[Demara] Ukraść szczęście


Warowne miasto położone na granicy Równiny Drivii i Równiny Maurat. Słynące z produkcji bardzo drogich i delikatnych tkanin, takich jak aksamit czy jedwab oraz produkcji wyrafinowanych ozdób. Utrzymujące się głównie z handlu owymi produktami.

Postprzez Keira » Pt sie 04, 2017 7:19 pm

        Demara, zwana miastem zachodzącego słońca. Czerwony kolor cegieł, z jakich są zbudowane budynki, aż kłuje w oczy. Radośni i beztroscy ludzie przechadzają się uliczkami po ciemku, nie chroniąc swoich oszczędności. Wszyscy zbyt sobie ufają. Jednakże jest w tym jedna rzecz; na obcych łypią wzrokiem niczym głodne wilki. Pozornie łagodne i uśmiechnięte miasto ukazuje swoje prawdziwe oblicze nocą, a gdy jesteś tutaj nowy, stajesz się ofiarą. Myszką wśród kotów.
        Postać w brązowym płaszczu poruszała się z gracją, mijając przechodniów wracających do domów czy spieszących do pracy. Noc sprzyjała Keirze, chociaż strój nie spełniał swej powinności; mieszkańcy zwracają większą uwagę na postacie w płaszczach i z kapturem na głowie. Taka persona od razu staje się podejrzana. Osiedlowy monitoring, czyli głównie sprzedawcy i starsze kobiety, już wszystko zarejestrowały i tylko czekają, aż rozniosą się świeże plotki. Anielica bała się, że przez otaczające ją zewsząd oczy nie zdoła zdobyć pieniędzy na jedzenie. Kiedy już dostrzegła okazję, została przyłapana. Zbyt łatwo, a więc nie mogła lekceważyć ludzi z Demary.
        - Przepraszam, myślałam, że mieszek się panu odwiązał - rzekła Keira, próbując jakoś wybrnąć z sytuacji. Nie chciała zwracać na siebie większej uwagi, jakby teraz miała jej za mało.
        - Chędoż się, ladacznico - odpowiedział wysoki mężczyzna, który teraz trzymał pieniądze przy piersi. Piekielna zmarszczyła brwi. Jak każda kobieta, nie lubiła takich obelg.
        - Przecież przeprosiłam. - Tutaj głos anielicy wyrażał zdenerwowanie, co zapewne zostało zauważone przez jegomościa gnojka. Mężczyzna wykrzywił twarz w brzydkim grymasie, wyraźnie wpadając w szał. W dłoni, poza mieszkiem z pieniędzmi, trzymał kufel piwa. Cóż, los dzisiaj nie był przychylny naszej bohaterce.
        - Bodajbyś sczezła w piekle, głupia dziewucho! - Machnął ręką, przez co zawartość kufla wylała się na anielicę. Wokół zebrał się spory tłum gapiów łaknących rozrywki. Jedni stali po stronie pijaka, mówiąc, że złodziejom i obcym należy się kara, natomiast drudzy stanęli po stronie Keiry; już szeptano dziwne historie, że jest biedną podróżniczką, która pewnie została do tego zmuszona, by spłacić długi. Piekielna zarzuciła kaptur bardziej na twarz, by jak najmniej osób ją zapamiętało. Następnie zaśmiała się, co spotkało się ze zdziwieniem każdego świadka w okolicy.
        - Przykro mi, waćpanie gnojku - zaczęła, łapiąc powietrze - ale w piekle już byłam. Nudno tam. Nie chcieli mnie. - Podniosła głowę i jej spojrzenie spotkało się z wzrokiem mężczyzny. Wyraźnie zdenerwowany i przestraszony cofnął się i roześmiał charczącym głosem.
        - W życiu nie spotkałem lepszego komedianta! - Śmiał się wniebogłosy. - Masz jednego miedzianego kruka za tę komedię. Możesz zapracować na więcej, jeśli zdecydujesz się jeszcze jakoś mnie zabawić…
        - Chędoż się, ladacznico. - Keira wyprostowała się dumnie, łapiąc ruena w dłoń i kierując się w bardziej zacienione ulice miasta.

        Jak na złość zaczęło padać. Anielica odnalazła najbardziej obskurną karczmę, na jaką można wpaść, weszła do środka. Ku jej zdziwieniu nie napotkała żadnych spojrzeń nienawiści. Wszyscy zapijali smutki w samotności lub żartowali między sobą.
Keira podeszła do szynkwasu i usiadła. Karczmarz podszedł do niej i zlustrował wzrokiem. Kobieta uśmiechnęła się niepewnie. Śmierdziała alkoholem i do tego wyglądała jak nietutejsza, co jest zresztą prawdą. Właściciel gospody jednak odwzajemnił uśmiech.
        - Obca, prawda? - zapytał, czyszcząc kolejne kufle po piwie. - Początki tutaj nie są łatwe, nawykniesz po jakimś czasie. Im więcej ludzi cię zna, tym łatwiej wmieszać się w tłum.
        - Nie zamierzam tutaj zostać. Tylko przechodzę - odpowiedziała Keira, zdejmując kaptur, co według niej było oznaką większego zaufania.
        - Dobrze, młoda. Zjesz coś? - zapytał karczmarz. Wydawał się naprawdę miły, mimo tego że miasto doszczętnie niszczyło troskę w sercach ludu. - Tutaj przychodzą właśnie tacy jak ty. Podróżnicy, zagubieni, bez grosza. Jednak za jedzenie trzeba płacić, wybacz, młoda.
        - Nie stać mnie. Niech pan mi pozwoli po prostu tutaj przeczekać deszcz. Obiecuję nie sprawiać większych kłopotów - powiedziała anielica, po czym przełknęła ślinę. Dobrzy ludzie jednak istnieją. I takich najłatwiej okraść.
        - Nie ma sprawy. - Odwrócił się. Kiedy Keira myślała, że pójdzie zagadywać innych klientów, srogo się pomyliła. Mężczyzna usiadł przed nią i postawił kubek z gorącym napojem. - Tutaj herbata jest darmowa, więc pij śmiało.
Kobieta uśmiechnęła się w podzięce. Rozmowa nie nawiązała się, a więc właściciel odpuścił i pozostawił ją w spokoju.
Avatar użytkownika
Keira
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe,
Rasa: Upadła anielica
Aura: Dość silna emanacja charakteryzuję się tym iż posiada wiele barw. Można jednak stwierdzić, że głównie pokryta jest złotym odcieniem. Gdzieniegdzie występują żelazne zarysowania, jakby ktoś uderzał o powierzchnie mieczem lub inną bronią tego typu. U góry zebrało się mnóstwo srebrzystych drobinek przypominających magiczny pył. Niżej zaś występują nieregularne kobaltowe pasma. Tu i ówdzie można dopatrzyć się miedzianych kształtów, które jakby poruszają się, tworząc niebywałe, maleńkie obrazki. Rubinowa poświata, choć niepokoi wygląda jak koc otulający aurę. Słychać śmiech dzieci oraz liczne głosy, szybko jednak zostają one zagłuszone przez całkiem głośny szmer wody, wraz z którym przychodzi uczucie wilgoci, a także wokół powierzchni unoszą się w magiczny sposób drobne kropelki. Po chwili pojawia się zmysłowy szept ściśle powiązany z silnym zapachem perfum występującym jedynie przez moment. Główna woń niegdyś liliowa teraz zmieniła się w smród siarki. W dotyku twarda popisuje się elastycznością, prezentując przy tym ostre krańce, które tylko czmychają na swą ofiarę skuszoną przez aksamitną powłokę. Lepi się do podniebienia i pozostawia pikantny posmak parzący język i wywołujący pragnienie.
Wygląd: Keira to dobrze wyglądająca kobieta. Ma się czym poszczycić, jeśli chodzi o figurę. Wysoka na około 185cm, z kruczoczarnymi włosami, które kolorem stapiają się z jej ciemnymi skrzydłami. Niegdyś białe jak śnieg pióra, teraz o barwie hebanu - od razu przywodzą na myśl upadłego anioła. Mimo wszystko, Keira stara się ukryć swoją przynależność do tejże rasy.
Ma ładne, ...
(Więcej)

Postprzez Smilla » Pn sie 07, 2017 8:33 pm

        Demara miała własną melodię. Unosiła się nad ulicami i wzbijała ponad miasto. Gdyby ONA - mieszkająca tu od kilku dni - potrafiła latać, podobnie do niektórych z jej rasy, albo lepiej - jak anioły, najpewniej czułaby się jak na królewskim koncercie. Zamknęłaby wtedy oczy i odszukiwała poszczególnych muzykantów. A gdy w końcu nauczyłaby się ich znakomicie rozróżniać i znała ich możliwości, wyciągnęłaby kordelas i dyrygowałaby nim jak batutą. To ona zadecydowałaby o tempie muzyki miasta. Ale… nie umiała latać, to znaczy unieść się fizycznie wysoko ponad ziemię. Potrafiła jednak wszystko cokolwiek chciała, gdy tylko zamknęła oczy.
        Muzyka grała, a ciemną ulicę przemierzała jasna postać. Tanecznym krokiem ukazywała charakter miasta. Sielankę i podejrzliwość. Dziewczyna zwracała uwagę, choć widywano ją już wcześniej. Większość brała ją jednak za zjawę lub wariatkę i szybko wypierała z pamięci. Miała na sobie popielatą, zwiewną suknię, włosy rozpuszczone i ani granika makijażu na twarzy. To odróżniało ją od innych kobiet, widywanych o tej porze na ulicy. Te pragnęły zwrócić na siebie uwagę wyglądem i zarobić nieco ruenów. Ona zaś suknię zakładała niezwykle rzadko, nie malowała się, a w jej sposobie bycia wyczuwało się coś twardego, charakterystycznego raczej dla wojowniczek. Mknęła przed siebie, nie przejmując się spojrzeniami nielicznych i można by stwierdzić, że czuje się lekko i beztrosko. Ale prawda była inna. Jasnowłosa czuła się paskudnie. Była głodna i zniecierpliwiona i to te emocje wprowadziły jej członki w taneczny ruch. Wkrótce jednak i on ustał, a najdynamiczniejszym elementem pozostały jej oczy, rzucające czujne spojrzenia wokół. Czaiło się w nich coś niewytłumaczalnego, coś... drapieżczego. Właśnie weszła w ruchliwszą i bardziej podejrzaną uliczkę. Skoro tutaj nogi ją zaprowadziły, to tutaj osiągnie swój cel.
        Szybko zrobiła w myślach przegląd własnego ekwipunku i wyszczególniła elementy, które należało uzupełnić. Działanie na własną rękę i utrzymywanie się w pełni samodzielnie zawsze było nieco trudniejsze. Kiedy żyła z piratami, czy chociażby z mistrzem, łatwiej było o systematyczność w zdobywaniu potrzebnej fortuny. Poza tym zawsze można było liczyć na pomoc drugiej osoby. Teraz musiała pilnować, by każdego dnia mieć przeciętnie podobną ilość zapasów, w tym awaryjne oszczędności, a żeby zaspokoić głód musiała od początku do końca pilnować się i polować sama. Choć lubiła ten stan rzeczy, szczególnie ostatni element, to trzeba przyznać, że nieraz zwyczajnie nie chciało się przejmować i zrzucić odpowiedzialność na kogoś innego.
        Ale tak nie było i to dziewczyna wypatrzyła sobie cel i skierowała ku niemu kroki. Jechał starą karocą. Jedną z tych, które można wypożyczyć za niewielką sumą. Jasnowłosa szła niedaleko i dawała się zauważyć. Rozpoznawała skrytą za ścianką wozu postać. Wielu uważało go za dziwaka. Na co dzień skąpy, dojrzały księgowy z rodziną i dostojną willą, w nocy był niczym rekin przemierzający ocean. Polował na okazję do urozmaicenia życia. Był myśliwym i ofiarą, dla wielu, którzy pragnęli nieco zarobić.
        W końcu oboje nawiązali kontakt wzrokowy i nie trzeba było długo czekać, by jasnowłosa siedziała  wraz z mężczyzną w pojeździe. Ruszyli dalej, pijąc wino, i oboje uważając, że oto potwierdziło swoją wyższość nad drugim.
        Nieco zwolnili, by przyjrzeć się grupce mieszczan, otaczających dwójkę kłócących się ludzi. Dziewczyna roześmiała się, widząc zbulwersowanego pijaczka, oskarżającego kobietę w kapturze. Prawdę mówiąc, upiekło jej się, bo ostatecznie opuściła zbiorowisko bez uszczerbku na zdrowiu. Bez względu na to czy i co zrobiła, za cień podejrzenia można było dostać w nos.
        Karoca jednak jechała dalej, okrężną drogą, do jednej z bardziej obskurnych gospód. Blondynka usiłowała zrozumieć skąpstwo swojej ofiary, ale było to bezcelowe. Najważniejszy był fakt, że miał co oszczędzać i nawet przy sobie nosił sporo majątku. Między innymi w płaszczu, który nałożył jej na ramiona. Nazywał się Jaroslav Wąchacki, był tłustym księgowym dyrektora miejscowej fabryki, zajmującej się obróbką najwyższej jakości tkanin i gdyby chciał, mógłby jeździć na nocne przejażdżki własną karocą, odwiedzać Dom rozkoszy i całkiem dobry lokal.

        Jaroslav Wąchacki wkroczył ciężko do gospody, śmiejąc się ponuro i rubasznie. Wypity alkohol i towarzyszka u boku uczyniły z niego nieco inną osobę. Wielką dłonią obejmował w talii wysoką niewiastę. Mrużyła i tak wąskie oczy i uśmiechała się, ukradkiem badając otoczenie. Jeśli ktokolwiek zwrócił na nich uwagę, to pewnie ze względu ma pewność siebie obojga i władczość Jaroslava. Znano go tu jednak, choć ludzie jego klasy rzadko zapuszczali się do tak podrzędnych lokali. Dlatego większość, nawet jeśli zauważyła coś nietypowego w dziewczynie, szybko wracała do swojego kufla. Choć jasnowłosa była nowa, to w tym towarzystwie nie należałoby się spodziewać po niej niczego wyjątkowego.
- Widzisz, koteczku, jestem dość staroświecki – mówił księgowy, kierując się w stronę wolnego stolika i machając na karczmarza. – Kiedyś tusza była oznaką dobrobytu. Im ktoś miał więcej ciałka, tym widocznie lepiej mu się powodziło. Jest w tym sens, prawda? Oo Panie, jaką masz zimną skórę.
        Dziewczyna posłusznie kiwała głową i nęcąco się uśmiechała. Nie mówiła nic i czasem pozwalała sobie na ziewnięcie. Jej towarzysz zdawał się tego nie zauważać lub uznawał za oznakę poczucia swobody. Pewnie miał ją za nieco tajemniczą, lecz naiwną kobietę lekkich obyczajów.
        Usiedli w końcu na ławie przy stoliku, a jasnowłosa zaczęła gładzić towarzysza po plecach. Szczególnie w okolicach ramion i karku.
- Zupełnie nie rozumiem tej dzisiejszej mody. Głodzą się dziewczyny, a gdy je rozebrać, to nie rozróżnisz postronnej biedaczki od szlachetnej pani. Auć!
        Księgowy podskoczył, gdy coś wbiło się w jego bark. Zaraz jednak ucałował dziewczynę w policzek, przyciągając do siebie bliżej.
- Nie zrozum mnie źle, śnieżynko. Z tobą nie jest najgorzej. Nie jesteś wychudzona, tyły masz całkiem przyzwoite – na potwierdzenie chwycił towarzyszkę za pośladek. Za co jednak przypłacił kolejnym ukłuciem – tym razem bliżej szyi i zwiększeniem dystansu. Z małej ranki wypłynęła niewielka strużka krwi. Jaroslav Wąchacki nie zauważył tego, bo oto postawiono przed nimi 2 kufle piwa. Jeden z nich był nieco mniejszy. Ten też postawiono przed dziewczyną, na co ona zmarszczyła brwi. Mężczyzna zajął się moczeniem wąsów w pianie, podczas gdy blondynka dalej przytulała się do niego szepcząc coś cicho. Najpewniej nawet on nie wiedział co. Uśmiechała się przy tym tak, jakby dostała coś na co długo czekała. I starała się zachować pozór słuchania słów księgowego.
- A masz demony w oczach. Oj, masz… A popatrz tylko na tę… tam w kącie. Czy to nie ta sama, którą widzieliśmy wcześniej? – Wskazał podbródkiem ciemnowłosą dziewczynę w identycznym płaszczu, jak tej osoby, która kłóciła się z pijaczkiem. -  Tutaj trafiają same najciekawsze typy. Na pewno ma coś na sumieniu.
        Jasnowłosa odginała w tym czasie jego kołnierzyki. Wykorzystała też chwilę nieuwagi, by upić nieco jego piwa mało kobiecym ruchem.
- Oj, takiej to bym nie ruszał. Wygląda niby normalnie, nawet przyjaźnie, ale ja mam nosa do ludzi. Coś jest z nią nie tak. Może to jakaś wariatka? Patrz tylko, jak się uśmiecha – niepokojąco. Natury nie ukryjesz za ładnym uśmiechem. Zresztą… Założę się, że żebra jej wystają.
        W tym momencie poczuł dziwny ucisk w okolicy obojczyka – tam gdzie niedawno ukłuła go towarzyszka. Ten mocny „pocałunek” otrzeźwił nieco mężczyznę.
- A co sądzisz o moim uśmiechu? – rozległo się dźwięczne pytanie.
         Smilla – znudzona wampirzyca – oddaliła się nieco od swojej ofiary. Upiła dosłownie łyczek. Pozwoliła jednak zaczerwienić się ustom. Jaroslav Wąchacki spojrzał na nią zaskoczony i nieco zmieszany.
- Nie tak szybko, śnieżynko. Pójdziemy gdzieś w ustronne miejsce… - I zbladł, gdy ujrzał kropelkę krwi spływającą z dolnej wargi dziewczyny.
        Jasnowłosa roześmiała się i oblizała usta, szybko i niezauważalnie je przygryzając.
- Spokojnie, niedźwiadku. Po prostu ugryzłam się w wargę. Czasem tak robię pod wpływem emocji.
        Grubas nieco się rozluźnił. Roześmiał się, potarł kciukiem jej usta i pokiwał głową.
- To się zdarza.
        Smilla uwolniła się z jego objęć.
- Poczekaj chwilkę. Ta dziewczyna to moja znajoma. Wcale nie jest taka zła, zobaczysz. – po czym wstała i kocimi ruchami przeszła między stolikami, by stanąć przy ciemnowłosej. Tu pozwoliła sobie na swobodniejszą pozę, bardziej dla niej naturalną. Przyjrzała jej się uważnie, przyciągając uwagę właściciela gospody. Rzeczywiście było w niej coś niepokojącego, w dodatku śmierdziała piwem, choć przed sobą miała zaledwie herbatę. Ale to nie miało znaczenia. Teraz liczyła się tylko gra.
- Hej, popiołku, nie boisz się, że cię wiatr rozwieje? Ten grubas za mną to prawdziwy huragan. Urągał twojej urodzie i inteligencji. Może powinnam to przemilczeć, bo jest dla mnie całkiem miły, ale rozumiesz… Kobieca solidarność zobowiązuje.
Avatar użytkownika
Smilla
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kerhje,
Rasa: Wampir (przemieniona z półelfa lodowego)
Aura: Aura posiada siłę nie najmniejszą, prawie że średnią, delikatna szmaragdowa poświata całkiem mocno się odznacza. Żelazny odcień otacza całość, a na nim wyraźnie obrysowują się kobaltowe kształty leśnych kwiatów czy listków. Tu i ówdzie widać rtęciowy pyłek unoszący się wokół rzeźbionych roślin w rozkwicie. Wszędzie da się zobaczyć srebrzyste kropelki, które stale są mokre w dotyku, choć wyglądają na zwyczajny malunek. Ponadto można usłyszeć szum wody, powoli przemieniającą się w spokojną i głęboką melodię, co niesie ulgę dla wszystkich zmysłów. Wraz z emanacją niesie się kilka zmieszanych zapachów, najwyraźniejszy z nich to zdecydowanie woń świeżej krwi, gdzieś tam jeszcze można wyczuć las pomieszany z ludzkim potem, ale do tego trzeba mieć dobry węch, ponieważ coraz ciężej jest je wychwycić. W dotyku twarda, ciężko ją czymkolwiek zarysować, jednocześnie jednak gnie się łatwo przy najmniejszym nawet podmuchu wiatru. Ostra niczym kolce róży, ale gładka jak szkło. W smaku natomiast uparcie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Smilla jest raczej wysoka, bo mierzy około 6 stóp wzrostu. To, w połączeniu z wyćwiczonym i zahartowanym ciałem zawsze ułatwiało jej życie, gdyż często musiała wykonywać męskie prace, a w walce okazywało się jeszcze większym atutem. Skórę ma jasną i chłodną, na piętach nieco zrogowaciałą. Może się pochwalić ładną figurą, z wąską talią i szerokimi biodrami, ale z ... (Więcej)

Postprzez Satharin » N sie 13, 2017 3:09 pm

        Demara... Dla niektórych, piękne miasto zachodzącego słońca. Ale "niektórzy" mogą się chędożyć, żaden z nich nie stoi właśnie w zasranej ciemnej uliczce, z której unosi się zapach rozkładającego mięsa i szczyn. Żaden z nich nie chce, nie widzi ich, zupełnie nie zwraca na nie uwagi, a potem, wyłączając je z całokształtu, próbuje tworzyć iluzję ładnego miasteczka. Ignorują je, jakby to nie oni przykładali się do tej miastowej zarazy, zamiast ją wyplenić. Ludzie zawsze tak robili. Żałosne... Choć nie można powiedzieć, że niekorzystne.
        W ciemności, przy ścianie jednej z uliczek stała postać w kapturze. Nie wyróżniała się niczym specjalnym, zresztą w mroku niezbyt dobrze było ją widać. Tylko miejscami, kiedy obok przejeżdżały wozy lub karoce, promienie światła z ich lamp odbijały się delikatnie od białej twarzy zakapturzonego. Biedacy w alejce trzymali się z daleka, rozpoznając w nim nikogo innego, jak najemnego zbira, Satharina. Natomiast z głównej ulicy nikt nie zwracał uwagi. Smród nie był zachęcający, tak samo widok, jeżeli w nocnych ciemnościach można by tam w ogóle cokolwiek dojrzeć. Elf z kolei stał tam, nie zważając na odór, którego na całe szczęście nie czuł. Spoglądał w główną ulicę, jasną od światła lamp olejnych, wypatrując swojego celu. Jaroslav Wąchacki, podobno jakiś ważniak. Chyba księgowy. Nieważne, dla najemnika był tylko spasłą świnią i kolejnym obiektem zlecenia. Wisiał całkiem niemałą sumę Arvallio. A kim jest Arvallio, spytasz? Osobą, której nigdy, przenigdy, absolutnie w żadnym wypadku nie chcesz podpaść w Demarze. Bogaty mroczny elf trzęsie całym miastem. Pożyczki od Arvallio są całkiem ciekawym sposobem na awans społeczny albo spłacenie długów, ale w zamian oczekuje się zwrócenia pieniędzy i, przede wszystkim, posłuszeństwa. Wąchacki skorzystał, bo gdyby ten idiota nie dostał zastrzyku finansowego, zdychałby z biedy pod płotem zamiast dorobić się swojej fortuny. Nie spełnił jednak żadnego z warunków umowy, widocznie świnia poczuła się zbyt pewnie. Zadaniem więc nie było ściągnięcie pieniędzy, jak można się było spodziewać, a "przekonanie" go do spełnienia warunków... Albo zrobienie z niego przykładu. Technika dowolna. Takie roboty Satharin uwielbiał najbardziej i właśnie dążył do tego, by utopić tłustego świniaka w błocie.
        Nie minęło dużo czasu. Swoim ostrym, jak brzytwa prawie, wzrokiem, elf dostrzegł karocę. W niej cel, a wraz z nim blond dziewczynę, całkiem ładną. Ślicznotka... szkoda to wielka, marnować swoje wdzięki na tego ludzkiego śmiecia. A jeszcze gorzej by było, gdyby z jego powodu musiała zginąć. Z taką myślą Satharin wyszedł z ukrycia i zaczął podążać za nietypową dwójką. Tempo starał się utrzymywać podobne do karocy, aby nie zgubić Wąchackiego, jednocześnie utrzymując dystans. Na małą chwilę powóz zwolnił, akurat przy ulicy, na której działa się jakaś nieistotna, żałosna awantura, a potem znów pełnym tempem ruszył dalej. I w końcu po kilkunastu minutach, trafił do obskurnej karczmy, w której parka się zatrzymała. Dziewczyna, z tej odległości widać było że elfka, obejmowana przez śmiecia. A gdy weszli, a Satharin wparował za nimi, blondynka sama tuliła się do Wąchackiego, siedząc przy stoliku. Najemnik miał świadomość, że prawdopodobnie ona robi to dla pieniędzy, jednak mimo wszystko było to dla niego absolutnie obrzydliwe. Chciał ją przeczekać, w końcu któreś z nich musi się na chwilę ruszyć, a w tym czasie sam siadł przy szynkwasie. Puknął parę razy w ladę, żeby zwrócić uwagę karczmarza, zajętego jakąś dziewczyną, po czym rzucił mu do rąk pełny mieszek.
        - Arvallio pozdrawia - rzucił szybko elf, patrząc na oberżystę w taki sposób, by zobaczył białą twarz, kryjącą się pod kapturem. Ten prędko zrozumiał, kiwając tylko głową z uzasadnioną bojaźnią i ruszył obsługiwać innych klientów.
        W końcu, po jakimś czasie, blondynka odeszła od stolika, a Satharin oblizał się i wstał od szynkwasu, bezczelnie siadając naprzeciwko swojego celu, przy stoliku. Zdjął kaptur, odsłaniając twarz i wychłeptał piwo, które stało koło niego, należące prawdopodobnie do dziewczyny.
        - Ej, ej, zaraz! Kim ty do cholery jesteś? - wrzasnął Wąchacki, wyraźnie zdenerwowany zachowaniem elfa.
        - Zadajesz pytania złym tonem. Ale nie martw się, jestem od dziś twoim osobistym nauczycielem szacunku. Na koszt Arvallio. - Rzekł Satharin powoli, spokojnym, ciepłym głosem, z wręcz przerażającym uśmiechem na twarzy.
        - Ah! Więc powiedz Arvallio, że może się chędożyć, bo ani grosza ode mnie nie zobaczy, nawet musi mi oddać za piwo, któreś wychłeptał, pizdo. A tknąć się mnie nie waży, bo psia jego ma... - rzucał się księgowy, ale niedługo. Po chwili zaczął się dusić, gdy elf podniósł go do góry za szyję, przyciskając go do najbliższej ściany. Kolejne słowo było już wypowiedziane cicho, na tyle, na ile ręka najemnika pozwalała, zdławionym głosem, a brzmiało - Straż...
        - Masz mnie za idiotę? Arvallio ma całą straż w tym rejonie w swojej kieszeni. Specjalnie na tą okazję. A wiesz jaka to okazja? Nie, nie, źle zgadujesz. Wcale nie jest powiedziane że twojej śmierci. To moje urodziny! I nie zgadniesz jakie. Sto sześćdziesiąte ósme. Stary jestem, co? Nie masz szans tyle pożyć, nawet gdybym nie musiał cię zamordować. W każdym razie, w kulturze elfickiej jest tak, że w urodziny spełniamy sobie nasze życzenia. No i widzisz, dawno nikogo nie biłem, bo wszyscy płacą Arvallio. Dawno też nie używałem magii. Dasz mi tą satysfakcję?
        - Puszczaj mnie, posrańcu... - wystękał na ostatnim oddechu Wąchacki, nie spodziewając się chyba reakcji. Elf faktycznie poluzował chwyt, a nawet go puścił, rzucając na podłogę. Księgowy, pozbierał się i zaczął biec tak szybko, jak tylko mógł. Czyli dość wolno. Satharin nawet za nim nie biegł, wyciągnął zaledwie rękę w jego stronę i jego ręka zaświeciła na zielono, a cel momentalnie upadł.
        - Z góry dziękuję za prezent. - Uśmiechnął się elf, idąc powoli w stronę leżącego. - Zarosły ci arterie w lewej nodze. Czujesz drętwienie? Zaraz będzie sina, a za parę minut do amputacji. O, tak samo prawa noga. - Mówił dalej, poruszając tylko ręką. - I prawe ramię. I lewe. Wszystko do amputacji. Jeśli zechcesz, może być na koszt Arvallio. Ale zaraz zobaczymy czy w ogóle będziemy musieli je amputować.
        Gdy skończył, usiadł na rozdętym brzuchu swojego celu i zaczął okładać go pięściami po twarzy. Wszyscy w karczmie patrzyli na całą tą szopkę z nieukrywanym przerażeniem. W zasadzie wszystko działo się na tyle szybko, że dopiero teraz ludzie oprzytomnieli, gdy księgowy leżał już na ziemi, a najemnik bawił się z nim w najlepsze.
Avatar użytkownika
Satharin
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Verden, Edgar, Nardani,
Rasa: Leśny Elf
Aura: Zanim na dobre wczytasz się i poznasz tę aurę, przywita cię jej nieprzyjemny chłód. Zaraz potem pojawi się bursztynowa łuna rozświetlająca otoczenie. Początkowo bursztyn jest niestały, jakby zagubiony i szukający innej opcji, po chwili jednak nabierze pełnego nasycenia i na próżno będziesz doszukiwał się w nim delikatniejszych aspektów. Zaraz potem zjawi się żelazo. Nie przybiera ono kształtu konkretnej broni jakby liczył się efekt końcowy nie zaś styl walki. Lata używania nieznacznie już przydymiły jego młodzieńczy blask nie kryjąc czasu spędzonego w walce. Drobne krople złota, niczym krew spadają na dość gładką powierzchnię stali, plamiąc jej ostre brzegi. Wokół wybrzmiewają liczne głosy, jakby czymś poruszone. Szybko jednak umilkną a ich miejsce zastąpi zapach lasu. Wyraźna woń igliwia nie daje się ukryć, chociaż i tu wtrąci się stal, drażniąc nos swoją metaliczną nutą. W tym wszystkim aura wydaje się być dość twardą, ale to co szczególnie da o sobie znać, to będzie jej giętkość. Smak jest wyraźnie gorzki, o subtelnie pikantnym odcieniu nieco lepkawy, ale nie na tyle by zalegać w ustach dłuższy czas.
Wygląd: Wyglądem Satharin przypomina trochę trupa. Choć nie można odmówić mu siły, to jest raczej szczupły, mierzy sobie blisko dwa metry wzrostu, a skórę ma nawet nie tyle bladą, co po prostu białą. Ten, któremu nie skojarzy się z umarlakiem albo wampirem, zobaczy w nim lodowego elfa o chorobliwie jasnej karnacji, na co wskazują spiczaste uszy i włosy, wybielone z dawnych, ... (Więcej)

Postprzez Keira » Śr sie 16, 2017 10:27 pm

        Ignorowała wszystko i wszystkich, marząc tylko, by znaleźć się w innym miejscu. Keira tęskniła za piekłem, który zwykła już zwać domem. Dlaczego podziemia, skoro jest istotą niebiańską zrodzoną w niebie i powinna usychać z tęsknoty za "prawdziwym domem"? To proste; Anioły nie upadają bez powodu. Keira znienawidziła niebiosa za to, co zrobiły jej siostrze. Każde nieposłuszeństwo karane jest unicestwieniem. Może i anioły posiadają własną wolę, ale za to nie posiadają czegoś, co dla piekielnej liczyło się najbardziej; wolności. Są niezależne, a jednak zależne. Wolne, ale uwięzione. Upadłe anioły krzyczą szeptem, jak mówili Keirze w niebie. A Keira teraz śmieje się z nich po cichu, kiedy wreszcie jest wolna.
        Jednakże w przeszłości nie miała pojęcia, co się stało. Dlaczego upadła? Co takiego zrobiła? “Kiedyś sobie na pewno przypomnę…”. Tylko kiedy to “kiedyś” nastąpi?

        Anielica całkowicie pogrążyła się w rozmyślaniach, dlatego też właściciel karczmy dał jej spokój. Nie zadawał zbędnych pytań, za co Keira była mu wdzięczna. Po prostu zajmował się bardziej rozmownymi klientami i nie naciskał na to, co się stało zakapturzonej dziewczynie. Keira upiła kilka łyków herbaty. Fakt, że śmierdziała piwem, dobijał ją. Kobieta miała nadzieję, że nikt nie weźmie jej za ulicznego pijaka, których jest w Demarze od groma. A takie poczciwe miasto, takie piękne… Widocznie wszystko jest piękne, jak się o tym ładnie mówi.
        Zamyślona Keira traci czujność. Dlatego drgnęła, kiedy usłyszała czyjś głos niezwykle blisko swej osoby. Tajemnicza persona zdawała się ją zagadywać, a anielica siedziała z oczami jak pięć ruenów i słuchała, zdziwiona, że ktoś się teraz tak nią zainteresował. Taka reakcja nie była jednak prawdziwa, Keira przeanalizowała behawior ludzi i pomyślała, że tak zachowałaby się głupia, niespełna rozumu biedaczka. Nie wzbudzaj podejrzeń, nie pokazuj, kim naprawdę jesteś - tym kierowała się piekielna. Jej mina ponownie przyjęła łagodną maskę spokoju, po czym ciemnowłosa skupiła się na słowach blondynki.
        - Tego akurat najmniej się boję - odparła cicho chrapliwym głosem anielica, po czym kątem oka spojrzała na “grubasa”. Mężczyzna już znalazł kolegę do rozmowy, więc nawet nie zauważył wzroku upadłej kobiety. - Wysoko postawiony człowiek ubliżający komuś z pospólstwa. Dlaczego mnie to jakoś szczególnie nie dziwi? - “Nie pokazuj, kim naprawdę jesteś”, powtarzała Keira w głowie niczym mantrę. Nie wolno ci pokazać, jak wiele wiesz, jak wiele razy widziałaś cierpienie, nie pokazuj, dlaczego tutaj jesteś. Zgubiłaś się, tylko tyle. Jesteś biedna.
        - Widzę sama chętnie spędzasz z nim milutko czas - rzekła nieco uszczypliwie Keira. - Mogę zapytać, co taka całkiem niebrzydka kobieta robi z tym kimś? Dla pieniędzy? - Pewnie tak, odpowiedziała sobie anielica, ale nie chciała jakoś specjalnie teraz przerywać rozmowy. A miła pogawędka się przyda, byleby nie z litościwym karczmarzem.

        Tłum poruszył się. Coś się stało, gdyż nawet właściciel karczmy ruszył tam, gdzie zebrali się ludzie. Keira udawała niezainteresowaną, lecz nikt nie zwrócił na to uwagi. Ktoś się bije, wielkie dzieje. W każdym miejscu, w którym jest sprzedawany alkohol, takie rzeczy po prostu są normą.

        A anielica nie byłaby sobą, jakby nie wykorzystywała takich okazji!

        Wstała, wszyscy zajęli się oglądaniem widowiska (i co niektórzy uciekaniem z miejsca, by oszczędzić własne interesy, lub też znaleźli się i tacy odważni, którzy próbowali zapobiec bijatyce), po czym spojrzała na bójkę, niby zaciekawiona.
        - Biją twojego grubasa. Coś czuję, że podczas panicznej ucieczki przed zbirem, jaki go zaatakował, zapomni i ciebie zabrać. - Wzruszyła ramionami, nieprzejęta całą tą sprawą. - Ostrzegam przez kobiecą solidarność. - Uśmiechnęła się do kobiety. Szczerze. Tym razem w tym uśmiechu nie było ukrytego przekazu, zero tajemniczości.
        W jednej chwili Keira zniknęła w tłumie. Przechodziła koło ludzi niczym nic niewarta mysz, która nie ma złego zamiaru. Anielica wpasowała się w tłum, który uciekał przed problemami. Przeszła obok właściciela i niezauważalnym ruchem zabrała mu mieszek pełen pieniędzy, jakie otrzymał od tajemniczego elfa. Okazja czyni złodzieja, jak to mówią.
        Keira, która znalazła się blisko wyjścia, spojrzała na tłukących się mężczyzn i uśmiechnęła się do elfa. Tutaj niestety sarkazm wdarł się, zdejmując maskę z twarzy kobiety i na chwilę ujawniając jej prawdziwe oblicze. Ona uśmiechem pełnym wyższości dziękowała za okazję do szybkiego zarobku.

        Na ladzie natomiast stygła jej niedopita herbatka. Kto wie, co się stanie z karczmarzem, kiedy się dowie, że stracił taką sumę pieniędzy.
Avatar użytkownika
Keira
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Jane, Isara, Camelia, Sevi, Eliae, Quillithea, Loneyethe,
Rasa: Upadła anielica
Aura: Dość silna emanacja charakteryzuję się tym iż posiada wiele barw. Można jednak stwierdzić, że głównie pokryta jest złotym odcieniem. Gdzieniegdzie występują żelazne zarysowania, jakby ktoś uderzał o powierzchnie mieczem lub inną bronią tego typu. U góry zebrało się mnóstwo srebrzystych drobinek przypominających magiczny pył. Niżej zaś występują nieregularne kobaltowe pasma. Tu i ówdzie można dopatrzyć się miedzianych kształtów, które jakby poruszają się, tworząc niebywałe, maleńkie obrazki. Rubinowa poświata, choć niepokoi wygląda jak koc otulający aurę. Słychać śmiech dzieci oraz liczne głosy, szybko jednak zostają one zagłuszone przez całkiem głośny szmer wody, wraz z którym przychodzi uczucie wilgoci, a także wokół powierzchni unoszą się w magiczny sposób drobne kropelki. Po chwili pojawia się zmysłowy szept ściśle powiązany z silnym zapachem perfum występującym jedynie przez moment. Główna woń niegdyś liliowa teraz zmieniła się w smród siarki. W dotyku twarda popisuje się elastycznością, prezentując przy tym ostre krańce, które tylko czmychają na swą ofiarę skuszoną przez aksamitną powłokę. Lepi się do podniebienia i pozostawia pikantny posmak parzący język i wywołujący pragnienie.
Wygląd: Keira to dobrze wyglądająca kobieta. Ma się czym poszczycić, jeśli chodzi o figurę. Wysoka na około 185cm, z kruczoczarnymi włosami, które kolorem stapiają się z jej ciemnymi skrzydłami. Niegdyś białe jak śnieg pióra, teraz o barwie hebanu - od razu przywodzą na myśl upadłego anioła. Mimo wszystko, Keira stara się ukryć swoją przynależność do tejże rasy.
Ma ładne, ...
(Więcej)

Postprzez Smilla » Pt sie 18, 2017 1:56 am

        Cichy szum w uszach przytłumiał nieco karczemne dźwięki. Śmiechy, krzyki, odgłosy stawianych kufli zlewały się w jedno z biciem serc, odgłosem paznokci na skórze i pracy przełyku.
- Och, a więc jesteś odważna! - dało się słyszeć słowa blondynki. - Widzisz, popiołku...
        I urwała na chwilę zapatrzona w pracę przełyku ciemnowłosej, po upiciu łyka herbaty. Niemal niewidoczne włoski na skórze zalśniły w pomarańczowawym świetle lamp, a tuż pod nimi zamajaczyła fioletowawa barwa.
- ...całkiem niezły z niego KĄSEK – kontynuowała powoli, odchrząknąwszy wpierw i przeniosła spojrzenie na łagodną twarz kobiety. Choć początkowo jej zdumiona mina na myśl przywiodła prostą, biedną dziewczynę, to późniejsze słowa i chrapliwy głos zapowiadał kogoś bardziej interesującego. Smilla nie wiedziała jeszcze, co to może znaczyć. Z pewnością jednak do niedawna zakapturzona nie chciała się za mocno wyróżniać. Może powinno się to uszanować i zwyczajnie dać nieznajomej spokój, ale z drugiej strony Smilla często nie mogła oprzeć się swoim własnym grom i tajemnicom skrywanym przez ludzi. Za bardzo pragnęła interesujących doświadczeń, by szanować ich pragnienia.
- Sama teraz popełniasz jego intencje. Taaak,  ocenianie po wyglądzie bywa interesujące, ale może się... boleśnie skończyć. Ach, nie sądzę również, by TO miejsce było odpowiednim na urąganie pospólstwu. Rozejrzyj się. Same wyrzutki społeczeństwa – mówiąc to musnęła zaś włosy rozmówczyni, jakby wskazując jej przynależność do omawianej grupy. -  I on. Tłusty przyjemniaczek, plujący na nich wszystkich. Jasne, każdy tutaj każdemu mógłby wbić nóż w plecy. Ale kochana... Kiedy należysz do pewnej grupy, części społeczeństwa... To zupełnie inna sprawa. Nie wolno oczerniać węży w samym ich legowisku.
        Wywód, który mógł wydawać się paskudnie nudny, skończył się gdy obok pojawił się chodzący trup. Dość żywy, jak na umarlaka. A to nasuwało wspaniałe podejrzenia. Uszy wystające spomiędzy białych włosów, imponujący wzrost, szczupła sylwetka i ta hardość w oczach była znajoma. Tak dawno już nie widziała tego połączenia! Smilli aż serce zabiło mocniej i na chwilę zapomniała o głodzie, przekładającym się na jej kreatywną dynamikę. Czy rzeczywiście dane jej było zobaczyć członka rasy, której krew płynęła w jej żyłach, zmieszana z ludzką, i za którą tak tęskniła?
        Oparła się o ladę obok dziewczyny i kątem oka obserwowała przybysza. Zarejestrowała jego działania, które nie wróżyły niczego dobrego. Nie robiła jednak nic, aby im zapobiec. Była zbyt podekscytowana, by się wtrącać. Jeśli jej niedawny nabytek miał posłużyć do lepszego poznania przybyłego, była w stanie się na to zgodzić. Nie spodziewała się jednak, późniejszych, tak śmiałych działań.
- Ach, pieniądze są też ważne. Z pewnością to wiesz. Ale nie... najważniejsze  – odparła wymijająco na pytanie kobiety.
        Przysłuchiwała się jednocześnie rozmowie przy stole, od którego niedawno odeszła.A więc w końcu nadszedł jego czas. Smilla zaśmiała się bezgłośnie, słysząc wymianę zdań dwóch mężczyzn. Powoli jednak zdawała sobie sprawę, że intrygujący przybysz nie pozostanie jedynie obiektem obserwacji i dostawcą rozrywki. Gdy Jaroslav Wąchacki doświadczał najbliższego spotkania z pobliską ścianą, wampirzyca zrozumiała, że właśnie jest jej coś odbierane. Głód krwi znów o sobie przypomniał, i patrząc na palce zaciskające się na szyi księgowego, tuż nad małymi rankami, czuła jak rośnie jej rozdrażnienie. Źrenice rozszerzyły się, a nozdrza zaczęły pracować szybciej. Choć wciąż wyglądać mogła na spokojną i wyluzowaną, to bystre oko na pewno zarejestrowało te zmiany. I wtedy z boku nadeszły słowa. Smilla zmarszczyła brwi, nim jednak ciemnowłosa ją opuściła, gwałtownie obróciła w jej stronę głowę i uśmiechnęła się wrednie.
- Kochaniutka, on już nikomu nie jest potrzebny żywy.

        Demara miała swoją melodię. Orkiestra lubiła zaskakiwać słuchaczy brutalnymi partiami, pełnymi jazgotu trąbek, dudnienia bębnów i irytująco skocznych skrzypiec. Wpierw szok wbijał cię w siedzenie, potem wykazywałeś zainteresowanie nowością, szybko jednak przy narastającym, nieustającym hałasie zaczynałeś czuć zmęczenie, a w końcu panikę, że to się nie skończy i w końcu cię pochłonie. Chcesz więc jak najszybciej wyjść.
        W karczmie zawrzało. Ustały rozmowy i chlupot alkoholu. Na podłogę zwalił się znajomy bogacz, pojękując żałośnie. Kilkoro zaśmiało się, jednak wesołość wynikająca z upragnionego widoku pogrążania się elity, była krótka. Większość rozumiała znaczenie całej szopki, a nawet ci bardziej nieświadomi, złaknieni rozrywki, w końcu bledli, nie rozumiejąc przeraźliwie pogarszającego się stanu Wąchackiego. Odważni byli ci, którzy próbowali cokolwiek zdziałać. Wszyscy zaś byli bardzo nieostrożni. Smilla wciąż oparta o ladę nie wykonała od dłuższego czasu najmniejszego ruchu. Czując rosnące napięcie, obserwowała całe zajście. Jej rozmówczyni, wspaniała doradczyni, skorzystała z okazji, by nieco poprawić swój stan materialny. Zwinnie przemykała wśród gapiów, by ostatecznie zmienić właściciela karczemnej kasy. Wszystko przedstawiało się tak komicznie niepokojąco, że rozdrażniona jasnowłosa wybuchnęła śmiechem, idealnie w momencie, gdy drzwi wejściowe zamknęły się za złodziejką. Popatrzyła na herbatkę stojącą na ladzie i nie mogła już się opanować. Pazury świerzbiły, kły kłuły w wargi, a oczy błyszczały.
        Niedawna towarzyszka ofiary trupiobladego elfa, powoli zbliżyła się do niego. Nie do pomyślenia było bezczelnie odbierać łakomy kąsek pięknie ubranej kobiecie. Zero klasy, zero... pomyślunku. Doprawdy, niektórych całe życie trzeba uczyć manier, myślała półelfka wyobrażając sobie mały bicz wodny uderzający w ucho napastnika. Nim nawet zdążyła zdać sobie sprawę z tego co robi, mała wstęga wody, barwiona na złoto chmielem pojawiła się faktycznie przy bijącym i jak mocny pstryczek rozbił się o jego ucho. I choć wyglądało to dość niepozornie, było wystarczająco silne, by na jakiś czas ogłuszyć. Smilla zaklęła pod nosem, bo nie do końca w ten sposób chciała rozegrać swoją partię. Dała się jednak ponieść i nie ukazała żadnego zaskoczenia.
- Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale tak się składa, że spora część tego pana należy do mnie – powiedziała dość głośno, by wszyscy usłyszeli, a w dłoni trzymała już wyjęty spod sukni sztylet, na którego końcu wisiała złota spinka złodziejki. – Tak się składa, że bardzo się spieszę. Koleżanka zostawiła tę śliczną błyskotkę. Może więc dogadamy się jakoś i szybko wrócimy do własnych spraw. Och naprawdę, nie chcę kłopotów. Po prostu nie jadłam dzisiaj jeszcze kolacji i strasznie jestem niecierpliwa.
Avatar użytkownika
Smilla
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Kerhje,
Rasa: Wampir (przemieniona z półelfa lodowego)
Aura: Aura posiada siłę nie najmniejszą, prawie że średnią, delikatna szmaragdowa poświata całkiem mocno się odznacza. Żelazny odcień otacza całość, a na nim wyraźnie obrysowują się kobaltowe kształty leśnych kwiatów czy listków. Tu i ówdzie widać rtęciowy pyłek unoszący się wokół rzeźbionych roślin w rozkwicie. Wszędzie da się zobaczyć srebrzyste kropelki, które stale są mokre w dotyku, choć wyglądają na zwyczajny malunek. Ponadto można usłyszeć szum wody, powoli przemieniającą się w spokojną i głęboką melodię, co niesie ulgę dla wszystkich zmysłów. Wraz z emanacją niesie się kilka zmieszanych zapachów, najwyraźniejszy z nich to zdecydowanie woń świeżej krwi, gdzieś tam jeszcze można wyczuć las pomieszany z ludzkim potem, ale do tego trzeba mieć dobry węch, ponieważ coraz ciężej jest je wychwycić. W dotyku twarda, ciężko ją czymkolwiek zarysować, jednocześnie jednak gnie się łatwo przy najmniejszym nawet podmuchu wiatru. Ostra niczym kolce róży, ale gładka jak szkło. W smaku natomiast uparcie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Smilla jest raczej wysoka, bo mierzy około 6 stóp wzrostu. To, w połączeniu z wyćwiczonym i zahartowanym ciałem zawsze ułatwiało jej życie, gdyż często musiała wykonywać męskie prace, a w walce okazywało się jeszcze większym atutem. Skórę ma jasną i chłodną, na piętach nieco zrogowaciałą. Może się pochwalić ładną figurą, z wąską talią i szerokimi biodrami, ale z ... (Więcej)

Postprzez Satharin » N sie 20, 2017 6:41 pm

        Grubas kwiczał z bólu, jak na świnię przystało. Przy każdym ciosie wydawał z siebie różnorakie dźwięki, jęki, próbował czasami coś powiedzieć, choć wychodziło mu to niezbyt dobrze. Ale, ogólnie rzecz biorąc, jego ekspresja wskazywała na to, że cierpi, czyli dawała odpowiednią informację zwrotną najemnikowi. Do czasu oczywiście, kiedy nie dostał już tylu ciosów, że leżał nieprzytomny. Posiniaczona twarz sprawiała wrażenie, że wystarczy tylko parę razy uderzyć, by księgowy zszedł z tego świata. Zanim jednak elf zadał ostateczne, śmiertelne ciosy, walnęło go z impetem w ucho coś dziwnego, jakby strużka wody. Jego głowa została popchnięta w bok i naprawdę cudem nie przeważyła go na tyle, by wylądował na podłodze. Ktoś go oblał? Nie, wtedy byłby cały w wodzie. I nie poczułby tego tak mocno. I choć pozostały mu w tym temacie wyłącznie domysły, to sprawcę, a właściwie sprawczynię, znalazł od razu. Wstał z grubasa, a jego oczom ukazała się blond piękność, która była wcześniej z Jaroslavem. Najwyraźniej przywiązała się do dziada... Żałosne. Satharin, widząc ją, zaśmiał się, a potem począł powoli iść w jej stronę.
        - Ależ dziadziuś jest cały twój - zaczął ciepłym głosem. - Wyciągam z niego wyłącznie duszę. Cała reszta zostanie dla ciebie, naprawdę. A teraz schowaj sztylet. Nie chcemy, żebyś się pokaleczyła, prawda? - Odsunął rękę dziewczyny, która dzierżyła broń i podszedł do niej jeszcze bliżej, ostatecznie łapiąc ją palcami za podbródek i podnosząc jej głowę ku górze, tak aby patrzyła bezpośrednio na elfa. Teraz dostrzegł to, że jest ona także elfką, a co więcej, wcale nie jest dużo niższa od zabójcy. - Powiedz mi tylko jedno, skarbie. Co taka elficka ślicznotka jak ty robi z takim śmieciem jak on? Przecież na pewno masz większą wartość. Zwłaszcza że władasz, jak mniemam, magią wody, prawda? Czemu zniżasz się do... - Momentalnie przerwał, gdyż dziewczyna na chwilę nieznacznie rozwarła usta, w nic nie znaczącym geście, prawdopodobnie odruchowo. Była to zaledwie sekunda, ale Satharin dojrzał to, czego potrzebował. Wampirze kły. Cała sytuacja się rozjaśniła. - Ach, widzę. Dlatego potrzebujesz grubasa? - mówiąc to wepchnął swój kciuk do ust dziewczyny, rozciął go o jeden z kłów wampirzycy i spuścił na jej język parę kropel. Po chwili odszedł od niej, wyciągając dłoń w stronę księgowego. Zaświeciła na zielono, a on poruszył nią parę razy, odblokowując arterie, które sam wstrzymał. Momentalnie sine kończyny napełniły się krwią, a wtedy elf sprawnym ciosem uciął swoim sztyletem łeb grubasa i chwycił go, uśmiechając się do dziewczyny. - Reszta jest twoja.
Avatar użytkownika
Satharin
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Verden, Edgar, Nardani,
Rasa: Leśny Elf
Aura: Zanim na dobre wczytasz się i poznasz tę aurę, przywita cię jej nieprzyjemny chłód. Zaraz potem pojawi się bursztynowa łuna rozświetlająca otoczenie. Początkowo bursztyn jest niestały, jakby zagubiony i szukający innej opcji, po chwili jednak nabierze pełnego nasycenia i na próżno będziesz doszukiwał się w nim delikatniejszych aspektów. Zaraz potem zjawi się żelazo. Nie przybiera ono kształtu konkretnej broni jakby liczył się efekt końcowy nie zaś styl walki. Lata używania nieznacznie już przydymiły jego młodzieńczy blask nie kryjąc czasu spędzonego w walce. Drobne krople złota, niczym krew spadają na dość gładką powierzchnię stali, plamiąc jej ostre brzegi. Wokół wybrzmiewają liczne głosy, jakby czymś poruszone. Szybko jednak umilkną a ich miejsce zastąpi zapach lasu. Wyraźna woń igliwia nie daje się ukryć, chociaż i tu wtrąci się stal, drażniąc nos swoją metaliczną nutą. W tym wszystkim aura wydaje się być dość twardą, ale to co szczególnie da o sobie znać, to będzie jej giętkość. Smak jest wyraźnie gorzki, o subtelnie pikantnym odcieniu nieco lepkawy, ale nie na tyle by zalegać w ustach dłuższy czas.
Wygląd: Wyglądem Satharin przypomina trochę trupa. Choć nie można odmówić mu siły, to jest raczej szczupły, mierzy sobie blisko dwa metry wzrostu, a skórę ma nawet nie tyle bladą, co po prostu białą. Ten, któremu nie skojarzy się z umarlakiem albo wampirem, zobaczy w nim lodowego elfa o chorobliwie jasnej karnacji, na co wskazują spiczaste uszy i włosy, wybielone z dawnych, ... (Więcej)


Powrót do Demara

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron