durna myśl, że uzdrowiciel był kolejnym poznanym przez nią Upadłym, który całował ją bez jej zgody.I to pod rząd. Przez to cała sytuacja zaczynała wyglądać jak bardzo kiepski żart.
Dziewczyna absolutnie nie chciała połykać czegoś, co zostało wepchnięte w jej usta, ale ile nie próbowała się szarpać i protestować, anioł nie odpuszczał. Wreszcie przypadkiem przełknęła mały, twardy przedmiot i cała tortura zakończyła się. Uwolniona nagle Łapa odskoczyła wgłąb zaułka, gdzie oparła dłonie i stopy na bruku, zwieszając nisko głowę. Może i wypinała się przy tym dziwacznie, ale nic jej to nie obchodziło. Bez namysłu wsadziła głęboko w gardło dwa palce, podrażniając je. Prawie natychmiast zwymiotowała, by pozbyć się z ciała paskudztwa, którym uraczył ją pierzasty. W końcu Upadły mógł tylko próbować ją otruć.
Skończywszy pozbywanie się kolacji z żołądka, rozkaszlała się wściekle. Obróciła głowę na agresora, nawet nie kłopocząc się otarciem ust. Jak powszechnie wiadomo, zwierząt nie powinno zapędzać się w róg, bo wystraszone mogą stać się nieobliczalne. Przerażona Kelisha zaczynała w pełni polegać na kocim instynkcie. W efekcie uznała za swoją jedyną szansę na ucieczkę moment, gdy Emirey stał kilka kroków od niej. Bez ostrzeżenia zerwała się z miejsca, obróciła na pięcie i zaczęła biec w jego stronę. Chciała wyminąć go i wydostać z pułapki, ale na drodze stanęło jej jedno z czarnych skrzydeł. Dzięki ich rozpiętości anioł mógł z łatwością utrudnić wykonanie kociego planu. Ale panterołaczka nie zatrzymała się. Machnęła na oślep ręką z palcami zgiętymi na kształt pazurów, a drugą zacisnęła na przeszkodzie. Siłą rozpędu przebiła się na wolność i dopiero po kilku krokach zdała sobie sprawę, że w pięści ściskała kolejne wyrwane przypadkiem pióra.

Panterołaczka biegła najszybciej, jak mogła, biorąc ostre zakręty, przy których pomagała sobie długim ogonem. Tylko dzięki niemu nie przewróciła się i dopadła do drzwi Jurnego Mamuta, bojąc się spojrzeć za siebie. Wpadła do wnętrza z wyszczerzonymi zębami, błyszczącymi oczami strzelającymi na boki i zjeżoną kitą wijącą się ciut powyżej pasa. Gdy znalazła się we wnętrzu część strachu natychmiast przerodziła się we wściekłość, która musiała znaleźć natychmiast ujście.
- Wódkę. Parszywą. Najtańszą. Mocną. Migiem - wywarczała w twarz pechowego kelnera, którego chwyciła za łokieć, a później ruszyła szybkim krokiem w stronę schodów. Przeskakiwała po dwa stopnie, by jak najszybciej znaleźć winowajcę całego tego ambarasu. A przynajmniej tego, kogo za winnego uznała.
Przy książęcym stole wcale nie zaczęła myśleć bardziej trzeźwo. Nie wpadła nawet na to, by rozpuścić włosy i zasłonić dwa czerwone, lekko opuchnięte, wyraźne ślady dłoni na policzkach. Wszystko wskazywało na to, że miała szansę nawet zyskać pod okiem malowniczą śliwę. Kilka czarnych piór wystawało zza rzemienia trzymającego w miejscu lekko przybrudzone kosmyki, a kolejne ściskała w dłoni. Tyle dobrze, że wreszcie otarła usta, ale strużka krwi i tak zaschła w ich kąciku.
- Proszę, książę, powiedz mi - zaczęła, cała trzęsąc się z wściekłości. Przez chwilę próbowała nawet nad sobą panować, ale nie przeszkodziło jej to zrobić jednej z głupszych rzeczy w życiu, czyli zacząć wrzeszczeć, ile tylko płuca pozwalały. - czym ty żeś myślał, biorąc upadlaka na uzdrowiciela?! To rzeźnik, nie medyk! Chędożony mnie pobił, próbował otruć i cholera wie, co jeszcze! Co, wąpierze się skończyły, że gorszego pomysłu nie miałeś? Chociaż by się na pijawkach oszczędziło, bo same by się przysysały do ran! Czy ty w ogóle zastanowiłeś się, co odpieprzyłeś, czy ci się od picia tej juchy z diabli wiedzą czego pod czaszką poprzestawiało?! Trzymaj swojego chędożonego rzeźnika z daleka ode mnie!
Dziewczynę poniosło na tyle, że nie tylko darła się na głowę państwa, gestykulując gwałtownie, ale na koniec wrzuciła do jego naczynia z krwią jedno z wyrwanych piór. Zaraz potem warknęła jeszcze na Triss i jej dziwacznego kociaka, tak dla animuszu, a następnie podeszła do Saaviela i bezczelnie zabrała stojący przed nim kielich z winem, który osuszyła jednym haustem.
- A ty się nawet nie odzywaj, bo nie zdzierżę - chociaż przestała mówić podniesionym tonem, dłoń w której ściskała nóżkę naczynka drżała wyraźnie. Każdy przy stole mógł też zobaczyć, jak na skórze śródręcza i wokół oczu panterołaczki pojawia się delikatny czarny meszek. Najbardziej oczywista oznaka tego, że traciła nad sobą kontrolę.
Avatar użytkownika
Kelisha
Szukający Snów
 
Inne Postacie: Finua, Ieldarisa, Rakell, Alia, Cętka,
Rasa: Panterołak
Aura: Cynowa aura, raczej słaba, roztaczająca topazową poświatę. Wydziela woń mokrej sierści. Nie towarzyszy jej żaden dźwięk. W dotyku jest bardzo giętka oraz całkiem twarda, w smaku natomiast zdecydowanie lepka.
Wygląd: Kelisha mierzy jakieś pięć i pół stopy wzrostu a mimo to dodaje sobie jakiś cal szerokimi obcasami. Jest dość szczupła, choć nie w sposób typowy dla odchudzających się, wątłych panienek. Jej talia jest wyraźnie zarysowana dzięki aktywnemu życiu na świeżym powietrzu i wyrobionym mięśniom. Nie jest nadmiernie silna, ale dzięki wieloletniemu posługiwaniu się łukiem mogłaby ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Księstwo Karnstein

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron