[Wzgórza i ich okolice] Każdy tunel skrywa tajemnicę


Wielka równina słynąca przede wszystkim z trzech jezior. Legenda głosi, że trzy siostry Cara, Sitrina i Doren - księżniczki Demary, córki króla Filipa miały zostać wydane za książąt Elisji, Fargoth i Serenai by utrzymać pokój pomiędzy krainami. Jednak żadna nie chciała zostać zmuszona do małżeństwa Księżniczki uciekły więc na północ kraju i nigdy już nie wróciły. Legenda głosi, że stały się one Nimfami i każda objęła panowanie nad jednym z jezior.

Postprzez Jon » Pn sty 21, 2019 6:33 pm

Łowcy zaatakowali szybciej, niż przypuszczał – spodziewał się, że na początku spróbują ocenić to, czy uda im się pokonać nie tylko tego, na którego polują, lecz także dwie osoby, które mu towarzyszą. Możliwe, że tego nie zrobili… lub byli zbyt pewni siebie i zwycięstwa, którego spodziewali się od początku. Mieli przynajmniej jedną osobę, która posługiwała się łukiem i, raczej, nie będzie ona walczyła w zwarciu, pozostając w miejscu, z którego będzie mogła oddawać dobre strzały.
Nord i tygrysica ruszyli do ataku, a Jon – nadal z jedną dłonią na rękojeści miecza, którego jeszcze nie wyciągnął z pochwy – skierował drugą dłoń w stronę zarośli, w których ukrywał się łucznik, wykonał kilka szybkich gestów palcami, szepnął coś i z wnętrza dłoni łowcy dusz wystrzeliła czerwona linia, z której dało wyczuć się złą aurę. „Wstęga zła” skierowała się prosto w stronę ukrywającego się strzelca i uderzyła w niego – Jon celował nią w klatkę piersiową przeciwnika, konkretniej w jego serce, biorąc też pod uwagę to, że może on kucać. Jeśli jednak stał, to czerwona linia magii zła i tak go zabiła, przebijając brzuch łucznika i powodując ból, a także rozpad części jego ciała… A patrząc na to, że nie usłyszał krzyku związanego z bólem, prawdopodobnie trafił go właśnie w serce, niszcząc je i szybko zabijając strzelca.
Dopiero teraz zamknął dłoń, dobył ostrza i jednocześnie odskoczył w tył, gdy jeden z łowców rzucił się w jego stronę i zaczął wymachiwać mieczem. Zauważył też kolejną strzałę, która leciała prosto w niego, więc skoczył w bok i dowiedział się też, że jednak w grupie tej znajdują się strzelcy, a nie strzelec. Zresztą, ich przeciwnicy i tak tworzyli dość sporą grupę, co było trochę dziwne – było ich aż dziesięciu, w tym (minimum) dwóch łuczników. Trzeba było się ich pozbyć, jeśli mieliby ruszać dalej.

Piekielny zamachnął się mieczem i ciął na wysokości klatki piersiowej jednego z przeciwników. Przebił jego skórzaną zbroję i poważnie go ranił, sprawiając, że mężczyźnie nie udało się utrzymać na nogach. Jon już się nim nie przejmował, bo pewnie i tak niedługo umrze przez zbyt dużą utratę krwi. Musiał skupić uwagę na dwóch innych, którzy postanowili go zaatakować – jeden miał tarczę i buławę z kolcami, a drugi wielki, dwuręczny miecz. Łowca dusz szybko ocenił sytuacją, żeby zdecydować, którego pozbyć się najpierw – obaj byli warci uwagi i ostrza Jona, jednak ten zdecydował, że najpierw uśmierci wojownika z mieczem.
Ruszyli na siebie w tym samym czasie, chociaż za wrogiem piekielnego biegł też jego kompan, ten mężczyzna z tarczą. Ostrza obu zderzyły się, jednak Jon wiedział, jak to wykorzystać i kopnięciem w kolano wytrącił przeciwnika z równowagi. Ciął go od razu, jednak ostrze zraniło tylko jego brzuch, gdyż łowca dusz został odepchnięty przez tarczownika, który teraz chciał uderzyć go swą bronią, a nie tarczą. Jon wykonał półobrót, zmieniając chwyt na rękojeści broni i szybko użył zaklęcia rozpadu na tarczy przeciwnika. Jego dłoń pokryła czerwona mgiełka, a gdy uderzył nią w tarczę łowcy, przeniosła się ona na nią i zaczęła ją niszczyć, zmieniając ją w czerwonawy pył. Widać było, że w walce łatwo posługuje się połączeniem swej magii i ostrza.
Zaskoczony tarczownik szybko odrzucił „narzędzie obronne” na bok – możliwe, że obawiając się, iż magia z tarczy przejdzie na jego rękę i ją także zacznie niszczyć – a wtedy Jon wykorzystał to i zaatakował, skutecznie oddzielając jego głowę od reszty ciała. Od razu odskoczył w tył, chociaż troszeczkę za późno… Co prawda ostrze miecza przeciwnika ucięło tylko kosmyk jego włosów, jednak, zamiast tego mógł przecież doznać poważniejszych obrażeń, jeśli ostrze było przystosowane do walki z rasą, do której należał. Co prawda bardziej obawiał się strzał, gdyż te nie musiały być specjalne, żeby go zranić, jednak wydawało mu się, że łucznik bardziej skupił się na tygrysicy albo nordzie. Jon, nadal trzymając miecz tylko w jednej dłoni, zamachnął się nim, jakby chciał ciąć od boku. Jego przeciwnik odruchowo zasłonił się swoim mieczem, a wtedy łowca dusz ponownie wykorzystał okazję i kopnął przeciwnika w brzuch – ten zrobił krok w tył i skulił się lekko. Dopiero teraz piekielny wyprowadził cięcie i zabił go – chociaż nie było to tak precyzyjne, jak poprzednie, bo głowa mężczyzny utrzymała się przy ciele na skrawku skóry… ale udało mu się go zabić, a ciało padło na ziemię.

Rozejrzał się, orientując się w sytuacji, gdy nagle zobaczył strzałę lecącą prosto w niego. Nie myśląc, wykonał przewrót w przód, tym samym lądując plecami na ciele pokonanego przeciwnika i wybijając się z niego. Cóż, przynajmniej udało mu się uniknąć strzały i wiedział też, gdzie ukrywa się kolejny łucznik. Błyskawicznie ruszył w stronę zarośli, z których wyleciał pocisk – biegł tak, że zmieniał kierunek lekko w lewo i prawo, tak żeby strzelec miał trudności z wycelowaniem i trafieniem go. W końcu wskoczył w krzaki. Nie wiedział, gdzie konkretnie znajduje się przeciwnik, więc wyłącznie przypadek zadecydował o tym, że butami wylądował prosto na nim. Szybko go dobił, wykorzystując to, że jako pierwszy otrząsnął się z zaskoczenia, które dotknęło ich obu. Chwilę później wyskoczył z zarośli, znów rozglądając się po okolicy.
         – Wszyscy zabici? - zapytał, głównie dla pewności. Cóż… może także po to, żeby wiedzieć, że jego „grupa” też żyje. Wyglądało na to, że będzie z nimi przez jakiś czas podróżował i będzie musiał się do tego przyzwyczaić.
Avatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin, Seviron, Nimroth,
Rasa: Łowca Dusz
Aura: Emanacja zachwyca swą mocno ponadprzeciętną siłą. Została podzielona na trzy barwy. Na dole żelazny odcień, patrząc wyżej, powoli zmienia się on w kobaltowy. Na samej górze zaś w turmalinowym blasku cudownie mieni się srebrna farba. Nagle słychać jęki torturowanych, błagania o litość, wyczuć przy tym można przytłaczający smród. Te głosy i zapach wywołują uczucie zagrożenia i niepokoju. Po chwili zmieniają się one w różne dźwięki, których nigdy wcześniej się nie słyszało. Towarzyszy temu wrażenie obecności czegoś obcego i nienastawionego zbyt przyjaźnie. Niespodziewanie wszystko mija, zastępuje to kakofonia najróżniejszych dźwięków. Jakieś głosy raz się pojawiają, by tuż po chwili zniknąć. Dodatkowo aura zmienia swą siłę i barwy z sekundy na sekundę. Po jakimś czasie to ustaje i głęboka, spokojna melodia niesie ulgę zmęczonym zmysłom. Nos zaś drażni nieprzyjemny zapach siarki. Powłoka w dotyku okazuje się twarda, nie do złamania. Często ukazuje swą elastyczność poprzez specyficzne ruchy podobne do tańca, w którym ujawnia także niebezpiecznie ostre krańce, lekko skryte pod aksamitnym puchem. W smaku lepi się i utrudnia otwieranie ust, niekiedy jednak zamiast tego, staje się sucha i wywołuje pragnienie.
Wygląd: NATURALNA FORMA:
W swojej naturalniej formie nie odstępuje zbytnio od pobratymców, ma czarną skórę i włosy, jego oczy robią się złotawe i mają pionowe źrenice, a z pleców wyrastają duże, nietoperze skrzydła. Może inny łowcy mają większą masę mięśniową, jednak Jon nie narzeka na swoją, najbardziej zbliżoną do atletycznej, budowę ciała, która jest widoczna zarówno ...
(Więcej)

Postprzez Reinar » Pt lut 22, 2019 9:22 pm

- Wszyscy zabici?

Reinar nie odpowiedział, dalej zajęty walką z ostatnim przeciwnikiem. Nożownik był szybki i nie dawał się trafić, natomiast Nord miał już pociętą rękę, którą próbował się niefortunnie zasłonić. Za drugim razem nie miał szczęścia i ostrze trafiło ponad wzmacnianą metalem rękawicę kalecząc go w przedramię.

Ton, z jakim Jon zadał pytanie, wprawił Norda w zdenerwowanie. Leniwy, nonszalancki, bez wątpienia należący do kogoś, kto nawet nie poczuł się zagrożony i dla kogo to co się działo było jedynie igraszką. Reinar nigdy nie traktował walki jako zabawy i irytowało go takie podejście. A ten człowieczek z nożem dalej nie dawał się trafić! Nord złapał iskierkę gniewu, która rozbłysła mu pod czaszką. Utwardził ją i zaczął okrążać nożownika, który stał naprzeciwko niego. Wydobył z siebie gardłowy dźwięk, którego nauczył go Uke. Na tyle głośno, żeby przeciwnik go usłyszał.

Prosty czar odniósł zamierzony skutek. Krótki moment niepewności i strachu jaki poprzez uszy dostał się do umysłu przeciwnika sprawił, że ten na chwilę opuścił broń odsłaniając się. Reinar błyskawicznie skoczył chcąc wykorzystać lukę. Ciął z prawej, od góry, trafiając między szyję, a obojczyk. Krzyk nożownika urwał się kiedy kopnięciem został posłany na ziemię. Ostatnim dźwiękiem jaki z siebie wydał był cichy jęk kiedy Nord zanurzył ostrze miecza w jego klatce piersiowej.

- Teraz tak - odparł Nord rozglądając się dookoła i rejestrując gdzie są jego towarzysze. Wytarł miecz w ubrania zabitego. Podszedł do plecaka, wyjął szmatkę, po czym wyczyścił ostrze dokładniej i schował do pochwy. Przez chwilę nie odwracał się do reszty. Znowu trafił na grupę, która była od niego silniejsza. Wojownik, który pewnie nawet nie czuł, że walczy i zmiennokształtna. To by wyjaśniało skąd brał się jej magnetyzm. No cóż. Reinar był wściekły, że skończył walkę jako ostatni i jako jedyny dał się zranić. Nie wiedział czemu chciał się popisać przed Sherani, ale wiedział, że w ten sposób na pewno tego nie zrobi.

Podniósł wzrok znad plecaka, z którego wyciągnął prosty opatrunek, owinął sobie przedramię, związał końce. Powinno wystarczyć. Rana była powierzchowna.

- To co? Wchodzimy do środka? Noc na pewno lepiej spędzić wewnątrz niż na zewnątrz - rzucił sugestię patrząc czy zabici nie mieli przy sobie czegoś co można by uznać za warte zabrania. Wiedział już, że przywłaszczy sobie miecz i nóż ostatniego pokonanego, ale może coś ciekawego jeszcze się znajdzie.
Avatar użytkownika
Reinar
Błądzący na granicy światów
 
Rasa: Nord
Aura: Wciąż jeszcze młoda aura o przeciętnej sile, lśni intensywnymi barwami żelaza i cyny, mieszającymi się ze sobą i mieniącymi się w świetle niczym śnieg na lodowcach. W tle połyskuje obsydian w dziwny sposób nadający odbiorowi aury chłodu, zupełnie jakby wiał on od widma śniegu i lodu. Nawet do twoich nozdrzy dotrze woń mrozu i licznej broni pokrytej konserwującym ją olejem i szronem, uzupełniające zimowy krajobraz. Wśród pustkowia próżno szukać schronienia. Nawet trzaskające cichutko płomienie niosą się jedynie falami brzmienia i wypatrywanie ich ciepła nie odniesie skutku, zupełnie jakby zbyt odległe, nie były w stanie rozgrzać oziębłego powietrza. Wtórują im liczne głosy odzywające się z różnym nasileniem, które nikną wraz z kojącą melodią. Aura jest twarda podobnie do bryły lodu. Również jak ona ma niebezpiecznie ostre brzegi. To jednak co może zaskoczyć to niespodziewana giętkość. Smak powietrza jest trudny do zinterpretowania z jednej strony zdaje się lepkawy, a zaraz potem wyda się suchym, pozostawiając cię bez jednoznacznego zdania na ten temat. To co jest bezsprzeczne, to wyczuwalna łagodność i intensywny smak soli wydobywanej w lodowych krainach, które cię odprowadzą.
Wygląd: Zima z roku 771 na 772, Wielkie Bory Zimowe, "Schronisko Bjorgesonna", na północny-zachód od miasta Gorla

Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, jednak przez wiszące nad lasem ciemne chmury było już dość ciemno. Wiał wiatr, padał śnieg. Nikt rozsądny nie wychodził w taką pogodę na zewnątrz, bo po co narażać się na bycie złapanym przez zamieć. Mimo to, na ...
(Więcej)
Uwagi: Reinar wydaje się postacią złą. Nie opowiada się jednak ani po stronie zła, ani dobra; jest neutralny. Płynnie, choć czasami nieco chaotycznie, może balansować między tymi dwoma aspektami ... (Więcej)

Postprzez Sherani » N mar 03, 2019 9:29 pm

        Potyczka była raczej szybka, chyba. W walce czas płynął inaczej do tego też zupełnie odmiennie w tygrysim pojęciu, ale wydawało się, że sprawnie uporała się ze swoim przydziałem przeciwników.
Tygrys ziewnął szeroko i siadł na ostatniej ofierze w momencie robiąc miejsce dziewczynie. Jej zielone oczy po kolei odnalazły towarzyszy. Piekielnik był cały i pałętał się kilka sążni dalej. Nord wciąż walczył, więc Sherani usadowiła się wygodniej i zaczęła śledzić pojedynek. Takie szranki były znacznie lepsze niż rycerskie turnieje.
        - Chyba bardziej niż mniej - odparła łowczyni, starannie wycierając szablę o tunikę denata. Zaraz potem oblizała wargi, orientując się, że pysk a w zasadzie w tej chwili twarz napracowała się znacznie bardziej niż Pierścienie. Lepki smak krwi dał jej ogólne pojęcie jak musiała wyglądać. Słodki, metaliczny… warknęła pod nosem sprowadzając myśli na właściwsze tory, zastanawianie się nad smakiem ludzkiej juchy bynajmniej nimi nie było.

        Tymczasem blondyn użerał się z nożownikiem. Konia z rzędem temu, kto walcząc w bliskim dystansie uniknąłby zranienia. Noże były niewiele mniej upierdliwe niż strzały i łucznicy. Jeśli taki drań wlazł już człowiekowi pod nos uniemożliwiając prawidłowe używanie wszelkiej standardowej broni typu miecz, to ciężko było się przed nim bronić. Chyba, że było się diabelsko szybkim, najlepiej jeszcze mikrego wzrostu elfim pomiotem.
Reinar na elfa nie wyglądał, na kurdupla tym bardziej, owszem był zręczny jak na woja przystało, ale wzrost i długie kończyny, które normalnie dawały mu przewagę, teraz działały wybitnie na jego niekorzyść.
Gdy jednak wydawało się, że zabawa jeszcze potrwa, Nord jakby warknął, co tygrysie uszy wyłapały spośród reszty dźwięków i natarł kończąc starcie. Łowczyni zmrużyła oczy zaciekawiona. Wycieczka zapowiadała się coraz ciekawiej.

        Rani wstała z nieboszczyka w niemalże optymistycznym nastroju i przeciągnęła się jak po drzemce. Może nie cieszyła się na łażenie tunelami pod ziemią, ale zaczęła liczyć, że niedogodności zrekompensują jej ciekawi kompani. Piekielnik i Nord, że nie będzie się nudzić już uznała, ale teraz pomysł tracił cały swój sarkazm. A może to po walce wszystko wydawało się mniej wkurzające. Nieważne.
Zbliżyła się do towarzyszy i chcąc nie chcąc w jej czuły nos uderzyły kolejne fale zapachów. Jon pachniał krwią zabitych, trupy Reinara roztaczały własną woń, Nord dokładał do tego swoją własną nutę. Wtedy właśnie rozległo się głośne burczenie w tygrysim brzuchu i nastrój zmiennokształtnej momentalnie się pogorszył.
Nieraz poczytalność łowczyni poddawano w wątpliwość, za szurniętą furiatkę brano ją niemal zawsze, nigdy jednak dziewczyna sama siebie tak nie oceniała starając się pod uwagę nie brać mało chlubnych tygodni świeżo po przemianie. Może wciąż nie uważała się za wariatkę, ale w tej chwili była szczerze przekonana, że jej tygrys był pieprznięty i to porządnie. Wcześniej, a przynajmniej od momentu gdy odzyskała kontrolę, niespecjalnie miało to znaczenie, grunt by zbyt długo w pasiastym cielsku nie przebywać, a funkcjonowała praktycznie jakby kota nie było. Ale od momentu zrobienia tatuażu coś się poprzestawiało. Nie tylko nie traciła dobytku, ale sama przemiana stała się łatwiejsza. To były plusy, ale przecież nic w życiu nie składało się z samych przyjemności i gdy już myślałeś, że jest dobrze los postanawiał dać ci w pysk. Tym razem nie było inaczej. Nie mogła odciąć się od drapieżnika jak czyniła wcześniej. Zupełnie jakby teraz cały czas czaił się gdzieś w cieniu jaźni, tuż obok jej własnych myśli. Niemalże jakby plątały się one między sobą.
Niedawno jadła i zdecydowanie nie czuła głodu, ale dla tygrysa chyba znaczenie miał rodzaj obiadu, bo zapach posoki kusił jak dobrze wypieczony stek po kilku dniach postu.
Szlag by to wszystko trafił! Jak miała pracować jeśli za każdym razem będzie jej w brzuchu burczeć?! I pal sześć, że kariery łowcy już nie zrobi. Najemnik zżerający ludzi, nawet jeśli będą to przeciwnicy, też raczej wielkiego wzięcia mieć nie będzie.
        - Trochę się pokomplikowało - burknęła marudnie. - Idziecie, ale niestety beze mnie, chłopaki. Lepiej wewnątrz, ale nie z głodnym zwierzakiem u boku, do tego na tak ograniczonej przestrzeni - mruknęła szykując się do odejścia.
Avatar użytkownika
Sherani
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
 
Nagrody: Obrazek Obrazek
Inne Postacie: Nemain, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Max, Pagani, Amarok,
Rasa: Tygrysołak
Aura: Młoda aura pełna konkretów. Nie ma w niej żadnej sprzeczności ani zastanowienia. Zrodzona od początku do końca w żelaznej podstawie. Idealnie krągła i gładka, chociaż miejscami zdaje się być chropowata. Pokrywa ją lekka, aczkolwiek bardzo żywa poświata w barwie topazu, a trzask płomieni nie wywołuje uczucia ciepła w sercu, lecz niesie ze sobą istny chaos. Pachnie dziko i zwierzęco, bardzo intensywnie wonią tygrysiego futra. Niewielu więc zdziwi, że jest niebywale twarda, ale przy tym także ujmująco giętka. Wbija się głęboko ostrymi szpikulcami, a może raczej pazurami nie zważając na przeszkody. Bardzo silnie widoczna dla wprawionego czytelnika, który smakować może jej gorzkości, a także oparzyć język pikanterią lepiącą się do podniebienia.
Wygląd: Najemnik, łowca głów czy wykidajło, wyobraźnia od razu wykreuje wizerunek potężnego woja, rzeczywistość jednak nie raz odbiega od wyobrażeń. Sherani nie należy do wysokich kobiet, ze swoimi 160 centymetrami, plasując się raczej w dołach standardów. Z daleka jednak rzuca się w oczy zgrabna sylwetka. Szczupła i drobna, z wyraźnie zaznaczoną talią, podkreśloną przez klasycznie ... (Więcej)

Postprzez Jon » N mar 10, 2019 10:33 pm

Rozejrzał się po obszarze, na którym stoczyli potyczkę. Przesuwał wzrokiem po ciałach, a także po osobach, które mu towarzyszyły. Akurat martwi nie powinni być ich zmartwieniem, bo znajdowali się w lesie, w którym żyły także zwierzęta, które przyciągnie zapach krwi i przez to zajmą się ciałami – i nie chodziło tu wyłącznie o mięsożerców, lecz także o te preferujące padlinę, które pojawią się dopiero po uczcie drapieżników. Na zmiennokształtnej zatrzymał wzrok na dłużej, gdy kobieta powiedziała, że jednak się od nich odłączy i nie wejdzie z nimi do środka starej sztolni. Co prawda nie podała im wprost powodu, przez który postanowiła ich opuścić, jednak z jej słów można było się go domyślić – a przynajmniej tak wydawało się właśnie jemu. Po tym przeniósł wzrok na norda, jakby chciał upewnić się, czy zostaje, czy może też postanowi iść w swoją stronę. Nadal nie przyzwyczaił się, że jednak ktoś będzie mu teraz towarzyszył, więc raczej nie namawiałby go, żeby został i mu pomógł, gdyby właśnie teraz usłyszał z ust mężczyzny, że także postanawia odejść.
Jon odwrócił się w końcu i ruszył w stronę wejścia do sztolni. Ciekawy był, czy naprawdę znajdą tam to, czego mieli tam szukać rogaci najemnicy. I… ciekawe też, kiedy natknął się na jakąś grupę poszukiwawczą diabłów, których zadaniem będzie znalezienie właśnie tego, o czym wie już on, a także Reinar. Samego piekielnego nawet nie obchodziła moc artefaktu, bo chodziło mu wyłącznie o to, żeby pokrzyżować plany grupie, która go ściga. Później może nawet sprzeda gdzieś ten magiczny przedmiot… albo zniszczy. A może wykorzysta go jako kartę przetargową i powie diabłom, że odda im go, jeżeli zaprzestaną pościgu za nim i dadzą mu spokój? To też była możliwość, jednak taka sama jak to, że może zwyczajnie pozbyć się ich wszystkich – zabijając ich oczywiście – i później sprzedać gdzieś artefakt, zarabiając na nim sporo ruenów.

Łowca dusz zajrzał do środka tym wejściem, którym dało się to zrobić, bo nie było zawalone. Wpadało przez nie światło, więc mógł przynajmniej przyjrzeć się najbliższej okolicy wejścia. Wewnątrz nie znajdowało się nic szczególnego lub wyjątkowego, co mogłoby wyróżniać sztolnię od innych. Kamienne ściany i sufit (także kamienny) podparte były belkami, chociaż wyglądały one tak, jakby miały zniszczyć się w najmniej odpowiednim ku temu momencie… z drugiej strony nadal powstrzymywały tunel przed zawaleniem i to mimo że nie było tu nikogo, kto opiekowałby się nimi.
         – W środku jest ciemno jak w głowach niektórych wieśniaków, więc myślę, że przyda nam się jakieś źródło światła – odezwał się Jon. Miał już nawet, przynajmniej, dwa pomysły – nie wliczając w to zwykłej pochodni – na to, jak mogą sobie z tym problemem poradzić. Mógłby przyzwać pomniejszego demona, który mógłby im też trochę pomóc w walce albo wykorzystać magię chaosu i sprawić, że jakiś przedmiot zyska nagle właściwości świecące – przedmiot tak mógłby świecić jaśniej niż zwykła pochodnia. Przez chwilę zastanawiał się nad tym, jaki sposób wybrać i wydawało mu się, że przyzwanie demona może być najbardziej odpowiednie, bo osobnik taki może też przydać się w walce. Co prawda nie będzie on czymś silnym, jednak jego szybkość i zwinność będą rozpraszały i denerwowały przeciwników.
Jon cofnął się i podszedł do najbliższego ciała… a później uciął mu połowę ręki, którą podniósł i wyciekającą z niej krwią zaczął rysować okrąg na ziemi. Później wszedł do środka i, nadal korzystając z krwi, narysował pentagram, a także kilka symboli z czarnej mowy. Ostatni z symboli powstał z krwi, gdy Jon był już poza okręgiem, który zaświecił się na czerwono i zapalił nagle, dymiąc się dziwnym, brunatnym dymem. Gdy dym opadł, po okręgu przywoływania nie było już śladu, a w miejscu, w którym powinien się on znajdować, było coś innego. Nieduży, bo mierzący sobie niecały łokieć, czerwonoskóry i skrzydlaty imp utrzymywał się w powietrzu, co jakiś czas machając skórzastymi skrzydłami. Pomniejszy demon miał ogon zakończony „strzałką”, a jego nogi kończyły się kopytami. Prawa dłoń była normalna, miała pięć palców i zakończona była czarnymi – i na pewno ostrymi – pazurami. Jego lewa ręka była bardziej interesująca – ramię, łokieć i górna połowa przedramienia były takie, jak w prawej, jednak zamiast dolnej połowy przedramienia i dłoni miał on coś, co wyglądało jak kryształ obrastający tamtą część ciała przyzwanego demona, w dodatku świecił on jasną, niemalże podchodzącą pod róż, czerwienią.
         – Jon! - stworzenie skierowało swoje żółte ślepia w stronę piekielnego. W jego głosie, chyba, dało się usłyszeć radość związaną z tym, że widzi łowcę dusz.
         – Grem – odpowiedział piekielny, tym samym witając się z impem.
         – Idziemy szukać artefaktu, poświecisz nam trochę i pomożesz w walce. Później poczęstuję cię złotem albo jakimś klejnotami… Ze swojej kieszeni albo z otoczenia artefaktu, bo może być tak, że znajdziemy go w jakimś ukrytym skarbcu czy coś – odezwał się znowu Jon. Widział, jak Grem podlatuje bliżej, aż w końcu okrąża go i śmieje się, właściwie nie wiadomo z czego.
         – A kim jest twój kolega? - Grem zatrzymał się nagle i uważnie przyjrzał się nordowi.
         – Reinar, tymczasowy towarzysz – odpowiedział krótko Jon.
         – Chodźmy do środka – dopowiedział i skierował się w stronę wejścia do starej sztolni. Grem poleciał za nim, niedługo po tym wlatując do środka. A gdy Reinar także tam wszedł… mógł zobaczyć, że „świecący kryształ” zastępujący część lewej ręki impa, naprawdę właśnie taki jest i dobrze rozświetla tunel, a także otaczające ich ściany. Ręka pomniejszego demona na pewno świeciła jaśniej niż zapalona pochodnia.
         – To teraz znajdźmy to, po co tu przyszliśmy – znów odezwał się Jon, chociaż powiedział to na tyle cicho, że można było zastanawiać się, czy nie powiedział tego wyłącznie do siebie. Ruszył jako pierwszy, a Grem leciał za nim – w ten sposób oświetlał zarówno przód, jak i tył. Łowca dusz czekał tylko na jakieś pytania związane z sytuacją, bo wiedział, że nord na pewno je miał.
Avatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin, Seviron, Nimroth,
Rasa: Łowca Dusz
Aura: Emanacja zachwyca swą mocno ponadprzeciętną siłą. Została podzielona na trzy barwy. Na dole żelazny odcień, patrząc wyżej, powoli zmienia się on w kobaltowy. Na samej górze zaś w turmalinowym blasku cudownie mieni się srebrna farba. Nagle słychać jęki torturowanych, błagania o litość, wyczuć przy tym można przytłaczający smród. Te głosy i zapach wywołują uczucie zagrożenia i niepokoju. Po chwili zmieniają się one w różne dźwięki, których nigdy wcześniej się nie słyszało. Towarzyszy temu wrażenie obecności czegoś obcego i nienastawionego zbyt przyjaźnie. Niespodziewanie wszystko mija, zastępuje to kakofonia najróżniejszych dźwięków. Jakieś głosy raz się pojawiają, by tuż po chwili zniknąć. Dodatkowo aura zmienia swą siłę i barwy z sekundy na sekundę. Po jakimś czasie to ustaje i głęboka, spokojna melodia niesie ulgę zmęczonym zmysłom. Nos zaś drażni nieprzyjemny zapach siarki. Powłoka w dotyku okazuje się twarda, nie do złamania. Często ukazuje swą elastyczność poprzez specyficzne ruchy podobne do tańca, w którym ujawnia także niebezpiecznie ostre krańce, lekko skryte pod aksamitnym puchem. W smaku lepi się i utrudnia otwieranie ust, niekiedy jednak zamiast tego, staje się sucha i wywołuje pragnienie.
Wygląd: NATURALNA FORMA:
W swojej naturalniej formie nie odstępuje zbytnio od pobratymców, ma czarną skórę i włosy, jego oczy robią się złotawe i mają pionowe źrenice, a z pleców wyrastają duże, nietoperze skrzydła. Może inny łowcy mają większą masę mięśniową, jednak Jon nie narzeka na swoją, najbardziej zbliżoną do atletycznej, budowę ciała, która jest widoczna zarówno ...
(Więcej)

Postprzez Sargybinis » N mar 31, 2019 5:14 pm

Sargybinis nie zdążył wydać z siebie żadnego odgłosu. Nie zdążył właściwie zrobić niczego. Szok spowodowany rozbłyskiem zupełnie go sparaliżował. Nie zdążył nawet zauważyć, gdzie właściwie nastąpiła ta świetlna eksplozja. Światło pokryło wszystko tak gęsto, jak mogłaby to zrobić jedynie ciecz. Nagle zupełnie stracił widoczność. Riveneth, lisiczka, las, demony, ziemia i niebo - wszystko to nagle utonęło w nieziemskim blasku. A jego nagle zdjął potężny ból, który uderzył zewsząd, w każdą część jego sztucznego ciała. Ryknął przeraźliwie, nie potrafiąc wytrzymać przytłaczającej go sensacji. Poczuł się, jakby jego ciało znów było prawdziwe, jakby znów mógł czuć... Lecz jedynym uczuciem, jakiego doznał, był palący go zewsząd niepowstrzymany ból, przed którym nie potrafił w żaden sposób się osłonić. Znów poczuł się prawie tak jak wtedy, kiedy demony spaliły go żywcem.
 Właśnie. Nie mógł pozwolić by ból nad nim zapanował. Riveneth, to ona się teraz liczyła. Musiał ją ochronić przed atakiem, musiał... musiał ją odnaleźć w tej gęstej zupie ognistej światłości. Czuł się jakby płonął żywcem, ale to nie miało teraz znaczenia. Obrócił się nieporadnie wokół własnej osi. Nie zdołał jednak dostrzec niczego. Ból zdawał się paraliżować, jednak on nie mógł się poddać. Wiedział że jest nieprawdziwy, że ból dla niego nie istnieje... Mimo tych zapewnień jednak odczuwał go równie realnie jak wtedy, kiedy jeszcze żył. Zrobił krok do przodu, łapy wystawiając przed siebie i machając nimi na boki. Powstrzymał się od krzyku, kiedy kolejna fala bólu uderzyła go z nową mocą i nowym ogniem wprost z nieba. Zrobił kolejny krok, lecz i tym razem na nic nie natrafił. Ale nawet nie to, nie ból był najgorszy. Najbardziej martwiła go zupełna cisza - fakt, że nie słyszał niczego poza samym sobą. Nie było odgłosów demonów, nie było Riveneth. Nie było niczego.
 Kiedy już myślał, że ogień będzie lecieć z nieba już zawsze, zarówno światło jak i ból zaczęły słabnąć. Powoli zaczynał coraz lepiej widzieć kontury własnego ciała. Wkrótce widoczna była też ziemia, a nie minęło dużo czasu, a mleczna zupa światła ustąpiła na tyle, by zobaczył drzewa. Kiedy jednak osłona opadła całkowicie, potwierdziły się jego obawy. Na leśnej drodze nie było już nikogo prócz niego. Nie było demonów, nie było Riveneth. Nawet Norella - mała lisiczka fellarianki zniknęła bez śladu. Jedynym, co mogło świadczyć o tragedii, która się właśnie wydarzyła, było kilka powoli opadających na ziemię zapisanych kartek papieru. Sargybinis zdał sobie sprawę, że minęły nie minuty, jak mu się wydawało, kiedy wszystko zalało światło, a ledwie sekundy. Karty dosłownie chwilkę później leżały rozrzucone na ziemi, podobnie jak zawodzący w sobie tylko znanym języku kamienny potwór.
 Nie było już nic. To koniec. Dopadli ją i teraz również do niej mogą się dobrać, a on nie mógł z tym nic zrobić. Nie potrafił otwierać portali, a wokół nie było ani jednego czarodzieja, który mógłby to zrobić. Nie znał też żadnego sposobu, by określić gdzie oni właściwie są. Mogli być teraz gdziekolwiek i krzywdzić jego ukochaną. A on sterczał tu jak durny głaz, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Trzeba było być mądrzejszym! Przecież domyślał się, dlaczego wypuścili go w Alaranii. Mógł wodzić ich za nos, udawać że szuka Riveneth w innych miejscach, niż rzeczywiście była. Dałby jej czas; może zorientowałaby się w porę o niebezpieczeństwie? Zamiast tego musiał jak idiota od razu śpieszyć jej na spotkanie z nadzieją, że jakimś cudem zdoła zabrać ją w bezpieczne miejsce, zanim ich dopadną. Ależ był głupi! Nigdy sobie tego nie wybaczy! Zamaszystym ruchem walnął obydwoma łapami o ziemię, wywołując okropny łomot. Potem walnął jeszcze i raz kolejny, jakby jakimś tajemnym rytuałem mógł otworzyć sobie drogę pogoni. Zawsze było to lepsze niż nie robienie zupełnie niczego.
 Nie wiedział, ile czasu tak rozpaczał, roniąc nieistniejące łzy. Głazy nie znają takiego pojęcia jak czas, a on był zbyt zrozpaczony, żeby zwracać na to uwagę. Ile mógł tam być? Godzinę? Miesiąc? Może coś pomiędzy? Każda z tych opcji wydawała mu się równie prawdopodobna. Kiedy jednak finalnie uniósł się z ziemi i stanął ponownie na dwóch łapach, zauważył, że kartki, które zgubiła Riveneth, wciąż tu leżały, nienaruszone, choć trochę wilgotne. Sargybinis ostrożnie zebrał je wszystkie, uważając by przypadkiem za bardzo nie podnieść ich temperatury do poziomu spalania poprzez którąś ze swych szczelin. To były jej opowiadania. Sargybinis bardzo lubił je czytać, kiedy tylko miewał ku temu okazję. Kiedy widywał się z fellarianką, za każdym razem pytał, czy napisała coś nowego. Znowu zebrało mu się na płacz, lecz i tym razem z jego wyschniętego na kamień łba nie popłynęła ani jedna łza. Nie potrafił uronić ani jednej, ponieważ żadna nie wytrzymałaby jego temperatury dość długo.
 Powoli prześledził oczami linijki pięknie zapisanego tekstu. Riveneth miała niezwykły talent do opowiadania historii, tak samo jak i do zapisywania ich z pomocą znaków piękniejszych niż te, jakie widział w którejkolwiek księdze. Pierwsza karta była zapisana dość drobno, lecz wciąż zupełnie czytelnie. Rozpoznał ten tekst, był to środek opowiadania o pewnej niebiance, która przez przypadek uwikłana została w zamach stanu. Sargybinis przewrócił karty, przyglądając się następnej i jeszcze kolejnej. Te dwie były powiązane. Tutaj była krótka, śmieszna historia o lodowym bankiecie, ta jednak była tutaj w całości. Sargybinis przeczytał ją jeszcze raz, przy czym na krótką chwilę zechciał się roześmiać. Zaraz jednak przypomniał sobie, co się wydarzyło, i znów ogarnął go nieprzebrany żal. Dalej nie dał już rady czytać, jego emocje były po prostu zbyt silne. Nie zdołał nawet doczytać do zakończenia, gdzie wszystko po prostu się roztopiło. Wszystko zbyt mocno przypominało mu o braku Riveneth. Zamierzał jednak zabrać je ze sobą, nie mógłby bowiem zostawić czegoś, co kiedyś do niej należało. Żeby upewnić się, że przypadkiem ich nie uszkodzi, znalazł kilka większych liści, przez które chwycił za papier. Wilgotne liście bowiem nie zapalają się aż tak łatwo, prawda?
 Nie potrafił dłużej tak wytrzymać. Był człowiekiem czynu, nie potrafił siedzieć tutaj i dalej rozpaczać. Musiał powziąć jakieś działanie, znaleźć sposób by odnaleźć ukochaną. Nawet nie chciał myśleć o tym, co by było, gdyby okazało się, że przybył za późno. Myśl jednak wdarła się do jego umysłu, pokazując mu różne, przerażające i makabryczne wizje tego, co mogło się z nią stać. Najbardziej jednak bał się, że zrobią z nią to samo, co z nim. Ona nigdy nie odnalazłaby się w takiej sytuacji. Mimo iż wtedy może znów byliby do siebie podobni, pasujący, była to ostatnia rzecz, jakiej mógłby życzyć. Chciał jedynie modlić się o to, aby nie uśmiercili jej od razu, żeby nie torturowali zbyt szybko, żeby tylko zdążył jej z pomocą. Żadne jednak słowa nie opuściły jego kamiennej krtani. No tak, przecież już nie potrafił mówić...
 Sargybinis ruszył w drogę z powrotem ku Rapsodii. Nie wiedział w sumie dlaczego, ale czuł, że jeżeli miał znaleźć kogokolwiek, kto mógłby mu pomóc w obecnej sytuacji, to powinien go szukać właśnie tam. Rapsodia była bowiem miastem przepełnionym magią, czarodziejami i magicznymi istotami, gdziekolwiek indziej próżno było szukać ich aż tylu, co tam. A nawet jeżeli nikt nie zechce mu z tym pomóc, zawsze może odwołać się na swoje szlachetne pochodzenie i domagać się kogokolwiek, kto pomógłby mu się dostać do Riveneth. O ile oczywiście zdołałby im udowodnić, że on to on, a nie ktoś inny... Trudno bowiem podawać się za księcia, będąc zaledwie kupą głazów.
 Podróżował szybko. Nie do końca zręcznie, często potykał się o przeróżne rzeczy, jakie trafiały mu pod łapy, a już szczególnie korzenie, lecz dla jego nowego ciała nie stanowiły one żadnej przeszkody i zrywały się pod jego naporem niczym zwyczajne nici, jak pajęczyna. Szedł równo i bez najmniejszego zawahania, nigdy nie zwalniając raz przybranego tempa. Fakt, że nie odczuwał zmęczenia znacznie ułatwiał mu drogę, jednak żałował że chodzenie jeszcze szybciej raczej nie było dla niego możliwe. Żałował też, że jego nowe ciało nie przyniosło mu smoczych skrzydeł, które zdolne byłyby unieść go w górę pomimo jego ciężaru.
 
Jego plan o dotarciu do Rapsodii i proszeniu kogoś o pomoc okazał się jednak być kompletnym fiaskiem. Po jakimś czasie, który najpewniej trwał parę dni, udało mu się wyjść na trakt prowadzący wprost do miasta. Mógł już nawet zobaczyć stąd znajome mury, wewnątrz których spędził tyle czasu swojego życia. Mimo to z jakiegoś powodu nie czuł się najlepiej, tak jakby tak naprawdę nie chciał tam iść. Może to dlatego, że życie już nie było dla niego takie samo i powoli przygniatała go masa wspomnień? W końcu nie mógł powiedzieć, że jeszcze kiedykolwiek będzie mógł odzyskać swoje dawne ciało. Wszystko to spłonęło gdzieś w miejscu, którego nazwy nawet nie znał.
Wkrótce jednak okazało się, że się pomylił i wcale nie była to kwestia jego kiepskiego samopoczucia. Uczucie nasilało się z każdym kolejnym krokiem naprzód, w stronę Rapsodii. Szybko dotarło do niego, że to nie jest po prostu wrażenie, coś jakby polecenie wiszące w powietrzu, które mówiło mu, by trzymał się z daleka. Sargybinis próbował nie poddawać się mu i parł uparcie naprzód, wiedząc jak ważny jest jego cel. Niestety jednak rzeczywistość znów postanowiła sobie z niego zadrwić, kiedy postawiła tuż przed nim niemalże niewidoczną ścianę. Obrońca zderzył się z nią, przez chwilę nie będąc nawet świadomym jej istnienia. Dopiero gdy jego ciało odmówiło poruszenia się choćby o włos przez twardą niczym on sam substancję, dotarło do niego, że dotyka właśnie ściany. Smok postanowił spróbować sforsować ją siłą, jednak każde uderzenie w szklistą osłonę nie przynosiło żadnego efektu. Dopiero po jakimś czasie dotarło do niego, że to bariera antymagiczna wokół Rapsodii. Ta, o której tyle się nasłuchał, lecz nigdy jej nie doświadczył. Podobno miała nie przepuszczać przez siebie żadnych zaklęć, zapewniając bezpieczeństwo mieszkańcom. Co dziwne, jeżeli się nie mylił, to istot posługujących się magią nie zatrzymywała, a nie miał pojęcia dlaczego on nie mógł jej przekroczyć. Do tej pory miał po prostu wrażenie, że to tylko opowieść by przekonywać ludzi o bezpieczeństwie Rapsodii, lecz opowieści nie potrafiłyby stawić mu czynnego oporu, który wydawał mu się zupełnie nie słabnąć, nieważne ile siły próbował włożyć w sforsowanie bariery. Sargybinis jednak nie chciał rezygnować.
  Nie wiedział ile czasu zmarnował próbując bezskutecznie przedostać się na drugą stronę, nim w jego umyśle pojawiła się potrzeba, by udać się gdzie indziej. Myśl, która niemalże wydawała mu się obca, napierała na niego z dużą siłą, nieustannie przypominając mu o Riveneth, która gdzieś tam potrzebowała jego pomocy. On z początku opierał się jej, przekonany że sam nie ma żadnych szans na to, by ją odbić z rąk demonów, lecz po jakimś czasie, gdy już zapadła ciemność a jedynymi źródłami światła byli on sam i miasto w oddali, dotarło do niego wreszcie, że w ten sposób niczego nie osiągnie.


  Teraz był już daleko, cały szmat drogi od Rapsodii. Gdzie dokładnie? Sam nie wiedział. Przez całą drogę podążał jedynie za przeczuciem, które mówiło mu by iść na wschód. Tak więc kroczył równym tempem tam, skąd wschodziło słońce każdego kolejnego dnia. Na początku próbował liczyć ile czasu już upłynęło, ale po jakimś czasie dni i noce zaczęły zlewać się w jedno, nie dając się w żaden sposób rozróżnić od siebie. Sargybinis po prostu nie potrafił zbyt długo skupiać się na czymś, co w bezpośredni sposób nie mogło przybliżyć go do ukochanej. Domyślał się też, że fakt, że nie zatrzymał się w trakcie drogi ani jeden raz także trochę mieszał mu w głowie, myląc go. Gdyby jednak miał zgadywać ile czasu już tak szedł, to chyba powiedziałby, że minął już miesiąc. Jak blisko byłby prawdy, tego już nie wiedział.
  Przez większość czasu maszerował przez niemalże całkowite pustkowie, na którym oprócz paru niskich wzniesień i całego morza traw nie było niczego ani nikogo. Siedem razy w trakcie podróży natknął się na jakieś wsi, jednak każdą z nich omijał szerokim łukiem, wychodząc z założenia, że nic dobrego by go tam nie spotkało. Po drodze ominął również dwa duże miasta, oba solidnie obwarowane, choć prawdopodobnie żadne z nich pod względem bezpieczeństwa nie mogło równać się z Rapsodią. Pomimo tego że były na jego drodze, miał wrażenie, że to nie tu powinien się udać. Nie miał pewności co do tego, jak bardzo ufał swojemu przeczuciu, z drugiej jednak strony trochę obawiał się pokazywać ludziom, a co dopiero prosić ich o pomoc. Na razie jednak uznał, że powinien zaufać połączeniu, zważywszy na to, że wcześniej bardzo trafnie naprowadziło go na trop Riveneth. Wprawdzie wątpił, żeby i tym razem się to udało, już prędzej uwierzyłby w to, że znajdzie tam czyjąś pomocną dłoń niż cokolwiek innego. Zawsze jednak byłoby to nie najgorsze rozpoczęcie poszukiwań.
  Okoliczne tereny zaczęły powoli zmieniać się dookoła niego, zaczynając przeobrażać się z pustego i niemal niezamieszkanego pustkowia w pokryty lasami krajobraz, okazjonalnie poprzecinany wyższymi wzniesieniami. Sargybinis wyraźnie zaczął odczuwać większą wilgotność w powietrzu, której niemalże brakowało na przemierzanych przez niego stepach. Czuł jak rosa próbuje wedrzeć się do jego ognistego wnętrza przez załamania na kamiennych łuskach niczym nieprzyjemne łaskotanie, porównywalne do armii gąsienic maszerującej po nagiej skórze. Jednocześnie mokra i przesiąknięta wodą ziemia dosłownie znikała mu spod łap, sprawiając że na każdym kroku zapadał się w niej o co najmniej pół stopy. Czuł się bardzo niekomfortowo z całą tą wilgocią i aż kusiło go by zastygnąć zewnętrzną warstwę swojej kamiennej skorupy, lecz zdawał sobie sprawę z tego że to go tylko spowolni, choć pozbawi konieczności odczuwania całej tej wilgoci. Wolał jednak zostać tak jak był, gdyż kiedy był niezastygnięty, łatwiej mu było się poruszać.
  Zaczynało już robić się ciemno, gdy nagle naszło go dziwne wrażenie, że jego cel, czymkolwiek by on miał nie być, znajduje się już blisko. Sargybinis otrząsnął się powoli z częściowego letargu, w który zapadł w trakcie podróży i zaczął zwracać większą uwagę na swoje otoczenie. Po swojej lewej stronie miał dość strome zbocze, w większej części zarośnięte przez drzewa. Wzgórze było sporo większe niż te, które widział do tej pory, do tego nawet stopnia że może uważane było w okolicy za górę. Z zarośniętego zbocza wprawdzie nie można było dostrzec szczytu, lecz i bez tego dało się mniej więcej określić gdzie mógłby się znajdować. Po prawej stronie natomiast rozciągał się w miarę płaski teren, przynajmniej na tyle na ile widać było poprzez gęstwinę. Na wprost również nie było wiele widać, lecz Sargybinis wyraźnie czuł, że idzie w dobrym kierunku. Nie wiedział wprawdzie czego powinien oczekiwać na końcu swojej podróży, tak więc zwolnił trochę kroku i usiłował jakoś zniwelować głuche tąpnięcia, rozbrzmiewające za każdym razem gdy jego łapy stykały się z ziemią. Obrońca przy okazji schylił się również, chcąc uniknąć nisko rosnących tutaj gałęzi, których odgłosy mogłyby zaalarmować kogoś o jego obecności. Nie spodziewał się bowiem tego, by zastał tu Riveneth. Bardziej prawdopodobne było to, że przeczucie sprowadziło go z powrotem do trzech demonów, które go zabiły. Kto wie czy to nie one same sprowadziły go tutaj w ten sposób. Sargybinis nie cieszył się wprawdzie z ponownego spotkania ich, lecz z drugiej strony teraz, gdy już nie miał zupełnie nic do stracenia, mógł ponownie spróbować podjąć z nimi walkę i kto wie, może nawet zatrzymać ich i ich niecne plany? Teraz był o wiele silniejszy i twardszy niż kiedykolwiek. Może miałby z nimi jakieś szanse?
  Jego rozmyślania przerwał najpierw świst bełtu, który przeszył powietrze, a moment później następny. Nie były one jednak skierowane w niego, odgłosy zarówno strzału jak i uderzenia dobiegły go gdzieś z przodu, z miejsca do którego zmierzał. Zaraz potem usłyszał hałasy, które sugerowałyby, że właśnie odbywa się tam jakieś starcie. Sargybinis, dochodząc do wniosku że wrzawa wzbijana przez walczących powinna pokryć dźwięki jego stąpania, przyspieszył, chcąc szybciej znaleźć się na miejscu. Jednocześnie skupił się na swojej powłoce, zastygając z zewnątrz, przez co otwarte szpary w jego ciele, wypełnione płynnym ogniem, zaczęły tracić na jasności i przybierać podobny kolor co reszta jego ciała, co w jego mniemaniu miałoby pomóc mu pozostać niezauważonym. W miarę jak zastyganie postępowało, Sargybinis czuł jak jego ciało twardnieje jeszcze bardziej, zmniejszając jego zasięg poruszania.
  Gdy zbliżał się do pola walki, przypomniał sobie o swojej torbie, którą do tej pory trzymał na ramieniu. Obrócił łeb z towarzyszącym temu lekkim zgrzytem kamienia, lecz na szczęście wciąż była na miejscu. Torbę tą znalazł gdzieś po drodze, w okolicy jednej z mijanych wiosek. Wcześniej chyba służyła do transportowania jedzenia, ale ktoś ją zwyczajnie porzucił na drodze. Smok postanowił więc wziąć ją dla siebie, bo choć nie była ładna i prawdopodobnie do wygodnej było jej daleko, zdecydowanie była wytrzymała na temperatury, dzięki czemu nie musiał się martwić że zgubione przez Riveneth kartki z opowiadaniami ulegną uszkodzeniu. To była dla niego jedyna pamiątka, jaką po niej miał i nie pozwoliłby sobie na to, żeby coś im się stało.
  Na teren starcia dotarł dopiero wtedy, gdy już w zasadzie było po wszystkim. Ukrył się za jakimiś krzakami porastającymi zbocze i przyjrzał się polu walki. Na ziemi leżało kilku martwych i umierających wojowników. Część z nich była zdekapitowana, a część poważnie raniona, a wszyscy unurzani we własnej krwi. Na nogach wciąż było zaledwie kilka osób. Pierwszą z nich była kobieta, umięśniona brązowowłosa wojowniczka, uzbrojona w szablę, która kucnęła przy jakimś pokonanym mężczyźnie, najwyraźniej ze zmęczenia po walce i przyglądała się pozostałym. Gdzieś z boku wyszedł mężczyzna w bardzo wymyślnym ubiorze, głównie w kolorach czerni z dziwacznym płaszczem przy pasie. Ten miał długie, czarne włosy i wyglądał na dokładnie tak przejętego dopiero co odbytą tutaj walką, jakby był to zwyczajny wieczorny spacer po parku. Sargybinis wprawdzie nie widział jak walczył, ale ślady krwi sugerowały, że jakoś uczestniczył w starciu, pomimo tego że nie wyglądało na to by zrobił zbyt wiele. Poza nim natomiast była jeszcze dwójka, wciąż walczącą ze sobą. Jeden z nich był wysoki i postawny, uzbrojony w długi, chyba półtoraręczny miecz, w tym momencie broniąc się okutą w metal rękawicą przed atakami drugiego, który z nożem usiłował przebić się przez osłonę przeciwnika. Sądząc po ubiorze tego drugiego, nożownik był po stronie tych pokonanych, gdyż jego lekki pancerz przypominał te, w które odziani byli jego kompani. Z jakiegoś powodu nie próbował uciekać, a pozostała dwójka stroniła od dołączenia do pojedynku, z których ani jednego nie potrafił zrozumieć.
  Starcie zakończyło się zanim jeszcze zdążył zadecydować, po której stronie miałby się opowiedzieć. Wojownik z mieczem zdołał zachwiać postawą atakującego, po czym solidnym cięciem uderzył w pobliże szyi, skutecznie pozbawiając swojego przeciwnika jakichkolwiek szans na wygranie pojedynku, a następnie pchnięciem w klatkę piersiową zakończył jego życie. Sargybinis wyraźnie poczuł w powietrzu jego ulatującą duszę, co przypomniało mi tylko o tym, że on wcale aż tak bardzo się od niej nie różni, tylko że jego przykuto do sztucznego ciała. Ku swojemu zdziwieniu jednak nie czuł się źle, widząc tak czyjąś śmierć. Do tej pory zdarzało mu się czuć z tego powodu smutek, żal, przygnębienie, wątpliwości, gniew i wyrzuty sumienia. Nigdy jeszcze jednak nie czuł obojętności. Co się z nim działo? Czy to demony tak go zmieniły? Czy może to on sam, ślepy na świat dookoła odgrodził się od wszystkiego, co wydawało mu się mniej ważne od jego misji?
  Po skończonej walce, kobieta podeszła bliżej do swoich kompanów. Rozejrzała się trochę, jakby nad czymś zastanawiając. Parę razy jej wzrok spoczął na zdemolowanym wejściu do wnętrza wzgórza, czy też raczej góry, które przywodziło na myśl kopalnię. O czym wtedy myślała? Trudno powiedzieć. W każdym razie chwilę później powiedziała coś swoim towarzyszom i samotnie już ruszyła gdzieś w las, zostawiając dwóch wojowników samych przed wejściem do sztolni.
  Sargybinis chciał już wyjść z ukrycia, lecz nim zdążył się ruszyć, czarnowłosy mężczyzna w dziwacznych ciuchach postanowił się ruszyć, lecz nie w stronę wejścia, a raczej któregoś z ciał. Zaraz potem przykucnął przy nim, plecami zwróconymi w stronę Obrońcy, zasłaniając mu tym samym widok. Dopiero kiedy się odsunął, trzymając coś sporego, a trupowi teraz brakowało ręki, dotarło do niego wreszcie co tak właściwie zrobił. Obrońca poczuł obrzydzenie, gdyż sam z siebie chyba nigdy nie posunąłby się do zbezczeszczenia zwłok, o ile nie zależałoby od tego czyjeś życie. Mimo tego nie ruszył się nawet o dziesiątą część palca, chcąc dowiedzieć się dlaczego ten człowiek w ogóle robiłby coś takiego.
  Nie musiał czekać zbyt długo na odpowiedź. Krew, kapiąca z ramienia, posłużyła najwyraźniej za część jakiegoś zaklęcia. Sargybinis widział jak czarnowłosy rysuje na ziemi symbole, z których część wydawało mu się że skądś znał. Dopiero po chwili dotarło do niego, że stary czarodziej, z którym podróżował w ostatnich tygodniach swojego życia, użył tych samych symboli żeby ściągnąć ich obu Prasmok jeden wie gdzie, do miejsca, w którym obaj zginęli. Obrońca przypatrywał się uważnie znakowi, spodziewając się w każdej chwili że w jego środku nagle zjawi się chcąca pochłonąć wszystko dookoła dziura, która w ten czy inny sposób zabije obu mężczyzn, a jego przeniesie w miejsce, o którym nawet nie pomyślałby, że istnieje. Przez chwilę nawet wydawało mu się, że właśnie dlatego miał przeczucie żeby się tu udać, żeby zdążyć na międzywymiarową podróż, lecz jednak nic takiego się nie wydarzyło. Znak w pewnym momencie zapłonął brunatnym ogniem i pokrył kawałek otwartego terenu dymem, lecz nic szczególnego z tego nie wynikło. Chwilę potem jedynie, w miejscu gdzie wcześniej się znajdował, był teraz dziwaczny, humanoidalny stwór, podobny trochę do impa bo jego skóra miała czerwony kolor, był raczej niski i miał kopyta zamiast nóg. Oprócz tego miał jeszcze ogon i skrzydła, a jedna jego łapa była obrośnięta czymś w rodzaju błyszczącego kryształu.
  Chwilę potem pomiędzy stworem a jego twórcą nawiązała się rozmowa. Sargybinis nie słyszał wszystkiego wyraźnie, jednak wynikało z niej, że mężczyzna nazywa się Jon, szuka jakiegoś artefaktu, a stwór o imieniu Grem ma mu w tym pomóc. W jakiej kwestii dokładnie, tego nikt nie powiedział. Przy okazji mężczyzna wspomniał również imię drugiego wojownika, które brzmiało Reinar. W sumie to nawet nie wiedział po co próbuje spamiętać te wszystkie imiona. Przecież i tak nie potrafił nawet mówić, a co dopiero jeszcze kogoś zawołać.
  Po tej konwersacji Jon skierował się w stronę wejścia do kopalni, razem z towarzyszącym mu Gremem. Stwór wydawał się być całkiem podekscytowany, choć Sargybinis nie wiedział dlaczego miał takie wrażenie. Reinar natomiast wydawał się być trochę nieprzekonany, tak jakby to Jon dowodził całą operacją a on był tutaj tylko do pomocy. Możliwe jednak że była to po prostu kwestia tego, że nie wiedział o stworzeniu które właśnie się pojawiło. Sargybinis przyglądał mu się z równą uwagą co Jonowi, jednak to ten drugi wydawał mu się być celem jego przeczucia. To, że potrafił przyzwać jakąś istotę za pomocą znaków sugerowało, że jego umiejętności mogłyby mu się przydać w odszukaniu Riveneth, czy chociaż samych demonów które go zabiły. Może potrafiłby zrobić przejście, przez które można by było zaskoczyć demony? Sargybinis nie wiedział czy zabicie ich nie zakończyłoby zaklęcia, przez które wciąż posiadał ciało, choć nieswoje, ale słyszał słowa, które mówiły że gdyby był wolny, to w mgnieniu oka znalazłby Riveneth poprzez łączącą ich więź. Poza tym doświadczyłby słodkiej satysfakcji z tego, że udało mu się dokonać zemsty na swoich zabójcach. Nawet jeśli znaczyłoby to, że już nigdy nie miałby ciała, był gotów podjąć to ryzyko.
Avatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nanwe, Skierra, Ferren, Squamea, Morengvarg, Arrisa,
Rasa: Przemieniony
Aura: Emanacja nie odznacza się zbyt dużą siłą magiczną. Jej barwa przybiera głównie żelazny odcień przeplatany kobaltowym pasmami, nieregularnie otaczającymi całą powłokę. W niektórych miejscach da się dostrzec nikłe kropeczki barachitu. Całość zostaje oświetlona ametystowym światłem, otulającym całość niczym przyjemny kocyk. Nie słychać tu żadnych dźwięków i odgłosów. Niesie zaś niespotykaną woń. Ciężko porównać ją z jakimkolwiek znanym zapachem, można wyczuć pewnego rodzaju niepokojącą obcość. W dotyku jest niesamowicie twarda i praktycznie niemożliwym jest jej zarysowanie, a co dopiero złamanie. Negatywnie zaskakuje swoją sztywnością. Z dumą ukazuje ostre jak brzytwa brzegi, zapominając całkiem, iż niektóre z nich są całkiem stępione. Po przejechaniu palcem po powierzchni zdecydowana większość czytających się skrzywi, trafiając na chropowate miejsca, jednakże nieliczni mogą odnaleźć również niezwykle gładkie miejsca, choć jest ich niewiele. W smaku na początku swą suchością wywołuje pragnienie, pogłębia je dodatkowo pikantny posmak, a lepkość pojawiającą się znienacka uniemożliwia przez chwilę, ugaszenie tej pożogi.
Wygląd: Sargybinis jest zasadniczo dość niedużym smokołakiem, jeżeli można tak nazwać jego smokopodobne ciało. Mierzy sobie cztery stopy wzrostu, gdy porusza się na czterech łapach, natomiast gdy stanie na tylnych, ma jakieś siedem stóp wysokości. Na długość, od czubka łba, do końca ogona mierzy około dwunastu, może trzynastu stóp.
Pierwszym, co rzuca się w oczy są ...
(Więcej)
Uwagi: Wszystkie kwestie mówione przez Sargybinisa brzmią jak pocierane o siebie kamienie, które tylko z lekka przypominają mowę. Tylko Riveneth jest w stanie dokładnie zrozumieć co smok ma na myśli ... (Więcej)

Postprzez Reinar » Śr kwi 10, 2019 10:59 am

Reinar podniósł miecz nożownika i wyciągnął go z pochwy. Krótki, obosieczny, z ostrzem o prostym kształcie i zwężonym sztychem. Nieskomplikowana, skuteczna broń, mniejsza niż jego miecz. Może się przydać jeśli mają łazić po korytarzach. Zdobycz została przytroczona do plecaka, po czym Nord podniósł, oczyścił i przywłaszczył sobie nóż, którym walczył nożownik. Jemu już na pewno nie będzie potrzebny. Przeszukał jeszcze kieszenie zabitego znajdując kilka monet, kawałek sznurka i małą skórzaną kopertę schowaną na piersi. Sakiewki przy pasie nie zawierały nic nietypowego, ot, rzeczy, które warto mieć przy sobie.

Wstał, rozejrzał się po towarzyszach. Kiedy spojrzał na Sherani ta stwierdziła, że "Trochę się pokomplikowało". Były uczeń szamana wyczuwał w odchodzącej wojowniczce niepokój, bardziej chyba związany z tym co się działo w niej samej, niż z tym co mogło spotkać ją z zewnątrz - nie wyglądała na taką, która nie umiała sobie poradzić z zagrożeniem. Chodziło o jej zmiennokształtność? Uke uczył go, że to nie jest coś co powinno być brzemieniem, ale najwidoczniej tym, których to rzeczywiście dotknęło nie było łatwo sobie z tą sytuacją poradzić.

Oddał jej krótki salut, ciche pożegnanie najemników, odczekał chwilę nie będąc pewnym czy odpowie, po czym udał się w stronę wejścia do kopalni, przy którym stał Jon.

Ruszył ostrożnie, ponieważ okazało się, że Jon nie tylko jest wytrawnym wojownikiem, ale też najwyraźniej czarownikiem zadającym się z siłami piekielnymi. Niedawno wspólnie walczyli z diabłami, a teraz sam przywołał demona. Niewielkiego, pokracznego stwora. W jego towarzystwie czarownik wszedł w korytarz będący przejściem do kopalni.

Reinar stanął w wejściu lustrując je, ale nie wszedł do środka.

- Jon! Co tu się w ogóle dzieje? Niedawno zabijałeś demony, a teraz przywołujesz kolejne? - zapytał. W zasadzie to by wyjaśniało czemu Jon z przystał na poszukiwanie bramy do piekła w starej kopalni, ale Nord chciał usłyszeć co czarownik ma do powiedzenia.
Avatar użytkownika
Reinar
Błądzący na granicy światów
 
Rasa: Nord
Aura: Wciąż jeszcze młoda aura o przeciętnej sile, lśni intensywnymi barwami żelaza i cyny, mieszającymi się ze sobą i mieniącymi się w świetle niczym śnieg na lodowcach. W tle połyskuje obsydian w dziwny sposób nadający odbiorowi aury chłodu, zupełnie jakby wiał on od widma śniegu i lodu. Nawet do twoich nozdrzy dotrze woń mrozu i licznej broni pokrytej konserwującym ją olejem i szronem, uzupełniające zimowy krajobraz. Wśród pustkowia próżno szukać schronienia. Nawet trzaskające cichutko płomienie niosą się jedynie falami brzmienia i wypatrywanie ich ciepła nie odniesie skutku, zupełnie jakby zbyt odległe, nie były w stanie rozgrzać oziębłego powietrza. Wtórują im liczne głosy odzywające się z różnym nasileniem, które nikną wraz z kojącą melodią. Aura jest twarda podobnie do bryły lodu. Również jak ona ma niebezpiecznie ostre brzegi. To jednak co może zaskoczyć to niespodziewana giętkość. Smak powietrza jest trudny do zinterpretowania z jednej strony zdaje się lepkawy, a zaraz potem wyda się suchym, pozostawiając cię bez jednoznacznego zdania na ten temat. To co jest bezsprzeczne, to wyczuwalna łagodność i intensywny smak soli wydobywanej w lodowych krainach, które cię odprowadzą.
Wygląd: Zima z roku 771 na 772, Wielkie Bory Zimowe, "Schronisko Bjorgesonna", na północny-zachód od miasta Gorla

Do wieczora zostało jeszcze trochę czasu, jednak przez wiszące nad lasem ciemne chmury było już dość ciemno. Wiał wiatr, padał śnieg. Nikt rozsądny nie wychodził w taką pogodę na zewnątrz, bo po co narażać się na bycie złapanym przez zamieć. Mimo to, na ...
(Więcej)
Uwagi: Reinar wydaje się postacią złą. Nie opowiada się jednak ani po stronie zła, ani dobra; jest neutralny. Płynnie, choć czasami nieco chaotycznie, może balansować między tymi dwoma aspektami ... (Więcej)

Postprzez Jon » So kwi 13, 2019 5:03 pm

Zatrzymał się, będąc już w środku, jakieś trzy kroki wewnątrz jaskini. Odwrócił w stronę Reinara, po chwili to samo zrobił, nie tak dawno przyzwany przez łowcę dusz, pomniejszy demon. Mężczyzna zadawał mu dziwne pytania, a Jon powstrzymał się przed tym, żeby nie spojrzeć na niego jak na jakiegoś chłopa z małej wsi, który nigdy wcześniej nie widział czarów. Dlatego też spojrzenie, które spoczęło na nordzie, było dość neutralne, raczej nie pokazujące tej emocji, którą piekielny poczuł wewnątrz siebie. Cóż, mogłoby to być źle odebrane przez Reinara, chociaż… czy aby rzeczywiście przeszkadzałoby mu to? Nadal uważał, że w pojedynkę poradziłby sobie lepiej niż z kimś – w dodatku ten ktoś był osobą młodszą od niego i mniej wprawioną w boju, a jeśli miał jakieś zdolności magiczne, to najpewniej także były na niższych poziomach niż te, które prezentował Jon.
         – Co tu się dzieje? Nic takiego, po prostu przyzwałem do pomocy jednego ze znajomych mi demonów – odezwał się w końcu, wzruszając nawet ramionami. Dla niego naprawdę nie było to nic niezwykłego, w końcu nie był to pierwszy raz, gdy korzystał z pomocy… „zaprzyjaźnionego” demona. A to, że wspomniał o tym, że jest to jeden z demonów, mogło łatwo wskazać Reinarowi, że Jon znał się z przynajmniej kilkoma tego typu kreaturami, jednak na pewno każdy z nich był przedstawicielem innego gatunku i był też przez to pomocny w innych sytuacjach.
         – Właśnie to zrobiłem. Różnica jest taka, że tamte diabły należały do grupy najemnych, którzy prawdopodobnie mają mnie zabić, a ten tutaj jest po mojej stronie i nie zwróci się przeciwko mnie – odparł, a przy wypowiadaniu ostatnich słów spojrzał prosto na Grema, który pokiwał głową, jakby chciał potwierdzić te słowa.
         – Tak długo, jak będzie mi się to opłacało – odezwał się demon.
         – Za każdym razem ci się to opłaca, więc nie próbuj zasiewać w Reinarze ziarna wątpliwości co do twojej lojalności względem mnie – dopowiedział Jon, a Grem zaśmiał się krótko, co mogłoby sugerować, że to, co powiedział, niekoniecznie musiało być na poważnie i także nie musiało być prawdą.
         – Zawsze możesz ruszyć w swoją stronę, jeśli ci się to nie podoba – powiedział jeszcze łowca dusz, ponownie wzruszając ramionami. Tak, nadal nie zależało mu na tym, żeby nord mu towarzyszył. Zresztą, nawet go o to nie prosił, więc nie miałby mu za złe, jeśli zdecydowałby się właśnie na rezygnację z eksploracji opuszczonego szybu, odwrócił się i ruszył przed siebie.

Gdy już byli w środku i zaczęli iść w głąb tunelu, Jon przypomniał sobie o chwilowym uczuciu, które dotarło do niego w trakcie tej krótkiej rozmowy z Reinarem i tłumaczeniem mu, dlaczego przyzwał pomniejszego demona. Zresztą, im głębiej wchodzili i im ciemniej było, tym bardziej świecił się kryształ zastępujący część jednej z rąk Grema – dawał on światło koloru bardzo jasnej czerwieni, które otaczało ich „kopułą” sięgającą kilka kroków w przód i tyle samo w tył.
         – I możliwe też, że ktoś nas śledzi. Jedna osoba i wydaje mi się, że raczej nie jest do nas wrogo nastawiona, bo zaatakowałaby już wcześniej – odezwał się cicho, tak, żeby tylko Reinar i Grem go słyszeli. Nie chciał mówić tego zbyt głośno, bo ten ktoś idący za nimi, mógłby go jeszcze usłyszeć.
         – Nie oglądaj się i nie wykonuj gwałtownych ruchów. Jeśli ta osoba rzeczywiście nie chce nas zabić, to prędzej czy później ujawni się… albo ja ją zdemaskuję – dopowiedział, nadal zachowując ten cichy, niemalże konspiracyjny szept.
Ściany i sufit opuszczonej sztolni nie były czymś niezwykłym. Było widać, że zostały stworzone przez osoby, które tu kiedyś pracowały, a co jakiś czas napotykali belki podtrzymujące strop, na których znajdowały się także miejsca, w których kiedyś umiejscowione były pochodnie – dodatkowo mogły też podpowiedzieć to stare ślady sadzy właśnie na drewnie. Na ścianach nie było żadnych tajemniczych symboli, rysunków lub czegoś innego, co mogłoby podpowiadać, że w środku natknął się na niebezpieczeństwo. Dopiero po jakimś czasie, gdy natknęli się na dwie odnogi – jedna prowadziła w dół i lewo, a druga także w dół, ale w stronę przeciwną, czyli w prawo – na ścianach znaleźli też napisy w mowie wspólnej. Lewy tunel nazwany był „Szybem 1”, a ten idący w prawo „Szybem 2”.
         – Pod nazwą drugiego szybu było napisane coś jeszcze, ale ktoś musiał to zetrzeć lub zniszczyć, bo nie da się tego odczytać – odezwał się łowca dusz po tym, jak podszedł bliżej prawej odnogi i przyjrzał się napisowi z nią powiązanemu.
         – To, co…? Rzucamy monetą? Orzeł idziemy w lewo, herb Kryształowego Królestwa idziemy w prawo? - zapytał, wyjmując z sakiewki srebrnego orła. Jako pomysłodawca, nie miał nic przeciwko właśnie takiego rozwiązaniu tej sprawy. Tym bardziej, że nic nie podpowiadało im, który szyb może okazać się bezpieczniejszy, a w którym czeka na nich jakieś niebezpieczeństwo.
Avatar użytkownika
Jon
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Kelsier, Nessus, Fenrir, Malthael, Salazar, Constantin, Seviron, Nimroth,
Rasa: Łowca Dusz
Aura: Emanacja zachwyca swą mocno ponadprzeciętną siłą. Została podzielona na trzy barwy. Na dole żelazny odcień, patrząc wyżej, powoli zmienia się on w kobaltowy. Na samej górze zaś w turmalinowym blasku cudownie mieni się srebrna farba. Nagle słychać jęki torturowanych, błagania o litość, wyczuć przy tym można przytłaczający smród. Te głosy i zapach wywołują uczucie zagrożenia i niepokoju. Po chwili zmieniają się one w różne dźwięki, których nigdy wcześniej się nie słyszało. Towarzyszy temu wrażenie obecności czegoś obcego i nienastawionego zbyt przyjaźnie. Niespodziewanie wszystko mija, zastępuje to kakofonia najróżniejszych dźwięków. Jakieś głosy raz się pojawiają, by tuż po chwili zniknąć. Dodatkowo aura zmienia swą siłę i barwy z sekundy na sekundę. Po jakimś czasie to ustaje i głęboka, spokojna melodia niesie ulgę zmęczonym zmysłom. Nos zaś drażni nieprzyjemny zapach siarki. Powłoka w dotyku okazuje się twarda, nie do złamania. Często ukazuje swą elastyczność poprzez specyficzne ruchy podobne do tańca, w którym ujawnia także niebezpiecznie ostre krańce, lekko skryte pod aksamitnym puchem. W smaku lepi się i utrudnia otwieranie ust, niekiedy jednak zamiast tego, staje się sucha i wywołuje pragnienie.
Wygląd: NATURALNA FORMA:
W swojej naturalniej formie nie odstępuje zbytnio od pobratymców, ma czarną skórę i włosy, jego oczy robią się złotawe i mają pionowe źrenice, a z pleców wyrastają duże, nietoperze skrzydła. Może inny łowcy mają większą masę mięśniową, jednak Jon nie narzeka na swoją, najbardziej zbliżoną do atletycznej, budowę ciała, która jest widoczna zarówno ...
(Więcej)

Postprzez Sargybinis » Śr kwi 17, 2019 10:59 am

Przypuszczenia Sargybinisa odnośnie zawahania brązowowłosego okazały się być wcale nie aż tak dalekie od prawdy, jak mogłoby się z początku wydawać. Potwierdzały to jego słowa, w których zapytał się swojego towarzysza co się właściwie dzieje i dlaczego nagle przyzywa demony. Co jednak najbardziej zwróciło jego uwagę przy tych słowach, to fakt, że wspomniał o jakichś innych demonach, z którymi walczyli wcześniej. Czyżby chodziło o tamtą trójkę, która przez przypadek natknęła się także i na nich? Nie, to niemożliwe. Demonów przecież jest całe mnóstwo, kto wie jak wiele właściwie? To musiały być jakieś inne, mniej rozważne i mniej istotne demoniczne pomioty. Sargybinis pamiętał przecież o tym, jak mówili, że chcą pozostać w ukryciu, nie sądził więc że tak po prostu by się bez sensu nastawiali w zupełnie przypadkowym miejscu i sytuacji.
  W odpowiedzi na pytanie Reinara wywiązała się krótka, niewiele mówiąca konwersacja między Gremem i Jonem, z której udało mu się zrozumieć, że demon jest tutaj czymś w rodzaju płatnego najemnika, najwyraźniej dość chciwego. Przy okazji też padły słowa, z których wywnioskował, że brązowowłosy jest tutaj na luźniejszych warunkach i w zasadzie równie dobrze mógłby sobie stąd iść. Reinar w zasadzie nic na to nie odpowiedział, mimo to podążył za towarzyszem i jego stworem do wnętrza tunelu prowadzącego w głąb ziemi.
  Kiedy już wszystko to się wydarzyło, Sargybinis uniósł się ponownie do pozycji stojącej, przestając już ukrywać się przed czymkolwiek wzrokiem, czemu towarzyszył dźwięk ocierających się o siebie kamieni. Jednocześnie zaczął powoli kroczyć w stronę wejścia do sztolni, wciąż starając się jednak nie wydawać zbyt głośnych odgłosów. Szło mu to jednak aż tak źle, że doszedł do wniosku że zupełnie nic to nie przyniesie, tym bardziej że teraz widział jak bardzo kamieniste podłoże jest w środku. Dotarło do niego, że zwyczajnie nie ma opcji by mógł zbliżyć się do nich niezauważony. Z tego też powodu ponownie skupił się na temperaturze swojego ciała i zaczął podnosić ją stopniowo w okolicach zewnętrznej skorupy. Zarośnięte szpary zaczęły powoli zamieniać się w płynną magmę. Oprócz tego postanowił jeszcze więcej ciepła skierować w stronę swojej lewej łapy, która zaczęła topnieć całkowicie, zamieniając się w substancję tak gorącą, że prawdopodobnie mogłaby przetopić się przez skałę, pomimo tego że wciąż zachowała swój oryginalny kształt. Wciąż można było w magmie rozpoznać kształt łapy, który w miarę jak patrzyło się coraz wyżej był chłodniejszy i łagodnie przechodził w kamienne fragmenty jak na reszcie jego ciała. Teraz jego łapa świeciła bardzo jasnym, wyraźnie widocznym oraz pulsującym niczym krew w żyłach światłem, które nawet z wejścia oświetlało wyraźnie spory kawałek tunelu naprzód. Smok wiedział, że będzie go przez to jeszcze lepiej widać, lecz w tym momencie było to dla niego najmniejszym z jego problemów. Sargybinis jednak zanim jeszcze nawet ruszył prawą, kamienną łapą chwycił swoją torbę i upewnił się, że nie zajęła się ona ogniem, a następnie wyciągnął ją prostopadle w bok, jak najdalej od płonącej magmą łapy. Pomimo swojej wytrzymałości, obawiał się, że nie byłaby w stanie wytrzymać zbyt długo w pobliżu jego stopionej formy.
  Jak się wkrótce okazało, tunel został przygotowany z myślą o ludzkich robotnikach, takich o przeciętnym wzroście. Sargybinis próbując iść wgłąb, musiał co jakiś czas pochylać się do przodu, gdyż w mniej więcej równych odstępach napotykał na swojej drodze belki podtrzymujące strop, które znajdowały się akurat na wysokości jego łba. Sufit również był jego zdaniem zdecydowanie zbyt nisko, gdyż choć mieścił się pod nim prawie idealnie, to w niektórych miejscach odstające kamienie na czubku jego głowy wrzynały się w skałę, powodując okropny hałas. Najbardziej irytujący dla niego w tym wszystkim był fakt, że do tej pory nie zdarzyło mu się jeszcze znaleźć pod jakimś stropem w swoim nowym ciele i nie bardzo wiedział, ile miejsca potrzebował. W ostateczności po prostu postanowił iść pochylony przez cały czas, co choć go nie spowalniało, sprawiało z jakiegoś powodu, że czuł się niekomfortowo.
  Jego ciężkie kroki rozbrzmiewały głuchym echem w tunelu, miarowo wybijając równy, nieprzerwany rytm. Okazjonalnie jakiś kamyk wylatywał mu spod łap, po czym zderzał się to z podłogą to ze ścianą. Pulsujące, płomienne światło rzucało jasność jedynie na krótki fragment tunelu, podczas gdy na dalsze jego części posyłało jedynie dziwaczne, powykręcane cienie, rodem z dziecięcych koszmarów. Wilgoć w powietrzu obłaziła go niczym stada mrówek, jednak w pobliżu lewej łapy dosłownie parowała w powietrzu, nawet nie mając szansy do niej dotrzeć. Dało się nawet słyszeć cichutki syk, jaki temu nieustannie towarzyszył.
  Sargybinis idąc nie potrafił jednak dostrzec żadnych śladów tego, że chwilę przed nim ktoś przemierzył tę samą drogę, zmierzając gdzieś głębiej. Przez jakiś czas nawet wydawało mu się, że jakimś sposobem udało mu się ich zgubić, lecz nie pamiętał by chociaż jeden raz trafił na jakieś rozdroże. Tunel prowadził prosto i lekko w dół, cały czas wydając się identyczny jak zaledwie kawałek wcześniej.
  W pewnym momencie jednak za lekkim zakrętem udało mu się wreszcie zobaczyć tych, których szukał. Obecnie stali na pierwszym rozdrożu, z dwoma tunelami prowadzącymi w lewo i w prawo. Jon, którego od razu dało się poznać po niepraktycznie wyglądającym ubraniu nawet przy słabym świetle, obecnie stanął przy tunelu prowadzącym w prawo i chyba szukał czegoś w swoich torbach. Reinar stał jakby trochę z boku, przypatrując się towarzyszowi. Grem, demon latający gdzieś w pobliżu, oświetlał im obu drogę.
  Sargybinis postanowił się przywitać i przedstawić. Nie chciał w końcu już na samym początku ich nastraszyć. Na swoje nieszczęście, po raz kolejny zapomniał o tym, że nie potrafi mówić, a z jego gardła wydobył się głośny trzask i kilka jednocześnie wybrzmiewających stuknięć, co razem zabrzmiało niczym potwór broniący swojego terytorium. Smok dopiero po momencie zorientował się, co właśnie zrobił i swoją lewą, stopioną łapą walnął się po pysku, na chwilę zupełnie przesłaniając sobie widok. Wrażenie było dziwne gdyż czuł gorąco bijące od swojej kończyny, lecz ten krótki moment nie wystarczył na to, by temperatura w jakiś sposób wpłynęła na resztę jego ciała. Odjął wtedy łapę od twarzy, wyciągnął ją ponownie w lewo, a następnie, nie mając pojęcia co tak właściwie teraz powinien zrobić, pomachał nią lekko w stronę dwójki mężczyzn.
Avatar użytkownika
Sargybinis
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Nanwe, Skierra, Ferren, Squamea, Morengvarg, Arrisa,
Rasa: Przemieniony
Aura: Emanacja nie odznacza się zbyt dużą siłą magiczną. Jej barwa przybiera głównie żelazny odcień przeplatany kobaltowym pasmami, nieregularnie otaczającymi całą powłokę. W niektórych miejscach da się dostrzec nikłe kropeczki barachitu. Całość zostaje oświetlona ametystowym światłem, otulającym całość niczym przyjemny kocyk. Nie słychać tu żadnych dźwięków i odgłosów. Niesie zaś niespotykaną woń. Ciężko porównać ją z jakimkolwiek znanym zapachem, można wyczuć pewnego rodzaju niepokojącą obcość. W dotyku jest niesamowicie twarda i praktycznie niemożliwym jest jej zarysowanie, a co dopiero złamanie. Negatywnie zaskakuje swoją sztywnością. Z dumą ukazuje ostre jak brzytwa brzegi, zapominając całkiem, iż niektóre z nich są całkiem stępione. Po przejechaniu palcem po powierzchni zdecydowana większość czytających się skrzywi, trafiając na chropowate miejsca, jednakże nieliczni mogą odnaleźć również niezwykle gładkie miejsca, choć jest ich niewiele. W smaku na początku swą suchością wywołuje pragnienie, pogłębia je dodatkowo pikantny posmak, a lepkość pojawiającą się znienacka uniemożliwia przez chwilę, ugaszenie tej pożogi.
Wygląd: Sargybinis jest zasadniczo dość niedużym smokołakiem, jeżeli można tak nazwać jego smokopodobne ciało. Mierzy sobie cztery stopy wzrostu, gdy porusza się na czterech łapach, natomiast gdy stanie na tylnych, ma jakieś siedem stóp wysokości. Na długość, od czubka łba, do końca ogona mierzy około dwunastu, może trzynastu stóp.
Pierwszym, co rzuca się w oczy są ...
(Więcej)
Uwagi: Wszystkie kwestie mówione przez Sargybinisa brzmią jak pocierane o siebie kamienie, które tylko z lekka przypominają mowę. Tylko Riveneth jest w stanie dokładnie zrozumieć co smok ma na myśli ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Równina Drivii

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron