Akt II - Lalkarz


Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.

Postprzez Maka » Pt sty 25, 2019 4:23 am

Akt I - Kot, wampir i tajemnica

,,Droga… Szanowna panno Mariko!
Chciałbym podziękować... (ekhm) za sumienne wykonywanie obowiązków i zaangażowanie, jakie wkłada panna w pracę. Może myśli panna, że tego nie widzę, ale to nie prawda. Uważam, że w świetle ostatnich wydarzeń mogłaby panna zostać …na stałe… nie, na dłużej!, oczywiście jako mój pracownik… Wnosi panna dużo życia do... Potrafię docenić uczciwą pracę.

Z wyrazami szacunku
Lord Fobos de Loer”

* * *


Czy to ta pokreślona, pomięta karteczka znaleziona w ogrodzie, skryta pod czarnymi różami, zatrzymała ją w Demarze?
Bo przecież był czas, że chciała sobie odpuścić.
Nie - chciała uciec.
Choć obiecała, że zostanie. Chciała złamać to słowo. Nie miała siły… myśleć o tym wszystkim. Coś w niej się popsuło, pękło. Kiedy po raz pierwszy widziała śmierć człowieka.
Kiedy demon rozszarpywał Hannę de Belloy.

       Niewiele pamięta z tamtej nocy. Była w komnacie dziedziczki, stała u boku lorda - ale potem widzi jedynie wnętrzności kobiety, słyszy jej krzyk - wszystko cuchnie dymem i… są już na zewnątrz, a płomienie oświetlają niegotowe jeszcze na pierwszy brzask ulice. Niebo jest zimne i sine. Ma nierealny kolor. Chwilę potem wstała. Lord chyba coś mówił. Widziała, że był ranny, ale on uśmiechał się do niej lekko, w ciepłym blasku tragedii. Już był zupełnie spokojny. Rozprawił się z przeszłością.
        To wtedy miała odejść. Trawiona szokiem nie umiała wytrwać u boku białowłosego. Nie była w stanie nic zrobić. Nie wiedziała co sama sądzi, co czuje, a nawet co wie… był ranny… tam płonęli… i Hanna… i demon…

* * *


Pokręciła głową podlewając kolejny młody krzaczek krwistoczerwonych róż. W końcu to tylko wspomnienia…

* * *


       Ale czyż nie miała prawa sobie tego przypominać? Jak w szarym świcie, pod gospodą czekało na mrozie dwóch chłopców? Ze spuszczonymi głowami, mali i wątli na tle bezbarwnych ścian, okien i drzwi. Czekali na nią. Ale nie żeby powitać. Bo kiedy powiodła po nich pustym spojrzeniem dostrzegła równie martwe oblicza. I choć Grajek był w tym i smutny i współczujący, to jej blond chłopiec, w półmokrym ubraniu tłumił w sobie złość, gniew i gorycz.
Błądziła niemal po omacku. Nic nie rozumiała. Być może nie potrafiła nawet zapytać co się stało. Ale podeszła. Na pewno podeszła. I nagle jak zimna woda, przywróciło jej zmysły gwałtowne wyznanie:
       ,,On… on już nie wróci. Mój brat. Straż… straż znalazła go w starej kamienicy… w dzielnicy biedy… tam gdzie odprawiano jakieś rytuały, on… już nie żyje. Zamknęli go tam! W piwnicy! Zrobili z nim!… Ja… nie mam już po co wracać… nie… nie mam z kim! NIE MOGĘ! MIAŁEM GO PILNOWAĆ! ”
       Ostatnie słowa wykrzyczał, a po policzkach ściekły piekące łzy. Ręce zacisnął w pięści szykując się do walki z niewidzialnym wrogiem, którego nie mógł dosięgnąć, nie mógł pochwycić i zdusić. Pragnął się szarpać, lecz przytuliła go mocno. Pamięta jak gorące krople spadały w jej niczym nieokryte włosy.

Sponiewierany kapelusz spłonął wraz z Hanną de Belloy.
Bezsilna Marika umarła wraz z tamtym bratem.
Młodszego musiała wziąć teraz do siebie. Takie oczywiste. To do niego pierwszego uśmiechnęła się po pamiętnej nocy. Dla niego się otrząsnęła.

Czy to los tego chłopca, z którym bezmyślnie się związała, zatrzymał ją w Demarze?

* * *


       Odetchnęła głęboko. Ach, jakże cudownie pachniał lordowski ogród! Nawet jeśli to jesień, jeżeli za chwilę przyjdzie już zima. Powietrze nadal drgało od roślinnych woni i od piór ciekawskiego ptactwa, co w gromadach obserwowało poczynania nowego ogrodnika. A jak komentowały donośnie! Skrzeczące gawrony wręcz paradowały po białych alejkach, bezwstydnie patrząc mężczyźnie na ręce; podlatując do niego gdy kucał i odskakując leniwie, gdy podnosił głowę. Doły w ciemniej ziemi przyciągały szukające ploteczek modraszki, w piętrzących się stertach buszowały wataszki mazurków. Beztroski kowalik zerkał na nowy żółciutki kapelusz kołyszący się między krzewami.
       Panna Marika sadziła czerwone róże.
       Choć bez dwóch zdań to Oliver tutaj dowodził. Ten przystojnie-brzydki młodzieniec o platynowej czuprynie, o poważnych oczach tonących w intensywnej lodowej tęczówce. Nowy ogrodnik.
Nie wiadomo, które z nich bardziej było niechętne temu pomysłowi, kto lepiej to ukrywał i pokorniej się godził. Ale sprawczyni mogła być tylko jedna:

       ,,Marika! Jak się czujesz? Już lepiej? Nie dziwię się, że jesteś wykończona. Po tym co usłyszałam… demon, toż to nieprawdopodobne! A tak łatwo uwierzyć… jestem zdumiona, że brałaś udział w czymś takim. Muszę ci pogratulować odwagi. A teraz proszę, mam kartkę - pomogę ci napisać rezygnację. Jak tylko spotkam tego przeklętego lorda to mu ręce z rzyci powyrywam!!!! Co?… Proszę, nie żartuj! Słusznie, że się zastanawiałaś, ale to za mało. Trzeba podjąć jakieś działania, nie możesz przecież tam zos… a-aha. Chcesz. No… dobrze? Nic nie poradzę jak widzę. Ale trochę tego nie pojmuję, wiesz?”
        Blondynka głęboko się zamyśliła i poszła po ciasteczka. Miała z Maką wiele do przegadania. Musiała znaleźć sposób by podnieść ją na duchu i rozwiązać język.
        Łakocie sprawdziły się wyśmienicie.
       ,,Hm? Szukacie ogrodnika? Świetnie się składa! Oliver jest świetny w te rzeczy!”
Brat Blondynki łypnął na nie wzrokiem rozkładających się zwłok pragnących jedynie świętego spokoju.
A Maka wcale nie chciała zakłócać im odpoczynku.
       ,,To świetna posada, tak się cieszę, że będziecie pracować razem! No, Oliver, podnoś się! “
Blondynka już zdecydowała.
       ,,Ale nam się trafiło, co?”, podeszła do brata z anielskim uśmiechem. I dodała szeptem: ,,Miej ją na oku”.

Więc kopali ręka w rękę, wedle jej woli.
Może to przyjaźń z nią i jej charakter zatrzymały kotkę w Demarze?
Nawet jeśli nie, to w jednym na pewno miała rację - Oliver obłąkańczo znał się na ogrodach.

* * *


       - Proszę, to już wszystkie - sapnął chłopaczek. Cały był umorusany, z roześmianych ust buchała para. Tylko oczy pozostawały w żałobie.
Nieopatrznie podparł się pod boki.
       - Już leniuchujesz? Łap za grabie i uporządkuj mi to tu. Trzeba skończyć ten rząd przed wieczorem.
       - Dooobrze.
       - I uważaj na te patyki. Są tam kolce.
       - Wiem przecież…
       - Nie pyskuj.
       - Taaak.
       Oliver i chłopiec pysznie się dogadywali. Choć może to drobna przesada… ale Maka cieszyła się za każdym razem, kiedy widziała ich obok siebie. Coś mówiło jej, że jest w porządku. Że ten gbur zdołał przekonać do siebie samotnego dzieciaka. To bardzo ważne. Był w końcu teraz jedynym stałym mężczyzną w jego otoczeniu. A młody coś w tym chmurnym marudzie widział. Miał do niego respekt i poza Maką tylko jego słuchał.
       Linneusz, bo tak się zwał, od jakiegoś krewnego, był bardzo mądrym dzieciakiem. I żywiołowym. Mówili na niego Chaber. Trochę przekornie, bo oczy miał orzechowe. Ale jego chaotycznie nastroszona fryzura wywoływała skojarzenie z postrzępionymi płatkami. Poza tym w mieście wyglądał jak niechciany kwiat wśród łanów pszenicy. Mały, lecz silny i dziki potrzebował wolności. Ale można było go oswoić i hodować w ogrodzie.
        W tajemniczym ogrodzie zagadkowego rodzeństwa.
        To już niemal tydzień jak go przygarnęli.

Niemal tydzień jak Maka zamieszkała we Dworze.

* * *


       - Dobra, kończymy na dzisiaj. - Oliver dał znak młodemu i pozbierali rzeczy. - Przekaż lordowi, że będziemy jutro z samego rana. Jeżeli coś go to obchodzi.
       Maka wydęła policzki. Lord miał prawo interesować się czym chciał! I oczywiście, że mu przekaże!
       - Widzimy się o świcie - mruknął ignorując jej oburzenie. Z jego ust brzmiało to jak groźba.
       - T-tak…
       - Pa, panno Mariko! Do zobaczeniu jutro! - Chaber jak zwykle żegnał się po swojemu. Ocieplał nieco ich wspólny wizerunek i teraz z łopatami nie wyglądali już jak grabarze. Nie w oczach kotki.
       - Do zobaczenia, uważajcie na siebie! - Mogła się wreszcie uśmiechnąć i powiedzieć coś miłego nie bojąc się uwagi mężczyzny. Szczerze mówiąc czasem miała wrażenie, że niektóre dołki to kopie na nią…
       Popatrzyła na rozkosznie ciemniejące niebo i jeszcze raz odetchnęła zapachem sadzonych roślin. Chyba polubi tutejsze romantyczne wieczory i senne poranki. Rozległe przestrzenie odcięte od zewnętrznego świata. Zabieganego tłumu. Jakie to było różne od życia w centrum miasta, do którego tak przywykła! Nadal miała niewiele rzeczy i była tu tylko gościem, ale przynajmniej była potrzebna! Będzie tylko musiała przyzwyczaić się do tej niezwykłej ciszy.

       Przywołujące skrzypnięcie drzwi.
       Dwór!
       Pomachała oddalającym się sylwetkom i szybkim truchcikiem ruszyła przez gasnące aleje ku ciepłemu wnętrzu. Coraz bardziej oswajała się z codziennie przebywaną trasą wewnątrz posiadłości oraz myślą, że czekający na jej końcu budynek na swój sposób jest myślącą istotą. Pogładziła go po framudze i stanęła w wesołym świetle żyrandola. Do holu po schodach już schodził…
        Skinęła mu odruchowo, a kąciki ust uniosły się mimowolnie.
       - Wzywałeś mnie, lordzie?
Avatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » So lut 09, 2019 11:58 pm

        Lord Fobos stał w oknie dworu i z góry obserwował pracę kotołaczki w ogrodzie. Przycinała róże z powagą, od czasu do czasu wymieniając krótkie zdania z pomagającym jej chłopcem. Na jego widok białowłosy zmrużył oczy z niezadowoleniem. Sam nie wiedział dlaczego się zgodził na jego obecność - może dla świętego spokoju, bo panna Marika potrafiła być naprawdę uparta. Miał jej pomóc tylko w tym jednym zadaniu, a jednak trzymał się jak rzep kociego ogona. Wampir na razie go tolerował, jednak jego cierpliwość topniała coraz bardziej. Jeśli pewnego dnia się skończy, dzieciak zniknie i użyźni ogrodową glebę. Nie zamierzał stać się niańką ani darczyńcą dla przypadkowo poznanego włóczęgi.
        Wrócił spojrzeniem do kotołaczki. Jej duże oczy miały zamglony, nieobecny wyraz, który co rusz znikał i powracał. Co jakiś czas krzywiła się i poruszała wąsikami, najprawdopodobniej przeżywając na nowo bolesne wspomnienia.
        Wampir zamyślił się nad wydarzeniami minionych tygodni. Tak skupił się na poszukiwaniu odpowiedzi - tych naukowych i prywatnych, że w sposób absolutnie nieodpowiedzialny obnażył swoje uczucia. Wystawił się na cios jak… jak człowiek. Spotkanie z Hanną de Belloy było dla niego bardziej bolesne niż się tego spodziewał. Nie chodziło o samą kobietę, ona nie znaczyła nic. Jednak jej obecność rozgrzebała stare, niezaleczone rany - tęsknotę za siostrą, żal do matki, nienawiść do ojca. Samotność. A teraz, nim się spostrzegł, stał jak ostatni idiota i gapił się na swoją pracownicę. Z sympatią! Martwiąc się o jej uczucia! Prychnął zirytowany i odwrócił wzrok. Miał nadzieję, że te zachowania są kwestią szoku i utraty równowagi. Najważniejsze było by zachować dystans i nie okazywać emocji. Zwłaszcza nie w towarzystwie Obcego.
        Ten jasnowłosy mężczyzna wzbudzał w wampirze odrazę. Nie kłopotał się zapamiętaniem jego imienia - w myślach nazywał go Obcym, bo był dla niego równie ważny co przypływ, który za chwilę wykona swoje zadanie i zniknie. Fobos nie zniżał się do rozmów z nim. Wszystkie uwagi przekazywał ustami Maki. Czasami odzywał się w jej głowie, prosząc by zachowała dyskrecję i nie zdradzała się z ich sposobem komunikacji. Musiał jednak niechętnie przyznać, że mężczyzna zna się na ogrodnictwie, a róże z Efne pięknie rozkwitły pod jego ręką. To było najważniejsze. Wykona swoją pracę i nigdy więcej nie przekroczy progu tego ogrodu. Przynajmniej nie żywy.
        Przez chwilę lord uśmiechał się lekko, obracając w myślach pomysł pożywienia się tym małomównym człowiekiem. W jakiś przedziwny sposób byli do siebie podobni - o ile podobny może być pierwotniak do wyniosłego i dumnego dębu. Podobieństwa nie wystarczyły jednak by pozyskać sympatię lorda. Było w tym blondynie coś, czemu szlachcic absolutnie nie ufał.

        Gdy Obcy przekroczył bramę razem z uśmiechniętym od ucha do ucha chłopakiem, wampir opuścił pomieszczenie i ruszył powoli po schodach. Blizna na plecach, gojąca się wyjątkowo powoli, z każdym krokiem ciągnęła tępym bólem promieniującym na obie łopatki. Po kilku stopniach Fobos zatrzymał się, wzdychając ciężko. Nie sądził, że rany nieśmiertelnych mogą być aż tak dokuczliwe. Uważnie obserwował proces gojenia i notował wszystkie uwagi. Podejrzewał, że żar wbitego drewna oddziaływał na jego ciało znacznie poważniej niż sam uraz. Na razie na białej skórze powstała brzydka blizna, która co jakiś czas ponownie się otwierała. Wampir poświęcił całą swoją uwagę opracowaniu okładów przyspieszających regenerację i wypróbowywał coraz to nowe specyfiki. Wadą było to, że wszystko musiał testować na sobie. Jak dotąd nie udało mu się jednak osiągnąć zadowalających efektów, poza zasklepieniem rany, które trwało maksymalnie kilka dni.
        Usłyszał jak drzwi się otwierają, a Dwór rozjaśnił radośnie żyrandole. Lord odniósł wrażenie, że budynek wykształcił z nimi jakiś rodzaj empatycznej więzi - gdy wrócili po pożarze, cieszył się jak nigdy. Od tego czasu rozświetlał pokoje i wszędzie ustawiał kwiaty, nie zważając na nagany swojego właściciela.
        Panna Marika stanęła w wejściu, chwytając jego spojrzenie i kiwając mu głową. Na jej pytanie odpowiedział delikatnym skinieniem i powoli kontynuował swoją wędrówkę. Pokonywał stopnie sztywno wyprostowany, z całych sił starając się nie okazywać słabości. Musiała dojrzeć jednak skrzywienie warg, gdy plecy zapiekły nieprzyjemnym bólem. Lord ponownie zatrzymał się i pozwolił sobie na chwilę odpoczynku. Białe włosy opadły na twarz, zasłaniając grymas złości. Nie będzie robił z siebie inwalidy!
        Z żalem pomyślał o tym, że nie może nawet zamienić się w dym. Było to możliwe, jednak przemiana w tym stanie wiązała się z ogromnym bólem. Podejrzewał, że dopiero po wygojeniu rany wróci do pełnej sprawności. Miał nadzieję, że ból ostatecznie minie.

        Kiedy dotarł na sam dół, na jego twarz powrócił wyraz spokoju i opanowania. Odetchnął z ulgą i zwrócił się do pracownicy:
- Widzę, że prace w ogrodzie dobiegają końca. Muszę przyznać, że bardzo mnie to cieszy. Obecność tego… człowieka nie jest tu pożądana dłużej niż to konieczne.
Podkreślił to słowo, wiedząc, że panna Marika zrozumie o co mu chodzi. Między nimi również wykształcił się pewien rodzaj więzi. Porozumienia. Zdziwiło go to, że poznawszy prawdę o jego naturze, postanowiła tu zostać. Nie pytała jednak, a on nie zamierzał tłumaczyć. Milczące porozumienie było najlepszym, na co mogli obecnie liczyć.
- Prace nad okładami przy użyciu ziół, które przyniosła panna ostatnio, niestety nie dały rezultatów. Chciałbym jednak spróbować czegoś innego. Potrzebna mi będzie żurawina błotna z rodziny Psybelius, zbierana na Szarych Bagnach. Kupcy powinni mieć ją w swoich zapasach. Do tego wykorzystamy ślimaki trzonkooczne, powszechnie zwane Pomarańczowymi Łzami, a właściwie ich wydzielinę. One także nie powinny stanowić większego problemu.
Lord nie chciał rozwodzić się nad tym, że kotołaczka będzie musiała ten śluz zebrać i wymieszać go z liśćmi żurawiny. O tym powie jej później.
- Będę potrzebował również jednej pozycji z biblioteki. Normalnie wybrałbym się tam sam, ale…
Zmieszany zamilkł. Nie lubił o tym mówić. Nie lubił o tym myśleć! Cholera, wolałby nie musieć być już uwiązanym i móc swobodnie poruszać się po mieście! Pulsujący ból przypomniał o sobie natychmiast jak tylko mężczyzna napiął mięśnie. Tak, na razie będzie grzecznie siedział w domu. I opracowywał lekarstwo.
- Zapisałem pannie tytuł oraz autora. Mogłaby panna też… porozmawiać z bibliotekarzem uniwersyteckim i zapytać o pozycje związane z wampirami. Może panna wspomnieć o tym, że działa na moją prośbę. Rektor to imbecyl, ale dysponuje całkiem pokaźnymi zbiorami. No i bibliotekarz już przyzwyczaił się do specyficznych tematów moich poszukiwań. Nie powinien zadawać zbyt wielu niewygodnych pytań.
Po tej wypowiedzi nastała chwila ciszy, która sprawiła, że wampir poczuł się nieswojo. Nie zmienił się wyraz jego twarzy ani spojrzenie, którym obdarzał kotołaczkę. Miał jednak przeczucie, że w powietrzu wiszą rzeczy, których żadne z nich nie chce powiedzieć ani usłyszeć.
- Czy… jest coś czego pannie potrzeba? Nie pamiętam już jak funkcjonuje śmiertelne ciało - dodał nieco zakłopotany. Fakt, że kocica zamieszkała we dworze, nadal był dla niego dosyć świeży. Nie mógł powiedzieć, że cieszy się z jej obecności - to byłoby stwierdzenie idące o wiele za daleko. Ale przywykł już do tego, że kręci się w pobliżu. I chciał by jej pobyt tu stał się jak najbardziej znośny.
Avatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire, Nick, Vera, Barabasz, Mimi, Saskia,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » Pt lut 15, 2019 2:44 am

        Z głęboko ukrytym żalem patrzyła na cierpienie swojego Lorda. Oczywiście za nic nie chciała mu wytykać słabości - czuła, że byłoby to bardzo nie na miejscu. Choć jak wiele troski chciała mu teraz okazać! Zapytać czy lepiej się czuje, czy mu jakoś nie pomóc… Jednak prawdą było, że najlepsze co mogła zrobić to zwyczajnie go słuchać. Ostatecznie pracowała dla niego i z definicji była pomocą mającą wypełniać te zadania, które w tej chwili są jego zdaniem najbardziej trafione. Milczała więc i bez szemrania przynosiła wszystko o co poprosił, choć niekiedy wymsknęło jej się pytanie o samopoczucie. Ale co miała zrobić kiedy czuła się odpowiedzialna!
Ostatecznie w końcu to przez jej obecność dorobił się tak strasznej rany… gdyby mogła mu ją chociaż opatrzyć…
Na bezczelną myśl o nagich plecach Lorda zrobiła się pod futerkiem cała czerwona. Ze złości, że w ogóle przyszło jej, zwykłej pracownicy, do głowy coś tak impertynenckiego i dlatego, że była to myśl bardzo kusząca. Ale nie, nie! Nie ma prawa oglądać ani pleców, ani ran tego mężczyzny! O czym w ogóle myśli, fe! Matka byłaby zawiedziona.
       ,,Przepraszam, możesz na mnie polegać… trzymam się od tego z daleka. Pracuję”. Westchnęła w myślach, choć jej rodzicielka nie miałaby absolutnie nic przeciwko temu by dwudziestotrzyletnia córka szukała swojej połówki. W sumie nawet mogła martwić się, że do tej pory młoda kocica z gracją omijała ten temat. Teraz również niestety. Oczy miała wpatrzone w niedostępnego pracodawcę, zajęta była wykonywaniem swoich obowiązków, Oliver był… straszny, a innych mężczyzn właściwie tutaj nie znała. No, inspektor był bardzo solidnym człowiekiem…
Poza jej zasięgiem. Lepiej naprawdę zostawić to wszystko w spokoju. Sio! Pracujące kobiety mają się czym zajmować!
       - Pan Oliver stwierdził, że zajmie im to jeszcze trzy dni. Ze sprzątnięciem wszystkiego i ostatecznymi poprawkami. To dlatego, że teren jest duży. Jutro zaczną z samego rana - zameldowała. Odruchowo policzyła chłopca jako kolejną oficjalną siłę roboczą, chociaż nie mówiła o nim wprost. Nie przyznała też nigdy, że sama za obecnością brata Blondynki średnio przepada, że boi się go właściwie… bo wolałaby, żeby tu został. Bo czy ten przepiękny ogród nie potrzebowałby stałej opieki? Oliver Oliverem, ale te wszystkie nowo przyjęte róże na pewno go bardzo lubiły. Żałowała jedynie, że Lord się do niego nie zechciał przekonać, bo faktycznie było w nich obu coś…
       Błyskawicznie wyciągnęła notesik i zapisała składniki, które mężczyzna wymienił. Nie chciała go kłopotać później i popisywać się brakiem pamięci, w zwyczaju więc miała noszenie ze sobą zestawu do notatek i zapisywania wszystkie co ważne. A także innych rzeczy. Nie chciała odzwyczaić się od swojego faktycznego zawodu i ćwiczyła, gdy tylko miała okazję.
       - Dobrze. - Zamknęła zeszycik. - Jutro to wszystko dostarczę…em… sprawdzę czy jest - dodała mniej chętnie. Doprawdy wolałaby, by nie musiał czekać. - Ile Lord potrzebuje? Mam przynajmniej nadzieję, że te bardziej pomogą. - Westchnęła cichutko, po czym ugryzła się w język. Lord sam szykował swoje specyfiki, więc nagannym było przypominać mu, że jakiś nie zadziałał. Ale dziś była okropna! Będzie musiała długo się kajać przed snem. I nie myśleć o wampirzych plecach.

       Wampir… w sumie nadal nie do końca to pojmowała. Nie miała z nimi wcześniej styczności, znała tylko plotki. I te doceniające ich piękno czy inteligencję i te, w których główną rolę grały ich drapieżne instynkty. Mroczny dwór, czarne róże, opuszczone miejsce… Lord chyba wpisywał się w szablony wielu opowieści. Jednak Maka już dawno postanowiła sobie, że ostatnie po czym będzie osądzać to przynależność do rasy. Lord był porządną osobą! Rozwikłał zagadkę morderstw!
       A ona nie była chytrą kocią złodziejką.
       Wszystko się zgadzało.
       Ucieszyła się jednak na wyprawę do biblioteki. Miała okazję po cichu zerknąć na interesujące ich obojga pozycje nie wzbudzając podejrzeń. Zastanawiała się tylko po co mężczyźnie książki o tej tematyce. Czyżby brakowało mu jakiś informacji?
       Nie dopytywała oczywiście, ale nie przestała się zastanawiać. I nie mogła się już doczekać, gdy do nich zajrzy… ocenianie przez pryzmat rasy to jedno, ale wiedza o niej to już zupełnie inna rzecz. Bardzo przydatna.
       - Dziękuję. - Schowała karteczkę i skinęła głową. Po czym zamrugała.
P-potrzeba!? Czy wyglądała jakby jej czegoś brakowało? O zgrozo, to pewnie dlatego, że się tak snuje i wspomina! Martwiła Lorda! Nie, nie martwiła… obraziła go jako gospodarza! Naprawdę była dziś okropna. Chociaż… chociaż mogłaby być okropna trochę bardziej, by jeszcze kiedyś zapytał.
       Zamrugała raz jeszcze.
       - Ach, nie! Wszystko jest w jak najlepszym porządku! - zapewniła. - Niczego mi nie brakuje, pościel mam ciepłą i co rano przepyszne śniadanie… dziękuję! - dodała, kłaniając się z pokorą. Osobny pokój dla niej, w tej wielkiej rezydencji był prawdziwym przywilejem i nawet gdyby po ścianach pełzały robaki, a Dwór dla przekory co noc skrzypiał klamkami nie miałaby prawa narzekać. Choć tak naprawdę to właśnie sama dusza Dworu była jej najmilsza i pozwalała czuć się tu komfortowo. Może… może nadal chwilami było jej nieco nieswojo i dziwiła się za każdym razem gdy otwierała oczy, a potem wychodziła na korytarz, ale ostatecznie z dnia na dzień coraz bardziej lubiła to miejsce.
       No i była blisko pracy. To oszczędzało czas.

       ,,Ciekawe jak funkcjonuje nieśmiertelne?”, pomyślała cicho, zerkając na wampira. O swoim ciele wolałaby dużo nie mówić, równie mocno też nie wypadało jej pytać o jego… ale jutro się dowie. Dowie się nieco o rasie nieumarłych i o nim samym po części. Nie żeby zamierzała te księgi wertować! Tylko zerknie.

       - Będzie Lord dzisiaj jadł z nami kolację? - zapytała z delikatnym uśmiechem. Sama była głodna jak lew, ale z drugiej strony on mógł nie mieć apetytu… I czy w ogóle musiał jeść? Wampiry nie piły przypadkiem jedynie krwi? Chociaż widziała już wiele razy jak Lord spożywa normalne posiłki.
       Gdyby mogła zrobić to niezauważenie, pokręciłaby głową, by odpędzić wszelkie zbędne myśli. Jutro. Jutro się dowie!
       Choć może lepiej nie?
Avatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)


Powrót do Demara

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron