Akt II - Lalkarz


Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.

Postprzez Maka » Pt sty 25, 2019 4:23 am

Akt I - Kot, wampir i tajemnica

,,Droga… Szanowna panno Mariko!
Chciałbym podziękować... (ekhm) za sumienne wykonywanie obowiązków i zaangażowanie, jakie wkłada panna w pracę. Może myśli panna, że tego nie widzę, ale to nie prawda. Uważam, że w świetle ostatnich wydarzeń mogłaby panna zostać …na stałe… nie, na dłużej!, oczywiście jako mój pracownik… Wnosi panna dużo życia do... Potrafię docenić uczciwą pracę.

Z wyrazami szacunku
Lord Fobos de Loer”

* * *


Czy to ta pokreślona, pomięta karteczka znaleziona w ogrodzie, skryta pod czarnymi różami, zatrzymała ją w Demarze?
Bo przecież był czas, że chciała sobie odpuścić.
Nie - chciała uciec.
Choć obiecała, że zostanie. Chciała złamać to słowo. Nie miała siły… myśleć o tym wszystkim. Coś w niej się popsuło, pękło. Kiedy po raz pierwszy widziała śmierć człowieka.
Kiedy demon rozszarpywał Hannę de Belloy.

       Niewiele pamięta z tamtej nocy. Była w komnacie dziedziczki, stała u boku lorda - ale potem widzi jedynie wnętrzności kobiety, słyszy jej krzyk - wszystko cuchnie dymem i… są już na zewnątrz, a płomienie oświetlają niegotowe jeszcze na pierwszy brzask ulice. Niebo jest zimne i sine. Ma nierealny kolor. Chwilę potem wstała. Lord chyba coś mówił. Widziała, że był ranny, ale on uśmiechał się do niej lekko, w ciepłym blasku tragedii. Już był zupełnie spokojny. Rozprawił się z przeszłością.
        To wtedy miała odejść. Trawiona szokiem nie umiała wytrwać u boku białowłosego. Nie była w stanie nic zrobić. Nie wiedziała co sama sądzi, co czuje, a nawet co wie… był ranny… tam płonęli… i Hanna… i demon…

* * *


Pokręciła głową podlewając kolejny młody krzaczek krwistoczerwonych róż. W końcu to tylko wspomnienia…

* * *


       Ale czyż nie miała prawa sobie tego przypominać? Jak w szarym świcie, pod gospodą czekało na mrozie dwóch chłopców? Ze spuszczonymi głowami, mali i wątli na tle bezbarwnych ścian, okien i drzwi. Czekali na nią. Ale nie żeby powitać. Bo kiedy powiodła po nich pustym spojrzeniem dostrzegła równie martwe oblicza. I choć Grajek był w tym i smutny i współczujący, to jej blond chłopiec, w półmokrym ubraniu tłumił w sobie złość, gniew i gorycz.
Błądziła niemal po omacku. Nic nie rozumiała. Być może nie potrafiła nawet zapytać co się stało. Ale podeszła. Na pewno podeszła. I nagle jak zimna woda, przywróciło jej zmysły gwałtowne wyznanie:
       ,,On… on już nie wróci. Mój brat. Straż… straż znalazła go w starej kamienicy… w dzielnicy biedy… tam gdzie odprawiano jakieś rytuały, on… już nie żyje. Zamknęli go tam! W piwnicy! Zrobili z nim!… Ja… nie mam już po co wracać… nie… nie mam z kim! NIE MOGĘ! MIAŁEM GO PILNOWAĆ! ”
       Ostatnie słowa wykrzyczał, a po policzkach ściekły piekące łzy. Ręce zacisnął w pięści szykując się do walki z niewidzialnym wrogiem, którego nie mógł dosięgnąć, nie mógł pochwycić i zdusić. Pragnął się szarpać, lecz przytuliła go mocno. Pamięta jak gorące krople spadały w jej niczym nieokryte włosy.

Sponiewierany kapelusz spłonął wraz z Hanną de Belloy.
Bezsilna Marika umarła wraz z tamtym bratem.
Młodszego musiała wziąć teraz do siebie. Takie oczywiste. To do niego pierwszego uśmiechnęła się po pamiętnej nocy. Dla niego się otrząsnęła.

Czy to los tego chłopca, z którym bezmyślnie się związała, zatrzymał ją w Demarze?

* * *


       Odetchnęła głęboko. Ach, jakże cudownie pachniał lordowski ogród! Nawet jeśli to jesień, jeżeli za chwilę przyjdzie już zima. Powietrze nadal drgało od roślinnych woni i od piór ciekawskiego ptactwa, co w gromadach obserwowało poczynania nowego ogrodnika. A jak komentowały donośnie! Skrzeczące gawrony wręcz paradowały po białych alejkach, bezwstydnie patrząc mężczyźnie na ręce; podlatując do niego gdy kucał i odskakując leniwie, gdy podnosił głowę. Doły w ciemniej ziemi przyciągały szukające ploteczek modraszki, w piętrzących się stertach buszowały wataszki mazurków. Beztroski kowalik zerkał na nowy żółciutki kapelusz kołyszący się między krzewami.
       Panna Marika sadziła czerwone róże.
       Choć bez dwóch zdań to Oliver tutaj dowodził. Ten przystojnie-brzydki młodzieniec o platynowej czuprynie, o poważnych oczach tonących w intensywnej lodowej tęczówce. Nowy ogrodnik.
Nie wiadomo, które z nich bardziej było niechętne temu pomysłowi, kto lepiej to ukrywał i pokorniej się godził. Ale sprawczyni mogła być tylko jedna:

       ,,Marika! Jak się czujesz? Już lepiej? Nie dziwię się, że jesteś wykończona. Po tym co usłyszałam… demon, toż to nieprawdopodobne! A tak łatwo uwierzyć… jestem zdumiona, że brałaś udział w czymś takim. Muszę ci pogratulować odwagi. A teraz proszę, mam kartkę - pomogę ci napisać rezygnację. Jak tylko spotkam tego przeklętego lorda to mu ręce z rzyci powyrywam!!!! Co?… Proszę, nie żartuj! Słusznie, że się zastanawiałaś, ale to za mało. Trzeba podjąć jakieś działania, nie możesz przecież tam zos… a-aha. Chcesz. No… dobrze? Nic nie poradzę jak widzę. Ale trochę tego nie pojmuję, wiesz?”
        Blondynka głęboko się zamyśliła i poszła po ciasteczka. Miała z Maką wiele do przegadania. Musiała znaleźć sposób by podnieść ją na duchu i rozwiązać język.
        Łakocie sprawdziły się wyśmienicie.
       ,,Hm? Szukacie ogrodnika? Świetnie się składa! Oliver jest świetny w te rzeczy!”
Brat Blondynki łypnął na nie wzrokiem rozkładających się zwłok pragnących jedynie świętego spokoju.
A Maka wcale nie chciała zakłócać im odpoczynku.
       ,,To świetna posada, tak się cieszę, że będziecie pracować razem! No, Oliver, podnoś się! “
Blondynka już zdecydowała.
       ,,Ale nam się trafiło, co?”, podeszła do brata z anielskim uśmiechem. I dodała szeptem: ,,Miej ją na oku”.

Więc kopali ręka w rękę, wedle jej woli.
Może to przyjaźń z nią i jej charakter zatrzymały kotkę w Demarze?
Nawet jeśli nie, to w jednym na pewno miała rację - Oliver obłąkańczo znał się na ogrodach.

* * *


       - Proszę, to już wszystkie - sapnął chłopaczek. Cały był umorusany, z roześmianych ust buchała para. Tylko oczy pozostawały w żałobie.
Nieopatrznie podparł się pod boki.
       - Już leniuchujesz? Łap za grabie i uporządkuj mi to tu. Trzeba skończyć ten rząd przed wieczorem.
       - Dooobrze.
       - I uważaj na te patyki. Są tam kolce.
       - Wiem przecież…
       - Nie pyskuj.
       - Taaak.
       Oliver i chłopiec pysznie się dogadywali. Choć może to drobna przesada… ale Maka cieszyła się za każdym razem, kiedy widziała ich obok siebie. Coś mówiło jej, że jest w porządku. Że ten gbur zdołał przekonać do siebie samotnego dzieciaka. To bardzo ważne. Był w końcu teraz jedynym stałym mężczyzną w jego otoczeniu. A młody coś w tym chmurnym marudzie widział. Miał do niego respekt i poza Maką tylko jego słuchał.
       Linneusz, bo tak się zwał, od jakiegoś krewnego, był bardzo mądrym dzieciakiem. I żywiołowym. Mówili na niego Chaber. Trochę przekornie, bo oczy miał orzechowe. Ale jego chaotycznie nastroszona fryzura wywoływała skojarzenie z postrzępionymi płatkami. Poza tym w mieście wyglądał jak niechciany kwiat wśród łanów pszenicy. Mały, lecz silny i dziki potrzebował wolności. Ale można było go oswoić i hodować w ogrodzie.
        W tajemniczym ogrodzie zagadkowego rodzeństwa.
        To już niemal tydzień jak go przygarnęli.

Niemal tydzień jak Maka zamieszkała we Dworze.

* * *


       - Dobra, kończymy na dzisiaj. - Oliver dał znak młodemu i pozbierali rzeczy. - Przekaż lordowi, że będziemy jutro z samego rana. Jeżeli coś go to obchodzi.
       Maka wydęła policzki. Lord miał prawo interesować się czym chciał! I oczywiście, że mu przekaże!
       - Widzimy się o świcie - mruknął ignorując jej oburzenie. Z jego ust brzmiało to jak groźba.
       - T-tak…
       - Pa, panno Mariko! Do zobaczeniu jutro! - Chaber jak zwykle żegnał się po swojemu. Ocieplał nieco ich wspólny wizerunek i teraz z łopatami nie wyglądali już jak grabarze. Nie w oczach kotki.
       - Do zobaczenia, uważajcie na siebie! - Mogła się wreszcie uśmiechnąć i powiedzieć coś miłego nie bojąc się uwagi mężczyzny. Szczerze mówiąc czasem miała wrażenie, że niektóre dołki to kopie na nią…
       Popatrzyła na rozkosznie ciemniejące niebo i jeszcze raz odetchnęła zapachem sadzonych roślin. Chyba polubi tutejsze romantyczne wieczory i senne poranki. Rozległe przestrzenie odcięte od zewnętrznego świata. Zabieganego tłumu. Jakie to było różne od życia w centrum miasta, do którego tak przywykła! Nadal miała niewiele rzeczy i była tu tylko gościem, ale przynajmniej była potrzebna! Będzie tylko musiała przyzwyczaić się do tej niezwykłej ciszy.

       Przywołujące skrzypnięcie drzwi.
       Dwór!
       Pomachała oddalającym się sylwetkom i szybkim truchcikiem ruszyła przez gasnące aleje ku ciepłemu wnętrzu. Coraz bardziej oswajała się z codziennie przebywaną trasą wewnątrz posiadłości oraz myślą, że czekający na jej końcu budynek na swój sposób jest myślącą istotą. Pogładziła go po framudze i stanęła w wesołym świetle żyrandola. Do holu po schodach już schodził…
        Skinęła mu odruchowo, a kąciki ust uniosły się mimowolnie.
       - Wzywałeś mnie, lordzie?
Avatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny, Dean,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » So lut 09, 2019 11:58 pm

        Lord Fobos stał w oknie dworu i z góry obserwował pracę kotołaczki w ogrodzie. Przycinała róże z powagą, od czasu do czasu wymieniając krótkie zdania z pomagającym jej chłopcem. Na jego widok białowłosy zmrużył oczy z niezadowoleniem. Sam nie wiedział dlaczego się zgodził na jego obecność - może dla świętego spokoju, bo panna Marika potrafiła być naprawdę uparta. Miał jej pomóc tylko w tym jednym zadaniu, a jednak trzymał się jak rzep kociego ogona. Wampir na razie go tolerował, jednak jego cierpliwość topniała coraz bardziej. Jeśli pewnego dnia się skończy, dzieciak zniknie i użyźni ogrodową glebę. Nie zamierzał stać się niańką ani darczyńcą dla przypadkowo poznanego włóczęgi.
        Wrócił spojrzeniem do kotołaczki. Jej duże oczy miały zamglony, nieobecny wyraz, który co rusz znikał i powracał. Co jakiś czas krzywiła się i poruszała wąsikami, najprawdopodobniej przeżywając na nowo bolesne wspomnienia.
        Wampir zamyślił się nad wydarzeniami minionych tygodni. Tak skupił się na poszukiwaniu odpowiedzi - tych naukowych i prywatnych, że w sposób absolutnie nieodpowiedzialny obnażył swoje uczucia. Wystawił się na cios jak… jak człowiek. Spotkanie z Hanną de Belloy było dla niego bardziej bolesne niż się tego spodziewał. Nie chodziło o samą kobietę, ona nie znaczyła nic. Jednak jej obecność rozgrzebała stare, niezaleczone rany - tęsknotę za siostrą, żal do matki, nienawiść do ojca. Samotność. A teraz, nim się spostrzegł, stał jak ostatni idiota i gapił się na swoją pracownicę. Z sympatią! Martwiąc się o jej uczucia! Prychnął zirytowany i odwrócił wzrok. Miał nadzieję, że te zachowania są kwestią szoku i utraty równowagi. Najważniejsze było by zachować dystans i nie okazywać emocji. Zwłaszcza nie w towarzystwie Obcego.
        Ten jasnowłosy mężczyzna wzbudzał w wampirze odrazę. Nie kłopotał się zapamiętaniem jego imienia - w myślach nazywał go Obcym, bo był dla niego równie ważny co przypływ, który za chwilę wykona swoje zadanie i zniknie. Fobos nie zniżał się do rozmów z nim. Wszystkie uwagi przekazywał ustami Maki. Czasami odzywał się w jej głowie, prosząc by zachowała dyskrecję i nie zdradzała się z ich sposobem komunikacji. Musiał jednak niechętnie przyznać, że mężczyzna zna się na ogrodnictwie, a róże z Efne pięknie rozkwitły pod jego ręką. To było najważniejsze. Wykona swoją pracę i nigdy więcej nie przekroczy progu tego ogrodu. Przynajmniej nie żywy.
        Przez chwilę lord uśmiechał się lekko, obracając w myślach pomysł pożywienia się tym małomównym człowiekiem. W jakiś przedziwny sposób byli do siebie podobni - o ile podobny może być pierwotniak do wyniosłego i dumnego dębu. Podobieństwa nie wystarczyły jednak by pozyskać sympatię lorda. Było w tym blondynie coś, czemu szlachcic absolutnie nie ufał.

        Gdy Obcy przekroczył bramę razem z uśmiechniętym od ucha do ucha chłopakiem, wampir opuścił pomieszczenie i ruszył powoli po schodach. Blizna na plecach, gojąca się wyjątkowo powoli, z każdym krokiem ciągnęła tępym bólem promieniującym na obie łopatki. Po kilku stopniach Fobos zatrzymał się, wzdychając ciężko. Nie sądził, że rany nieśmiertelnych mogą być aż tak dokuczliwe. Uważnie obserwował proces gojenia i notował wszystkie uwagi. Podejrzewał, że żar wbitego drewna oddziaływał na jego ciało znacznie poważniej niż sam uraz. Na razie na białej skórze powstała brzydka blizna, która co jakiś czas ponownie się otwierała. Wampir poświęcił całą swoją uwagę opracowaniu okładów przyspieszających regenerację i wypróbowywał coraz to nowe specyfiki. Wadą było to, że wszystko musiał testować na sobie. Jak dotąd nie udało mu się jednak osiągnąć zadowalających efektów, poza zasklepieniem rany, które trwało maksymalnie kilka dni.
        Usłyszał jak drzwi się otwierają, a Dwór rozjaśnił radośnie żyrandole. Lord odniósł wrażenie, że budynek wykształcił z nimi jakiś rodzaj empatycznej więzi - gdy wrócili po pożarze, cieszył się jak nigdy. Od tego czasu rozświetlał pokoje i wszędzie ustawiał kwiaty, nie zważając na nagany swojego właściciela.
        Panna Marika stanęła w wejściu, chwytając jego spojrzenie i kiwając mu głową. Na jej pytanie odpowiedział delikatnym skinieniem i powoli kontynuował swoją wędrówkę. Pokonywał stopnie sztywno wyprostowany, z całych sił starając się nie okazywać słabości. Musiała dojrzeć jednak skrzywienie warg, gdy plecy zapiekły nieprzyjemnym bólem. Lord ponownie zatrzymał się i pozwolił sobie na chwilę odpoczynku. Białe włosy opadły na twarz, zasłaniając grymas złości. Nie będzie robił z siebie inwalidy!
        Z żalem pomyślał o tym, że nie może nawet zamienić się w dym. Było to możliwe, jednak przemiana w tym stanie wiązała się z ogromnym bólem. Podejrzewał, że dopiero po wygojeniu rany wróci do pełnej sprawności. Miał nadzieję, że ból ostatecznie minie.

        Kiedy dotarł na sam dół, na jego twarz powrócił wyraz spokoju i opanowania. Odetchnął z ulgą i zwrócił się do pracownicy:
- Widzę, że prace w ogrodzie dobiegają końca. Muszę przyznać, że bardzo mnie to cieszy. Obecność tego… człowieka nie jest tu pożądana dłużej niż to konieczne.
Podkreślił to słowo, wiedząc, że panna Marika zrozumie o co mu chodzi. Między nimi również wykształcił się pewien rodzaj więzi. Porozumienia. Zdziwiło go to, że poznawszy prawdę o jego naturze, postanowiła tu zostać. Nie pytała jednak, a on nie zamierzał tłumaczyć. Milczące porozumienie było najlepszym, na co mogli obecnie liczyć.
- Prace nad okładami przy użyciu ziół, które przyniosła panna ostatnio, niestety nie dały rezultatów. Chciałbym jednak spróbować czegoś innego. Potrzebna mi będzie żurawina błotna z rodziny Psybelius, zbierana na Szarych Bagnach. Kupcy powinni mieć ją w swoich zapasach. Do tego wykorzystamy ślimaki trzonkooczne, powszechnie zwane Pomarańczowymi Łzami, a właściwie ich wydzielinę. One także nie powinny stanowić większego problemu.
Lord nie chciał rozwodzić się nad tym, że kotołaczka będzie musiała ten śluz zebrać i wymieszać go z liśćmi żurawiny. O tym powie jej później.
- Będę potrzebował również jednej pozycji z biblioteki. Normalnie wybrałbym się tam sam, ale…
Zmieszany zamilkł. Nie lubił o tym mówić. Nie lubił o tym myśleć! Cholera, wolałby nie musieć być już uwiązanym i móc swobodnie poruszać się po mieście! Pulsujący ból przypomniał o sobie natychmiast jak tylko mężczyzna napiął mięśnie. Tak, na razie będzie grzecznie siedział w domu. I opracowywał lekarstwo.
- Zapisałem pannie tytuł oraz autora. Mogłaby panna też… porozmawiać z bibliotekarzem uniwersyteckim i zapytać o pozycje związane z wampirami. Może panna wspomnieć o tym, że działa na moją prośbę. Rektor to imbecyl, ale dysponuje całkiem pokaźnymi zbiorami. No i bibliotekarz już przyzwyczaił się do specyficznych tematów moich poszukiwań. Nie powinien zadawać zbyt wielu niewygodnych pytań.
Po tej wypowiedzi nastała chwila ciszy, która sprawiła, że wampir poczuł się nieswojo. Nie zmienił się wyraz jego twarzy ani spojrzenie, którym obdarzał kotołaczkę. Miał jednak przeczucie, że w powietrzu wiszą rzeczy, których żadne z nich nie chce powiedzieć ani usłyszeć.
- Czy… jest coś czego pannie potrzeba? Nie pamiętam już jak funkcjonuje śmiertelne ciało - dodał nieco zakłopotany. Fakt, że kocica zamieszkała we dworze, nadal był dla niego dosyć świeży. Nie mógł powiedzieć, że cieszy się z jej obecności - to byłoby stwierdzenie idące o wiele za daleko. Ale przywykł już do tego, że kręci się w pobliżu. I chciał by jej pobyt tu stał się jak najbardziej znośny.
Avatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire, Nick, Vera, Barabasz, Mimi, Saskia,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » Pt lut 15, 2019 2:44 am

        Z głęboko ukrytym żalem patrzyła na cierpienie swojego Lorda. Oczywiście za nic nie chciała mu wytykać słabości - czuła, że byłoby to bardzo nie na miejscu. Choć jak wiele troski chciała mu teraz okazać! Zapytać czy lepiej się czuje, czy mu jakoś nie pomóc… Jednak prawdą było, że najlepsze co mogła zrobić to zwyczajnie go słuchać. Ostatecznie pracowała dla niego i z definicji była pomocą mającą wypełniać te zadania, które w tej chwili są jego zdaniem najbardziej trafione. Milczała więc i bez szemrania przynosiła wszystko o co poprosił, choć niekiedy wymsknęło jej się pytanie o samopoczucie. Ale co miała zrobić kiedy czuła się odpowiedzialna!
Ostatecznie w końcu to przez jej obecność dorobił się tak strasznej rany… gdyby mogła mu ją chociaż opatrzyć…
Na bezczelną myśl o nagich plecach Lorda zrobiła się pod futerkiem cała czerwona. Ze złości, że w ogóle przyszło jej, zwykłej pracownicy, do głowy coś tak impertynenckiego i dlatego, że była to myśl bardzo kusząca. Ale nie, nie! Nie ma prawa oglądać ani pleców, ani ran tego mężczyzny! O czym w ogóle myśli, fe! Matka byłaby zawiedziona.
       ,,Przepraszam, możesz na mnie polegać… trzymam się od tego z daleka. Pracuję”. Westchnęła w myślach, choć jej rodzicielka nie miałaby absolutnie nic przeciwko temu by dwudziestotrzyletnia córka szukała swojej połówki. W sumie nawet mogła martwić się, że do tej pory młoda kocica z gracją omijała ten temat. Teraz również niestety. Oczy miała wpatrzone w niedostępnego pracodawcę, zajęta była wykonywaniem swoich obowiązków, Oliver był… straszny, a innych mężczyzn właściwie tutaj nie znała. No, inspektor był bardzo solidnym człowiekiem…
Poza jej zasięgiem. Lepiej naprawdę zostawić to wszystko w spokoju. Sio! Pracujące kobiety mają się czym zajmować!
       - Pan Oliver stwierdził, że zajmie im to jeszcze trzy dni. Ze sprzątnięciem wszystkiego i ostatecznymi poprawkami. To dlatego, że teren jest duży. Jutro zaczną z samego rana - zameldowała. Odruchowo policzyła chłopca jako kolejną oficjalną siłę roboczą, chociaż nie mówiła o nim wprost. Nie przyznała też nigdy, że sama za obecnością brata Blondynki średnio przepada, że boi się go właściwie… bo wolałaby, żeby tu został. Bo czy ten przepiękny ogród nie potrzebowałby stałej opieki? Oliver Oliverem, ale te wszystkie nowo przyjęte róże na pewno go bardzo lubiły. Żałowała jedynie, że Lord się do niego nie zechciał przekonać, bo faktycznie było w nich obu coś…
       Błyskawicznie wyciągnęła notesik i zapisała składniki, które mężczyzna wymienił. Nie chciała go kłopotać później i popisywać się brakiem pamięci, w zwyczaju więc miała noszenie ze sobą zestawu do notatek i zapisywania wszystkie co ważne. A także innych rzeczy. Nie chciała odzwyczaić się od swojego faktycznego zawodu i ćwiczyła, gdy tylko miała okazję.
       - Dobrze. - Zamknęła zeszycik. - Jutro to wszystko dostarczę…em… sprawdzę czy jest - dodała mniej chętnie. Doprawdy wolałaby, by nie musiał czekać. - Ile Lord potrzebuje? Mam przynajmniej nadzieję, że te bardziej pomogą. - Westchnęła cichutko, po czym ugryzła się w język. Lord sam szykował swoje specyfiki, więc nagannym było przypominać mu, że jakiś nie zadziałał. Ale dziś była okropna! Będzie musiała długo się kajać przed snem. I nie myśleć o wampirzych plecach.

       Wampir… w sumie nadal nie do końca to pojmowała. Nie miała z nimi wcześniej styczności, znała tylko plotki. I te doceniające ich piękno czy inteligencję i te, w których główną rolę grały ich drapieżne instynkty. Mroczny dwór, czarne róże, opuszczone miejsce… Lord chyba wpisywał się w szablony wielu opowieści. Jednak Maka już dawno postanowiła sobie, że ostatnie po czym będzie osądzać to przynależność do rasy. Lord był porządną osobą! Rozwikłał zagadkę morderstw!
       A ona nie była chytrą kocią złodziejką.
       Wszystko się zgadzało.
       Ucieszyła się jednak na wyprawę do biblioteki. Miała okazję po cichu zerknąć na interesujące ich obojga pozycje nie wzbudzając podejrzeń. Zastanawiała się tylko po co mężczyźnie książki o tej tematyce. Czyżby brakowało mu jakiś informacji?
       Nie dopytywała oczywiście, ale nie przestała się zastanawiać. I nie mogła się już doczekać, gdy do nich zajrzy… ocenianie przez pryzmat rasy to jedno, ale wiedza o niej to już zupełnie inna rzecz. Bardzo przydatna.
       - Dziękuję. - Schowała karteczkę i skinęła głową. Po czym zamrugała.
P-potrzeba!? Czy wyglądała jakby jej czegoś brakowało? O zgrozo, to pewnie dlatego, że się tak snuje i wspomina! Martwiła Lorda! Nie, nie martwiła… obraziła go jako gospodarza! Naprawdę była dziś okropna. Chociaż… chociaż mogłaby być okropna trochę bardziej, by jeszcze kiedyś zapytał.
       Zamrugała raz jeszcze.
       - Ach, nie! Wszystko jest w jak najlepszym porządku! - zapewniła. - Niczego mi nie brakuje, pościel mam ciepłą i co rano przepyszne śniadanie… dziękuję! - dodała, kłaniając się z pokorą. Osobny pokój dla niej, w tej wielkiej rezydencji był prawdziwym przywilejem i nawet gdyby po ścianach pełzały robaki, a Dwór dla przekory co noc skrzypiał klamkami nie miałaby prawa narzekać. Choć tak naprawdę to właśnie sama dusza Dworu była jej najmilsza i pozwalała czuć się tu komfortowo. Może… może nadal chwilami było jej nieco nieswojo i dziwiła się za każdym razem gdy otwierała oczy, a potem wychodziła na korytarz, ale ostatecznie z dnia na dzień coraz bardziej lubiła to miejsce.
       No i była blisko pracy. To oszczędzało czas.

       ,,Ciekawe jak funkcjonuje nieśmiertelne?”, pomyślała cicho, zerkając na wampira. O swoim ciele wolałaby dużo nie mówić, równie mocno też nie wypadało jej pytać o jego… ale jutro się dowie. Dowie się nieco o rasie nieumarłych i o nim samym po części. Nie żeby zamierzała te księgi wertować! Tylko zerknie.

       - Będzie Lord dzisiaj jadł z nami kolację? - zapytała z delikatnym uśmiechem. Sama była głodna jak lew, ale z drugiej strony on mógł nie mieć apetytu… I czy w ogóle musiał jeść? Wampiry nie piły przypadkiem jedynie krwi? Chociaż widziała już wiele razy jak Lord spożywa normalne posiłki.
       Gdyby mogła zrobić to niezauważenie, pokręciłaby głową, by odpędzić wszelkie zbędne myśli. Jutro. Jutro się dowie!
       Choć może lepiej nie?
Avatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny, Dean,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » So mar 09, 2019 1:04 am

        Na pytanie panny lord uniósł brew z naganą. Był naukowcem, zgoda, jednak przypominanie mu o doświadczalnych porażkach zakrawało na impertynencję. A tej nie zamierzał tolerować.
- Myślę, że wystarczy dwadzieścia łodyżek. I tyle samo ślimaków.
”A ja dopilnuję, żeby panna je wszystkie wycisnęła”, fuknął w myślach. Składników było więcej niż potrzebował, ale tworząc jakąś recepturę po raz pierwszy musiał zakładać, że nie od razu się uda. Brał poprawkę na utratę części materiałów w procesie przygotowania i konieczności powtórki całego zabiegu w innej kolejności lub proporcjach. Parę stworzonek dorzucił też ze zwykłej złośliwości, by usatysfakcjonować urażoną dumę.
        Zerknął w stronę witrażowego okna wychodzącego na ganek. Trzy dni brzmiały akceptowalne. Zdawał sobie sprawę, że będzie potrzebował kogoś do opieki nad ogrodem na dłuższą metę, bo Dwór nie daruje mu tych róż. Plan lorda, żeby zostawić je zbliżającym się mrozom, rozwiał się gdy budynek dostał ataku histerii przy pierwszych obsypanych płatkach. Trzęsące się żyrandole i odpadający płatami tynk były doprawdy niepożądanym widokiem. Fobos nie chciał jednak, żeby Obcy zagościł tutaj na dłużej. Znajdą kogoś innego. Kogoś, kogo obecność nie będzie go aż tak drażniła.
        Wrócił spojrzeniem do panny Maki, ponownie koncentrując się na jej słowach. Czy będzie jadł? Jako wampir nie odczuwał typowego głodu (poza pragnieniem krwi), choć od czasu do czasu lubił poczuć smak jakiejś potrawy. Chodziło bardziej o doznania smakowe niż napełnienie żołądka, czym znacząco odróżniał się od kotołaczki. Nadal zadziwiało go jakie ilości jedzenia pochłaniała ta mała kobietka. Czasami siadał z nią do posiłku, głównie dla towarzystwa. Tolerował nawet obecność dzieciaka - mimo że był przybłędą, nadal był dzieckiem, choć wyrastającym już na zaczepnego nastolatka. Lord nie lubił nastolatków. Ta głęboko zakorzeniona niechęć powstała jeszcze w okresie, kiedy sam był obiektem kpin. Dzieci za to budziły w nim rozczulenie i ciepło, jakie rzadko okazywał. Linneusz oscylował na cienkiej linie pomiędzy niechęcią lorda, a jego akceptacją.
- Dzisiaj zrezygnuję z kolacji, dziękuję. Może później dołączę do panny na filiżankę herbaty.
Nie chciał mówić jej, że niedługo będzie musiał posilić się krwią i ta potrzeba przytępiała nieco inne zmysły. Nie sądził, żeby była na to gotowa. Poza tym cały czas obracał w głowie pomysł zabicia Obcego i był gotów poczekać jeszcze te kilka dni. Kotołaczka nie musiała tego wiedzieć.
- W razie gdyby mnie panna potrzebowała, będę w pracowni.

        Uważając rozmowę za skończoną, odkuśtykał w stronę znajdującego się na parterze pomieszczenia. Dwór troskliwie wygładził przed nim dywany i otworzył szeroko drzwi. Fobos chciał do rana popracować jeszcze nad strukturą maści, której użyje jako bazy do dodania przyniesionych przez Makę składników. Obecność mikroskopu bardzo ułatwiała mu życie. Dzięki niemu mógł obserwować jak cząsteczki magii oddziałują na jego tkanki i tkanki innych stworzeń. Raz udało mu się nawet posmarować nią kota, który jednak uciekł urażony i z obrzydzeniem potrząsał łapą. Od tej chwili nadal chodził za lordem, jednak patrzył na niego spode łba i stroszył swój cieniutki ogon. Wampir wzruszył obojętnie ramionami. Do kolacji mu przejdzie.
        Ciężko usiadł na krześle i zaczął porządkować stanowisko pracy. Ostrożnie przesuwał szalki, słoiczki i fiolki. Nie odczuwał zmęczenia, więc mógł pracować aż do świtu. Ból w plecach utrudniał mu za to zbyt gwałtowne ruchy. Dwór troskliwie zmaterializował obok niego whiskey połyskującą w doskonale ciętej, ciężkiej szklance z kryształu. Usiłował pomóc swojemu panu tak, jak potrafił. To pamiętał jeszcze z czasów, kiedy żył w innym ciele - whiskey rozgrzewała, a nic lepiej nie pomaga na bolące mięśnie niż rozgrzewanie. Coś faktycznie w tym było...
Avatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire, Nick, Vera, Barabasz, Mimi, Saskia,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » N mar 10, 2019 2:22 pm

Był zły, wiedziała! Ach, gdyby była w stanie powstrzymać się od tych głupich uwag! Ale było za późno. Tym razem.
       Z pokorą zanotowała ile składników Lordowi potrzeba, po czym skinięciem głowy pożegnała go gdy wracał do swoich zajęć. Nic dziwnego, że nie chciał z nią jeść skoro była taka bezczelna. Nadal jednak miała nadzieję, że faktycznie wpadnie na tę herbatkę - ciężko jej było siedzieć teraz samej. To jest - z Dworem. Musiała przyznać, że bardzo jej pomagał, kiedy w pobliżu nie było Chabra, a Lord zamykał się u siebie. Może nawet był jej przychylniejszy niż pracodawca?…
       Ale tym bardziej była wdzięczna. Że może tu mieszkać. I starała się nie przeszkadzać. Troszkę umykało jej uwadze, że ostatnio kręciło się tu trochę ludzi (cała dwójka), a ona ich nie wyganiała, ale i tak miała wrażenie, że sprawuje się całkiem nieźle.
Właśnie…

       Gdyby tak się zastanowić nie była pewna ile będzie mogła tak Lordowi siedzieć na głowie. Przyjął ją, bo pracuje i teraz może się zjawić na każde wezwanie, ale… Przyjaciółka jej matki właściwie wydobrzała i pewnie niedługo zaproponuje jej obiecaną gościnę… ech, gościnę. Znowu będzie komuś kręcić się pod nogami! Mieszkanie we dworze było o tyle komfortowe, że w jego przestronnych komnatach, pokojach i korytarzach łatwo znikała z oczu. A tam? Oczywiście chętnie spędziłaby tam tydzień czy dwa, ale póki co nie zamierzała tak szybko opuszczać Demary. I co potem? Wróci tutaj jak rozkapryszona panienka? Ostatecznie mogła wybrać między ukrywaniem się tu albo zajmowaniem pokoiku u znajomej… a potem wymyśleniem czegoś innego. Gdyby tak mogła mieć własny domek! Chodzić w nocnym stroju ile jej się podoba, ustawiać wazoniki i durnostojki na półkach, bałaganić (nie do przesady oczywiście). Jednak nieczęsto… nie, nigdy jeszcze nie miała okazji. Co najwyżej wynajmowała mieszkanie. A to nie to samo. Taki własny dom z małym ogródkiem… póki co chyba za wcześnie aby o tym myśleć. Tak, nawet nie wiedziałaby w jakim mieście się osiedlić!
       Chwilowo podłamana poszła wolnym krokiem do jadalni, by tam sobie posiedzieć. Gdyby miała dom także siedziałaby sama. Może współlokatorka? Tylko to musiałby być ktoś bliski. Tak by czuły się swobodnie.
       Tutaj na obiady wpadał Chaber, a i niekiedy towarzyszył jej sam Lord! To jest - ona jemu. Czy on jej? Nie, ona jemu. Musiał jeść czy nie, nadal był lordem, a ona tylko zatrudnioną - więc to ona towarzyszyła jemu, choć to on nie musiał przychodzić. Właśnie tak!
       Nieco pokrzepiona tą drobną bystrością, z chęcią zabrała się za kanapeczki, które przygotował dwór. Coraz bardziej wprawiał się w przygotowywaniu kotołaczych posiłków, za co Maka bardzo go chwaliła. Kiedy Lorda nie było w pobliżu często unosiła talerzyk i pokazywała co jest bardzo dobre, a co wyjątkowo ślicznie podane. Nie wiedziała co prawda gdzie Dwór ma oczy, ale i tak próbowała się z nim porozumiewać.
       Rodzina by nie uwierzyła gdyby im o nim opowiedziała!

       I w zasadzie należało pomyśleć nad listami. Nie przebywała w Demarze jakoś niezwykle długo, ale znalazła bardziej stałą pracę i należałoby się tym cichutko pochwalić. Może bez szczegółów…
       Naprawdę w jej życiu działy się rzeczy, o których nie mogła z rodziną rozmawiać? To chyba pierwszy raz! Zdumiona tym nagłym odkryciem, połknęła niemal wszystkie kanapeczki nawet tego nie zauważając - szczęście, że tacka była spora, bo inaczej kto wie czy nie podzieliłaby ich losu. Szczęściem, swoją ogładą Maka popisała się jedynie przed Dworem, bo Lord na herbatkę zszedł nieco później, gdy po ofiarach kociego apetytu nie było już śladu. Nawet okruszka.
Prawdziwa dama zawsze pozbędzie się wszystkich dowodów!

* * *


        Pogawędki z Lordem były bardzo specyficzne. Milczące. Oboje sączyli herbatę wymieniając na głos jak już jedynie parę zdań - Marika nie była na tyle śmiała by zaczepiać pracodawcę a już tym bardziej opowiadać o tym wszystkim co cisnęło jej się na usta. Umiała się powstrzymać.
        Więc wszystko mówiła w myślach. Siedziała sobie po cichu, uśmiechając się lekko i niemo chwaliła się postępami w ogrodzie; mówiła jak tam ma się Chaber; co w tym mieście poleciła jej zobaczyć Blondynka; co rzuciło jej się w oczy na wystawie kapelusznika i jak ślicznie wyglądały dzisiaj kamienice kiedy została wysłana po sprawunki.
        Od czasu do czasu zerkała na Lorda, choć częściej skromnie wgapiała się w filiżankę. Co odważyła się mówić to to, że Dwór bardzo szybko uczy się przyrządzać potrawy, a jej pokój jest naprawdę ślicznie urządzony. Nawiedzona posiadłość trafiła w jej gust.

* * *


        Pomieszczenie nie wydawało się zanadto przestronne - ot, pracownicze mieszkanko w służbowej, obecnie opuszczonej części gmachu. W sąsiednim pokoju widać było nawet ślady kuchni i pomieszczeń gospodarczych, ale na pewno od wielu lat nikt ich już nie używał. Atmosfera spokojnego bezruchu uzupełniała obraz dworu jako opuszczonej rezydencji, w której to co było wiecznie żywe - to tajemnica. Wszystko czyste i zostawione w idealnym, pustym porządku. Tylko niedające się odpędzić przeczucie zdradzało, że niegdyś i inna sylwetka przemierzała ciemny korytarzyk, by po cichu zamknąć za sobą drzwi.

* * *


        A jednak kto by spytał Makę, bez wahania stwierdziłby, że była zachwycona. Wysokie okno wpuszczało do pokoju wiele światła, a pomarańczowe, lekkie kotary odsłaniane były co ranek, by łagodnym blaskiem dnia wybudzić Marikę ze snu. Żółtokwiecista tapeta nadawała optymistycznemu akcentu wystrojowi, w którym ciemne drewno i skóra grały pierwsze partie. Na solidne meble nadal nie zdążyła się napatrzeć, jako córka rzemieślnika w pełni doceniając kunszt ich wykonania. Na podejrzanie niewielkim łóżku (idealnym pod kocie wymiary!) położyła Maka zieloną narzutkę. Ubrania już dawno wywiesiła w szafie, której jedna połowa także zaskoczyła ją rozmiarem - z pomocą niewielkiego stołeczka mogła bez trudu wszystko w niej powiesić! Wyższych półek w drugiej części co prawda nie sięgała, ale korzystając ze stojącego pod oknem stolika do pisania mogła się na mebel wdrapać i zza zdobień zerkać w dół na pasiasty dywan. Właśnie tam najbardziej lubiła w wolnych chwilach zaszywać się z kubeczkiem herbaty lub książką - owinięta w kocyk parę razy tak nawet zasnęła, choć za nic do tego by się nie przyznała. Damie nie wypadało spać na szafie.
Poza takim wewnętrznym tarasem, od Dworu otrzymała także wymarzony fotel i dwa regały na książki - tyle akurat idealnie się mieściło. Chociaż chwilowo były niemal zupełnie puste.

        W dzień wyglądało to bardzo przyjaźnie, a także - biorąc pod uwagę jaskrawy gust Maki - stylowo. Jednak noc zapraszała do środka barwy chłodne, a cieniem malowała na ścianach upiorne pejzaże. Dwór był na tyle troskliwy, że nim wiercąca się w koszmarach kotołaczka nie zasnęła na dobre, zostawiał tańczące płomienie na lampce oliwnej, by nieco rozjaśniały jej sen.
Avatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny, Dean,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » Cz mar 28, 2019 10:59 pm

        Rozmowy z panną Mariką nie należały do łatwych. Zgodnie z obietnicą, lord dołączył do niej na wieczornej herbacie, tak jak wiele razy wcześniej. Siedział wyprostowany w fotelu, wpatrując się w zachód słońca nad ogrodem i rozciągającym się dalej krajobrazem. Posiadłość znajdowała się na wzgórzu, więc mieli z niej piękny widok na całą okolicę.
        Lubił pić herbatę, choć tak naprawdę filiżanka stanowiła jego tarczę. Trzymając ją w dłoniach nie czuł się tak odsłonięty w towarzystwie pracownicy. Wiedziała o nim dużo, jednak gdyby padło z jej ust jakieś niewygodne pytanie, zawsze mógł zanurzyć usta w lekko słodkiej cieczy i zyskać czas do namysłu. Co prawda kotołaczka starała się być taktowna i wcale nie mówiła wiele, ale był pewny, że któregoś dnia zapyta. Jeszcze zbyt wiele spraw nie zostało wyjaśnionych, zbyt wiele z minionych wydarzeń rzuconych w kąt zapomnienia. Być może sam także potrzebował takiej rozmowy? Należało jednak zacząć od komunikacji samej w sobie, a tego lord już od dawna nie potrafił. Tyle lat nie rozmawiał z ludźmi - tak naprawdę od chwili gdy stał się wampirem. Zapomniał już o istnieniu niezobowiązujących pogaduszek na tematy codzienne. Dlatego teraz siedział i milczał, od czasu do czasu odpowiadając na pojedyncze uwagi pracownicy. Mimo wszystko lubił mieć ją w swoim otoczeniu, oczywiście w granicach rozsądku. Wieczorna herbata dobrze się do tego nadawała.

        Pierwsze, blade promienie dnia zastały lorda zamyślonego nad stołem laboratoryjnym. Dawno już minęła pora pracy - wczesnoporanne godziny nadawały się jedynie do na wpół sennych rozmyślań. Wampir nie odczuwał co prawda fizycznego zmęczenia, za to zmęczenie psychiczne doskwierało mu ostatnio coraz bardziej. Próbował parę razy zapaść w sen, by odciążyć przeładowany emocjami umysł, jednak powracające w koszmarach obrazy nie były tego warte. Pozostawał więc przytomny, wpatrując się w jaśniejące powoli niebo i pozwalając myślom bezwiednie błądzić. Odruchowo głaskał kota, który wdrapał mu się na kolana i mruczał zadowolony. Kocisko w ciągu ostatnich tygodni urosło i z niezgrabnego malucha zamieniło się w smukłego młodzika. Daleko mu jeszcze było do kształtów dojrzałego kocura, ale jego miękkie łapki wydłużyły się już, a okrągły pyszczek znacznie wysmuklał.
        Kiedy słońce błysnęło za drzewami, Fobos wyciągnął z kieszeni pudełeczko maści i szybkim ruchem rozsmarował cienką warstwę po policzkach, nosie i czole. Ostry zapach mięty pieprzowej i lilii podrażnił jego węch. Na jasnej skórze pozostał delikatny, błękitnawy odcień, który nieuważny obserwator mógłby wziąć za odblask wody albo chłodną poświatę.
        Mężczyzna był bardzo dumny ze swojego wynalazku. Poświęcił wiele tygodni pracy na doskonalenie receptury, łączenie składników i poszukiwanie informacji w fachowej literaturze. Teraz dysponował doskonałym narzędziem, dzięki któremu mógł swobodnie przebywać na słońcu. Nie żeby był zwolennikiem słonecznych dni - jaskrawe kolory kłóciły się z jego naturą, która spochmurniała na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Mimo wszystko taka możliwość była nieoceniona, gdy było się wrażliwym na światło nieumarłym.
        Przyłapał się na tym, że w myślach tłumaczy kotołaczce jak działa maść i podziwia jej pełną zdumienia minę. Dziwił się, że jeszcze go o to nie zapytała - w końcu wrażliwość na słońce i czosnek to najbardziej utrwalone mity dotyczące wampirów. Ale kobietka nie należała do wścibskich, to trzeba było jej przyznać.
        Po raz kolejny uświadomił sobie, że nie wie jak z nią rozmawiać. Byłoby dużo łatwiej czasem móc po prostu coś jej wyjaśnić. Parę razy chciał rozważyć z nią problem dotyczący pracy w laboratorium, ale nie wiedział, czy by go zrozumiała. Czyżby po tylu latach zaczął potrzebować kontaktu z drugą osobą? Co za nonsens!
        Z irytacją westchnął głośno, czym obudził kota. Stworzonko spojrzało na niego zaspanymi oczami, które nadal zasnuwała trzecia powieka. Na uciśniętym przez sen pyszczku malował się niemy wyrzut.
- No wybacz, wybacz. Przywykłeś do tego, że nie oddycham, co?
Kocurek na znak pojednania ponownie położył głowę i także westchnął ciężko, zapadając z powrotem w sen.
O ile łatwiej byłoby być kotem” pomyślał lord, obserwując wędrujące przez sen łapki i drgające leciutko wąsiki.

        Godzinę później pręgowany kocurek wyszedł dumnie przez frontowe drzwi, zadzierając wysoko wyprężoną kitkę. Jego wampir kuśtykał z tyłu za nim, posłusznie dając się wyprowadzić na spacer. Kotek obrzucił wyniosłym spojrzeniem pozostałe czworonogi, które wygrzewały się na kamiennych murkach i rzeźbach. Część z nich rozpierzchła się po ogrodzie, parę nastawiło ciekawie uszy. Czy pan lord da im teraz jeść? Nie, od tego była mała pani człowiekokotka, która regularnie napełniała miseczki.
        Zwierzęta zachowywały się w ogrodzie bardzo kulturalnie. Łapały myszy, umilały krajobraz swoją obecnością, a gdy należało, schodziły z drogi. Dwór dbał o to, by żadne z nich nie panoszyło się nieproszone po wnętrzu ani nie załatwiało swoich spraw na ogrodowej ziemi. Tylko mały pręgusek wślizgnął się w łaski pana i teraz wykorzystywał swoją przewagę, okrzykując się samozwańczym gospodarzem.
        Parę starszych kocurów zerknęło na niego spode łba, jednak nie miało odwagi fuknąć w obecności lorda. Czuły przed nim naturalny respekt, wyczuwając w nim drapieżcę i potulnie akceptując to, że postanowił nie robić im krzywdy. W pewien sposób rozumiały, że żyją na jego ziemi i tak długo, jak były spokojne, nie zamierzał ich stamtąd przeganiać.

        Fobos skrzywił się, pokonując niewysokie schodki, prowadzące w stronę altany. Nadal nie było mowy o dłuższych spacerach, a nawet częściowej sprawności. Gdy dotarł do drewnianej konstrukcji, oparł się ramieniem o ażurową ścianę i odetchnął ciężko.
        Grządki naokoło obsadzone były różami z Efne, wymarzonymi przez Dwór “Karmazynowymi zjawami”. W rozrzedzonym świetle wczesnego poranka ich głęboka czerwień przywodziła na myśl najlepszej jakości wino. Grube, zakrzywione płatki ciemniały ku środkowi, przechodząc w delikatnie zabarwioną czerń. Wampir pogładził jeden z nich palcem, a biała skóra utworzyła piękny kontrast z kolorem kwiatu.
- Zadowolony? - mruknął niskim głosem, posyłając pytanie w eter. W powietrzu zerwał się lekki wiatr, który spowodował, że rośliny wokół zaszumiały cicho. Lord wyczuł w nim energię Dworu, która dotychczas nie sięgała aż tak daleko.
- No proszę. Widzę, że ty także czegoś się nauczyłeś.
Ponowne drżenie upewniło go w przekonaniu, że budynek nieśmiało rozwijał w sobie nową umiejętność. Póki co nie umiał jeszcze kontrolować roślin, ale jeśli tak dalej pójdzie, być może będzie w stanie nimi poruszać.
        Rosnąca siła mogła spowodować, że przyjdą mu do głowy głupie pomysły. Fobos pociągnął lekko płatek i z głuchym trzaskiem wyrwał go z rozkwitającego pąka.
- Ale bądź rozsądny i pamiętaj, że mogę je wszystkie spalić.
Dwór odpowiedział potulnym klekotaniem altanki. Wampir uśmiechnął się lekko i pogładził roślinę, przysiadając na znajdującej się w pobliżu ławce. Tchnięcie życia w ten budynek było doskonałą decyzją i jego największym dziełem. Tak wielki twór wymagał jednak ciągłej kontroli.
        Na jego kolanach zmaterializował się gruby koc, przyjemnie grzejący nogi. Poranki nadal były chłodne, wypełnione mgłą i niepewnością. Zerknął w stronę ciemnych okien, odbijających gdzieniegdzie pojedyncze promienie słońca. Za jednym z nich spała panna Marika. Zastanawiał się jak wyglądają jej sny. Czy są bardziej kocie czy ludzkie? Przekrzywił głowę, rozważając, czy byłby w stanie ją o to zapytać i jak by na to zareagowała. Wyobraził sobie zdumione drgnienie wąsików i uszu, oczy okrągłe jak spodki. Kolejna z ich nieistniejących rozmów potoczyła się swoim torem...
Avatar użytkownika
Fobos
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire, Nick, Vera, Barabasz, Mimi, Saskia,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » N kwi 21, 2019 10:01 pm

        Gdyby mogła zapamiętać co jej się śniło.
       Otworzyła oczy gwałtownie, czując jak nerwowo bije jej serce, a jednocześnie błogość ogarnia wypoczęte ciało. Leżąc w cieplutkiej pościeli, rozgrzana, spojrzała nieświadomie na zimę za oknem, starając się złapać ostatnie cienie marzeń i dojrzeć kontury drugiej rzeczywistości.
       Przy szybie coś przeleciało.
       Czyżyk?
       Kocie instynkty podniosły Marikę do pionu, a wola pracownicy kazała jej zapomnieć o wszelkiej rozkoszy lenistwa i zabrać się do pracy. Już mniej otępiała niż wczoraj wyszła do umywalni, uznając chłodny korytarzyk za widok znajomy i nie budzący w niej lęku. Może leciutkie dreszcze. Dwór jak zwykle zadbał o wodę - w samym pomieszczeniu podniósł też temperaturę; wolno acz sumiennie, w ślad za swoim panem, przypominał sobie o wymogach żyjącego ciała.
       Pozdrowiła go zaspanym uśmiechem kiedy weszła i ze zdumieniem spostrzegła, że choć budynek na swój sposób jest ,,kimś” to nie czuje przy nim skrępowania. Może gdy nie wiedziała, w którą stronę posłać uśmiech - ale w kwestiach kąpielowych polegała na jego gorącej wodzie i w zasadzie po tych paru dniach bez oporów wyłuskiwała się z nocnej koszulki. Niekiedy zdarzało jej się pytać ścian o jakieś środki do mycia i choć specyfiki nie zawsze były idealne dla kociego futra, to uparcie budowała z Dworem coraz większy arsenał wspólnych zwyczajów.

       Już czyściutka kończyła toaletkę u siebie w pokoiku - należało się wyszczotkować, ułożyć włosy, podumać którą z czterech sukienek dzisiaj założyć. Potem dobrać dodatki, wziąć z wieszaka kapelutek i dopiero w tym stanie pełnej gotowości wyjść na salony, gdzie można było natknąć się na Lorda.
       Marika miała też swoje przyzwyczajenia - jednym z nich było to, że po rezydencji chodziła ubrana tak, jakby właśnie przyszła z zewnątrz. Torebeczkę i kapelusz zawsze przy śniadaniu miała ze sobą - odkładała je na pobliską komodę czy wieszak, ale zasadniczo stale gotowa była do wyjścia. Tylko szubka czekała na nią przy drzwiach.
       Śniadanie jadała rano - przeważnie. Godziny pracy wciąż były elastyczne, jednak jeżeli dano jej spać w nocy, o świcie (a teraz jak się dawało to i przed) starała się być na nogach.
       Tym razem w saloniku do porannych spotkań i drobnych przekąsek nie było nikogo. W zasadzie o tej godzinie często był pusty. Maka zgrabnie wskakiwała na ciężkie krzesełko i jadła tak szybko, jakby naprawdę zależało jej na wyjściu.
       Dzisiaj tym bardziej.

       Pamiętała dobrze swoją listę zadań - zdobyć żurawinę i ślimaki. Pójść po jedną książkę do biblioteki uniwersyteckiej. Przy okazji poszukać pozycji o wampirach.
       Nagle podekscytowana chciała zerwać się z miejsca, lecz zawstydziła się własnej ciekawości. Dopiero gdy ukryła cały swój entuzjazm i nieco się wyciszyła, podziękowała Dworowi za posiłek i wyszła na zewnątrz tempem godnym damy.
       Spieszącej się.

       Raźnym dreptaniem zakłóciła ospałą ciszę ogrodu, rytmem ze żwiru wystukując ,,dzień dobry!” całej Demarze. Łapką trzymała poły futrzanego płaszcza, drugą pomachała budynkowi. Odwracając się zerknęła w okna na piętrze, ale spokojna figura Lorda w altanie umknęła już jej uwadze.
       Ruszyła w stronę bramy.

* * *


       Demarskie ulice nie były senne już o tej godzinie - gosposie dawno zaczynały pracę, praczki co chwila wychodziły bocznymi drzwiami, młodzi roznosili wiadomości do bogatych domów. Błękitne szarości jaśniały od ruchu, a odgłosy miasta powoli przybierały na zdrowej sile.
       Przemykając coraz mniej obcą trasą, mała kotołaczka ubrana w barwy lata i jesieni, mogła pozdrowić już paru znajomych ludzi. Głównie kobiety machały jej z uśmiechem, niekiedy nie wypuszczając przy tym z dłoni ścierek. Odsyłała im radosny, mile zaskoczony uśmiech, za każdym razem cieplejszy, ilekroć tylko ktoś się do niej zwrócił. Znała już też piekarza, który dwa dni temu zaoferował jej pierwszą darmową bułeczkę. Dziś dostała trzecią, ozdobioną uwagą, że w taki mróz nie można biegać o pustym żołądku. Zgadzała się. I choć jej pusty nie był, w życiu jeszcze nie pogardziła cieplutkim pieczywem, prezentem w dodatku.
       Podniesiona na duchu przestała nawet z żalem myśleć o niefortunnej uwadze odnośnie lordowskich maści i obmyślała jedynie u kogo by tu zdobyć kolejne składniki, by wyszło to jak najtaniej. Najtaniej! Kupowała za pieniądze arystokraty! Ale i tak nie mogła pozbyć się przymusu szukania okazji i oszczędzania. Oczywiście wpierw brała pod uwagę jakość, ale gdy oba produkty były dobre, to hańbą by było i marnotrawstwem wybierać droższe. Lord na pewno nie byłby zadowolony wiedząc, że jego pracownica kupuje pierwsze z brzegu tylko po to, żeby się nie nachodzić.
       A chodziła sporo.
       Dziś jednak nim nogi zaniosły ją pod kupieckie szyldy, stanęła przed budynkiem biblioteki. Wspaniały, okazały gmach w złocie i bieli tak odcinał się od czerwonych domów, że wizualnie stawał się niemal świątynią. A Maka wiedziała, że w środku kryją się prawdziwe skarby.
       Miała też nadzieję, że jej pobyt tam będzie udany - mogła zawsze liczyć na książki, ale w tej bibliotece była pierwszy raz i nie znała ludzi. Cieszyła się jednak z okazji do odwiedzenia samego miejsca - może dzięki pracy u Lorda będzie mogła zaglądać tu częściej? Niekiedy otrzymywała dostęp do cenniejszych zbiorów właśnie ze względu na takie powiązania. Kusiło ją by zobaczyć kiedyś czym tutejsze zbiory mogą się pochwalić.
       Skupiła się jednak na zadaniu.

       Podeszła do biurka - wysokiego, zdobnego, dębowego biurka, zza którego blatu wystawał jedynie czubek jej kapelusza. Lecz bibliotekarz, o tej porze robiący porządki, zauważył ją nieco wcześniej. Odwrócił się od regału, domknął jakąś szufladę i poprawiwszy ramki okularów (puste oprawki!) nachylił się i przywitał kocicę z uśmiechem i pewną dozą zainteresowania. Sam wyglądał prawie na elfa… albo kogoś z elfem spokrewnionego. Był wysoki i wiotki, miał długaśne uszy, ale brakowało mu nie tylko typowej elfiej gracji, ale wdzięku w ogóle. Czarne, tłuste włosy mierzwiły się krótko obcięte, a ręce spoczywały koślawo po bokach tułowia. Twarz mężczyzny z kolei była typowo ludzka i tak okrągła, że żaden leśny panicz by się o nią nie pokusił.
       Do urody brakowało mu wiele, ale urok z jakim traktował Makę zupełnie zajmował jej zmysły, nie pozwalając pamiętać o brzydocie. Widziała jego uprzejme i jak najszczersze zainteresowanie - jakby młodzieńczą ciekawość, choć kto wie ile wiosen już przeżył. Uśmiechał się i słuchał spokojnie, choć w pełnej gotowości do działania, przez co czasem wykonał jakiś nieporadny gest, zbyt szybko ruszając się z miejsca. Maka podała mu kartkę, kiedy już po coś miał iść, zabrała ją, gdy się wrócił, podała mu znowu, a on zaskoczony oparł dłonie o blat. Gdy sięgał znowu, odłożyła ją, by uniknąć kolejnych niezręczności. Skrępowany chichot obojga zastąpił przeprosiny.
Dziwnie miło im się bawiło tą kartką. Ale w końcu, tak jak miała, trafiła do ręki mężczyzny.
       I nagle się zdziwił.
       - Pani tego poszukuje? - Pytająco pokazał notatkę, którą z takim trudem mu przekazała.
       Kiwnęła głową. Ale coś kazało jej dopowiedzieć:
       - Dla pracodawcy.
       - A! Uff. Aha! Oczywiście, rozumiem. - Elf pomachał zwitkiem jakby wszystko wróciło do normy i poszedł w półki. A potem gdzieś na zaplecze.

       Czekała na niego rozglądając się ukradkiem za jakimś taboretem, żeby może nie rozmawiać z nim stale z pozycji przyczajonej kuny, ale nic takiego nie wpadło jej w oko. Mogła podziwiać za to jeszcze wyższe niż biurko piony półek ciągnące się wiele, wiele Marik nad ziemią i dumać nad zawartością zdobiących je tomów. Zaczęła wzdychać do chwil z kocem i książką przy oknie, kiedy niespiesznym zadowoleniu mogła delektować się lekturą i miejskim pejzażem.
       Ocknęła się na dźwięk szurających kroków. Mężczyzna triumfując, cały w pajęczynach, machał księgą jak wcześniej lordowską kartką.
       - Mam! Znalazłem, a oczywiście wypożyczę. Zadać muszę jednakże przedtem parę pytań… jest pani obywatelką miasta?

* * *


       Była troszeczkę zaskoczona. A nie powinna w zasadzie - nauczona doświadczeniem mogła wcześniej pomyśleć o poleceniu od Lorda z jego oficjalną pieczęcią. Na szczęście elf wierzył w to co mówiła i po drobnych pertraktacjach co do warunków, mogła zabrać tomik; choć mężczyzna poradził jej pomyśleć o jakimś dokumencie uprawniającym do korzystania z zasobów Demary. Wtedy też dotarło do niej, że nigdy nie ustalała z Lordem ile właściwie będzie dla niego pracować… nigdy się nie deklarowała! Mocno rozkojarzona, w pierwszym momencie zapomniała nawet zapytać o pozycje związane z krwiopijcami. Podeszła skołowana do drzwi, później cofając się w pośpiechu - ale za dębowym biurkiem nie zastała już elfa-bibliotekarza…
Avatar użytkownika
Maka
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta, Rosa, Vinny, Dean,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)


Powrót do Demara

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron