[Zajęcie Zrujnowanej Warowni] To co zapomniane.


Wielka, zrujnowana twierdza usytuowana na porośniętym przez sosny wzgórzu, co podkreśla jej monumentalność. Dawno opuszczona ze względu na niebezpieczną okolicę. Wszędzie można dostrzec różne zwierzęta szukające w niej schronienia. Można tez tutaj spotkać różne zjawy, zazwyczaj niegroźne. Zamieszkana przez Arorma.

Postprzez Gardenia » Cz kwi 05, 2012 9:42 pm

        Nie rozpraszaj się dopóki zaklęcie nie będzie zawiązane. Być może nie jest to najważniejsze z praw jakie powinien znać każdy magik ale najpewniej znajdzie się gdzieś w pierwszej dziesiątce. Talent i umiejętności to ważna rzecz ale na nic się one zdadzą kiedy brak koncentracji. Tak to się zwykle odbywa – gdy twój czar powstaje z czystej woli, gdy ma swój początek w tym niezwykłym miejscu, gdzie twoje myśli, działania i emocje stają się jednością – że nachodzi cię pragnienie, żeby przerwać, odpuścić, że zaczynasz mieć pewność, że gdy rozluźnisz trochę przepływ mocy to opuści cię to napięcie a bolesne doznania z całego ciała ustąpią.
Tak mówiła moja mentorka, Brunhilda. Sama się o tym przekonałam wielokrotnie.

Tak samo było wtedy, gdy rozbiliśmy obóz przy podnóżu Gór Sokolich, by dokonać trudnej sztuki – pochwycić mityczną Czerwoną Zmorę. Nasza „Niezwykła Szóstka” pod przewodnictwem Mistrzyni Czterech Żywiołów. Wtenczas byłam przekonana, że nie ma takiej rzeczy w Alaranii, której nasza grupa nie mogłaby stawić czoła i wyjść z tego obronną ręką. Nikt z nas nie miał wątpliwości, że tak miało być i tym razem. Mieliśmy wyniki. Byliśmy bardzo pewni siebie. I siebie nawzajem.

Mistrzyni wielokrotnie podkreślała, że po wykonaniu tego zlecenia Liga Magów będzie musiała uznać naszą wartość. Całej naszej szóstki. Nie elfów. Nie pradawnych. Żadne z nas nie należało do promowanych przez Ligę ras. Byliśmy zwykłą zbieraniną, przeciętniakami o wielkich nadziejach i nieukształtowanym w pełni potencjale magicznym. Brunhilda powiedziała, że stać nas na więcej. Że elfy i pradawni nie odznaczają się żadnym nadzwyczajnym potencjałem, który nie mogliby rozwinąć w sobie ludzie, naturianie czy nieumarli, jeśli tylko będą ciężko i wytrwale pracować nad sobą. Że ograniczenia Ligi w przyjmowaniu do Akademii są nieuzasadnione. Wynikają wyłącznie z ciasnoty umysłu oraz uprzedzeń rasowych.
Uwierzyliśmy jej.
Chcieliśmy pojmania tej tajemniczej bestii tak mocno, jak niczego wcześniej. Dać z siebie wszystko, albo jeszcze więcej. Dla Mistrzyni i dla nas. By urzeczywistnić marzenie.

Wtedy zaczęły się problemy.


        - Davidzie?

Sol wychodził z siebie.
Od samego rana świrował ze strachu o żonę; najpierw biegał w kółko głośno przeklinając jej głupotę i lekkomyślność, zaraz potem stawał się apatyczny i otępiały, siadał w kącie i chował twarz w dłoniach. Pomyślałam, że być może Luna tym razem nie przemyślała sprawy do końca i zachowała się po prostu głupio ale zaraz odgoniłam tę myśl, bo wydała mi się mało realna. Łowczyni była wręcz chorobliwie ostrożna, zawsze musiała sprawdzić nieznany teren kilka razy zanim zdecydowała się na niego otwarcie wkroczyć. I teraz nagle miała sama, bez powiadamiania nikogo, zapuszczać się w teren zajmowany przez niebezpieczne monstrum? To niepodobne.

Gdy zbliżał się wieczór nasze przygotowania pułapki do przechwycenia bestii miały się ku końcowi. Luna wciąż nie dała znaku życia. Mimo to Sol uspokoił się, jakby nie oczekiwał niczego innego, przycichł, rozluźnił się, jego twarz pojaśniała. Popatrzył na Mistrzynię Brunhildę tymi pełnymi przerażającej nadziei oczami i stwierdził, że niedługo Luna wróci. Tak mu podpowiadał jego instynkt, co do tego nie miał żadnej wątpliwości, czuł to w trzewiach – tak jak podczas wspólnych polowań, gdy wraz z żoną podążał śladem zwierzyny, wiedział, że zastanie kobietę po drugiej stronie zbocza wyjmującą strzałę z boku zdobyczy, mimo, że chwilowo nie miał z nią kontaktu wzrokowego. Twierdził, że to jest właśnie kwestia zaufania wypracowanego między dwojgiem ludzi i że nie poczujesz go, póki nie odnajdziesz swojej drugiej połówki. To również powiedział swojej mentorce.
Mistrzyni Brunhilda słuchała i uśmiechała się, spoglądając na Sola, milczeniem przyjmując jego niezachwianą wiarę. Dyskretnie obserwowała ucznia od wczesnego ranka. Była świadoma, że jeśli Luna weszła do jaskini to już jej nigdy nie zobaczą. Mędrzec Mardo powiedział, że Czerwona Zmora nie wypuszcza swoich ofiar żywych a władczyni czterech żywiołów ufała jego wiedzy. Ufała również, że jej podopieczni dadzą radę uwięzić potwora jeśli tylko połączą swoje siły.


        - Co to za obrazy? Dlaczego mi je pokazujesz?
        - Postaraj się, Gardenio, spróbuj sobie przypomnieć.
        - Co mam sobie przypomnieć?
        - Czy rozpoznajesz te osoby?
        - Nie... Tak… Nie wiem... Wszystko jest takie zamazane. Głowa mnie boli...

Dużo zależało od nieumarłego maga umysłu. Mistrzyni Brunhilda poszła sprawdzić jak sobie radzi jej najstarszy stażem uczeń. On w dużej mierze miał być odpowiedzialny za ochronę umysłów swojego oraz kolegów przed złym wpływem Zmory. Idąc przed siebie przyglądała się trzymanemu czarodziejskiemu kosturowi. Przeciągnęła kciukiem po wyrzeźbionych w drewnie symbolach o wielkiej mocy. Kostur, który otrzymała wraz z mianowaniem na dyrektora Akademii Magów, z rąk własnej matki, jednej z przewodniczących Ligi Magów. Być może dlatego wyjęła go z gabloty i zabrała właśnie na tą misję, zamiast zwyczajowego berła bojowego. Być może chciała w nadchodzącym starciu poczuć obecność swojej mamy obok siebie, wziąć od niej drobny fragment jej statecznej, spokojnej mocy. A może zwyczajnie chodziło o to, by mieć przy sobie coś, co kojarzyło się i motywowało uczniów do osiągnięcia ich ostatecznego celu – wstępu do Akademii.

David siedział w swoim namiocie w pozycji lotosu. Miał zamknięte oczy i wydawałoby się, że śpi, gdyby nie rysujące się na jego twarzy napięcie. Medytował. Zbierał siły i przygotowywał umysł do odparcia mentalnego ataku Czerwonej Zmory. Dla całej ich szóstki (Mistrzyni postanowiła, że sama zajmie się swoją ochroną, by nie przeciążać ucznia). Nikt go nie powiadomił o zaginięciu Luny, prawdopodobnie, by nie odrywać jego myśli od zadania. Jego siła woli musiała być niezachwiana, by odegnać fatum.
Elfka mocno wierzyła, że tak się właśnie stanie. David pod jej nadzorem rozwijał się znakomicie, znaczący wzrost jego umiejętności operowania czarami zaskoczył nawet ją. Zresztą, już w chwili ich pierwszego spotkania wampir odznaczał się nieprzeciętnym zmysłem magicznym. Zwykły adept przedarł się przez zabezpieczenia Akademii i siłą wdarł do gabinetu Dyrektora, ciągnąc za sobą wczepionych w niego ochroniarzy. Zanim go obezwładnili i przygnietli do podłogi zdążył jeszcze poprosić władczynię czterech żywiołów o pomoc w powrocie do swojej ludzkiej formy. Elfka doceniła jego determinację i przyjęła go na audiencję. Niestety nie potrafiła mu pomóc. Nikt tego nie potrafił. Przemiana w wampira byłe nieodwołalna. Z czasem David pogodził się z tym, kim się stał, a przynajmniej jego mentorka miała taką nadzieję. Zgodził się również zasilić szeregi nieoficjalnej grupy uczniów Mistrzyni, stając się ich naturalnym liderem. Pasował na to miejsce ja nikt inny.

Brunhilda nie chciała przeszkadzać medytującemu, zanim jednak opuściła namiot jej wzrok padł na rozłożoną na ziemi księgę, w której wampir przechowywał zapiski i zaklęcia. Na czerwono-czarną rycinie wypełniającą jedną z otwartych stronic. Zmorę arcymagini spotkała dotychczas jeden jedyny raz. Teraz mogła się przyjrzeć jej podobiźnie – rozmyta w powietrzu sylwetka, ni to zwierzęcia, ni to człowieka. Gęste, szkarłatne wstążki mgły, przypominające bardziej macki lub pnącza drapieżnej rośliny, wypływają ze Zmory i otaczają ją bezpieczną barierą. To przed działaniem tej toksycznej chmury chronić ich miał David. Ktokolwiek wszedł w obszar działania wyziewów zaczynał tracić zmysły. Jedni szybciej, inni, odporniejsi, wolniej. W końcu jednak każdego czekała ten sam przerażający los. Stawał się więźniem.
Spojrzała na wampira. Czy jej uczeń sprosta powierzonemu mu zadaniu? Elfka miała nadzieję, że mag pamięta jak wiele osób na nim polega, bo musi już wracać do pozostałych. W szczególności zaś do Sola. Trzeba było go pilnować. Jeśli Luna rzeczywiście powróci...

Mistrzyni weszła do centrum obozowiska akurat w momencie, by usłyszeć odgłos szurania stóp o żwir, krótki, urywany. Odwróciła głowę, dzięki temu złapała jeszcze obraz Sola oddalającego się biegiem. Został wezwany. Zaczęło się.
Nie próbowała go dogonić, miast tego przyśpieszyła kroku i pobiegła do trójki swoich pozostałych uczniów. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie zawracała sobie głowy tym, czy jej prezencja jest odpowiednia. Wparowała na placyk, na którego środku znajdowało się dogasające z wolna ognisko. Po jego lewej stronie siedział tęgawy człowiek o skośnych oczach i żółtawej cerze. Jego aurę charakteryzował szczęk metalu. Od północy jasnowłosa, lokowłosa fellerianka. W aurze magini słychać było szelest liści i zawodzenie wiatru. Prawą stronę ogniska zajmowała inna kobieta, głęboki kaptur zasłaniał twarz. Jej aura przesycona była nieznośnym gorącem oraz trzaskającymi płomieniami.


        - Sol. Luna. David. Onyx. Dina.
        - I ty.
        - Pamiętam to, jak Mistrzyni wtedy wbiegła. Nigdy jej takiej nie widziałam…

- Mistrzyni?
- Zbierajcie się. Już pora.
- Ale, ale nasze zaklęcia? Potrzebujemy więcej czasu.
- Będziemy musieli poradzić sobie z tym co mamy. Zabierzcie je ze sobą.
Wskazała na naładowane skumulowaną energią zaklęć bryły, które każdy z nich trzymał.
Chropowate, ciężkie kawałki mithrilu. Brunhilda znała te kamienie doskonale. Spędziła wiele miesięcy ucząc swoją grupę jak prawidłowo zamykać w nich moc czarów.
- Ruszamy do jaskini, natychmiast, zanim stracicie kolejnego towarzysza.
Cała trójka zrywa się z miejsca, żaden z nich nie pytał teraz o szczegóły. Ani nie chciał wiedzieć kiedy dokładnie mają użyć brył. Po prostu przerywają przepływ mocy do wnętrza kamienia, podnoszą go z ziemi i podążają za swoją mentorką. Oni też czują, ze dzieje się coś złego, i że to dopiero początek. Brunhilda wraz z Onyxem, ludzkim magiem siły, biegną zakurzoną ścieżką ile sił w nogach. To na niej elfka ostatni raz widziała Sola. Pęd powietrza zrywa z głowy maie kaptur, kiedy ona i fellerianka gwałtownie rozpościerają skrzydłach i wzlatują w górę.


Czarna plama pieczary była już niedaleko. Im bliżej się znajdowali, tym wyraźniejszy stawał się wydobywający się stamtąd zapach. Pamiętała go. Zrobiło się też znacznie chłodniej. Słońce dopiero co wzeszło, myśli elfka, więc jego blask nie zdążył jeszcze ogrzać terenu. Nie. To nie dlatego. Brama do wnętrza Gór Sokolich zdaje się pochłaniać zarówno całe okoliczne ciepło, jak i światło. Z każdym kolejnym krokiem robi się coraz ciemniej. Mistrzyni spogląda wokół siebie, szukając wzrokiem sylwetki wampira, niegdzie go jednak nie ma. Jeśli mag umysłu dobrze wykonywał swoją część zadania to zdążył już wyczuć zbliżającą się zło i wzmocnił zaklęcia zabezpieczające umysły jego towarzyszy. Ochronę przed tym, co kryło się w jaskiniach.
Brunhilda dogoniła pędzącego w dół zbocza Onyxa dopiero w momencie, gdy ten niespodziewanie stanąłł się jak wryty. Gdzieś z góry dobiegł ją dzwięk głośniejszego wciągnięcia powietrza. Promienie słoneczne ledwo mogły się przebić przez zalegającą dookoła ciemność. W ich nikłym świetle Mistrzyni dostrzegła stojącego w pewnym oddaleniu od wejścia do pieczary Sola i jakąś osobę, która z wyraźnym trudem kroczy w jego kierunku. Jej nogi otaczały smugi zawiesistej, szkarłatnej mgły.
- Luna! Luna! – wrzeszczy łowca, raz za razem, jakby od ich rozstania upłynęły miesiące a nie doba.
Brunhilda woła do swojego ucznia, próbuje go ostrzec. – Stój! Sol! Nie idź do niej! – wie jednak, że to na nic. Mag dobra już jej nie słyszy, nie chce słyszeć. Czerwone opary niedługo dotarły także do niego. Sol rzucił się w stronę żony.
- J-Jak…? – z ust unoszącej się w powietrzu maie wydobył się jeden szept i zapadła cisza. Ona i jej grupa dotarli pod sam próg leża bestii, tylko po to, by wpaść w jej sidła. Kompletnie znieruchomieć. Mistrzyni czterech żywiołów może się tylko przyglądać jak połowa jej „Niezwykłej szóstki” stoi teraz i wpatruje się w obrazy, które tylko oni mogą zobaczyć. Złe wizje. Gdzie jest David? Jego zaklęcia blokujące? Czyżby mag umysłu również nie dał rady sile wpływu Zmory? Nie ma czasu się nad tym zastanawiać. Nie ma już czasu.
Jej wzrok ponownie padł na postać ludzkiego łowcy i okrytej kłębiącą się, czerwoną mgłą, kobiety. Luna stała tuż przy nim, wyciągnęła ramiona ponad gęste pasma oparu i skierowała w stronę męża. Zamknęła dłonie na jego gardle, przerywając słowa radości. A następnie zaczęła ciągnąć do siebie, do jaskiń.


        - Przerwij to. Przerwij. Ten ból… zaraz… rozsadzi… mi… głowę!
        - Przepraszam Gardenio. Chciałbym, żeby istniał inny sposób.

Maie już nie unosiła się w powietrzu. Leżała na ziemi, przykryta kokonem czerwonych oparów. Miotała się z bólu, ściskając głowę obiema rękami. Krwawiła mocno z nosa, strużki krwi zahaczały o wargi i ściekały prosto na brodę. Jej naładowany zaklęciami opal już dawno wypadł jej z dłoni i potoczył gdzieś po skalistym podłożu. Usta naturianki otwierały się raz za razem, z trudem łapiąc powietrze. Nie wydobywał się z nich jednak żaden dźwięk. Przypominała trochę wyrzuconą na brzeg rybę. Fellerianka przyjęła porcję zabójczych wyziewów zgoła odmiennie. Wylądowała tuż obok i zachowywała się bardzo spokojnie. Jednocześnie zdawała się zupełnie nie zdawać sprawy z tego, co się wokół niej działo. Spoglądała gdzieś w przestrzeń niewidzącym spojrzeniem. Moc potwora z jaskiń odcięła ją od rzeczywistości.
Onyx, mag siły, znajdował się w bezpośredniej odległości aury Mistrzyni, do której macki Zmory nie śmiały sięgnąć. Człowiek zdołał dzięki temu uniknąć wchłonięcia większej dawki oparów. Ale nawet mimo tego elfka musiała kilkukrotnie spoliczkować go z całych siły zanim ten spojrzał na nią w miarę trzeźwym wzrokiem.
- Onyx! Potrzebuję, żebyś się skupił! Onyx, popatrz na mnie! Wiesz kim jestem?!
- M…Mistrzyni…?
Czarny owal wejścia do pieczary coraz gęściej zapełniał się wstążkami szkarłatnej mgły. W jej centrum zaczęła się kształtować sylwetka.
- Dzięki Stwórcy. Muszę was stąd natychmiast zabrać ale potrzebuję twojej pomocy. Masz przy sobie swój opal?
- Tak. Tak sądzę.  
- Dobrze. Pójdę teraz po Sola a kiedy go odciągnę na bezpieczną odległość chcę, żebyś użył swoich najmocniejszych zaklęć i pchnął kamień w tą istotę.
- A-Ale przecież to Luna.
Brunhilda złapała maga za biceps, wbijając boleśnie palce w jego ramię, i pociągnęła do przodu. - Przyjrzyj się uważnie, Onyxie. Przyjrzyj się! Czy Luna kiedykolwiek zrobiłaby Solowi krzywdę? To już nie jest nasza Luna. To Zmora. Jej już nie pomożemy ale wciąż możemy uratować Sola. Dasz radę to zrobić?
- Tak.


I już biegnie w dół drogi, jej suknia napełniła się powietrzem i powiewa niczym żagiel. Uniesiony nad głową kostur jarzy się jasno, gdy elfka kanalizuje w nim energię czterech żywiołów. – Zostaw go! Zostaw!
Wbiega prosto w opary czerwonej mgły. Otaczające maginię wyładowania mocy mieszają się z plugawą wydzieliną, drążą ją i rozbijają na części. Nawet tu, przy samym wejściu do groty, Zmora nie jest w stanie dostać się do jej umysłu. Osłona elfki jest zbyt szczelna. Okupuje to jednak dużym wydatkiem sił. Istota, która kiedyś była Luną, zaciągnęła człowieka już głęboko na swoje terytorium. Gęste wstęgi oparów sięgały im już do ramion. Sol próbuje się wyrwać ale zacisk na jego szyi jest jak imadło. Mag dobra robi się siny, nie może złapać tchu.
Nagle naładowany magią kostur Brunhildy opada na przytrzymującą go rękę i przecina ją na pół. Sol zatacza się do tyłu. Luna skowyczy jak zarzynany cielak, jednak z odciętej kończyny nie tryska posoka. Wnętrze kobiety wypełniają wyłącznie szkarłatne wyziewy. Elfka zamiera na sekundę, przerażona tym co właśnie zrobiła swojej uczennicy. Mimo to unosi broń do kolejnego ciosu.      
- Mistrzyni, nie rób jej krzywdy! – krzyczy łowca. Rzuca się w stronę mentorki, łapie za dolną część kija, wyrywa go z rąk elfki i brutalnie odpycha od żony. Chwilę później klatka piersiowa mężczyzny eksploduje, gdy wbija się w nią naładowany energią opal. Sol zamiera w miejscu, wpatruje się w Mistrzynię szeroko otwartymi oczami. Kamień trafił go tuż pod lewą łopatką, aktywowane zaklęcia zmieniły centralną część tułowia w miazgę.
- Sol! – krzyczy załamującym się głosem Onyx. – Pojawił się znikąd! To nie moja wina! Stwórco... Przepraszam! – skośnooki mag siły opada na kolana, łka, zakrywa głowę rękami. Czerwone wstęgi mgły momentalnie do niego podpływają, oplatając z każdej strony, jednak Brunhilda już tego nie widzi. Klęka i delikatnie kładzie zwiotczałe ciało ucznia na skalistej ziemi. Zamyka mu oczy.
– Nie, nie twoja. – Podnosi upuszczony kostur, opiera się na nim, wyciera z twarzy ciepłą jeszcze krew łowcy. – Nie twoja.


***

Pasma mgły nadlatywały z góry, z dołu, z każdej strony, w coraz większej ilości. Krzyżowały się i splatały, opatulając maie od stóp do głów. Twarz uczennicy widoczna była tylko chwilami pomiędzy czerwonymi pasmami oparu. Gdzie się wszyscy podziali? Dlaczego zostawili ją tu samą? Z początku nic nie mogła zobaczyć prócz wirującego, mglistego obłoku jednak już po chwili z zamazanego, chaotycznego obrazu zaczął wyłaniać się humanoidalny kształt. Fellerianka siedziała na piętach w katatonicznym zastygnięciu, wolno kiwała głową w przód i w tył, wpatrywała w coś z przerażeniem.
- Dina pomóż mi. Musimy stąd uciekać. – maie chciała krzyknąć do magini ale gdy tylko otwarła usta wlała się w nie porcja szkarłatnej mgły. Naturianka zgięła się w pół, zaniosła gwałtownym, bolesnym kaszlem. Opary przeleciały przez jej przełyk strumieniem tłuczonego szkła. Dostały się do krwiobiegu, zmieniły ją. Krew parzy ją jak ładunek elektryczny. Łomocze, obija się u podstawy czaszki. Przy najmniejszym wykonanym ruchu ból narastał do granic wytrzymałości, pulsował we wszystkich częściach ciała. Dina wydała z siebie szaleńczy skowyt jednak maie nie patrzyła już w tamtą stronę. Wyła.
Dlaczego się opierasz leśna istoto, odezwał się szeleszczący głos Zmory, łamałam już umysły silniejsze od twojego. Ty też się złamiesz, prędzej czy później, szepcze okrutnie potwór, tak jak twoi towarzysze. Tak jak twoja mistrzyni. Dołącz do nas, otwórz przede mną swój umysł, inaczej zginiesz w agonii. I nikt się nigdy nie dowie o twoim honorowym oporze. Czy tego chcesz? Śmierci? Masz jeszcze po co żyć, leśna istoto. Wpuść mnie a ból się skończy, już nigdy nie zaznasz cierpienia.
Maie dygotała jak w febrze, zacisnęła zęby. Nie rozpraszaj się dopóki zaklęcie nie będzie zawiązane, powtórzyła w myślach słowa mentorki. Nie rozpraszaj się dopóki zaklęcie nie będzie zawiązane, maie z histerycznym uporem wbiła wzrok w ziemię, na którą ciężkimi kroplami ściekała jej krew. Inaczej już po tobie. Musisz się skoncentrować. Nie wiem jak. Musisz sobie powiedzieć, że to nie jest prawda.


Nikt nie mierzył ile czasu przeleżała, jak wrośnięta w ziemię, mamrocząc, kląć, łkając, milcząc. Odgłos uderzenia błyskawicy pojawił się nagle, potem kolejny. Niedługo dołączyły do niego mroźne, coraz silniejsze i silniejsze podmuchy wiatru. Wicher dął od strony jaskiń. Gdzie tam wicher! Potężna nawałnica uderzyła z impetem w skuloną ma ziemi maie, niosąc ze sobą gradowe kule i lodowe odłamki. Zawierucha oślepiła ją, ogłuszyła, zmroziła do kości, to jednak nie było ważne. Szalejący żywioł przemknął po uczennicy jak fala przypływu i poleciał dalej, nie wyrządzając żadnej krzywdy, za to oczyszczając przestrzeń wokół z wszelkich śladów zabójczej mgły. Kobieta bez większego trudu rozpoznała magiczne popisy  elfiej mentorki. Szeleszczący głos Zmory zamilkł, słychać za to było przyśpieszony, łapczywy oddech. Ulgi. Skończyło się. Skończyło. Zamknij teraz oczy maie, odpocznij, może dzień, może kilka tygodni.
Nie, jeszcze nie. Najpierw musi to zobaczyć.
Uda ostro warknęły w proteście ale maie i tak podniosła się na czworaka, podpierając się łokciami. Trujące opary wciąż krążyły w jej organizmie, wywołując bolesne, rwane skurcze mięśni, przytępiając zmysły. Otarła twarz z łez i spojrzała w dół zbocza. Przy wejściu do jaskiń wirował cyklon, czerwono-szare kłębowisko wody, wiatru, ognia i ziemi. Mistrzyni i Zmora musiały znajdować się wewnątrz ale nawet z odległości można było zauważyć jak szkarłatne opary rozpadają się na kawałki pod naporem zaklęcia. Bledną i nikną. Nigdzie nie mogła dojrzeć Sola i Onyxa. Na pewno odsunęli się na bezpieczną odległość, uspokaja się w myślach. Mistrzyni nigdy nie aktywowałaby tak niszczącego czaru, gdyby wciąż byli w pobliżu.
Jakiś ruch po jej lewej. Dina niepewnie staje na nogi.
- Przestań! – krzyczy fellerianka w stronę kłębowiska żywiołów. – Nie waż się tknąć mojego dziecka!
- Dina, uspokój się. – chrypie maie przez ściśnięte gardło. – To działają halucynacje tej suki. – ale magini powietrza nie słucha jej, sztywnym krokiem schodzi drogą w dół, gdzie wciąż trwa starcie dwóch magicznych sił. Mistrzyni wygrywa. Jej wicher słabnie, przycicha. Po gęstych, szkarłatnych oparach zostają ledwo widoczne wiązki mgły. Zabójcze wyziewy nikną ale Zmora odmawia spokojnego odejścia w niebyt. Rzuca na stół ostatnią kartę atutową.
- NIE! – wrzeszczy Dina. – Odsuń się od niego! Ostrzegam cię! – Jasnowłosa podnosi rękę w której ściska swój naładowany zaklęciami opal.
I wtedy w głowie maie ponownie rozbrzmiewa szeleszczący głos potwora z jaskiń. – Zapłacicie za wchodzenie mi w drogę.
Naturianka zamiera, wie co tamta panuje, wie co zaraz się stanie. Niezgrabnie podnosi się, rzuca biegiem za towarzyszką, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Upada. Felelrianka kroczy dalej. Zawierucha nie zatrzymuje jej marszu, nie jest zagrożeniem. Jeszcze kilka metrów i staje przed Mistrzynią Brunhildą. Elfka ciężko opiera się o swój kostur.  
- Już nikomu nie zagrozi. Udało nam się. - Mistrzyni jest wyczerpana, mimo to zdobyła się na słaby uśmiech. – Teraz możemy…
- Powiedziałam, żebyś zostawiła go w spokoju! Zobacz co mu zrobiłaś! – krzyczy Dina.
Ciska iskrzący się mocą opal.  
Mistrzyni Brunhilda ginie.


***

        Wampir zdjął ręce ze skroni Gardenii. Kobieta zakaszlała, następnie powolnym ruchem wytarła zaschniętą krew spod nosa. Przez chwilę siedziała w kompletnej ciszy, w końcu złożyła dłonie jak do modlitwy i oparła na nich mokre od potu czoło.
- Co się stało z Onyxem i Diną? – zapytała wpatrując się w ziemię pod stopami.
David cofnął się o krok, odwrócił się bokiem i zakurzył fajeczkę z osikowego drewna. Mocno zaciągnął się dymem.
- Nikt poza nami nie przeżył. Przykro mi. – nerwowo dmuchnął obłoczkiem ku niebu.
- Ale jak to się mogło stać? Przecież… - przerwała. Przez głowę przemknęła jej myśl, przebłysk intuicji, tyleż prawdopodobna co przerażająca. Odepchnęła ją na bok i wbiła wzrok w maga umysłu. – To znaczy, że nie było żadnych assassynów mrocznych elfów. Ani toksyny.
Wampir pokręcił przecząco głową - Gdyby rozniosło się jaka była prawdziwa przyczyna śmierci Mistrzyni Brunhildy ludzie dowiedzieliby się również, że dyrektorka Akademii Magii od dawna uczyła elfickiej sztuki zaklinania osób do tego nieuprawnionych. Nas. Nie wspominając o tym, że zabił ją jej własny uczeń pochodzący z klasy nieuprzywilejowanej. Wybuchłby skandal. Liga Magów wszystko zaaranżowała, by wyglądało to na skrytobójstwo.
- Dlaczego o tym zapomniałam?
- Dlatego cię odnalazłem. – platynowa chmurka dymu zawirowała wokół twarzy maga. – Gdy przybiegłem na miejsce odkryłem, że jest już za późno. Aury wszystkich z naszej grupy były wygaszone. Nie wyczułem też żadnej obecności Czerwonej Zmory. Tylko ty jeszcze żyłaś. Zabrałem cię stamtąd i wróciłem do miasta. Dużo później dowiedziałem się czegoś na temat tego potwora. Podobno przyczyna dla której tak trudno było go zgładzić wynikała z jego niezwykłej zdolność do podziału swojej istoty. Nawet po rozbiciu na części potrafił przeżyć w niewielkim fragmencie ciała. Te opary, które wszyscy wdychaliście…  
– Co sugerujesz? Że Czerwona Zmora ciągle żyje?
- Niczego nie sugeruję, po prostu zastanawiam się. Spójrz na fakty. Po pierwsze utraciłaś wspomnienie całego zdarzenia. Po drugie jako jedyna przeżyłaś kontakt z mgłą i nie postradałaś zmysłów pod jej działaniem. Być może to coś wiedząc, że nie da rady wyjść cało ze starcia z Mistrzynią, specjalnie cię oszczędziło. Przygotowało sobie drogę ucieczki a potem postarało się, byś o nim zapomniała.
Gardenia wstała z miejsca, pokręciła głową. To wszystko wydawało jej się zupełnie nierealne. – Nie wiem. To pokręcona teoria. Może po prostu miałam trochę więcej szczęścia?
- Może. – mag umysłu odwrócił cybuch do góry dnem i wytrzepał ze środka popiół.– Odszukałem cię, żeby ci o tym powiedzieć. Jako twój przyjaciel pomyślałem, że powinnaś być świadoma niebezpieczeństwa. - Podszedł do maie, położył jej ręce na ramionach w geście pokrzepienia. – Naprawdę mi przykro. To byli dobrzy ludzie.
Ciężka, ołowiana kula automatycznie podeszła jej do gardła, napęczniała, wyciskając z kącików oczu gorące łzy.
- Później, jeszcze nie teraz. – przełknęła pierwszą napierającą falę żalu. Wzięła głębszy oddech. - Nie dopóki tego nie zakończę.
- Ja też muszę ci coś powiedzieć. – przełknęła ślinę. Kolejny wdech. – W tamtej chwili, kiedy wchłonęłam czerwoną mgłę, coś się ze mną stało. Słyszałam myśli Zmory, w jakiś sposób nawiązała ze mną kontakt ale to nie wszystko. Słyszałam też myśli Mistrzyni, gdy stała tam, wewnątrz wiru. Chcesz wiedzieć o czym wtedy myślała? – ramiona maie zaczęła podrygiwać kiedy kobieta zaniosła się nerwowym chichotem. Wampir cofnął ręce. – Uśmiejesz się, to naprawdę zabawne. Ona uważała, że… - magini głośno westchnęła. – Że nie ustawiłeś w naszych umysłach żadnych barier.

        Wampir obejrzał się przez ramię na ścieżkę, gdzie w pewnym oddaleniu stali dwaj nieumarli magowie, przybyli do Warowni razem z kobietą. Ta droga ucieczki była odcięta. Ponownie spojrzał na maie.
- Dlaczego?
- Nawet nie zaprzeczysz? Ty suczy synu.
- Wysłałeś nas na pewną śmierć!
- Posłuchaj Gardenio, to nie tak. Kazali mi… - dalszą wypowiedz przerwał mu zapłon ognia, który błyskawicznie rozprzestrzenił się, ogarniając maga całego. Dwa lisze odwróciły głowy, by zobaczyć co się działo. Magini odczekała chwilę, w końcu wygasiła czar. Przykryła dłonią nos. Swąd palonych włosów i skóry był obrzydliwy. - Kto?
- Liga Magów. – osmolona postać osunęła się na kolana. – Odnaleźli mnie. Kazali opuścić wam mentalne osłony i trzymać się z daleka. Mistrzyni przeżyłaby spotkanie ze Zmorą ale jej uczniowie mieli zginąć. Taki był plan. Liga nigdy nie zamierzała się z nami układać, Gardenio. Byliśmy problemem do rozwiązania.
- Dlaczego nam nie powiedziałeś? Pomoglibyśmy ci. – wampir milczał. – Co ci obiecali? – zapytała a odpowiedz pojawiła się samoistnie. To czego David pragnął najbardziej to znowu być człowiekiem. – Życie Mistrzyni, Luny, Sola, Onyxa, Diny, moje za magiczne ustrojstwo do zmiany koloru skóry? Ciepłoty ciała? Fałszywe bicie serca? Było warto? – wampir milczał. – Po co mi to wszystko pokazałeś? Poczułeś wyrzuty sumienia? – magini prychnęła z pogardą. – Mam dla ciebie przykrą informację, Davidzie. Chyba za bardzo wczułeś się w odgrywaną rolę. Nieumarli nie czują i nie mają uczuć. A ty jesteś jednym z nich. I będziesz do końca swojej nędznej egzystencji.

        Zaklęcie ognia rozgorzało wokół szyi maga, formując się w ciasną obręcz. – Zabijesz mnie?
- Zabijanie przyjaciół to twoja działka. Nie będę ci jej odbierać. Trafisz do oddziałów, które lord Megdar wyśle w pierwszej kolejności na front. I niech Stwórca decyduje o twoim losie.
Kruk na ramieniu maie wydał z siebie skrzekliwą uwagę.
Za plecami mężczyzny otworzył się portal.
- Gardenio, zaczekaj. – magini zacisnęła szczękę ale odwróciła się do Davida przodem. – Co Mistrzyni… Co pomyślała wtedy o mnie?
- Nie wiem. Skłamałam.
Para kościanych rąk wciągnęła wampira za sobą.
Gardenia
Zsyłający Sny
 
Rasa:
Aura: Potężna, barachitowa aura o turmalinowej poświacie. Wokół niej słychać trzask ognia i grzmoty. Wydziela zapach miodu i kwiatów. W dotyku jest giętka, twarda i ostra a w smaku łagodna i gorzka.
Wygląd:

Postprzez Gardenia » So kwi 21, 2012 5:45 pm

        - Pani.
Gardenia otworzyła oczy z przemożną niechęcią. Chwilę zabrało jej zrozumienie, że to nie otoczenie wiruje. Widok sterczącego nad nią licza przygnębił ją kompletnie, szczególnie gdy odpadł mu z twarzy fragment przegnitej skóry a potem wylądował na jej czole.
- Pani, sugeruję przeprowadzenie ataku natychmiast póki wrogie wojska nie ściągną na plac machiny wojennej. Nasza magia powstrzymuje ich strzały i miecze ale ostrzał naszej pozycji z katapulty może skończyć się…niefortunnie.
Magini ognia, oparta o pień drzewa, przeklinając i plując ruchem robaczkowym podsunęła się plecami do góry. Przetoczyła dookoła nieprzytomnym wzrokiem, tam i na zad. Zatrzymała go na twarzy nieumarłego. Przytuliła do siebie pusty bukłak, po czym opuściła powieki.
- S-Skocz do ich spiżarni i przynieś jeszcze. – sapnęła na licza i udała się do snu.
- Pani. – ożywieniec potrząsnął ubzdryngoloną naturiankę za ramię.
Gardenia wytrzeszczyła na niego oczy. – C-Co ty robisz?! Przeciż muffie wyra-aźnie ić po napitek, klocku, nie? Idź. Piję za zmarłych towaszy-szy. Chyba. – trzepnęła trupa w kościaną klatkę. - Nie stercz tu tak nade mną, bo wyglądasz jak ten, no, rata kata, rata kata ran. Rata ran, cholera – zachichotała. Chciała powiedzieć „jak ratakar nad serem” - ratarrrrrrrr... rrrrrrr…
- Nadlatuje!!! – wrzasnął drugi licz. I rzeczywiście z nieba nadlatywał pocisk z katapulty. Licze rozbiegły się w dwie przeciwne strony świata. Huknęło. Głaz opadł tuż przed Gardenią, opryskując ją fontanna błota i trawy.
- Co jest, wciórności?
Kościane ręce wsunęły się pod jej pachy, podniosły do pionu i przytrzymały. Pusty bukłak pacnął o ziemię. - Pani, jesteśmy ostrzeliwani z katapulty.
- Pszeciesz widzę. – odepchnęła rękę ożywieńca i zatoczyła się na drzewo. Objęła je mocno i przywarła do pniaczka. A ziemia ciągnęła ją w dół, i przyciągała, w dół.
- Kapitanie. Proszę pszenieść mnie na terytorium wroga.
- Jestem Dart Sit, pani. Proszę najpierw puścić drzewo, pani.
- Niiii-e. – roześmiała się. – Z drzewem. Ktoś mnie musi tszszymać. Czy to jest problem, Darsee?
- Już przygotowuję.
- No. Wiesz? Miszsz-ni zmiotłaby tą ruderę z powieszni ziemi. Stwórco, nigdy jej nie lubiłam. Ciągle wygrywała. Zadzierała nosa. Ale ją szanowałam. To czasami lepsze od sympatii.
- Pani, zaklęcie gotowe.
- Lubię cię Darsee, powinniśmy częściej wychodzić.

***

        Zanim łyżka katapulty załadowana została powtórnie na głównym placu pojawiło się drzewo.
Warownia została zajęta.

Ciąg dalszy.
Gardenia
Zsyłający Sny
 
Rasa:
Aura: Potężna, barachitowa aura o turmalinowej poświacie. Wokół niej słychać trzask ognia i grzmoty. Wydziela zapach miodu i kwiatów. W dotyku jest giętka, twarda i ostra a w smaku łagodna i gorzka.
Wygląd:


Powrót do Zrujnowana Warownia

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron