Kot, wampir i tajemnica


Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.

Postprzez Maka » Pt gru 22, 2017 3:51 pm

Czy zachowa dyskrecję? Oczywiście, że nie będzie o tym plotkować! Co gorsza nie ma nawet komu o tym powiedzieć, choćby żeby się zdrowo wygadać. Nie znała tutaj osób, na których mogła aż tak polegać i wplątywać je w takie sprawy.
Chyba, że przez "dyskrecję" lord rozumiał absolutne milczenie. Marika była świadkiem, więc jeżeli zapyta ją ktokolwiek uprawniony powie wszystko co wie. Nie zinterpretowała tego jednak w ten sposób, więc skinęła głową. To nie był temat do rozpowszechniania, choć rankiem będzie pewnie na ustach wielu ludzi. Trzeba było się na to przygotować.
       Maka była otumaniona, ale po pewnym czasie zaczęła dostrzegać reakcje ludzi na prowadzącego mężczyznę. Wbrew temu co słyszała (a może mimo tego) większość się mu kłaniała i tylko niektóre kobiety starały się ograniczyć kontakt. Największą uwagę kotołaczki zwróciła jednak grupa dzieci, najpewniej bezdomnych. One bez cienia strachu podbiegły do białowłosego i zaczęły mówić o czymś, czego Marika nie rozumiała. Lord jednak nie miał dla nich czasu.
       Kobietka popatrzyła na nie smutno - biedne dziatki… nie było tu dla nich żadnego sierocińca? Od dawna, bardzo dawna nie widziała aż tylu dzieciątek biegających bez opieki. W dodatku robiło się coraz zimniej… Ścisnęło jej się serce. To miasto było niebezpieczne, wręcz dzikie w jej oczach. Ulice i alejki wydały jej się labiryntem pełnym biedy i okropieństw, wśród których bezimienne bestie tylko czekały na odpowiedni moment, by zaatakować, a sama natura - by pożreć co słabszych uwięzionych.
       Dawno, dawno nie czuła się tak źle.
       Jak otępiała podążyła za lordem na wzgórze, gdzie z prawdziwą ulgą spojrzała na opuszczony ogród i palące się światła. W dzień wręcz minorowy dwór, teraz stał się spokojnym i przyjemnym miejscem, gdzie kobieta w końcu mogła nieco odetchnąć. Fizycznie i psychicznie była wycieńczona, ale jeszcze trzymała się na nogach. Odczuwała jednak spadek adrenaliny i ogarniającą ją słabość - o niczym nie marzyła tak jak o rzuceniu się na coś miękkiego i zaśnięciu, najlepiej połączonym z utratą pamięci. Na to jednak nie mogła liczyć. Na żadną z tych trzech rzeczy. Położenie się na czymkolwiek w domu lorda było wykluczone, sen także jej nie przystawał, a pamięć miała niezłą. Może nie wybitną, ale wątpiła by udało jej się z niej wyprzeć to co dziś widziała. Z jakiegoś powodu była wręcz pewna, że nie zapomni.
       Z ulgą weszła do środka, gdzie światło zdawało się być żywsze nawet niż za dnia, ciepłą aurą rozpraszając jej lęki. Posłusznie weszła za gospodarzem na górę i ostatkiem sił przekroczyła próg biblioteki.
       Tam, ku jej zdumieniu, poczuła jak wstępuje w nią nowy duch. Nie było tego po niej widać, a i zmiana ta nie była gwałtowna i mocna - jednak dawała kotce szansę niepostradania zmysłów dzisiejszego wieczora.
       Lubiła biblioteki i w ogóle wszelkie pomieszczenia wypełnione regałami pełnymi książek, choć nie kojarzyły jej się z wypoczynkiem, a pracą - i to nie tylko jej własną, ale i matki. Jako młoda dziewczynka często wyjeżdżała z nią i chodziła do różnych urzędów, na uniwersytety czy do wielkich gmachów, gdzie jej rodzicielka w otoczeniu pnących się po sam sufit szaf na wszelkiego rodzaju pergaminy, księgi, zeszyty i tomiszcza siadała przy swoim skryptorium. Maka oczywiście jako dziecko dość szybko zaczynała się tam nudzić, ale ten rodzaj wystroju do dzisiaj budził w niej bardzo pozytywne odczucia. Nie zabrakło ich także w tej chwili, choć tutejsza biblioteczka, jak wszystko w tym domu, wydawało się pannie Ragrafford zakryte jakąś tajemnicą, a i jej stan psychiczny pozostawiał wiele do życzenia.
       Niewiele widzącym wzrokiem rozglądała się po pokoju, rejestrując tylko tyle, że ogólnie jej się podobał, a zbiór woluminów nie należał do największych jakie widziała, ale jest imponujący. Poza tym nie można było oceniać wartości kolekcji po samej tylko ilości - bardziej liczyła się treść tomów, zawarta w nich wiedza i to czy jest regularnie wykorzystywana. Tak postrzegała to Marika. Sama nie była naukowcem, uczonym, ani nawet genialnym samoukiem-amatorem, ale niezwykle ceniła wysiłki i odkrycia innych. Lubiła kiedy mogli wymieniać się między sobą informacjami, poglądami, rozwijać siebie i otaczający ich świat - ona nie należała do osób, które mogły coś takiego uczynić. Może dlatego wybrała zawód, którym mogła wspierać mądrzejszych od niej ludzi. Dzięki temu mimo oczywistych ograniczeń mogła być pożyteczna i dumna z siebie.
       Mimo zmęczenia nie chciała usiąść nim nie zrobi tego lord. Nie wypadało jej usadawiać się pierwszej, jako pracownikowi i ogólnie osobie o niższym statusie społecznym.
       Nie czekała jednak bezczynnie, bo i zaraz spojrzała w osłupieniu na zastawę materializującą się na stole. Przetarła oczy, ale naczynia nie zniknęły. Zerknęła więc skołowana na białowłosego - nie wyglądał jakby miał z tym coś w spólnego, a właściwie w ogóle nie zwracał na to uwagi, tylko usiadł zebrawszy potrzebne materiały. Ona też nie miała siły mocniej zareagować. Widocznie tak miało być i koniec.
Opadła w końcu na fotel.
       Przejechawszy delikatnie opuszkami po gładkim obiciu, westchnęła, próbując się rozluźnić. W innych okolicznościach mogłoby tu być bardzo przyjemnie. Tutaj także stał kominek, od którego biło teraz przyjemne ciepełko. Szubkę, którą uprzednio zdjęła, położyła obok siebie, częściowo mimo wszystko się nią przykrywając. Ciepła nigdy nie było za dużo. Zamyśliła się.
       Był to jej błąd, ale błąd konieczny. Musiała wszystko co się stało przemyśleć i przeanalizować. Nie znalazła się w tym na własne życzenie, ale skoro była już częścią wydarzeń, nie mogła ich od tak od siebie odepchnąć. Szokujące wspomnienia i niewesołe domysły wysysały z niej jednak energię i przygnębiały z zaskakująco brutalną mocą.
       Dobrze, że nie została sama. Choć chwilowo nie mogła się odzywać, bo lord de Loer wyraźnie nad czymś pracował, lepsze było siedzenie tu we dwójkę aniżeli borykanie się z tym wszystkim w samotności. Dla niej przynajmniej było to zdrowsze wyjście.
Sięgnęła (z początku nieufnie) po herbatę - wyglądała w porządku. Ozdobna filiżanka nie rozpadła się w jej dłoni, płyn był gorący i aromatyczny. Zdecydowanie tego potrzebowała.
       Piła powoli - na ciasteczka nie miała ochoty. Po tym co widziała obawiała się, że będzie mieć problemy ze swoją dietą przez najbliższe tygodnie. Ale nic nie szkodzi - na samej tylko herbacie i mleku też na pewno da się funkcjonować, przynajmniej przez jakiś czas.
       Lord nadal skrobał piórem po wyciągniętym pergaminie. Ciekawe czy ona będzie mu jeszcze potrzebna? Może zaprosił ją tylko po to by mogła odpocząć, ale może miał do niej jakieś pytania? Widzieli w sumie dokładnie to samo, nie licząc ciała, do którego się nie zbliżyła, więc może była to faktycznie kwestia dżentelmeńskiego gestu.
       Jednak nawet jeżeli mężczyzna nie miał pytań do niej, ona miała do niego. Frapowały ją one, ale nie wiedziała czy je zada. Nadmierna ciekawość zawsze kończyła się źle. Nie mówiąc o tym, że dociekanie byłoby zwyczajnie nie na miejscu. Choć bardzo chciałaby wiedzieć dla kogo tak naprawdę przyszło jej pracować. Czym lord się zajmuje? Jaki jest jego związek ze strażą, w tym z inspektorem? Czym było monstrum, które widzieli? Dlaczego mężczyzna był taki spokojny, oglądał ofiarę i wyjął z jej kieszeni najprawdopodobniej właśnie ten klucz, który teraz położył na stoliku, przy ciastkach? Czy tamta kobieta także zginęła z rąk tej bestii? I czy lord wie o nich coś więcej?
       Z tych wszystkich pytań Maka mogła zadać z jedno. Mianowicie to o… zajęcie jej pracodawcy. Tutaj byłoby to w pełni uzasadnione i wcale nie nazbyt osobiste - ludzie zwykle nie ukrywali kim są z zawodu, a to, że u arystokratów trudno było to tak określić, nie znaczyło, że zatajali co robią. Choć mogli nie wdawać się w szczegóły. Marika jednak była pewna, że lord nie siedzi po próżnicy w swojej posiadłości - sam zresztą wspominał, że pracuje nad pewnym ,,projektem”. A ona miała mu dostarczyć rzadką soczewkę potrzebną do czegoś naukowego. I może wszystko ponad to co już wiedziała, byłoby właśnie tymi szczegółami, o których lord nie zamierzał mówić?
Ciężka sprawa.
       Milczenie przedłużało się, ale Marika miała o czym rozmyślać. Po falach przygnębienia i strachu nastąpiły zmiany w jej sposobie rozumowania. Sprawa pozostawała tak samo koszmarna, ale teraz już z nieco innych powodów - winy.
       Tak jak wcześniej, tak i teraz Maką wstrząsała myśl, że o zbrodnię zostanie posądzony zmiennokształtny. Pomijając już sam fakt, że osądzanie (a tym bardziej skazywanie) niewinnych było obrzydlistwem, teraz odczuwała to wyjątkowo dotkliwie. Gdyby tylko mogła zeznawać! Ona albo lord. On jednak z jakiś powodów nie kwapił się do spotkania ze strażą, a ona… ona mogła nie zostać uznana za odpowiedniego świadka. To ją gryzło. Choć była całkowicie niewinna czuła się podle, że nie może nic zrobić. Znanie (pewnej części) prawdy i obawa, że nie uwierzą w twoje słowa to paskudne uczucie. Tak paskudne, że kobietka nie zauważyła kiedy w jej pyszczku zniknęło ostatnie ciasteczko.
       Kiedy się zorientowała, było już za późno - półmisek stał pusty. Zakryła usta dłońmi, zawstydzona. Mężczyzna nie załapał się nawet na jedno… ale i nie posłał jej teraz oburzonego spojrzenia. Może… może wcale nie był głodny? Chcąc odciąć się od nieprzyjemnych emocji i własnego wnętrza Maka zerknęła na pracujące dłonie mężczyzny. Widać było, że poważnie podchodzi do sprawy.
       - To nie był zmiennokształtny, prawda? - zapytała nagle, jakby z nadzieją ukrytą w głosie. Potrzebowała potwierdzenia, że to stworzenie faktycznie nie przypominało normalnego przedstawiciela rasy, a nie że ona wyparła z pamięci prawdę wyjątkowo dla siebie niewygodną i zastąpiła ją innym obrazem.
       - Nie wyglądał… chciałabym, aby ludzie nie myśleli, że to był zmiennokształtny - dodała cicho i smutno, zapadając się głębiej w czerwony mebel, a kapelusz przysłonił jej oczy.
Ciekawe, o której dziś wróci do domu.
Avatar użytkownika
Maka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Nieznana.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » Cz gru 28, 2017 12:40 am

        Lord mógłby szkicować bez końca, poprawiając co i rusz najdrobniejsze detale. Delikatnie rozmazywał tusz w niektórych miejscach, a na jego bladych opuszkach zostawały ciemne plamy. Linia za linią na pergaminie wyłaniał się obraz potwora, który ich zaatakował. Cały czas nie mógł uchwycić oczu - były przymrużone i demoniczne, a jednak nie miały w sobie tego jadowitego, przepełnionego złością wyrazu. Złością i… determinacją? Coś w spojrzeniu stwora sprawiało wrażenie bardzo świadomego, tak jakby istota miała jakiś cel. Demon zabijający z zimną krwią był jeszcze bardziej niepokojącą wizją niż demon pogrążony w bezmyślnym szale.
        Kiedy wampir skończył, położył kartkę na stoliku. Przez chwilę zamarł w bezruchu, wpatrując się w płomienie. Zastanawiał się czy inspektor znowu odwiedzi jego dwór. Wypożyczenie (tak, zdecydowanie nie była to kradzież) medalionu niefortunnie zbiegło się w czasie z drugim morderstwem. Miał nadzieję, że rudy młokos nie powiąże jednego z drugim i na razie da mu spokój. Pęcherze na palcach już znikły i mógł wziąć się za konfigurowanie mikroskopu. To przypomniało mu o soczewce. Ciekawe czy jego nowy nabytek nadal będzie chciał jej szukać, czy raczej z samego rana weźmie nogi za pas. Na to się póki co nie zanosiło, bo kobietka siedziała w fotelu pogrążona w myślach i pałaszowała ciasteczka. Już po chwili ostatnie zniknęło w jej buzi. Dom zaskrzypiał cicho zadowolony.
        Fobos podniósł się z fotela i ruszył w stronę regałów. Zamierzał przynieść kilka książek traktujących o demonologii. Potrzebna była też mapa miasta - adresu wypisanego drobnym maczkiem na kluczu zupełnie nie kojarzył. Szukanie informacji o potworze mógł zlecić kotołaczce. Skoro siedziała tu razem z nim, niech się chociaż na coś przyda.
- To nie był zmiennokształtny, prawda? - miauknęła cicho, unosząc na niego wzrok. Zapadnięta w fotel wydawała się jeszcze mniejsza niż dotychczas - Nie wyglądał… chciałabym, aby ludzie nie myśleli, że to był zmiennokształtny.
Przez chwilę wampir milczał, zastanawiając się ile może jej powiedzieć. Nie znalazł jednak żadnych powodów, by ją zwodzić, więc odpowiedział wprost
- Nie. To był demon. Ale to co zobaczą ludzie to kolejne ślady pazurów.
Na chwilę zniknął za regałem, po czym wrócił z naręczem pełnym książek.
- Dlatego dzisiaj ustalimy co to był za potwór. Może wiedząc czym jest będziemy mogli dojść do tego skąd się wziął.
Położył księgi na stoliku pomiędzy nimi.
- Niech panna przejrzy te pozycje i porówna je ze szkicem, który wykonałem. Myślę, że mamy trochę czasu zanim zabije ponownie, ale nie potrafię powiedzieć ile. Proszę też zwrócić uwagę na język jakim się posługuje - dodał, zakładając na nos delikatne okulary i skrobiąc na skrawku pergaminu symbole, które już drugi raz pokrywały bruk. - Nasz demon używa takiego sanskrytu. Może to będzie jakąś wskazówką.
Sam zdumiał się tym z jaką otwartością odnosi się do kotołaczki. Była dobrą pomocą - słuchała w ciszy i posłusznie wypełniała jego polecenia. W dodatku miała dużo więcej wigoru niż stary Amonn. Ciekawe jak długo się to utrzyma.
        Zamierzał rozwiązać tajemnicę tych morderstw tak szybko jak to tylko możliwe. Ciekawość paliła go coraz bardziej. Dlaczego demon zabijał pozornie nie związane ze sobą osoby? I co z tym wszystkim miał wspólnego jego rodowy wisior?
        Na podłodze rozłożył mapę i przyjrzał się jej uważnie. Położył monetę w miejscu pierwszego zabójstwa, a drugą niedaleko niej. Następnie wziął się za szukanie adresu przypiętego do klucza. W końcu go znalazł - była to zapewne jedna z wielu brudnych kamienic wciśniętych w Dzielnicę Biedy. Będzie musiał się tam wybrać czym prędzej.
        Zerknął kątem oka na kotołaczkę. Niemalże słyszał cichy szum krwi w jej pokrytej futerkiem szyi. Gdzieś na skraju świadomości, głęboko pod wszystkimi emocjami i myślami ciągle odczuwał delikatne pulsowanie. Powoli narastający głód. Wiedział, że bez problemu zapanuje nad nim przez kolejne dni. Musiał jednak rozejrzeć się za kolejnym posiłkiem. Niezadowolony westchnął głośno. Silne emocje zawsze zaostrzały jego apetyt.
- Z jakiegoś powodu demon zabił prostytutkę i bogatego kupca, który w ogóle nie powinien znajdować się w tamtej dzielnicy - powiedział, odciągając swoje myśli od odległego problemu -  Zapewne nasz dzielny inspektor wkrótce ustali tożsamość denata. Czy kolejność ma tutaj jakieś znaczenie? Co łączyło tych ludzi? Dlaczego zostali zabici akurat tam? - zastanawiał się głośno lord, notując na kartce kolejne słowa. Blask płomieni odbijał się co jakiś czas w jego okularach, a białe iskierki przenikały po nitkach cienkich włosów. Pojedyncze kosmyki wysunęły się z końskiego ogona, otaczając jego twarz lekką pajęczyną. Oglądał uważnie klucz, studiując jego fakturę. Wyglądał na zrobiony tanim kosztem, ale często używany. Co sprowadzało członka Gildii Handlowej (i to dosyć wysoko postawionego, jak się domyślał) w tak odrzucające miejsce? Zamyślony sięgnął po kieliszek koniaku i upił drobnego łyka. Choć alkohol na niego nie działał, lubił jego dymny posmak i lekką słodycz na języku, jaką po sobie pozostawiał. Przez chwilę oglądał budzące się w płynie przy każdym ruchu rdzawe rozbłyski. Ciemność nocy działała na niego refleksyjnie, zwłaszcza po niedawnych wydarzeniach. Odwrócił wzrok na kotołaczkę i przyjrzał się jej pracy uważnym spojrzeniem złotych oczu. Było coś fascynującego w ruchliwości dłoni, wąsów i ogona kobiety. Wola życia. A może zwykłe przyzwyczajenie?
Avatar użytkownika
Fobos
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » Pt gru 29, 2017 4:31 pm

Lord miał rację. Nieważne czym w rzeczywistości był potwór z dzielnicy biedy - przez te nieszczęsne ślady, plotki same zaczną się rodzić. Póki co było niewielu świadków i kto wie ilu z nich wiarygodnych. Bestia przebiegła przez kilka ulic, ale to co będą o niej mówić ludzie na pewno będzie skrajnie różne, sprzeczne ze sobą i niekoniecznie zupełnie zgodne z prawdą. Tak powstawały miejskie legendy.
A może inaczej. Na tym się Maka nie znała.
       Tym chętniej słuchała gospodarza i obserwowała uważnie jego poczynania, jakby się rozbudzając. Pchana ciekawością spojrzała nawet na rysunek pozostawiony przez niego na stoliku. W mig pożałowała, że się na to pokusiła, ale z drugiej strony - zaraz i tak miała czekać ją dogłębna analiza szkicu.
       Delikatnie zjeżyła się, gdy o tym usłyszała. Nie było to wymarzone zajęcie dla dobrze wychowanej panny, która właśnie doznała szoku i ogólnie nie lubiła za bardzo rzeczy ,,złych” i ,,groźnych”. Przez myśl jej jednak nie przeszło, żeby odmówić wykonania polecenia. Zadanie może nieprzyjemne, ale Marika już poczuła jego rozkoszną wagę na swoich niewielkich barkach, a te zaraz uniesione zostały wyżej, kiedy usiadła prosto. To niesamowite jak obowiązki, zwłaszcza te mające jakieś większe znaczenie dla pewnej grupy osób, działały na nią pobudzająco.
       Bez widocznego wahania wzięła do rąk pierwszą księgę. Oglądanie skórzanej oprawy było jedynym na co miała odwagę przez pierwszą minutę. Nie chciała zwlekać tak długo, ale przełamanie się nie mogło zająć mniej. Poza jej możliwościami leżało przyspieszenie tego procesu - choć samo spojrzenie na lorda sprawiło, że żadna dodatkowa sekunda nie przyplątała się do chwil oswajania z zadaniem.
       Nie był to wynik strachu, choć białowłosy mężczyzna bezsprzecznie budził respekt. Marika naprawdę nie chciała go zawieść i już pierwszego dnia pokazać się od najgorszej strony. Jako ślamazarna, roztrzepana i niezdecydowana kobietka. Byłby to najgorszy z możliwych początków!
Drugim powodem była jej wiara w słuszność sprawy. Nie wiedziała dlaczego i co konkretnie jej pracodawca chce osiągnąć, ale najwidoczniej zależało mu na prawdzie. Jej też. Chciała oczyścić swoją rasę z zarzutów! Niesłusznych zresztą. I miała do tego teraz niepowtarzalną okazję. Mogła pomóc lordowi, czynnie wziąć udział w rozwiązywaniu sprawy pod jego przewodnictwem. Czy naprawdę łatwiej (i lepiej) było siedzieć pod kołdrą w wynajętym pokoju i biadolić o tym jak to jest na ulicach strasznie i jak nic nie można na to poradzić?
Nie, zdecydowanie nie!
       Jak patrzenie na na naszkicowane kreatury nie byłoby okropne, to odrzucenie tej szansy byłoby zwyczajnie niszczące dla psychiki kotołaczki. Dręczyłoby ją to przez miesiące, a może i lata.
Dlatego w końcu otworzyła wolumin i z zaciętym wyrazem pyszczka przyjrzała się pierwszej stronie. Same litery.
       Odetchnęła i przewróciła kartkę. W końcu ponownie spojrzała na szkic wykonany przez mężczyznę, tym razem odwracając pergamin w swoją stronę.
       Szybko oderwała palce od kartki, na której jak żywy pochylał w drapieżnej pozie potwór o gęstym futrze i ślepiach, które Marika uważała za aż za dobrze odzwierciedlone. Była już jednak w pełni zdecydowana wziąć się do pracy i zgodnie z wytycznymi przyjrzeć się każdemu jednemu rysunkowi w tomach przed nią położonych. Żałowała jedynie, że tak się napchała tymi pysznymi ciastkami, które teraz przewracały się jej w żołądku.
       Nie wszystkie stworzenia opisane w księgach przedstawiały sobą co prawda obraz zniszczenia i obmierzłości - niektóre były wręcz zwodniczo małe, a nawet milutkie. Ale Maka miała już punkt odniesienia i jednoznacznie wyrobione zdanie o tych bestiach - byli to bezwzględni zabójcy, a ona wśród nich znajdzie tego, który grasował po mieście! Znaczy… spróbuje.
I wtedy lord będzie wiedział co dalej.
       Kobieta przez dłuższy czas w milczeniu wertowała księgi. Przy niektórych nazwach, zamiast rysunków były zamieszczone jedynie opisy, ale ku uldze panny Ragrafford - w językach, które znała. Co jakiś czas zaznaczała jakieś informacje, wkładając pomiędzy strony małe zakładki, które nosiła ze sobą w torebce. Zadziwiająco często jej się przydawały, choć tym razem zwyczajnie zapomniała ich wypakować. Nie sądziła, że znajdzie się w bibliotece. Pomyślała jednak, że dobrze się stało i od tej pory nie powinna zostawiać w domu nietypowych, ale praktycznych przedmiotów. W końcu nie można przewidzieć kiedy będą potrzebne.
       - To straszne, że coś takiego potrafi pisać - stwierdziła nagle, znad kolejnego tomiszcza. Pamiętała o tym, by zwracać uwagę na język demona. Co prawda nie była pewna skąd lord ma te… próbki pisma, ale liczyło się, że są. Ufała mu całkowicie w tej sprawie.
       - Skoro pisze to znaczy, że i myśli… czyli robi to wszystko z premedytacją? - Niby pytała, ale nie oderwała oczu od kartki. Kiedy już coś robiła potrafiła się na tym skupić. Widać było jednak zmianę w jej mimice - mówienie o takich sprawach wyraźnie budziło w niej jakiś wewnętrzny sprzeciw.
Przewróciła stronę.
       Przez cały czas poszukiwań między linijkami tekstu i wśród kolejnych ilustracji ani razu nie oznajmiła ,,tu coś jest!”, ,,znalazłam!” lub ,,to może być to”. Zamiast tego zaznaczała kolejne informacje i odkładała tomiki na bok. Po pewnym czasie bardziej zagłębiła się w temat i jakby więcej zaczęła dostrzegać. Przejrzała jeszcze raz to co uprzednio sobie zostawiła - parę zakładek zostało wyjętych. Powoli odrzucała najmniej trafne pozycje, by przedstawić Lordowi tylko te, do których jest najbardziej przekonana, a nie zarzucać go wszystkim po kolei - inaczej równie dobrze sam mógłby przeglądać te tomy. A przecież nie po to jej to zlecił.
       Parę razy (może paręnaście) poprawiła się w fotelu - właściwie to często się kręciła nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Pomagało jej się to jednak skoncentrować i wytrzymać dłuższy czas bez rozprostowywania łapek. W końcu westchnęła i otworzyła kolejną księgę - szło jej coraz sprawniej. Przestała wzdrygać się na widok coraz to kolejnych demonów, a nawet chwilę zatrzymała się przy ,,Nemorianach”. W jej odczuciu wyglądali całkiem jak ludzie…
       Nie miała w tej chwili czasu na zaczytanie się, ale zapamiętała wygląd okładki - może kiedyś uda jej się namówić lorda by udostępnił jej tę odrobinkę wiedzy? Na razie jednak chciała się jakoś wykazać i zrobić na pracodawcy jak najlepsze wrażenie. Może już nie pierwsze, ale zawsze jakieś!
Avatar użytkownika
Maka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Nieznana.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » Pn sty 08, 2018 11:20 pm

        Lord zamyślił się nad pytaniem kobiety. Dlaczego właściwie demon to robił? Co ściągnęło go do takiego miasta jak Demara? Czy działał z własnej woli?
- Podejrzewam, że ma w tym jakiś cel. Nie jestem tylko pewien jaki - odpowiedział. Sięgnął po książki odłożone przez pannę Marikę. Zakładki, które w nich porobiła, były całkiem zmyślne. On z reguły używał w tym celu kartek zapisanych notatkami z badań. Nic dziwnego, że później nie potrafił ich znaleźć. Może kiedyś powierzy jej zadanie uporządkowania biblioteki?
        Kolejne pozycje okazywały się niestety nietrafione. Nie pasowały szczegóły - postura stwora, dialekt, jakim się posługiwał, rozstaw jego oczu. Lord odkładał tomy na stolik kawowy, a ich wieża rosła coraz bardziej.
        W pewnym momencie jeden z obrazów przykuł jego uwagę. Była to stara rycina, wykonana w dosyć prymitywnej formie. Wszystko się jednak zgadzało. Wielkość demona, jego gęste, czarne futro, kły, żarzące się, lekko skośne ślepia, a przede wszystkim ogromne pazury. Potwór wpatrywał się w niego intensywnie, jakby próbował mu coś powiedzieć. Fobos zerknął na okładkę - “Demonologija” była dużym, źle opisanym tomem. A jednak kotołaczce udało się wypatrzeć to, czego poszukiwali.
- To chyba nasza zguba - mruknął wampir, kładąc wolumin przed sobą tak, by i panna Ragraford mogła go zobaczyć.
- To pomniejszy Demon cierpienia zwany Gnark. Według autora opuszcza Otchłań tylko podczas przywołania, a ludzie, którzy go sprowadzają muszą posiadać… "potężny artefakt”. Wiąże on demona z ziemskimi “właścicielami”, którzy w ten sposób są w stanie wydawać mu rozkazy. To fascynujące. - Oczy lorda zabłysły jasno w szarzyźnie powoli nadchodzącego świtu. - Jeżeli rytuał zostanie przerwany, a demon wyrwie się na wolność, będzie zabijał wszystkich, którzy łączą go z ziemskim padołem.
Uniósł głowę znad księgi, wpatrując się w kotołaczkę z mocą dużo większą, niż gdyby próbował ją zahipnotyzować. Natychmiast zapomniał o swoich manierach, pozycji i tym, że miał nie dopuszczać kobiety bliżej niż to absolutnie konieczne. Fragmenty tajemnicy powoli układały się w jego głowie w jedną, logiczną całość.
- Wygląda na to, że ktoś przyzwał tego… Gnarka w jakimś celu. Okultyści w Demarze? Czegoś takiego nie było tutaj od bardzo dawna! To nawet miałoby sens - bogaty kupiec idealnie nadaje się na pasywnego członka sekty, regularnie oddającego jej swoje pieniądze i podnieconego wizją konspiracji oraz tajemniczości. Tylko co w tym wszystkim robiła prostytutka?
Celowo pominął fakt, że domyśla się już, do czego mógł służyć wisior znaleziony przy pierwszych zwłokach. W końcu panna Marika nie wiedziała, co niosła inspektorowi w kopercie. Być może była trochę nieporadna i wyglądała nieco śmiesznie, ale na pewno nie podejrzewał jej o wścibstwo.
Najprawdopodobniej jego rodowa pamiątka posiadała silną, magiczną moc, działając jako wspomniany w książce artefakt. Posłużyła do przywołania demona i związania go z okultystami. Co więc poszło nie tak? Być może przebadanie krwi i próbek pobranych z wisiora w czymś by pomogło?
- W najbliższym czasie wybiorę się pod adres ze znalezionego u kupca klucza. Zaczyna się robić jasno. - Ręką wskazał okno w odległym końcu pokoju. Na dworze niebo powoli przechodziło z granatowego w szare. Zapowiadał się kolejny pochmurny dzień. - Może panna wrócić bezpiecznie do domu. Radzę się przespać. Będę potrzebował tej soczewki jak najszybciej, żeby kontynuować… śledztwo. - Uśmiechnął się pod nosem na dźwięk tego słowa. Nigdy nie podejrzewał, że kiedykolwiek będzie się bawił w detektywa. Wstał i wskazał kotołaczce drzwi. Sam nie czuł zmęczenia. Ekscytacja powoli cichła w jego ciele, ale zastąpiła ją już wszędobylska ciekawość. Poza tym musiał rozejrzeć się za ofiarą. Niedługo trzeba będzie zapolować.
- Do zobaczenia, panno Mariko. Odezwę się, gdy będę panny potrzebował.
Avatar użytkownika
Fobos
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Postprzez Maka » Cz sty 11, 2018 2:24 pm

Kotka pogrążona w pracy powoli przestała rejestrować jak mijają kolejne godziny. Zdarzało jej się czasem pracować po nocach, więc poniekąd była do tego przyzwyczajona. Potrafiła się skupić i oderwać myśli od zmęczonego ciała. Choć zanim księgi na dobre ją pochłonęły była pewna, że padnie. Wszystko na to wskazywało. A jednak jakoś tak odwlekała przerwę i odwlekała… aż w końcu odłożyła dość materiałów, by lord de Loer mógł się im przyjrzeć. Na początku wszystkie propozycje odrzucał. Najwidoczniej cały czas coś się nie zgadzało… Było jej trochę wstyd, że wytypowała aż tyle nietrafionych opisów. Lecz w końcu mężczyzna zatrzymał się przy jednym z rysunków. Kotka aż drgnęła i podniosła z zaciekawieniem uszy. Czyżby jednak?
       Spojrzała na pokazane jej przedstawienie potwora, ale była tak zadowolona, że znaleźli czego szukali, że zamiast odwrócić się z odrazą nawet się uśmiechnęła. Była zmęczona, nie reagowała już prawidłowo.
Popatrzyła na Lorda z zainteresowaniem przykrytym nieco mgiełką, która pojawiała się przed jej oczami. Rozbudziła się nieco kiedy zaczął tłumaczyć czym konkretniej może być demon.
       - Straszne… - mruknęła w odpowiedzi na jego słowa i zmarszczyła brwi. Nie chciała się przed sobą przyznać, ale jego ekscytacja mimowolnie zaczęła jej się z lekka udzielać, mimo że sprawa była paskudna. Bardzo, bardzo nie w jej typie. A jednak dowiadywała się coraz więcej, a poza tym spędziła nad tym całą noc!
       - To znaczy, że ofiary nie są przypadkowe? - bardziej stwierdziła niż zapytała, choć lekko zawinęła końcówkę zdania. W życiu nie powiedziałaby, że to dobrze, ale wyraźnie jej ulżyło. Bała się… chyba każdy bał się, że bestia może dopaść właśnie jego. I dużo innych niewinnych osób. Za to w działaniu tego… zaklęcia przyzywającego był jakiś rodzaj sprawiedliwości. To nadal było obrzydliwe, ale jeżeli ktoś próbował przywołać demona i wykorzystać go do własnych (najpewniej wcale nie dobrych) celów to teraz zwyczajnie płacił za pomyłki. Nie, Maka najchętniej odnalazłaby ich i ukarała w inny sposób. Może spaczone umysły dałoby się jeszcze naprostować pod odpowiednim nadzorem. Na pewno nie pozwoliłaby im zginąć w tak straszny sposób! Ale co ona mogła zrobić z gigantycznym demonem i okultystami? Nie znała się na tym! I bała się tak jednych jak i drugich. Jednak mimo wszystko - miała nadzieję, że lord zdąży coś zrobić nim pojawią się następni martwi nieszczęśnicy.
       - Dobrze wiedzieć przynajmniej tyle… cieszę się, że mogłam pomóc. - Uśmiechnęła się blado, wstając i kłaniając się grzecznie. Była już wycieńczona i zapewne było to po niej widać, ale jakoś się trzymała. Na pewno nie chciała marudzić czy okazać się niewdzięczna. Na swój pokrętny sposób… cieszyła się, że dostała tę pracę.
       - Do widzenia… będę czekać na polecenia. - Uśmiechnęła się nagle nieco żywiej, po czym wyszła z biblioteki. Oczywiście zadaniem związanym z soczewką także zamierzała się zająć. Tak, tak - ty był priorytet! Zaraz po odrobinie snu.

       Na zewnątrz panował chłód i głęboka, wynaturzona cisza, otulona szarawą mgłą. Maka wpadła w nią w momencie otwarcia drzwi. Poczuła odrętwienie w łapkach i chłód na pyszczku. Zamrugała powiekami i próbowała otrząsnąć się z tego wrażenia. Poranki były na ogół rześkie, ale teraz wydawało jej się, że z każdym krokiem zagłębia się w tajemniczą, wymarłą krainę z baśni. Stara fontanna i alejka z różami idealnie komponowały się z jej półprzytomnymi wyobrażeniami. Jak zahipnotyzowana stąpała powoli przed siebie, stawiając ostrożne kroki i lekko się chwiejąc. Po ukończeniu wielogodzinnej pracy wszystkie bodźce, których odczuwanie tłumiła w trakcie jej wykonywania, uderzały w nią ze zdwojoną siłą. Zmęczenie mięśni i oczu, głód czy skutki siedzenia przez dłuższy czas w jednej pozycji… to jednak było normalne i dało się znieść. Gorsze rzeczy działy się z psychiką. Kotka nie miała jeszcze szansy odreagować po wczorajszych wydarzeniach - przespać się, uporządkować myśli, pogodzić się z nimi… ale zajęcie się tą sprawą wraz z lordem bardzo jej pomogło. Nie czuła już tej bezsilności i - co najważniejsze - nie tkwiła w rozdzierającej zmysły niewiedzy. Arystokrata miał cel, a ona mogła zrobić coś, aby go wesprzeć. To dodawało sił. Lecz nadal - zobaczenie nie tylko monstrum, ale przede wszystkim tego biednego człowieka… kupca… było ponad mentalne siły kotołaczki. Nawet nie zarejestrowała kiedy z jej oczu zaczęły lecieć gorące łzy. Kapały sobie jakby bez jej wiedzy i rozmazywały i tak już niewyraźny obraz drogi, spowalniając ją i opóźniając powrót do domu.
       W końcu też, po kilkunastu minutach ich zapas się skończył, a chłodny wiaterek osuszył puchate policzki. Mijając nielicznych ludzi dotarła w końcu do gospody.
       Karczma nie była jeszcze otwarta dla gości, ale w środku już krzątała się gospodyni i jej pomocnica.
,,Może powinnam poczekać?” pomyślała Maka nie chcąc łamać tutejszych zasad, ale jednak nazbyt była zmęczona, by się przy tym upierać. Znała już trochę właścicielkę, później spróbuje jej się jakoś wytłumaczyć, a teraz przeprosi, że nęka ją tak z rana…
Zapukała na wszelki wypadek, po czym pchnęła na zielono pomalowane drzwi. Weszła cichutko i pokornie.
       - Panna Marika, a więc jest pani! - zawołała młoda dziewczyna, po czym zaraz dodała:
       - Wiedziałam, że pani wróci. Mówiłam? - zwróciła się nieco bezczelnie, ale z miłym uśmiechem do pracodawczyni.
       - Też sądziłam, że tak będzie - odpowiedziała surowo. - No, myślałam, że może wśliznęła się panienka w nocy. Ale to do panny niepodobne. Mam tylko nadzieję, że nie czekała panienka pod drzwiami?
Maka zamrugała. Słowa docierały do niej z lekkim opóźnieniem, a na dodatek, te które usłyszała teraz wydały jej się wyjątkowo dziwne. W końcu jednak zareagowała:
       - Nie… nie, przepraszam. M-musiałam zostać w pracy. Zdarzył się mały wypadek - powiedziała dość słabym jak na siebie głosem, ale z miną nie odbiegającą od jej standardowego repertuaru.
       - Tak, to straszne kiedy trzeba pracować po nocy, prawda? - Uśmiechnęła się młoda pomocnica, za co dostała upominająco po głowie.
       - Z rzadka zdarza ci się zostawać tak długo aby nam pomagać. Nie narzekaj. - Gospodyni, choć wydawała się bezwzględna, mówiła to wszystko z dozą rozbawienia. - Panno Mariko, jakaś młoda kobieta zostawiła list dla pani. - Przypomniała sobie i wręczyła kotołaczce niewielką kartkę.
       Ta oglądała ją przez chwilę bezmyślnie, po czym coś nagle zaczęło jej świtać. Spotkanie z grupą kobiet, blondynka, kolacja…
Otworzyła szeroko oczy z przerażenia i aż podskoczyła, jakby właśnie miała gdzieś pobiec. Kiedy zrozumiała, że przecież nowa znajoma i tak już dawno wróciła do siebie tylko obróciła się w miejscu i przycisnęła łapkę do czoła.
Kolacja! No tak! Miały się spotkać tu wczorajszego wieczora, a ona się nie zjawiła! Jakie okropne nieporozumienie… absolutny wstyd! Jak ona jej się teraz wytłumaczy? W ogóle się jeszcze spotkają?
       Maka mogłaby zamartwiać się dłużej, ale jej organizm odmawiał. Poza tym, choć nie do końca, to jednak trochę potrafiła się usprawiedliwić. Cały ten wypadek i lord, który nagle się pojawił, przeszukiwanie ksiąg… posiłek z prawie-nieznajomą po prostu wypadł jej z głowy. Ale jak ona się musiała czuć!
       Podziękowała za kartkę i choć gospodyni wyglądała jakby miała jeszcze coś powiedzieć, pobiegła na górę, by przeczytać wiadomość.
Brzmiała ona mniej-więcej tak:

,,Szanowna Panno Ragrafford,

Gdzie się pani podziewa!? Proszę się do mnie odezwać kiedy tylko pani wróci.
Trochę się niepokoję, skoro nie pojawiła się pani do później nocy.
Poniżej podaję mój adres, gdyby nadarzyła się okazja - proszę wpaść.”


       Marika opadła na łóżko. Próbowała sennym umysłem ogarnąć myśli kobiety oraz swoje własne.
Chyba się nie obraziła? Nie, zrobiła co trzeba, żeby Maka mogła ją znaleźć… Martwiła się o nią? Dopiero się poznały, ale to było do niej  całkiem podobne.
       Tak, miała w sobie coś co właśnie kupiło sobie jednoznacznie sympatię żółtookiej.
Będzie musiała się od niej wybrać, kiedy tylko zregeneruje siły.

       Nie pamiętała kiedy zdążyła się przebrać i jak znalazła się w przytulnej norce z puchowej kołdry, ale spała twardo aż do godziny trzynastej. Jej wypoczynku nie mogły przerwać tym razem żadne hałasy, choć zwykle spała lekko i budziła się od czasu do czasu, nawet tego nie rejestrując. Tym razem jednak nawet zbicie wazonu czy głośna sprzeczka na dole nie były powodem, by wykończona kobieta poświęciła im choć odrobinkę uwagi.
       Obudziła się gwałtownie, nieco odrętwiała, ale przyjemnie wygrzana. Czuła, że oczka ma nieco opuchnięte, ale umysł trzeźwy i gotowy do działania. Zasłonki były rozsunięte, więc pokój wypełniało dzienne, motywujące do działania światło. Wszystkie nieprzyjemności jakich doznała rano, w związku ze sprawą demona, nagle się gdzieś rozwiały. Zostały obowiązki. Zawodowe i towarzyskie.
       Szykując się do wyjścia kombinowała jak dalej powinna zabrać się za szukanie soczewki. Chyba wrócić tam gdzie nie zdążyła dotrzeć ostatnim razem. Musi też po drodze wpaść na chwilę do nowej znajomej, żeby ją uspokoić i okazać należytą wdzięczność za jej troskę. Rozmowa też na pewno dobrze jej zrobi - pogawędka o zwykłych codziennych sprawach często niosła za sobą nadspodziewanie dużo korzyści.
       No i oczywiście śniadanie. Em… obiad. Ważne, żeby było ciepłe i niezbyt tłuste. Musi mieć dużo energii, żeby móc latać po zimnym mieście. No i stawić się na wezwanie lorda. Ciekawe czy dzisiaj także będzie jej do czegoś potrzebował? Na pewno musi uwzględnić w swoich planach jakieś nagłe polecenie, ale przede wszystkim wizytę na dworze, by dostarczyć przesyłki, nakarmić kotki i wypełnić resztę obowiązków… Oj, zdecydowanie za długo spała. Już pół dnia jej uciekło! Będzie musiała się naprawdę pospieszyć, żeby ze wszystkim zdążyć.
       Pośpiech na szczęście był z Maką zaprzyjaźniony od dawna. Czuli się w swoim towarzystwie bardzo komfortowo i czerpali z tej znajomości rozliczne korzyści. Szybka toaletka, szybki posiłek i szybki krok. Maka stanęła przed furtką nowej koleżanki niecałe czterdzieści minut po przebudzeniu. To przyzwoity czas, biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze musiała odnaleźć jej dom.

       Był to budynek raczej niewielki, kwadratowy, z czterospadowym dachem i jasnym, szerokim kominem. Piętrowy. Bielą zewnętrznych ścian odcinał się od demarskiego stylu, choć w najbliższym sąsiedztwie znajdował się jeszcze domek szary i jeden ciemny, porośnięty bluszczem. Oba wyglądały na zaniedbane, lecz ten, choć także miał swoje lata (zacieki i porosty na dachówkach wiele o tym mówiły) prezentował się wcale nieźle. Znajdował się pośrodku zdziczałego, lecz utrzymanego w doskonałej harmonii ogrodu, obecnie w większej mierze pozbawionego liści. Czarniawe gałązki zachodziły gdzieniegdzie na otwarte okiennice malowane we kwiecisto-geometryczny wzór, a także na ramy okienne z malowanego na ciemno drewna. Ościeżnice wraz z drzwiami najpewniej niedawno były wymieniane - wydawały się jeszcze trochę lśnić czystością jaka charakteryzuje przedmioty nowe. Ich nadproże było bardziej leciwe, ale zdobione w przyjemnie ludowy sposób. Z boku, po lewej stronie widać było drewnianą werandę, od której odcinała się kolorem podmurówka z kamienia.
       Mace działeczka ta od razu wydała się jakaś taka magiczna i wyjątkowa, jakby odcięta od reszty miejskich zabudowań, czy nawet - od reszty świata. Za rdzewiejącym ogrodzeniem nadal rządziła soczysta trawa niedająca się mrozom oraz poddane mu powiędłe kwiaty i krzewy. Do frontowych drzwi prowadziła przez poletko ciemnej zieleni wydeptana dróżka, na której mieścił się dodatkowo chodniczek z luźno co prawda, ale w przemyślany sposób ułożonych płytek. Wszystko to razem sprawiało wrażenie wyjętego z nizinnych pól ustronia, które siłą przeniesiono w obręb Demary i osadzono w przypadkowym miejscu. A jednak na swój sposób chałupka pasowała do reszty w niewytłumaczalny sposób. Może to właśnie dzięki owym dwóm zapuszczonym budynkom, które łagodziły jej kontrast z otoczeniem i odciągały uwagę od bielonych ścian.
       Kobietka pchnęła furtkę i z przyjemnością przeszła przez ogród, nawet jakby na chwilę zwalniając. To był ten rodzaj natury, który najbardziej jej się podobał. Miał w sobie coś dzikiego, ale widać było, że ludzka ręka nad nim panuje. Nawet pochmurność dnia zdawała się nie dosięgać tej małej krainy. Tonęła ona w mlecznym blasku i najwyraźniej za nic miała kaprysy pogody.
       Zapukała do drzwi. Kołatka co prawda wisiała, ale nieco za wysoko, więc Maka ponownie musiała posłużyć się własną łapką. Otworzył jej młody mężczyzna o zmęczonym spojrzeniu. Od razu rzucało się w oczy jego uderzające podobieństwo do blondynki - błękitne tęczówki, platynowe, lekkie włosy i coś w twarzy… wyraźne, rodzinne podobieństwo. Co ciekawe nie wyglądał na zaskoczonego pojawieniem się gadającego kota w żółtym kapeluszu. Mimo to robił nieco odpychające wrażenie.
       Przedstawiła mu się i powiedziała z jaką sprawą przychodzi. Skinął powoli głową i zwyczajnym, niechlujnym gestem zaprosił ją do środka.
Avatar użytkownika
Maka
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Noa,
Rasa: Kotołaczka
Aura: Nieznana.
Wygląd: Kobieta jako kotołaczka posiada trzy formy: zwierzęcą, antropomorficzną i humanoidalną.
Jako podstawową już jako dziecko wybrała tę, która znajduje się pomiędzy dwiema skrajnymi opcjami. To była w sumie jedna z jej bardziej, zdawałoby się, szalonych decyzji.
Jako antropomorfka bowiem wyjątkowo mocno upodabnia się do zwierzęcia. Nie tylko przez wzgląd na zmodyfikowane ...
(Więcej)

Postprzez Fobos » Pn sty 15, 2018 2:19 pm

        Kiedy tylko panna Marika zniknęła za drzwiami, lord zerwał się z miejsca i ruszył w stronę wyjścia. Zaczynało świtać, ale jeśli się pospieszy, zdąży wykorzystać resztki mroku. Pod postacią dymu dotrze do Dzielnicy Biedy o wiele szybciej niż tradycyjnymi sposobami.
        Wypadł na zewnątrz, o mało nie tratując kotów. Fuknął na nie ze złością, a one uskoczyły spod jego nóg, rzucając mu urażone spojrzenia i jeżąc sierść. Nie miał czasu martwić się o ich humory. To w ich interesie leżało, żeby były dla niego miłe. Zawsze mógł sprawić sobie psa.
        Otulił się szczelnie długim, ciemnym płaszczem i rozpłynął w porannej mgle. Jego bezosobowa postać idealnie się z nią komponowała, mieszając się i tworząc piękne, szaro-czarne zawirowania. Tylko ktoś o bardzo wprawionym oku mógłby wychwycić niebezpieczeństwo. Unosząc się nad równo przystrzyżonym trawnikiem pomknął w stronę miasta.
        Przemieszczanie się pod postacią dymu niosło za sobą tylko jeden warunek. Trzeba było wykorzystywać naturalne cienie i przemieszczać się pod ścianami. Gdyby środkiem zalanego słońcem placu przeleciała nagle czarna chmura, mogłoby to wzbudzić zaniepokojenie ludzi. Strach. Ciekawość. Każda z tych rzeczy byłaby niepożądana, choć ta ostatnia najgorsza. Ktoś ciekawski mógłby odkryć, że bardzo nieliczne wampiry poruszają się właśnie w ten sposób i sprowadzić na niego kłopoty…
        Dlatego też lord szybko skierował się w stronę wąskich uliczek, w które nigdy nie wlewało się do końca światło dnia. Tam bez problemu mógł podróżować. W Demarze zapowiadał się kolejny pochmurny dzień, choć pogoda ostatnimi czasy była bardzo zmienna. Zapobiegawczo schował do kieszeni maleńki słoiczek z niebieską maścią. Jeśli zajdzie taka potrzeba, ukryje się i zabezpieczy przed słońcem.
        Mijając dom inspektora, wpatrzył się w zaciągnięte zasłony. Za jedną z nich płonęło blade światło. Najwidoczniej młody rudzielec nie spał do późna. Zapewne próbował poukładać wszystkie elementy tajemnicy do kupy. Brakowało mu tylko klucza.
        Fobos z zadowoleniem pomyślał o metalowym przedmiocie, który leżał teraz spokojnie na dnie jego kieszeni. W pewien sposób cieszył się, że znalazł się na miejscu zbrodni tak szybko. Krew była jeszcze ciepła, zapach demona nie zdążył się rozwiać, a ślady nie zostały zadeptane przez nieuważnych strażników. Postanowił, że będzie czujny - jeśli uda mu się ponownie wyłowić tę woń, mógłby odkryć jego kryjówkę. Podejrzewał jednak, że już niedługo ludzie zapełnią miasto swoim smrodem - pomyjami, poranną toaletą, zapachem przygotowywanych i przypalanych potraw, ryb i całą resztą, o której wolał nawet nie myśleć.

        Ulica, której adres miał zapisany na karteczce obok klucza, wyglądała dokładnie tak jak wszystkie inne w Dzielnicy Biedy. Była ciasna i smutna, w ten charakterystyczny sposób, kiedy nie pozostaje już żadna perspektywa na lepszą przyszłość. Kamienice stały przykucnięte jedna obok drugiej, a nieliczne domki oddzielające kamienne szeregi kuliły się, jakby ze wstydu. Gdzieniegdzie można było dojrzeć pozostałości dawnych rzeźbień - roślinne zawijasy i lunarne wzory. Nieśmiałe przypomnienie, że to miejsce zwano kiedyś Dzielnicą Księżycową.
         Domek, pod którym zatrzymał się Fobos, znajdował się na ulicy Blasku 125E. Nazwa wydawała się tym bardziej ironiczna, że na jego ścianach widać było poczerniałe ślady pożaru. Sam budynek wydawał się jednak nienaruszony.
        Gmach był dwupiętrowy, pokryty porośniętymi mchem, czarnymi dachówkami. Jego drzwi były sklecone z krzywych desek, tworząc groteskowe wrażenie zepsutych zębów. Trzymały się jednak dzielnie w pordzewiałych zawiasach, rzucając czasowi drwiące wyzwanie. Okna miały całe szyby, co było zaskakujące, bo budynek sprawiał wrażenie opuszczonego. Mimo to nikt nie odważył się wybić szkła lub włamywać się do środka. Zamek był solidny, co również zwracało uwagę. Z jakiegoś powodu ludzie bali się tego miejsca. Fobos wiedział doskonale jak wygląda życie w biednych dzielnicach. Ludzie pomagali sobie nawzajem, ale na wszystkich trzeba było uważać. A jeśli coś dało się ukraść, można było być pewnym, że zostanie to ukradzione.
        Zaintrygowany wsunął klucz do zamka, wstrzymując lekko oddech. Mechanizm zgrzytnął i skrzydło uchyliło się z cichym jękiem. Wszedł do środka, wpatrując się uważnie w mrok. Jego wampirzy wzrok pozwolił mu rozróżnić korytarz, drzwi prowadzące rzędem na prawo i lewo, zniszczony dywan wyścielający podłogę. W pierwszym momencie pomyślał, że od dawna nikogo tu nie było. Potem dostrzegł jednak przetarte ślady w kurzu zaścielającym podłogę. Ktoś często tędy chodził i nie starał się ukryć swojej obecności. Czyżby właśnie tu spotykała się sekta?
        Przeciągle skrzypienie desek sprawiło, że zamarł bez ruchu. Nie sądził, że demon zamieszkał akurat tutaj, ale powinien być czujny. Szybko analizował wszystkie docierające do niego bodźce. Usłyszał chrobot pazurków o drewno, czuł pulsowanie szczurzego serca za ścianą. Poza nim i gryzoniami nie było tu nikogo. Chyba.
        Powoli ruszył tropem odciśniętych w brudzie śladów. Należały do wielu osób o różnej wadze i płci. Niektóre odciski były drobne, inne szerokie, część zlewała się ze sobą.
         Większość pokoi, do których zaglądał po drodze, stała pusta. Tu i ówdzie walały się zniszczone meble i pojedyncze butelki. Poza zatęchłym zapachem kurzu w środku nie panował jednak smród uryny i biedy, tak charakterystyczny dla porzuconych ruder. Być może ludzie bali się tego miejsca z powodu pożaru. A może coś innego ich odstraszało?
        W końcu dotarł do prowadzących w dół schodów. Na ich końcu znajdowały się zwyczajne, drewniane drzwi. Nie posiadały nawet zamka, tak jakby ktoś, kto z nich korzystał był pewien, że nie zastanie żadnych nieproszonych gości. Lord pchnął je ręką i znalazł się w zalanym mrokiem pomieszczeniu. W czasie spotkań na pewno wypełniało je chybotliwe światło świec. Niemal widział jak porzucone w nieładzie ogarki płoną równym blaskiem, oświetlając zebranych w kręgu ludzi.
        Na podłodze wyrysowano ciemne symbole. Pociągnął nosem. Krew, choć stara, nadal pachniała intensywnie. Pośrodku koła stał kamienny stół przykryty czarnym, pomiętym aksamitem. Podszedł bliżej, uważnie przyglądając się zawalającym podłogę przedmiotom. Zdobione kielichy, również umazane krwią. Zgubiony but, rozmiar 42. Solidna skóra. Porzucona peleryna, bardzo dobrej jakości. Z pozoru nie wyróżniała się niczym szczególnym - głęboki kaptur, gruby materiał. Piękna czerń. Odchylił jej poły, szukając jakiejkolwiek wskazówki. Uśmiechnął się pod nosem, trafiając na delikatne zdobienie wyhaftowane tuż nad karkiem. Herb z dwiema liliami i kluczem. Próżność ludzi nie zna granic. Nawet bawiąc się w okultystów nie mogli odmówić sobie podkreślenia swojej pozycji.
        Ślady w kurzu robiły się coraz bardziej chaotyczne. Na podłodze leżał strącony ze ściany obraz, przedstawiający rogatego demona. Gnark.
Obok stołu, częściowo przykryty materiałem lśnił mocno zdobiony, srebrny nóż. Wampir natychmiast wyczuł w nim magię. Czyżby przy jego pomocy chciano przywołać potwora?
         Sytuacja póki co rysowała się jasno. Nie wiedział ile obrzędów przeprowadzono tutaj dotychczas, ale wiedział jak przebiegały. Na łożu kładziono ofiarę, którą następnie (oczywiście w bardzo ceremonialny sposób) szlachtowano srebrnym nożem. Przy pomocy potężnego, zaklętego przedmiotu przyzywano demona, a nieborak musiał przysiąść posłuszeństwo wszystkim obecnym na sali.
         Zapewne w przypadku słabszych demonów to działało, jednak tym razem okultyści przecenili swoje siły. Gnark wyrwał się na wolność i uciekł z budynku, przerywając rytuał. Ślady szamotaniny i zerwany płaszcz mogą sugerować, że ofiara - kobieta - podniosła się ze stołu i ratując swoje życie, wywalczyła sobie drogę na wolność. Być może dlatego przywołanie nie zostało zakończone? Demon krążący w okolicy natychmiast ją wyczuł. Dopadł ją kiedy tylko oddaliła się od chałupy. To dało czas innym członkom obrzędu na paniczną ucieczkę. Ona jednak nie miała tyle szczęścia.
         Obecność prostytutki w całej tej historii stała się nagle jasna jak słońce. Była pierwszym ogniwem łączącym demona z ziemią. Jej śmierć miała przypieczętować przywołanie. A jednak jak na złość nie chciała dać się zabić.
Kupiec zapewne był jednym z sekciarzy - dostał dokładnie to, na co zasłużył.
“Ciekawe kto jeszcze jest w naszym małym kółeczku wzajemnej adoracji”, zastanawiał się wampir, badając pomieszczenie. Sądząc po śladach przy życiu zostało nadal pięć, może sześć osób. Demon na pewno będzie próbował je upolować. To jednak dalej nie dawało mu odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Skąd w tym wszystkim wziął się jego rodowy medalion?
         Obracał w dłoni buta, kiedy nagle do jego uszu dobiegł odległy głos. Ktoś wszedł do budynku.
Avatar użytkownika
Fobos
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Vestra, Hashira, Yva, Mel, Bjornolf,
Rasa: Wampir (przemieniony z człowieka)
Aura: Emanacja nie przytłacza swoją siłą, ale jej mocy zdecydowanie nie można zignorować. Czasem rozbiega się zaczepnie, jakby chciała poczuć aury innych osób i przekonać się, że jest wśród nich tą jedyną, najbardziej wyjątkową. I choć doświadczony czytelnik od razu dostrzeże w niej nieco pospolitości to nie zaprzeczy, że pod pewnymi aspektami faktycznie jest niepowtarzalna. Nim jednak dotrze się do tego co najbardziej zaskakujące, trzeba będzie przejść przez główną ulicę pełnego dzieci, lecz w jakiś sposób ponurego i niepokojącego miasta, nad którym stale unosi się zapach świeżej krwi. Skąpane jest ono w cynku, choć z widocznymi smugami cyny, a także udekorowane subtelnymi wzorami miedzi. Niektóre z tych kunsztownych zdobień ukazują smętne lub makabryczne sceny, inne zaś przedstawiają uosobienie śmierci - trudno wśród nich znaleźć inne motywy, choć i one pojawiają się od czasu do czasu. Koniec ulicy stanowi plac, wokół którego piętrzą się zbudowane z kobaltowej cegły biblioteki i liczne pracownie o dachach w kolorze rtęci. Wśród tych wspaniałości zapomina się nagle o podejrzanej atmosferze miasteczka, a zamiast tego umysł wypełnia wrażenie oświecenia - uczucie, że właśnie coś odkryliśmy i jest to coś bardzo ważnego. Pełni entuzjazmu biegniemy ku pierwszej bramie jaką napotka nasz wzrok - chcemy wszystko zapisać, zagłębić się w księgach i podzielić naszymi pomysłami - najlepiej wszystko na raz. Popychamy dwuskrzydłowe drzwi, a one uginają się pod naciskiem dłoni, jakby były nie z drewna, lecz jedwabnej tkaniny i zamiast wejść wpadamy do środka. Nie ma już żadnego budynku, żadnych ludzi, ani naszej pewności, że wiemy coś niezwykłego. Lądujemy wielkim lodowcu, oślepieni blaskiem rozciągającej się w około szlachetnej platyny, odbijającej promienie słońca. Mrużąc oczy rozglądamy się po lodowych połaciach, które ukształtowane zostały tak, by jak najbardziej przypominać dwór i otaczające go ogrody. Jest to twarda i solidna konstrukcja z ostrymi wieżami strzelającymi ku niebu, obwiedziona ogrodzeniem z fantazyjnie powyginanych sopli. Wszystkie powierzchnie są bajkowo gładkie i przyjemne w dotyku, ale zaskakująco lepkie, gdy zaczną się topić. A topią się cały czas - nie panuje tu bowiem zimno, ani nawet chłód - widać za to zarówno sypiące się iskry jak i kropelki wody spływające z wysokości. Wszystko trzeszczy przejmująco, dźwiękiem niepowtarzalnym - składa się na niego huk płomieni i szmer żywego strumienia, oba nierozerwalnie złączone ze sobą. Czasami wydaje się, że nad pęknięciami unosi się delikatna, szafirowa poświata, ale jest tak blada, że trudno się upewnić. Ostatnie co można zrobić, by otrzymać pełny obraz emanacji, to spróbować półprzezroczystego odłamka, jednego z wielu jakie leżą na ziemi - w smaku będzie on łagodny i gorzki, jak życie niektórych ludzi, ale okaże się też zaskakująco przyjemny.
Wygląd: Pierwszym co rzuca się w oczy w wyglądzie Fobosa są jego cienkie, białe włosy. Przypominają nitki babiego lata i otaczają twarz nieco napuszoną chmarą. Czasem mężczyzna wiąże je czarną aksamitką - mimo że jest nieśmiertelny, wygląd nadal jest dla niego bardzo ważny.
Spośród starczych włosów wyłania się jednak młoda, szczupła twarz, co często budzi niepewność ...
(Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Demara

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości

cron