Kot, wampir i tajemnica


Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.

Postprzez Fobos » N mar 11, 2018 9:17 pm

        Ian McColley wstał od wykonanego z ciemnego, lśniącego drewna biurka i uważnym ruchem wygładził poły surduta. Poskładał raport i zapatrzył się na ustawione na stole żonkile. Nowa pokojówka, którą zatrudnił dwa tygodnie temu, sprawdzała się doskonale. Elegancki salon lśnił czystością. Zamyślony założył ręce za plecami i podszedł do okna. Śledztwo w sprawie “Rozpruwacza z Demary” utknęło w martwym punkcie. Drugie morderstwo doprowadziło ich do konfrontacji z połową Gildii Handlowej, która zupełnie nie chciała współpracować. Wszędzie trafiał na zdawkowe odpowiedzi i wykręty. Nikt nic nie wie! Witamy w Demarze! Nawet pismo od samego króla nie rozwiązało ludziom języków. Miał wrażenie, że coś wymyka się jego palcom, coś co powinno być tuż obok!
        Nagle jego uwagę odwrócił nieznaczny ruch na zewnątrz. Dostrzegł pomarańczowy kapelusz poruszający się tuż ponad linią ogrodzenia. Jego żywy kolor kontrastował intensywnie z szarością bruku. Mężczyzna zmrużył oczy i przyjrzał się uważnie jego poczynaniom. Kapelusz przesunął się nieco w stronę bramy, a przez ozdobnie wygięte pręty Inspektor dojrzał jego właścicielkę. Malutka kobietka w prostej, żółtej sukience, wrzuciła list do skrzynki i odetchnęła głęboko. Nagle podskoczyła i spojrzała na niego spanikowanym wzrokiem, jakby dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że jest obserwowana. Szybko wyprostowała się i złożyła ładnie dopracowany ukłon. Szturchnęła również niewielkiego obdartusa, który skłonił się głęboko i niezgrabnie. McColley odpowiedział im skinieniem głowy, jednak jego myśli znajdowały się zupełnie gdzie indziej. Znał pieczęć, którą dojrzał na kopercie! Lord de Loer! Rzucił się w stronę drzwi, żeby zatrzymać nieznajomą.
        Wypadł na zewnątrz krokiem, który być może nie przystoi przedstawicielowi prawa, jednak został już wielokrotnie wypróbowany podczas pościgów. W ciągu kilku chwil znalazł się koło kotołaczki i jej towarzysza. Zatrzymał się gwałtownie i odchrząknął, prostując się. Jego ruda czupryna zmierzwiła się lekko, jednak szybko przejechał po niej dłonią, układając z powrotem niesforne kosmyki. Na wyraźnie zarysowane kości policzkowe wykwitły delikatne rumieńce, a jasne oczy prześwidrowały pannę Marikę niemal na wylot.
- Czy pracuje pani dla lorda de Loer? - zapytał bez zbędnych ceregieli. Nie zamierzał marnować czasu na formalności. Skoro mała kobietka przyniosła dla niego kopertę, musiała wiedzieć kim jest. Uświadomił sobie, że białowłosy mężczyzna może być teraz najbardziej żywym tropem w całej sprawie. Nawet nie wiedział, jak nie trafione jest to porównanie.
- Chciałbym zadać jej kilka pytań - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu, wskazując wnętrzne domu. Obrzucił nieprzychylnym spojrzeniem chłopca, jednak sumienie nie pozwoliło mu zostawić go czekającego na dworze.
- Pani towarzysz może pójść z nami.
“...a moja służba na pewno będzie miała na niego oko”, dodał w myślach, kierując się w stronę drzwi wejściowych. Lokaj, który je otworzył, natychmiast pochwycił jego surowe spojrzenie i wlepił uważny wzrok w dziecko. Inspektor skierował kroki w stronę salonu, tego samego z którego przed chwilą wybiegł w pośpiechu. Ściany były jasnożółte a meble ciemne, co dawało elegancki i wyrafinowany kontrast. W pomieszczeniu natychmiast pojawiła się ubrana w fartuszek pokojówka o burzy kręconych włosów, która postawiła na stoliku tacę i dygnęła wdzięcznie. McColley podziękował jej skinieniem głową i usiadł na sofie z ciemnego drewna, obitej miodowymi poduszkami w brązowawe kwiaty. Ręką wskazał miejsca naprzeciwko kotołaczce i chłopcu. W kącie pokoju stał otwarty fortepian, pod oknem górowało zaś biurko.
        Przeniósł uważny wzrok ponownie na kobietkę, wyciągając zza pazuchy notatnik.
- Chciałbym zadać kilka pytań dotyczących lorda de Loer i jego poczynań w ostatnich dniach.
Choć z zewnątrz Inspektor przypominał nieruchomą rzeźbę (bardzo dobrze wyglądającą rzeźbę, trzeba dodać), w środku aż gotował się z ekscytacji. Z białowłosym arystokratą rozmawiało się wyjątkowo trudno. Być może od tej zaniepokojonej pracownicy, która dziwnie nie pasowała do tajemniczego Fobosa, uda mu się wyciągnąć coś więcej.

        Lord szedł opustoszałą ulicą, a echo niosło stukot jego kroków. W mokrym bruku odbijała się sylwetka w czarnym, długim płaszczu. Ciemnozielony szalik powiewał lekko na wietrze. Na miasteczko spadła delikatna mżawka, od której włosy wampira przykleiły się do twarzy. Nie dbał o pozory. Miał teraz ważniejsze sprawy do załatwienia. Szedł szybko, a w jego złotych oczach błyszczały zimne iskry. Miał coś do zrobienia i nic nie mogło go powstrzymać.
        Panna Marika zapisała mu dokładny adres rzezimieszków, od których próbowała kupić soczewkę. Teraz, gdy tylko kilka kroków dzieliło go od upragnionej zdobyczy, jego nieruchome serce zdawało się bić mocniej niż kiedykolwiek przedtem. Pchnął skrzypiące drzwi sklepu i zniknął w jego ciemnym wnętrzu.
        W środku siedziało dwóch mężczyzn, którzy obrzucili go krzywym spojrzeniem. Za kolejnymi drzwiami czaił się trzeci, zapewne przekonany o tym, że jest niewidoczny. Wampir postanowił na razie nie dawać do zrozumienia, że go widzi. Póki co zależało mu na tym, żeby poznać dokładne położenie soczewki. Skinął lekko głową i podszedł do tego, który stał za ladą w niedbałej, nonszalanckiej pozie. Jego pokryta bliznami gęba i wyświechtany frak na dobrych kilka staj biły lewymi interesami. “Dobrze, że kotce nic się tu nie stało. W końcu ona w ogóle nie potrafiłaby się obronić. A może?” przemknęło mu przez myśl, jednak gwałtownie odepchnął te rozważania od siebie. Położył dłonie na ladzie i uśmiechnął się cierpko
- Witam panowie. Moja pracownica niedawno rozmawiała z wami na temat pewnej soczewki. Na pewno ją pamiętacie, malutka, ma ogon i kocie uszy…
Chichot z kąta pokoju się przybliżył, a przytłumione światło wyłoniło z mroku drugiego rzezimieszka.
- Toż to panicz lord we własnej osobie! Jednak się do nas pofatygował! Kto by pomyślał!
- Taki zaszczyt nas kopnął! Spodziewałeś się, Gellard? Bo ja nigdy w życiu! Aż mnie zad boli!
Lord skrzywił się nieznacznie, jednak na razie postanowił zignorować obelgi.
- Gdzie jest soczewka? - zapytał zimno. Łysy Gellard wyciągnął zza pazuchy zawiniątko, które położył na ladzie. Rozwinął materiał, a w półmroku błysnęły tworzące się pośrodku pryzmatu zielonkawe zawirowania. To był jego błąd.
        Widząc swój cel, Fobos nie zamierzał marnować ani sekundy więcej. Błyskawicznym ruchem chwycił bandytę za kark i grzmotnął jego głową o ladę, oczywiście na tyle daleko, by cennemu przedmiotowi nic się nie stało. Z rozbitego nosa obficie polała się krew. Płynnie przeskoczył drewno i znalazł się po drugiej stronie, przyciskając ogłuszonego przeciwnika po ściany. Szybko, bez większego wysiłku skręcił mu kark. Nie zamierzał pić jego krwi. Zostawienie zbyt wielu trupów z dziurami w szyi w zbyt krótkim czasie mogłoby zaalarmować ludzi, a ostatnim czego teraz potrzebował było dochodzenie w sprawie wampiryzmu.
Drugi z przeciwników z wrzaskiem skoczył w jego stronę, a trzeci wypadł zza drzwi, będąc ewidentnie pijanym. Lord w ułamku sekundy zamienił się w dym i przeleciał dokładnie przez napastnika. Zmaterializował się po jego drugiej stronie i wbił pazury w gardło, rozszarpując je. Krew trysnęła na podłogę, a on, zadowolony oblizał palce. Drobna rozpusta nie zaszkodzi. Czując przyjemne upojenie i lekkie drżenie w brzuchu, posłał w stronę trzeciego, chwiejącego się mężczyzny, lodowy kolec, który przebił jego serce na wylot. Momentalnie stopniał i zniknął jeszcze zanim trup uderzył o ziemię.
        W nieruchomej ciszy Fobos podszedł do blatu i pieczołowicie zawinął soczewkę w czarny materiał, ścierając z niej pojedynczą kropelkę krwi. Ukrył zawiniątko w kieszeni kamizelki i pod postacią nisko ścielącego się dymu opuścił ruderę. Wreszcie miał to, czego szukał. Zadowolony poszybował z powrotem w stronę dworu.
Ostatnio edytowano Śr kwi 18, 2018 3:15 pm przez Fobos, łącznie edytowano 1 raz
Avatar użytkownika
Fobos
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » Pt kwi 13, 2018 1:44 am

        Dobrze, uff. Po wszystkim!
       Panna Ragrafford odetchnęła kiedy mężczyzna w oknie skinął im uprzejmie głową, a ona mogła z czystym sumieniem się wycofać. Jej młody kompan myślał podobnie, choć z ciekawością iskrzącą w oczach spojrzał raz jeszcze na tego, kogo zwano ,,Inspektorem”. Więcej się nie zastanawiali, a sprawnie ruszyli ku obiecanemu obiadowi zostawiając wykonane zadanie za sobą. Coś jednak poszło nie tak. Kotka zastrzygła uchem i odwróciła się czujnie. Zdawało jej się, że słyszy szczęk klamki i obcasy butów gwałtownie dotykające chodnika. Ale nie spodziewała się, że za chwilkę, tuż przednią, niczym z podziemi wyrośnie rudy mężczyzna. Gorzej - rudy Inspektor!
Serce najpierw jej stanęło, później podskoczyło, a wreszcie zaczęło bić przerażone. Wytrzeszczyła oczka i zadarła głowę.
       - Czy pracuje pani dla lorda de Loer? - Padło lapidarne pytanie.
,,Jeszcze tak”, przemknęło jej przez zachmurzone porażką, skotłowane nagłym stresem myśli, ale z ust wydobyło się stwierdzenie dużo bardziej poprawne i dające jeszcze szansę nie najgorszego się zaprezentowania:
       - Tak, pracuję.
Spodobał jej się jej własny ton. Taki dumny, spokojny, a stanowczy. Taki… taki pracowniczy! Och, jakie to było wspaniałe uczucie. Autoośmielona odchyliła leciutko kapelusz, by lepiej przyjrzeć się przedstawicielowi władzy demarskiej.
Inaczej go sobie wyobrażała.
Mężczyzna, który stał przed nią, wcale nie wyglądał tak groźnie jak rysowało się to w jej głowie, choć nadal był imponujący. Nie miał surowych blizn na twarzy czy srogich wąsów wiekowego tyrana. Wyglądał młodo i całkiem przystojnie, a w źrenicach odbijało się jakieŚ głęboko ukryte zainteresowanie. Marika nie umiałaby powiedzieć o nim wiele więcej niż to, że pasowałby mu brązowy kapelusz. Ciekawe czy ma jakiś? Jeśli ma powinien go jak najczęściej zakładać!
       O ile jednak nie sprawiał wrażenia surowego gbura, o tyle był bardzo szybki i stanowczy w działaniu. Aż nadto dominujący, za to zgrabnie panujący nad sytuacją - przynajmniej w chwili, kiedy po drugiej stronie znajdowała się panna Marika i nieletni blondynek.
Oboje bez szemrania, choć z lekkim niepokojem ruszyli w stronę posiadłości. Nie czuli się jeszcze ofiarami ,,przymusowego zaproszenia”, choć absolutnie nie spodziewali się znaleźć w takiej sytuacji. Poza tym chłopaczek zauważył nieufne spojrzenia jakie mu rzucano i naburmuszył się z lekka. ,,Oczywiście!”, myślał ,,Macie wory pieniędzy i nauczyli was czytać, to od razu tacy lepsi jesteście! Nic wam nie zabiorę, kołtuny wstrętne! A nawet gdyby, to na pewno bardzo by wam to zaszkodziło. Sknery i dusigorsze! Przestańcie się na mnie gapić!”. Być może pewne emocje odbiły się na jego zwykle łagodnym obliczu, ujawniając nagle jakieś ostrzejsze rysy w tej niewinnej, jeszcze nie męskiej buźce, ale idąca przodem Marika nie mogła ich zobaczyć - obserwowała z to uważnie nowe otoczenie; styl w jakim dom był utrzymany, rodzaje mebli i to jak świadczyć mogą o właścicielu. Spoglądała także na osoby tutaj służące i uśmiechała się do nich lekko, mimowolnie z nimi sympatyzując. Młody też chętnie by się do nich szczerzył, ale wydawało mu się, że jakoś za bardzo zadzierają nosa. Jakby mieli powód!
       W końcu weszli za Inspektorem do salonu - pięknego salonu! Chłopak gwałtownie onieśmielony wartością przedmiotów i szykiem, przestał się dąsać, Marika zaś dała się całkowicie oczarować swoim najulubieńszym barwom składającym się w sposób pierwszorzędnie zharmonizowany, a jednocześnie lekki, na elegancki pokój.
,,Jak półmisek bananów w czekoladzie!… Z mandarynką!”, pomyślała z zachwytem, a oczka jej zalśniły. Być może nie powinna, ale wśród tych kolorów czuła się tak swojsko! Mogła tonąć w żółciach ścian i pomarańczach obić, chwytać rozmarzonym wzrokiem ciemnobrązowe poręcze, nogi i łączyny mebli, rozkoszować się kwiecistymi wzorami poduszek i tapicerek. Westchnęła szczęśliwa, że jej strój pasuje do tego wnętrza i nie będzie się wizualnie gryzła panu Inspektorowi z szanownym jego domostwem. Za to blondynek… on wyglądał w bogatym salonie jak pół sardynki spoczywające na złocistym indyku i nawet z pewnym zażenowaniem jął spoglądać na swoje dziurawe, bardzo nie wejściowe-do-domu buty. Ale kto by się tym przejmował - właśnie dostali poczęstunek!
O ile kotka denerwując się nieco wizytą u ‘przyjaciela lorda’ powstrzymała się przez kilka sekund przed sięgnięciem po zakąskę, o tyle młody, i tak już skreślony przez ,,burżujskie towarzystwo”, za nic miał wyszukane maniery i grzecznie, ale po chłopsku wziął co mu się podobało w garść i rozsiadł się obok swojej… pani Mariki.
Tak jak dzieciak nie ociągał się z zaspokajaniem głodu, tak inspektor nie zwlekał z ugaszeniem swojej ciekawości. Ich szybkie i stanowcze działania niemal wybiły kotołaczkę z rytmu. Przyzwyczajona była już do pewnych konwenansów, które spowalniały wszystko co możliwe, jednocześnie dając czas do namysłu i odsapnięcia.
I przełknięcia tego co miało się w ustach.

       - Chciałbym zadać kilka pytań dotyczących lorda de Loer i jego poczynań w ostatnich dniach. - Inspektor wyglądał poważnie kiedy wyciągał swój notatnik, a pannę Ragrafford dodatkowo zaniepokoiło słowo ,,poczynania”. Brzmiało ono tak jakby inspektor o coś Lorda podejrzewał! Ścisnęła mocniej torebkę zastanawiając się co zrobić. Oczywiście… powiedzieć prawdę. Inaczej nie można było. Ale należało to zrobić tak, by nie narażać Lorda na nieprzyjemności. Źle dobrane wyrażenia lub chwile zawahania mogły sprawić, że demarski obrońca sprawiedliwości zinterpretuje jej zeznania na opak. Problem tkwił w tym, że Marika nie wiedziała jak panować nad swoim głosem i sposobem wypowiedzi (o mowie ciała już nie wspominając), o czym wiedział każdy kto ją poznał i z czego także zdawała sobie sprawę. Można było z niej czytać jak z zaklętej książki, która nie tylko natychmiast obnażała wszystkie rodzące się w niej kłamstewka, ale i nie pozwalała niczego przekręcać ani tuszować. No, chyba, że smutek lub inne negatywne emocje - nad nimi Maka nauczyła się jako tako panować i kulturalnie je powściągała.
       - O-oczywiście. Chętnie odpowiem. - Odparła w napięciu. Miała nadzieję, że owe pytania nie będą skonstruowane tak, by wszystko co powie obróciło się przeciwko Lordowi… tylko dlaczego właściwie zaczęła myśleć, że inspektorowi może na tym zależeć? To chyba przez te nieszczęsne ,,poczynania”. Namąciły jej w głowie!
Avatar użytkownika
Maka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » Pn kwi 23, 2018 2:52 pm

        Inspektor przyglądał się pannie Marice, w zamyśleniu marszcząc czoło. Zdawał sobie sprawę, że przeciągająca się cisza z całą pewnością stresuje kotołaczkę. Zdenerwowanie było jego sojusznikiem - ludzie szybko tracili rezon w obecności przedstawicieli prawa. Pomarańczowa panienka wyglądała co prawda na osobę uczciwą, jednak odrobina niepewności nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a mogła rozwiązać zbyt mocno zasupłany język.
        Powoli odłożył notatnik i wziął do ręki żółtą kopertę opatrzoną dużą, czerwoną pieczęcią. Przełamał ją szybkim ruchem i wyciągnął ze środka zapisaną eleganckim, ozdobnym pismem kartkę. Pobieżnie przeleciał wzrokiem po równych linijkach, a widoczne zaskoczenie odmalowało się na jego przystojnej twarzy.
- Czy zna panna treść tego listu? - zapytał, a jego brwi powędrowały wysoko w górę. Ubrane w bardzo eleganckie (i nieco kpiarskie, czego nie mógł nie zauważyć) słowa wyznanie było krótkim streszczeniem ostatnich dni. Wampir informował, że odkrył sprawcę obu morderstw i zalecał udanie się na ulicę Blasku 125E, gdzie na McColleya będzie czekać interesujące odkrycie. Zasugerował również, że Inspektora może zaciekawić rozdział “Demonologiji” poświęcony Demonowi cierpienia zwanemu Gnark. Usilnie zalecał też, by poinformować o tym prasę i oczyścić zmiennokształtnych z zarzutów, które coraz gęściej kumulują się dookoła nich (Inspektor przelotnie zerknął na kotołaczkę, zastanawiając się czy to ona jest powodem tej prośby). Na koniec, podkreślone zamaszystą linią stało oświadczenie, że choć on sam nie ma ze sprawą nic wspólnego, nie spocznie póki nie dowie się, kto wykorzystał jego rodowy (ach, cóż za nietakt, czy wspomniał już, że jest magiczny?) medalion. Z wyrazami krwistej sympatii, oddany sprawie lord Fobos de Loer.  
        Choć jego blade palce mocniej zacisnęły się na kartce w reakcji na zawoalowane przytyki, McColley poczuł pewną dozę podziwu dla tego przerażającego mężczyzny. Wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Nie był pewien dlaczego szlachcic postanowił z nim współpracować. Czy tylko żeby oczyścić imię swojego rodu? A może zwyczajnie się nudził? Tak czy owak swoimi kanałami udało mu się dotrzeć tam, gdzie Ian nie znalazł się nawet przez moment. Przez chwilę postanowił odłożyć dumę na bok i posłuchać wskazówek lorda.
        Przeniósł wzrok z powrotem na pannę Marikę, przypominając sobie, że nie wypada wyglądać na zszokowanego przy gościach, a już na pewno nie kiedy jest się przedstawicielem prawa. Postanowił wprowadzić ją w szczegóły, zanim przejdzie do sedna rozmowy. Choć objawione przed nim informacje rzucały zupełnie nowe światło na całą historię, jego podejrzenia dotyczące lorda Fobosa nie zniknęły. Wręcz przeciwnie - cichy głos odezwał się w jego głowie jeszcze głośniej, pytając SKĄD właściwie wampir to wszystko wie.
- Z całą pewnością jest pannie wiadomo, że ostatnimi czasy w Demarze doszło do dwóch okropnych morderstw. Nie chcę zagłębiać się w szczegóły, bowiem jest to temat nie przystojny dla młodej kobiety. Pewne… poszlaki nakazywały mi jednak sądzić, że być może lord Fobos de Loer wie o tej sprawie więcej niż może się wydawać. Treść tego listu potwierdza moje podejrzenia. Jako że jest panna jego pracownicą, sądzę, że może posiadać istotne dla śledztwa informacje. Proszę niczego nie zatajać, dobrze?
Zamilkł na chwilę, czekając na reakcję kotołaczki. Nie sądził, że jest zamieszana w morderstwa, ale kto wie? Już dawno nauczył się nie oceniać ludzi po pozorach.
- Wie panna jakiego herbu jest ród de Loer? - pytanie było czysto retoryczne, bo zaraz po nim wyciągnął z szuflady biurka zwrócony uprzednio w kopercie medalion. Podał go kobiecie i wskazał na najeżoną mantykorę zdobiącą przełamaną na pół pieczęć.
- Medalion z symbolem rodu de Loer znaleziono na miejscu pierwszego morderstwa. Czy lord Fobos ma jakichś znanych pannie członków rodziny w Demarze?
Doskonale zdawał sobie sprawę, że pokazując jej ten przedmiot, zasieje ziarno niepewności w jej ludzko-kocim sercu. O to mu właśnie chodziło. Kobieta jest w stanie zrobić wiele. Nieufna kobieta jest w stanie zrobić wszystko. Nie wiedział jak daleko sięgają granice jej lojalności wobec szlachcica, jednak miał nadzieję ugrać to na swoją korzyść.
- Niech mi panna powie, co robił lord w wieczór kiedy popełnione zostało drugie morderstwo? Gdzie spędził czas? Czy zachowywał się wtedy… inaczej? Dzielił się z panną swoimi przemyśleniami na temat mordercy?
Bezlitosne pytania nie pozostawiały pola do wykrętów. Słuchał odpowiedzi, notując słowa kotki w zeszycie, jednak część jego myśli była już gdzie indziej. Gorączkowo rozważał kogo ze swoich ludzi może zabrać we wskazane przez lorda miejsce. Jeśli słowa szlachcica były prawdą znajdzie tam ogniwo łączące zabójstwo ladacznicy i bogatego kupca. Być może to wszystko było przemyślanym kłamstwem, w tym momencie jednak ciekawość zaczęła brać w nim górę. Warto sprawdzić poszlaki przedstawione przez mężczyznę. Zamaszystym ruchem zamknął notatnik i spojrzał z góry na drobniutką kobietkę.
- Jeśli to już wszystko, mój służący odprowadzi pannę do drzwi. Dziękuję za wyczerpujące odpowiedzi. Z całą pewnością będziemy w kontakcie - podkreślił ostatnie słowo, nie pozostawiając kotce żadnych wątpliwości. Będzie ją miał na oku.

        - Niech to szlag, dlaczego nie chce działać?! - zdenerwował się wampir, a jego białe włosy nastroszyły się w pracowitym nieładzie. Z okularami nasuniętymi na oczy i kościstym policzkiem umazanym smarem pochylał się nad stojącym przed nim mikroskopem. Magiczna soczewka lśniła kpiarską zielenią na ciemnym blacie, nic nie robiąc sobie ze starań nowego właściciela. Cisnął o podłogę niewielki śrubokręt i zirytowany opadł obok niego, opierając się plecami o biurko. Dwór zatrzeszczał z niepokojem, pytając czy wszystko w porządku.
- Odczep się - warknął wampir, odsłaniając kły. Pomny poprzedniej lekcji budynek umilkł i ponuro obserwował swojego jedynego mieszkańca. Fobos westchnął ciężko i podniósł się, otrzepując brązowy surdut z brudu. Strzelił palcami i wyprostował je mocno, pozwalając żeby na prawej dłoni osadziły się kryształki szronu.
- No dobrze. Jeszcze raz… - mruknął do siebie, przybliżając powoli palec w stronę wynalazku.
Avatar użytkownika
Fobos
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf, Deidre, Sapphire,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » Pt maja 11, 2018 2:46 pm

        Marika spojrzała na inspektora nieco wystraszona.
       - Oczywiście, że nie! - odparła na pytanie dotyczące treści listu. Po chwili dotarło do niej, że niekoniecznie było to oskarżenie o wścibstwo i łamanie świętej zasady poszanowania prywatności (bezpodstawne zresztą skoro koperta była zapieczętowana), a raczej wzięcie pod uwagę faktu, że Lord mógł pisać list w jej obecności albo nawet później powiedzieć jakie informacje w nim zamieścił. Tylko po co miałby to robić?
       Chwilę milczeli, kiedy inspektor zajął się czytaniem wiadomości. Panna Ragrafford cały czas obserwowała jego twarz i nie mogła nadziwić się jego reakcjom. Co takiego przekazał mu Lord? I dlaczego zerknął na nią w ten sposób? Czuła się coraz bardziej nieswojo. Nerwy tłumiła przekąskami oraz odnawianiem w sobie świadomości, że przecież obok niej siedzi chłopaczek, którym się opiekuje. Nie chciała powodować u niego dyskomfortu ani sprawiać, żeby się martwił. Wolałaby też aby jadł tak, by nieco mniej okruszków spadało na jego wdzianko, a stamtąd na kanapę stróża prawa. Nie należało kruszyć u przedstawicieli władzy. Właściwie w ogóle kruszenie nie było w zbyt dobrym tonie, choć czasem naprawdę trudno było całkowicie nad tym zapanować. Jedzenie samo w sobie było trudną sztuką jeżeli chciało się robić to elegancko. Niektórzy co prawda mieli do tego dar - Marika widywała już dystyngowane panienki, które z gracją półeterycznej nimfy pochłaniały mięciutkie bułeczki wyglądając przy tym równie zniewalająco jak w czasie śpiewu czy recytowania poezji. Ona co prawda się do nich nie zaliczała, ale zawzięta nauka w tej kwestii, parę upokorzeń po drodze i jeszcze więcej zawziętości zrobiło swoje. No i nie zapominajmy, że w jej żyłach płynęła kocia krew! To przydawało jej przynajmniej odrobinkę zręczności.
       Godząc się z faktem, że jej podopieczny nie jest ani panienką, ani kotołaczką, zwróciła swoje myśli z powrotem ku inspektorowi.
       A więc zaczęło się. Jednak będzie zadawał pytania! Co prawda było to oczywiste od samego początku, jednak teraz nie było już odwrotu. Ale i dobrze. Ona nie ma przed prawem niczego do ukrycia, a lord de Loer tym bardziej na pewno nie!
       Dumnie i z miną kogoś, kto doskonale zrozumiał prośbę, skinęła głową. Nie musiała niczego zatajać.
       Z drugiej strony było jej miło, że mężczyzna postanowił ze względu na jej płeć i wiek nie zagłębiać się w brutalne i wcale nieprzyjemnie szczegóły. Niestety ona, chcąc powiedzieć prawdę, musiała. Obawiała się jednakże zrobić to przy chłopcu, ale kiedy na niego zerknęła spotkała się ze wzrokiem spokojnym, choć przepełnionym palącą ciekawością i może nawet odrobiną tłumionej ekscytacji. Młody najwidoczniej przejmował się sprawą o tyle, że wydawała mu się niezmiernie pociągająca, jak zapewne dla wielu młodzieńców w jego wieku i wychowanych w takim jak on środowisku. Twardy był po prostu. Nie znaczyło to, że należało na siłę pogłębiać tę cechę albo co więcej - że to ona powinna to robić. Spotkanie było jednak niemalże oficjalne, byli w domu szanowanego przedstawiciela władz, sprawa była poważna i aktualna, a młody… w końcu także w Demarze pomieszkiwał. Poza tym skoro inspektor nie kazał służbie go wyprowadzić lub zatkać mu uszy rzodkiewką to zapewne znaczyło, że uznał, iż dla zdrowia psychicznego młodzika słuchanie tych treści nie jest zagrożeniem. A Marika jakoś sądziła, że mężczyzna lepiej zna się na dorastających chłopcach niż ona.
       Nie było co dłużej zwlekać.
       Wyciągnęła rękę po medalion i przyjrzała mu się z uwagą. Mantykora nie robiła na niej ani złego ani zbyt pozytywnego wrażenia. Była nieco straszna, ale przy tym posiadała jakiś władczy urok. No i te lilie… ,,Pasuje do Lorda” pomyślała odruchowo, nie za bardzo zastanawiając się nad znaczeniem tych słów i tego jak mogły ją ostrzegać. Zwyczajne, proste skojarzenie.
       - Nie, nie słyszałam nic o krewnych Lorda - odparła kręcąc powoli głową. - Z tego co wiem mieszka sam, o innych ewentualnych posiadłościach  nic mi nie wiadomo - sprecyzowała jakby nieco smutna, że nie może udzielić dokładniejszej odpowiedzi. Ale może to i lepiej.
       - Tamtego dnia… tamtego dnia zaczęłam pracować u Lorda. Trudno mi więc powiedzieć czy zachowywał się ,,inaczej”. Wydawał się być… taki jak teraz - odparła bezradnie, nie za bardzo umiejąc to lepiej opisać. - Otrzymałam swoje pierwsze zadanie i opuściłam posiadłość. Nie widziałam się z Lordem aż do wieczora kiedy… - Nagle słowa utknęły jej w gardle, ale otrząsnęła się. - Szłam uliczką kiedy usłyszałam hałas. Chwilę potem pojawił się Lord i on wtedy… uratował mnie przed tym potworem - powiedziała, na nowo bardzo przejęta wydarzeniem należącym już do przeszłości, choć wciąż niedalekiej. - Widzieliśmy go. Był wielki, o czarnym futrze. Miał rogi i dzikie, czerwone oczy i… i wielkie pazury - dodała ciszej, odruchowo chowając pod grzbietami dłoni swoje własne palce. - Potem Lord poszedł w stronę, z której ten stwór przybiegł… a, no i wcześniej oczywiście potwór zostawił nas i gdzieś zniknął. Poszłam za Lordem, sama już nie wiem dlaczego… chyba nie chciałam zostać sama kiedy to coś nadal szalało w pobliżu - przyznała, ale nie było jej z tego powodu wstyd. Miała prawo być przerażona. - Doszliśmy z Lordem do placu… i tam był ten mężczyzna. Ten… druga ofiara. - Widać było, że trudno ubrać jej to wszystko w słowa, ale starała się przynajmniej niczego nie pomieszać. Do tego musiała skupiać się bardziej na opanowywaniu emocji, a na zgrabność zdań zwracała chwilowo najmniejszą uwagę. Jednak nadal dało się ją zrozumieć.
       - Lord… chyba badał ciało kiedy je zobaczył. Stałam dalej, żeby się nie przyglądać… znalazł coś i powiedział, żebym z nim poszła. Potem do rana siedzieliśmy w biblioteczce szukając informacji. Lordowi bardzo na nich zależało… szukaliśmy opisów tego demona, którego widzieliśmy i w ogóle Lord mocno analizował całą sprawę. Wykonał szkic i udało nam się w końcu znaleźć potrzebne informacje. A nad ranem, kiedy zrobiło się jaśniej, wróciłam do domu - zakończyła i odetchnęła głęboko.
       Dzieciak słuchał jak urzeczony. Odwrócił się nieco bokiem do inspektora by lepiej widzieć pannę Marikę. Nie sądził, że była zamieszana w coś takiego. Niesamowite!
Avatar użytkownika
Maka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa, Kito,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Na delikatnym, szafirowym tle kołyszą się różnorodne barwy. Miedziane obszary pojawiają się i zanikają, niczym obłędnie drogi materiał, który rozpływa się gęstą mgłą w twoich dłoniach. Gdy jednak już uda ci się uchwycić chociażby skrawek tejże emanacji to dostrzeżesz piękne wykończenia wyszyte cynkową nicią, a wszelakie wzory wytłoczone są cynowym kolorytem. Kształty te rysują przebyte drogi po świecie Alaranii, głównie zwracając uwagę na wielkie miasta niżeli leśnie ścieżki. Wszystko jest świeże i lekkie, dlatego też drogi czytelniku nie zdziw się żadną plamą na swych rękach. Nie usłyszy nikt, jak materiał trzepocze na wietrze, ale będzie mógł sobie wyobrazić właśnie te wszystkie dźwięki widząc aurę. Nie jest wybitnie giętka, lecz sam fakt płynnych ruchów wywołuje wrażenie czegoś całkiem odwrotnego. Szczególnie tę myśl potęgują świetliste błyski odbijające się od gładzi. Ma miękką oraz lepką powierzchnię i smakuje niczym popołudniowa herbatka w gościach – gorzka z posmakiem kwaśnej pomarańczy oraz ostrego imbiru.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Demara

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron