[Antykwariat] Między bajki


Malownicze miasto położone na środkowym wybrzeżu jadeitów. Słynące z ogromnego Białego Pałacu królowej i nietypowej architektury. W owym mieście budowle malowane są na kolory bardzo jasne, zazwyczaj białe i niebieskie. Wszelki wzory zdobnicze tutaj kojarzyć się mają z przepięknym oceanem. Rzecz jasna znajduje się tutaj ogromny port handlowy.

Postprzez Kerhje » Śr lis 21, 2018 4:00 pm

        Życie zielarki było nieustanną walką. Walką o szansę, by móc zawalczyć, lecz zawsze pojawiał się ktoś, kto robił to za nią. Może powinna czuć się wdzięczna Matce, że tak ją oszczędza, niestety w cudzej pomocy nie widziała łaski z góry, a raczej własną niedołężność. Dlatego tak bardzo lubiła mieszkać w swojej samotni, gdzie była zdana tylko na siebie.
        Tymczasem teraz pojawiła się w życiu kogoś i przez wydarzenia, które chyba ściągnęła ze sobą, wymogła na innych, by stali się wspomnianymi wojownikami. Kiedy Lilly opowiedziała o tej dziwnej teorii - o efekcie motyla (choć pustelniczka wierzyła w taki porządek świata, nie miała pojęcia, że ktoś kiedyś nazwał go w tak ładny i trafny sposób) - w głowie Kerhje pojawiła się dość egocentryczna myśl, że to ona jest powodem całego zamieszania. W antykwariacie nagle zaczęły rozgrywać się trzy historie, ale wydawało się, że w jakiś subtelny, choć bardzo ważny sposób, są one ze sobą powiązane. Szatynka w to uwierzyła. Pojawienie się jej tutaj, potem chłopca powtórzeń i na końcu włamywacza mogły mieć wspólny czynnik. Być może początek którejś z tych historii wywołał lawinę pozostałych. Na przykład... Co, jeśli to ona była czynnikiem wspólnym? Co, jeśli jej zmaterializowanie się w śniegowej zaspie ściągnęło na głowę Lilly te wszystkie problemy, które należało rozwiązać? Oczywiście pustelniczka tego nie planowała, nie miała więc za co przepraszać, niemniej... Przecież mogło tak być. Jeśli tak, to można by się zagłębić jeszcze bardziej: może aktualny stan rzeczy nie zaistniałby, gdyby nie eksperymenty w Valladonie? A może gdyby nie chatka Vetery... Albo posiadłość szalonej Anny, czy nawet Ariosa...
        Dziewczyna z zaspy śniegowej przypomniała sobie o nim, mieszając kawę z alkoholem, z której przyrządzeniem w dużej mierze musiał jej pomóc Ace. Śmieszne. Nawet w tym była kiepska, tylko tyle mogła zrobić. Ale była tu gościem, więc czy mogło się oczekiwać od niej więcej? Kiedy skończyła, znów pojawił się ten dobry człowiek, który zainteresował się nią rano, a teraz pomagał biednej sklepikarce. Tylko... Właściwie co on tu robił? Czy nie powinien być w pracy? - Zdaje się, że nieproszony gość powinien się lada chwila znów ocknąć. – powiedział brodacz odbierając od niej kubki z gorącymi napojami - Panienka Lilly to prawdziwy cud.
        ...Ocknie się, tak jak duch lasu. Wydawało się, że do dziewczyny ledwo co dochodzi. Nie mogąc się skupić na konkretnym działaniu, umysłem wciąż przebywając na poły w tym Oczka, myślami wędrowała daleko wstecz. Niebezpiecznie odrywała się od rzeczywistości, jakby umysł w ten sposób próbował ją bronić, lecz przy tym prowadził także do niebezpiecznego momentu, w którym pustelniczka straci kontrolę - zapomni o własnym umyśle.
        Arios... Kerhje poczuła znajomy przypływ ciepła, które jawiło się w jej głowie jako poczucie bezpieczeństwa. Tęskniła za strażnikiem lasu, choć może było to nieuzasadnione. Miała jednak wrażenie, że rozumieli się bez słów jak nikt. Mieli tę samą naturę. Wtedy (wydawało się, że od tego czasu minęły miesiące, tak inne życie reprezentowały te wspomnienia) pojawił się w pobliżu jej chatki. Niebezpieczny, milczący i ranny. Zaopiekowała się nim, choć nie mogła być pewna, że nie przypłaci za to życiem. Zaufała jednak jego sławie strażnika lasu. Jeśli ktoś taką dostaje, trzeba go wspierać.
        Walcząc z oderwaniem, próbowała myśli nakierować na bardziej aktualne problemy... Wraz z Acem ruszyła z powrotem na dół i zatrzymała się tylko na chwilę za nim, by zgarnąć opisany wcześniej koc.Teoretycznie teraz miała do czynienia z podobną sytuacją, co ta ze wspomnień: uzbrojony mężczyzna - z pewnością maczający palce w krwi różnych osób - pojawił się w cichym azylu samotnej dziewczyny i trzeba było mu pomóc. Tak samo po uleczeniu sytuacja wymknęła się spod kontroli. Wtedy jednak to była jej wina. Weszła w umysł wilka i straciła kontrolę. Teraz zaś nie zapewniła nawet ochrony osobie, która się nią zaopiekowała. Nie uruchomiła run na czas, najemnik zdążył je zetrzeć. A przecież oczyma Oczka widziała co się dzieje. Nie zawsze jednak wszystko idzie po naszej myśli.
        Wciąż jednak mieli przewagę. Kerhje wróciła do rzeczywistości, kiedy coś znów się przewróciło, uderzyło o ziemię, a Oczko spojrzał na to dopiero po chwili. Księga. Kubek. Plama. Ostrze przy jaśniutkiej skórze Lilly. Słodkiej sklepikarki, która się zaopiekowała nią, nie chciała wzywać straży i uzdrowiła mężczyznę grożącego jej szablą.
- Nie róbcie głupot, a nikomu nic się nie stanie.
        Te słowa tak zwyczajnie zirytowały pustelniczkę. Policzki jej poczerwieniały. Z całą siłą zaszczepiła się w rzeczywistości i ani myślała odpływać, choć niedawno było do tego tak blisko. Oczko poderwał się do góry i zaczął lecieć w stronę głowy najemnika.
- Póki co ty robisz najwięcej głupot – warknęła pustelniczka w tym samym czasie, w zupełnie niepodobnym do siebie tonie i w momencie, gdy z ust Ace’a dobyło się niecenzuralna obelga, zupełnie nie pasująca do wrażenia, jakie starał się wywierać zazwyczaj. Również postąpił krok do przodu, ale nie chcąc narażać dziewczyny, szybko się wstrzymał, w przeciwieństwie do gawrona, który odchylił się do tyłu z zamiarem ataku. Już miał to zrobić, kiedy drzwi do sklepu tworzyły się.
        Kiedy chłopiec powtórzeń dostrzegł, co się dzieje, najpierw poważnie się przeraził, ale w następnej chwili jego usta rozciągnęły się w niespodziewanym uśmiechu.
- Znalazłyście! – wykrzyknął radośnie i nie czekając na niczyją reakcję, pognał do leżącej na podłodze księgi. Przykucnął przy niej niezwykle ostrożnie.
- Tak, to właśnie to, czego szukałem, bardzo paniom i panom dziękuję.
        I jeśli ktoś zamierzał cokolwiek zrobić w tym właśnie momencie, to trzeba uprzedzić fakty – najpewniej nie zdążył, bo kiedy właściciel mokrej czupryny włosów dotknął księgi, wszystko raptem zamarło. Czas stanął w miejscu. Śniegowe gwiazdki za oknem zawisły w powietrzu, na co ucieszyć mógł się malutki smoczek Nesbo ( w końcu te śmieszne stworzonka nie uciekały!), a zirytować mógł pewien gawron (co to za wstrętne przeszkody na autostradzie turmalijskiej?!). Tylko oni bowiem ( i chłopiec z mokrą czupryną) byli świadomi tego, co się wokół nich dzieje. Tylko ich nie dotknęło zmrożenie życia. Kurz nie wirował w powietrzu i był jakiś taki twardy, przez co ptaszysko bardzo powoli zaczęło opadać w dół, na zaciśniętą na ostrzu dłoń włamywacza. Ta powoli odchyliła się na zewnątrz, oddalając od obojczyka Lilly, a potem powędrowała w dół, opadając wzdłuż boku napastnika. W chłodnych smugach zimowego światła, które wpadało zza szyb i próbowało zaanektować mrozem ogrzewane kozą wnętrze, można było dostrzec coś jeszcze: cieniutkie, mieniące się barwami tęczy nici. Tworzyły spiralne wzory w całym pomieszczeniu i wszystko było nimi połączone. Przecinały się, plątały ze sobą, a czasem próbowały od siebie uciekać (choć z niedostrzegalną dla ludzkiego, czy zwierzęcego oka prędkością), przede wszystkim jednak wyrastały z palców zgromadzonych ludzi, łapek i skrzydeł zwierząt, z zakładek ksiąg, nóg stołów. Nawet te białe gwiazdki miały swoje cieniutkie, niemal przezroczyste nici! Strach było się poruszyć, by przypadkiem nie przerwać jednej z nich. Ale chłopiec wiedział co robi. Zaczytywał się w księdze, lecz na jego twarzy nie pojawiał się wyraz ulgi a radość z każdą chwilą coraz widoczniej zastępowało rozczarowanie.
- Oh nie, Księgo, kochana, szanowna Księgo Księgo! Dlaczego wciąż nie chcesz mnie mnie przyjąć? Przecież sama się odezwałaś! Przecież sama mnie tu wysłałaś!
        Ale Księga nie chciała przyjąć swojego dziecka z powrotem. Litery na jej stronicach rozmazały się i nie można było odczytać historii, która je tu sprowadziła. Wolumin wymagał pokarmu. Takiego nie przekonasz. Kiedy coś postanowi, nie zmieni zdania. Trzeba więc było robić, co każe.
        Z głębokim westchnieniem chłopiec wstał i spojrzał na zgromadzonych w antykwariacie. Chwilę coś obmyślał, wzdychał jeszcze kilka razy, brzdąkał nićmi, kręcił się na piętach.
        No nic. Wygląda na to, że historię trzeba powtórzyć. Stworzyć ją na nowo – przeżyć jeszcze raz. Rozpoczął więc przygotowanie do przedstawienia. Zbliżył się do Amaroka i chwycił nici jego dłoni, a później nóg. Mężczyzna mechanicznymi ruchami po kolei puścił więzioną sklepikarkę, odsunął się w bok, kucnął. Potem wszyscy siadali w ten sam sposób: blisko siebie, po turecku, bez broni, którą reżyser sytuacji odbierał i odkładał na bok. Wkrótce wszyscy znajdowali się w małym kółeczku, wraz z chłopcem, skupieni wokół Księgi Powtórzeń. W oknach pojawiły się ciemne zasłony, zrobione ze znalezionych kocy i chust, drzwi wejściowe udekorowane zostały tabliczką „zamknięte”. Teraz potrzebny był tylko bajarz, który opowie historię chłopca, by ta mogła znów pojawić się na stronie sześćdziesiątej piątej. Jeśli im się to nie uda... W antykwariacie już zawsze będzie się pojawiał klient proszący o ten jeden, konkretny tytuł.
        Czas znowu ruszył.
- Drodzy aktorzy i bohaterowie. Potrzebuję potrzebuję was, byście stworzyli moją moją historię.
Avatar użytkownika
Kerhje
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
 
Inne Postacie: Smilla, Eldrizze, Umm, Zgniłek, Øra, Ophelia, Spinka,
Rasa: człowiek, pustelniczka
Aura: Młoda i lśniąca aura, która odrobinę trąci samotnością. Jej barwy przeplatają się i mieszają od soczystego i wyraźnego kobaltu, przepływając w nasycony barachit i odwrotnie. Tak jak jej kolory połyskują świeżością, tak wokół pulsuje jasno świecący obsydian. Harmonii dopełniają kojące dźwięki wybrzmiewające do wtóru ze stałym tonem charakterystycznym dla ziemi. Czuć tu zapach ludzkiego potu, mieszający się z wonią mchów i lasów. Sama aura jest raczej delikatna. Dominuje w niej miękkość mimo niewielkiego twardego aspektu. Mimo drobnego wyjątku nie jest też zbyt giętka, zbliżając się do sztywności. Ma jednak ostre krawędzie, które to są jej główną bronią wraz z przyjemną i aksamitną gładkością. Smak aury pasuje do jej obrazu, charakteryzując się łagodnością, dzięki której znaczna lepkość nie jest przykrą.
Wygląd: Kerhje mierzy 5 stóp i 2 dłonie (163cm) wzrostu, choć trzeba przyznać, że nie bardzo orientuje się czy to oznacza bycie wysokim czy niskim. W końcu nie miała za bardzo możliwości porównywania się z innymi. Jest szczupła, a jej ciało jest zdrowe i w dobrej kondycji. Jej skóra jest jasna ale ma ciepły odcień, przez co kontrastuje z ciemnymi, prawie czarnymi włosami. Kerhje lubi ... (Więcej)
Uwagi: Kerhje zazwyczaj ma zamknięte oczy, a buty ubiera zwykle do miasta.

Postprzez Mimosa » N lis 25, 2018 12:04 pm

        We wszystkich książkach, gdy czytała o jakiejś nagle rozpoczynającej się akcji, bohaterowie mówili o tym, jak wszystko działo się w spowolnionym tempie, jak to nagle dostrzegali więcej szczegółów, obserwując wszystko jakby z zewnątrz. Mimosa mogła zgodzić się tylko z tymi nagle rzucającymi się w oczy detalami, zupełnie nieistotnymi wręcz. Czuła powoli wybudzającego się mężczyznę, spoglądając na niego w oczekiwaniu, ale spodziewała się zobaczyć zmarszczone brwi i z trudem rozchylające się powieki, a nie szeroko otwarte oczy, na dodatek takie nietypowe. Zamiast więc zwracać uwagę na to, że została szarpnięta za sweter, zauważyła, że włamywacz ma jedno oko jakby trochę większe od drugiego, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że to wyglądało bardziej, jak nieco rozlana źrenica. Wtedy jednak stała już do niego tyłem, zaskoczona spoglądając na Ace’a, który w ostatniej chwili powstrzymał się od kroku w jej stronę, zaciskając tylko groźnie pięści. Myślała, że się potknęła, ale to mężczyzna za nią się zachwiał, szczelniej przyciągając do siebie błogosławioną, która powoli zaczęła pojmować w jakiej sytuacji się znalazła, a jej stopniowo rozszerzające się w strachu oczy na pewno nie uspokoiły znajomego bankiera. Lilly jednak spojrzała za źródłem hałasu, dostrzegając spadającą z lady książkę, która otworzyła się sama, pozwalając, by kapiąca z góry kawa plamiła jej stronnice. Los doprawdy był niesamowitym zjawiskiem…
        Do rzeczywistości przywrócił ją dopiero znajomy dotyk stali na skórze. Delikatny i jakby niegroźny; tak jak wtedy, gdy jej siostra tylko takim sygnałem obwieszczała swoją wygraną, lekko kładąc ostrze miecza na jej ramieniu, obojczyku właśnie lub czasem nawet szyi, gdy szatynce wyjątkowo nie poszedł trening. Właściwie nigdy jej nie szedł. Spędziła na placu niezliczone godziny, dni, tygodnie, miesiące i lata, szkoląc między innymi właśnie do wymykania z potrzasku,  w jakim znalazła się teraz, nim pogodzono się z jej zupełnym brakiem talentu bojowego. Lavender próbowała podszkolić młodszą siostrę na własną rękę, by umiała obronić się chociaż przed zwykłym napastnikiem, o wojownikach już nie mówiąc, ale Mimosa zawsze, tak jak i teraz, w takim chwycie po prostu zamierała, czekając aż się ją uwolni. „To nie zawsze będę ja, Lilly, to nie zawsze będzie trening. Nie zawsze ktoś sam cię puści, musisz się nauczyć bronić”, mówiła zrezygnowana, spoglądając łagodnie na uosobienie poczucia winy, jakim była jej młodsza siostra, ale nijak nie mogła zmienić jej postępowania.
        Ostatecznie więc, Lilly Andersen pozostawała idealną zakładniczką. Nie przeszkadzając napastnikowi, starała się po prostu sama nie zrobić sobie krzywdy i ubolewała tylko nad tym, że znów przysparza komuś zmartwień – w tym wypadku Ace’owi i Kerhje. Na głos nie przeprosiła tylko dlatego, że było jej zbyt głupio i bała się odezwać. Zaskoczyła ją też surowa maska pokrywająca pogodne zawsze oblicze bankiera, który wypluł przekleństwo tak wulgarne, że nie jedna panna z dobrego domu mogłaby się nabawić czkawki z szoku na sam jego dźwięk. I już samo to było nietypowe. Do tego czerwieniejące policzki nowopoznanej dziewczyny, atakującego z góry gawrona i pędzącego w jej stronę Nesbo w trybie bojowym, i Mim jęknęła w duchu.
        - Nesbo, zostaw! – rzuciła podniesionym szeptem, wiedząc jak wygląda atak ze strony małego smoczka.
        Rzucał się on zawsze na nogi, próbując wspiąć po nich wyżej po napastniku, a Lilly bała się, że włamywacz mógłby zrobić mu krzywdę, kopiąc na przykład. Mimo więc irracjonalnego poczucia winy za nietraktowanie smoczej pomocy poważnie, nakazała swojemu towarzyszowi zachować dystans.
        Nie wiedziała, czy usłuchał, czy nie. Czy gawron sięgnął celu, czy nie. Czy Ace machnął ręką na ostrożność i znów ruszył na włamywacza, czy też nie. Pełne zdziwienia i niezrozumienia spojrzenie Lilly spoczęło na młodzieńcu, który po raz enty tego dnia zawitał do jej antykwariatu. Scenka rodzajowa, jaką napotkał, a która w tej chwili dosłownie zamarła w bezruchu, zdawała się niespecjalnie go poruszyć, bo przysiadł zaraz do księgi, rozmawiając z nią niczym ze świadomym bytem.
        Co działo się później widzieli już tylko młodzieniec, Nesbo i Oczko. Dwaj ostatni wykorzystali unieruchomienie ludzi i gdy gawron, chcący lub niechcący, odsunął rękę z ostrzem od skóry jego przyjaciółki, smoczek wbiegł po jej nodze na ramię, próbując za warkocz odciągnąć dziewczynę od napastnika. Piszczał i skomlał jej do ucha, ale zawsze słuchająca go z miłym uśmiechem błogosławiona miała teraz puste, błyszczące niebiesko-zielonymi tęczówkami spojrzenie, utkwione gdzieś w przestrzeni. Młodzieniec może i uspokoiłby stworzenie, ale zajęty był własnymi sprawami, więc Nesbo plątał się z rozpaczliwym piskiem w swetrze opiekunki, próbując odciągnąć ją od zagrożenia. Nawet delikatnie pacnął ją łapką po policzku, ale Lilly wyglądała tak jak wtedy, gdy spała, z tym że miała otwarte oczy. Dziwne to.
        Zaraz jednak chłopak na powrót interweniował i Nesbo (naszczekawszy na niego wcześniej z niezadowoleniem, bo najpierw mu znika i się pojawia, a teraz przez niego wszyscy są dziwni) uciekł na ziemię, po drodze capnąwszy fragment herbatnika, który wypadł włamywaczowi z kieszeni. No co? Jedzenie nie jest winne!
        Błogosławiona zaś została usadzona w kręgu z innymi i dopiero wtedy, w odpowiednim momencie i na wezwanie reżysera tej sztuki, zamrugała zaskoczona, rozglądając się gwałtownie wokół. Po jej lewej stronie siedziała Kerhje, a po prawej włamywacz. Za nim siedział młodzieniec, oddzielając go od Ace’a, który łypał wrogo na napastnika, jednocześnie w każdej chwili gotów do zasłonięcia siedzącej obok niego, a niemal naprzeciw bandyty, zielarki. Na samym środku leżała rozpostarta księga, której postarzałe i splamione już nieco stronnice były teraz zupełnie puste.
        - Drodzy aktorzy i bohaterowie. Potrzebuję potrzebuję was, byście stworzyli moją moją historię – rozległ się beztroski i miły głos chłopaka.
        - Nie wiem o co tu chodzi, ale najpierw rozprawię się z pewnym nazbyt cwanym jegomościem – mruknął Ace chłodnym tonem, mając zamiar pięścią wyprowadzić włamywacza z antykwariatu, chociażby przez zamknięte drzwi. Był wyrozumiały bardzo długo, ale widok ostrza przystawionego do błogosławionej był nie do zniesienia. Jednak to brązowa czupryna i szeroki uśmiech uprzedziły konfrontację, pojawiając się między mężczyznami, a młodzieniec zamachał dłońmi.
        - Nie, nie, Amarok nie zrobi nikomu krzywdy, zobaczysz. To znaczy nikomu stąd – chłopak podrapał się po głowie, nie zyskując za grosz zrozumienia i zaufania ze strony bankiera, a jedynie jego podejrzliwe spojrzenie, czy aby i tego smarkacza nie trzeba będzie stąd wyprowadzić. Że też panience Lilly tylko kłopotów na głowę spadło, niedopuszczalne. Najwyższy musi chyba spoglądać w inną stronę. Ale to nic, już on dopilnuje, żeby dziewczynie włos z głowy nie spadł. Żadnej z nich.
        - Hej, pamiętasz kiedy się pierwszy raz spotkaliśmy? Mimosa!
        Lilly drgnęła na dźwięk swojego przezwiska, wypowiedzianego tak głośno i na dodatek wśród innych ludzi. Młodzieniec wbijał jednak w nią wyczekujące spojrzenie, przed którym uciekała wzrokiem, co chwila jednak napotykając inne, jako że siedzieli w kręgu, i tylko coraz bardziej zapadała się w sobie.
        - Nie… nie bardzo, przepraszam – szepnęła, zaczynając skubać na nowo rękawy swetra. Gdy młodzieniec pierwszy raz pojawił się w sklepie rzeczywiście wydawał jej się znajomy, ale to było wrażenie mgliste i nie opierałaby na tym przeczucia, że w istocie wcześniej się spotkali. Ona nie spotykała zbyt wielu ludzi. Może więc po prostu był kiedyś już w jej sklepie?
        - Mim, skup się! Przecież mnie kojarzysz, tylko nie pamiętasz, bo losy inaczej się potoczyły i jednak się nie spotkaliśmy, ale musimy! Hm, no tak, to nieco skomplikowane… ale przypomnij sobie, byłaś nad morzem wieczorem, siedziałaś sama na plaży, strasznie wiało ale było jeszcze dość ciepło… - młodzieniec zawiesił głos, wciąż spoglądając wyczekująco na dziewczynę, ale ta zacisnęła usta, spuszczając skołowane spojrzenie.
        Często była wieczorem nad morzem i jeśli nie spędzała całych godzin na czytaniu to właśnie siedziała samotnie, przyglądając się załamującym przy brzegu falom. Podobnie ostatnio było nieustannie wiało, a zima uderzyła dopiero kilka dni temu, więc naprawdę nie potrafiła umiejscowić tego spotkania w czasie, zwłaszcza, że prawie zawsze była na plaży sama, przecież tylko dlatego wychodziła tam o takiej porze… I właśnie gdy chciała już na nowo speszyć się sytuacją, będąc jej znów bardziej świadoma, nagle sobie coś przypomniała. Lekko rozluźniająca się mimika i błysk w oku zdradziły ten fakt chłopakowi, który pokiwał z zadowoleniem głową i obrócił szybko książkę w jej stronę. Mim spojrzała na księgę skonsternowana, dopiero wtedy podnosząc nieśmiałe spojrzenie na chłopaka.
        - Nazywasz się Tommy Walsh… – powiedziała powoli, a szatyn skinął z uśmiechem i rozluźnił wyraźnie. Gdy dziewczyna zawiesiła głos, pogonił ją gestem.
        - Opowiadaj. Przypomnij sobie to spotkanie i opowiedz je nam, tak jak potrafisz – dodał znacząco. - Tam musimy zacząć.
        To wszystko było zbyt dziwne. Lilly potoczyła szybkim spojrzeniem po wszystkich, zaraz uciekając wzrokiem w podłogę, a po chwili, słysząc ciche chrupanie, zawiesiła oczy na podjadającym resztę rozsypanych herbatników Nesbo. Nie rozumiała co się wokół niej dzieje, ale czuła oczekiwanie i wiedziała, że im szybciej rozpocznie opowieść, tym szybciej to może się skończyć. Stopniowo pokonując lęk, po bezgłośnym westchnieniu, zaczęła mówić cichym, ciepłym głosem, zazwyczaj spoglądając w pozdzierane deski podłogi antykwariatu, czasem kontrolnie przebiegając wzrokiem po twarzach słuchaczy, by po spokojnym kiwnięciu głowy Tommiego znów utkwić oczy w Nesbo.
        - To była końcówka jesieni. W ciągu dnia było jeszcze ciepło, ale popołudniami wzbierał już chłodny wiatr, dlatego wszyscy wracali do domów wcześniej niż zwykle, a wieczory spędzali przy kominku, pozwalając ulicom miasta opustoszeć…
        Lekki, zimny powiew przemknął przez antykwariat, jakby przeciąg z niedomkniętego okna, wywołując gęsią skórkę na nieosłoniętych fragmentach ciała. Lilly obciągnęła sweter na dłonie i spojrzała znów na Tommiego, jakby upewniając się, że dobrze robi, a on znów pokiwał głową i wskazał wzrokiem na księgę, w której pojawiały się wypowiadane przez Mim słowa. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy i na moment zaniemówiła, ale gdzieś w tle znów trzasnął herbatnik, uświadamiając jej ciszę, jaka zapadła i błogosławiona kontynuowała opowieść.
        - Byłam sama na plaży. Nie wzięłam ze sobą książki, ale towarzyszył mi Nesbo, chcieliśmy po prostu chwilę posiedzieć na świeżym powietrzu… - urwała, gdy po deskach przebiegł pchany wiatrem piasek. Wtedy zrozumiała i podniosła spojrzenie, mówiąc nieco pewniej.
        - Nie… byliśmy tam wszyscy, poza tobą – powiedziała i obraz wokół nich zamigotał, po chwili pozostawiając wszystkich, poza Tommym, siedzących wciąż po turecku w kręgu, ale nie na ciepłych deskach antykwariatu, ale na chłodnym, twardym piasku. Wspomniany wiatr szarpnął luźnym warkoczem Lilly, ale ona już odnalazła ocean błyszczącymi oczami.
        - Woda była wzburzona, fale łamały się daleko od brzegu, a wyrzucone w powietrze krople wody leciały niesione wiatrem aż na plażę – szepnęła, gdy lekka mżawka sięgnęła ich twarzy. Nesbo z rozczarowaniem spojrzał na swoje puste łapki, w których jeszcze przez chwilą ściskał ciastko, teraz tylko plując piaskiem.
        - Oprócz nas nie było nikogo poza… - dziewczyna rozejrzała się po opuszczonej plaży, opatulając mocniej swetrem i szukając czegoś spojrzeniem. W końcu znalazła, zawieszając wzrok na machającym do nich z oddali Tommym, który biegł z trudem po piasku, pod pachą niosąc wielką księgę.
        - Co tu się do diaska dzieje!? – Ace rozglądał się zszokowany, po czym odruchowo przeżegnał, na koniec całując knykcie, i spojrzał na znajomą sprzedawczynię. Magia!
Avatar użytkownika
Mimosa
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Rain, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Dayanara,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Otoczy cię tutaj zapach fiołków, ale nie taki zwykły jak spotykasz na rabatach czy łąkach. Ten tutejszy jest solidnie przykurzony i trąci starym pergaminem, używanymi meblami i leciwymi książkami. Chociaż aura wydaje się być płochą, intrygująca atmosfera zachęca by zapuścić się w głąb antykwariatu, bo skąd w końcu podobna woń jeśli nie z niezliczonych regałów ze skarbami. Jeżeli jednak jej nie wystraszysz, dasz radę wyczuć dotkliwy smutek, powoli sączący się niczym krew z zapomnianej rany. Na licznych zgromadzonych okładkach, tytuły zaszyfrowano miedzianymi literami, zaś wewnątrz, księgi skrywają sekretne treści wykaligrafowane czcionką ze szczerego srebra. W szafirowych promieniach wpadających przez kryjące się gdzieś wśród półek okna, unoszą się cynkowe kruszyny kurzu, migocząc w powietrzu zupełnie jak maleńkie świetliki. Jak to w starych wnętrzach, powietrze zdaje się być lepkie i nie brak mu kwaśnego smaku, podczas gdy wokół rozlega się kojąca melodia z wplecionymi w nie przyjaznymi tonami. Aż chce się spocząć na stojącym obok fotelu. Problem w tym, że przykrywająca go gładka kapa, chociaż uroczo miękka i początkowo giętka, nagle jakby się zestresuje twoją obecnością, sztywniejąc niczym sparaliżowany strachem królik. Uważaj też bo chociaż koce zwykle nie mają w swoim repertuarze tej cechy, brzegi tego akurat, są wyjątkowo ostre. Tak, wiem, że spodziewałeś się tu przydymionych, leciwych barw a jasność kolorów cię zaskoczyła, ale już idź, wystarczająco nabroiłeś.
Wygląd: Lilly jest istotą tak drobną, że nikt nie wierzy w jej wiek, odejmując jej co najmniej pięć lat, jeśli nie więcej. W głównej mierze to zasługa wzrostu, który przy ostatnim mierzeniu i tylko lekkim wspinaniu się na palce, wyniósł równe dwa łokcie, jedną stopę i jedną dłoń (~155 cm). Swoje dokłada drobna sylwetka, pozbawiona chyba wszelkich mięśni, poza tymi pozwalającymi ... (Więcej)

Postprzez Amarok » Pn gru 03, 2018 7:08 pm

        Amarok niespecjalnie zastanawiał się co może go czekać w upatrzonej kryjówce, ale prawdopodobnie nawet gdyby poważnie rozważył możliwości, rzeczywistość i tak by go zaskoczyła. A trafiło mu się stado wariatów w godzinach szczytu normalnie. Wziął dziewczynę za zakładnika licząc rozwiązać wszystko względnie sprawnie i bez nieprzyjemności, ale tylko ona w miarę możliwości współpracowała. Otoczenie już niekoniecznie. Na przykład biurko czy lada, czy na co tam wpadł, nie zdążył się przyjrzeć, a przecież oczu z tyłu głowy nie miał, postanowiło zastąpić mu drogę ewakuacji.
Wielki, klnący drab tym bardziej zachęcał do rychłego oddalenia się na rozsądną odległość by mogli sobie wszystko wytłumaczyć poza swoim zasięgiem. I wcale nie robił głupot, właśnie przecież próbował ich uniknąć. Inny na jego miejscu nie zastanawiałby się tylko poderżnął dziewczynie gardło i zrobił krwawą łaźnię zamiast ryzykować przywołanie straży miejskiej.
Lecący nań gawron i kot, psiak czy jakieś inne coś na czterech łapach już nie wyglądały tak poważnie. Może gdyby psopodobne coś było rozmiarów solidnego burka, byłoby czym się martwić, ale w tej wersji ekipa nadciągająca z odsieczą niezbyt zwróciła uwagę mężczyzny. Klient, który zjawił się moment później normalny na pewno nie był.
Działa się poważna sprawa, rozbójnik chciał negocjować trzymając zakładniczkę, a ten wlazł i do książki dopadł, gadając do niej jak niespełna rozumu. A potem wszystko zamarło. Normalnie znów film mu się urwał psia jego mać.
        Ocknął się ni z tego ni z owego, siedząc na podłodze. Odzyskując przytomność elf złapał haust powietrza jak osoba wynurzająca się z wody i już miał się zerwać na nagi, ale w ostatniej chwili powstrzymał się, jedynie sztywniejąc i napinając mięśnie.
Nie było mowy by samoistnie stracił przytomność. Jak nic padł ofiarą magii, a Amarok nawet nie tyle odzyskiwał przytomność co uderzyła ona z całą swoją mocą. Ostrożnym i powolnym ruchem rąk odnalazł pochwy na noże, te jednak były puste. Jeden mógł stracić gdy zgubił kontakt z rzeczywistością trzymając dziewczynę, ale drugi. Jak nic go rozbrojono.
        Mężczyzna powiódł oszczędnym wzrokiem po zebranych, na koniec łypiąc na beztroskiego chłopaka. Jacy kuźwa aktorzy czy bohaterowie? Dzieciakowi chyba magia do głowy uderzyła i klepki mu się poprzestawiały, bywały przecież takie przypadki. Już bardziej do rzeczy gadał niedźwiedziowaty drab. W przeciwieństwie do petenta prawił z sensem nawet jeśli niestety nie najlepszym dla skóry rozbójnika. A broni jak nie było tak nie widział, szlag jasny by to trafił. To właśnie trzymało Amaroka w siedzącej pozycji na podłodze. Póki trwała patowa sytuacja a on nie widział możliwości obrony, póty należało ją utrzymywać a przynajmniej samoistnie nie łamać spokoju, co w takowej sytuacji bynajmniej nie byłoby dobre w skutkach.
A przybyły nawijał dalej. Uszaty łypnął ślepiami w jego stronę, na chwilę przestając pilnować osiłka, z którym do tej pory wymieniał “sympatyczne” spojrzenia.
        No raczej, że nie chciał niczyjej krzywdy, chciał wyjść cało z tych nieszczęsnych kłopotów i umknąć pościgowi, czy nikt nie dostrzegał jego dobrej woli? I do stu piekieł skąd gnojek znał jego imię?! A potem natężenie bzdur nasiliło się do tego stopnia, że zbój zignorował bełkotliwy potok słów na poczet obmyślania planu ucieczki. Przynajmniej tak miało być. Ledwie zaczął ostrożnie - tak by nie przyciągnąć nadmiernej uwagi osiłka, oceniać otoczenie i zebranych, ważąc swoje szanse, a ogarnął go chłód a ręce zapadły się w szorstkim piasku.
        I tego właśnie było stanowczo za wiele jak na światopogląd zbója. Amarok już nie wytrzymał z siedzeniem w miejscu. Nawet Ace’a zignorował, gdy ten akurat czynił jakieś religijne pantomimy. Magia, pieprzona czarna magia, powtarzał sobie w myślach ostro odpychając się nogami i rozgarniając piach, gdy odpełzał wciąż siedząc, by wydostać się z przeklętego kręgu.
        - Do wszetecznych czortów, jak niby było? Co opowiedz? Co do najczarniejszej cholery się tu dzieje?! - warknął wstrząśnięty, głosem tracącym dech zupełnie jakby miał za sobą całą staję przebieżki. Rozbrojenie rzezimieszka okazało się nader dobrym pomysłem, gdy teraz został doprowadzony do ostateczności.
Każdy miał swój sposób reagowania na stresujące wydarzenia i przerastające go sytuacje. Jedni zamierali w bezruchu lub rozpoczynali modły do swoich bóstw. Inni panikowali albo zanosili się płaczem. Ci parający się szeroko pojętą wojaczką zazwyczaj przechodzili do czynów zdając się na instynkty. Amarok nie był zwolennikiem zabijania czy ranienia bez powodu, ale przyparty do muru swoje życie i wolność stawiał ponad wszystkim. Teraz nie czuł się ani wolny, ani bezpieczny i patrzył na zgromadzonych spod zmarszczonych brwi, jak wilk zaszczuty przez sforę psów. Byli w mieście nadmorskim, ale od antykwariatu do brzegu nie było aż tak blisko. Jakim cudem wszyscy przenieśli się na plażę i czego chciał od nich dziwak od księgi? Więcej, czego chciał od niego, bo właścicielka przybytku była też posiadaczką księgi, to i powiązanie z całą tą historią mogła mieć. Drab wyglądał na stałego bywalca książkowych kątów. A i niewidoma, tak nie sposób było przeoczyć ułomności dziewczyny, również wydawała się zaznajomiona ze wszystkim. Tylko on był w złym miejscu i czasie, więc zdecydowanie powinni pozwolić mu się ulotnić.
Avatar użytkownika
Amarok
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Nemain, Sherani, Lucien, Elleanore, Dagon, Indigo, Max, Pagani,
Rasa: Przemieniony
Aura: Poszukując tej emanacji musisz się skupić. Żadna melodia nie przywiedzie cię do jej serca, żaden konkretny zapach nie poprowadzi we właściwym kierunku. Czeka na ciebie tylko naturalna cisza i zaledwie cień słonej woni, przywodzącej na myśl coś pomiędzy ludzkim potem a zwykłym zapachem morskich fal. Chociaż może to tylko złudzenie? Skojarzenie wywołane przez nieco ostry, ale przede wszystkim słony smak, a także bursztynowy blask, bijący po oczach? Swym mieniącym się pięknem skrywa on prawdziwe serce emanacji – jej siłę. Zdecydowanie większa niż sugerowałaby jej jasna poświata, stanowi tajemnicę, a lepka, lecz aksamitna i gładka powierzchnia kusi, by ją zgłębić, obiecując przyjemne doznania. Gnąc się pod dotykiem, pyszniąc złotymi barwami, wciąga i mami, najwyraźniej dobrze się bawiąc. Nie oczekuj jednak współczucia, gdy zauroczony zatniesz się ostrą jak brzytwa krawędzią lub podrapiesz o początkowo ukryte szorstkie elementy. Nie licz na wyjaśnienia, a lepiej przygotuj na zderzenie z twardym żelazem, które za nic ma sobie twoje zdziwienie. Czego się spodziewałeś? Nie jesteś nikim na tyle istotnym, by cynowe pasma zdecydowały się przy tobie pozostać. Tak, dobrze widzisz. To nie ty opuszczasz emanację, ale ona ciebie.
Wygląd: Z jednej strony patrząc, Amarok to mężczyzna jakich wielu. Nie rzuca się specjalnie w oczy ani sylwetką, ani fizjonomią. Ot zwykły, dość wyględny facet. Z drugiej jednak jeśli porównać go z zapijaczonymi kowalami, z karczemnymi osiłkami obrośniętymi tłuszczem czy zapuszczonymi wojakami, prezentuje się nad wyraz dobrze. Wyrzeźbiona w trakcie zbójeckiego życia sylwetka liczy ... (Więcej)

Postprzez Kerhje » N sty 06, 2019 3:24 pm

        Mimosa! (…) Przecież mnie kojarzysz, tylko nie pamiętasz, bo losy inaczej się potoczyły i jednak się nie spotkaliśmy, ale musimy!" Kim, na Najłaskawszą Bogini, Panią wszystkiego co żywe, Matkę Natury która jest wszystkim, była Mimosa? A może raczej... Dlaczego stała się nią Lilly i nagle zaczęła rozpoznawać chłopca, mianując go nawet imieniem i rozpoczynając opowieść, której skutki miały dotknąć nawet tych, którzy absolutnie nie chcieli mieć z tym nic do czynienia?
        Księga, księga. To ona musiała być kluczem, ale już jej z nimi nie było. Mimo to wpłynęła na ich życie. Miała władzę nad czasem - tak powiedziała sklepikarka. A chłopiec miał dopiero się pojawić, wcale go nie było. Czy więc... W jakim czasie znajdowali się TERAZ? I czy Tommy Walsh istniał już z całą pewnością? Czy oni wszyscy istnieli NAPRAWDĘ? Pustelniczka przestała być pewna, czy od czasu eksplozji w Valladonie cokolwiek było prawdziwe. Może... Może w rzeczywistości nie przeżyła tamtych wydarzeń?

        Nie było wiele czasu na reagowanie, a już na pewno nie poprawne. Rzeczy się działy, a ich bohaterowie nie mieli nawet za wiele czasu, by spróbować je zrozumieć. Byli jak liście na wietrze, którego kierunku nie sposób określić, bo kiedy tylko wyciągasz chusteczkę ponad głowę, ten raptem zmienia zdanie. I tak za każdym razem, gdy próbujesz wykonać pomiar. Niemniej, z całą pewnością, można było stwierdzić, że jego siła jest ogromna.
        Być może w ten sposób Matka Natura objawiała swoją wolę posłusznym dzieciom. Kerhje z całą pewnością do nich należała, mimo to nie potrafiła jeszcze dojrzeć boskich palców w spotkaniu chłopca powtórzeń. Wydawał się po prostu przypadkową istotą, która zwróciła się do nich o pomoc. A traf chciał, że to Lilly posiadała to, co mogło się w tym przydać. Choć... Czy wsparcie każdej żywej istoty nie jest uszczęśliwianiem Najłaskawszej?

        Amarok rozbił bańkę magicznej ekscytacji (a może samotnego zmierzania się z pomieszaniem zmysłów) reakcją człowieka o zdrowym rozsądku, co paradoksalnie okazało się widokiem upragnionego lądu na wykańczającym bezkresem oceanie. Wszyscy pragnęli teraz jakieś logiki - choćby logicznego zachowania się.
        Rozbójnik miał tylko zakraść się do wyglądającego łagodnie wnętrza i tam dojść do siebie. Z pewnością nie tylko fizycznie - bo to chyba udało mu się osiągnąć lepiej i szybciej niż przewidywał - ale i psychicznie po ostatnich "przygodach". Tymczasem wpakował się w coś, co może i było gorsze od potyczek pełnych krwi- w magię i jej następstwa, których nie rozumiał. Ale przyznajmy szczerze - czy ktokolwiek poza tajemniczym chłopcem pojmował, co się dzieje?
        Kiedy poderwał się wykluczając z kręgu, w jego ślady poszła pustelniczka, a za nią Ace, który widząc jak niewidoma chwieje się bez swego "oczka", na chwilę zapomniał o przerażeniu, na rzecz dobrego wychowania. Chwycił ją za ramię, by potem zaoferować swoje, ale pustelniczka mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem i odeszła kilka małych kroków w kierunku - który jak jej się wydawało - nie prowadził w stronę morza, a wzdłuż niego. Tym samym niemal wpadła na idącego w ich kierunku chłopca, ale ten odskoczył w ostatnim momencie i zatrzymał się, patrząc najpierw na nią ogromnymi zatroskanymi oczyma, potem na nierozumiejącego nic Ace'a, na końcu zaś Amaroka, który wyglądał nie lepiej. Jednak to twarz zataczającej się dziewczyny najmocniej go wzburzyła.
- Dlaczego panienka płacze? - ciepły głos rozległ się tuż obok niej i zatrzymała się zawstydzona swoim stanem. - Przecież tak nie może być! Jak dbacie o swoją przyjaciółkę?
        Wiatr rozwiewał włosy. Był przenikliwy i chłodny, lecz nie było to jego ujmą. Przeciwnie - pragnęło się odsłonić całe ciało na jego działanie i dać mu oczyścić, a emocje ostudzić. Wiatr jednak odsłaniał również to, co chciało pozostać niewidoczne - palcami gładząc policzki pustelniczki, uświadomił ją, że są mokre od łez. Nawet nie zarejestrowała, kiedy jej usta zaczęły się poruszać. Nie pamiętała myśli, które mogły dać powód zaistnienia wypowiadanych słów.
- To nie są moi przyjaciele. Dlatego płaczę. Moja przyjaciółka jest daleko i boję się, że już jej nie zobaczę. Że zniknie, tak jak każdy, kto był mi bliski...
        Wypowiedziawszy te słowa, zdała sobie sprawę, że nie potrzebowały nowych myśli, by zaistnieć, gdyż cały czas leżały na dnie jej serca. Od czasu rozstania z Hashirą, jakkolwiek niewiarygodne rzeczy by się nie działy, tak naprawdę do głębi przejęta była tylko tą kwestią. Smutek i samotność, które zatruwały jej krew nieustannie na nią oddziaływały. Na szczęście zajęcie się aktualnymi wydarzeniami pomagały stłumić te emocje. Mimo to, z jakiegoś powodu, coś uwolniło skrywany smutek.
- Oh… Rozumiem. W pewnym sensie, bo widzisz... Ja też zniknąłem z czyjegoś życia i na pewno te osoby też za mną tęsknią. Chyba oboje potrzebujemy dobrego zakończenia. Każdy zresztą na nie zasługuje - wypowiadając zaś ostatnie słowa spojrzał raz jeszcze na Amaroka. - Może i panu zdołalibyśmy pomóc. Tak jak pan nam. Każdy czasem się gubi i potrzebuje pomocy w odnalezieniu drogi.
Avatar użytkownika
Kerhje
Przybysz z Krainy Rzeczywistości
 
Inne Postacie: Smilla, Eldrizze, Umm, Zgniłek, Øra, Ophelia, Spinka,
Rasa: człowiek, pustelniczka
Aura: Młoda i lśniąca aura, która odrobinę trąci samotnością. Jej barwy przeplatają się i mieszają od soczystego i wyraźnego kobaltu, przepływając w nasycony barachit i odwrotnie. Tak jak jej kolory połyskują świeżością, tak wokół pulsuje jasno świecący obsydian. Harmonii dopełniają kojące dźwięki wybrzmiewające do wtóru ze stałym tonem charakterystycznym dla ziemi. Czuć tu zapach ludzkiego potu, mieszający się z wonią mchów i lasów. Sama aura jest raczej delikatna. Dominuje w niej miękkość mimo niewielkiego twardego aspektu. Mimo drobnego wyjątku nie jest też zbyt giętka, zbliżając się do sztywności. Ma jednak ostre krawędzie, które to są jej główną bronią wraz z przyjemną i aksamitną gładkością. Smak aury pasuje do jej obrazu, charakteryzując się łagodnością, dzięki której znaczna lepkość nie jest przykrą.
Wygląd: Kerhje mierzy 5 stóp i 2 dłonie (163cm) wzrostu, choć trzeba przyznać, że nie bardzo orientuje się czy to oznacza bycie wysokim czy niskim. W końcu nie miała za bardzo możliwości porównywania się z innymi. Jest szczupła, a jej ciało jest zdrowe i w dobrej kondycji. Jej skóra jest jasna ale ma ciepły odcień, przez co kontrastuje z ciemnymi, prawie czarnymi włosami. Kerhje lubi ... (Więcej)
Uwagi: Kerhje zazwyczaj ma zamknięte oczy, a buty ubiera zwykle do miasta.

Postprzez Mimosa » Pt sty 11, 2019 10:52 am

        Lilly jako ostatnia wstała z ziemi. Wiedziała, co robi… mniej więcej w każdym razie, i to napawało ją niepewnością, ale to zrywający się z ziemi towarzysze wzbudzili w niej lęk. Ich panika udzieliła się dziewczynie i ta poderwała się na równe nogi, cofając o krok od rzucających się ludzi. Oczy miała szeroko otwarte i nerwowo obciągała rękawy na dłoniach, spoglądając na każdego po kolei w przestrachu. Najbardziej martwiła się o Kerhje, która ruszyła wzdłuż linii brzegu, chwiejąc się lekko, niepewna drogi. Tommy dopadł do niej, podtrzymując, nim w końcu Ace przejął od niego ten obowiązek, zbierając się w sobie najszybciej z obecnych. Mim ciągle się nie odzywała, wystraszona własnymi działaniami i to do niej ruszył wtedy Walsh.
- Mim, nie mamy wiele czasu, zaraz zniknę, musicie mnie znaleźć – mówił szybko, przekazując dziewczynie księgę, którą ta przejęła odruchowo.
- Ale…
- Musisz ich poprowadzić. Musicie mnie znaleźć – powtarzał, a Lilly potrząsała głową w nagłej panice.
- Ale ja nie umiem.
- Umiesz. Rób to co zawsze, opowiedz tą historię i doprowadź ją do końca. Wszystko się ułoży, przecież wiesz.
- Nie wiem – zaprotestowała, milknąc szybko i obejmując księgę ramionami, jakby chciała się za nią schować. – Nie chcę… – dodała już ciszej, pełna lęku i wahania.
Chciała wrócić do domu, z Nesbo. Zaszyć się w swoim antykwariacie, zapaść w fotelu z herbatą i przez cały dzień czytać książkę. Nie nadawała się do prowadzenia ludzi, nie była takim typem człowieka. Nie przebywała z innymi, a jeśli już do tego dochodziło to podążała zazwyczaj za kimś bezwolnie, starając się po prostu przetrwać, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmiało nawet w codziennych zmaganiach.
Rozterki malowały się na jej twarzy i Tommy przejechał dłonią przez czuprynę brązowych włosów. Tylko nieco lepsza znajomość dziewczyny (której ona wciąż nie była świadoma) powstrzymywała go od złapania ją za ramiona i lekkim potrząśnięciu. Musiał wiedzieć, że to wywołałoby tylko odwrotny skutek.
- Poradzisz sobie. Wiem, bo to wszystko się już zdarzyło i nie może być inaczej, rozumiesz? – zapytał spokojnie, ale Mimosa ciągle kręciła przecząco głową. Nagła fala wątpliwości zalała ją w momencie, w którym jej towarzysze zareagowali tak gwałtownie. To, co początkowo wydawało się naturalną koleją rzeczy, tylko kolejną historią, jedynie z większą ilością bohaterów, teraz zaczęło ją przytłaczać. Chłopak westchnął ciężko, ale wciąż spoglądał na nią łagodnie.
– Musisz. Musicie zrobić to razem, tak ma być. Nie mamy więcej czasu Mim, znajdźcie mnie – powiedział i cofnął się od dziewczyny o krok, spoglądając ostatni raz na wszystkich wokół siebie. – Zaufajcie jej proszę. I pomóżcie mi wrócić do domu.
        Po tych słowach rozpłynął się w powietrzu niczym miraż, a Lilly drgnęła, jeszcze chwilę szukając go wzrokiem. Co gorsza, mimowolnie traktowała go jako jedyną osłonę przed niezadowoleniem swoich towarzyszy, których reakcji wciąż się obawiała. Czuła, że Kerhje była jej najbliższą duszą w tym zamieszaniu, ale niewidoma rozsypała się teraz zupełnie. Nie mogła też oprzeć się w znajomym kliencie, bo Ace zajęty był doprowadzaniem dziewczyny do porządku. Obejmował ją jednym ramieniem, pozwalając wesprzeć się na drugim i osłaniając nieco przed wiatrem, który targał nimi wszystkimi. Amarok zaś… na bandytę Lilly bała się w ogóle podnieść spojrzenie, zerkając na niego tylko krótko, gdy nie patrzył. Tylko Nesbo wyczuł emocje swojej opiekunki i podbiegł do niej, wspinając się szybko po nogawce i obciągając sweter, gdy gramolił się na ramię dziewczyny, spoczywając na jej ramieniu, pod rozszarpanym już przez wiatr warkoczem.
- Lilly?
Dziewczyna poderwała gwałtownie głowę, spoglądając na Ace’a, który nawet pominął zwyczajowe „panienko”, najwyraźniej uznając, że sytuacja nie wymaga już takich grzeczności. Spoglądał na nią pytająco, a Mim wiła się we własnych myślach. Nie umiała prowadzić. Nie umiała podejmować decyzji za innych, nie chciała tego robić. Nie chciała brać takiej odpowiedzialności. Może da radę jeszcze to wszystko odkręcić? Wrócić do antykwariatu, pozwolić im wszystkim rozejść się do ich własnej codzienności, nie zmąconej jej obecnością?
- Lilly? Musimy się gdzieś schować, bo nas przewieje.
Oczywistym było, że Northug ma na myśli ją i Kerhje. Tylko one nie miały na sobie nic poza swetrami, a pogoda, chociaż jesienna (dobrze, że na tym jeszcze się wszyscy nie ufiksowali, bo nie wiedziałaby jak to wyjaśnić), wciąż była nieprzyjazna. Chłodny wiatr wdzierał się przez dziurki w dzierganych swetrach, wywołując gęsią skórkę i nieprzyjemne drżenie. Bankier zarzucił na niewidomą swój niedźwiedzi płaszcz, ale wciąż wydawało się, że nie przeszkadza mu zimno. Lilly niemal mechanicznie skinęła głową.
- Tam… tam kawałek dalej jest chatka.
- Możemy wrócić do antykwariatu… - zaproponował, ale dziewczyna pokręciła głową.
- Jesteśmy daleko od miasta. Tam jest bliżej. Nikogo nie ma, ale w środku będzie ciepło.
- W takim razie chodźmy. – Mężczyzna skinął głową i ruszył przodem, prowadząc ostrożnie Kerhje po piaskach. Lilly stała jeszcze chwilę w miejscu, ściskając kurczowo księgę. W końcu podniosła niepewne spojrzenie na zakapturzonego mężczyznę.
- Amarok… czy mógłbyś pójść z nami? Proszę… - powiedziała nieśmiało. – Wiem, że to wszystko jest dziwne. Przepraszam, że zostałeś w to wciągnięty.
Dziewczyna jak zawsze śmiało brała na siebie winę za wszelkie krzywdy na świecie. Skrzywiła się nieznacznie, nie wiedząc, co może powiedzieć, żeby nie pogorszyć sytuacji. W międzyczasie Nesbo zbiegł z niej na ziemię, co wykorzystała do poprawienia swetra, a spoglądając wszędzie, tylko nie na osobę, do której mówiła, nawet nie zauważyła, że zwierzak wspinał się właśnie po nodze rozbójnika, by za chwilę władować mu się do kieszeni. Gdy Lilly znów spojrzała na mężczyznę, smoczek zniknął już gdzieś pod połami płaszcza.
- Nie poradzę sobie z tym sama – powiedziała nagle rozbrajająco szczerze. Jakby okazanie słabości przed kimś zupełnie obcym było łatwiejsze, niż odsłonięcie się przed Acem, który, miała taką nadzieję przynajmniej, jeszcze wielokrotnie będzie zaglądał do antykwariatu. A niedoszłego włamywacza prawdopodobnie już nigdy więcej po tym wszystkim nie zobaczy.
- Możesz mi pomóc, proszę?
        Nie miała nic więcej, to było wszystko, co mogła powiedzieć. Nie znała się na intrygach, podstępach, broń losie fortelach mających na celu zmuszenie kogoś do robienia tego, co chciała. Mogła tylko poprosić. Już i tak prawie zapadła się pod ziemię. Jeśli Amarok postanowi odejść to trudno, przecież nie mogła go zatrzymać. Tylko czy wtedy uda się to wszystko? I czy w ogóle jemu uda się odejść? Wbrew temu, co wszyscy sądzili, dziewczyna nie wiedziała wiele więcej od nich. Połowa wciąż była dla niej niejasna, a w drugą połowę by jej nawet nie uwierzyli. Poza tym sytuacja zwyczajnie ją przerastała.
Na dodatek, gdy w końcu znów spojrzała nieśmiało na mężczyznę, oczekując odpowiedzi, jakakolwiek by ona nie była, dostrzegła Nesbo plączącego się gdzieś po płaszczu rozbójnika i załamała się ostatecznie.
- Nesbo, zlituj się – jęknęła, a stworzonko wystawiło łepek w jej stronę, spoglądając na nią zupełnie niewinnie, mimo pyszczka wypchanego po brzegi ostatnim krakersem.
Avatar użytkownika
Mimosa
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Callisto, Leila, Avellana, Sonea, Mathias, Emma, Cat, Lexi, Maia, Ananke, Eva, Rakel, Lena, Rain, Kimiko, Kiki, Astarte, Segen, Dayanara,
Rasa: Błogosławiona
Aura: Otoczy cię tutaj zapach fiołków, ale nie taki zwykły jak spotykasz na rabatach czy łąkach. Ten tutejszy jest solidnie przykurzony i trąci starym pergaminem, używanymi meblami i leciwymi książkami. Chociaż aura wydaje się być płochą, intrygująca atmosfera zachęca by zapuścić się w głąb antykwariatu, bo skąd w końcu podobna woń jeśli nie z niezliczonych regałów ze skarbami. Jeżeli jednak jej nie wystraszysz, dasz radę wyczuć dotkliwy smutek, powoli sączący się niczym krew z zapomnianej rany. Na licznych zgromadzonych okładkach, tytuły zaszyfrowano miedzianymi literami, zaś wewnątrz, księgi skrywają sekretne treści wykaligrafowane czcionką ze szczerego srebra. W szafirowych promieniach wpadających przez kryjące się gdzieś wśród półek okna, unoszą się cynkowe kruszyny kurzu, migocząc w powietrzu zupełnie jak maleńkie świetliki. Jak to w starych wnętrzach, powietrze zdaje się być lepkie i nie brak mu kwaśnego smaku, podczas gdy wokół rozlega się kojąca melodia z wplecionymi w nie przyjaznymi tonami. Aż chce się spocząć na stojącym obok fotelu. Problem w tym, że przykrywająca go gładka kapa, chociaż uroczo miękka i początkowo giętka, nagle jakby się zestresuje twoją obecnością, sztywniejąc niczym sparaliżowany strachem królik. Uważaj też bo chociaż koce zwykle nie mają w swoim repertuarze tej cechy, brzegi tego akurat, są wyjątkowo ostre. Tak, wiem, że spodziewałeś się tu przydymionych, leciwych barw a jasność kolorów cię zaskoczyła, ale już idź, wystarczająco nabroiłeś.
Wygląd: Lilly jest istotą tak drobną, że nikt nie wierzy w jej wiek, odejmując jej co najmniej pięć lat, jeśli nie więcej. W głównej mierze to zasługa wzrostu, który przy ostatnim mierzeniu i tylko lekkim wspinaniu się na palce, wyniósł równe dwa łokcie, jedną stopę i jedną dłoń (~155 cm). Swoje dokłada drobna sylwetka, pozbawiona chyba wszelkich mięśni, poza tymi pozwalającymi ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Turmalia

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron