Adrion[Miasto] Własny kodeks moralności.

Królestwo Elfów, jedno z trzech położonych w Szepczącym Lesie. Siedziba tkaczy zaklęć, uzdrowicieli i białych kapłanek. Schronienia dla wszelkich podróżnych, miejsce przyjazne, choć zamknięta na wojny i konflikty.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Yamilet
Zbłąkana Dusza
Posty: 2
Rejestracja: 4 miesiące temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Złodziej , Rzemieślnik , Artysta
Kontakt:

[Miasto] Własny kodeks moralności.

Post autor: Yamilet »

Wsiadła na statek w Saorais i dopłynęła nim aż do Rubidii. A potem, odnajdując ślady udała się w górę Rzeki Motyli, aż do Valladonu. Tam dowiedziała się, że jej poszukiwania powinny zakończyć się w Ekradonie. Więc ruszyła konno wzdłuż Diharu, który biegł w stronę Smoczej Przełączy. I tak znalazła się w Ekradonie.

Chuj imieniem Maxon i nazwiskiem Dalihard był seryjnym gwałcicielem. Oficjalnie był kupcem, kiedy zjawił się w Saorise zgwałcił pięć kobiet, ale tylko jedna przyszła z tym do "Sarenek". Leti zrobiła prywatne śledztwo i dowiedziała się o innych ofiarach. Szczęście w nieszczęściu jedna z nich potrafiła rysować i to ona sporządziła dla niej portret tego skurwiela. To nie było zlecenie za pieniądze. Chciała się zemścić za to co zrobił tym wszystkim dziewczynom. Nawet "Delainy" nie miały nic przeciwko. Widziały determinację i wściekłość Let. Wszystkie zgodziły się, że należy go dopaść i sprawić jak największy ból. Idąc śladami wynaturzonego zboczeńca Yami trafiła właśnie do Rubidii. Tam znalazła kolejne ofiary tej bestii, w tym dwie siostry. Jedna miała trzynaście, druga szesnaście lat. Wtedy poczuła, że nawet gdyby miała udać się za Lodowe Pustkowia, dopadnie go i sprawi, że będzie cierpiał umierając powoli przez wiele dni. Była pewna, że w Valladonie znajdzie następne skrzywdzone kobiety. Nie myliła się. Wewnętrzny gniew zmienił się w lód i snucie planów, jak i co powinna zrobić z tym zwierzęciem. Wiedziała, że jeśli znajdzie go w Ekradonie, to droga ucieczki będzie prosta. Wystarczy spłynąć rzeką w dół na tratwach przewożących drewno i inne towary do Valladonu. Ale Ekradon okazał się ślepą uliczką. Jedyne czego się dowiedziała, to tego, że karawana kupiecka ruszyła do Adrionu.

Cyrk, który zawitał do elfickiego królestwa wydawał jej się idealnym miejscem na poszukiwania. Dużo ludzi, jeszcze więcej dzieci w różnym wieku. Wiedziała, że wśród nich musi znaleźć się bezbronna nastolatka, taka która uśmiecha się, ale jest skromna i nie skacze z radości, nie krzyczy, ale jest urocza i naiwna. Na takie ofiary polował zwyrodnialec, którego zamierzała zabić, lub okaleczyć tak, że sam będzie prosił o śmierć. Okaleczenie było oczywiście dotkliwszą karą, ale bała się, że nie wytrzyma i poderżnie mu gardło. Tak, czy owak, teraz on miał być ofiarą. Kupiła więc bilet i weszła do cyrkowego namiotu. Panował tu zaduch i hałas. Ławeczki różnej wysokości były ustawione tak by tworzyć trybuny. Weszła na najwyższą z nich. Tu miała najlepszy widok. Występ interesował ją tyle o ile. Za to uważnie rozglądała się za tym, którego szukała i za jego potencjalną ofiarą.

Kilka dni później było po wszystkim. Trup gwałciciela gnił już gdzieś w dole rzeki Livar, a Yamilet chciała dać sobie czas żeby odpocząć. Nie miała sił ruszać od razu do domu, chciała pobyć trochę wśród elfiej społeczności. I choć wiedziała, że Maxona spotkała odpowiednia kara, to czuła moralnego kaca. Była wyczerpana fizycznie i psychicznie. Miała wygodny pokój w karczmie, ale nie mgła spać. Wierciła się przez całą noc, więc kiedy tylko wstało słońce postanowiła przejść się po mieście.

Miała na sobie skórzane spodnie i długą, turkusową tunikę przewiązaną paskiem. Pod tuniką był drugi pasek, nieco niżej, ukryty pod szerokim materiałem. Przy nim wisiały sztylety, kilka eliksirów i specjalna, umagiczniona linka. Włosy miała zaplecione w kilka warkoczy i upięte finezyjnie tak, by nie przeszkadzały jej w razie walki. Nie rozstawała się ze swoimi atrybutami do walki, bo cóż... Ulice bywały niebezpieczne, wiedziała o tym jak nikt inny.
Awatar użytkownika
Arnulf
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Kapłan , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Arnulf »

Zgiełk miasta zewsząd otaczał Brata Arnulfa, który napawał się specyficzną, przyjazną dla niego miejską aurą. Zdecydowanie przebywanie w społeczności bardziej mu odpowiadało niż długie i samotne wędrówki, mimo iż raczej stronił od przebywania w towarzystwie. Był specyficznym typem samotnika, który odczuwał silną potrzebę bycia elementem miejskiego organizmu. Głoszenie kazań i dzielenie się mądrością było czymś co dawało mu poczucie spełnienia i napełniało go optymizmem.
Mnich nie był do końca pewien co sprowadziło go właśnie w te strony, jednak czuł wewnętrznie, że los nie był ślepy. Podświadomość kazała mu wierzyć, że jego przeznaczenie wkrótce się do niego odezwie. Tymczasem jednak przemierzał wąskie uliczki kierując swe kroki w stronę cechu rzemieślników. Ostatnie tygodnie spędzał na zmianę na głoszeniu kazań gdzieś pośrodku miasta i na pomocy przy remoncie niewielkiego klasztoru, w którym obecnie stacjonował. Jego dzisiejsze zadanie polegało na zdobyciu gwoździ, których zaczynało już mnichom brakować. Szedł w miarę dziarskim krokiem, z dwoma niewielkimi, drewnianymi wiaderkami w rękach. Co jakiś czas odpowiadał na przypadkowe pozdrowienia przechodniów. Społeczność elficka, z którą miał do czynienia była przyjaźnie nastawiona do wszelkiej maści miłośników religijności, etyki i mądrości. W mieście tym Arnulf mógł spokojnie głosić swoje kazania bez obaw, że zostanie w jakiś sposób szykanowany. Jego słuchacze wykazywali zaskakującą bystrość umysłu i często okazywało się, że jego monolog przeradzał się w dialog, z którego wynikały naprawdę fascynujące wątki. Mnich bardzo cenił sobie taką postawę, ponieważ niejednokrotnie dzięki niej sam wynosił ze swych kazań więcej, niż słuchacze, do których przemawiał.
Cech rzemieślników zdecydowanie wyróżniał się na tle zabudowy miejskiej. Nie sposób było pomylić tej dzielnicy z jakąkolwiek inną. Architektura elficka sama w sobie była niezwykle piękna i bardzo bogato zdobiona motywami roślinnym. Cech rzemieślników natomiast wyróżniał się tym, że był to obszar stanowiący zlepek opus magnum najbardziej uzdolnionych mistrzów architektury i sztuki użytkowej. Ta część miasta była zdecydowanie jednym z miejsc, które warto było odwiedzić, ponieważ samo w sobie stanowiło perłę dziedzictwa kultury elfiej społeczności. Brat Arnulf wpadał w głęboki zachwyt, ilekroć znajdował się w tej okolicy. Czuł ogromny podziw dla umiejętności budowniczych, szczególnie przez wzgląd na to, że sam niejednokrotnie pomagał przy pracach budowlanych i doskonale wiedział ile wysiłku kosztują wszystkie czynności związane z tym fachem, a także jak ogromny wpływ na efekt końcowy mają nawet najdrobniejsze detale.
Dom kowala znajdował się mniej więcej w centralnej części dzielnicy. Miał charakterystyczny dla stylu dominującego w mieście baryłkowaty kształt. Tuż obok stała altana, w której znajdował się trzon pracowni mistrza. Drewniane sklepienie przypominające nieco kształtem dach cyrkowego namiotu osadzone było na wąskich, prawdopodobnie gipsowych kolumnach, które porośnięte były łańcuchami wielobarwnych, różnokolorowych kwiatów, o drobnych płatkach. Wejście do altany było strzeżone przez dwie, półnagie figury wykonane z tego samego materiału co kolumny – jedna z nich była kobietą trzymającą w jednej ręce młot kowalski, a w drugiej wygrawerowany miecz, natomiast druga postać była mężczyzną przyglądającym się trzymanemu w dłoni pierścieniowi. Nie sposób było pomylić tę pracownię z jakąkolwiek inną. Brat Arnulf przystanął i zawiesił wzrok na majestacie tej konstrukcji. Do jego uszu dobiegał odgłos stukania młotkiem o metalowy element. Delikatny wiatr przyjemnie muskał jego skórę i przywiewał do jego nozdrzy zapach kwiatów. Arnulf ruszył w stronę altany, gdzie spodziewał się zastać kowala. Wewnątrz altany temperatura była zdecydowanie wyższa za sprawą znajdującego się tam rozgrzanego pieca. Wysoki, dobrze zbudowany elf wyciągał właśnie z wody coś co przypominało długą żerdź. W powietrzu czuć było zapach rozgrzanego metalu i palonego węgla.
- Witaj mnichu! Zgaduję, że po gwoździe? - basowy głos elfiego kowala zdecydowanie dodawał mu męskości. Brat Arnulf poczuł, że jego rozmówca zapewne twardą ręką trzyma lejce swojego własnego losu.
- Kończą się. Potrzebujemy jedno wiaderko krótkich i jedno wiaderko długich.
Elf zaśmiał się chrapliwym jak na swoją rasę śmiechem.
- Dobrze, że kowal zawsze ma ich pod dostatkiem, co? Zobaczmy...
Mężczyzna otworzył kufer stojący gdzieś z tyłu altany. Po chwili podrapał się po głowie i gwizdnął przeciągle
- Cholera, kończą się. Trzeba będzie się tym zająć.
Zamknął klapę, po czym chwycił zamocowane po bokach uchwyty i podniósł skrzynię. Zakonnik przyglądał się jak wyrzeźbiony tors zasłonięty częściowo kowalskim fartuchem napina się ukazując najdrobniejsze nawet mięśnie. Trzeba było przyznać, że elf miał w sobie tyle krzepy, że prawdopodobnie mógłby bez problemu skręcić kark rozjuszonemu bykowi, trzymając go za rogi. Kowal postawił skrzynię na stole i otworzył wieko. Następnie odebrał od zakonnika wiaderka i zaczął wybierać z niej odpowiednie gwoździe.
- Została mi już ostatnia skrzynia. W dodatku niepełna. Ale powinniśmy uzbierać. W razie czego mój czeladnik powinien mieć jeszcze jedną. Tyle roboty, że nawet nie ma czasu głupich gwoździ przygotować.
Brat Arnulf przyglądał się narzędziom które znajdowały się tu i ówdzie.
- Jak idzie praca przy remoncie?
- Powoli ale do przodu. Brat Venduriell i brat Antras znają się co nieco na rzeczy. Reszta pomaga o tyle, o ile jest to możliwe. Prawdą jednak jest, że bez pomocy z zewnątrz trwałoby to o wiele dłużej.
- Antras kiedyś rzeczywiście dużo czasu spędzał wśród budowniczych. Zawsze ciekawiło mnie życie mnichów. Macie całkowitą kontrolę nad tym co robicie, kosztem wielu niewygód. Możecie jednak zajmować się dosłownie tym na co macie ochotę. Taki kowal, to musi harować, żeby utrzymać siebie i rodzinę. Wy macie taki tryb bardziej swobodny, ale jednak zdecydowanie bardziej ryzykowny. A nuż komuś nie spodobałoby się wasze nauczanie i co? Skąd wziąć na chleb?
Brat Arnulf wyczuł w głosie swojego rozmówcy sporą dozę podziwu i był szczerze zdziwiony. W większości przypadków spotykał się z poglądami, że mnichów postrzegano jako owszem mądrych, lecz za to nie do końca pracowitych i pożytecznych społecznie. Tymczasem elf, który wykonywał jedną z najcięższych i najbardziej potrzebnych prac, darzył szacunkiem stan, do którego przynależał Brat Arnulf, tylko przez wzgląd na ryzykowny styl życia. W tym mieście rzeczywiście na każdym kroku można było niespodziewanie natknąć się na ogromny szacunek dla myślicieli i duchownych. Mentalność elfów była całkowicie inna niż mentalność ludzi.
Po kilku minutach całkowicie spontanicznej i prostej rozmowy oba wiaderka zapełniły się. Skrzynia była już tylko w połowie pełna, więc elf bez większego problemu, niedbałym ruchem odstawił ją na miejsce. Brat Arnulf wiedział, że kowal nie upomni się o zapłatę i nie będzie nawet wspominał o pieniądzach, jednak otrzymał od skarbnika zakonnego sakwę z monetami, którą miał wręczyć jako zapłatę.
- Bardzo dziękujemy za gwoździe.
Elf przyjął sakiewkę od mnicha, jednak nic nie wskazywało na to, że będzie sprawdzać jej zawartość. Społeczność elfów rządziła się mimo wszystko swoimi prawami i zasadami. Mnich miał już odejść, kiedy przypomniał sobie, że ma ze sobą niewielki amulet, który odnalazł w trakcie podróży, a którego aura wskazywała na to, że będzie on chronił posiadacza przed nadmiernym zmęczeniem.
- Tutaj jeszcze drobny amulet ode mnie. Powinien nieco pomóc przy pracy.
Elf początkowo nie chciał go przyjąć uważając ten gest za zbytek dobroci mnicha, jednak po chwili uprzejmego namawiania, przyjął podarek i z widocznym uznaniem na twarzy podziękował darczyńcy. Mężczyźni pożegnali się i brat Arnulf ruszył w stronę klasztoru.
Mnich przechodził właśnie obok tawerny i uzmysłowił sobie, jak bardzo chce mu się pić. Postanowił, że wstąpi na chwilę i wypije jeden kufel chłodnego, pszenicznego piwa, o ile takowe będzie. Wewnątrz było zdecydowanie całkiem przytulnie. Tawerna nie była ani trochę obskurna, przypominała raczej całkiem wygodne miejsce, w którym można zjeść z klasą, nie przepłacając za zakupione potrawy i napoje. W pomieszczeniu głównym znajdowało się kilka drewnianych ław, do których podostawiane były krzesła. Wszystkie meble pomalowane były na ciemnoczerwony kolor. W rogu sali siedziała para młodych elfów, które widocznie miały się ku sobie i spożywały wspólnie jakiś posiłek. W centralnej części bujała się na tylnych nogach krzesła młoda kobieta, której delikatna i śliczna aparycja była skutecznie podkreślana przez ubiór jaki miała na sobie. Jedyna rzecz, na którą mnich zwrócił uwagę, było jej niewątpliwe, alariańskie pochodzenie. Ostatnim gościem w tawernie był jakiś biednie ubrany mężczyzna siedzący, a raczej pochylający się ostatkiem sił nad ladą. Brat Arnulf podszedł do szynkwasu, za którym stał wysoki, białowłosy elf. Na jego twarzy było widać cień zniesmaczenia wynikającego z obecności człowieka, który zdecydowanie był już w zaawansowanym stadium upojenia alkoholowego.
- Poproszę kufel pszenicznego.
Karczmarz bez słowa nalał do szklanego kufla złocisty płyn. Mnich postawił wiaderka na ziemi i sięgnął do sakiewki. Zapłacił za napój, po czym usiadł przy kontuarze. Mężczyzna obok zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Mnich pociągnął kilka łyków złocistego napoju, delektując się przyjemnym, goryczkowym smakiem. Nagle poczuł, jak siedzący obok obwieś, obala się na niego, próbując zejść z krzesła. Brat Arnulf podtrzymał go trochę, aby ten odzyskał równowagę.
- Na-a mnie już po-ora! Mam sprawy do za-łatwienia.
Nozdrza mnicha zostały zaatakowane ostrym i nieprzyjemnym zapachem trawionego alkoholu. Karczmarz widocznie odetchnął z ulgą. Podpity mężczyzna ruszył w stronę wyjścia. Brat Arnulf pociągnął kilka kolejnych łyków.
- No co słodziutka! Chcesz ze mną zatańczyć?
Do uszu zakonnika doleciał gardłowy rechot, a następnie głuche uderzenie połączone z chrupnięciem przypominającym wybijanie stawów. Karczmarz zbladł. Sekundę później coś z dużą siłą przesunęło drewniany stół.
- Co-esst... Kurw!
Kolejne głuche uderzenie, a po nim przerażony, męski jęk. Mich odwrócił się by spojrzeć co się stało, jednak widok jaki ukazał się jego oczom, zupełnie zbił go z tropu. Pijany mężczyzna, który przed chwilą wychodził z karczmy, leżał teraz na brzuchu. Na jego plecach siedziała urocza, młoda dziewczyna, która z gracją wykręcała mu rękę wykorzystując dźwignię, dzięki której nie musiała praktycznie wcale używać siły. Wolną ręką wygrzebywała coś z kieszeni obwiesia. Kiedy skończyła, puściła pijaka, wstała i podeszła do Arnulfa. W dłoni trzymała jego własny mieszek. Mnich wybałuszył oczy ze zdziwienia.
- Pilnuj lepiej swoich drobniaków mnichu.
Przyłapany na kradzieży mężczyzna z trudem pozbierał się z podłogi i ocierając rękawem krwawiący nos, ruszył w stronę jasnowłosej panny pragnąc zemsty za wyrządzoną krzywdę.
- Już ja ci pokażę, ty mała, podstępna suko!
Mnich wstał gotowy by ochronić dziewczynę. Został jednak powstrzymany.
- Spokojnie! Nie takie pomioty już mi groziły.
Kolejne wydarzenia potoczyły się na tyle gwałtownie, że zakonnik nie był do końca pewien czy to co widział było rzeczywistością czy fikcją. Pijak stanął w niewielkim rozkroku, a następnie pochylił się do przodu i złapał dziewczynę za ramiona. Brat Arnulf ruszył z odsieczą, jednak dostrzegł na twarzy niewiasty podstępny uśmieszek, jakby ta tylko na to czekała. Jej noga z prędkością drapieżnego ptaka podczas ataku pomknęła w kierunku krocza jej przeciwnika. Głuche, męskie stęknięcie było zwieńczeniem tego spektakularnego ciosu. Mnich mimowolnie skrzywił się, jednak po chwili zaskoczenia wykonał krok w stronę pokonanego i podtrzymał go, aby ten nie upadł na ziemię. Mężczyzna darł się w niebogłosy wykrzykując obelgi pod adresem dziewczyny, jej matki i całego jej przeklętego rodu. Mnich doprowadził go do wyjścia, po czym wypchnął zdecydowanie na ulicę. Był raczej dobry dla ludzi, jednak jego cierpliwość też miała swoje granice. Moczymorda zrobił kilka niezdarnych kroków, po czym osunął się na chodnik. Po chwili jednak wstał podtrzymując się pobliskiego płotu i ruszył gdzieś przed siebie. Mnich wrócił do środka.
- Dziękuję.
- Drobiazg. I tak już od dłuższego czasu mnie denerwował swoim zachowaniem.
Mnich pomógł karczmarzowi ustawić stół i krzesła tak jak stały zanim doszło do awantury.
- Jestem Letti. Grzeczna i niewinna Letti, która po prostu czasem nie lubi być obojętna.
Mnich przyjrzał się swojej rozmówczyni. Dopiero teraz wyczuł, że jej aura zdecydowanie coś przed nim ukrywała. Kim była ta niewiasta? Jej aparycja skrywała niewątpliwie poplątany charakter.
- Brat Arnulf. Jeszcze raz dziękuję.
- Jeszcze raz drobiazg!
Dziewczyna czarująco zamrugała oczami, po czym przeprosiła karczmarza za zamieszanie, pożegnała się z mnichem i gdzieś sobie poszła. Jej krok był pełen niewinności, a postawa nie wskazywała na to, by kiedykolwiek mogła wdać się w bójkę z przypadkowym mężczyzną w środku dnia, w elfiej karczmie.
Mnich powrócił do swojego piwa. Zerknął na karczmarza, który w zadumie przecierał lnianą szmatką naczynia.
- Dziwny dzień...
Brat Arnulf dopił swoje piwo, po czym wyszperał z sakiewki napiwek dla karczmarza. Uznał bowiem, że biedaczyna przeżył dzisiaj wystarczająco dużo, by wynagrodzić ekstra jego pracę. Następnie wziął swoje wiadra, podziękował pięknie, życząc sprzedawcy spokojnej pracy i ruszył do klasztoru. Jednak od momentu, w którym poznał Letti, nie mógł pozbyć się wrażenia, że ich losy prędzej czy później znowu się spotkają.
Awatar użytkownika
Arios
Szukający drogi
Posty: 34
Rejestracja: 4 lat temu
Rasa: Leśny Elf
Profesje:
Kontakt:

Post autor: Arios »

Padało i wszelkie ślady bytowania człowieka zmyło do rzeki jednym, wartkim, błotnistym strumieniem. Zniknęły porzucone namioty, resztki prowiantu i zbędne śmieci. Później słońce i wiatr osuszyły grunt na obu jej brzegach, a miejscowa fauna w ferworze walki o dostęp do wodopoju zadeptała to, co jakimś cudem przetrwało. Wielu tropicieli nazywało taki stan "złośliwością natury" lub zwyczajnym "pechem". Dla Ariosa, podążającego tropem ludzi, do których ów obóz należał, była to jedynie "chwilowa niedogodność". Do lasu od zawsze można było swobodnie wchodzić, jednak wyjście z niego pozostawiało wiele do życzenia. Zwłaszcza kiedy ktoś był kłusownikiem.

Ledwo elf zawitał w znajomych mu regionach lasu po przygodzie nad Kryształowym Jeziorem, stare dęby nakazały mu udać się na południowy gościniec, gdzie właśnie umierał jednorożec. Zwierzę nie miało żadnych szans - bełt kuszy, którym go trafiono miał zatruty grot i utknął głęboko w udzie, rozdzierając jedną z głównych tętnic. Późniejsza nagonka pogorszyła jedynie sprawę ponieważ trucizna zyskała doskonałe warunki, aby rozejść się po organiźmie i po kilkuset metrach sparaliżowała bezbronną istotę. Wtedy wkroczyli kłusownicy.
Arios otrzymał ten precyzyjny obraz sytuacji od satyra, któremy udało się dotrzeć do jednorożca na kilka minut przed nim i który oddał mu już honory, skracając jego mękę. Poinformował go także o pozbawieniu przez nich jednorożca jego cennego rogu i kierunku, jaki obrali. W ten sposób Leśnik zdołał w porę zareagować i wytropić czterech z pięciu rabusiów. Ostatniemu udało się niestety zbiec za rzekę i dalej, omijając torfowiska, przedarł się za miejskie mury Adrionu w przekonaniu, że tam nie dosięgnie go sprawiedliwość.

Przy bramie nikt go nie zatrzymywał - w sezonach łowieckich, kiedy kłusownicy lubili podszywać się pod adriońskich myśliwych, Duch Lasu często dostarczał ciała lub przedmioty pozwalające ich identyfikować, odbierał nagrodę i znikał. Był sojusznikiem wielu miejscowych kupców, ci czasem prosili go o przewodnictwo i ochronę karawan, gdy aktywność wilczych watach niepomiernie rosła lub mieli problem z odnalezieniem kogoś, kto się zgubił w ciemnym lesie.
Atmosfera samego Adrionu działała na Ariosa jak płachta na byka. Do miasta wchodził jedynie z ważnych pobódek, zazwyczaj aby uzupełnić drobiazgi, których nie da mu las. Nie znaczy to jednak, że był przeciwny cywilizacji. Po prostu nie chciał w niej uczestniczyć. Gdyby jego wilcze stado go teraz widziało, zostałby wyszczekany.
Mieszkańcy również go znali, choć ci najmłodsi jedynie przez pryzmat strasznych bajek. Tak, straszono nim dzieci i niektórych przyjezdnych, co by nie wpadli na pomysł zaprószania ognia w lesie. Raz, że trafią do adriońskiego więzienia, a dwa, że ktoś po nich wkrótce przyjdzie. Tak jak po tego jednego nerwowego wędrowca, który próbował wmieszać się w tłum.

Mężczyzna był w średnim wieku, ubrany w wojskową, skórzaną kurtkę, wytarte spodnie i buty do jazdy konnej. Twarz miał bladą ze strachu i to jeszcze za nim wypatrzył w tłumie swojego przyszłego oprawcę. On również go rozpoznał i zmierzał właśnie w jego stronę tempem spacerowym. Jego cel zwichnął kostkę gdy uciekał przez torfy, nie miał więc zbyt wielkich szans.
- Ludzie! Z drogi! - krzyczał kłusownik, przepychając się przez tłum. Był na tyle zdesperowany, że nawet rozważał porzucenie torby z fantem, kiedy nagle wpadł na jakąś blondwłosą dziewczynę.
- Kurwa, jak leziesz?! - rzucił przez zęby, kiedy zwichnięta noga o sobie przypomniała.
Nie miał niestety szansy na dogłębne zgłebianie tego tematu ponieważ w niekrótkim czasie zamaskowany elf położył mu rękę na ramieniu u odciągnął na bok.
- Ludzie! Pomocy! Ubiją! W biały dzień! - próbował jeszcze, jednak w tej części miasta każdy miał swoje problemy i swoje powody, dla których lepiej było nie wchodzić Leśnikowi w drogę. To tak jakby znaleźć się między wilkiem, a jego ofiarą. Nie zabrakło jednak kilku przypadkowych gapiów, przez których Arios zdecydował się jednak zagonić kłusownika w ciemny zaułek i tam się z nim rozmówić.
- Błagam, nie! Oszczędź! - dobiegało z zaułka. - Nie...
Dźwięk się urwał, a z cienia kamienicy wyłonił się osobnik w zielonym pancerzu, kapturem zarzuconym na głowę i w drewnianej masce na twarzy. W jednej ręce trzymał sierpowate ostrze z cienką strużką krwi na ostrzu, w drugiej nadpiłowany róg jednorożca. Chowając oba pod ubranie, poprawił mocowanie zasłony i ruszył przed siebie jak gdyby nigdy nic.
Awatar użytkownika
Yamilet
Zbłąkana Dusza
Posty: 2
Rejestracja: 4 miesiące temu
Rasa: Alarianin
Profesje: Złodziej , Rzemieślnik , Artysta
Kontakt:

Post autor: Yamilet »

To był przedziwny dzień. Choć sytuacja w karczmie przyniosła jej pewną satysfakcję. Po pierwsze mogła pomóc komuś (chyba) porządnemu. Po drugie wyżyć się na pijaczku. Przez chwilę czuła się lepiej, mniej obolała, mniej zamyślona. Danie komuś w mordę zawsze przynosiło ulgę. Niestety potem wszystko wróciło. Nawet nie wiedziała jak określić swoje dolegliwości. Czuła się źle psychicznie i fizycznie. Brakowało jej "Sarenek". Może nie były idealne i miały swoje za uszami, ale były dla niej jak rodzina. Kochała je. Gdyby były blisko dałyby jej wsparcie. Nawet Gia przytuliłaby ją do cyca i pocieszyła. Przecież postąpiła słusznie. Gnała przez pół kontynentu by przerwać ten łańcuch bólu i koszmaru. Koszmaru innych kobiet. Nie wszyscy mężczyźni byli źli, ale Let solidaryzowała bardziej z kobietami. Udowadniała sobie i innym, że "kobietki" wcale nie musiały być bezbronne i słabe.

Mimo to jej samopoczucie było bardzo kiepskie. Starała się to zrzucić na samotność. Dlatego ponownie wyszła z karczmy. Musiała po przebywać pośród ludzi. Słyszeć w uszach gwar, muzykę, krzyki dochodzące z targowiska. Cokolwiek co oderwałoby ją od męczących uczuć. Zwykle ulgę przynosiła jej cisza, tym razem potrzebowała czegoś zupełnie innego. Przechadzając się ulicami, przeciskając między ludźmi, słysząc dziesiątki głosów, wdychając zapachy czuła się ciut lepiej. Jej uwagę przykuł wrzeszczący i kulejący mężczyzna. Nie spodziewała się, że na nią wpadnie. Żałowała tylko, że nie zdążyła mu przywalić. Zauważyła jednak postać, która po cichu przemykała pomiędzy ludźmi i ewidentnie podążała za "kulawcem". Była ciekawa o co chodzi, ale nie zamierzała się wtrącać. W którymś momencie zgubiła tajemniczą istotę gdzieś w tłumie. Chwilę później jednak dostrzegła go ponownie. Krew kapiąca na ziemię nie uszła jej uwadze. Pewnie powinna pomyśleć, że należy odnaleźć chłopa, który na nią wpadł. Pomóc mu. Albo chociaż sprawdzić, czy nic mu nie jest. Tymczasem przez myśl przeszło jej, że tajemnicza postać nie goniłaby za kimś w biały dzień, gdyby nie miała dobrego powodu. Czy przez to była złym człowiekiem? Nie wiedziała...
Awatar użytkownika
Arnulf
Błądzący na granicy światów
Posty: 17
Rejestracja: 3 lat temu
Rasa: Błogosławiony
Profesje: Kapłan , Wędrowiec
Kontakt:

Post autor: Arnulf »

Słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, a cienie z każdą minutą stawały się coraz dłuższe. Odgłosy piłowania i stukania młotkiem rozlegające się na placu klasztornym ucichły. Mnisi zakończyli kolejny dzień pracy. Nadeszła pora na przygotowanie się do medytacji. Brat Arnulf zamiatał ścinki wokół stołu ciesielskiego, przy którym przycinał deski i inne drewniane elementy. Trzej mnisi, którzy przebywali w klasztorze na stałe, żywo o czymś dyskutowali. Przez otwarte, kuchenne okienko uciekały cudowne zapachy zbliżającej się kolacji. Brat Efron, z którym Arnulf dzielił swoją podróżną celę, zbliżał się niosąc w rękach dwa drewniane kubki.
- Napij się! Na pewno jesteś spragniony.
Brat Arnulf skinieniem głowy wyraził swoją wdzięczność, po czym rzucił okiem na zawartość znajdującą się wewnątrz naczynia. Była to woda z dodatkiem świeżej mięty, wzbogacona o jakieś tajemnicze nasionka, przypominające mak. Współlokator mnicha był bowiem zapalonym zielarzem i posiadał rozległą wiedzę o różnych właściwościach roślin. Arnulf przypomniał sobie, że kilka dni wcześniej Efron tłumaczył mu czym są owe tajemnicze nasionka oraz jak bardzo korzystnie wpływają na regenerację, jednak wiedza ta nie pozostała na długo w jego umyśle. Teraz jednak nie miał ani czasu ani ochoty by się nad tym faktem dłużej zastanawiać. Kilkoma głębokimi łykami opróżnił zawartość drewnianego naczynia. Widząc pytający wzrok towarzysza, uśmiechnął się i odetchnął z ulgą.
- Rzeczywiście niezłe są te nasionka, czuję się jakby moje pragnienie całkowicie wygasło! Do tego dają takie przyjemne, galaretkowate uczucie w przełyku.
Brat Efron zdawał się promienieć ze szczęścia. Pomógł pozbierać pozostałe narzędzia i razem z Arnulfem udał się do przyklasztornej narzędziowni.
- Wszystkim zawsze powtarzam, że nasiona alg amano mają silne działanie nawilżające. Można to kupić całkiem tanio, a naprawdę na upały jest to coś niesamowitego! Kobiety dają sobie tę galaretkę na twarz, żeby mieć jędrną skórę... Ale nikt jeszcze nie pomyślał, dlaczego tak się dzieje! A to wszystko przez niesamowite właściwości nawilżające. Sam widziałeś jak cię od razu odświeżyło! I bez smaku, można to dodać dosłownie wszędzie! Jedynie trzeba uważać, żeby nie przesadzić... Raz mi się zdarzyło i potem... Ledwo zdążyłem do wychodka.

W atmosferze zabawnych anegdotek z zakresu ziołolecznictwa, mnisi przeszli do refektarza. Pośrodku, na niewielkim stoliku stał ogromny kocioł z którego wydobywał się zapach polewki grzybowej przyrządzonej najprawdopodobniej na boczku. Brat Gurdon odpowiedzialny za gotowanie, przechadzał się między stołami i zabawiał współbraci rzucając wyszukane żarciki na różne tematy. Była to zdecydowanie jedna z najbardziej charyzmatycznych postaci w tym klasztorze. Potężny, łysiejący, rudy mnich, który sprawiał wrażenie, jakby ważył conajmniej tyle ile reszta wspólnoty razem wzięta. Był na tyle znaną osobistością, że w okolicznych karczmach można było usłyszeć przyśpiewki o nim i o tym ile potrafił zjeść jednak jego dystans do siebie nie pozwalał mu odbierać tego jako przytyk. Można wręcz założyć, że Alarianin szczycił się swoją sylwetką. Brat Arnulf jednak był zdania, że niezależnie od tego jak wyglądał i jak postrzegali go inni, był bez dwóch zdań najlepszym kucharzem, jakiego do tej pory spotkał w swoim życiu. Jego dania były tak dobre, że klasztor licznie odwiedzali zamożni mieszczanie, którzy chcieli spróbować wspaniałych potraw utalentowanego zakonnika. Było to jednak możliwe tylko w pierwszą Untrię każdego miesiąca. Mnisi bowiem uważali, że gdyby częściej organizowali obiady z bratem Gurdonem, to zyski jakie by z tego płynęły, całkowicie wykluczyłyby sens postanowienia dotyczącego życia w ubóstwie.

Po kolacji brat Arnulf poszedł z wiaderkiem do studni, by umyć się po dość ciężkim dniu pracy. Zimna woda przyjemnie zmyła z niego ciężar dnia. Jako że nie było jeszcze bardzo późno, mnich postanowił przejść się na spacer wgłąb miasta. Zabrał ze sobą pochodnię, ponieważ wiedział, że piękno architektury tego miejsca, może go zatrzymać na dłużej. Pogwizdując pod nosem skoczną piosenkę wyszedł przez bramę.
- A gdzie to się brat wybiera o tej porze?
Arnulf nie spodziewał się towarzystwa, jednak nie miał nic przeciwko obecności brata Efrona, z którym przyjemnie mu się rozmawiało.
- Chciałem się trochę przejść jeszcze, żeby pozachwycać się urokami tego miejsca. Mam kilka ścieżek, które regularnie odwiedzam, jednak jest kilka takich, których jeszcze nie odwiedziłem, a od dłuższego czasu chciałem to zrobić. Idziesz ze mną Efronie?
- Z miłą chęcią! Spacer przed snem dobrze mi zrobi.
Mnisi ruszyli wgłąb miasta. W powietrzu czuć było zapach rozgrzanego kamienia charakterystyczny szczególnie dla podróżnych i pielgrzymów, którzy odwiedzali tereny miejskie.
- Jak długo właściwie planujesz jeszcze się tu zatrzymać?
Brat Arnulf zamyślił się. Sam nie znał dokładnej odpowiedzi na to pytanie. Nie miał żadnego konkretnego celu, a pobyt w tym mieście traktował jako odpoczynego po porzedniej, długiej i dość wyczerpującej podróży. Wiedział natomiast, że jego przerwa nie może trwać w nieskończoność i musi w końcu wyruszyć dalej. Jednak miał świadomość, że to przeznaczenie zazwyczaj określało jego ścieżki i zawsze nadchodził moment, w którym Arnulf wiedział, że to właśnie ten czas, by opuścić obszar, w którym się znajdował, by ruszyć w dalszą drogę.
- Nie odpowiem ci na to pytanie przyjacielu. Na ten moment czuję się jeszcze potrzebny w tym miejscu. Podejrzewam, że jak zakończymy remont klasztoru, wyruszę w dalszą drogę. Nie wiem jednak ani dokąd się udam, ani czy będę miał w tym jakiś cel.
Brat Efron uśmiechnął się podstępnie.
- Przyznaj się! Kuchnia naszego Gurdona tak cię tu trzyma! Skubany naprawdę nieźle gotuje.
Brat Arnulf, który wciąż jeszcze miał brzuch wypełniony wspaniałą grzybową polewką uśmiechnął się nieznacznie, sugerując w ten sposób, że rzeczywiście jest w tym nieco prawdy. Po części jednak po prostu był zachwycony samym miastem i tym w jaki sposób jego społeczność podchodzi do życia.
- Myślę, że w tej kwestii nie różnimy się zbytnio od siebie. Też lubię dobrze podjeść.
- Prawda! Ciągle zapominam, że jesteś niebianinem! Gdybyś mi nie powiedział, prawdopodobnie nigdy bym sobie z tego nie zdał sprawy...

Mnisi w dalszym ciągu szli przed siebie pochłonięci rozmową na temat różnic i podobieństw wynikających z ich odmienności rasowej. W pewnym momencie chcieli skręcić w jedną przecznicę, jednak dostrzegli, że przejścia blokują strażnicy. Wyglądało to dość poważnie, więc mężczyźni postanowili podejść bliżej, by zorientować się, co też się tam wydarzyło.
- Przejścia nie ma!
Surowy głos stróża prawa zdecydowanie zniechęcał do jakiejkolwiek większej polemiki. Na dodatek, gdyby ktoś jakimś cudem nie dosłyszał, lub postanowił przeciwstawić się woli uzbrojonego wartownika, przejście dodatkowo zostało zagrodzone liną rozwieszoną na dwóch drewnianych słupkach.
- Bądź błogosławiony żołnierzu! Dobrze, że sumiennie wykonujesz swoją pracę. Nie mamy zamiaru stawiać swych kroków na przekór prawu. Chcieliśmy jedynie wiedzieć, co tutaj się wydarzyło. Miasto wygląda wszak na bezpieczne, stąd nasza ciekawość.
- Niczego nie mówimy przypadkowym mieszkańcom do czasu wyjaśnienia sprawy.
Mnisi podziękowali za odpowiedź i już mieli odejść, kiedy nagle za plecami strażnika pojawiła się postać ubrana w taki sposób, że gdyby wtopiła się w tłum, najprawdopodobniej nie udało by się jej już więdzej odnaleźć.
- Zaczekajcie drodzy panowie! Jestem tutejszym stróżem prawa zajmującym się utrzymywaniem porządku w mieście. Moim zadaniem jest wyjaśnianie takich przypadków jak ten tutaj. Pewien mężczyzna został... Brutalnie pozbawiony głowy. W biały dzień. Dziwne jest to, że praktycznie nikt nie zaalarmował strażników. Sprawca musiał być wyjątkowo przebiegły, ponieważ wygląda na to, że praktycznie nikt nic nie widział. Wy mnisi dużo przebywacie w mieście, wśród ludzi, słyszycie to i owo... Gdyby coś wam się obiło o uszy, poinformujcie strażników. W tym mieście nie ma miejsca na samosądy i mordowanie się na ulicach! Osobiście wytropię skurwysyna, który to zrobił i postawię go przed obliczem sprawiedliwości.

Mnisi zapewnili, że zrobią tak, jak oczekiwał od nich tego stróż prawa, po czym pożegnali się z nim, zostawiając mu błogosławieństwo światłego umysłu i ruszyli w stronę klasztoru. To dziwne spotkanie wzbudziło w nich poczucie niepewności. Miasto, które ich otaczało, wydawało się spokojne i bezpieczne, a jego mieszkańcy raczej wydawali się zajęci swoimi sprawami. Żaden z nich nie przypuszczał, że któregoś dnia będą świadkami morderstwa w jednej z wąskich, malowniczych uliczek. Obaj byli zdania, że sprawca powinien jak najszybciej zostać złapany.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Adrion”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości