[Turmalia] Mechaniczne ptaki


Malownicze miasto położone na środkowym wybrzeżu jadeitów. Słynące z ogromnego Białego Pałacu królowej i nietypowej architektury. W owym mieście budowle malowane są na kolory bardzo jasne, zazwyczaj białe i niebieskie. Wszelki wzory zdobnicze tutaj kojarzyć się mają z przepięknym oceanem. Rzecz jasna znajduje się tutaj ogromny port handlowy.

Postprzez Funtka » Śr wrz 19, 2018 12:58 pm

        Na początku szła spokojnie. Co prawda kiedy uświadamiała sobie, że jej oponent może (choć niby po co?) patrzeć za nią, oblepiało ją piekące wrażenie, że zaraz się potknie i wyląduje na ziemi, twarzą w piachu. Wybijało ją to z lekka z rytmu, ale o statecznie przyzwyczajona była do tego uczucia. Zawsze gdy wywoływano ją na środek klasy czy audytorium, czy miała coś mądrego do powiedzenia czy nie, zawsze drżała jak osika wbita nie w to miejsce wampira, w które trzeba - wystarczyło, że musiała wstać ze swego miejsca i podejść do innego odprowadzana nieliczną nawet ilością rówieśniczych zerknięć. Z resztą gdy musiała tylko wstać jej organizm reagował podobnie - po prostu wolałaby się nie wychylać. Nie zawsze. Po prostu swobodnie wypowiadać się nie umiała przy ludziach i młodych elfach!
Przyspieszyła. Obeszła właściwą uliczkę nieco dookoła, niczym próbujący zmylić tropy zbieg. Idealne zachowanie dla dobrze wychowanej dziewczyny, ale ważne, że oddalała się od niebezpieczeństwa.
       Po paru chwilach przyłapała się na tym, że biegnie. Z pełnym koszykiem, z rozwianym włosem i boso, jakby ją kto gonił, a ludzie już poczęli się niekiedy oglądać. Zrobiło jej się głupio jeszcze zanim wytłumaczyła sobie, że to wszystko z nerwów. Przez tego przeklętego chłoptasia! I wtem zrobiło jej się głupio drugi raz, bo wcale nie chciała przez niego znowu uciekać. Zwolniła i zrobiła dumną minę, jakby to mogło w czymś pomóc. Na drżących nogach postępowała ku furtce do domku swojego państwa, myśląc intensywnie.
       Co ma powiedzieć? Przecież nie oznajmi, że chce mieć wolne popołudnie by wpaść na obiad do nieznajomego młodzieńca… bo nie chciała właściwie. Nie chciała? Dobrze, nie była pewna co robiła i jakie odczucia się z tym wiązały, ale znalazła po chwili wytłumaczenie dla swojej decyzji - przecież nawet nie do niego wstąpi! Sam podkreślał, że to jego ojciec wpadł na ten pomysł. I właśnie - została zaproszona przez szanowanego (sądząc po spojrzeniach mu rzucanych) kupca, bo rozmawiała z jego synem. Nieco opacznie zinterpretował całe to niefortunne zajście, ale odmówić nie wypadało. Poza tym powinna poznawać ludzi. Uczyć się tego. A z dorosłymi i innymi starszymi zawsze z jakiś powodów było jej łatwiej. Dobrze to wykorzystać, a im więcej zdobędzie znajomości na własną rękę tym lepiej. Nie wiedziała jeszcze czy może jej się to kiedyś do czego przydać, ale na pewno był to dobry trening charakteru. Ha! Da sobie popalić jak nigdy.

       Na nowo zadowolona weszła by odłożyć zakupy, po drodze zaczepiając śpiącego na nagrzanym kamiennym schodku kota. Nie był to ichni zwierzak, bo pani Florencja nie wykazywała się zbytnim zamiłowaniem do przyrody ożywionej ‘za bardzo’ i poza roślinami tolerowała tylko kury, mając chyba na uwadze, że pewnego pięknego dnia obetnie im głowy.
       Koty jednak przychodziły ochoczo, podkarmiane potajemnie przez męża (o czym żona i Funcia nie wiedziały) oraz nową pomoc domową (o czym nie wiedzieli mąż i żona), a rozpieszczane też resztkami wyrzucanymi przez okno rękami samej Florencji (do czego się nie przyznawała). Tak więc żyli tu w całkiem pokaźnej gromadce, choć zasada niewpuszczania śerściuchów do domu była żelazna. Trochę trudno było o to zadbać w gorętsze dni, gdy dla przeciągu otwierało się wszystko co możliwe, ale kotów wbrew różnym legendom wcale nie ciągnęło do kobiety z miotłą czającej się wewnątrz. Teraz też bury półdzikus mimo otwartych drzwi pozostał na zewnątrz i leniwym wzrokiem wszechwiedzącego medium patrzył na młodą ludzką dziewczynę wchodzącą do sieni, po czym przeciągnął się i ponownie zasnął.

       Rozmowa z Florencją nie trwała długo - odbywała się urywkami między wypakowywaniem jednej rzeczy, a drugiej, otwieraniem szaf i kredensów, przesuwaniem słoiczków.
       - Marco? Stary Marco chce widzieć cię na obiedzie? No ciekawe. - Dama jak zawsze była rzeczowa. - Możesz iść proszę, jasnotę przyniesiesz później. Tylko nie baluj tam za długo, bo chciałabym jeszcze dzisiaj odkurzyć biblioteczkę, więc będziesz potrzebna.
       Funcia skinęła i już miała nadzieję, że na tym się skończy, kiedy kobieta wtrąciła:
       - Ale jak to się stało właściwie - popatrzyła po młodej podejrzliwie - że ktoś taki pragnie twojego towarzystwa?
       No pięknie, to było prawie jak niebezpośrednie oskarżenie o uwodzenie kupców w bardzo dojrzałym wieku! O nie, nie, Yuumi nie była dziewczyną tego typu!
       - To… rozmawiałam z jego synem przy stoisku (poznałam go wczoraj) i kiedy to zauważył bardzo się ucieszył. - Wyjaśniła pospiesznie - Wygląda na to, że Marco junior nie ma za wielu przyjaciół, więc chyba chciał mnie przy nim zatrzymać. - Dodała aż nazbyt szczerze, ładnie omijając przy tym wszelkie wątpliwości, podejrzenia i słowa o żonach.
       Ku jej zdziwieniu Florencja roześmiała się cicho i poklepała ją po ramieniu.
       - Tak, tak może być. Młody Marco to bardzo specyficzna osoba, nie widuje się go raczej z kolegami, o koleżankach już nie wspominając. Idź w takim razie dziecko, idź i zrób im tę przyjemność.

       Więc Yuumi poszła, by wszystkim było miło: i jemu, i jej, i sąsiadce, i psu sąsiada, i merowi miasta. Tym razem wolniej, choć jakoś tak wewnątrz klatki piersiowej czuła przynaglenie, jakby miała do czego się spieszyć. A, no tak - trzeba było zobaczyć co z tą jasnotą.
       Wyszła zza tego samego niewłaściwego rogu, za którym wcześniej zniknęła (jak już robić głupoty to konsekwentnie) i spokojnie, jak najbardziej powściągając nerwy przedobiadowe podeszła do swojego młodzieńca. Prawie swojego. (Kwestie semantyczne?)
Stał i czekał na nią jak przystało i chyba nawet kupił co należało. Wybornie. Powitał ją także niezmiernie gorąco i wepchnął w ręce zioła. Bardzo mu było przykro.
       - Mi też. - Odparła niemal ze szczerym żalem. - A teraz prowadź. - Stanęła bliziutko obok i gestem głowy wskazała, że nie wie, w którą iść stronę.
Avatar użytkownika
Funtka
Błądzący po drugiej stronie
 
Nagrody: ObrazekObrazekObrazek
Inne Postacie: Kana, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta,
Rasa: Człowiek (w 1/4 Elf po babci)
Aura: Emanacja nie szczyci się zbyt wielką siłą. Z oddali zaś można dostrzec, iż została podzielona na trzy pasy barw. Podstawą jest kobaltowy, idealnie prosty i okrążający powłokę. Wyżej widnieje srebrny, jego krawędzie są delikatnie, ale także symetrycznie pofalowane. Na szczycie natomiast znajduje się kompletnie nieregularne i nierówne miedziane pasmo, plamki tej farby są również gdzieniegdzie w niższych partiach aury. Całość otula światło ametystowe zjawisko mieszające się ze szmaragdowym, może to delikatnie przypominać zorze polarną. Słychać przyjemną dla ucha harmonijną melodię przechodząca powoli i ostrożnie z jednego tonu w drugi. Jeśli chodzi o wytwarzaną woń, to nie należy ona do tych ładnych, ponieważ jest to zapach ludzkiego potu. W dotyku powłoka okazuje się zatrważająco miękka. Gnie się łatwo i prezentuje swą elastyczność, od czasu do czasu niespodziewanie sztywnieje, co również wzbudza uczucie niepokoju. Zwłaszcza iż właśnie wtedy najlepiej widać niebezpieczne, ostre jak brzytwa krańce. Skryte wcześnie przed cienką warstwą puchu. W smaku nieco pikantna, ale nie pali tak strasznie w język. Dodatkowo delikatnie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Yuumi jest panną raczej niskiego wzrostu, a przy tym dość chudą i całkiem zgrabną, gdyż mierząc 160 cm wzrostu waży 50 kilogramów. Jest to akurat lekko nad pograniczem z niedowagą, jednak zupełnie nie widać tego po jej pełnej, dziecinnej twarzyczce, otulonej kosmykami ciemnobrązowych, jakby popielatych włosów, ściętych na krótko i nie do końca równo, co z resztą dziewczynie ... (Więcej)
Uwagi: Posiada amulet, który świeci na czerwono, gdy zbliża się do niej ktoś o złych intencjach - jeśli masz takowe zauważy to.

Postprzez Fabio » Pt wrz 21, 2018 9:09 am

        Płonący przez parę chwil kaganek zgaszony został do cna przez gwałtowny podmuch zamorskiego wiatru. A więc nie było już nadziei. Można było na spokojnie spuścić ramiona, odwrócić wzrok i z pokorą poddać się cierpieniu, które zgotował los, to znaczy - które najwidoczniej było tu naprawdę potrzebne. Ba, do tego cierpienia, do tej sali tortur, nie wystarczyły po prostu pójść. Trzeba tam było jeszcze zaprowadzić swego kata, tak że brzmiało to tylko jak kolejna podła, poniżająca zabawa wymyślona przez żądny krwi motłoch. Ileż razy robiono sobie błaznów z przestępców i rzezimieszków, by tym radośniej móc oglądać potem ich śmierć! Głowy spadające tępo z szafotu na bruk, krew sikająca strumieniami, nogi drżące w ostatniej konwulsji albo nawet rumieńce wstydu - za mało to było dla bezlitosnej gawiedzi! Przedstawienia, wołali, ukrzyżuj!
        Zresztą, nawet nie jacyś „oni”, tylko ten jeden, konkretny, ten ojciec fabiowy, niespełniony romantyk. To on tu był głównym sprawcą, a ci, którzy tej pannie pozwalali w ogóle na podobne eskapady, nie więcej byli rozsądni, niż stary kupiec. Ale dobrze. Dobrze, niech ta szopka trwa. Z drugiej strony… W kwestii samego kata Fabio miał nawet sekundę zwątpienia. Bo czy to na pewno była ona? Dla niego tak, ale czy nie działało to w obie strony i to przypadkiem nie on był katem dla niej? To do swego domu miał ją przecież prowadzić. A kto mieszka w domu tortur, jak nie sam kat. Ta sprawa od początku mogłaby generalnie być trochę łatwiejsza.
        - Chodźmy zatem - rzekł niemal dostojnie. Panienka stanęła u jego boku; na tyle blisko, że etykieta pewnych sfer nakazywałaby wręcz: należy, by ujęła go teraz pod ramię. Dobrze, że od zawsze jedynymi etykietami, na jakie zwracał uwagę, były te oznaczające preparaty anatomiczne w słojach z formaliną. O jeden problem mniej.
        Skoro przynajmniej te kwestie pozostawały jako-tako określone, można było iść. A więc szli. Szli, prowadzeni przez Fabia, i mogło się nawet zdawać, że prezentowali się naprawdę nienajgorzej, kto wie, może nawet całkiem znośnie. On trochę wyższy od niej, jak to przystało na męża, to jest, mężżż…czyznę, ona taka drobniejsza, z pozoru nawet bardzo ładnie skromna i do prawdy niewieścia. Gdyby jeszcze połączyli te ręce, gdyby go ujęła, choćby delikatnie, gdyby uniósł w ogóle przedramię, zamiast udawać, że tego nie chce i nie potrzebuje, to para byłaby z nich elegancka. A przynajmniej tak odbijali się w oczach każdego, kogo mijali, bo i sam Fabio miał tym razem wrażenie, że widzi ich naprawdę cała Turmalia. Że wszyscy zebrali się dzisiaj przy jednej z głównych ulic, by podziwiać młodą parę. Młodą. Parę.
        No bo czy zawsze przy tym stoisku z kwiatami było tak dużo… kwiatów? Lilie, niezapominajki, bogowie wiedzą, skąd się tu brały te wszystkie marne okazy botaniczne, służące symbolicznie za wkład do panieńskiego bukietu! I czy to coś, co wynosił na drewnianych tacach piekarz, co pachniało szałwią i kolendrą, to był chleb w kształcie niemal doskonałego koła, jaki w pewnych kulturach podawano podczas uczty weselnej? Kiedy po drodze jakaś dzieweczka niosąca dwa duże worki potknęła się i na ich oboje, kroczących marszowo, rozsypało się trochę ryżu, Fabio zaczął panikować. Już nawet nie słyszał gorących przeprosin tej nieostrożnej dziewuchy, tylko przyspieszył jakoś kroku. Ależ miał mętlik w głowie, ależ huragan!
        Nie był gotowy na ożenek. Kiedy tak zerkał z ukosa na tę idącą obok wiedźmę w skórze wróżki, to tym bardziej był pewien, że i ona raczej nie śpieszy się do ołtarza. Chociaż kto je tam wie, o kobietach parających się magią mówi się nieraz dużo i dużo z tego może być prawdą. Ta tutaj mogła liczyć sobie dwadzieścia, może trzydzieści wiosen więcej, niż sugerowałby jej wygląd. Tak jest! Z tymi magicznymi pannami to nigdy nie było wiadomo, w co on się w ogóle pakował!
        Gdzieś na odpowiedni zakręcie naszła go jeszcze jedna myśl: a gdyby tak skręcić nieodpowiednio właśnie? Przejść parę ulic, wyjść poza mury miasta i oznajmić, że się zgubili, ale że to już nie jego sprawa…!
        Ale nie. Nie.
        Jak srodze musiałaby się wówczas z niego naśmiewać: że nie wie nawet, którędy trafić do swojego domu.  To jakiś absurd.
        A więc, chcąc nie chcąc, w końcu poza starą część Turmalii i wkroczyli między nowe domostwa, a wśród tych doprawdy trudno było już przegapić skromną rezydencyjkę kupca Marco. Nie tylko dlatego, że bielone wapnem ściany wymalowano tu w najbardziej fantazyjne błękitne wzory ze wszystkich w okolicy, ale też przez wzgląd na drewniano-podmurowaną przybudówkę, wyróżniającą się jaśniejszym dachem z jednej strony domu - tam, gdzie mieściła się pracownia samego Fabia. Tu też musiało wydarzyć się jeszcze coś skrajnie nieoczekiwanego. Wydarzyła się stara sąsiadka.
        Pani Jutrzejsza (nie było to podobno jej prawdziwe nazwisko, ale przydomek wywodzący się z faktu, że w plotkowaniu doszła do perfekcji tak znacznej, by móc przewidywać pikantne szczególiki najbliższych dni) siedziała jak zwykle na fotelu przed swoim domem, na werandzie wzniesionej przed dwoma laty. Karmiła zieloną papużkę rodzynkami z trzymanej na kolanach pateny, ale z kilometra znać było, że tak naprawdę obserwuje całe otoczenie. I gdy przechodzili obok nagle się uśmiechnęła. Uśmiechnęła się tym potwornym rodzajem uśmiechu, które nie obejmuje oczu, w ich bowiem pozostają tylko iskierki sugerujące pewną dozę czystego okrucieństwa. Tak musiałaby uśmiechać się sama plotka, gdyby ją uosobić.
        - Dzień dobry - przywitał się szybko Fabio, dla zasady, ale czuł nadal palące spojrzenie na plecach nawet wtedy, kiedy prowadził już swoją chcąc nie chcąc przyjaciółkę do ołtarza. Znaczy do drzwi! Drzwi! Zdążyło go jeszcze zirytować to, że chwilę przed ich wejściem do środka, na piętrze poruszyła się kotara w oknie. Ojciec ich wyczekiwał!
        Jeszcze w drzwiach Fabio zatrzymał się i zmusił dzieweczkę do kontaktu wzrokowego na parę niepokojących chwil.
        - Bardzo miło mi cię gościć - rzekł formalnie, skinął ładnie głową, i dopiero faktycznie zapraszał do przestronnego holu. Z piętra, po schodach, spływała już dostojna postać Klaudiusza Marco.
        - Moje dzieci! - rzekł dobrotliwie, rozkładając ręce. Fabiowi zrobiło się niedobrze.
Avatar użytkownika
Fabio
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Lasota, Vertan, Mezzrat, Bua,
Rasa: człowiek
Aura: Możesz spojrzeć na tę emanację i pomyśleć, że wiesz co widzisz. Bo wiesz! Młodziutka aura niczego nie będzie ukrywać, choć nie każdy dostrzeże to samo. Na pewno nie można powiedzieć, że jest pozbawiona siły, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jak pobłyskuje młodzieńczo. Jednak choć ukształtowana ponad wiek doświadczeniem i wiedzą jest pozbawiona tej magicznej iskry, która mogłaby uczynić ją nieco bardziej wyraźną. Lecz to absolutnie nie jest problemem. Nie dla niej! Powstała z szalonych pokładów miedzi, ostrego szkicu, gdzie drapieżnie połączone kreski największego z mistrzów przechodzą płynnie w finezyjne łuczki i spirale gnąc się zaciekle na nijakich kartkach, opracowana szeregiem miedzianych rzeźb i figurek ni miękkich to ni twardawych, złożona z raniących palce tak suchych jak lepkich błyszczących elementów, dumnie rozkłada skrzydła niezdolne do lotu i oświetla je płochliwą poświatą w kolorze szmaragdu. Jej wnętrze, jej żyjące własnym życiem mechaniczne wnętrze, przebija się przez artystyczną powłokę oślepiającym kobaltem, a gdy po paru zaciekłych próbach oderwania stóp od ziemi zaczyna załamywać się pod własnym ciężarem, dochodzi Cię niespotykana mieszanina zapachów zastępująca kłęby dymu i jakiekolwiek adekwatne dźwięki rozpadu. Sztuczne i organiczne splatają się ze sobą tworząc trudną do rozszyfrowania gamę - woń potu przechodzi w ulotną pozostałość smaru i farb, a wreszcie przyłącza się do nich aromat różnych innych tworzyw, z których zapewne nie wszystkie znasz. Jeśli bardzo się skupisz i będziesz miał dość szczęścia, gdzieś tam z tyłu wyczujesz tajemniczą nutkę pomarańczy oraz lilii, słabą i ulotną niczym nieopowiedziane dzieje zapomnianych już ludzi. Wszystkie te zapachy sprawiają, że trudno dobrze odebrać smak - w jego goryczy kryją się słodkie ścieżki, a kwaskowaty posmak raz zdaje się być pikantny innym razem całkowicie łagodny. Z czasem można dojść do wniosku, że da się poznać w nim barwę głębokiej samotności, ale kto wie czy jest to istotne, kiedy złamana konstrukcja na nowo podnosi się, staje na nogi i po raz kolejny szykuje się do lotu.
Wygląd: To słynne powiedzonko o wodzie cichej, co zrywa brzegi, pasuje w tym przypadku jak ulał, bo Fabio to rzeczywiście najbardziej niepozorny geniusz, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Jest co prawda wysoki jak na swój wiek, ale przy tym bardzo chudy, o wąskich ramionach, trochę przygarbiony od częstego pochylania się nad stołem pełnym szkiców albo nad drobnymi elementami misternych ... (Więcej)

Postprzez Funtka » Pn paź 01, 2018 10:09 pm

        W początkowych chwilach nieswojo czuła się idąc ramię w ramię z niedoszłym/byłym/może prześladowcą, którego sama się w sumie uczepiła dnia dzisiejszego. Bo co to miało, że niby być? Wpadła w końcu w jego pułapkę, czy wręcz przeciwnie? Czemu teraz podążała ku jego chałupce? I dlaczego kusiło ją, by faktycznie iść z tym niedżentelmenem pod ramię? Byłoby wygodnie.
       Ale nie, nie! Na to nie było najmniejszych szans. Młodzieniec reagował na jej towarzystwo jak wielu innych rówieśników - niechętnie-obojętnie. Nie było więc mowy, by spoufalała się bardziej niż to konieczne. Już wystarczyło, że wepchnie mu się na obiadek. Na zaproszenie jego ojca, więc tak jakby prawie wcale nie do niego.
       Zerknęła na niego z ukosa.
       Tak, to rozwiało przynajmniej tę jedną wątpliwość - nie wszystko poszło po jego myśli. Właściwie najpewniej by orzec można, że jego drogi ascendent zupełnie pokrzyżował mu plany i wytrącił przy tem nieco z równowagi, w której być może panicz Fabio się przez parę tam sekund znajdował.
       Tyle dobrze. A więc idąc z nim teraz robiła mu jednak na przekór! Wyśmienicie! Rosnącą w miarę marszu złośliwą satysfakcją, do której istnienia nie przyznawała się przed samą sobą, zagłuszała uczucie upokorzenia i gorzkiego żalu o to, że jej osoba jak zwykle w życiu codziennym innych młodych ludzi jest zbyteczna, a wręcz niechciana. No bo czy nie próbował się jej pozbyć od razu? Wcześniej mogła łudzić się, że z nią pogrywa, ale teraz widziała wyraźnie, że zwyczajnie jej sobie w swoim pobliżu nie życzy. I to wystarczyło by miała ochotę zatrzymać się, zwrócić i zniknąć mu z oczu najszybciej jak to tylko możliwe, przepaść jak ognik nocny w otchłani zatłoczonych ulic i pilnować się, by nigdy więcej nie wpaść na niego w żadnych okolicznościach żywej i martwej przyrody. Nie znała wielu gorszych doznań od tego, które rodzi się w młodym sercu, gdy ktoś w pewnym jej sensie podobny okazuje niechęć, coś na kształt eufemicznej pogardy, bez właściwie żadnego dobrego powodu.
       Choć może… może jakiś miał? W końcu ona nie znosiła go za coś. Za ten most. I choć czuła się ofiarą to może i on miał jej ten most nieszczęsny za złe?
       Dlatego szła dalej.
       Ale idąc myślała intensywnie, mało już może zwracając uwagę na samego Fabia, ale mając go stale w pamięci - był w końcu fundamentem obecnie analizowanych konstruktów i osią całego mętliku jaki musiała w swej dziewczęcej główce teraz opanować. Gdzie się znalazła? Dlaczego tu była? Tak… została zaproszona. A zaproszona bo…? Bo… odezwała się do tego pomylonego chaberka! A dlaczego…? Cofnęła się jeszcze nieco dalej w przeszłość i perypetie przedpołudniowe, by przypomnieć sobie co też myślała i czuła, gdy zwróciła się do Fabia. Co ją najlepszego podkusiło!?
       No tak - zaskoczył ją, a nie chciała uciec.
       A więc duma!
       A potem?
       Złośliwość. Tak, nie mogła jej jednak pominąć. Zgodziła się na obiad Fabiowi bezczelnie na złość i z tegoż powodu nie starała się od umówionego posiłku wymigać.
       A teraz?
       Trochę tego żałowała.
       Przez chwilę czuła się nawet speszona. Słaba taka trochę, nieciekawa. Już dawno nie dopadały jej podobne smutki - odkąd opuściła szkołę czuła się dziwnie podbudowana. Robiła wszystko na własną rękę i jeśli gdzieś jej nie proszono mogła zwyczajnie odejść, a nie tkwić w takim bagnie i codziennie uczyć się na nowo, że z zawieraniem znajomości jest u niej krucho jak na jeziorku w porze roztopów. Teraz też mogłaby odejść. Może należało. Nie było sensu bawić się w… w coś takiego. Nawet nie wiedziała w co. On jej nie lubił, ona za nim nie przepadała - w tym chociaż byli zgodni.
       Ale urażona duma nie chciała dać o sobie zapomnieć. Po pierwsze - nie odwdzięczyła mu się jeszcze za ten most. Czuła (pomimo zdobytej koszuli), że jest jej coś chłopczyna winien. Nie przeprosił jej jeszcze. Nawet pewnie o tym nie pomyślał! A powinien obskubany bażant jeden. Będzie jej stopy z pokorą całować zanim się… chwila, co? Nie. Nie! Co to w ogóle za idiotyczna myśl!? Funcia, dziewczyno opanuj się. Jesteś skromną panienką z matką półelfką, dobrze wychowaną i nie myślącą o poniżaniu nikogo nigdy! Nawet niedorosłych, wstrętnych mężczyzn!
       Chociaż ta wizja kusiła.
       Drugim zaś co trzymało ją przy młokosie poza chęcią wynagrodzenia sobie własnych (małych, bo małych, ale) krzywd było opamiętanie się i dojście do prostego wniosku - na tym wszystkim on ucierpi bardziej.
       Bo przecież oto idą teraz wśród autochtonowej masy rozumnych istot - szanujący się (ta, akurat!) kupiecki syn, znany zapewne mieszkańcom dość dobrze. Ma już tu swoją opinię i rytm bytowania, ustaloną pozycję społeczną i relacje sąsiedzkie. I w to wszystko wtrąciła mu się ona. Może zwykła, może nieciekawa. Za brzydka dla niego? Za dziwna? Z tegoż powodu tak mu było niezręcznie prowadzić ją do domu? Ojciec nie znalazł mu wystarczająco boską kandydatkę jak widać!
       Ona zaś nie miała właściwie nic do stracenia.
       Nie znała tu nikogo, nie miała tu rodziny - nie zamierzała też zostawać na stałe. Musiała tylko mieć na tyle dobrą reprezentację swojej osoby w umysłach innych ludzi by bez problemu móc dalej pracować i to wszystko. Niby przed kim i kto miałby ją poniżyć? Nikogo nie obchodziły jej sprawy - była jedynie ‘obcą’. Nawet jeżeli padnie ofiarami ploteczek i będzie tematem poczty pantoflowej to przecież do pary z Fabiem! A które z nich nie chce tego bardziej? Jej nie zaszkodzi. HA!
       I nagle wszystko stało się prostsze, jaśniejsze, a pogodny uśmieszek uniósł lekko kąciki różowych ust. Nieboskłon się rozpogodził, gołębie mieniły się już nie szarością, a bielą - przyjazne aury ocierały się o jej zmysły; ametystowe, szafirowe poświaty łatwiej docierały do jej uwagi niż szalony topaz czy, nie dejcie bogowie, rubinowe pulsowania. Jakby o parę niewidocznych miar przysunęła się do swojej nowoustalonej ofiary i odważniej uniosła głowę, choć nadal prezentowała sobą postawę nad wyraz skromną. Kiedy dziewczyna jakaś, także najpewniej będąca na czyiś usługach potknęła się nieszczęśliwie i wysypała na nich co nieco ryżyku, Funcia była na tyle rozpogodzona, że uśmiechnęła się do niej i zapewniła, że nic się nie stało, ciepłem nadrabiając i za Fabia, który pomknął dalej niczym oparzony. Musiała uważać, żeby go nie zgubić, bo raczej by jej nie szukał w zakamarkach miasta. Ale spokojna głowa - z oczu mu nie zniknie. Nie śmiałaby!
Towarzyszyła mu z coraz spokojniejszym duchem i umysłem, który z powodzeniem rozwikłał zagadkę, a teraz się zwycięstwem upajał. Dowali mu samą swoją obecnością, ot co! A przy okazji się naje. Może myśli mało to były panieńskie, ale cóż poradzić, że takie właśnie się poczynały, gdy za kompana miało się niedoceniającego cię głupca?
       Podążała jednak za nim posłusznie (bo z własnej woli), a niekiedy odnosiło się wrażenie, że oboje równie dobrze wiedzą dokąd zmierzają, choć wszystko przecież Funcia w tych okolicach zobaczyć miała pierwszy raz.
       Sąsiadką nie była zaskoczona, choć bardzo spodobała jej się kolorowa papużka. W Kryształowym takich nie hodowano. W Efne tylko ci najbogatsi mogli sobie na nie pozwolić. A tu? Siedziała sobie na powietrzu z jakąś staruszką niczym nieuwiązana i nawet nie odlatywała!
       Przecudne.
       Było jednak coś jeszcze bardziej intrygującego, co urzekło ją, a jakże!, od pierwszego wejrzenia. Domek. Ale nie byle jaki! Do niego właśnie zmierzała. Fabiowy domek. Udekorowany wzorami tak skrajnie zmyślnymi, eleganckimi i dzikimi zarazem, a przy tym wykonanymi z profesjonalizmem i kunsztem, co sugerował, że wielki artysta musiał się zabrać do tego, a nie byle dzieciak. Należało także dodać do wrażenia jaśniejszy daszek tam, gdzie pyszniła się dobudowana później część domostwa - zupełnie inna od pierwotnego planu, ale pasująca tam na swój unikalny dość sposób. Zaintrygowanie tym zjawiskiem pochłonęło Funcię na tyle, że zaskoczył ją nagły przestój, a oczy, które chciały zwrócić na siebie jej szczerą uwagę musiały chwilę poczekać.
       Została przywitana.
       Na swój sposób dramatyczne to było i mroczne. Witał ją jak wampirzy straceniec zapraszający dziewicę do swego czarnego dworu, ona zaś jak młoda lordówna wdzięcznie dygnęła i pogodną miną zwiastowała mu rychłą zgubę.
       Od razu niemal powitani zostali gorąco przez głowę rodziny. Kiedy Fabio walczył z mdłościami Funcia dygnęła raz jeszcze autentycznie ciesząc się na widok poczciwego kupca. Mimowolnie zastanowiła się jak taki człowiek mógł przyczynić się do przyjścia na świat czegoś tak pokręconego jak Fabio… co do którego imienia wcale jeszcze nie miała pewności, że jest prawdziwe! No, ale i na to przyjdzie czas.
       - Dziekuję bardzo za zaproszenie. - Uśmiechnęła się delikatnie i skupiła chwilowo na normalniejszym z mężczyzn. - Mam nadzieję, że nie sprawiam kłopotów. - Dodała zgodnie z elfim zwyczajem, który wyniosła z babcinego domu, a jaki uważała za jeden ze słuszniejszych.
       Od tej pory postanowiła podążać za wskazówkami pana Marco, ale trzymać się blisko Fabia (on nigdy na ‘pana’ nie awansował), tak by wszystko wyglądało jak najpoprawniej. Przynajmniej z daleka.
Avatar użytkownika
Funtka
Błądzący po drugiej stronie
 
Nagrody: ObrazekObrazekObrazek
Inne Postacie: Kana, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta,
Rasa: Człowiek (w 1/4 Elf po babci)
Aura: Emanacja nie szczyci się zbyt wielką siłą. Z oddali zaś można dostrzec, iż została podzielona na trzy pasy barw. Podstawą jest kobaltowy, idealnie prosty i okrążający powłokę. Wyżej widnieje srebrny, jego krawędzie są delikatnie, ale także symetrycznie pofalowane. Na szczycie natomiast znajduje się kompletnie nieregularne i nierówne miedziane pasmo, plamki tej farby są również gdzieniegdzie w niższych partiach aury. Całość otula światło ametystowe zjawisko mieszające się ze szmaragdowym, może to delikatnie przypominać zorze polarną. Słychać przyjemną dla ucha harmonijną melodię przechodząca powoli i ostrożnie z jednego tonu w drugi. Jeśli chodzi o wytwarzaną woń, to nie należy ona do tych ładnych, ponieważ jest to zapach ludzkiego potu. W dotyku powłoka okazuje się zatrważająco miękka. Gnie się łatwo i prezentuje swą elastyczność, od czasu do czasu niespodziewanie sztywnieje, co również wzbudza uczucie niepokoju. Zwłaszcza iż właśnie wtedy najlepiej widać niebezpieczne, ostre jak brzytwa krańce. Skryte wcześnie przed cienką warstwą puchu. W smaku nieco pikantna, ale nie pali tak strasznie w język. Dodatkowo delikatnie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Yuumi jest panną raczej niskiego wzrostu, a przy tym dość chudą i całkiem zgrabną, gdyż mierząc 160 cm wzrostu waży 50 kilogramów. Jest to akurat lekko nad pograniczem z niedowagą, jednak zupełnie nie widać tego po jej pełnej, dziecinnej twarzyczce, otulonej kosmykami ciemnobrązowych, jakby popielatych włosów, ściętych na krótko i nie do końca równo, co z resztą dziewczynie ... (Więcej)
Uwagi: Posiada amulet, który świeci na czerwono, gdy zbliża się do niej ktoś o złych intencjach - jeśli masz takowe zauważy to.

Postprzez Fabio » So paź 06, 2018 3:27 pm

        Kupiec Marco promieniał tak bardzo, że gdyby chcieć go teraz namalować, to oddanie punkcikiem tytanowej bieli dwóch plamek światła w jego oczach mogłoby nie wystarczyć. O nie, światło musiałoby być w takim przypadku wszędzie tak naprawdę, mistyczny blask wydobywający się z całej de facto twarzy, promienie biegnące od dłoni, albo jeszcze dalej: złocisty nimb wokół głowy. Jak anioł. Jak jeden ze świętych mężów, których alabastrowe posągi wznoszono nieraz w świątyniach, tak jest, dokładnie taką miał teraz minę. Święta pobożność i wieczne skupienie odmalowane na mądrym obliczu. Klaudiusz Marco z Dzieciątkiem. Dwójką dzieci nawet! Tak to doprawdy wyglądało, kiedy podniósł ręce ponad głowy swego syna i jego towarzyszki, oblubieńca i oblubienicy, pięknych przecież i tak do siebie pasujących!
        Jeszcze nigdy dotąd Fabio nie zaczął się zastanawiać, czy światło może mieć ciężar, teraz zaś nie tylko wiedział, że to możliwe, ale i wyraźnie czuł ów na ramionach, na rozumie, na sercu. Radość, która rozpierała jego ojca, była dla niego samego torturą. Czyż nie mogliby się raz porozumieć jak należy? Czyż nie mógłby raz jeden ojciec jego zapytać: czy ta dzieweczka, z którą cię widzę, rzeczywiście bliska jest twemu sercu? Widocznie nie mógł. Widocznie nie było w jego naturze rozmawiać, tylko zarządzać, i swego syna traktował teraz jak wielką skrzynię najdorodniejszych pomarańczy, których od wielu lat nie mógł nikomu sprzedać, więc skoro tylko nadarzyła się jakaś okazja - postanowił wydoić z niej ile tylko się dało. Wszak pomarańcze nie mają głosu. Pomarańcze oraz…
        - Ryba! Ryba będzie podana niebawem, moje dzieci! - rzekł z powagą ojciec, gdy w swego rodzaju słodkiej procesji wprowadził już tych dwoje do sali jadalnej. Jedna służka, stojąca dotąd w rogu, na ich widok podskoczyła i cała w ukłonach uciekła czym prędzej w korytarzyk. - Siadajcie, proszę, siadajcie. Dobrze cię widzieć, młoda damo, pod tym dachem. Zapewniam, że to dach, pod którym nigdy niczego nie brakuje. Prawda, Fabio?
        - Tak zapewne jest, papa. - Gdyby on sam kiedykolwiek zastanawiał się, czy mu czegoś brakowało, czy nie! Tak samo nie myślał o tym, jak o kwestii etykiety przy stole. Krzesło dla dzieweczki odsunął więc zupełnie odruchowo, tak samo też zaczekał, by usiadła i wtedy skinął jej delikatnie głową. Czasami tak się działo.
        Sam stół, to należy przyznać, wywoływał w obiadującym wrażenie pewnej samotności, bez względu zupełnie na to, jak wiele zasiadało przy nim osób. Był bowiem długi, po prostu - bardzo długi i wyposażony w tak wiele siedzisk, że choćby i tuzin gości tutaj sproszono, to nadal mogłoby wydawać się pusto. Zwykle Fabio zasiadał u jednego szczytu, ojciec jego u drugiego; w ten sposób można było nawet nie zauważyć, że ktoś wstał nagle i wyszedł. Teraz sytuacja miałaby się zapewne podobnie, gdyby nie gość. Ha, teraz powstawała niemal rodzina. Honorowe miejsce zajął ojciec, syn siadał po jego prawicy, a córka - to znaczy, gość - po lewicy. Nie minęła chwila od dosunięcia ostatniego krzesła, gdy w sali pojawiła się ze szczękiem naczyń służka. Ponownie chyląc czoła kiedy tylko mogła ustawiła przed każdym po nakryciu. Może była poinstruowana przez pana domu tak, by wybrać na tę okazję najlepszą zastawę, tak czy inaczej Fabiowi zrobiło się ponownie nieco słabo, kiedy spojrzał na swoją bladą twarz odbitą w emaliowanym czernią i złotem dnie talerza. Czy nie był to aby zestaw, który pozostał w domu jeszcze po jego matce? Zestaw ślubny państwa Marco?
        Nie miał czasu, by się zastanowić. Jego ojciec najpewniej podjął myśl, by tego dnia jeszcze doprowadzić do wesela i właśnie przypuszczał kolejny atak.
        - Te kasetony, które widzisz na stropie ponad naszemi głowami, miła córo, wymalował razu pewnego sam… ha, czy zgadniesz kto? Sam mój Fabio! Czy też raczej rzec winienem: nasz Fabio. Jest to, przyznaję rzecz wielokrotnie, młodzian o dziesiątce talentów i nie małym majątku. Och, rzekło mi się o majątku? Ależ to żadnej nie gra roli!
        Fabio nie słuchał nawet za bardzo. Siedział tak, trochę zgarbiony i wpatrywał się w dziewczę naprzeciwko siebie, długo, prosto, przenikliwie. Tym razem jednak nie była to kwestia jakieś walki na spojrzenia, czy czegoś równie śmiesznego, jak mogłoby się wydawać. Nie, teraz był dosyć poważny. Gdzieś w umyśle otworzyła mu się bowiem klapka tego rodzaju: a może ona również była na tę szopkę wrażliwa? Może i ją to męczyło. Kogóż by wszak nie zmęczył taki cyrk na kółkach, groch z kapustą, galimatias. Teraz, zdawało się, mogli być sobie bliżej, niż kiedykolwiek przedtem. Fabio na kilka chwil stał się w tym spojrzeniu zupełnie szczery. Odetchnął płytko.
        - …a kiedyśmy zajrzeli do tego-że puzdra, okazać się miało, iż to w nim schowane były przez cały czas perły hrabiny! - kończył tymczasem jakąś anegdotkę ubawiony kupiec Marco, jednoosobowe przyjęcie dla podstarzałych snobów. Zaraz drzwi od korytarzyka ponownie stanęły otworem i  ku przede wszystkim jego własnej uciesze pojawiły się służki z dwoma wózkami dań obiadowych, więc klasnął w dłonie, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. W powietrzu uniósł się zapach pieczonej w ziołach ryby, zupy i pasty z awokado i czosnku.
        - Może nalewki do posiłku! - proponował zaraz ojciec, jeszcze zanim patery z jedzeniem stanęły na stole. - Granatowy likier! Pierwszorzędny! Tak? Nie? Tak tak, Greto, proszę, przynieś buteleczkę!
Avatar użytkownika
Fabio
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Lasota, Vertan, Mezzrat, Bua,
Rasa: człowiek
Aura: Możesz spojrzeć na tę emanację i pomyśleć, że wiesz co widzisz. Bo wiesz! Młodziutka aura niczego nie będzie ukrywać, choć nie każdy dostrzeże to samo. Na pewno nie można powiedzieć, że jest pozbawiona siły, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jak pobłyskuje młodzieńczo. Jednak choć ukształtowana ponad wiek doświadczeniem i wiedzą jest pozbawiona tej magicznej iskry, która mogłaby uczynić ją nieco bardziej wyraźną. Lecz to absolutnie nie jest problemem. Nie dla niej! Powstała z szalonych pokładów miedzi, ostrego szkicu, gdzie drapieżnie połączone kreski największego z mistrzów przechodzą płynnie w finezyjne łuczki i spirale gnąc się zaciekle na nijakich kartkach, opracowana szeregiem miedzianych rzeźb i figurek ni miękkich to ni twardawych, złożona z raniących palce tak suchych jak lepkich błyszczących elementów, dumnie rozkłada skrzydła niezdolne do lotu i oświetla je płochliwą poświatą w kolorze szmaragdu. Jej wnętrze, jej żyjące własnym życiem mechaniczne wnętrze, przebija się przez artystyczną powłokę oślepiającym kobaltem, a gdy po paru zaciekłych próbach oderwania stóp od ziemi zaczyna załamywać się pod własnym ciężarem, dochodzi Cię niespotykana mieszanina zapachów zastępująca kłęby dymu i jakiekolwiek adekwatne dźwięki rozpadu. Sztuczne i organiczne splatają się ze sobą tworząc trudną do rozszyfrowania gamę - woń potu przechodzi w ulotną pozostałość smaru i farb, a wreszcie przyłącza się do nich aromat różnych innych tworzyw, z których zapewne nie wszystkie znasz. Jeśli bardzo się skupisz i będziesz miał dość szczęścia, gdzieś tam z tyłu wyczujesz tajemniczą nutkę pomarańczy oraz lilii, słabą i ulotną niczym nieopowiedziane dzieje zapomnianych już ludzi. Wszystkie te zapachy sprawiają, że trudno dobrze odebrać smak - w jego goryczy kryją się słodkie ścieżki, a kwaskowaty posmak raz zdaje się być pikantny innym razem całkowicie łagodny. Z czasem można dojść do wniosku, że da się poznać w nim barwę głębokiej samotności, ale kto wie czy jest to istotne, kiedy złamana konstrukcja na nowo podnosi się, staje na nogi i po raz kolejny szykuje się do lotu.
Wygląd: To słynne powiedzonko o wodzie cichej, co zrywa brzegi, pasuje w tym przypadku jak ulał, bo Fabio to rzeczywiście najbardziej niepozorny geniusz, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Jest co prawda wysoki jak na swój wiek, ale przy tym bardzo chudy, o wąskich ramionach, trochę przygarbiony od częstego pochylania się nad stołem pełnym szkiców albo nad drobnymi elementami misternych ... (Więcej)

Postprzez Funtka » Cz paź 11, 2018 9:40 pm

        To było… przeżycie ekscytujące i przygnębiające zarazem. Funcia z dziwną przyjaźnią patrzyła na rozradowanego ojca Fabiowego i dzięki niemu właśnie mniej nieswojo czuła się w obcym domu, skażonym obecnością dorastającego mężczyzny i obleśnymi śladami jego bytowania. No i nim samym w obecnej chwili.
       Nie chcąc skupiać na tym swojej uwagi powiodła uważnym wzrokiem po sali, do której ją wprowadzono. Od razu uwagę jej przykuła smętność pomieszczenia, jakiś powoli narastający ciężar atmosfery, jakby pod stołem coś od dawna gniło, a trujące opary ulatywały aż pod sam sufit po czym opadały na zgromadzonych i z cichym sykiem zepsucia szeptały im do uszka markotne historie. Fabio wyglądał jakby był tego zjawiska doskonale świadomy i już przygotowywał się mentalnie na następne długie minuty wdychania tego okropieństwa. Może od tego był taki blady?
       Ale Yuumi póki co czuła się świetnie. Głównie dlatego, że miała o czym myśleć i co w myślach owych komentować. Pierwej przeanalizowała własne zaskoczenie kiedy młodzian odsunął jej krzesełko. Może dziwne, ale nie przywykła do tego gestu, choć właściwie był równie miły jak i na miejscu. Tyle tylko, że w jej domu nie mieli tego jak praktykować. U babki także brakło młodych mężczyzn - przeważnie gościły tam same elfickie kobiety, w Efne zaś… u jej dziadka (i poniekąd Leo) jakoś się to nie przyjęło, a u Lalego wszystkie zasady postawione były w zasadzie na głowie, a pośladki równie często jak na krzesłach sadzane były na pufach, dywanach i poduszkach. Dlatego poczuła teraz powiew egzotyki.
       Kiedy odetchnęła i wyprostowała się jak należy, poczęła dumać nad tym dlaczego blat jest tak okropnie długi i jakby podświadomie wyczekiwała większej liczby gości. Albo lepiej powiedzieć - domowników. Może jeszcze ze czterech synów? Takich którzy swoją bystrością i gadatliwością rozproszyliby nieco te wewnętrzne mroczki i zapełnili za dużą w jej mniemaniu jadalnię. Do tego ze dwie młode dziewczynki z warkoczykami paplające wesoło i bez sensu. Tak, tego tu brakowało. Był tu jedynie chorujący psychicznie chabrooki, ona - raczej milczący gość honorowy i pan domu, który mimo otoczenia wydawał się być radosny i podbudowany. To na nim najczęściej skupiała wzrok, bo to on się do niej odzywał, nie mając co liczyć na poparcie (a tym bardziej wsparcie) syna.
       ,,Tak zapewne jest, papa”.
       Pozostawała głucha na te słowa aż do chwili kiedy bolesnym echem odpiły się w jej głowie (głowie, może sercu, wszystko jedno!). Trudno jej było sprecyzować powód, ale szybko uznała je za zatrważająco smutne. Za jakiś przejaw melancholii.
       Co się stało z tym bezczelnym obdartusem z mostu? Gdzie zniknęło jego wygadanie i pewność siebie? Uginał się jak wiosenny kwiatek pod potężną figurą ojca, który swoją promienną obecnością zwiastował nie lato, a powrót zimy.
Nie, to idiotyczne - siedziała tu raptem z pięć minut, nie może zacząć tak beztrosko oceniać domowników, a co dopiero relacji między nimi! Niby była dziewczęciem, a owe posiadały intuicję i jakąś tam wrażliwość, ale nie sądziła, by to mogło działać w ten sposób. Wmówiła sobie. Pewnie dlatego, że gdzieś w środku czuła się tu skrajnie obco i niezręcznie, naprzeciw chłopaka, który być może nienawidził jej tak jak ona go nie znosiła.
Lecz jego ojciec był miły.
Ciekawy człowiek. Dla Funci ciekawy. Jego zamiary dość szybko stały się więcej niż oczywiste. W swym rozgadaniu reklamował syna jak towar wystawowy, a ją traktował jak (naiwną być może) klientkę. Młodą, niedoświadczoną, ale nadającą się do kupna jego dziecięcia. No bo i cóż to szkodzi?
       Na swój sposób czuła się skomplementowana. Zawsze zachwalanie jej jakiegoś młodzieńca było milsze aniżeli ukrywanie ich przed nią po szafach i schowkach. Dlatego nie czuła się urażona nawet gdy bezpośrednio wspomniano o majątku.
       W sumie to normalne - od męża wymagało się zwykle by zapewnił bezpieczeństwo materialne rodzinie. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale w sumie idiotycznym byłoby oddawać się komuś kto nie ma nic. No, niby od tego służy miłość, by to jakoś działało, ale kto myślałby o więziach i abstrakjach kiedy ściskałoby mu z głodu żołądek. Dzieci też nie ma co chować w takich warunkach. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia byłoby to bez sensu.
       A Klaudiusz Marco był nad wyraz zdroworozsądkowy.
       Przedstawiał po kolei zalety Fabia (i w końcu wydało się, że Fabio to faktyczne jego imię!), raz bardziej raz mniej subtelnie, ale jak to rasowy sprzedawca umiał ująć słuchaczkę. Tej konkretnej wystarczyło samo to kim i jaki był - kolejna rzecz raczej zaskakująca, ale z takim typem człowieka nie spotkała się nigdy wcześniej.
Kupiec.
Z krwi i kości, duszą i umysłem. Jego nieco przestarzała mowa nie intrygowała tak bardzo jak samo sedno jego istoty. Nie był najbieglejszy w wydawaniu swoich synów za nieznajome dziewczęta, ale można było uznać tę małą niezgrabność za zdziebko nawet uroczą.
       Chociaż jeśli idzie o samego Fabia Funcia nie była już tak przychylna.
       Po pierwsze stłumić musiała zazdrość i podziw, które z rodziły się w niej niemal natychmiast, gdy postrzegła wskazane jej malunki. W mig też dotarło do niej, że to co widziała na bielonych ścianach także zapewne wyszło spod ręki tego paskudy! Zaimponowało jej to, choć i rozzłościło. Całkiem ludzkie odruchy. Ale czego właściwie się spodziewała? Widziała wczoraj jak szybko i z rozmachem kreślił na papierze jakieś projekty. Musiał być wprawiony. Ale to… nie wychodziło mu przypadkiem za dobrze?
Młodzian o dziesiątce talentów i nie małym majątku, tak? Szkoda, że mu uroku i obycia zabrakło, bo przecież nie mógłby odpędzić się wtedy od panien!
       Tym bardziej nieprawdopodobne, że padło na nią.
       Nie z jej woli oczywiście (i nie z jego). Bardziej nie z jego niż nie z jej, bo ona właściwie się poniekąd wprosiła. No trudno już.
       Ale to faktycznie było ciekawe - ostatecznei szkaradny nie był, defektów umysłowych (znaczy tych poważniejszych) u niego nie dostrzegła… skoro był taki genialny i ustawiony dlaczego jeszcze był sam? W przyrodzie nic nie ginęło w tym szanse na zamążpójście - już tutejsze podlotki powinny dopilnować, by tak dobra partia im nie uciekła.
       Więc może partia nie była aż tak dobra?
       Nie rozważała poważnie związania się z tym w gruncie rzeczy przypadkowym młokosem, ale skoro już zobaczyła i jego dom i ojca to czuła się uprzywilejowana, by poznać nieco i jego historię. Plotki plotkami, ale kim tak naprawdę jest Fabio?
Póki co chyba męczennikiem.
       Kiedy ona z nieudawanym wcale zainteresowaniem słuchała gospodarza, uśmiechała się uprzejmie, a i głową skinęła od czasu do czasu jej niedoszły oprawca zapadał się na krześle. Coś było nie tak bardzo nie w porządku. Przez nią? O ile miała o sobie wcale nie najgorsze zdanie to nie sądziła, by jedną wizytą mogła wpędzić kogoś w depresję. Z tym chłopakiem chyba po prostu było coś nie tak, życie nie trzymało się go tak mocno jak powinno.
       Przy tym stole właściwie nie żył!

       Dlatego to jej przypadła rola towarzyszki rozmów - na szczęście Klaudiusz Marco miał to do siebie, że wcale nie trzeba było mu odpowiadać, by dalej mówił. Dla niej idealnie, gdyż często wolała słuchać. A przy tym porównywała go sobie do wszystkich innych znanych jej osób. Matka jej była wyedukowaną elfką, obecnie krawcową na wsi (bardziej z zamiłowania niż dla zarobku), ale gdzieś tam w duszy pozostawała panną z dobrego domu, najmłodszym dzieckiem długo trzymanym pod kloszem. Nie było tego widać w jej zaradności i zamiłowaniu do świata, ale nie przywiązywała zbytniej wagi do pieniędzy i majątku. Przeciwieństwo kupca.
       Jej ojciec był rzemieślnikiem, kowalem co i stolarką potrafił się zająć. Prosty do obłędu i równie kochany. Zarabiać umiał, ale córki byle komu w łapy by nie wpychał. Właściwie najchętniej zostawiłby ją w domu i zaryglował drzwi, gdyby nie była krwią z jego krwi - a Terrottowie już umieli sobie radzić z amantami na własną rękę! No i chyba nie miał większego wyboru jak puszczać ją na nauki.
       Nauki zaś prowadziły do babki - w sumie bardzo osobliwej kobiety. Trudno powiedzieć czy hipokrytki, ale zdecydowanie niejednoznacznej osoby ceniącej ponad wszystko magię i wiedzę, wnuczce zaś wpajającej dobre ludzko-elfie wychowanie. Była bogata, ale żyła dość skromnie, tylko okresowo ze służbą (częściej nazywaną ,,pomocą”), wykonując domowe obowiązki osobiście lub przekazując je córkom (za to nigdy Yuumiś). Cieszyła się autorytetem, a jej majątek stanowiły głównie woluminy znajdujące się w bibliotece uniwersyteckiej oraz jej własne, pokaźne doświadczenie. imponowała wnuczce przeogromnie, choć bywała nieco ciut zaborcza.
       Dalej antagonista jej rodzinny - dziadek ze strony Terottów. Prosty i nieokrzesany, ale o gorącym i dobrotliwym sercu. Zdaje się, że mógł być mimo praktycznego fachu i nieoczytania niepoprawnym romantykiem.
       W końcu - jego pomocnik Leo. Młodzieniec, któremu do kupieckich manier także było nadzwyczaj daleko, może przez uczciwość, może skromność, a może tą prześladującą wszystkich prostoduszność.
       Mieszkający niemalże po sąsiedzku (bo w tym samym mieście) Lali był… artystą. Zniewieściałym do granic maje latającym nago kiedy tylko się dało i kolekcjonującym biżuterię. On… bardzo nie przypominał Klaudiusza Marco.
       Znała jeszcze jednego jubilera, rzeźbiarza, malarkę i garść innych osób, w tym Lantella i Mimi. Żadne z nich nie było w jej odczuciu tak niecodzienne jak ten, który do niej przemawiał.
       Fascynujące.
       Oszołomiona z lekka nowymi doświadczeniami i wrażeniami nie zdążyła zająknąć się na czas i odmówić - właściwie nie pijała alkoholu. Może kwestia elfiego pochodzenia, może wychowania na oczyszczanej przez matkę wodzie, a nie piwie - nie lubiła trunków żadnego właściwie rodzaju. Ale choć odmawiała surowo zawsze i wszędzie dumna ze swojej odmienności teraz poczułaby się głupio nie napiwszy się choć troszkę, ku uciesze biednego ojczulka.
       Szybko decydującego za innych ojczulka, ale tak chyba już niektórzy mężczyźni mieli.
       No już trudno, raz można.
       Nie było to typowe dla niej zachowanie. Uległość i naginanie własnych zasad. Ale miała jeden powód więcej niż samo zagubienie i grzeczność, by skosztować likieru - widząc zaangażowanie mężczyzny czuła się coraz bardziej przybita i winna. On pewnie liczył na to, że w końcu uda mu się nieco ustawić życie syna, że zakreśli kolejny punkt Wspaniałego Planu i będzie można świętować hucznie narodziny nowej pary. A ona od początku była tu Fabiowi na złość, dla żartu właściwie.
       Podłe do granic i niegodne zachowanie.
       Ale odkąd tylko poznała Fabia wszystko zrobiła źle. Teraz mogła jedynie nie szkodzić im bardziej i od tej chwili uznawać swoją wojnę z młodzieńcem za niewartą narażania innych na wyciąganie bardzo pochopnych wniosków.
       Upiła łyczek nalewki i przyznała (chociaż się nie znała, a płyn był paskudztwem), że faktycznie jest pierwszorzędna. Uczciwie jednak dodała, że nie pija zbyt często i ponad alkohol ceni owocowe soki jak i herbaty wszelkiego rodzaju.
       Bo może pomarańcz-Fabio nie miał zbyt wiele do gadania, ale ona tak - mogła choćby ze szczerą przyjemnością stwierdzić, dania wyglądają przebogato (nieprzypadkowo użyła tego słowa), ale ona sama musi uważać na czas - nie może spędzić tu (niestety) całego popołudnia.
Avatar użytkownika
Funtka
Błądzący po drugiej stronie
 
Nagrody: ObrazekObrazekObrazek
Inne Postacie: Kana, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta,
Rasa: Człowiek (w 1/4 Elf po babci)
Aura: Emanacja nie szczyci się zbyt wielką siłą. Z oddali zaś można dostrzec, iż została podzielona na trzy pasy barw. Podstawą jest kobaltowy, idealnie prosty i okrążający powłokę. Wyżej widnieje srebrny, jego krawędzie są delikatnie, ale także symetrycznie pofalowane. Na szczycie natomiast znajduje się kompletnie nieregularne i nierówne miedziane pasmo, plamki tej farby są również gdzieniegdzie w niższych partiach aury. Całość otula światło ametystowe zjawisko mieszające się ze szmaragdowym, może to delikatnie przypominać zorze polarną. Słychać przyjemną dla ucha harmonijną melodię przechodząca powoli i ostrożnie z jednego tonu w drugi. Jeśli chodzi o wytwarzaną woń, to nie należy ona do tych ładnych, ponieważ jest to zapach ludzkiego potu. W dotyku powłoka okazuje się zatrważająco miękka. Gnie się łatwo i prezentuje swą elastyczność, od czasu do czasu niespodziewanie sztywnieje, co również wzbudza uczucie niepokoju. Zwłaszcza iż właśnie wtedy najlepiej widać niebezpieczne, ostre jak brzytwa krańce. Skryte wcześnie przed cienką warstwą puchu. W smaku nieco pikantna, ale nie pali tak strasznie w język. Dodatkowo delikatnie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Yuumi jest panną raczej niskiego wzrostu, a przy tym dość chudą i całkiem zgrabną, gdyż mierząc 160 cm wzrostu waży 50 kilogramów. Jest to akurat lekko nad pograniczem z niedowagą, jednak zupełnie nie widać tego po jej pełnej, dziecinnej twarzyczce, otulonej kosmykami ciemnobrązowych, jakby popielatych włosów, ściętych na krótko i nie do końca równo, co z resztą dziewczynie ... (Więcej)
Uwagi: Posiada amulet, który świeci na czerwono, gdy zbliża się do niej ktoś o złych intencjach - jeśli masz takowe zauważy to.

Postprzez Fabio » So paź 13, 2018 5:40 pm

        Zdarzyło się kiedyś Fabiowi malować dawną bitwę o Tutivię. Niewiele pamiętał teraz na temat samego zlecenia - to, co nie było mu potrzebne, wyrzucił z pamięci łatwiej, niż wymiata się piach z podwórca - na pewno dotyczyło to jakiegoś dumnego arystokraty, któremu do szczytu snobizmu brakowało tylko gigantycznego płótna w sali jadalnej czy gdziekolwiek. Tak czy siak, jeśli samo zlecenie nie było istotne, to już bitwa rysowała się w jego pamięci nieco dokładniej, oczywiście nie dlatego, że brał w niej udział, ale że dla wiernego odwzorowania co istotniejszych faktów przed przystąpieniem do pracy zgłębił kroniki ją wspominające. Rzecz była dosyć prosta: dzisiaj po Tutivii nie było już śladu, przekazy mówiły o położeniu jej gdzieś w okolicach Ostatniego Bastionu. Rządził tam podobno jeden tylko długowieczny król, który sam miasto założył i sam zmuszony był go potem bronić. Imienia jego kroniki nie wspominały, ale mówiły bardzo jasno o tej głównej bitwie, którą o Tutivię stoczono. A więc była to bitwa krwawa, wielodniowa, doświadczająca boleśnie zarówno atakowanego, jak i atakujących. I zdarzyło się, że to po królewskiej stronie miało zapaść zwycięstwo - cóż jednak z tego, jeśli król stracił w swej walce tak wiele, że samo jego królestwo po niewielu latach samo zapadło się w ruinę. Historycy wspominali o tym drobnym incydencie jako o wiktorii najbardziej gorzkiej, najbardziej bolesnej mimo wszystko, jaka tylko mogła się przydarzyć jakiemukolwiek wodzowi.
        Dziś Fabio żałował, że podczas malowania obrazu i wypracowywania postaci, nie nadał zwycięskio-przegranemu królowi rysów twarzy własnego ojca. Tak, Klaudiusz Marco szykował sobie dziś Tutivię. Jemu, co było widać, bardzo jasno zdawało się, że wygrywa, i że jeśli rzeczywiście osiągnie zwycięstwo w swoim wyliczonym elegancko planie, to będzie cieszył się tym zwycięstwem przez najbliższe wiele lat. Ale tak przecież nie mogło być. Gdyby choć przez chwilę pomyślał o samym sobie! Co musiałoby się stać po zaślubinach jego jedynego syna? Zgodnie ze zwyczajem, nowożeńcy powinni zamieszkać razem, sami, w nowo postawionym domu. A więc ta skromna rezydencja opustoszałaby do cna w dzień po weselu. Pracownię należałoby przenieść, część mebli zabrać. Stary kupiec zostałby sam. Och, musiałby zostać sam, to było przecież logiczne! I już teraz na samą myśl o tym Fabio czuł rosnącą w nim gorycz, rozkwitającą jak pnącza trującego bluszczu. Denerwował się, po prostu. Ale od kiedy chodziło mu tak bardzo o dobro ojca? Może od zawsze. Podświadomie.
        Idąc dalej - denerwował się też po prostu z uwagi na fakt, jak wiele rzeczy szło właśnie nie po jego myśli. Po pierwsze, najpierw narzucano mu role, w których nie chciał siebie widzieć, chciano zamknąć tego ptaka w klatce, jeszcze zanim nauczył się latać. Po drugie, od wczorajszego dnia nie potrafił za nic rozgryźć tej dzieweczki, która siedziała teraz naprzeciw niego i chociaż zdawało się, że bawi się nawet nie najgorzej, to na pewno czyniła dobre miny tylko z uprzejmości. Przecież nie zrobiła mu nic złego. Wczoraj chciał być miły - i tylko tyle. Od początku próbował być miły i nie sprawić, by ta sytuacja osiągnęła taki poziom, jak… no właśnie, jak teraz. Robiło mu się niedobrze przecież już od wejścia i teraz chyba pojmował, dlaczego. Stresował się. A z jego stresu mogła wyniknąć jedna tylko konsekwencja. Tą był bunt.
        Ale nie od razu. Wszystkie rewolucje musiały najpierw nabrzmieć, zanim wybuchły.
        - Jedzcie zatem prędko, prędko, nim wystygnie - mówił kupiec, rozkładając ręce w nabożnym geście, jak to miał w zwyczaju (zwłaszcza, od kiedy zaczął nazywać przebywającą tutaj dwójkę swymi „ drogimi dziećmi”), a już zaraz opowiadał o tym, co dokładnie znajduje się na talerzach. Dopiero, kiedy sam nałożył sobie ryby, zdołał na trochę umilknąć. Być może na zbyt krótko.
        - Ach! - jęknął zaraz z powrotem, przyprawiając Fabia o ciarki wstydu. - Skoro czas jest dla nas ograniczony, nie omieszkaj, synu, pokazać tej miłej damie w wolnej chwili swej pracowni.
        - A może ja bym chciał już!
        Co się stało? Instynkt. To musiało być to: instynkt przemówił i kazał przemówić jemu samemu. Jeszcze zanim rybka w ziołach zdążyła ostygnąć, zanim służka napełniła do końca kielich swego zadowolonego pana, zanim zapalone dla zasady świece na dobre rozgrzały wosk. Stało się.
        Kupiec zamrugał prędko, podniósł brwi jeszcze wyżej, niż zwykle, w sposób mogący zaszokować niejednego uczonego w anatomii, a potem - potem nagle uśmiechnął się jeszcze szerzej, zerknął to na dzieweczkę, to na syna, to na nią ponownie i pokiwał zaraz głową.
        - Tak! - rzekł szybko. - Tak, ale… nie jesteś, synu, głodnym? Ach, nie musisz być! Jeśli tylko chcecie… Tak? Możecie ruszać śmiało, to poczeka!
        Co musiał w tym widzieć stary kupiec? Zapewne jak najlepszy grunt na coś więcej, albo na cokolwiek więcej po prostu. Fabio widział zaś drogę ucieczki, chwycił się jej więc i wykorzystał. A zaraz chwytał także dłoń dziewczyny, która pozostawała dla niego wciąż niepokojąco bezimienna, i nieco mniej szarmancko, niż przedtem, ale wciąż z pewną gracją, ciągnął ją zaraz na korytarz. Stary ojciec westchnął, rozczulony.

        - To wszystko nie powinno tak być - powiedział prosto Fabio, naciskając na drzwi prowadzące już bezpośrednio do swojej pracowni; może samo to miejsce nie było takie znowu najgorsze, dobrze mu się tu myślało. Odruchowo od razu po wejściu zdjął buty i zaczął chodzić tam i z powrotem, jak lew w klatce. Potrząsnął szybko głową, wprawiając w ruch kosmyki ciemnych włosów.
        Pracownia była spokojna. Czuła. Część okien przesłonięto, pozostałe wpuszczały przyjemnie ukośne snopy światła. Pod ścianami piętrzyły się zamalowane deski i płótna, stały rzeźby: kamienne i drewniane, dokończone i ledwo zaczęte, z niektórych mniejszych bloków dopiero wyrywały się kształty postaci. Szkice były absolutnie wszędzie, od podłogi, przez ściany, aż po sufit, z półpiętra zwieszały się udrapowane misternie tkaniny. Na stołach stały puszki oleju albo wszelkiej maści smarów, piętrzyły się narzędzia, walały gwoździe. Pachniało drewnem. Samo pomieszczenie było więc wielkie: a na jego środku wędrował tam i z powrotem nie taki wcale wielki chłopak ze spuszczoną głową.
        - Nie tak… - powtórzył jakoś słabo, gdy chociaż na moment się zatrzymał i podniósł wzrok na swojego gościa. Nawet sam fakt, że miał takiego gościa, wydawał się teraz nie w porządku! - Ja… uch! Przepraszam cię. Ja chciałem wczoraj tylko dowiedzieć się więcej o tej księdze, nie niepokoiłbym cię dzisiaj, gdyby nie mój ojciec. Jest trochę przerażający, nie widziałem go w takim nastroju od lat. Mam pomysł. Możesz teraz uciec, mam tu tylne wyjście, powiem, że przeraziło cię coś i że bardzo musiałaś już iść albo… dla honoru to może być nawet bez tego przerażania. Nie chcę tej walki. Nie chcę prywatnej Tutivii!
Avatar użytkownika
Fabio
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Lasota, Vertan, Mezzrat, Bua,
Rasa: człowiek
Aura: Możesz spojrzeć na tę emanację i pomyśleć, że wiesz co widzisz. Bo wiesz! Młodziutka aura niczego nie będzie ukrywać, choć nie każdy dostrzeże to samo. Na pewno nie można powiedzieć, że jest pozbawiona siły, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jak pobłyskuje młodzieńczo. Jednak choć ukształtowana ponad wiek doświadczeniem i wiedzą jest pozbawiona tej magicznej iskry, która mogłaby uczynić ją nieco bardziej wyraźną. Lecz to absolutnie nie jest problemem. Nie dla niej! Powstała z szalonych pokładów miedzi, ostrego szkicu, gdzie drapieżnie połączone kreski największego z mistrzów przechodzą płynnie w finezyjne łuczki i spirale gnąc się zaciekle na nijakich kartkach, opracowana szeregiem miedzianych rzeźb i figurek ni miękkich to ni twardawych, złożona z raniących palce tak suchych jak lepkich błyszczących elementów, dumnie rozkłada skrzydła niezdolne do lotu i oświetla je płochliwą poświatą w kolorze szmaragdu. Jej wnętrze, jej żyjące własnym życiem mechaniczne wnętrze, przebija się przez artystyczną powłokę oślepiającym kobaltem, a gdy po paru zaciekłych próbach oderwania stóp od ziemi zaczyna załamywać się pod własnym ciężarem, dochodzi Cię niespotykana mieszanina zapachów zastępująca kłęby dymu i jakiekolwiek adekwatne dźwięki rozpadu. Sztuczne i organiczne splatają się ze sobą tworząc trudną do rozszyfrowania gamę - woń potu przechodzi w ulotną pozostałość smaru i farb, a wreszcie przyłącza się do nich aromat różnych innych tworzyw, z których zapewne nie wszystkie znasz. Jeśli bardzo się skupisz i będziesz miał dość szczęścia, gdzieś tam z tyłu wyczujesz tajemniczą nutkę pomarańczy oraz lilii, słabą i ulotną niczym nieopowiedziane dzieje zapomnianych już ludzi. Wszystkie te zapachy sprawiają, że trudno dobrze odebrać smak - w jego goryczy kryją się słodkie ścieżki, a kwaskowaty posmak raz zdaje się być pikantny innym razem całkowicie łagodny. Z czasem można dojść do wniosku, że da się poznać w nim barwę głębokiej samotności, ale kto wie czy jest to istotne, kiedy złamana konstrukcja na nowo podnosi się, staje na nogi i po raz kolejny szykuje się do lotu.
Wygląd: To słynne powiedzonko o wodzie cichej, co zrywa brzegi, pasuje w tym przypadku jak ulał, bo Fabio to rzeczywiście najbardziej niepozorny geniusz, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Jest co prawda wysoki jak na swój wiek, ale przy tym bardzo chudy, o wąskich ramionach, trochę przygarbiony od częstego pochylania się nad stołem pełnym szkiców albo nad drobnymi elementami misternych ... (Więcej)

Postprzez Funtka » Pn paź 15, 2018 8:47 pm

        Pomijając już, że obiad ten był paskudną grą planów i pozorów, a w atmosferze dalekiej do radosnej pogody (choć zależy też dla kogo) trudno było czerpać z niego prawdziwą przyjemność, to potrawy były wyśmienite. Funcia z natury niezbyt wybredna z chęcią kosztowała przyrządzonych na ciepło dań, choć nakładała sobie niewiele. Znała swoje ograniczenia. Wybierała więc po kawałku i starała się jeść z należytym apetytem. Ze względu na jej dość powolne ruchy i te nieszczęsne małe porcje nieraz już pytano ją z troską czy dobrze się czuje, czy się nie odchudza lub (najlepsze!) żeby się nie wstydziła. Jakby wytykanie komuś skrępowania miało w czymkolwiek pomóc!
       Przy wspólnym stole, o ile nie jadała z rodziną czy dobrymi znajomymi, czuła się mało swobodnie. Właściwie to nawet nie lubiła tego typu atrakcji. Kto w ogóle wymyślił posilanie się wraz z obcymi? Każdy wśród nieznajomych chciał wszak wypaść jak najlepiej, a kawałki ryby tylko czekały żeby spaść z widelca i pacnąć na talerz lub - czemu by nie? - obok. Kieliszki i szklanki czatowały na jakiś nieuważny łokieć, by mieć pretekst do wylania ochoczo całej swojej zawartości, kotleciki pragnęły, by siłować się z ich krojeniem, sałatki knuły jakby tu wystawać z ust, a sosy naradzały się jak poplamić sukienkę. Suto zastawiony blat był srodzej najeżony pułapkami niż podziemny labirynt i tylko to, że wszyscy przy nim byli ludźmi i mogli popełnić te same błędy ratowało Funcikowe nerwy. To i obfite przemowy gospodarza, któremu zaczynała być za nie naprawdę wdzięczna.
       Nie zdążyła jeszcze nic napsuć, kiedy została wyratowana z opresji na dobre - uniosła zaskoczony wzrok na Fabia, który nagle wykazawszy ożywienie zadecydował o bezzwłocznym opuszczeniu jadalni. Mimowolnie poczuła ucisk w żołądku. Czego się tak spieszy? Co chce jej niby zrobić w tej swojej pracowni!?
Bo, że mu podpadła było już pewnikiem.
       Kupiec Marco jednak niczego nie podejrzewał i ochoczo puścił młodą parkę do innej części domu. Tam gdzie nikt nie usłyszy jej wołania o pomoc… a Fabio pruł przez korytarz jakby już nie mógł się doczekać kiedy zatrzaśnie za nią drzwi i chwyci pierwsze z brzegu wymyślne narzędzie tortur. Jego uścisk wydawał jej się zimny i piekący zarazem - gdyby tylko mogła się wyrwać!
       Ale nagle wystraszona nie próbowała tylko szła posłusznie zapamiętując ile ścian i zakrętów dzieli ich od uszu pana domu. Jeśli trzeba zacznie krzyczeć, a młokosa znokautuje znienacka! Czemu się przejmowała - chudy był i na pewno wcale nie wiele silniejszy od niej.         Poradzi z nim sobie! Tylko ci przeklęci chłopcy zawsze pozowali na ostatnie patyki, a kiedy nie trzeba okazywali się zaskakująco sprawni… miała nadzieje, że jej oprawcy ta zasada nie dotyczy i jest takim mięczakiem na jakiego wygląda.

       Nie brakowało jej emocji dzisiejszego dnia. Właściwie nigdy ich jej nie brakowało - zawsze kłębiło się w niej tego paskudztwa o wiele więcej niż chciała i to często jakiegoś parszywego gatunku. Wyszła na ulice - bam, emocje! Została w domu - bam, emocje! Spędzała czas z innymi - rozsadzało jej to serce, została sama - głowę. Ostatnie czego potrzebowała do wyciszenia się i osiągnięcia stanu wewnętrznej równowagi spiętej żelazną klamrą dyscypliny to uciekanie przed jakimś młokosem, ganianie za nim, a potem na odwrót… Miała wrażenie, że przez to okropne zjawisko zwane Fabiem mocno się przez ostatnie minuty posunęła w latach, taka była zmęczona i zdesperowana.
       A teraz do kompletu niechcianych uczuć dołączyły kolejne. Wystarczyło jedynie przeprowadzić pannicę przez odpowiednie drzwi.
       Znalazła się w nowym świecie. Znanym jej po trosze, złożonym z oswojonych zdawałoby się elementów i struktur, ale jednak obcym i uderzającym w jej małą duszyczkę.
       Było tu pięknie - drewno, oleje i farby tworzyły przyciężki, hipnotyzujący bukiet jaki wypełniać powinien każdą pracownię. Każdą taką Krainę Czarów. Woniała tu i uszczypana lipa i jesion i zraniony dłutem ciemny orzech. Narzędzia stricte stolarskie konkurowały o miejsce z obcęgami i pęsetkami do malutkich mechanizmów, których pozornie kruche wnętrza walały się rozbebeszone na stołach, tam gdzie słoje i inne pojemniki z metalu czy szkła czekały w milczeniu na uwagę swego pana. Stosy kart, planów, nagich desek zapewniało bezpieczeństwo w procesie tworzenia, czego zaś nie dosięgnęły materiały i narzędzia przyozdobiła ręka chłopaka. Dokładne i abstrakcyjne szkice, wszystkie wykonane równie pewnie, z wprawą nie byle podrostka, a mistrza, który dorwał się do kasetonów w jadalni. Układały się spokojnie na wszelkich dostępnych powierzchniach, mrucząc cicho z samozadowolenia. Były piękne, pomysłowe. I d e a l n e. Mądre. Mówiły o czymś i mówiły stanowczo - prosto lub zawile, kolorami bądź czernią.
       I całe to dobro należało do jednej tylko osoby - do młodego wypłosza kroczącego w tę i nazad po klepkach swojego królestwa.
       Jakie to potrafiło być okrutne - gdy radosny podziw tak walczył z bólem zawiści. Bo czy to naprawdę było sprawiedliwe? Dlaczego on sam, niewiele starszy od niej potrafił aż tyle? Czym się niby różnili? Dlaczego gdy ona męczyła się, by opanować każdą ze znanych sobie dziedzin on rozrzutnie zabierał się za każdą z nich i w każdej osiągał jednakie sukcesy? Czemu łączył w sobie talenty Berlota i Rye, Miminetty i innych przyjaciół Kinalalego, i w tak młodym wieku robił to nad czym oni pracować by musieli wzięci wszyscy razem? Brakowało jedynie żeby poetą był! I muzykiem! Kompozytorem, wykonawcą, aktorem, primadonną, tancerzem, koneserem win i hodowcą kaktusów.         Na pewno wszystko to leżało w jego możliwościach! Pewnie gdzieś chowa niewdzięcznik własnoręcznie zrobioną biżuterię najwyższej klasy i oszlifowane w rozetki szlachetne kamienie.
       Szacunek i podziw zmieszany ze złością i samoobronną pogardą dla takiego geniuszu stanowiły okropną bazę pod odbiór kolejnych bodźców.
       Ale Fabio nie miał wcale zamiaru pozwolić Funci tkwić w jednym wybranym stanie. O nie, bawił się nią i tarmosił, aż gubiła zmysły i nie wiedząc jak go osądzić z bezsensownego wrzenia wpływała myślami na spokojne, chłodne wody realizmu.
Był psychiczny.
       Możliwe, że chciała tak sądzić dla własnej wygody i własnego dla odmiany psychicznego zdrowia, ale czyż nie zachowywał się irracjonalnie? Powiedzieć, że gadał od rzeczy to jak twierdzić, że lód jest ‘chłodnawy’, a ukrop to w zasadzie taka cieplejsza lemoniada.
Biedny, niedorozwinięty chłopczyna! Geniusz może, niech go szlag, ale zagubiony do reszty.
       Bo czy nie przeprosił jej właśnie? Nie no - milsze to niż zdzielenie dechą, ale za co niby się kajał!? Za jakie niepokojenie!? To ona była tutaj z prawdziwie niecnych pobudek, to ona jemu na przekór wprosiła się do tego domu i jeszcze omamiać zaczęła nic jej niewinnego Fabiowego ojca! To ona była tu draniem, on od początku próbował ją od tych odwiedzin odmówić. Już nawet raz proponował jej ucieczkę. Właśnie, te jego ucieczki! Fetyszysta czy co! Kiedy tylko mógł wpychał jej te nazbyt podlotkowe scenariusze i chyba liczył na to, że naprawdę z nich skorzysta. Jakby jakakolwiek inteligentna istota mogła zwiać z obiadu u poważnego dorosłego człowieka z tak błahych pobudek jak Fabiowe ,,idź, idź!”.
       Ale nie mogła go winić. Wymagać racjonalnego myślenia od tej sieroty bagiennej to proszenie pieczonej ryby o bezbłędne wyrecytowanie ,,Ody do Prasmoka”, najlepiej z thenderiońskim akcentem i w sosie.
Położyła mu dłoń na ramieniu.
       Tyle współczucia już dawno dla nikogo nie miała, czuła się też dłużniczką za nie rozwalenie jej łba w akcie zemsty. Ale nie należało tracić kontaktu z rzeczywistością.
       - Do reszty zgłupiałeś. - Spojrzała mu w oczy z głęboką powagą. I spokojem, bo przy wariatach nie należy okazywać strachu. Rękę jednak szybko zabrała, bo taki kontakt był zbyt niepokojący.
       - Nie będę nigdzie uciekać. Co mnie niby miało przestraszyć? - I bojąc się jakiejś pomysłowej odpowiedzi kontynuowała:
       - Wrócimy tam i dokończymy to tak jak należy. Być może nie powinno nas… mniee tu być, ale teatrzyk ucieczkowy w niczym nie pomoże. Wyjdę stąd normalnie i jak chcesz to już nie wrócę.
        Tak.
        Kiwnęła głową w geście zdecydowania.
        Bo czy istniał lepszy plan niż dokończenie feralnej powinności i ponowne wsiąknięcie w miejski tłum?
       - Też nie chcę… tej walki. - Chciała zgodzić się pewnie, lecz skończyła z wahaniem. W sumie to nie, chciała mu dokopać. Po prostu nie kosztem staruszka. No i… jednak miała litość. Teraz już mogła uznać, że młodzieniec został zarówno obdarowany jak i pokarany przez los, a nad takim nie będzie się znęcać.
Nie, jeśli jej znowu nie skopie z jakiegoś mostu.
       - To wszystko co mi chciałeś powiedzieć? - Spytała i popatrzyła wyczekująco w chabrowe oczęta. No raczej, że nie chciał jej pokazywać pracowni. Nawet tak intrygującej i wspaniałej jak ta. Więc niech już wracają na scenę główną i zakończą ten obłąkańczy dramat.
Avatar użytkownika
Funtka
Błądzący po drugiej stronie
 
Nagrody: ObrazekObrazekObrazek
Inne Postacie: Kana, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta,
Rasa: Człowiek (w 1/4 Elf po babci)
Aura: Emanacja nie szczyci się zbyt wielką siłą. Z oddali zaś można dostrzec, iż została podzielona na trzy pasy barw. Podstawą jest kobaltowy, idealnie prosty i okrążający powłokę. Wyżej widnieje srebrny, jego krawędzie są delikatnie, ale także symetrycznie pofalowane. Na szczycie natomiast znajduje się kompletnie nieregularne i nierówne miedziane pasmo, plamki tej farby są również gdzieniegdzie w niższych partiach aury. Całość otula światło ametystowe zjawisko mieszające się ze szmaragdowym, może to delikatnie przypominać zorze polarną. Słychać przyjemną dla ucha harmonijną melodię przechodząca powoli i ostrożnie z jednego tonu w drugi. Jeśli chodzi o wytwarzaną woń, to nie należy ona do tych ładnych, ponieważ jest to zapach ludzkiego potu. W dotyku powłoka okazuje się zatrważająco miękka. Gnie się łatwo i prezentuje swą elastyczność, od czasu do czasu niespodziewanie sztywnieje, co również wzbudza uczucie niepokoju. Zwłaszcza iż właśnie wtedy najlepiej widać niebezpieczne, ostre jak brzytwa krańce. Skryte wcześnie przed cienką warstwą puchu. W smaku nieco pikantna, ale nie pali tak strasznie w język. Dodatkowo delikatnie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Yuumi jest panną raczej niskiego wzrostu, a przy tym dość chudą i całkiem zgrabną, gdyż mierząc 160 cm wzrostu waży 50 kilogramów. Jest to akurat lekko nad pograniczem z niedowagą, jednak zupełnie nie widać tego po jej pełnej, dziecinnej twarzyczce, otulonej kosmykami ciemnobrązowych, jakby popielatych włosów, ściętych na krótko i nie do końca równo, co z resztą dziewczynie ... (Więcej)
Uwagi: Posiada amulet, który świeci na czerwono, gdy zbliża się do niej ktoś o złych intencjach - jeśli masz takowe zauważy to.

Postprzez Fabio » Pt paź 19, 2018 10:08 pm

        Ręka spoczywająca na ramieniu, topór zawieszony nad głową. Czasami te dwie rzeczy wyjątkowo łatwo można było pomylić. Ale nie tym razem. Już nie. Fabio się uspokajał.
        - Tak. Tak, zgłupiałem - rzekł takim tonem, jakim przemówiłby zapewne któryś z jego niesamowitych automatów, gdyby tylko miał taką okazję. A przy tym nie odrywał już oczu od twarzy tej panienki, która przed nim stała. Bo i miała rację. Umysł zdążył mu się chyba przegrzać, jak raz chciał być może za dużo i ten też nadmiar wszystkiego zupełnie mu nie służył. Nadmiar wrażeń, uczuć może. Emocji. Nadmiar prób zinterpretowania postępowania i zachowań. Och, czyż nie było tego wiele przez ostatnie dni? Niemożliwie wiele, to prawda, i jak raz uczenie się tego wszystkiego, choć były to niesamowite nowości, nie sprawiało Fabiowi wcale takiej klasycznej radości. Męczył się, a teraz chciał z tego labiryntu uciec - ale nie uciec zgodnie z zasadami, nie planował ukończyć go i odnaleźć właściwą drogę do wyjścia, tylko zatrzymać się tam, gdzie stał, użyć swoich szerokich zdolności i najpewniej rozbijając ścianę wydostać się na zewnątrz.
        Ale ona nie chciała. Może ona w tym momencie miała więcej rozumu, niż on sam. Uparcie starał się przez parę chwil patrzeć na nią tak tylko, jak zwykle patrzył na ludzi. Zespół brył, liczby, sucha anatomia. Mięśnie mające odpowiednie przyczepy, konkretne czynniki wpływające na taki a nie inny kolor oczu. Odbłysk światła. Położony odpowiednio punkt zmieszanej bieli ołowiowej i żółcieni kadmowej, bo światło to było ciepłe. Jasne, że było ciepłe. Spróbowałby kto znaleźć w ciągu dnia naturalne źródło światła, które pozostawałoby zimne. Zamrugał kilkukrotnie i spuścił wzrok.
        Powiedziała coś dziwnego: jak chcesz, to nie wrócę. Nie zastanawiał się nad tym wcześniej, w ogóle się nie zastanawiał. Umknęło mu to, co za okropne przeoczenie, tak bardzo nie w jego stylu! Znowu musiał skupić na niej wzrok, tym razem jakoś nieufnie. Bo czego on tak naprawdę chciał? Nie wiedział. A bardzo nie lubił przecież nie wiedzieć. Odbił znowu do tyłu, zatoczył się, zrobił kilka kroków przed siebie, w stronę jednego ze stołów, ale zaraz jak gdyby zderzył się z niewidoczną ścianą i dreptał już w całkiem innym kierunku, by zatoczyć bardzo kanciaste koło. Przynajmniej jedno było pewne: żadne z nich nie chciało więcej męczyć się w tak durnej doprawdy kwestii. Z losem nie dało się walczyć, ale można było naginać jego nieomylne decyzje w miły sobie sposób - i nie chodziło tu, bynajmniej, o poddawanie się, ale o śmiałość, zdecydowanie i niezmordowany upór absolutnie we wszystkim, co miało nastąpić. Fabio zatrzymał się i patrzył chwilę gdzieś w przestrzeń obok głowy dziewczyny. Oboje mogli mieć za jakiś czas święty spokój. Co im to szkodziło? Nic, wręcz przeciwnie, same korzyści! Przecież tego od początku chcieli, prawda? Świętego spokoju! Gdzież indziej mogliby opracować na taki metodę, jeśli nie właśnie tu, w jego pracowni, jego królestwie pełnym odpowiedzi i rozwiązań. Nie potrzeba było szkiców, planów ani wyliczeń. Starczyło wrócić na kolację, dokończyć ją w absolutnym spokoju, a potem nigdy więcej się nie zobaczyć. Z pustego nie naleje nawet Prasmok, kupiec Marco musiałby pogodzić się z faktem, że ta urocza dama, którą wybrał jako bardzo odpowiednią narzeczoną dla swojego syna, najzwyczajniej w świecie zniknęła. I nigdy nie wróci.
        Ach, nigdy to bardzo długo.
        Młody konstruktor przełknął wyraźnie ślinę. Zerknął raz jeszcze na tę, którą niedawno nazywał sprawczynią absolutnie wszelkich problemów, potem spojrzał za siebie. Konstruktor. Przecież zawsze wolał budować, a nie niszczyć. Łączyć, wznosić, składać w całość. To nie mogło być chyba takie trudne? Sam nie był pewien, czy warto - czy ta tama nie ma zbyt wielu dziur już na etapie wstępnego projektu - ale uznał, że zaryzykuje. Albo raczej to jego instynkt uznał tak za niego, on nawet niewiele myślał, tylko podbiegał już do tego stołu ustawionego pod ścianą, na którym najwięcej było metalowych kółeczek, zębatek, przekładni i śrub, niektórych tak drobnych, że dla zastosowania ich należało posłużyć się najpierw mocno powiększającą soczewką. Klęknął, wysunął jakąś ukrytą szufladę gdzieś spod spodu. Chwilę po prostu tam grzebał, aż wreszcie - wyciągnął się jak struna, wyrzucając ręce w górę.
        Metalowy wróbelek wzniósł się z furkotem w powietrze. Twórca obserwował bacznie, jak jego maluteńkie dzieło rozkłada ażurowe skrzydła, jak błyska oczkiem z czarnego kamienia, doskonale równoważącego ciężar srebrnych piórek zestawionych wachlarzowo w ogonie. W locie nie było nawet widać tego kluczyka, który należało przekręcić, by zabawka wystartowała. Gdy padały na nią promienie słońca, mogło się zdawać, że to rzeczywiście jakiś zagubiony ptaszek, zabłąkany pod dachem pracowni, kręci w powietrzu bezradne kręgi i opada prosto w dłonie dziewczęcia - aby tam jeszcze raz strzepnąć skrzydełkami… i znieruchomieć.
        Fabio uśmiechnął się blado z drugiego końca pracowni. To mógł być prezent. Mała pamiątka, o zwrocie na pewno nie chciałby nawet myśleć.
        I nie robił tego z przypadku. Ostatecznie sam się teraz trochę tak czuł. Mechaniczny ptak - dwa mechaniczne ptaki. Chętne do lotu, ale zdolne do niego tylko, gdy je kto nakręci. Gdyby rzeczywiście istniały takie dwa, wystarczyłoby jedno ich spotkanie, aby już do końca świata nakręcały siebie nawzajem. Perpetuum mobile. Jakie to wszystko było czasami dziwne.


        Kupiec nie ruszył się ze swojego miejsca przy stole ani o krok, ba, zdawało się, że nawet nie tknął więcej jedzenia w oczekiwaniu na swoich młodych. Może to ze stresu. Kiedy tylko ujrzał ich z powrotem, znowu rozłożył ręce (bardzo łatwo weszło mu to w nawyk), a na jego twarzy zagościł ten typ uśmiechu, którym za żadne skarby nie obdarzyłby samego syna.
        - Wszystko jasne? - zagadnął cieplutko, biorąc zaraz łyk swego zachwalanego po stokroć trunku. Fabio skinął mu głową.
        - Jasne - rzekł, siadając. - Zdaje się, że nawet zgłodniałem.
        Ojciec roześmiał się dobrotliwie, śmiesznym, gardłowym typem śmiechu, ale zaraz w jakimś nabożnym skupieniu sugerował już, by rzeczywiście zasiadać i jeść, póki ryba jeszcze w pełni nie wystygła.
Avatar użytkownika
Fabio
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Lasota, Vertan, Mezzrat, Bua,
Rasa: człowiek
Aura: Możesz spojrzeć na tę emanację i pomyśleć, że wiesz co widzisz. Bo wiesz! Młodziutka aura niczego nie będzie ukrywać, choć nie każdy dostrzeże to samo. Na pewno nie można powiedzieć, że jest pozbawiona siły, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jak pobłyskuje młodzieńczo. Jednak choć ukształtowana ponad wiek doświadczeniem i wiedzą jest pozbawiona tej magicznej iskry, która mogłaby uczynić ją nieco bardziej wyraźną. Lecz to absolutnie nie jest problemem. Nie dla niej! Powstała z szalonych pokładów miedzi, ostrego szkicu, gdzie drapieżnie połączone kreski największego z mistrzów przechodzą płynnie w finezyjne łuczki i spirale gnąc się zaciekle na nijakich kartkach, opracowana szeregiem miedzianych rzeźb i figurek ni miękkich to ni twardawych, złożona z raniących palce tak suchych jak lepkich błyszczących elementów, dumnie rozkłada skrzydła niezdolne do lotu i oświetla je płochliwą poświatą w kolorze szmaragdu. Jej wnętrze, jej żyjące własnym życiem mechaniczne wnętrze, przebija się przez artystyczną powłokę oślepiającym kobaltem, a gdy po paru zaciekłych próbach oderwania stóp od ziemi zaczyna załamywać się pod własnym ciężarem, dochodzi Cię niespotykana mieszanina zapachów zastępująca kłęby dymu i jakiekolwiek adekwatne dźwięki rozpadu. Sztuczne i organiczne splatają się ze sobą tworząc trudną do rozszyfrowania gamę - woń potu przechodzi w ulotną pozostałość smaru i farb, a wreszcie przyłącza się do nich aromat różnych innych tworzyw, z których zapewne nie wszystkie znasz. Jeśli bardzo się skupisz i będziesz miał dość szczęścia, gdzieś tam z tyłu wyczujesz tajemniczą nutkę pomarańczy oraz lilii, słabą i ulotną niczym nieopowiedziane dzieje zapomnianych już ludzi. Wszystkie te zapachy sprawiają, że trudno dobrze odebrać smak - w jego goryczy kryją się słodkie ścieżki, a kwaskowaty posmak raz zdaje się być pikantny innym razem całkowicie łagodny. Z czasem można dojść do wniosku, że da się poznać w nim barwę głębokiej samotności, ale kto wie czy jest to istotne, kiedy złamana konstrukcja na nowo podnosi się, staje na nogi i po raz kolejny szykuje się do lotu.
Wygląd: To słynne powiedzonko o wodzie cichej, co zrywa brzegi, pasuje w tym przypadku jak ulał, bo Fabio to rzeczywiście najbardziej niepozorny geniusz, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Jest co prawda wysoki jak na swój wiek, ale przy tym bardzo chudy, o wąskich ramionach, trochę przygarbiony od częstego pochylania się nad stołem pełnym szkiców albo nad drobnymi elementami misternych ... (Więcej)

Postprzez Funtka » Wt paź 23, 2018 6:20 pm

Przynajmniej się przyznał. Lepiej z resztą dla niego, że miał świadomość własnej słabości umysłowej. Funcia nie wiedziała co prawda na ile sama pomogła mu to pojąć szorstkimi słowami, a na ile ten stan powodowała irracjonalnym zachowaniem. Cały ten obiad był jedną wielką szopką, ale jak na dwójkę młodzików ze średnim doświadczeniem towarzyskim radzili z nią sobie wcale nieźle. Nikt niczym nie rzucał, nie wbito nikomu noża w oko, nikt nie musiał wykrzykiwać swych racji ani urażony uciekać z płaczem. Właściwie porównując obecną sytuację do najgorszych z możliwych scenariuszy można z czystym sumieniem uznać, że jest nawet przyjemna.
Chora co prawda momentami, ale nie taka zła…
       Chociaż ten chłopak był przerażający. Nawet kiedy wydawało się, że gada z sensem to robił to w sposób jakby nie w pełni świadomy. Wypowiadał się urywkowo, czasem nieskładnie. Niby normalne, Funcia powinna doskonale to rozumieć. A jednak nie opuszczało jej wrażenie, że biedny Fabio cierpi na jakąś poważniejszą dysfunkcję. Być może nie wyobrażała sobie, że ktoś był równie wrażliwy na takie sytuacje jak ona - być może oczekiwała, że prawdziwy chłopak serca mieć nie może, a już na pewno nie na tyle miękkie, by przejąć się jej obecnością w jego domu. Być może wmówiła sobie, że każda ‘niewieścia’ słabość takiego delikwenta jest albo udawana w jakiś niecnych celach, albo dowodzi ciągle wałkowanej przez nią tezy, że genialny młodzieniec talent przypłacił niezdolnością porozumienia się z zewnętrznym światem. No, dobrze, aż tak źle z nim nie było, widziała przecież sama, że dawał sobie radę w mieście, kupił to o co prosiła, trafił z powrotem do domu, przywitał się nawet z sąsiadką. Dopiero kiedy stała z nim twarzą twarz i oko w oko coś zaczynało się psuć. Ale nic w tym zaskakującego - wtedy miała okazję więcej dojrzeć.
       I tak patrzyła z narastającym niepokojem jak chłopak kręci się po pracowni niczym pijany, niczym schizofrenik. Odruchowo cofnęła się o krok. Nie mogła tracić czujności tylko dlatego, że nie zdzielił jej dechą już na wejściu. Z takimi nigdy nic nie wiadomo. Oddał jej koszulę za nic, chwalił się gruszką jak ostatni cymbał, groził jej, by do niego nie przychodziła, a gdy przyszła zaciągnął do warsztatu i przeprosił za to… że przyszła?… to nie miało ani rąk, ani nóg i w ogóle to chciałaby dokończyć tę rybę co ją rozdziabała już na talerzu. Ale jeszcze nie, jeszcze ni był gotowy. Musiała poczekać aż uknuje co miał do uknucia. Śledziła uważnie jego kroki, niewidzialne ścieżki jakie wytyczał bosymi stopami. Pokręcone, nieregularne ścieżki. Pomalował dom w fikuśne wzory, a chodzić się nie nauczył?
       Kiedy wysunął ukrytą szufladkę niemal podskoczyła. Cała jej racjonalność krzyknęła w jednej chwili, że na pewno tam trzyma nóż, więc należy zwiewać. Ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa (z resztą kto w pracowni pełnej narzędzi tortur wszelkiej wielkości i masy ukrywałby broń?). Zaraz z resztą okazało się, że chłopak nie ma zamiaru się na nią rzucać, a wyrzucić coś - w powietrze. Zwierzątko? Ptaszek!? Trzymał w zamknięciu pta!?… nie, chwila. To nie wróbelek. Całkowicie pochłonięta fenomenem latającej zagadki spuściła jego twórcę z oczu. Śledziła miast niego aż zanadto naturalne ruchy mechanicznego cudeńka, a gdy zbliżyło się do niej i zaczęło opadać mimowolnie wyciągnęła ręce. Spadł delikatnie i poruszył się ku jej zgrozie i zachwytowi raz jeszcze. Odważyła mu się przyjrzeć lepiej dopiero gdy przestał się ruszać. Misterne wykonanie i urok wynalazku rywalizowały z samym tylko pomysłem i faktem… że działa. Funcia słyszała już o podobnych ewenementach - w niektórych kulturach rozpowszechniły się podobno nakręcane drepczące kanarki czy śpiewające imitacje słowików. Były też ruchome figurki bardziej powiązane z wodą, w tym pływające, ale o latającym modelu nawet nie śniła. Nie o takim, który nie korzystałby z magii. A ten nie miał na sobie jej śladu!
Popatrzyła bezradnie na uśmiechniętego Fabia. Dawno nie czuła się tak zdezorientowana. Nie wiedziała czy zachwycać się i gratulować młodocianemu mistrzowi, zignorować zjawisko i wzruszyć ramionami, z przestrachem odłożyć ptaszynkę na najbliższy blacik, oddać mu do rąk własnych, podziękować…
               W rezultacie milczała. Nie umiała nawet odwzajemnić uśmiechu, choć potem trochę tego żałowała. Zaryzykowała jedynie stwierdzenie, że skoro Fabio w chwili jej bezsilności nie powiedział co z wynalazkiem zrobić to znaczy, że uważał, iż dobrze mu tam gdzie jest - w jej dłoniach. Dlatego trzymała go dalej, trochę bojąc się ruszyć, nie mając za bardzo jak zabawki schować. Tak zbita z tropu ruszyła za młodzieńcem do jadalni, a tam magicznie jakby odzyskała rezon. Towarzystwo kupca mniej było dla niej stresujące niż przebywanie z kimś w własnej puli wiekowej. Dlaczego tak musiała zostać wychowana przez okoliczności?
       Na nowo uśmiechnięta leciutko pokiwała głową. Nie chwaliła się swoją zdobyczą, ale nie mając co z podarkiem schować, ostrożnie i czule położyła go na stole obok miseczki i noża do ryb, jak prawdziwego małego towarzysza.
       Pierwsze oficjalne spotkanie, a ona już skończyła z upominkiem. I to jakim!

       Po sam-na-sam z Fabiem w warsztacie reszta obiadu nie wydawała jej się już takim wyzwaniem. Z ulgą słuchała Klaudiusza Marco próbując po odrobince wyśmienitych dań. Cieszyła się świadomością wymówki idealnej jakby chciała już iść - pracą. Dzięki temu rozkoszowała się większą swobodą, a kiedy przyszedł czas - podziękowała gorąco i z niejakim żalem zaczęła się żegnać. Pamiętała o wspólnym ich planie - zakończyć posiłek pokojowo i rozejść się jakby nic się nigdy nie stało.
       I nagle rzuciła młodemu jakieś cieplejsze spojrzenie.
       ,,Ostatnie minuty razem” uniosła kąciki ust ,,za chwilę będziesz już wolny. Cieszysz się, prawda Fabio?”
Avatar użytkownika
Funtka
Błądzący po drugiej stronie
 
Nagrody: ObrazekObrazekObrazek
Inne Postacie: Kana, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta,
Rasa: Człowiek (w 1/4 Elf po babci)
Aura: Emanacja nie szczyci się zbyt wielką siłą. Z oddali zaś można dostrzec, iż została podzielona na trzy pasy barw. Podstawą jest kobaltowy, idealnie prosty i okrążający powłokę. Wyżej widnieje srebrny, jego krawędzie są delikatnie, ale także symetrycznie pofalowane. Na szczycie natomiast znajduje się kompletnie nieregularne i nierówne miedziane pasmo, plamki tej farby są również gdzieniegdzie w niższych partiach aury. Całość otula światło ametystowe zjawisko mieszające się ze szmaragdowym, może to delikatnie przypominać zorze polarną. Słychać przyjemną dla ucha harmonijną melodię przechodząca powoli i ostrożnie z jednego tonu w drugi. Jeśli chodzi o wytwarzaną woń, to nie należy ona do tych ładnych, ponieważ jest to zapach ludzkiego potu. W dotyku powłoka okazuje się zatrważająco miękka. Gnie się łatwo i prezentuje swą elastyczność, od czasu do czasu niespodziewanie sztywnieje, co również wzbudza uczucie niepokoju. Zwłaszcza iż właśnie wtedy najlepiej widać niebezpieczne, ostre jak brzytwa krańce. Skryte wcześnie przed cienką warstwą puchu. W smaku nieco pikantna, ale nie pali tak strasznie w język. Dodatkowo delikatnie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Yuumi jest panną raczej niskiego wzrostu, a przy tym dość chudą i całkiem zgrabną, gdyż mierząc 160 cm wzrostu waży 50 kilogramów. Jest to akurat lekko nad pograniczem z niedowagą, jednak zupełnie nie widać tego po jej pełnej, dziecinnej twarzyczce, otulonej kosmykami ciemnobrązowych, jakby popielatych włosów, ściętych na krótko i nie do końca równo, co z resztą dziewczynie ... (Więcej)
Uwagi: Posiada amulet, który świeci na czerwono, gdy zbliża się do niej ktoś o złych intencjach - jeśli masz takowe zauważy to.

Postprzez Fabio » So paź 27, 2018 2:04 pm

        W jadalni zaczęło zmieniać się światło. Dla kogoś, kto każdego dnia obserwował naraz dziesiątki aspektów trwającego wokół świata nie było to nic nowego - ale nadal potrafiło zaskoczyć. Kiedy wychodzili do pracowni, kąt świetlnych tuneli wpadających przez ładnie przeszklone okna był ostrzejszy, niż teraz. Odrobinę cieplejszej barwy nabierały odbicia na sztućcach i bliki w szklanych pucharach, o dziesiąte cala zmieniła się długość cieni. Czas płynął. Słońce opadało za horyzont. Wszystko - chciałoby się powtórzyć za jakimś dawnym uczonym, którego dzieła na potwierdzenie tej tezy żółciały, kruszyły się i rozsypywały w proch - wszystko przemijało. O wszystkim dało się zapomnieć. Czasami było to nawet prostsze, niż można by się spodziewać. Ach, gdyby na przykład zamknąć się teraz na cały zewnętrzny świat i skupić tylko na tych właśnie promieniach światła, padających na pustą część stołu w kształcie okien, można by łatwo obserwować ich ruch. Im bliżej ku zachodowi, tym szybciej wszystko się działo. Dzień zawsze dzielił się na tych kilka znamiennych odcinków: a więc był bardzo szybki świt, kiedy światło zmieniało się gwałtownie z minuty na minutę, potem długi czas nasłonecznienia, spokojny, o niedostrzegalnych prawie zmianach - i znowu bardzo gwałtowny zachód.
        Dlatego też coś tutaj nie do końca Fabiowi grało.
        Co to było - to teraz? Już zachód? Gdzieś zabrakło sielanki dnia, zabrakło tego spokoju, które osiąga morze na samym środku, chociaż przy obu brzegach gromko uderza spienionymi falami. Były fale i była gwałtowność wznoszącego się słońca (albo zapadającego), ale nie było stosownej pauzy. Nawet muzycy wiedzieli doskonale, jak potrzebna jest pauza. Nawet malarze - przy zagęszczeniu obiektów w jednej partii dzieła należało dać oddech w drugiej. Dla harmonii. Świat byłby doprawdy potwornym miejscem, gdyby przestała nim rządzić harmonia. A zatem? Jeśli już było gwałtownie i było dziko, ale po tym nie nastąpił porównywalnie dłuższy okres spokoju -  to mogło znaczyć jedno tak naprawdę. I dlatego też Fabio nie miał apetytu.
        - Ach, to już ta pora! - odezwał się zdumiony gospodarz, gdy jego miły gość zwrócił na to uwagę. Zrobiło się jeszcze trochę zamieszania ze wstawaniem w odpowiedniej kolejności według zasad panujących przy stole - to najstarszy musiał wstać pierwszy, potem pod-gospodarz, czyli syn, a dopiero wtedy dama. I tak można było się żegnać.
        - Nie chcemy, nie chcemy zatrzymywać, moja droga panno…!
        (…na wydaniu?)
        To Fabiowi przyszło w zaszczycie odprowadzić dzieweczkę do drzwi, podczas  gdy kupiec stał już z powrotem pod schodami w głównej sali wejściowej, wsparty na kolumience balustrady w taki sposób, jak gdyby pozował do portretu reprezentacyjnego. Stał i czuwał, jednocześnie jak gdyby dając młodym zasłużoną porcję prywatności przed rozstaniem, ale to oni właśnie mieli odegrać finalną scenę tego dramatu - w formie, którą w dziełach teatralnych podpisywało się zwykle skromnymi didaskaliami: „Na stronie”.
        A więc Fabio zatrzymał się z dłonią na mosiężnej klamce, wyprostował i rzekł (na stronie), a minę miał przy  tym wyjątkowo poważną:
        - Żegnaj więc.
        I byłoby to rzeczywiście proste, nawet brzmiało nie tak znowu najgorzej - choć dość oficjalnie - ale jego własna natura człowieka niezwykle czasem dokładnego kazała mu po tej formule spuścić wzrok, zawahać się. Poruszył nieśmiało ustami, ale nic nie powiedział, i dopiero po chwili udało mu się uformować kolejne zgłoski.
        - Rozum podpowiada mi jednak, że to nie koniec. - Długo zajęłoby, gdyby chcieć to teraz tłumaczyć! Całe to zawirowanie z ruchami Słońca (czy też Ziemi, pewne dane pozostawały wciąż do rozpatrzenia w tej kłopotliwej kwestii) i następstwem rzeczy w czasoprzestrzeni mogłoby pochłonąć jeszcze więcej czasu, spowodować jeszcze szybsze przemijanie wszystkiego, ale wciąż - czuł głęboko w zwojach mózgu, że to, co ma teraz miejsce, to nie jest wcale zakończenie. Dał jej przecież prezent. Czy obdarowuje się kogoś, kogo już nigdy więcej nie chce się zobaczyć albo dalej - wobec kogo nie chce się, żeby ów ktoś pamiętał? Czyż wróbelek, ładny ptak o wielu funkcjach, ale pozbawiony czucia i duszy, nie był aż za bardzo podobny do... Do? Ale to nie był koniec. Gorzej nawet - wiele wskazywało, że to był zaledwie początek.
        Wreszcie nacisnął na klamkę i otworzył szeroko drzwi. Ach, nadal nie znał jej imienia. Nie skatalogował tego kwiatu na tyle, by móc go zapomnieć i tylko w razie potrzeby zajrzeć do swego zielnika przy pewności, że zawsze tam będzie. To, co poznało się w pełni, można było wrzucić do podświadomości. To zaś, co nie poznane do końca, musiało wisieć nadal blisko innych myśli. Byle tylko tego nie zgubić.
        Słońce już praktycznie zachodziło. Czemu tylko ono!
        - Bądź zdrowa. - Padło jeszcze, na to tymczasowe pożegnanie. Stuprocentowa kurtuazja.


        Ach, czyż nie byli zakochani? Patrząc na swego syna, kupiec Marco bez dwóch zdań mógłby orzec, że widział w nim dokładnie siebie samego w czasach, gdy poznawał matkę tego urwisa. Tak, jego matka była najpiękniejszą z kobiet na całym świecie, w połowie wszakże anielicą, i jak lilia ozdobiła ogród Turmalii, gdy tutaj przybyli. Ta teraz natomiast… cóż, może prędzej jej było do kwiatu, jakim pokrywa się jabłoń na wiosnę, na lilię nie miała dość pewnej dumnej stateczności - nie miała tak silnej łodygi! Ale nadal budziła niewątpliwie przyjemne wrażenie. A Fabio? Och, na Fabia starczyło tylko spojrzeć. Jakże zdławiony, jak zamyślony odchodził od tych drzwi, gdy tylko je zamknął! Zapewne już tęsknił. Tak, musiał tęsknić, trudno byłoby to inaczej określić. Biedny, zakochany młodzieniec. Ale może i coś dobrego mogło z tego wyniknąć? Może się chłopaczyna otworzy, pojaśnieje, gdy przyjdzie co do czego!
        Ale też nie było się co spieszyć. Przedłużenie rodu to jedno, ale zapewnienie potomkom stateczności - całkiem co innego. Cóż więc należało najpierw uczynić? Wybadać. Zasięgnąć wiedzy. Kim dokładnie jest ta panna, skąd przybywa, jakie ma interesy? Rodzina, finanse? Jakiś posag - czy w ogóle jakiś!
        Turmalia koniec końców nie była aż tak dużym miastem. A dla Pomarańczowego Barona, starego wygi w kwestiach znajomości, mało kto mógł pozostawać anonimowy.
Avatar użytkownika
Fabio
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Lasota, Vertan, Mezzrat, Bua,
Rasa: człowiek
Aura: Możesz spojrzeć na tę emanację i pomyśleć, że wiesz co widzisz. Bo wiesz! Młodziutka aura niczego nie będzie ukrywać, choć nie każdy dostrzeże to samo. Na pewno nie można powiedzieć, że jest pozbawiona siły, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę jak pobłyskuje młodzieńczo. Jednak choć ukształtowana ponad wiek doświadczeniem i wiedzą jest pozbawiona tej magicznej iskry, która mogłaby uczynić ją nieco bardziej wyraźną. Lecz to absolutnie nie jest problemem. Nie dla niej! Powstała z szalonych pokładów miedzi, ostrego szkicu, gdzie drapieżnie połączone kreski największego z mistrzów przechodzą płynnie w finezyjne łuczki i spirale gnąc się zaciekle na nijakich kartkach, opracowana szeregiem miedzianych rzeźb i figurek ni miękkich to ni twardawych, złożona z raniących palce tak suchych jak lepkich błyszczących elementów, dumnie rozkłada skrzydła niezdolne do lotu i oświetla je płochliwą poświatą w kolorze szmaragdu. Jej wnętrze, jej żyjące własnym życiem mechaniczne wnętrze, przebija się przez artystyczną powłokę oślepiającym kobaltem, a gdy po paru zaciekłych próbach oderwania stóp od ziemi zaczyna załamywać się pod własnym ciężarem, dochodzi Cię niespotykana mieszanina zapachów zastępująca kłęby dymu i jakiekolwiek adekwatne dźwięki rozpadu. Sztuczne i organiczne splatają się ze sobą tworząc trudną do rozszyfrowania gamę - woń potu przechodzi w ulotną pozostałość smaru i farb, a wreszcie przyłącza się do nich aromat różnych innych tworzyw, z których zapewne nie wszystkie znasz. Jeśli bardzo się skupisz i będziesz miał dość szczęścia, gdzieś tam z tyłu wyczujesz tajemniczą nutkę pomarańczy oraz lilii, słabą i ulotną niczym nieopowiedziane dzieje zapomnianych już ludzi. Wszystkie te zapachy sprawiają, że trudno dobrze odebrać smak - w jego goryczy kryją się słodkie ścieżki, a kwaskowaty posmak raz zdaje się być pikantny innym razem całkowicie łagodny. Z czasem można dojść do wniosku, że da się poznać w nim barwę głębokiej samotności, ale kto wie czy jest to istotne, kiedy złamana konstrukcja na nowo podnosi się, staje na nogi i po raz kolejny szykuje się do lotu.
Wygląd: To słynne powiedzonko o wodzie cichej, co zrywa brzegi, pasuje w tym przypadku jak ulał, bo Fabio to rzeczywiście najbardziej niepozorny geniusz, jakiego tylko można sobie wyobrazić. Jest co prawda wysoki jak na swój wiek, ale przy tym bardzo chudy, o wąskich ramionach, trochę przygarbiony od częstego pochylania się nad stołem pełnym szkiców albo nad drobnymi elementami misternych ... (Więcej)

Postprzez Funtka » Cz lis 08, 2018 10:35 am

        To był normalny dzień, prawda? Nic specjalnego, nic niepokojącego. Parę mniej przewidzianych zdarzeń, to wszystko. W końcu to nawet nie pierwszy raz… a poznanie Kinalalego? To szalone wejście w życie znanego artysty? A znajomość z nadgorliwą Mimi? A Pirat? Lantello? Jednak jakby się zastanowić to wszystko należało do Efne, miasta nietuzinkowego, gdzie odsetek artystów i podążającego za nimi chaotycznego szczęścia był większy niż gdziekolwiek indziej. Nawet ją dosięgało czasami i pacnęło po głowie. Pewnie przez pomyłkę. A nawet jeśli nie był to zwykły zbieg okoliczności, tani fart przebywania wśród wariatów, to otwarte dla Yuumi serca niespokrewnionych z nią osób były właściwością tego jednego tylko skupiska ras rozumnych otoczonego murem. Murem, za którym takie rzeczy nie miały prawa się dziać.  
       Nie uważała się nigdy za nieciekawą. Ale odwrotnie też się nie oceniała. Poza tym na sali wykładowej to co ona akurat o sobie sądziła nie miało znaczenia - o tym jaka jest decydowało jak postrzegali ją inni. A inni jeśli ją nawet widzieli, to raczej jej o tym nie informowali. Przez wszystkie te lata zawsze w klasie miała jedną lub dwie znajome, przy czym jeśli były dwie, to nie obywało się bez cichych zazdrości i tygodni, gdy dwie tworzyły sojusz, a trzecia stawała się… trzecią. Ale to ‘dawne’ lata, ostatnio była zwyczajnie ta jedna, która trzymała się Yuumi z tego samego powodu, co ona jej - tak było łatwiej. Nie była to żadna przyjaźń.
       W domu? W rodzinnej wiosce brunetka uchodziła za kogoś, z kim nie da się dogadać, bo umie czytać. Poza tym nie uśmiechała się często i najpewniej sądzono, że ma się za lepszą - nie chce się zadawać z brudnymi dzieciakami. Naturalnie do tego, że onieśmielali ją nie mniej niż najlepiej wypolerowane elfy, gdy tylko do niej podchodzili, się nie przyznawała. Poza tym nieczęsto tam wpadała. Nie miała zwyczajnie czasu wyjaśnić tych nieporozumień… teraz już pewno mało kogo to obchodziło. Terminowali, wprawiali się w zawodach, powoli zaczynali planować budowę własnych domów - patrzyli kto najlepiej nadaje się na towarzysza życia lub ewentualnie jeździli po okolicznych wsiach i małych miasteczkach by tam znaleźć szczęście - czy zawodowe czy matrymonialne.  
       Może faktycznie nie było to towarzystwo dla niej? Może nie potrafiłaby zrozumieć tego co myślą i sama czułaby się wśród nich nie na miejscu? Dokładnie tak jak w kryształowym, gdzie wymykało jej się rozumowanie długowiecznych elfów?
Kryształowe. Równiny. Efne.
Turmalia.
Zerknęła uważnie na zatrzaśnięte za nią drzwi.

Jaka będzie Turmalia?

       Na razie była męcząca. Dziewczę dowlokło się do domu z opóźnioną dostawą jasnoty i błagała w duchu, by państwo raczyli ją dzisiaj zignorować. Po nawałach emocji jakie targały nią popołudniowymi godzinami czuła się jak zerwany żagiel - wytarmoszony i zwisający bezładnie… o ile żagiel mógł tak w ogóle zwisać. Nie znała się na żaglach. Ale skoro miasto portowe, to może uda się to nadrobić?
Weszła do domu; niemalże w ramiona poirytowanej gospodyni, która spodziewała się jej jednak troszeczkę wcześniej. Ale to niewiele szkodziło - sprawnie przygotowały kolację, a potem we trójkę usiedli do wspólnego posiłku.
Znowu posiłek…
       Naturalną koleją rzeczy wypadało się odzywać.
       U Państwa nie było tak łatwo jak w pieczarze klanu Marców - z tej pary staruszków odzywała się jak już niemal wyłącznie żona, a ze względu na małą odkrywczość jej codziennych zajęć i brak powodu do gadulstwa, ciężar konwersacji przenosił się na jedynego obecnego przy stole młodego ducha.
       Sama Yuumiś nie wiedziała jak to zrobiła, że z powściągliwym entuzjazmem udało jej się przez pół godziny relacjonować obiad u kupca. Opisywała w najmniejszych szczegółach każdą najmniejszą potrawę, towarzyszące im ciecze podane do picia, kolory zastawy i fascynujące kasetony - chwilową przynajmniej dumę pana domu. Bystre spojrzenie Florencji, cyniczki mogącej przejrzeć z łatwością niedoświadczoną młódkę motywowało tę ostatnią do nabudowywania złudzeń i pozorów wedle których była nie tylko wielkim miłośnikiem gotowania, ale i zatraconym amatorem ryb, zwłaszcza tych kupieckich. Opowiadała o nich tak barwnie i szybko, żeby nikomu (a już zwłaszcza staruszce) nie przeszło przez myśl zapytać o gospodarza. A przede wszystkim o jego syna. Młoda ćwierkała o posiłku po prostu tak długo, aż Florian nie nakazał jej przestać, bo i jego naszła ochota na spróbowanie takich wykwintności, a niestety musiał obejść się smakiem…
       Wypuszczona z sideł uciekła na górę i zamknęła za sobą drzwi cudem tylko nie trzaskając nimi z hukiem.

       Teraz mogła odpocząć. Przemyśleć wszystko. Odetchnąć… postawić ukrytego wcześniej ptaszka na parapecie. Nie była pewna co z nim zrobić - kiedy trzymała go w rękach czuła się nieswojo, patrzył tak na nią upiornie tym swoim czarnym oczkiem. Jakby czegoś oczekiwał i jeszcze ją ponaglał. Czego mógł chcieć?
       ,,Rozum podpowiada mi, że to nie koniec”.
       (Jaki rozum że niby!?)
       To były dziwne słowa. Tajemnicze i pokręcone, a więc nawet pasujące do tego nieszczęsnego Fabia całego. Ale to miała być groźba? Zapowiedź? Nawet nie wiedział gdzie mieszka! Poza tym nie… jego wypowiedź nie miała tego charakteru. Chłopak stwierdzał (wedle jej pierwszego wrażenia) podyktowany odgórnie fakt. I poniekąd miał rację przecież - mieszkali teraz w tym samym mieście, prędzej czy później musieliby znowu na siebie wpaść. Ale może zwyczajnie się wtedy zignorują? Po co mieliby ryzykować ponowne obiadki? Ona już otrzymała co chciała - zemściła się (?) na nim, udowodniła, że może zrobić rzecz całkowicie idiotyczną z błahych (jak nie wyssanych z palca) przyczyn i wyjść z tego bez większego uszczerbku na zdrowiu - za to z męską koszulą w zalotnym kolorze i mechaniczną ptaszyną, na szczęście pozbawioną płci.
Popatrzyła na podarek wzdychając.
       Mogła wtedy coś odpowiedzieć. Ale oczywiście wszelkie pomysły na jakiekolwiek składne zdanie przyszły do niej dopiero po fakcie - w tamtym momencie potrafiła tylko zdawkowo skinąć głową i odejść z poważną miną. Bez sensu.



       Następny tydzień był tygodniem pracy. Pracy zarobkowej, pracy umysłowej i pracy artystycznej. Należało wprawić się w obowiązkach i lepiej poznać oczekiwania ludzi, u których się mieszkało, ćwiczyć regularnie znane zaklęcia i czytać nowe, przyglądać się mijanym aurom i trochę poszkicować. Był to bardzo dobry czas na przyjrzenie się tutejszej architekturze, modzie i ogrodom. Proste, szybkie rysunki zajmowały coraz więcej białych dotąd kartek, ręka przypominała sobie zaniedbane ruchy i przyzwyczajenia. Perspektywa, kąty, kontrasty. Fałdy, falbanki, długość. Plamy światła, struktury, kompozycja.
       Tyle było do zapamiętania, do pojęcia, do wyćwiczenia!
Nie nudziła się. Wcale a wcale. I mimo melancholijnego spojrzenia, którym gładziła niekiedy metalowe piórka otrzymanej od młodzieńca zabawki, nie tęskniła. Wolała nawet nie zastanawiać się co by było gdyby się zobaczyli ponownie. A jednak nie umiała się go pozbyć. Ta znajomość już zaczęła odciskać na niej gryzące piętno. Drań wepchnął się w jej życie na tyle gwałtownie, że musiała chodzić teraz bocznymi drogami, omijać wszelkie miejsca, gdzie mogłaby zahaczyć o jego sylwetkę. A jednocześnie wypatrywała go w tłumie. Była ciekawa czy będzie, czy wpadną na siebie… ale szybko odwracała głowę od tłumu, wbijała wzrok w ziemię i rozzłoszczona kierowała swe myśli ku słusznym sprawom.
       Praca, nauka i nauka czegoś innego. Relacje międzyludzkie należało zostawić - to nazbyt mieszało we łbie.
       I do tego świadomość, że Lantello kręci się w pobliżu. Jeżeli był tu on, to założyć się mogła, że i Miminetta obdarzyła nadmorskie miasto swoją ponętną obecnością. Na nich jednak także się nie natknęła. I powoli, powolutku zaczynała odczuwać dyskomfort z tym związany.
Na niego nie chce się natknąć.
Z tamtym chce pogadać, ale być może on nie ma na to ochoty.
Nie wie wcale czy ona naprawdę tu jest.
I czy ktoś jeszcze może do tego.
       Paradoksalnie tylko Amari była pewnikiem w tym całym chaosie. Zawsze czekała za murem, zawsze tak samo narzekająca i nieprzewidywalna. Zawsze płci męskiej lub żeńskiej, zawsze w zło-dobrym nastroju. Zawsze z chęcią zjadająca podarki przynoszone przez dwunożną przyjaciółkę.
       I niestety w chwili słabości Funcia wygadała jej chyba nieco więcej niż była powinna. Ale tak bardzo chciała z kimś porozmawiać! Nie została jednak całkowicie zrozumiana. Pewnie nawet w ogóle. W świecie Amari było miejsce tylko dla jej własnych zachcianek i potrzeb. Było nie nazywać jej wcale Chaosem - jak nic była wcieleniem Narcyza; najczystszą postacią egocentryzmu stosowanego. Po takim odbiciu się od ściany, Yuumi na powrót uznała, że pomijanie pewnych kwestii i zatrzymywanie przemyśleń dla siebie jest najrozsądniejszym i w zasadzie jedynym słusznym wyjściem.

       Dlatego kiedy wzięła się za obowiązkowe pisanie listów, nie były one zbyt wylewne.
Najpierw skleciła ten do rodziców, bo skoro miała bardziej stały adres zamieszkania mogła go wskazać jako miejsce docelowe dla korespondencji. No i lepiej aby wiedzieli gdzie się ich jedynaczka znajduje.
       Drugi skierowała do samej tylko matki, bo z nią zawsze pisało się i rozmawiało nieco inaczej. To w nim zamieściła najwięcej informacji, chociaż raczej ogólnych.
       Wysłała też wiadomość do dziadka, bo pewnie bardzo się martwił. Chciała go zapewnić, że wszystko jest z nią w porządku.
Do babci nie odważyła się jeszcze odezwać.
I Kinalali… jego też na razie pominęła.
Najpierw tamte trzy.
W dwóch kopiach każda.
       W końcu poczta gołębiowa była średnio przewidywalna. W dodatku okazało się, że w Turmalii nie ma (co w sumie było do przewidzenia) gołębi dolatujących do nawet co większych wiosek otaczających Terrot. Trzeba więc było najpierw opłacić cztery ptaszynki do Meot, a stamtąd następne. Albo dać więcej dla chłopaczka, który by sam doniósł. Wtedy przynajmniej można otrzymać potwierdzenie odbioru. Z drugiej strony jak się z odpowiednią cierpliwością poczeka na odpowiedź (lub jej brak) to samemu można dojść do odpowiednich wniosków. Więcej drobnych na kurczaki dla Amari!
Trzeba było kombinować jak pogodzić wydatki z chęcią (i obowiązkiem) kontaktu.

Dzięki temu te dni jakoś zleciały.

Ale ile tak można? Jak długo szesnastoletnia panienka może udawać przed wszystkimi (i sobą samą), że nic się nie stało i nic się nie dzieje? Brakowało jej Lalego. Tylko jemu odważyłaby się powiedzieć jakie emocje i wątpliwości rozpanoszyły się w jej ciele. Tylko jemu jednemu… nie, nie. Już nie. Już nic nie musi mu mówić.
Nie miała komu powiedzieć.
Amari nie zdała egzaminu.
Więc… było jak zawsze. Jak w rodzinnej wiosce, w której spędzała tak mało czasu, jak w szkole, z której uciekła. Efne też przestało być jej małą przystanią.
       A Turmalia?

       Było gorące południe. Siedziała na ławce pod kamiennym murkiem pozbawionym zaprawy i nieelegancko opierała oń potylicę. Kiedy ukłuła ją smętna [rzutka] myśl, uniosła głowę. Zrezygnowana spojrzała w prawo i w lewo. Nic, żadnych przyjaciół. Nikt jakoś do niej nie biegnie. I nigdy nic się nie zmieni. Wszystkie miłe gesty uczynione w jej stronę przyjmie chłodno lub z lękiem, a potem potraktuje dokładnie jak tego ptaszka - położy gdzieś na widoku, ale więcej dotknie. Będzie tylko patrzyła i pogrążała się w fantazjach i lękach. I tak przez dni, miesiące, lata. A kiedy już wreszcie zbudzi się i sięgnie by go nakręcić wróbelek już się nie ruszy. Będzie zepsuty. Zaniedbany. Bo samo myślenie o nim nie zatroszczy się o jego mechanizm. Nie ożywi go.
       Wstała.
       Straszne to czy nie, nie chce skończyć w ten sposób i tutaj. Od początku zadawała niewłaściwe pytanie.
       ,,Kim ja będę w Turmalii?”
       Ruszyła w kierunku domu.



       Funcia była dobrą dziewczyną. Yuumi ją szanowała. Pilna i obowiązkowa, zawsze przykładała się do nauki. Nie dawała sobą pomiatać, ale trochę kierować już tak - jeśli uznawała kogoś za autorytet. Nie była niemiła, w sumie dobrze wychowana. Miała wiele atutów i nie poddawała się wcale tak łatwo. Miała wyobraźnię i samozaparcie do wielogodzinnych ćwiczeń. Rodzice jej ufali, bo uznawali ją za roztropną i odpowiedzialną. Nigdy nie robiła niczego niebezpiecznego. Nie narażała innych. Znała zasady. Już dużo wiedziała.
Ale nadal… to nie mogło być wszystko. W tej opowieści brakowało jednej osoby.
Myślała, że miał być nią Lali.
Chociaż Yuumi marzyła się raczej przyjaciółka. Taka w podobnym wieku.
Młodej dziewczynie, tej jedynej, mogłaby powiedzieć wszystko co zakrywało depresyjną szarością jej jasny z natury umysł. Nie wiedziała ile barw naprawdę w nim jest, ale chętnie dzieliła się każdą - poza tym smętnym nalotem, który ją pożerał. Był jej lękiem, słabością i… nikt nie mógł o nim wiedzieć.
       Dlatego kilkusetletni maje nie zdążył się do niego dobrać. Miał może swoje własne czernie, ale nadal - Yuumi czuła, że zbyt nad nią góruje, by móc się przed nim jeszcze bardziej odsłonić. Jego to potrafiła słuchać. Udawać przed nim silniejszą i dojrzalszą niż była. Mówić mu komplementy, ciskać docinkami i pocieszać w smutkach.
Jemu nie pozwalała sobie tak pomagać.
Chyba tak naprawdę marna z niej…
       Przyjaciółka. Bardzo chciała ją mieć. Oczywiście jak szczerze lubiła Miminettę to nie obdarzyłaby jej takim zaufaniem. To był zupełnie inny typ człowieka. Nie zrozumiałyby się głębiej mimo oczywistej sympatii.
       Podejrzewała też, że duchowo jest całkiem blisko z Lantellem. Ale ktoś tak nieprzewidywalny w swoich nagłych skokach emocjonalnych i depresyjny z lekka ją przerażał. I chyba nawet za nią tak naprawdę to nie przepadał. Kto go wie. Tak czy inaczej, by z nim jakoś funkcjonować musiałaby najpierw pozbyć się przytłaczającej części swoich własnych problemów. On jej w tym nie pomoże.
       Bardzo podnosząca na duchu była za to towarzyszka kompozytora, ale tu na bardziej zażyłą znajomość nie było co liczyć.
       Amari natomiast… z początku sądziła, że znalazła kogoś, kto odmieni jej życie. Ale trafiła na egoistyczną szuję. Tak mniej więcej. Nadal jednak opłacało się z nią trzymać, taka była prawda. Potrzebowały się jeszcze przez chwilę, zwłaszcza przy podróżach. No i stworzenie jedyne takie na świecie, powstałe z woli czarodzieja - jak młoda magiczka miałaby je zignorować?

Wspaniała lista prób i rozczarowań (niekiedy pewnie obustronnych). Skoro było ich tyle, to czemu by nie zaryzykować raz jeszcze?

       Zapukała do drzwi.
       Znajomych. Widziała je wcześniej. W zeszłym tygodniu, gdy ktoś je przed nią otworzył, a wieczorem zamknął za jej plecami, kracząc jakieś obelgi o braku końca.
       I co? Skusił swój marny los.
       Teraz już Funcia czekała pod drzwiami ze stertą ciasteczek w wiklinowym koszyczku.
       Tak w ramach podzięki za obiad.
Avatar użytkownika
Funtka
Błądzący po drugiej stronie
 
Nagrody: ObrazekObrazekObrazek
Inne Postacie: Kana, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna, Lotta,
Rasa: Człowiek (w 1/4 Elf po babci)
Aura: Emanacja nie szczyci się zbyt wielką siłą. Z oddali zaś można dostrzec, iż została podzielona na trzy pasy barw. Podstawą jest kobaltowy, idealnie prosty i okrążający powłokę. Wyżej widnieje srebrny, jego krawędzie są delikatnie, ale także symetrycznie pofalowane. Na szczycie natomiast znajduje się kompletnie nieregularne i nierówne miedziane pasmo, plamki tej farby są również gdzieniegdzie w niższych partiach aury. Całość otula światło ametystowe zjawisko mieszające się ze szmaragdowym, może to delikatnie przypominać zorze polarną. Słychać przyjemną dla ucha harmonijną melodię przechodząca powoli i ostrożnie z jednego tonu w drugi. Jeśli chodzi o wytwarzaną woń, to nie należy ona do tych ładnych, ponieważ jest to zapach ludzkiego potu. W dotyku powłoka okazuje się zatrważająco miękka. Gnie się łatwo i prezentuje swą elastyczność, od czasu do czasu niespodziewanie sztywnieje, co również wzbudza uczucie niepokoju. Zwłaszcza iż właśnie wtedy najlepiej widać niebezpieczne, ostre jak brzytwa krańce. Skryte wcześnie przed cienką warstwą puchu. W smaku nieco pikantna, ale nie pali tak strasznie w język. Dodatkowo delikatnie lepi się do podniebienia.
Wygląd: Yuumi jest panną raczej niskiego wzrostu, a przy tym dość chudą i całkiem zgrabną, gdyż mierząc 160 cm wzrostu waży 50 kilogramów. Jest to akurat lekko nad pograniczem z niedowagą, jednak zupełnie nie widać tego po jej pełnej, dziecinnej twarzyczce, otulonej kosmykami ciemnobrązowych, jakby popielatych włosów, ściętych na krótko i nie do końca równo, co z resztą dziewczynie ... (Więcej)
Uwagi: Posiada amulet, który świeci na czerwono, gdy zbliża się do niej ktoś o złych intencjach - jeśli masz takowe zauważy to.

Poprzednia strona

Powrót do Turmalia

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron