„Kim właściwie była ta piękna Pani..?”


Miasto kupców, szlachty i handlu. Położone w słonecznej części wybrzeża, stąd jego status Miasta Królewskiego. Znajduje się tu wiele dworów szlacheckich i oczywiście pałac króla.

Postprzez Oswald » N paź 07, 2018 10:50 am

        Blady alarański świt przywitał ich dojmującym zimnem, dosyć kiepską widzialnością z powodu normalnej o tej porze roku mgły zalegającej mlecznym oparem w strefie przybrzeżnej, a także absolutną ciszą, co jako jedyne mogło ich zdziwić, bowiem strome urwiska tutejszej zatoki były miejscem gniazdowania albatrosów, a te z rzadka tylko zachowywały się aż tak cicho. Wilgotne morskie powietrze z każdym oddechem wypełniało płuca i choć wychładzało organizmy tak, że prawie każdy z załogi drżał zziębnięty pomimo grubych kubraków, to skutecznie otrzeźwiało zmęczonych długim rejsem matrosów i dodawało sił do ostatniego w tym wyjściu wysiłku.
        Kamienna kaszyca powoli przesuwała się z prawego trawersu w kierunku rufy. Płonąca na jej szczycie magiczna watra migała do przybyszów wściekle zielonym okiem.
- Przygotować lewą burtę do zacumowania! – charkliwy, niezwykle rzadko słyszany w tych stronach język krasnoludzki poniósł się ponad drewnianym deckiem. Był nieprzyjemny dla ucha. Podobny był w odbiorze do kostropatej, dawno niegolonej marynarskiej gęby, trzeszczał podobnie jak rwące się na silnym wietrze żaglowe płótno, albo skrzypiące liny, gdy już ostrzegają swoim rzewnym jękiem, że zaraz trzasną nie wytrzymawszy nadmiernego przyłożonego doń obciążenia. Tu jednak jego bezwzględność nikomu nie przeszkadzała. Pewna komenda podana choćby najbardziej czerstwym głosem dowódcy okrętu, nawet mimo swej szorstkości niezaprzeczalnie dodawała mężczyznom kłębiącym się na pokładzie otuchy, jak również pewności siebie oraz przeświadczenia, że zawsze jest na łajbie ktoś, kto będzie wiedział co robić, kto o okręt i załogę zadba jak o własną dziatwę.
- Dziób kwituje, lewa burta!
- Rufa kwituje, lewa burta!
Znów w powietrzu zachrzęścił boleśnie kaleczący uszy khazalid, gdy potwierdzano zrozumienie wydanej wcześniej komendy. Niektórzy mądrale na lądzie uważali to za wręcz nadgorliwość, za przesadną dbałość o duperele, za przykład głupiego pompowania sobie męskiego ego. Jednak żyjące z pracy na morzu krasnoludy miały utwierdzoną doświadczeniem pewność, że to nie jest zaledwie tradycyjna, ceremonialna formułka, a prawdziwa, pozwalająca unikać kłopotów mądrość życiowa wielu pokoleń żeglarzy pracujących w jednym z trudniejszych, jeśli nie w ogóle najtrudniejszym środowisku. Regulamin służby na okrętach był świętością, który należało znać, stosować, ufać mu i wierzyć, a w kwestii bezpiecznego powrotu z rejsu stawiany był niemal na równi z bogiem mórz Aegirem i jego córkami – boginiami fal.
        Zgrana jak talia kart załoga pękatych brodaczy swoją przypominającą niemal taneczną choreografię krzątaniną szybko sprawiła, że dawno nieużywana gmatwanina cum, odciągów i rzutek kłębiąca się podczas rejsu gdzieś w forpiku, teraz ponownie pojawiła na górnych pokładach i sprawnie przybierała postać wyklarowanych lin gotowych do portowych manewrów.
Spłynęły wreszcie meldunki.
- Dziób gotowy!
- Rufa gotowa!
- Kwituję! – warknął kapitan w odpowiedzi, ani na moment jednak nie odrywając od oczu długiej mosiężnej lornety.

        Nie byli tu pierwszy raz, nikt zatem nie obserwował latarni morskiej, która choć bezużyteczna, to ciągle dumna i wyniosła górowała nad miastem ze skalistego klifu. Kolejny miesiąc nie działała, podobno przez jakieś tam urzędnicze machlojki z przetargiem na jej remont. Wszystko zdaje się oparło się o sądową wokandę, więc można się spodziewać, że jej światło jeszcze długo nie powróci nad wody zatoki. Nie dlatego jednak nikt na nią nie patrzył. Nawet gdyby była sprawna to i tak pomimo swoich zalet nie mogła pomóc na samym podejściu do portu ominąć czających się tam niebezpieczeństw.
        Oczy nawigatorów wypatrywały wysokiej iglicy na wieży remizy strażackiej. Jej widok wywoływał ogromną radość wśród rybaków wracających do swej przystani, a od momentu pierwszego zobaczenia go ten charakterystyczny budynek był obserwowany ciągle i bardzo skrupulatnie. Wszystko dlatego, że stanowił tylną stawę nabieżnika, który bezpiecznie przeprowadzał statki przez tutejsze rozległe mielizny. Wieża oczywiście stała tu już dawno, ale sama z siebie nie mogła wiele pomóc w manewrowaniu. Dopóki nie wystawiono przedniej stawy to nabieżnik nie istniał. Wcześniej więc, zanim powstał, to załoga każdego statku musiała przed płyciznami wynająć sobie pilota i zdać się na jego umiejętności, a to oczywiście wiązało się z kosztami, których wolni ludzie morza zwykle nie chcieli ponosić. Ryzykowali więc za każdym razem, gdy podróż prowadziła ich do portu handlowego czy rybackiego w Serenaai, co z rzadka tylko kończyło się sukcesem, a najczęściej skutkowało koniecznością uiszczenia dużo większych sum za pomoc portowych holowników w ściągnięciu jednostki z piaszczystej ławicy.
        Miasto widziane od strony wody mogło urzekać, zwłaszcza teraz, gdy w jego tle powoli na niebieski firmament wtaczała się wielka kula słońca, a pierwsze nieśmiałe promienie ślizgały się po miedzianych dachach, powodując liczne odbicia i refleksy i upodabniając budzącą się miejscowość do skrzącego się radośnie śniegu - przy założeniu oczywiście, że ktoś poczucia piękna nie wymienił na dwie paczki szlugów i zapałki, albo nie urodził się krasnoludem. Dla brodaczy piękny to był kilof wyszczerbiony na rudzie mithrillu, kamienny fort wykuty w całości w skale, troll górski ubity toporami, smukły drakkar prujący morze, a nie jakieś tam krajobrazy, miasteczka i światełka. Tu w Serenaai wszystkie ludzkie budynki bez wyjątków nijak nie mogły nawet aspirować do jakiejkolwiek urokliwości, bowiem były przede wszystkim za mało kamienne, zbyt wątłe, albo przynajmniej niewystarczająco przysadziste, zanadto wysokie i przesadnie epatujące elfią mimozowatością z tych wszystkich fikuśnych zawijasów, gzymsików i ozdóbek, w które wpatrywanie się mogło doprowadzić do zawrotów głowy nawet najtwardszego i wyhuśtanego na najgorszych sztormach marynarza. Słonobrody oficjalnie twierdził, że wcale mu się tu nie podobało, co jednak w ogóle nie przeszkadzało mu ze wszystkich portów środkowej Alaranii najczęściej zawijać właśnie tu.

        Kokosowe cumy „Myrmidona” objęły wreszcie stalowe polery na nabrzeżu i poczęły je dusić w ciasnym uścisku. Oswald Kandelason jednym susem przesadził burtę, a jego ciężkie gumowce zadudniły głucho o mokre deski pomostu. Słonobrody był brzydki, ale w taki sposób, w jaki powinien być brzydki stary krasnolud. Oblicze miał szare i zmęczone, pokryte gęstą pajęczyną zmarszczek, z których emanowało ogromne życiowe doświadczenie, jego fioletowe oczy jednak patrzyły niezwykle bystro. Facjatę szpecił wielki nos z charakterystycznym garbem na środku i nozdrzami tak szerokimi, że harpunnik spokojnie mógłby nimi wciągać do środka nawet najbardziej dorodne mirabelki w całości. Długa broda i sumiaste wąsiska potęgowały jeszcze powagę bijącą z twarzy, a wiszące na nich elementy biżuterii dodawały mężczyźnie nieco ekstrawaganckiej pstrokatości. Cała jego postawa jednak, a przede wszystkim jego przenikliwy wzrok sprawiał, że postronnym odechciewało się z niego śmiać lub w jakikolwiek inny sposób z nim zadzierać. Ubrany był skromnie, może oprócz wielkiego ryngrafu na piersi przebłyskującego złotem i srebrem spod siwej brody. Poza tym prostota, zwykłość, praktyczność - żadnych zbędnych elementów. Szóstym zmysłem wyczuwało się jednak, że sakwy ma ciężkie i to raczej nie od miedzianych ruenów, tylko od monet ze znacznie cenniejszych kruszców. Po uzbrojeniu, a szczególnie po sterczących za plecami rękojeściach harpunów każdy (zwłaszcza w portowym mieście) potrafił domyślić się tego, że ma tu do czynienia z wielorybnikiem, co tylko potwierdzało teorię, że stan kieszeni krasnoluda mógł się przeliczać nawet nie w byle orłach, ale raczej w złotych gryfach.
        Kapitan zachwiał się, jednak w porę wsparł ręką o spiżową blachę na burtach swojego drakkara i nie upadł. To normalne po tak długim pobycie na morzu, że marynarzem jeszcze przez dwa tygodnie buja po całej szerokości chodnika, ale u Słonobrodego chodziło o coś więcej. Nie wyznawał się na uczonym bełkocie medyków, ale był świadomy, że w jego mózgu coś jest nie tak. Na morzu nie chorował wcale, ale za to na lądzie jego funkcjonowanie było mocno komplikowane przez zawroty głowy pojawiające się bez widocznej przyczyny. Wstydził się trochę tej swojej słabości, choć nie na tyle, żeby czuć się przez to gorszym goszcząc od czasu do czasu pośród szczurów lądowych.
        - BOSMAN!!! – ryknął wściekle.
- AAAuuuYYYeee!!!! – donośny wrzask, stanowiący mieszankę: „Jestem!”, „Melduję się!”, „Czego!?”, „Nie teraz!” i „Spierdalać!” odpowiedziało mu gdzieś ze śródokręcia. Charakterystyczne dla bosmana okrętowego zawołanie. Każdy z załogi wiedział dobrze, że w zależności od twojej rangi i ważności sprawy, którą się bosman aktualnie zajmował, wołający mógł sobie wybrać jedną z wymienionych propozycji, by określić co ów ryk dlań oznacza.
- Do mnie! – Kandelason postarał się, by w krótkiej komendzie zawrzeć całą swoją obecną złość i niecierpliwość. Podziałało jak zwykle bardzo dobrze. Chwilę później kudłaty łeb Kargula Roransona wychylił się pomiędzy okrągłymi tarczami wiszącymi na burcie i swoim jednym zdrowym okiem popatrzył na dowódcę. Drugie oko śmiesznie zezowało na zewnątrz, jednak ta drobna ułomność cielesna zupełnie nie przeszkadzała krasnalowi być najlepszym we flocie fachowcem od kadłubów i urządzeń pokładowych. Między innymi dlatego Oswald wybrał go do swojej załogi.
- Jestem wodzu! – zameldował się.
- Czemu ten pokład się nie buja!?
- Bo stoi pan na kei, panie kapitanie!
- Masz mnie za durnia!? Widzę przecież! Czemu na pontonowym pomoście nie czuć fali?
- Może jak nas nie było to człowieki przerobiły te nabrzeża na palowe?
- Natychmiast mi to poprawić!
- Tak jest! – wrzasnął posłusznie podoficer i zniknął.
        Wydany rozkaz może i był głupi, ale należało mieć zupełną pewność, że zostanie starannie wykonany. Wola dowódcy najwyższym prawem. I nawet nie chodziło o podległość służbową, solidarność czy przyjaźń, ani o jakąś ślepą tendencję krasnoludów do bezmyślnego wykonywania poleceń. Po prostu zawdzięczali kapitanowi zbyt wiele, żeby buntować się, zwłaszcza o byle bzdurę. Jeśli nawet zażyczył sobie czegoś, nad czym trzeba było mocniej pogłówkować, to i tak należało przychylić się do jego zarządzenia. Tyle już razy wyciągał „Myrmidona” spod słonych gilotyn mogących zakończyć karierę okrętu, a wraz z nim załogi, że każdy pływający na drakkarze miał solidnie utwierdzone przekonanie, że ze Słonobrodym nikogo nie spotka krzywda. Zdecydowanie Oswald miał autorytet, charyzmę i to nieuchwytne „coś”, co wszakże sprawiało, że mógł od swoich kamratów wymagać choćby nawet niemożliwego, a oni nie tylko zawsze stawali na wysokości zadania, ale chętnie szli za nim dalej, i zupełnie im nie robiło różnicy, czy pójdą na ryby, na wojnę, czy na koniec świata sprawdzić co tam jest i dlaczego tak śmierdzi.
        - Czemu go męczysz? – wielorybnik usłyszał za plecami pytanie. Od razu wiedział kto je zadał. Tylko jedna osoba w załodze mogła sobie pozwolić na podważanie decyzji kapitana, oczywiście tylko jeśli robiła to prywatnie i w cztery oczy, a nie publicznie, przy całym okrętowym towarzystwie.
- Młody jest. Niech zasuwa. – odparł spokojnie.
- Młody? – zdziwił się tamten. -  Ma prawie półtorej setki na karku – ośmielił się nie zgodzić.
- Więc nawet połowy nie ma tego co ja. – uciął temat. – Powiedz lepiej kto nam dziś patronuje? - Odwrócił się i popatrzył w stalowoszare oczy popa.
Stojący przed nim krasnolud ubrany był bardzo podobnie do niego, w wysokie nad kolano morskie buty i rybacki kaftan z futra grubowłosych niedźwiedzi polarnych, z równie siwym i długim zarostem na mordzie, jednak czas potraktował go nieco łagodniej niż Kandelasona i nie pozbawił skalpu, toteż ciągle jego głowa pokryta była białą strzechą prostych jak druty kudłów. Nie nosił przy sobie broni, przynajmniej na widoku, ale za to skryte w torbie opasłe religijne tomiszcza wyglądały na świat mnóstwem rozcapierzonych końcówek swych materiałowych zakładek. Kapłan sięgnął po przytoczoną do pasa ikonę i uniósł na wysokość twarzy kapitana.
- Himinglefa, bogini kłębiących się fal. – powiedział z namaszczeniem, a Oswald od razu ucałował święty wizerunek. – Niech nam zawsze przychylną będzie.
- Amen. – potaknął wódz.
        - Twoje problemy z równowagą to nie wina bosmana. – duchowny wrócił do poprzedniej kwestii krytycznie kręcąc przy tym głową. – Obaj wiemy, że nigdy stojąc na stałym lądzie nie możesz pionu utrzymać. Z drugiej strony jesteś w takim wieku, że dobrze, iż chociaż mocz utrzymujesz.
Ten jeden krasnolud mógł sobie pozwolić na takie śmiałe przytyki wobec Słonobrodego. Skalf Yorason – od pełnoletniości we flocie, ale tak naprawdę pełnił swą służbę trochę jakby obok wojskowej hierarchii, chociaż skrzętnie wykorzystując jej stopnie. Był to bowiem zagorzały kapłan Aegira, który na „Myrmidonie” znalazł się głównie ze względu na przyjaźń z jego dowódcą. Objął etat kapelana i cyrulika, jednak jego nie do końca precyzyjnie usytuowana w okrętowej organizacji funkcja, w praktyce dająca mu na pokładzie pozycję równą zastępcy dowódcy, a także rzeczywista podległość wyłącznie Słonobrodemu, zupełnie nie przeszkadzała mu harować na równi z resztą załogi, gdy ze świeżo wybranych sieci wysypywało się na pokłady całe mnóstwo rybich tuszy: czy to dorszowych, karmazynowych bądź wszelkich innych. Rękojeść noża jak każdemu innemu członkowi załogi przyrastała wtedy na długie godziny do dłoni, a duchowny oprawianiu połowów oddawał się z podobnym namaszczeniem, z jakim zwykle sprawował religijne ceremoniały. Nie był zatem na okręcie Jej Królewskiej Mości „wazonem”. Z racji tego, że takie naczynia zupełnie nie przydawały się ani na okrętach wojennych, ani trawlerach rybackich, było to dość obraźliwe określenie na wszystkie osoby wychodzące na morze przypadkiem, dla własnej tylko frajdy, dla zbierania doświadczeń lub wspomnień, dla parweniuszowskiej chęci pochwalenia się przed znajomymi swoją rzekomą dzielnością i odważeniem się na zmaganie z falą, wreszcie takich traktujących morze jako tylko kolejny rodzaj rozrywki, a z których to osób w razie czego żadnego wymiernego pożytku na pokładzie nie było.
        Skalf z Oswaldem byli rówieśnikami, a znali się w zasadzie od dziecka. Było to możliwe, gdyż matka Skalfa - Yora, od chyba zawsze pełniła intratne funkcje na dworze królowej Kandeli. Czym się tam jednak zajmowała - trudno stwierdzić, przynajmniej prostemu chłopu. Zakupami, serialami, paznokciami, makijażem? No w każdym razie czymś na pewno w życiu królewskiego dworu niezwykle ważnym, związanym oczywiście z wydawaniem góry pieniędzy, a przy okazji zajęciem tak nudnym i nieciekawym, że mogło cię to cieszyć i pasjonować tylko jeśli urodziłeś się z jajnikami, albo ewentualnie jeśli sam je sobie wyhodowałeś przez bezmięsną dietę i codzienne siorbanie bezglutenowego latte z sojowym mlekiem.
        Obaj z dumą nazywali się swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Do teraz zresztą Oswaldowi termin „beztroska” kojarzył się głównie z tym wspomnieniem, jak za bajtla właśnie ze Skalfem wymykali się z klanowej siedziby i gdzieś tam na płaskowyżach rozciągających się ponad rodzinnym fiordem polowali na polarne lisy wykorzystując do tego focze sadło i zwykle wywalane, bo niepotrzebne nikomu fiszbiny. Zwijało się wielorybi ząb w pętlę i polewało wodą, aż zamarzła i utrzymywała go w takiej skręconej pozycji. Następnie grubo smarowało tłuszczem i zostawiało na lisich ścieżkach. Zwierz zwabiony zapachem połykał „niespodziankę”, która gdy tylko znalazła się w żołądku pod wpływem ciepła traciła trzymającą ją w zwartej postaci warstwę lodu, więc gwałtownie prostowała się do swego pierwotnego kształtu, przy czym brutalnie rozrywała wnętrzności swej ofiary i uśmiercała na miejscu.
        - Mądrala – prychnął Oswald. – Odezwał się ten, co to ledwie na świat wyskoczył. Dobrze, że ciebie twój pęcherz słucha.
- Zdarza mu się. – potwierdził skrzętnie kapelan. – Gorzej z prostatą.
- Odcięliście Gonadila z rei? – zapytał Kandelason zmieniając temat, gdyż za mało wypili, żeby mogły go bawić rozmowy o problemach w kroczu towarzysza.
- Taa... – sapnął Skalf, który rozumiał podejście swojego kumpla do dyscypliny wśród załogi, ale wcale nie czuł się jakimś jej egzekutorem. Uważał, zresztą chyba słusznie, że lekarska przysięga „Primum non nocere” ważniejsza dlań była od wojskowych wymysłów.
- Żyje?
- Jeszcze tak.
- Jeszcze... – Słonobrody westchnął. - Jeśli następny raz zaśnie na wachcie, to każę go przywiązać za szyję.
- I kogo posadzisz przy wiośle na jego miejscu?
- Charybda będzie machać. – odparł nie zastanawiając się wcale.
Jakby wyczuwając, że o niej się mówi wielkie ptaszysko z furkotem skrzydeł zleciało z bocianiego gniazda i przysiadło na ramieniu harpunnika.
- Kraa.. Kraaa! – zaśmiało się tylko szyderczo z absurdalnych planów zatrudnienia jej przy pagajach.
        Dowódca zaś uznał temat za zakończony i popatrzył w głąb alejki prowadzącej z portu w kierunku miasta. Na końcu ulicy dumnie prężyła swoją fasadę dobrze im obu znana tawerna. „Klucz do kilwatera” – głosił drewniany szyld wiszący nad wejściem. Oswald zmarszczył chmurnie czoło i sięgnął po topór. Chwilę trzymał go oburącz, jakby ważąc go w dłoniach, ale grymas, który nadal gościł na jego twarzy ewidentnie dawał do zrozumienia, że wielorybnik toczył właśnie jakąś wewnętrzną walkę. Po chwili jednak rozchmurzył się.
- Do abordażu! – syknął do przyjaciela.
- Żadnych jeńców. – potwierdził Skalf.
        Dwa sędziwe krasnoludy niespiesznie ruszyły w kierunku oberży. Jeden z nich, ten z wielką mewą na ramieniu kuśtykał i zataczał się wyraźnie bardziej od swojego towarzysza, ale nadążał za nim, jako że w marszu pomagał sobie wielkim brodatym toporem, który to służąc w charakterze laski pozwalał mu się poruszać samodzielnie i raczej do przodu.
Avatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Niphred, Dima, Rufus, Know,
Rasa: krasnolud
Aura: Matowa aura oddaliła gdzieś bujny i emocjonujący obraz potężnej bandery. Teraz chowa się ona za gęstą mgłą obsydianu, nieco duszącą i drapiącą w gardle, lecz w ten oto sposób emanacja została owiana wieloma tajemnicami oraz skarbami doświadczeń. Statek dryfuje po łagodnych falach, unosi się lekko i opada. Wyobrażenie przypomina zamkniętą w szklanej kuli figurkę, ale z odrobiną wysiłku można przebrnąć przez grubą warstwę poświaty. Tam zaś, na cynowych wodach, unosi się łajba wykonana z żelaza, napędzana platynowymi żaglami. Nie słychać tu żadnego dźwięku, żadnych mew czy świstu powietrza, jakby czytelnik nagle utknął w samym środku imponującego malunku, jednak czuć tu morską bryzę. Woda morska smakuje niebywale gorzko i sprawia, że usta momentalnie stają się suche. Idąc dalej, gdy ma się okazję zbadać deski statku, od razu zauważa się, że jest ona wykonana z bardzo twardego materiału. Momentami odrobinę chłodnego, jakby nasiąknęła temperaturą od samych wód potężnego morza, lecz w środku rozgrzana wonią przyprawionego, lepkiego piwa. W dotyku bywa sztywna i oporna, a nadmierny nacisk powoduje rany cięte od ostrych zarysów, choć przy delikatnym muśnięciu okrętu paliczkami zdecydowanie odczuwa się przyjemną gładkość.
Wygląd: Sędziwy mężczyzna, od razu widać, że krasnolud. Wzrost około siedmiu piędzi, postura krępa, ciężka, zwarta, zbita, napakowana mięśniami, emanująca spokojem, pewnością siebie, dumą i godnością właściwą przedstawicielowi starego krasnoludzkiego rodu. Bystre spojrzenie fioletowych oczu spod krzaczastych brwi. Szlachetny orli nos. Twarz pokryta zmarszczkami, okolona siwą, ... (Więcej)

Postprzez Niviandi » N paź 14, 2018 6:21 pm

        Niviandi ocknęła się jeszcze chwilę przed opuszczeniem Smoczej Przełęczy, a dokładnie rzecz biorąc - otworzyła oczy, gdy tuż przed jej twarzą zaczęły pojawiać się oślepiające iskierki. Złotowłosa krzyknęła panicznie, obróciła się machając rękoma w przestrzeni. Próbowała złapać się czegokolwiek. Powtarzała cichuteńko „Nie, nie, nie!...”, ale to nie pomogło ani trochę. Potężna siła wciągnęła ją w swoje sidła i wypluła tu. Do Serenay.
        Księżniczka, nieco już i tak sponiewierana po ostatniej przygodzie, została dosłownie wywalona na bruk szemranej ulicy. Dziewczyna przetoczyła się po kamiennej ścieżce w całkowitym bezwładzie. Zatrzymała z jękiem w nieoświetlonym miejscu, nie było tu choćby jednej pochodni. Niviandi boleśnie zawyła, gdy próbowała podnieść się na rękach. Przez jakiś czas starała się dojść do siebie, a przynajmniej na tyle, by w ogóle była w stanie wstać. Rozpłakała się ściśle obejmując ciało rękoma, gdy w końcu uświadomiła sobie, że jest tu całkowicie sama. Aurea i Mathias zostali... a może ich tez rozdzieliła ta tajemnicza siła? Nie wiedziała, ale okropnie się bała. Tej ulicy, ciemności, a w dodatku bezwiednej samotności. Nie rozumiała całkowicie sytuacji. Nagle, w jednym momencie nie istniała, nic nie czuła, nic nie słyszała. Usnęła na plaży, którą otoczyła gęsta mgła, a zaraz po tym...ten portal. Paskudna sprawa. Ci magowie powinni naprawić na tyle świat, by takie rzeczy nie miały miejsca! Zero kompetencji. Durnie.
        Niviandi zebrała się siadając na stopy. Łkała szukając odpowiedzi na niejasne zdarzenia. Potwornie tęskniła za tą dwójką... mimo że on był łajdakiem, a ona podróbą aniołka, to jednak... bardzo się do nich przywiązała. Pewnie nie umiała im w żaden sposób pomóc, a jej umiejętności przetrwania były co najmniej marne, to w dziwny sposób lubiła być blisko nich. Czuła się wówczas.... bezpiecznie, a w jej sercu gościł spokój. Martwiła się, że mogli zostać w tym leśnym piekle i górach, i z Ivorem, i... agh!
        Syrenka jęknęła, gdy do jej uszu dobiegł szmer. Dziewczyna zacisnęła palce na ramionach. Nie miała zielonego pojęcia, gdzie się znajduje. Wstała, a jej nogi potwornie drżały. Mocno zaciągnęła na głowę kaptur i szczelnie opatuliła się płaszczem, który niegdyś należał do Mathiasa. Westchnęła z irytacją, gdy spojrzała na odsłonięte nogi i poszarpaną sukienkę. Dobrze, że chociaż w miarę zakrywała uda i mogła zarzucić na siebie coś jeszcze, inaczej już całkiem byłoby wstyd przemieszczać się w ten sposób przez miasto. Było jej zimno w stopy, bo nie miała żadnych butów. Ulice były nieprzyjemne, a jej oddech szybki. Noc ani chłód ani trochę jej nie sprzyjały. Gdy tylko ujrzała pierwszą pochodnię, od razu przyspieszyła krok. Niviandi intuicyjnie gdzieś się zakręciła, ukryła, ktoś ją wyminął, a ona coraz bardziej wpadała w panikę. Na zmianę to chciała się pozbierać, to chciała płakać, ale o tyle Prasmok się nad nią zlitował, że do samego poranku nie było wcale tak daleko. A może to czas jej tak szybko minął podczas tych wszystkich toczących się emocji i przemyśleń?
        Na krótką chwilę przysnęła na jakiś schodach, ale obudziła się od razu, gdy drzwi sąsiednich domów zaczęły się otwierać. Nie chciała nikomu zawadzać, lecz też nie była w stanie jakkolwiek odnaleźć się w obecnym położeniu. Nie wyobrażała sobie spędzić w ten sposób kolejnej nocy! Ani całego życia! Drżała na całym ciele w obawie, że jeszcze zgarną ją do jakiegoś burdelu i karzą oddawać innym mężczyznom... Nie myśl Niviandi, nie myśl!
        Świat nie mógł być taki okrutny. Znaczy, nie dla niej! Miała za ładną buzię by skończyć jako ladacznica, albo żebraczka. Nie zasłużyła sobie! Niby jak?! Jeżeli istnieje jakakolwiek sprawiedliwość to kolejna noc będzie piękna. Tak. Postara się o to.
Ludzie zaczęli się budzić, ale nadal nie wszyscy wyglądali na godnych zaufania. Matko, ona potrzebuje porządnej kąpieli. Z bąbelkami i olejkami, w płatkach kwiatów, albo w mleku... Może dlatego patrzą na nią tak krzywo, gdyby nie chowała się pod ciemnym płaszczem w obdartym odzieniu to by ją podziwiali, a teraz jakby chcieli...a nie mogli. Ona nie jest żadną żebraczką do diaska!
        Niviandi ruszyła dalej. Słyszała za sobą zdecydowane kroki, nieco wolniejsze i dłuższe. To musiał być mężczyzna, ale nie obracała się za siebie. Twardo brnęła przez jeszcze mało zaludnione ulice. Czuła, że ten gość nie należy do tych przyjemnych. Drewniany szyld rzucił się w jej oczy. Karczma o tej godzinie została już otwarta, to będzie dobra kryjówka...tego dnia. Nie chciała wiedzieć, co z kolejnymi. Liczyło się to, by odejść od tego typa.
        Jej dłoń delikatnie spoczęła na drewnianych drzwiczkach, gdy poczuła chwyt mężczyzny. Niviandi przełknęła ślinę i ostrożnie spojrzała za siebie. Nie pytała o nic, jedynie spoglądała niepewnie na starszego mężczyznę, który brzydził ją samym wyrazem twarzy. Był wysoki, z paskudnym wąsem, obleśnym brzuchem i patrzył tak dziwnie.
        - Chyba nie jesteś stąd...
        - Ładnie tak zaczepiać damy za dnia? - Spytała srogo syrenka.
        - Damy? No nie wygląda. Nogi świecą spod tego płaszcza... Panny się w takich krótkich kiecach nie przechadzają po mieście.
        - Wypraszam sobie.. - mruknęła niepewnie.
        - Chcesz zarobić na chleb? - spytał mężczyzna opierając rękę o ścianę karczmy.
        - Słu-słucham?! - żachnęła się syrenka, a jej twarz zalała fala rumieńca.
        - Kraa! - zaskrzeczała mewa i oboje spojrzeli w jednym kierunku.
        Niviandi wybałuszyła oczy widząc z daleka kuśtykającego brodacza, któremu towarzyszył jakiś stary rzep. Z daleka nie dostrzegła nic poza tym, ale wykorzystała sytuacje wkradając się do karczmy i uwalniając spod oparcia nieprzyjaznego mieszkańca. Spłoszona syrenka wciąż kurczowo przytrzymywała płaszcz by odsłaniał jak najmniej. Czy dobrze zrobiła? Tego jeszcze nie wiedziała, ale to była jedyna myśl jaka jej w tym momencie towarzyszyła. Miała wrażenie, że wszyscy się na nią gapią, chociaż w karczmie siedziało zaledwie kilku klientów. Nie mogła znieść odkrytych nóg i tego oblecha za drzwiami!
        Dziewczyna zbliżyła się do lady i już wyciągała palec by zażądać herbaty, ale... przypomniała sobie, że nią ma czym zapłacić. Jej włosy były krótko ścięte, ledwo sięgały za ucho więc nie było co nimi handlować. Długie i splecione miały jeszcze jakiś sens, a tak...
Niviandi skierowała się w kąt, ku nieciekawemu skrawkowi lady, który krył się ciemności. Westchnęła ciężko ocierając twarz dłonią.
        - Coś podać? - spytał karczmarz, a napotykając jego spojrzenie Niviandi od razu zrozumiała, że długo tu nie pobędzie jeżeli czegoś nie zamówi. Zajmuje tylko miejsce, nie przynosi żadnych korzyści... W pierwszej chwili chciała go skrytykować, ale jakoś nie miała sił.
        - Jeszcze się zastanawiam... - odparła lekko, a mężczyzna patrząc na nią podejrzliwie oddalił się.
Avatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Nagrody: Obrazek
Inne Postacie: Frigg, Deithwen, Kvaser, Francine, Kavika, Wiladye, Shantti, Namir, Pliszka, Cedr,
Rasa: Syrena
Aura: Zachłannie otulająca czytającego aura o nieprzeciętnie błyskającej mocy i barwie platynowej sukni szytej złotą nicią zdaje się oplatać każdego tak łapczywie, jakby żądała dla siebie prawa do każdego cala przestrzeni wokół. Po pierwszym, dosyć negatywnym kontakcie, uderza jej jasna, choć nikła poświata o żywym kolorze szafiru. Do nozdrzy trafia zapach olbrzymiej mieszaniny woni, typowo ludzkich w większości, choć niemożliwych do zidentyfikowania. Dopiero po chwili czuć, jakby były niesione przez morski wiatr. Emanacja wydaje z siebie głęboki, silnie słyszalny szum fal. Zaraz po nim, niczym spod tafli wody, słychać zawodzenia istot, które z pewnością nie mogą być żywe. Wrażenia dotykowe są bardzo jednolite i przypominają głaskanie przyjemnego, drogiego materiału jak aksamit: aura jest miękka i niesamowicie gładka, zaś pod naciskiem wygina się w dowolne strony. Na krawędziach jednak potrafi ukłuć, jakby w tkaninę wbito szpilki.
Wygląd: Niv mierzy około dwóch i pół łokcia, a jednak jej drobne, smukłe, cieniutkie ciało wcale na to nie wskazuje. Wydawałoby się, że nawet dzikie zwierzęta nie chcą tknąć tej bezbronnej istotki, a jednak jest w jej ciele coś ujmującego. Delikatne, a zarazem kobiece krągłości kuszą niejednego osobnika, by załapać tę przynętę, co prawda, nie ma wybitnie wielkich piersi, jak na ... (Więcej)

Postprzez Oswald » N paź 21, 2018 10:53 am

…mężczyzna patrząc na nią podejrzliwie oddalił się. Dopiero teraz mógł rozejrzeć się po sali, ale było już za późno. Złapał się tylko za głowę i spurpurowiał ze strachu i stresu, a wizje nadciągającego krwawego mordobicia i w niedługo później totalnej plajty prowadzonego przez niego interesu na przemian przelatywały mu przed oczami. Zajęty gadaniem z tą włóczęgą nie zauważył wejścia swoich najbardziej honorowych klientów. Morskie krasnoludy. Póki co dwa - dowódca i duszpasterz - te najstarsze, najważniejsze i przynajmniej na początku najbardziej powściągliwe w szastaniu pieniędzmi. Znając jednak życie i przebieg wszystkich poprzednich odwiedzin wielorybników w Serenaai, to reszta załogi jak tylko uprzątnie swoją łódź, sklaruje pokłady, przygotuje złowione towary na następny dzień do rybnego targu, to wieczorem zwalą się tu całą brygadą. A wtedy nawet Ci dwaj staruszkowie się rozochocą i krasnoludzka impreza będzie trząść tawerną całą noc, a potok złota, srebra i kryształów szerokim i wartkim strumieniem popłynie od brodaczy prosto w jego kieszenie. Słowem: świetlana przyszłość. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to nieszczęście.


        Oswald i Skalf weszli do gospody. Nie przywitali się jak to zwykle robili, bowiem właściciel zajęty był rozmową z jakąś wychudłą, chyba elfią przybłędą. Słonobrody zaś nie po to wracając z morza wybrał akurat ten port, żeby teraz rywalizować o uwagę karczmarza z jakimś uszastym padalcem, albo jeszcze do tego być wystawionym na smród elfickich perfum. Od razu zatem skierowali się do swojej loży. Podstarzały oberżysta, który okazał się większym włazidupem niż na to na pierwszy rzut oka wyglądał, podczas którejś z wcześniejszych wizyt „Myrmidona” w Serenaai kazał nawet specjalnie dla nich przykręcić nad wejściem miedzianą tabliczkę rezerwacyjną z napisem „Klan Mroźnej Bryzy”. Tak jakby mógł tym czczym gestem zaimponować starym wielorybnikom. Nie wytrącali go jednak z tego zadufania, bowiem „Klucz do kilwatera” pomimo gównianej nazwy był całkiem przyzwoitą jadłodajnią, dobrze zaopatrzoną pijalnią piwa, ale (co najważniejsze dla Kandelasona) po zmierzchu zamieniał się w prawdziwą jaskinię hazardu, gdzie co noc ściągały tłumy podobnych mu pasjonatów ryzyka z całego wybrzeża chcących spróbować szczęścia w każdej możliwej grze czy rywalizacji – od kart i kości, przez zapasy w kisielu i walki psów, po pięściarstwo czy siłowanie na rękę.
        Usiedli, jednak nie zaznali spokoju. Od razu ich napadła.
- Witam panów serdecznie! W czym mogę służyć? – zapytała przesadnie rozochocona panienka strasząc ich swoimi niezbyt dobrze umocowanymi piersiami. Wielkie dojary wulgarnie wręcz sterczące pod cienką białą bluzką przy gwałtowniejszym ruchu rzeczywiście mogły wybić zęby komuś o ich wzroście. I nawet nie o to chodziło, że bali się o swoje paszcze. W ich wieku i przy mało wyszukanej morskiej diecie w większości dziąsła mieli już wypełnione przez złote lub platynowe protezy. Bardziej chodziło o jej natarczywość i przede wszystkim o to, że była kobietą. Choć nie można zupełnie wykluczać wyrachowania, to trzpiotka raczej chciała być dla nich po prostu miła i przychylić im nieco nieba po długotrwałym rejsie. Nienawykłych jednak do takich gestów ze strony płci żeńskiej krasnoludów zupełnie deprymowało jej zachowanie. Zacięli się w sobie i ze wzrokiem wbitym w blat czekali na jakiś ratunek, czerwoni od wstydu i zażenowania.
        Była młoda. Pracowała tu zaledwie od miesiąca, bo wcześniej niepełnoletniej smarkuli nikt nie chciał legalnie zatrudnić. Mały staż w zawodzie nie przeszkadzał jej jednak w byciu świetną kelnerką. Uczyła się szybko i od najlepszych. Po pierwsze: uśmiech - starannie wystudiowany i tak perlisty, żeby jego absolutna sztuczność zawsze pozostawała niezauważona. Po drugie: atuty - wszystkie dobrze widoczne, i gdy trzeba to zawsze pod ręką marynarza. Po powrocie z oceanu ludzie są przecież tak wyposzczeni, że każde choćby złapanie za cycek traktują w kategoriach spełnienia marzeń, więc bardzo chętnie sypią za dekolt złote monety za każdy taki objaw przystępnej i swojskiej kobiecości. Po trzecie: umiejętność prześwietlania kieszeni klientów. Kelnerka musi mierzyć siły na zamiary i wiedzieć kim warto się zająć, a komu tylko odburknąć, że tu „obowiązuje samoobsługa przy barze”. W tym zawodzie nie tylko warto, ale wręcz koniecznie należy potrafić jednym rzutem oka ocenić, czy gość wpadł tylko na jedno piwo, a i tak na koniec skończy się draką, bo nawet za to jedno nie będzie miał z czego zapłacić, czy też złota ma przy sobie tyle, że może wykupić całą tawernę razem z obsługą i właścicielem jeśli będzie miał taki kaprys, i wystarczy tylko odpowiednio stymulować jego hojność i podsycać potrzeby, aby zostawił w knajpie jak najwięcej pieniędzy.
        Tym razem jednak coś nie działało. Dziewczyna nic z tego nie rozumiała. Widziała, że weszli bardzo bogaci klienci, więc bez zastanowienia i natychmiast zaatakowała zajętą przez nich lożę. A oni nic. Milczeli uparcie, i nawet na moment żaden z nich ani się na nią nie spojrzał. Tym bardziej natarczywie zagadywała, nieświadomie potęgując jeszcze w nadzianych starcach poczucie zakłopotania i niepewności. Dobrze wyuczona swego fachu machała im przed nosami przesadnie odsłoniętym biustem. Dziwiło ją, że jeszcze żaden z nich nie uszczypnął jej w pośladki – „Dziwne te krasnoludy. Może pedały? Fuj!!” – skrzywiła się, ale tylko w myślach. Przyklejony uśmieszek ani na moment nie zniknął z rumianej buzi. – „No ale mogliby coś zamówić. Płacone mam od klienta, plus napiwki. Weźcież stare skąpiradła poluzujcie wreszcie te wasze wypchane mieszki!”.
        - Może panom zrobić kanapki albo usmażyć jajka?
- Cycki se usmaż! – warknął na nią łamiącym się głosem właściciel, który wreszcie zebrał w sobie całą odwagę jaką miał i ruszył z odsieczą speszonym klientom. – Ty wiesz kto to jest? Ty wiesz kto to jest!? To jest K.. – zająknął się – K...andelason! On se może jeść chateau, on se może jeść ostrygę, on se może jeść co chce, a nie twoje rozpaćkane kanapki! Uciekaj mi stąd! Ja się panami zajmę.
- Ale szefie... to moi klienci! – zaprotestowała, bowiem nie chciała pozwolić, by ktoś tak po prostu zgarnął jej zysk sprzed nosa. Niewiele tu widocznie zmieniało, że ten ktoś był jej pracodawcą.
- Wystarczy – powiedział zdenerwowany. – Na górę do garów!
- To niesprawiedliwe! – łzy stanęły jej w przesadnie wymalowanych oczach.
- Wynocha! – teraz to już wrzasnął. Uniósł dłoń i naprawdę cudem powstrzymał się od wypłacenia liścia w pyskatą gębę.
Nie powiedziała już nic więcej, tylko z głośnym szlochem szurnęła na zaplecze.
        Najłatwiejsza część została załatwiona – uwolnił krasnoludy od niechcianego towarzystwa. Na tyle tylko wystarczyło mu odwagi, gdy bowiem spojrzał na dwóch starców ponownie zaczęła ogarniać go panika. Mieszkańcy północy według legend byli potężni, dumni i honorowi, co w rozumieniu ignoranckich ludzi oznaczało, że są wredni, porywczy i reagują agresją na najdrobniejsze zniewagi. A chociaż nigdy nie dawali nikomu bezpośrednich powodów do tego, by się ich obawiać, to każdy w stosunkach z nordami przezornie wolał unikać wszelkich sytuacji kolizyjnych. Dzisiaj się nie udało.
- Przepra... – zaczął dukać, ale nie dokończył. Oswald huknięciem pięścią w blat dał mu jasno do zrozumienia, że teraz ma być cisza. Brodacz nie był zdenerwowany, potrzebował jednak chwilę czasu, by odzyskać pewność siebie. Gospodarz jednak w tym geście zobaczył idącą już po niego śmierć. Stał tam zatem przerażony jak nieprzygotowany student przy tablicy, który pałę z odpowiedzi traktuje jak swoje największe nieszczęście. Nie trząsł się - jeszcze. Zaciśnięte zęby pomagały powstrzymywać się od skomlenia, ale nie był pewien czy uda mu się ta sztuka, gdy będzie się musiał odezwać. Czekał na reakcję swoich gości jak na wyrok.
        Skalf pierwszy zebrał się w sobie i to on rozpoczął rozmowę.
- Którego punktu naszej umowy pan nie zrozumiał? – zabrzmiało groźnie, choć kapłan wcale nie miał zamiaru straszyć rozmówcy. Efekt był jednak odwrotny do zamierzonego i tylko utwierdzał karczmarza w przekonaniu, że zaraz zginie. Człowiek niby otworzył gębę, ale język ewidentnie odmówił posłuszeństwa. Przezornie więc zamknął ją z powrotem.
- Obsługuje nas pan osobiście, albo ewentualnie robi to pana syn. – kapłan przypomniał jej pierwszy i najważniejszy zapis. Tamten nadal nie mógł wycisnąć z siebie ani pół słowa. Ale dźwięk dzwoniących o siebie zębów świadczył o tym, że jednak próbował.
- Co to miało być? – siwy duchowny wskazał ręką na drzwi, za którymi zniknęła młodziutka kelnerka. Drewniany kołek w gębie gospodarza, w który zmienił się jego język zupełnie nie chciał współpracować.
- Nie panujesz pan nad personelem? – zapytał Yorason.
- Wie pan… - karczmarzowi udało się wreszcie odezwać. - ..Ciężko teraz o dobry personel..
        Natarczywa dziewczyna uciekła przegoniona przez oberżystę, więc Oswald powoli (choć zdecydowanie wolniej niż Skalf) ośmielał się. W tym momencie jednak zdecydował się wreszcie powstać ze swego miejsca i włączyć do rozmowy.
- Dlaczego ma nas to obchodzić? Mam panu pokazać jak się dowodzi ludźmi? –  Krasnolud był wyraźnie niższy od człowieka, ale zdecydowanie budził jego szacunek. I to nawet nie dlatego, że w krępej postaci drzemała wielka siła, ale przede wszystkim dlatego, że biło od niego szlacheckie dostojeństwo, którego zaburzyć nie zdołały nawet skromne, lekko wypłowiałe już kożuchy i nienatarczywy, ale jednak wyczuwalny glonowo-rybny aromat. Wielki topór na którym trochę jakby od niechcenia się wspierał i jego szorstki, chrapliwy głos sprawiły, że krew w żyłach karczmarza niemal całkiem przestała krążyć.
        Propozycja kapitana mogła się wydać trochę mało adekwatna. Poboczny obserwator mógłby stwierdzić, że krasnolud jest nieżyciowy, nieracjonalny i zwyczajnie przesadza. Czym innym bowiem jest załoga statku, a czym innym personel gospody - pracują w zupełnie różnych warunkach, więc i sposoby kierowania nie pasowałyby jedne do drugiego. Zarzut ten jednak nie miał szans się obronić. Słonobrody był jak najbardziej życiowy, ale po swojemu. Po prostu okręt i morze to było całe jego życie. Nie znał nic innego.
        Nagle stary harpunnik zupełnie skamieniał.
- „Znam tę twarz.” – myśl szybka jak bicz z zerwanej wanty śmignęła przez głowę. Począł szukać w pamięci związanych z nią wspomnień, które chociaż dość odległe, wcale nie były ukryte głęboko. Nie śmiał jednak za szybko i przez to nazbyt brutalnie ich odkopywać. Dotykały zbyt delikatnej materii. Całkiem przestał zwracać uwagę na to co się dzieje wokół niego, zostawiając Skalfowi rozmowę z karczmarzem. Stał jak sparaliżowany i próbował tylko znowu wyłapać spośród tłumu to jakoś dziwnie bliskie jego sercu spojrzenie.

        Drzwi karczmy uchyliły się i weszło kolejnych dwu brodaczy. Jeden wyższy i rudobrody w rogatym hełmie na głowie, który to jeszcze dodatkowo podkreślał efektowność jego potężnej postury, oraz drugi, mniejszy, garbaty i czarny, z lewym okiem przesłoniętym przepaską. Zygfryd Olgason – zastępca dowódcy i Kerric – żaglomistrz z „Myrmidona”. Obaj ubrani w rybackie kubraki, ale to nie mogło nikogo zmylić. Ich wygląd, postawa i wredne pyski dawały jasne i nieodparte wrażenie – zakapiory, których nie chciałbyś spotkać w ciemnym zaułku. Było to wszakże tylko wrażenie i niestety stereotyp, który jak większość stereotypów był niesłuszny i bardzo krzywdzący. Owszem, byli to dwaj najwięksi zabijacy pośród ludzi Słonobrodego, jednak nie traktowali oni mordowania w kategoriach rozrywki, jako rodzaju sportu czy sposobu na życie. Po prostu, zwyczajnie i bez głębszych teorii – czerpali z zabijania dużo większą frajdę niż inni. Tylko tyle i aż tyle. A że byli paskudni, to akurat zupełnie im nie przeszkadzało. Całkiem słusznie zresztą twierdzili, że ładną buźkę łatwo zepsuć, a szpetnego ryja przynajmniej nie szkoda poharatać w bijatyce.
               Jedynym, na co wchodząc do knajpy zwrócili uwagę był fakt, że ich dowódca dobył już swej broni. To, że opieprzał tutejszego właściciela, a ich papa-księżulo jak echo wtórował mu, choć siedząc gdzieś tam nieco z tyłu, to już nie miało takiego znaczenia. Nie tracili czasu na zastanawianie się o co tu chodzi. Wielkie topory momentalnie znalazły się w ich tłustych dłoniach.
- Coś szybko w tym roku zaczynamy tańce! – warknął rudy oficer, jednak jego towarzysz nie był zbyt rozmowny.
- Joooo.. – Ta jedna jedyna, choć dość długo przeciągnięta sylaba potwierdziła zaledwie, że czarnobrody też to samo zauważył, ale najwyraźniej nie miał zamiaru bardziej rozbudowywać swego komentarza. Splunął tylko na podłogę przeżuwanym tytoniem i wytarł usta rękawem.
        Obaj natychmiast ruszyli w kierunku swojego przełożonego, zupełnie nie zawracając sobie głowy omijaniem stojących im na drodze mebli ani osób. Jeśli ktoś z niezbyt jeszcze licznej (na szczęście) klienteli nie zorientował się co tu się święci i nie uskoczył w porę, to razem z przeszkadzającymi ławami, krzesłami i stołami był pacnięciem wielkich krasnoludzkich łap brutalnie odwalany na bok.
- Jesteśmy wodzu.. – przenikliwy syk Olgasona przeleciał przez całą izbę, gdy dwaj topornicy stanęli za plecami swojego „Starego”.
- Jooo... – Kerric również potwierdził swoją obecność.
        Pojawienie się tej dwójki jaskiniowców już zupełnie przeważało szalę na korzyść krasnoludów. Yorason ustąpił więc pola i zamilknął. Wcale nie chciał zaognienia sytuacji, ale był zupełnie świadom, że w tym momencie już brakowało mu kompetencji. Kapłan wiedział, że jego gadanie już się tu na nic nie zda i teraz już tylko Oswald mógł zapanować nad tym towarzystwem. Jeśli nic nie powie, to załoganci „Myrmidona” wyrżną zaraz pół karczmy, albo całą dzielnicę, jeśli ich wódz by tak rozkazał. Ale równie dobrze może im rozkazać śpiewać szanty, i wtedy żaglomistrz będzie do późnej nocy grał na drumlach, a drapieżny na ten moment i żądny krwi Zygfryd posłusznie i w kółko warczał będzie tylko „Barrett’s Privateers” albo inne „Jo ho ho.. and a bottle of rum..”.
        Kandelason jednak dziwnie milczał. Oczy rozszerzyły mu się i, choć mogłoby się to wydawać niemożliwe, coś jakby jeszcze bardziej pobladł. Jego najwierniejszy przyjaciel znał dobrze ten sposób patrzenia, jednak nie pasował mu zupełnie do obecnych okoliczności. Znał go bowiem z oceanu. Oznaczał niebezpieczeństwo dla okrętu - rafy na horyzoncie, nadciągający sztorm, biały szkwał, martwą falę, pionową ścianę góry lodowej bezszelestnie wyłaniającą się z mroków nocy niecały kabel przed dziobem. Tak, to prawda - Oswald wtedy bladł. Tylko głupcy i szaleńcy nie boją się morza, które nigdy nic nie traci ze swej surowości i w sytuacjach dramatycznych pozostaje bezwzględne, zwłaszcza wobec profanów lekceważących jego potęgę. Bladł, co nie oznacza, że tchórzył. Robił co do niego należało. Zawsze. Odwaga bowiem to nie brak strachu, ale świadomość, że coś jest od niego ważniejsze. I za to cenili go jego ludzie. Tu jednak, w ciepłej, przytulnej tawernie, z dala od wojen i morskich bałwanów Skalf był zdezorientowany co też mógł ów wzrok oznaczać. Nic nie mogło im tu przecież zagrozić. Byli bezpieczni.
        - To co wodzu? Rąbać?! – coraz bardziej niecierpliwił się rudy osiłek, a oczy aż mu się świeciły od rządzy mordu.
Kapitan jednak nadal nie reagował. Długotrwałe poszukiwania w pamięci odsłoniły wreszcie odpowiednie wspomnienia.
- Laufey? – zapytał niemal bezgłośnym szeptem harpunnik, niedowierzając, że to w ogóle jest możliwe. Im jednak dłużej o tym myślał, tym bardziej był tego pewien.
- Rąbać? – ponowił swe pytanie Zygfryd, bo zupełnie nie zrozumiał znaczenia poprzedniego słowa dowódcy.
- Jooo.. – zuchwały Kerric wtrącił się i spróbował popchnąć akcję do przodu. Słonobrody jednak ocknął się w porę i nie pozwolił mu na taką impertynencję.
- Milczeć! – odezwał się wreszcie stanowczo i natychmiast utemperował swoich krewkich wojowników. – Schować broń i siadać.
Wykonali rozkaz. Od razu, posłusznie, bez szemrania, bez żadnych protestów ani prób przekonywania, czy dochodzenia swoich racji. Topory z powrotem zadynały u pasów, a ich błyszczące ostrza zaklekotały o mocarne uda krasnoludów.
        Kandelason jednak nie usiadł razem z nimi. Wzrok ciągle wbijał w coś lub kogoś w głębi sali. Położył swą wielką dłoń na ramieniu oberżysty.
- Dla nas to samo co zawsze – powiedział wielorybnik cicho, ale bardzo wyraźnie, co tylko spotęgowało efekt grozy u szpakowatego karczmarza. Struchlały pokiwał głową tak energicznie, że można było mieć wrażenie, że zaraz mu ona spadnie z karku, ale nie zebrał się na odwagę, by cokolwiek opowiedzieć. Siwy wielorybnik zresztą nie zwracał już więcej na człowieka uwagi. Puścił go, ominął obojętnie i przytrzymując się mebli, a później długiego szynkwasu skierował swe niepewne kroki ku chudej, zakapturzonej postaci.
Avatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Niphred, Dima, Rufus, Know,
Rasa: krasnolud
Aura: Matowa aura oddaliła gdzieś bujny i emocjonujący obraz potężnej bandery. Teraz chowa się ona za gęstą mgłą obsydianu, nieco duszącą i drapiącą w gardle, lecz w ten oto sposób emanacja została owiana wieloma tajemnicami oraz skarbami doświadczeń. Statek dryfuje po łagodnych falach, unosi się lekko i opada. Wyobrażenie przypomina zamkniętą w szklanej kuli figurkę, ale z odrobiną wysiłku można przebrnąć przez grubą warstwę poświaty. Tam zaś, na cynowych wodach, unosi się łajba wykonana z żelaza, napędzana platynowymi żaglami. Nie słychać tu żadnego dźwięku, żadnych mew czy świstu powietrza, jakby czytelnik nagle utknął w samym środku imponującego malunku, jednak czuć tu morską bryzę. Woda morska smakuje niebywale gorzko i sprawia, że usta momentalnie stają się suche. Idąc dalej, gdy ma się okazję zbadać deski statku, od razu zauważa się, że jest ona wykonana z bardzo twardego materiału. Momentami odrobinę chłodnego, jakby nasiąknęła temperaturą od samych wód potężnego morza, lecz w środku rozgrzana wonią przyprawionego, lepkiego piwa. W dotyku bywa sztywna i oporna, a nadmierny nacisk powoduje rany cięte od ostrych zarysów, choć przy delikatnym muśnięciu okrętu paliczkami zdecydowanie odczuwa się przyjemną gładkość.
Wygląd: Sędziwy mężczyzna, od razu widać, że krasnolud. Wzrost około siedmiu piędzi, postura krępa, ciężka, zwarta, zbita, napakowana mięśniami, emanująca spokojem, pewnością siebie, dumą i godnością właściwą przedstawicielowi starego krasnoludzkiego rodu. Bystre spojrzenie fioletowych oczu spod krzaczastych brwi. Szlachetny orli nos. Twarz pokryta zmarszczkami, okolona siwą, ... (Więcej)

Postprzez Niviandi » Śr lis 07, 2018 7:41 pm

        Stało się. Banda brodatych gości wtargnęła do karczmy, ale na szczęście jej nie zauważyli. Z resztą, kto by na nią spojrzał w obecnych łachmanach? Podarta, a przez to i zbyt krótka sukienka oraz męski płaszcz świeżo zdjęty z ramion najemnika. Blondynka skuliła się odwracając wzrok i ciesząc się, że karczmarz znalazł sobie innych gości do obsługi. Nieco się zdziwiła potraktowaniem kelnerki. Miała wszak sporo argumentów by przykuć uwagę niejednego mężczyzny. Syrenka mogła jej pozazdrościć tak obfitego biustu, ale uznanie kompleksów było dla Niviandi dalekie. Pewnie odesłali ją z powodu tego ogromnego biustu, bo co za dużo to nie zdrowo, a jej figura to wszak ideał, który powinien być odwzorowywany na obrazach wyjętych spod rąk wyśmienitych, elfich artystów wśród barwnych kwiatów, otoczona najdelikatniejszymi materiałami.
        Niviandi drgnęła wybudzona z własnych fantazji, gdy pracownica głośno zaczęła szlochać. Co za nieprzyjemne miejsce, co ona tu do diaska robi? Ach tak, kryje się przed zostaniem dziwką na ulicy.
        A zaraz potem zacisnęła tak mocno zęby, że niemalże skurcz złapał ją w okolicach żuchwy. Przeraziła się nie na żarty, gdy jeden z tych grubasów walnął pięścią w stół. Przez jej myśli przebiegły różne obrazy niedalekiej przyszłości nie tylko karczmarza, ale także i własnej, nieszczęśliwej jeżeli szybko się stąd nie ewakuuje. Syrence nie widziało się by powieszono jej głowę niczym jelenią ozdobę w myśliwskim domku, lecz przerażenie na tyle wywołało w niej obezwładnienie, że nie była w stanie się ruszyć. Czuła się jakby przykuto ją gwoździami do (swoją drogą) niewygodnego krzesła. Jakikolwiek najmniejszy i niechciany dźwięk mógł wprowadzić w szał te mroczną grupę zabójców z koralikami w brodach. Rozmowa balansująca na granicy śmierci powoli zaczęła jednak irytować syrenkę. Co za wszędobylskie gbury. Może mieli więcej złotych gryfów w kieszeniach, a syrenka nie posiadała choćby złamanego ruena, ale była takim samym klientem co oni! Prawie klientem, bo właściwie jeszcze niczego nie zamówiła – i zamawiać nie miała zamiaru, ale tu przebywała z równie dogodnym powodem, czyli kryjąc się przed zboczeńcami. Zirytowana dziewczyna w końcu głośno westchnęła, ale na jej twarzy szybko pojawiła się panika.
        Spojrzała w stronę brodaczy, a jeden z nich wlepił w nią swoje malutkie, ale groźne ślepia. Czoło syrenki zalał pot i dziewczyna jeszcze mocniej zaciągnęła kaptur na głowę, tak by była w stanie obserwować gościa z daleka.
        W tym momencie była gotów uciec, tak dziwnie się na nią gapił, jakoś bardziej maślanymi oczami niż morderczymi, więc tym bardziej uznała, że przebywa tu zdecydowanie za długo. Znajdzie inną karczmę, bez śmierdzących rybą klientów i gdy tylko uniosła pośladki, zaraz ponownie opadła zdruzgotana na krzesło dostrzegając w drzwiach jeszcze bardziej szalonych i groźnych jegomości. Złotowłosą miotały przeróżne emocje. Zlękła się i cicho jęknęła skulona na krześle, ale i też z obrzydzeniem, któremu towarzyszyła rozpacz widziała, jak jeden z nich pluje na podłogę, po czym przeciera usta rękawem.
        „Oh, ble...” myślała niemalże ze łzami w oczach.
        Były rzeczy straszne i straszniejsze. Wpadnięcie w łapska jakiegoś alfonsa i oddawanie się na ulicy było poniżające. Śmierć poprzez ucięcie jej jednym ruchem głowy wydawało się bolesne, i przyznajmy, też niezbyt pochlebne... w dodatku w odorze łososi, ale wdepnięcie w te pluskwę wyplutej chary gołą stopą było czymś niewyobrażalnie obrzydliwym! Na Prasmoka i jego wszystkie łuski, jak ona teraz miała przekroczyć próg karczmy?!
        Sytuacja w pomieszczeniu wydawała się coraz bardziej napięta. Opluta podłoga, pot krasnoludzkich ciał, niemalże omdlały gospodarz, a w tym wszystkim to jedno spojrzenie, które nie chciało się od niej oderwać. Czego ten typ chce?!
Syrenka zacisnęła drobne piąstki i uderzyła nimi o własne uda. Tak była zła! Dlaczego nie mogła najzwyczajniej w świecie wyjść tylko skradać do wahadłowych drzwi niczym polujący na mysz kot? Niepoważne! Niepoważne po stokroć!
        Błękitne oczy powoli zaczęły mierzyć domniemanego przez nią dowódcę. Tylko krzty rozsądku, a raczej świadomość, że i oni mogli być alfonsami, powstrzymywała ją przed podejściem i spoliczkowaniem każdego po kolei. W tedy ruch warg Kandelasona na nowo unieruchomił syrenkę, która marszcząc brwi i pogłębiając spojrzenie niemo powtórzyła wyraz. Był jej znajomy... już ktoś ją kiedyś tak nazwał.
        „O nie” spanikowała widząc jak niski, ale jednak wielkolud, kieruje się w jej stronę. Nie mogła wybiec, po pierwsze nie chciała wyjść na wariatkę, po drugie ryzyko wdepnięcia w ślinę było zbyt duże, szczególnie w popłochu, dlatego syrenka zaciągnęła mocniej płaszcz na nogi wyraźnie oburzona zachowaniem mężczyzn. Jej sylwetka wpijała się w drewniany blat, a dziewczyna w ramach utrzymania zasad etykiety odwróciła głowę w bok. Zbyt długie wpatrywanie się w gości było niegrzeczne, albo mogło być uznane za uwodzicielskie, a do niego nie chciała się jakkolwiek zbliżyć! Ale on sam do niej podszedł.
        Kobiece dłonie i czoło zalał pot. Niviandi chrząknęła niby to poprawiając włosy, ale tak naprawdę chciała zetrzeć napływające na skronie krople. Totalnie nie wiedziała co ma zrobić. Gapił się na nią ciągle, a jego kumple przyszli z jakimiś siekierami do oberży i myślą, że im wszystko wolno!
        - Niech... ekhm, pan mi się w ogóle nie kłania – wtrąciła nim ten cokolwiek powiedział. Nie wytrzymała. Nie mogła na nich patrzeć, ich słuchać a tym bardziej dowiedzieć się czego od niej ten typ chce!
        - Choć o czym ja mówię, nie macie państwo za ruena wychowania – mówiła z wyrzutem syrenka kierując spojrzenie na krasnoluda.
        - Panie Kandelason, dobrze usłyszałam? Jesteście niewychowani. Według waszej opinii właściciel zajazdu nie panuje nad personelem? A widział pan co też wyprawiają pańscy towarzysze? Kto wchodzi do karczmy plując na świeżo umytą podłogę?!  Ta biedna kelnerka szorowała ją zapewne jeszcze przed wschodem słońca by godnie powitać przybyłych gości, bo dzień wcześniej banda pijaków rzucała się wyzwiskami i z zerowym szacunkiem do ich pracy wcierała przygotowane posiłki w podłogę! Jeszcze jeden z nich macha toporem niemalże przed moim nosem! Wyobraża pan sobie, jak się bałam? - Niviandi z każdym słowem zyskiwała odwagę, co dostrzec można było po jej prostującej się sylwetce oraz faktem, że zaczyna wytykać Kandelasona palcem na oczach innych klientów.
        - Przykro mi to mówić, ale nie powinni panowie opuścić choćby obory. Świnie się lepiej zachowują w błocie niż wy!
Złotowłosa po ostatnim wybuchu wyraźnie się zmieszała. Nie przywykła do rzucania tak obraźliwych porównań, dlatego nerwowo poprawiała na sobie płaszcz i odkaszlnęła, jakby od tego gadania zaschło jej w gardle.
        - Wzburzona nie mogę opuścić tego lokalu, bo zachowujący się bezpański pies pana towarzysz napluł niemalże w drzwiach. Doprawdy, nie życzę sobie takiego zachowania – prychnęła krzyżując ręce na wysokości klatki piersiowej.
Avatar użytkownika
Niviandi
Mieszkaniec Sennej Krainy
 
Nagrody: Obrazek
Inne Postacie: Frigg, Deithwen, Kvaser, Francine, Kavika, Wiladye, Shantti, Namir, Pliszka, Cedr,
Rasa: Syrena
Aura: Zachłannie otulająca czytającego aura o nieprzeciętnie błyskającej mocy i barwie platynowej sukni szytej złotą nicią zdaje się oplatać każdego tak łapczywie, jakby żądała dla siebie prawa do każdego cala przestrzeni wokół. Po pierwszym, dosyć negatywnym kontakcie, uderza jej jasna, choć nikła poświata o żywym kolorze szafiru. Do nozdrzy trafia zapach olbrzymiej mieszaniny woni, typowo ludzkich w większości, choć niemożliwych do zidentyfikowania. Dopiero po chwili czuć, jakby były niesione przez morski wiatr. Emanacja wydaje z siebie głęboki, silnie słyszalny szum fal. Zaraz po nim, niczym spod tafli wody, słychać zawodzenia istot, które z pewnością nie mogą być żywe. Wrażenia dotykowe są bardzo jednolite i przypominają głaskanie przyjemnego, drogiego materiału jak aksamit: aura jest miękka i niesamowicie gładka, zaś pod naciskiem wygina się w dowolne strony. Na krawędziach jednak potrafi ukłuć, jakby w tkaninę wbito szpilki.
Wygląd: Niv mierzy około dwóch i pół łokcia, a jednak jej drobne, smukłe, cieniutkie ciało wcale na to nie wskazuje. Wydawałoby się, że nawet dzikie zwierzęta nie chcą tknąć tej bezbronnej istotki, a jednak jest w jej ciele coś ujmującego. Delikatne, a zarazem kobiece krągłości kuszą niejednego osobnika, by załapać tę przynętę, co prawda, nie ma wybitnie wielkich piersi, jak na ... (Więcej)

Postprzez Oswald » Pn lis 12, 2018 10:47 am

        Zdumiony wzrok wszystkich niemal na sali był skierowany chyba bardziej na nią niż na niego. I nawet nie o to tylko chodziło, że tak jawnie igrała ze śmiercią prowokując agresywnego krasnoluda (choć to też), ale o to jakie kocopoły wygadywała. Trzeba się bowiem zastanowić, kto tu bardziej nie stroił z ogólnie przyjętym w tym miejscu zachowaniem - stary wielorybnik czy naburmuszona damulka? Znajdowali się w portowej tawernie, i patrząc oczami chamskiej i prawie wyłącznie męskiej klienteli mniej było normalności w hardym zadzieraniu nosa przez chudą jak flądra włóczęgę, którą nawet na buty nie było stać, i jej zwracaniu uwagi harującym na morzu rybakom na „ciężką” pracę kelnerki, niż w dzikich wrzaskach, charkaniu na parkiet, awanturowaniu się i posługiwaniu się w dyskusji toporem jako pełnoprawnym argumentem. Etykieta etykietą, ale trzeba też ważyć miejsca i okoliczności. Kogo razi świńskie gówno, ten niech nie wchodzi do chlewni.
        Zresztą, sam Oswald w niczym nie uchybił swemu herbowi. Za swoje krasnoludy ręczył i brał odpowiedzialność, ale nawet i one też póki co nie poczyniły większych występków przeciwko porządkowi publicznemu. Oczywiście, przed momentem Zygfryd i Kerric bezceremonialne przeryli sobie przejście przez środek knajpy, rozrzucając przy tym po ścianach blokujące ich trasę meble razem z korzystającymi z nich ludźmi. Wszystko jednak było tylko kwestią interpretacji. Można było przypisać to pod gburowatość i nieuprzejmość brodaczy, a można pod bezwzględną lojalność wobec dowódcy i gotowość do niesienia mu pomocy. Tak samo splunięcie przy wejściu można potraktować jako brak wychowania i szacunku dla pracy szorującej podłogi sprzątaczki, a można jako zapobiegliwość i usunięcie z ust wszystkiego, co mogłoby mężczyźnie przeszkadzać w oddychaniu podczas walki. I chyba tylko trzęsąca się przybłęda w obu przypadkach wybrała pierwszą opcję.
        Kompletując załogę „Myrmidona” Oswald patrzył na kompetencje, a nie pochodzenie. Nie wszystkie jego krasnoludy były szlachcicami – większość wywodziła się z niższych kast. Poza tym również nie wszystkie z tych nawet, które mogły poszczycić się własnym herbem brały sobie do serca konieczność przestrzegania jakichś górnolotnych kodeksów. Większości obsady drakkara w zupełności wystarczał podręcznik dobrych manier oparty na dekalogu: nie bluźnij, nie kradnij, nie kłam, czcij matkę i ojca, nie odmawiaj piwa, nie zapomnij topora, nie pożądaj kobiety, pracuj sumiennie, walcz zażarcie, elfa lej w mordę. I to było wszystko co niezbędne w kwestii poprawnego zachowania, a i Słonobrody nie potrzebował od swoich marynarzy niczego więcej. Wymagał od nich jedynie posłuszeństwa i fachowości przy pracy. A wszystko inne, w tym również dworski bon ton, było tylko niekoniecznym dodatkiem.

        Naturianka wytoczyła mnóstwo zarzutów pod adresem krasnali. Jedne śmieszne, drugie niepoważne, niektóre naiwne i głupie, niektóre całkiem wydumane, może zaledwie jeden trafny, ale wszystkie po kolei zupełnie nieprzekonujące. Oswald mógłby je wszystkie szybko naprostować, i to nawet samymi słowami, zupełnie bez używania „mowy ciała”. Mógłby, gdyby tylko rozmawiał z facetem. Teraz przy kobiecie miał problem zebrać myśli, zresztą zbyt krępował się, by je na głos wyrazić. Poczerwieniał i potulnie wysłuchał wszystkich uwag dziewczyny. Nie uszło jednak uwagi Skalfa, że jednak była jedna istotna zmiana w zachowaniu Kandelasona w stosunku do tego, jak zwykle reagował w podobnych sytuacjach. Teraz stary kapitan nie spuścił wzroku. Jawnie i bezczelnie patrzył prosto na kobiecą twarz, co przy jego wychowaniu i doświadczeniach życiowych wymagało naprawdę żelaznej woli i wielkiego hartu ducha.
        Co by nie mówić o zmysłach wielorybnika, to należało bezwzględnie i niespecjalnie odkrywczo stwierdzić, że już nie funkcjonowały one tak dobrze jak kiedyś, za młodu. Słuch stępiły mu mroźne, morskie podmuchy i sędziwy wiek, nos spęczniał od intensywnych zapachów panujących w ładowniach rybackiego trawlera, smak wypłowiał i zbladł na mało urozmaiconym statkowym wikcie, a zgrabiałe od lin, sieci, rękojeści noża i topora dłonie pokrywała gruba warstwa twardej skóry, przez którą już nie sposób było wyczuć żadnych subtelności. Wzrok jednak nadal miał bystry i ostry. Wnikliwie obserwował zatem oblicze swojej rozmówczyni. Każde zmarszczenie noska ze wstrętem. Każde, skażone trochę paniką, ale mimo to ciągle bardzo arystokratyczne spojrzenie, którym zdecydowała się go uraczyć. Ciągle ten sam niesforny kosmyk, który raz po raz opadał na czoło. Każdą kropelkę potu perlącą się na skroniach. Rządek równych ząbków, które ukazywały się, gdy krzycząc wytykała kolejno te wszystkie uchybienia wobec dziwnie przez nią rozumianej kultury osobistej, poczynione czy to przez samego harpunnika, ale przede wszystkim przez jego kompanię. Policzki rumiane od zimna i strachu, ale chyba bardziej od złości - nie tyle na krasnoludy, co na własną bezsilność. Była znajoma.
        Tak, to zdecydowanie mogła być twarz Laufey. Ale wszystko inne się zupełnie nie zgadzało. Skąd ten cały brud na atłasie jej skóry? Gdzie jej piękne stroje? Gdzie biżuteria? Gdzie połyskujące muszle? Co się stało? Czemu zażenowana zakrywa swoje piękno śmierdzącą szmatą zdartą chyba z truchła jakiegoś bezdomnego uślęgi, w którą wstyd i hańba by było otulić nawet wiejską szkapę pociągową, żeby nie zostać posądzonym o znęcanie się nad zwierzętami? Dlaczego na głowie miała przyklapły, przetłuszczony kask zamiast puchatej burzy złotych loków? Czemu w ogóle syrenia księżniczka ukrywa się jak zbieg w podrzędnej spelunie w slumsach ludzkiego miasta portowego gdzieś na dalekiej prowincji? Wreszcie, gdzie się podziała cała armia służby, muzykantów, śpiewaków, nawet ochroniarzy, dbających kiedyś o wszystkie jej potrzeby i zachcianki? To wszystko nie grało. Dysonans był tak duży, że Kandelason nadal nie był pewien, czy zupełne przypadkowym zbiegiem okoliczności spotkał w Serenaai osobę, za którą od paru lat tęsknił, czy ma przed sobą tylko rozpieszczoną ludzką panienkę, która miała zaszczyt i szczęście dostać od losu buzię praktycznie identyczną jak jego narzeczona.
        Cóż było robić? Trzeba jakoś wyjaśnić nieścisłości. Ale jak? Najłatwiej rozmową. Najłatwiej, ale nie dla krasnoluda, któremu przez całe życie wmawiano, że jako mężczyzna nie jest godzien w ogóle otwierać gęby w towarzystwie kobiet, a już na pewno nie powinien wyrażać przy nich głośno swoich opinii czy pomysłów, które z gruntu są złe, głupie i nie mają żadnej wartości. Sprawa była jednak dla Oswalda niezwykle istotna, dlatego zacisnął pięści aż pobielały, a gdy dziewczyna skończyła swoje marudzenie i pociesznie zaplotła ręce na piersi, może dla dodania sobie powagi, może z bezsilności jej wątłych ramion wobec mocarnej postury wielorybnika, a może, bo sama nie bardzo wiedziała co ma z nimi zrobić, wtedy właśnie zebrał w sobie całą swoją odwagę i rzekł:
- Pozwolisz mi o Pani jakoś wynagrodzić ci te wszystkie niedogodności? – wyrzucił z siebie bardzo uprzejme, ale pełne wahania zapytanie. Wypowiedziawszy to odetchnął głęboko, sam przy tym stwierdzając, że po stokroć pewniej czułby się, gdyby nagle przyszło mu znaleźć się „Myrmidonem” przy silnym wietrze na jakimś ciasnym akwenie, gdzie złowieszcze rafy ostrzą sobie zęby na kadłub jego drakkara, a wszędobylskie rekiny na jego załogę. Mimo to kontynuował próbę dowiedzenia się czegoś więcej o pochodzeniu pięknej pani siedzącej przed nim. Lekko uniósł wolną dłoń i wskazał dwuosobowy stoik. Mógł zaproponować swoją lożę, ale towarzystwo jego brodatych marynarzy nie bardzo mogło sprzyjać spokojnej rozmowie, zwłaszcza, że tak ją zdenerwowali samą swoją obecnością w knajpie. Mógł również zaproponować jakąś inną lożę, bardziej ustronną, z dala od wścibskich spojrzeń. Karczmarz wystraszony jak kuropatwa na pewno szybko by im coś znalazł, i nawet nie byłoby potrzeby dla zachęty łapać go za fraki. Ale skoro nawet tutaj dziewczyna widocznie bała się harpunnika, to tym bardziej nie będzie skłonna zostać z nim sam na sam. Dlatego stolik na widoku wydał mu się rozwiązaniem najlepszym, najlogiczniejszym i najłatwiejszym, a przez to najbardziej możliwym do zaakceptowania przez trzęsącą się kobietę.
        Oswald popatrzył na nią pytająco. Jego typowo krasnoludzka atrakcyjność sprawiała, że pomarszczona twarz wyrażała niewiele, na pierwszy rzut oka raczej gniew, niż jakiekolwiek pozytywne uczucie. Jednak ktoś, kto nie wyrabiał swej opinii o rozmówcy opierając się tylko na ogólnym wrażeniu i szorstkiej powierzchowności, ale skłonny był do jakiejś empatii i zaglądania w głąb duszy, ten dość łatwo mógłby dostrzec w oczach starego kapitana ogromną nadzieję, że po latach tułaczki odnalazł wreszcie to, czego po całym świecie szukał.
Avatar użytkownika
Oswald
Zbłąkana Dusza
 
Inne Postacie: Jeremy, Agelatus, Niphred, Dima, Rufus, Know,
Rasa: krasnolud
Aura: Matowa aura oddaliła gdzieś bujny i emocjonujący obraz potężnej bandery. Teraz chowa się ona za gęstą mgłą obsydianu, nieco duszącą i drapiącą w gardle, lecz w ten oto sposób emanacja została owiana wieloma tajemnicami oraz skarbami doświadczeń. Statek dryfuje po łagodnych falach, unosi się lekko i opada. Wyobrażenie przypomina zamkniętą w szklanej kuli figurkę, ale z odrobiną wysiłku można przebrnąć przez grubą warstwę poświaty. Tam zaś, na cynowych wodach, unosi się łajba wykonana z żelaza, napędzana platynowymi żaglami. Nie słychać tu żadnego dźwięku, żadnych mew czy świstu powietrza, jakby czytelnik nagle utknął w samym środku imponującego malunku, jednak czuć tu morską bryzę. Woda morska smakuje niebywale gorzko i sprawia, że usta momentalnie stają się suche. Idąc dalej, gdy ma się okazję zbadać deski statku, od razu zauważa się, że jest ona wykonana z bardzo twardego materiału. Momentami odrobinę chłodnego, jakby nasiąknęła temperaturą od samych wód potężnego morza, lecz w środku rozgrzana wonią przyprawionego, lepkiego piwa. W dotyku bywa sztywna i oporna, a nadmierny nacisk powoduje rany cięte od ostrych zarysów, choć przy delikatnym muśnięciu okrętu paliczkami zdecydowanie odczuwa się przyjemną gładkość.
Wygląd: Sędziwy mężczyzna, od razu widać, że krasnolud. Wzrost około siedmiu piędzi, postura krępa, ciężka, zwarta, zbita, napakowana mięśniami, emanująca spokojem, pewnością siebie, dumą i godnością właściwą przedstawicielowi starego krasnoludzkiego rodu. Bystre spojrzenie fioletowych oczu spod krzaczastych brwi. Szlachetny orli nos. Twarz pokryta zmarszczkami, okolona siwą, ... (Więcej)


Powrót do Serenaa

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron