Taniec ze śmiercią


Miasta Karnsteinu są istnym kotłem, do którego wrzucono wielość nacji i upodobań architektonicznych. Wystawne domy w kolorach purpury i złota sąsiadują tutaj z dzielnicami, w których budowle mają być przede wszystkim funkcjonalne. Proste domy ułożone wśród wąskich, równoległych uliczek, wyłożonych kamieniami, zamieszkiwane są głównie przez mroczne elfy, dla których przepych jest zbędny. Po przeciwnej stronie są budowle, które zaskakują dbałością o szczegóły. Kolumny z głowicami przedstawiającymi sceny z legend.

Postprzez Loneyethe » Wt lip 11, 2017 3:33 pm

        Bal w Karnstein rozpoczął się już o ósmej wieczorem, jednak większość gości przybyła po dwudziestej drugiej. Loneyethe pojawiła się znacznie później, ponieważ ze swojej posiadłości wyruszyła dopiero po zachodzie słońca. Doprawdy, uczulenie wampirów na promienie słoneczne wcale nie ułatwia jej życia, a do Karnsteinu jest bardzo długa droga. Wampirzyca westchnęła głęboko, wspominając cudowną architekturę tego miejsca, jaką miała okazję ujrzeć. Tyle szczegółów, tyle mrocznego koloru purpury zmieszanego z królewskim złotem. „Mają gust, to muszę im przyznać. Chociaż… To miasto jest idealne dla mnie”, pomyślała, uśmiechając się pod nosem. Mieszkańcami Karnsteinu były głównie wampiry i mroczne elfy, a więc Loneyethe bez problemu się tutaj wpasowywała.
        Wampirzyca stanęła obok jednego ze stolików w sali, znajdując przy tym dogodne miejsce, które pozwoli jej obserwować nowo-przybyłych. Całe pomieszczenie zostało dobrze przygotowane na przyjęcie. Żyrandol oślepiał swoim jakże wspaniałym blaskiem, w lewym kącie sali, zaraz przy wejściu, znajdowało się pianino oraz muzykanci, bardowie mający umilić czas gościom. Dwa długie stoły oferowały wszelkiego rodzaju smakołyki, kusząc tym niejedną pannę, która zmagała się ze sobą w ciasnym gorsecie… znaczy w duszy, czy pochłonąć kilka przysmaków, czy może zachować pozory niełakomej kobiety. Ciężko rozpoznać, ile ras zostało zaproszonych; wnioskując po poczęstunkach musiał to być leśny lud, nieumarli oraz wiele innych magicznych istot. Loneyethe dostrzegła kieliszki wypełnione winem po jednej stronie stołu, natomiast po drugiej napitek dla krwiopijców. Już polubiła to miejsce.

        Bal rozpoczął się. Loneyethe obserwowała otoczenie uważnie, starając się znaleźć miejsce, gdzie mogłaby się wpasować. Damy w eleganckich strojach kroczą dumnie jak pawie. Niektóre bardzo skore do plotek oceniają nowy lamowany futrem płaszcz panny Rozrzutnej albo analizują wysiłki lady Podstarzałej, która próbując nie wyglądać na swój wiek, zaciągnęła wiązania gorsetu do granic możliwości, czy też wypudrowała twarz do sztywności tortu bezowego.  Gospodarz, hrabia Vincent von Goose, obserwował swoich gości z drobnego podwyższenia w sali. Mężczyźni wcinają się w rozmowy, prosząc panie do tańca, a te momentalnie przestają plotkować i, zachwycone zaproszeniem od młodego dżentelmena, ruszają na parkiet. Duma sprawia, że chętnie znoszą zazdrosne spojrzenia innych dam.
        Loneyethe śmieszyło ich zachowanie, ale wampirzyca nie dała po sobie tego poznać. Spokojnie odmówiła tańca natrętnemu dzwonnikowi z Notre Dame, po czym wzięła w dłoń kieliszek wina. Przez przypadek dołączyła do jakiejś rozmowy z kilkoma kobietami, z czego jedną znała. Nieumarła pamiętała ją z przyjęć, na które taszczyła ją matka.

        - Panienka Loneyethe! – odezwała się lady PołamięJęzykNaJejNazwisku. – Jak miło panienkę znowu widzieć! Czy jest tutaj pani matka? – zapytała, rozglądając się.
        - Od dawna już nie jestem pod skrzydłem mojej pani matki. Obawiam się, że nie została zaproszona na to cudowne przyjęcie. – Wampirzyca uśmiechnęła się tryumfalnie, widząc zaskoczenie na twarzy damy stojącej obok lady ZbytDługieNazwisko.
A propo zaproszenia, gospodarz okazał się bardzo rozrzutny w tej kwestii. Wszyscy wyżej postawieni bądź w jakimś stopniu ważni ludzie dostali list z zawiadomieniem o przyjęciu, lecz pojawiła się również kasta osób o niższej randze; między innymi kilkoro opryszków, mędrców oraz dhampirów. Czyżby pan von Goose, cóż za śmieszne nazwisko, pragnął okazać swoją uczciwość? Czy też planował coś większego? W głowie wampirzycy pojawiły się wątpliwości, które szybko rozwiała jej rozmówczyni.
        - Pamiętam, jak panienka Loneyethe zachwyciła mnie na pewnym przyjęciu swoją grą na fortepianie. Czy zechce pani dzisiaj nam zagrać?
        - Och, byłabym rada usłyszeć grę panienki! – Lizuska, widocznie najmłodsza kobieta w towarzystwie, próbująca wpasować się w starsze grono. Biedne stworzenie.
        - Z wielką chęcią. – Loneyethe ukłoniła się z gracją. – Aczkolwiek przyjęcie się dopiero zaczęło, więc przeproszę panie, ale chciałabym się nim nacieszyć. Zagram nieco później. – Uśmiechnęła się do nich, a one z radością potaknęły i zaczęły kolejną bezsensowną rozmowę na temat strojów. Wampirzyca nie była zainteresowana, więc ruszyła dalej, krocząc wśród gości i szukając jakiejś rozrywki. Byleby uniknąć dzwonnika, który wypatrywał ofiary na kolejny taniec.
Avatar użytkownika
Loneyethe
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Eliae, Sevi, Quillithea,
Rasa: Wampirzyca czystej krwi
Aura: Teraz będziesz miał okazję poznać nieco już wiekową aurę, której blask zmatowiły lata. Mimo to nie straciła ona na swojej atrakcyjności. Emanacja przypomina suknię balową, która mieni się stabilnym kolorem cynku. Jego metaliczną barwę przeszywają wzory z platyny, świadczące o szlacheckim statusie posiadacza. Urywają się one w najmniej oczekiwanym momencie, niby ucięte i niedokończone. Materiał lśni intensywnie topazem, jednocześnie szepcząc zmysłowo przy każdym ruchu. Wokół unosi się woń świeżej krwi. W dotyku charakterystyka aury świadczy o sile kryjącej się pod nią wampirzycy. Zdecydowanie twarda i giętka, z ostrymi krawędziami, ale i gładkością która nadaje jej powabu. Smak tylko dodaje jej charakteru swoją pikanterią i ostrością, która potrafi być wręcz nieznośna. Takie wrażenie potęguje intensywna lepkość, utrzymująca ten smak w ustach na dłużej.
Wygląd: Loneyethe nie odstępuje urodą od innych wampirów. Jest piękna, wielu mężczyzn zauważa ją w tłumie. Uwagę ludzi i istot nieludzkich na pewno przykuwają włosy wampirzycy. Cudowny kolor wiśni lśni jasnym blaskiem, a kosmyki spływają falami aż do pasa. Kontrastując z włosami, oczy są tak szarego koloru, że bez problemu można zauważyć w nich lekko fioletowy błysk ... (Więcej)

Postprzez Alesperta » Śr lip 12, 2017 3:35 pm

        Karnstein. Stolica trupów, prawie trupów i generalnie większości rzeczy, która powinna gnić w jakimś przydrożnym rowie. Przepych, osobniki uważające się za ważniejsze od innych, góra forsy. Aż się niedobrze robi. Alesperta na samą myśl o udaniu się do tego miejsca miał lekki odruch wymiotny. Za dużo zbyt wybujałych ego na zbyt małej przestrzeni.

        Czemu jednak Upadły w ogóle myślał o tym miejscu? Kilka dni wcześniej, bez słowa wyjaśnienia, nieznana mu diablica podrzuciła kopertę zaadresowaną do niego do kuźni Xel'Tara. Kowal nie miał pojęcia o co chodzi, ale nie zwlekając poszedł do laboratorium Anioła i wręczył mu list. Okazało się, że jest to zaproszenie na bal do Karntein'u. W pierwszym odruchu miał zamiar wrzucić kartkę do pieca, ale coś go tknęło. Uruchomił swoje wici w celu poznania tożsamości innych zaproszonych gości, w końcu bal wystawiał jakiś bogaty arystokrata. Bardzo nie chciał udawać się na to przyjęcie, zbyt dużo zadufania w sobie przejawiali mieszkańcy tamtych włości. Jego nadzieje prysły jednak szybko, gdy okazało się, że zaproszeni zostali również faktycznie ważni dostojnicy, których pomoc mogłaby mu się kiedyś przydać.

        Z determinacją przełknął jednak gulę rozgoryczenia, która pojawiła się w jego gardle i w przeddzień bankietu wyruszył w drogę. Najbliższe księstwu wyjście z Piekła znajdowało się pół dnia lotu w linii prostej.
        Anioł pojawił się na miejscu dwie godziny przed rozpoczęciem. Było to spowodowane silną burzą, która stanęła mu na drodze i uziemiła go na jakieś 5 godzin. Alesperta nie wykazywał jednak większych oznak zmęczenia. Ubrany w swój standardowy strój, który bez problemu mógłby konkurować z większością uważanych za odświętne, ruszył równym krokiem po schodach posiadłości. W międzyczasie otworzył swój zegarek i wypuścił z niego Shade'a.
- Bądź pan tak łaskaw i powiedz mi, po cholerę żeśmy tutaj w ogóle przylecieli? Swoją drogą, gdzie my w ogóle jesteśmy? - warknął pies, poirytowany zapewne długim pobytem w innym wymiarze. Również jego niewiedza wzbudzała w nim gniew, ponieważ Upadły nie wyjaśnił mu wcześniej, co się dzieje, tylko zwyczajnie zapakował go do zegarka i wziął ze sobą.
- Nie marudź, jesteśmy w Karnstein. Na balu u niejakiego von Goose'a. Tfu - Anioł splunął z obrzydzeniem. - Wiem, że ci się to nie podoba, ale może poprawię ci humor, jak sam powiem, że niechętnie tu jestem?
- To to zauważyłem już dobre parę godzin temu. Ale po cholerę się tu fatygowaliśmy?
- Żeby pozyskać, jeśli się uda, paru sojuszników. Ten hrabia czy kim on tam jest zaprosił kilka całkiem ważnych osób. Staraj się więc zachowywać w miarę przyzwoicie. No i nie zaglądaj każdej babie pod kieckę - mruknął Współtwórca.
Gdyby Shade miał ludzką twarz, zdobiłby go w tej chwili łobuzerski uśmiech, który nieudolnie próbowałby ukryć pod maską niewinności.
- Przecież wiesz, że ja nie z tych. - Pies mimowolnie wyszczerzył się jeszcze bardziej. - To było dawno temu i nie prawda. Ale co by nie mówić, było wtedy co oglądać... Sunie też miały fajne... Szczególnie tamtą z jasnym futrem...
- Proszę cię, bez szczegółów... - Mężczyzna przyspieszył kroku, w ślad za nim ruszył i jego pies, śmiejąc się pod nosem.

        Majordomus nie robił większych problemów. Poprosił tylko o pokazanie zaproszenia, przy czym już miał zacząć mówić coś o zakazie wprowadzania zwierząt, ale zanim z jego ust wydobyło się pierwsze słowo, Anioł już był na sali.
        Szybko namierzył stolik z jedzeniem, który stał trochę na uboczu, co zapewniało mu dobry punkt obserwacyjny. Shade zgrabnie dreptał koło nogi swojego pana, rozglądając się uważnie. Upadły porwał jakiś kielich ze stołu i oparł się plecami o ścianę, starając wtopić się w cień, co nie było łatwe, biorąc pod uwagę jego śnieżnobiały ubiór i włosy. Brał kielich do ust, udając nonszalancję, gdy w pewnym momencie się opamiętał. Odjął naczynie od warg i dyskretnie podstawił je pod nos psa.
- Powiedz mi, czy czujesz w tym alkohol? - zapytał szeptem.
Pies zaczął wąchać puchar, nosem prawie zasysając jego zawartość.
- Tia, tu jest etanol. Dobrze, że spytałeś, bo nie chciałbym taszczyć cię do domu jak po ostatniej imprezie u naszego kowala - mruknął.
- Nie przypominaj mi nawet. Swoją drogą, jakim cudem znalazłem się na kanapie u tamtego sukkuba...? - steknął, przygnieciony wspomnieniami mężczyzna.
- Nawet nie pytaj. Zabawa była niezła - uśmiechnął się pies.
Anioł mruknął coś pod nosem i odstawił puchar i sięgnął po drugi, upewniając się, że jego zawartość to niegroźny sok z owoców.

        Uważnie obserwował ruch na sali. Goście już przybyli w znacznej ilości, więc rozpoczęły się tańce. Koło niego, za kotarą, bliżej nieznana mu para próbowała połknąć się nawzajem. Zniesmaczony odwrócił wzrok i wrócił do śledzenia tancerzy. Nogi rwały mu się do tańca, ale uznał, że najpierw porozmawia z przynajmniej jedną potencjalną "ofiarą", a dopiero potem skorzysta z okazji rozruszania stawów.
        Między parami mignęła mu postać, starsza kobieta w wytwornej sukni, z bransoletką z rubinów, szafirów i agatów. To była hrabina, która miała całkiem sporą spółkę handlu biżuterią. Jej służący, którego Upadły uratował kiedyś przed dzikiem, powiedział mu, że jego pani ma ostatnio problemy zdrowotne, a żaden magik ani lekarz nie byli w stanie jej pomóc. Nie uszło uwadze Alesperty, że była nienaturalnie blada i miała dziwne, czerwone plamki pod skórą. Była oczywistym celem, gdyż z opowieści sługusa dowiedział się, że starucha, dla zachowania życia i bogactwa gotowa była oddać wszystko. No, z wyjątkiem pieniędzy. Anioł jednak ich nie potrzebował, miał całkiem spory majątek zbity po tylu latach przebywania na ziemi. Chodziło mu o coś znaczenie bardziej wartościowego. Hrabina trzymała twardą ręką sporą część rynku w Alaranii. Taki sojusznik zawsze może się na coś przydać. Ten mógł być wyjątkowo prosty do pozyskania, gdyż Współtwórca już wiedział, co trzeba naprawić w ciele kobiety, żeby wyzdrowiała.

        Zgrabnym krokiem ruszył za nią w celu wszczęcia rozmowy. Na jego nieszczęście jakaś dziewczyna chwyciła go za rękę i powlokła między tancerzy, zmuszając go tym samym do zatańczenia z nią walca. Alesperta patrzył jeszcze za hrabiną, ale na całe szczęście stanęła niedaleko i rozmawiała z jakimś staruszkiem ubranym jak wojskowy, popijając wino. "Co się odwlecze, to nie uciecze" pomyślał, po czym skupił się na partnerce i zaczął tańczyć. Shade podniósł łeb znad kawałka baraniny, który bez trudu ściągnął ze stolika i rzucił swojemu panu wymowne spojrzenie, po czym wrócił do obgryzania kości.
Avatar użytkownika
Alesperta
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Vealikaso, Xeos,
Rasa: Upadły Anioł
Aura: Aura o wyjątkowej sile, która może wręcz przytłaczać istoty o słabszym umyśle, bądź niedoświadczone w obcowaniu z aurami. Jej kolor jest jednolicie kobaltowy. Ciemny, niebieski odcień jest tak głęboki że, wraz z siłą aury postać upadłego anioła jest pod nią niemalże niewidoczna. Jedyny kolor który czasem się przebija to bursztynowa żółć. Aura przypomina przez to nocne niebo, choć jest to raczej luźne skojarzenie. Nawet jeżeli jakieś kolory kryją się jeszcze w tej aurze, nie są dostrzegalne. Zapach jaki roztacza wokół siebie ta aura jest bardzo przyjemny zmysłom. Jest to zapach lilii. Jednak wyjątkowo wyczulony mag, wprawiony w odczytywaniu aur poczuje słabą nutę siarki - efekt obcowania anioła z piekielnymi. Aura roztacza wokół siebie lekką kakofonię dziwnych dźwięków. Głównymi odgłosami dającymi się usłyszeć, to regularne, miarowe buczenie oraz niezachwiane buczenie i miłe odgłosy takie jak świergot ptaków i licznych głosów. Wszystko to wydaje się jednak lekko przytłumione, i słychać tez w tle grzmoty i trzaski. W dotyku aura jest twarda, jednak można ją odkształcić i formułuje bardzo ostre kształty. Mozna się skaleczyć od samego patrzenia. Faktura aury jest niezwykle gładka.
Wygląd: Alesperta jest Upadłym, więc jego uroda jest równie urzekająca, co każdego Niebianina. Mierzy 192 cm wzrostu. W przeciwieństwie do większość Czarnoskrzydłych, jego włosy sięgające mu łopatek są śnieżnobiałe. Oczy ma czarne do tego stopnia, że nie widać granicy między tęczówkami, a źrenicami. W ich mrocznej głębi igrają iskierki dobrego humoru, ale widać w nich też ... (Więcej)
Uwagi: W przeciwieństwie do większości Upadłych, jest niemalże cały śnieżnobiały.

Postprzez Ritsel » Cz lip 13, 2017 12:46 pm

Zaproszenie zauważył dopiero, kiedy się obudził – albo raczej kiedy zechciał otworzyć oczy. Dobrze zdawał sobie sprawę, w którym momencie córka gospodarza weszła do jego pokoju, jak blisko podeszła do jego łóżka, jak szybko zamknęły się za nią drzwi, po tym, gdy lekko się poruszył. Nie mógł powstrzymać uśmieszku zadowolenia, zdając sobie sprawę, że ta młoda, ludzka dziewczyna prawdopodobnie się go obawiała. Przynajmniej miała dość rozumu w głowie, żeby nie próbować żadnych sztuczek, kiedy był pogrążony w nieświadomości. Był ciekaw, co stało za tą niespodziewaną wizytą, ale pozwolił sobie na jeszcze dziesięć minut bezmyślnego leżenia.

Powoli układał plan dnia, chociaż prawdopodobnie nic konkretnego nie uda mu się zrobić. Będąc w Valladon, właściwie przejazdem, nie miał zamiaru jakoś specjalnie mieszać się w sprawy istot ludzkich, szczególnie wliczając w to zebrane informacje, że na razie nikt z nikim nie drze kotów. Musiał jednak coś ze sobą zrobić. Myślał nad rychłym opuszczeniem gospody, której gospodarz okazał się niespodziewanie chojny, jak na fakt, że gościł elfa z mroczną przeszłością. Ale o tym, oczywiście, nie mógł wiedzieć.

Z lekkim stęknięciem wyprostował ręce nad głową, wyginając plecy, żeby rozciągnąć zastałe mięśnie, nadal nie zwlekając się z wygodnego posłania. Jedną ręką pozbył się rąbka płaszcza, który spoczywał na jego twarzy. W ten sposób miał zawsze pewność, że w razie nagłego wypadku będzie polegać wyłącznie na słuchu, a nie na zdradliwym zmyśle wzroku. Zamrugał kilka razy, obracając głowę w taki sposób, że spojrzał na kartkę na blacie stolika. Z ciekawością wstał, jeszcze trochę się rozciągając, po czym zaczął studiować zapisany kawałek papieru.

Neirr pojawił się tuż nad jego ramieniem, też jakby zaintrygowany.

- Spójrz no, Świetliku – powiedział Ritsel, doskonale wiedząc, że towarzysz nie jest w stanie wykonać polecenia. – Von Goose. Znamy to nazwisko, co? Niezła szycha… Tylko dlaczego miałby mnie zapraszać na jakieś wystawne przyjęcie?

Zdawał sobie sprawę, że hrabia nie pozwoliłby sobie na wydanie byle jakiego przyjęcia z byle jakimi gośćmi. Co prawda nie miał w Karnsteinie do wykonania żadnego zadania, ale biorąc pod uwagę przewidywany status gości i niewątpliwą reputację Ristela, mógł mieć szansę nie tylko na znalezienie nowego zleceniodawcy, ale także na podsłuchanie plotek, które mogłyby się okazać niezmiernie przydatne.

Biorąc pod uwagę te wszystkie argumenty, elf bez wahania wyruszył w drogę. Zdecydował się na swój typowy strój, białe spodnie (ludzkie kobiety z niewiadomego powodu nazywały je „legginsami” i dobrze słyszał, jakie komentarze padały pod adresem jego nóg i tego, co znajduje się ponad nimi), tego samego koloru koszulę z kamizelką oraz nieodłączny czarny płaszcz, skrojony tak, żeby odsłaniał ramiona.

Na miejscu był tuż po rozpoczęciu balu.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że ilość gości osiągnie apogeum dopiero jakiś czas po zmroku – nie łudził się, że gospodarz nie zaprosił wysoko postawionych przedstawicieli wampirów. Nie zawiódł się. W przeciągu kilku godzin cała sala była wypełniona najprzeróżniejszymi istotami, jednak żadna z nich nie wydawała się posiadać dość umiejętności, żeby być trudnym przeciwnikiem. Damy w obszernych sukniach i gorsetach, którym Ritsel z całego serca współczuł, wirowały na parkiecie z ważnymi mężczyznami. Jego wzrok padł na wampirzycę w gronie jakichś dam. Od razu dostrzegł w niej większe zagrożenie niż wśród innych gości, no, może z wyjątkiem jednego, całego w bieli. Zakładał, że mógł to być Niebianin, jednak nie miał pewności. Jego towarzysz nie odstępował go na krok, ale zdecydowanie był bardziej niebezpieczny od Świetlika przy boku Ritsela.

Elf westchnął. Miał przeczucie, że ten bal może okazać się ciekawym wydarzeniem. Zaczął manewrować spokojnie między gośćmi, pozostając niezauważonym, mimo jego ewidentnej obecności. Zabawę czas zacząć.
Avatar użytkownika
Ritsel
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Iskaler,
Rasa: Leśny elf
Aura: Niezbyt silna emanacja gnie się delikatnie w turmalinowym blasku, który za każdym razem prezentuje inną jej barwę. Zawsze zaczyna od żelaznej, ponieważ jest jej najwięcej, później można dostrzec miedziane drobinki ułożone na kształt drobnych świetlików, gdy blask słabnie, w magiczny sposób zaczynają one świecić najprawdziwszym, srebrnym światłem. Tylko wtedy ujawniają się kobaltowe zawijasy płynące po powłoce niczym bardzo kręta rzeka. Widać w niej lśniące, cynowe lilie delikatne poruszane poprzez prąd. Wokół można odczuć przyjemną woń lasu niesiona jakby przez niewyczuwalny wiatr. W dotyku powierzchnia aury przypomina leśną, raczej twardą, dróżkę. Sądząc po jej gładkości, można powiedzieć, iż jest wydeptana, aczkolwiek wciąż można natrafić na jakiś ostry kamień lub bardziej chropowate odcinki. W smaku natomiast łatwo przykleja się do podniebienia. Od czasu do czasu zaś bywa sucha i wywołuje pragnienie.
Wygląd: Ritsel jest przeciętnego wzrostu, jak na elfa, niezbyt wysoki, ale też nie na tyle niski, żeby zwracało to uwagę. Jego twarz nie zdradza emocji, a mimo to ma delikatny wyraz, przez który wydaje się nieszkodliwy. Niech jednak to nikogo nie zwiedzie, w tych oczach o spokojnej barwie ciemnych liści bluszczu, czai się stal. Tylko one zdradzają, z kim ma się do czynienia - jeśli pozwoli to ... (Więcej)

Postprzez Gaia » Pt lip 14, 2017 6:42 pm

Księstwo Karnstein.

Gaia nigdy nie przypuszczała, że tak szybko będzie można ją tu zastać. A już na pewno nie w komnatach wspaniałego pałacu. Na wielkim balu. Przecież takich miejsc unikała jak ognia - a nawet bardziej, odkąd rozpoczęła zgłębianie tajników magii tegoż żywiołu.
Jednak była tu. Wśród tych wszystkich roztańczonych par; mężczyzn albo poruszających się z galanterią, albo niezbyt pewnych podłoża po tym jak pochłonęła ich zabawa w degustację okolicznych win; kobiet w wytwornych sukniach, obwieszonych taką ilością metali i kamieni szlachetnych, że chyba tylko Prasmok jeden wiedział, jak potrafiły zachować godną, wyprostowaną sylwetkę. (Gdyby ktoś zechciał zebrać wszystkie kosztowności, którymi majestatyczne damy usiłowały podkreślić swe pozycje w społeczeństwie, i usypać je w jednym miejscu, z pewnością wystarczyłoby ich, by w górach Fellarionu pojawił się nowy szczyt lub nawet cały łańcuch.) Zapewne trudno było nawet oddychać przez woń wielu damskich perfum zmieszanych ze sobą. Na całe szczęście czarodziejka nie miała tego problemu; tak, posiadanie szczątkowego węchu ma też swoje zalety… zwłaszcza kiedy wędruje się przez krainy żywych trupów lub bierze udział w wielkich uroczystościach.

Kobieta westchnęła głęboko, stojąc nieco na uboczu. Początkowo wcale nie zamierzała zaszczycać gospodarza swoją obecnością, lecz gdy zastanowiła się nad tym dłużej, stwierdziła, że może to być dla niej szansa.
Bo Gaia bynajmniej nie przyszła na bal, by pójść w tan, przechwalać się majątkiem czy flirtować z obecnymi tu jegomościami. O nie! Przyświecał jej zupełnie inny cel. Bowiem nie ma lepszej skarbnicy wiedzy niż biblioteka. A niewiele jest lepszych bibliotek niż te w pałacach arystokratów. Tam, wśród ksiąg, które należą do rodu lub nie są powszechnie dostępne, być może… być może znajdowała się jakaś wskazówka. Jak zdjąć klątwę. Jak pokonać TO. Wiedza, za którą czarodziejka oddałaby wszystko. Której pragnęła bardziej niż czegokolwiek innego. Na której poszukiwaniach spędziła dziesiątki lat.
Czekała teraz na odpowiednią chwilę, by móc niepostrzeżenie wymknąć się z komnaty i ruszyć na swoiste polowanie. Miała świadomość, że taka okazja może się nie nadarzyć, jednak głęboko wierzyła w swoje umiejętności i intuicję. Zresztą, nawet gdyby próba ucieczki zakończyła się fiaskiem, jest tu przecież całe morze różnorakich istot, z których każda może być potencjalnym źródłem informacji.

Pradawna powiodła wzrokiem po sali, szukając kogoś, z kim mogłaby nawiązać pozornie niezobowiązującą rozmowę. Niektórych uczestników balu z miejsca odrzuciła; byli bowiem zbyt… nazwijmy rzecz po imieniu: zbyt pijani, by można było dowiedzieć się od nich czegoś wartościowego (chyba że rozmiar gorsetu niejakiej panny Vonderheide uznamy za wartościową informację). Niewielka garstka gości przyciągnęła uwagę czarodziejki; kilku inteligentnie wyglądających mężczyzn, białowłosy elf o dość interesującej aurze oraz… pewna nieumarła. Wampirzyca o włosach w kolorze wiśni.
Przed oczami Gai od razu pojawił się obraz tamtego mężczyzny. Nigdy później go nie spotkała. Nie wiedziała, jak potoczyły się jego dalsze losy. Może już od dawna nie żył. A może zdołał odkryć sposób na pozbycie się TEGO. Jedno było pewne: owa wampirzyca, obrzucjąca wszystkich spojrzeniem pełnym wyższości, musiała być z nim spokrewniona. Gaia na chwilę pogrążyła się w skupieniu…

Tak. Ich aury były tak podobne...

Nagłe poruszenie wyrwało czarodziejkę z zamyślenia. Do sali wtłoczyła się cała horda służących, niosących wszelkiego rodzaju wazy, misy, półmiski i butelki. Pradawna mogła jedynie zgadywać, co znajdowało się w owych naczyniach; widząc pełną aprobaty reakcję tłumu, uśmiechnęła się pod nosem. Co prawda jedynym jej celem na dzisiejszy wieczór było zdobycie informacji. Jakkolwiek… skoro już tu jest, chyba nic się nie stanie, jeśli sprawi swemu żołądkowi miłą niespodziankę? Możliwość smakowania najrozmaitszych dań we wszelkich zakątkach świata była tym, co sprawiało, że nieustanna wędrówka Gai stawała się odrobinę mniej uciążliwa.

Zrobiwszy w myślach szybką listę gości, z którymi rozmowa mogłaby okazać się pożyteczna, czarodziejka skierowała swe kroki w stronę olbrzymiego stołu biesiadnego, suto zastawionego wiktuałami, mając już upatrzoną odpowiednią przystawkę. Skrzydełka maczane w miodzie… potem może coś, co wyglądem przypominało jakiś rodzaj zupy… Później przyjdzie pora zagaić jakąś rozmowę i dobrać się do tajemniczego elfa… oczywiście nie tak dosłownie, chodzi tylko o jego wiedzę… Ale to później. Na razie Gaia zamierzała pozwolić sobie na małą rozpustę dla podniebienia.

W końcu na zbieranie informacji ma jeszcze całą noc, prawda?
Avatar użytkownika
Gaia
Zbłąkana Dusza
 
Rasa: Czarodziejka
Aura: Już z daleka można dostrzec siłę tej emanacji i otaczające ją intensywne światło o barwie obsydianu. Powierzchnia pokryta została mnóstwem srebrzystych run bardzo trudnych do odczytania, ale wyglądających nadzwyczajnie na kobaltowym tle. Tu i ówdzie znajdują się także miedziane gwiazdki oraz rtęciowe księżyce występujące głównie u góry i na dole. Wprawne oko może się również dopatrzyć barachitowych listków porozrzucanych w losowych miejscach. Aura manifestuje się również przez różne dźwięki. Na początek słychać stały, głęboki ton, po czym niespodziewanie się urywa, by ustąpić miejsca rumorowi spadających głazów, tak nagłemu niczym prawdziwa lawina. Następnie pojawia się kakofonia dźwięków, liczne głosy, a każdy kompletnie inny od poprzedniego. Ponadto emanacja zaczyna się dziwnie zachowywać, ponieważ jej odcienie przez dłuższą chwilę całkiem się zmieniają na swoje przeciwieństwa. Na szczęście później wszystko powraca do normy, a niepokój całkowicie znika po usłyszeniu śmiechu dzieci oraz trzaskach płomieni kojarzących się jednoznacznie z ciepłym wieczorem przy ognisku. Wszystko ostatecznie znika w przedziwnej ciszy pochłaniającej każdy nawet najdrobniejszy hałas. Wokół czuć woń kadzideł i prastarych ksiąg skrywających w sobie liczne sekrety. W dotyku powłoka jest twarda, aczkolwiek jednocześnie niebywale giętka i elastyczna. Posiada ostre brzegi dobrze ukryte pod aksamitnym puchem. Smak aury można uznać za lepki, jednak nieliczni będą twierdzić, iż jest ona sucha.
Wygląd: Gaia niewiele różni się wyglądem od przeciętnego człowieka; nie posiada żadnych szczególnych cech, co ułatwia jej wtopienie się w tłum. Szare, połyskujące ciekawością oczy oraz gęste brązowe włosy, sięgające do połowy pleców i rumiana cera - wygląd zwyczajnej, prostej osoby. Dużą zaletą czarodziejki są jej piękne, pełne usta. Posiada też stosunkowo duży, prosty nos. ... (Więcej)
Uwagi: Niektóre istoty, pamiętając ją ze snu, nazywają czarodziejkę Panią Czarnych Chmur.

Postprzez Loneyethe » Cz lip 27, 2017 4:44 pm

        Rozpoczął się kolejny z wolniejszych tańców, które tak bardzo nużyły Loneyethe. Natarczywy dzwonnik - garbaty panicz Yiorlet, jak się okazało - coraz częściej namawiał wampirzycę na walc. Zapewne zauważył, że u większości kobiet w tej sali nie ma szans, więc postanowił męczyć po kolei swoje ofiary aż do skutku. Loneyethe miała serdecznie dość młodego napaleńca, więc postanowiła go nasłać na  damę o nienaturalnych kształtach (widać, kto tutaj sobie wycina żebra, aby tylko wejść w gorset). Magia emocji w takich wypadkach niezwykle się przydaje. Dzięki niej wampirzyca uwolniła się od natręta, ruszając w tłum ludzi (czy tam jakiś istot, kij jeden wie), stojących u rogu jednego ze stołów. Jeden z mężczyzn, wysoki blondyn o szmaragdowych oczach, widocznie był tutaj duszą towarzystwa. Loneyethe przeszła obok niego obojętnie, całkowicie rezygnując z rozmowy. Nie pasowała do takich osób. Prędzej czy później oni patrzyliby na nią krzywo, nienawidzili jej. Może lepiej sobie nie psuć reputacji tak szybko.
        Wampirzycy przypomniały się słowa matki. “Reputacja to najważniejsza rzecz w życiu każdej damy!”. Kąciki ust nieumarłej drgnęły, jakby zaraz na jej twarzy miał zagościć uśmiech. Dlaczego, na Prasmoka, w takiej chwili Loneyethe ciągle słyszy ten znienawidzony przez nią głos? “Spłoń w piekle, pani matko. I, byś się nie nudziła za bardzo, niech cię wszystkie diabli chędożą”, po tej myśli wiśniowowłosa już nie powstrzymała uśmiechu, co zostało opacznie zinterpretowane przez jegomościa o oczach koloru świeżej trawy. “Niech ci je krowa zeżre”, pomyślała Loneyethe. Mężczyzna odwrócił się, ukłonił i zaczął mówić bardzo żywiołowo i głośno.
        - Witam. Panna Vonderheide, jak mniemam? - Podniósł głowę i zlustrował wampirzycę od góry do dołu. Doprawdy, wbrew pozorom wydawał się obleśnym typem.
        - Nie myli się pan, panie…? - Loneyethe uniosła brew, przyjmując najbardziej odpychający wyraz twarzy, na jaki ją było stać.
        - Hrabia Lukas de Viliers - rzekł, prostując się i uśmiechając jeszcze szerzej. Widocznie brak uroku i chęci rozmowy nieumarłej nie zniechęcały go. - Panienka ma już może zarezerwowany następny taniec?
        - Ależ oczywiście - powiedziała, przykładając dłoń do piersi i kłaniając się krótko. Wiedziała, że wzrok Lukasa powędruje od razu tam, gdzie jej ręka, tak też się stało. “Prostak”. - Tamten mężczyzna w białym płaszczu już mnie poprosił. Życzę panu mile spędzonej nocy. - Nie czekając na odpowiedź, pognała w kierunku wyżej wspomnianego jegomościa. Nie wiedziała dokładnie, kogo wskazała, więc szybko zaczęła wzrokiem przeczesywać salę w poszukiwaniu kogoś, kto odpowiadałby opisowi. Biały płaszcz, biały płaszcz…
        W natłoku myśli (oraz ludzi) los uśmiechnął się do wampirzycy i przez przypadek wpadła ona na mężczyznę, który widocznie się gdzieś spieszył. Loneyethe omal nie upadła, przez co została zmuszona, by podtrzymać się płaszcza niebianina. Białego płaszcza! Znalazła!
        - Przepraszam… - zaczęła, nawet nie unosząc głowy, by spojrzeć na jegomościa. Kątem oka nieumarła dostrzegła wzory wiśni na rękawie płaszcza mężczyzny. Naszła ją niespodziewana nostalgia związana z ogrodem rodzinnym. I ojcem. Szybko jednak otrząsnęła się z tych myśli i puściła płaszcz białowłosego, prostując się. “Pasujesz do mnie”, pomyślała. “Nadasz się”. Odsunęła się od niebianina i, uśmiechając się delikatnie, uniosła głowę, by spojrzeć na jego twarz.  Ależ on był wysoki! W jednej chwili Loneyethe wysłała strumień magii do umysłu człowieka stojącego przed nią, jednakże coś poszło nie tak. Zacisnęła zęby, aby nie zmienić wyrazu twarzy i nie dać znać, że cokolwiek kombinowała. Magia emocji wampirzycy w ogóle coś zdziałała? Loneyethe nie była w stanie tego określić, czyli musiała napotkać mężczyznę z niewyobrażalnie silną wolą.
        - Wybacz mi, panie, za ten drobny wypadek. - Dygnęła, ponownie spuszczając grzecznie głowę i odeszła kawałek dalej. “Szlag by to trafił”, pomyślała. Po dłuższym czasie, kiedy oddaliła się na tyle, aby być poza zasięgiem wzroku Lukasa, obejrzała się na tajemniczego niebianina w białym płaszczu. Chciała zobaczyć, czy jej magia jakoś na niego wpłynęła. Niestety, zniknął on już w tłumie tańczących par. Loneyethe prychnęła, po czym podeszła do jednego ze stołów i chwyciła kieliszek wypełniony krwią. Upiła kilka łyków, po czym rozejrzała się po sali. Musiała sobie znaleźć rozrywkę. Dotychczasowe próby dobrej zabawy spaliły na panewce, a Loneyethe łatwo się nudzi.
        Wampirzyca szybko wypatrzyła w tłumie kogoś, kto za wszelką cenę pragnął pozostać niezauważony. Uśmiechnęła się szeroko, ukazując kły, po czym odstawiła kieliszek i ruszyła w kierunku elfa. Ponownie przyjęła wyraz jak najbardziej łagodnej istotki.
        - Co taki ktoś jak ty tutaj robi? - zapytała cicho. - Wnioskuję po twoich ruchach, że niespecjalnie przepadasz za towarzystwem. Mylę się?

        Rozmowa z mężczyzną jednak nie usatysfakcjonowała wampirzycy. Spragniona wrażeń zaplanowała dla elfa coś zupełnie innego. O, proszę, panicz Yiorlet napatoczył się w idealnym momencie… Loneyethe szybko podesłała mu pewną myśl za pomocą magii. “Pragniesz zatańczyć z tajemniczym elfem, pragniesz zatańczyć z tajemniczym elfem”, powtarzała nieznana garbatemu facetowi moc, kusząc coraz bardziej. Niespodziewanie mężczyzna zerwał się, niemal podbiegł do białowłosego i… zwrócił na siebie uwagę wszystkich dookoła, klękając przed nim i ujmując jego dłoń w swoją.
        - Panie elfie, czy zechce pan uczynić mi ten zaszczyt i zatańczyć?
        Nieumarła ledwo powstrzymała śmiech. Ta scena zapowiadała się komicznie, lecz aby nikt się nie domyślił, czyja to sprawka, odwróciła się i pognała dalej przez salę. Coś niestety ją zatrzymało. Wrażenie, że jest obserwowana. Rozejrzała się ukradkiem i napotkała na sobie zdziwiony wzrok pewnej ciemnowłosej kobiety. Ta dziewczyna musiała się wpatrywać w nią już dłuższy czas. Loneyethe uniosła brew w prowokacyjnym geście. “Czego chcesz?”.
Avatar użytkownika
Loneyethe
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Keira, Eliae, Sevi, Quillithea,
Rasa: Wampirzyca czystej krwi
Aura: Teraz będziesz miał okazję poznać nieco już wiekową aurę, której blask zmatowiły lata. Mimo to nie straciła ona na swojej atrakcyjności. Emanacja przypomina suknię balową, która mieni się stabilnym kolorem cynku. Jego metaliczną barwę przeszywają wzory z platyny, świadczące o szlacheckim statusie posiadacza. Urywają się one w najmniej oczekiwanym momencie, niby ucięte i niedokończone. Materiał lśni intensywnie topazem, jednocześnie szepcząc zmysłowo przy każdym ruchu. Wokół unosi się woń świeżej krwi. W dotyku charakterystyka aury świadczy o sile kryjącej się pod nią wampirzycy. Zdecydowanie twarda i giętka, z ostrymi krawędziami, ale i gładkością która nadaje jej powabu. Smak tylko dodaje jej charakteru swoją pikanterią i ostrością, która potrafi być wręcz nieznośna. Takie wrażenie potęguje intensywna lepkość, utrzymująca ten smak w ustach na dłużej.
Wygląd: Loneyethe nie odstępuje urodą od innych wampirów. Jest piękna, wielu mężczyzn zauważa ją w tłumie. Uwagę ludzi i istot nieludzkich na pewno przykuwają włosy wampirzycy. Cudowny kolor wiśni lśni jasnym blaskiem, a kosmyki spływają falami aż do pasa. Kontrastując z włosami, oczy są tak szarego koloru, że bez problemu można zauważyć w nich lekko fioletowy błysk ... (Więcej)


Powrót do Księstwo Karnstein

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron