[Doliny] Pragnienie


Tajemnicza kraina, nad którą od wieków zalega mrok. Słońce świeci tu niezwykle rzadko. Nie ma tu tętniących życiem wiosek, jedynie jedno, warowne miasto ostało się w tej czeluści mroku, a i o nim nie można powiedzieć, pełne życia...

Postprzez Mitra » Pt cze 29, 2018 9:34 pm

        Mitra cisnął księgą o ścianę z siłą, o którą nikt by go nie podejrzewał, po czym złapał się za głowę, mocno zaciskając palce na włosach. Oddychał przez nos, głęboko i głośno, jakby ledwo tłumił swój gniew. Pobladł, jeśli to było jeszcze w jego przypadku możliwe, a źrenice jego oczu były wąskie, jakby był pod wpływem środków odurzających. Jednak jedyne co go napędzało to gniew - był trzeźwy jak niemowlę, nie pił ani nie brał żadnych używek, a za jego stan odpowiadały jedynie emocje. Był to dla niego stan rzadki, lecz spotykany - kto dobrze znał Mitrę ten wiedział, że nekromanta mimo swej codziennej uległości i spokojowi potrafi tak wybuchnąć, a wtedy staje się nieobliczalny. Teraz ledwo nad sobą zapanował, aby nie zdemolować swojej biblioteki - jedyne co ucierpiało to księga… Chociaż nie, oczywiście ona była nie do ruszenia. W przeciwnym razie przecież nie byłby tak wściekły.
        Błogosławiony podszedł do leżącej pod ścianą księgi. Masując sobie kark i nadal starając się uspokoić oddech, patrzył na nią jak na plugawe ścierwo. Po dłuższej chwili podniósł wzrok ku sufitowi i westchnął w jawnej manifestacji braku cierpliwości. Podniósł w końcu wolumin z podłogi. Księga była duża i ciężka - zawierała pewnie z jakiś tysiąc stronic z grubego papieru, a oprawiona była w twardą okładkę z metalowymi okuciami i zdobieniami, które przedstawiały spisane ozdobnym pismem inskrypcje w Czarnej Mowie i symbole jasno kojarzące się z okultyzmem i nekromancją. Nie dało się jej otworzyć - obejmował ją zamek przypominający szczęki, zwieńczony dodatkowo czymś, co wyglądało jak kulista kłódka, lecz nie miało otworu na klucz ani żadnej ruchomej części, by uznać ją za jeden z tych szyfrowych zamków krasnoludów. Mitra spędził wiele czasu próbując dociec, jak rozbroić ten zamek i dostać się do zawartości tej księgi. Wedle opisów, które znalazł w swej bibliotece, trzymał właśnie w rękach Czarną Księgę z Thull, jedną z dwunastu, które się zachowały. Co do tego nie miał wątpliwości, bo aż czuł mrowienie w palcach pochodzące od magii, jaką przesycony był ten tom. Jej treść pozostawała jednak dla niego niedostępna, a to doprowadzało go do furii - tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Od wiedzy i potęgi zawartej w tym grymuarze dzieliła go tylko warstwa drewna i żelaza, nie grubsza niż jakakolwiek inna okładka…


        Mitra długo wzbraniał się przed szukaniem pomocy u innych - z mieszkańcami Maurii nie miał szczególnie dobrych stosunków i nie było nikogo, komu ufałby na tyle, by powiedzieć o tym jaki skarb trafił w jego ręce. Skoro więc nie mógł polegać na zaufaniu, pozostało mu jedynie poleganie na wspólnych interesach. Musiał znaleźć kogoś, dla kogo wiedza z Księgi będzie równie cenna co dla niego i nie zechce dzielić się nią z kimś z zewnątrz… Długo szukał takiej osoby. Sam nie miał w kraju specjalnie rozbudowanych koneksji - paranoja skutecznie odizolowała go od innych jemu podobnych magów - lecz cały czas w mocy były pewne koneksje starego Aresterry. Rozważając kwestię wspólnych interesów Mitra zdecydował się w końcu zaproponować współpracę niejakiemu Faustowi. Był on co prawda wampirem, co niespecjalnie podobało się niebianinowi, który zawsze czuł się przy tych krwiopijcach jak dziewka w koszarach, ale reszta informacji na temat tego jegomościa czyniła z niego potencjalnie najlepszego sprzymierzeńca. Niedawno powrócił do życia i nadal był na etapie odbudowywania swojej potęgi - może dzięki temu będzie chętniejszy do zawierania sojuszy. Poza tym Faust robił wrażenie wytrawnego gracza, który lubił mieć wiele możliwości w odwodzie, może więc zechce odnowić znajomość z rodziną Aresterra i pomoże jej jedynemu żyjącemu członkowi w zamian za wiedzę i umiejętności… Większego wyboru nie było, Mitra postanowił więc zaryzykować i złożyć rzeczonemu wampirowi propozycję.

        Parę dni później błogosławiony nekromanta zawitał na próg posiadłości Fausta. Zapowiedział się listownie, kreśląc w wiadomości krótką historię o tym, że ma źródło wielkiej wiedzy magicznej, lecz nie posiada do niej klucza i liczy na wsparcie. Nie napisał co konkretnie wpadło mu w ręce, nie zabrał też księgi ze sobą - przez ostrożność. Bardzo dobrze ją ukrył, by nawet gdyby ktoś chciał przeszukać jego posiadłość pod nieobecność gospodarza, nie miał szans jej znaleźć. Jednak mimo to nierozważnie wchodził do leża drapieżnika bez żadnej obstawy, mając tylko własne czary i nadzieję, że wampir będzie chętny do rozmów.
        Stanął na progu jego posiadłości odziany w czarną togę z kapturem i żelazną maskę bez wyrazu osłaniającą całą twarz, lecz nie szyję - nie bał się ukąszenia, po prostu jak to on nie chciał, by na niego patrzono. Nie chciał, by oceniano go po wyglądzie. Co prawda Faust miał swego czasu okazję zobaczyć oblicze nekromanty, lecz to było lata temu, mógł zapomnieć, a Aresterra nie miał najmniejszego zamiaru mu się w ten sposób przypominać. I tak zbyt często doświadczał chciwego wzroku krwiopijców.
        Mitra zapukał i czekał na odzew.
Avatar użytkownika
Mitra
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Rianell, Sadik,
Rasa: Błogosławiony
Aura: Kiedy odwrócisz głowę, skuszony wyrazistością emanacji, dotrze do Ciebie niemal od razu jej świetlisty blask - nieskalany, anielski, kojący - migoczący żywo wśród zapachu fiołków, błogosławionego kwiecia. Po gładkich licach spływają jednak słone łzy, nie mające nic wspólnego z radością, a z ust oblepionych srebrną krwią płyną co prawda słowa łagodne, lecz także ostre i padające znienacka. Ale kto usłyszałby je wśród rozdzierających duszę krzyków agonii, gdy poczucie dojmującej straty tępi zmysły i każe spojrzeć głęboko w pełne goryczy oczy, gdzie w smętnej poświacie turmalinu odbija się nieprzewidywalna jaskrawość topazu? Błyska jak nagłe zafascynowanie i ginie niczym zduszone pragnienie, po czym pojawia się znowu, nie dając pozbierać myśli i gwałtownie przyspieszając puls. Może ukojenie przyniosą falujące swobodnie pod stopami atłasy w kolorze kobaltu, które ujrzysz gdy spłoszony w końcu spuścisz wzrok? Nie. Pod nimi ukryte są połamane kości. Resztki tworów z cynku, o brzegach ostrych i niebezpiecznych, nadal całkiem twarde, choć możesz na nie nastąpić licząc, że pokruszą się prędzej niż przebiją podeszwę buta. Jeśli tak się nie stanie, zbrukasz je posoką, lecz jeżeli siła będzie po Twojej stronie, wtedy pozostanie po nich jedynie miałki, miedziany pył, po którym wyjdziesz na zewnątrz.
Wygląd: Po ulicach Maurii włóczy się postać jakich wiele. Wysoka na równe sześć stóp, szczupła, na pewno żaden wojownik, raczej mag albo sługa. Chodzi szybko i porusza się energicznie, nie jest to więc żaden z nieumarłych. Ma szczupłe dłonie o długich palcach bez zgrubień w stawach, a krótkie i szerokie płytki paznokci świadczą o tym, że właściciel kiedyś obgryzał paznokcie. ... (Więcej)

Postprzez Aldaren » Śr lip 11, 2018 5:38 pm

        Od dwóch tygodni panował względny spokój w Maurii. Wszyscy zapominali i kończyli sprzątać po choróbsku, albo raczej klątwie jaka przetoczyła się przez miasto. Straty, zwłaszcza gospodarcze, były zatrważające, ale liche i władcy poszczególnych dzielnic zdawali się tego nie zauważać, a nawet cieszyć ostatnią epidemią, wszak ofiary śmiertelne były najcenniejszym materiałem w tych stronach, gdyż można było wcielić je do armii, jako mięso armatnie, albo do służb porządkujących miasto i jako tanią siłę roboczą. Dla Aldarena wciąż wydawało się to okrutne, mimo że większość swojego życia spędził w tym państwie i był czystej krwi mauryjczykiem. Według niego zmarli powinni spoczywać w spokoju i w końcu odpocząć od życia, a nie jeszcze pracować po śmierci. Nie dziwił się, że niewielu przejezdnych zatrzymuje się w Maurii, choć to również nikogo nie obchodziło. No, może z wyjątkiem tych, co mają chrapkę skosztować odrobinę innej krwi niż ta mauryjska.

        Do rzeczywistości przywołał Aldarena odgłos kroków, rozchodzący się coraz silniejszym echem po lochach oraz irytująco skapująca mu na głowę i obolałe ciało woda ze sklepienia. Podniósł ciężkie powieki i półprzytomnym spojrzeniem omiótł ciemną celę, w której był przykuty do ściany. Niemal boleśnie znajomą celę.
        - Przywołuje wspomnienia, co? - spytał oschle Faust stając w otwartych drzwiach lochu. Nie było sensu go zamykać, skoro skrzypek był skuty ściennymi kajdanami i przez to nie miał możliwości ucieczki.

        Łańcuch lekko zaszeleścił, kiedy młody wampir postanowił wstać, ale był to wyjątkowo zły pomysł, gdyż mięśnie i stawy w rękach uniesionych od kilku dni do góry od razu boleśnie wzniosły swój sprzeciw dla tego typu działań. Skrzypek jednak nie odezwał się ani słowem.
        - Niby dorosły, a wciąż głupi jak dziecko - westchnął ciężko starszy krwiopijca i podszedł ostrożnie do pół nagiego (od pasa w górę) syna, który od razu odwrócił wzrok i zamknął oczy, z zamiarem ponownego odcięcia się od rzeczywistości. Znów miał przemożną ochotę odebrać sobie nie-życie, jednakże nie był w stanie ze względu na obecną sytuację. - Wtedy też byłeś nieposłuszny i mnie zdradziłeś, pamiętasz? Też długo przymykałem oko na twoje wybryki, ale czara musiała się w końcu przelać.
        Usiadł na mizernym, pordzewiałym łóżku zaledwie kilka kroków od przykutego wampira i przyglądał mu się ze zmęczeniem oraz politowaniem. Nie miał pojęcia co z Aldarenem zrobić, by wszystko wróciło do normy, a zwłaszcza skrzypek. Faust nie chciał przechodzić ponownie przez to piekło, które nastąpiło, gdy świeżo przemienił chłopaka. Nie chciał ponownie mierzyć się z tą bestią, jaką wtedy się stał. Co prawda nie da się drugi raz przemienić wampira, ale szkarłatne tęczówki adoptowanego syna jasno dawały do zrozumienia, że jest coś bardzo nie w porządku. Choć tego akurat się domyślił, po tym jak skrzypek dla samej krwi zabił tuzin jego ludzi pomagających przy odbudowie zamczyska. Dwójkę starał się nieudolnie przemienić, ale żądza krwi była znacznie silniejsza. Do tego dochodził jeszcze jego lekceważący stosunek do Fausta i nieposłuszeństwo. Młody van der Leeuw wolał całymi dniami i nocami przesiadywać w kryptach rodowych i snuć tam przygnębiającą muzykę na swoich skrzypcach podczas, gdy inni urabiali się po łokcie starając się przywrócić rezydencję do stanu sprzed zburzenia przez łowców. To pierwsze nie było aż tak strasznym przewinieniem dla Fausta, dzięki temu zyskał bezwolnych i bezrozumnych "pomocników", ale stosunek z jakim syn się do niego zaczął odnosić był już nie do przyjęcia i za to teraz siedział w lochach, przykuty do ściany, poobijany i pokąsany. Nie mówiąc już o upokorzeniu i wykorzystywaniu wbrew jego woli. W sumie tak samo jak tych kilkaset lat wstecz.

        - Teraz będziesz milczał? Rozczarowujesz mnie, liczyłem na kolejną kąśliwą uwagę z twojej strony. No cóż... - mruknął bez emocji, starannie ukrywając iskierkę nadziei, która w nim się pojawiła, że w końcu lazurowooki się uspokoił i odpuścił swoją buntowniczość, a teraz wróci wszystko do normy. Takiego właśnie stanu i uległości Faust od niego oczekiwał.
        - Chciałbym cię stąd wypuścić i znów gościć w swojej komnacie... - Jego głos aż przesycony był czułością, kiedy zsunął się z więziennego łóżka i kucnął przed Aldarenem, mając jego nogi między własnymi. Przez moment taksował jego nagi tors uważnym spojrzeniem, a po kilku poważniejszych siniakach i ranach od kłów przesunął swoją zimną dłonią. Drugą ujął i podniósł podbródek młodszego, by ten na niego spojrzał. Faust uśmiechnął się, kiedy lazur zaczął powoli przebijać szkarłat oczu chłopaka i z tej radości nie mógł się powstrzymać od złożenia namiętnego pocałunku na ustach kochanka. Wiedział, że nie może liczyć na żadną odpowiedź na tę pieszczotę z jego strony, przez przyjęcie przez skrzypka biernego, poddańczego stanu, jednakże starszy wampir nie potrzebował do szczęścia niczego więcej.

        Po chwili był już tak zaabsorbowany ukochanym ciałem, obecnie przykutym i poobijanym, oraz własną przyjemnością, że nie zauważył nadchodzącego niebezpieczeństwa, zwiastowanego dzikim, krwawym błyskiem w umęczonych oczach skrzypka, pełnych nienawiści i żądzy krwi. Gdy po lochu rozległ się odgłos pękających ogniw przepalonych kajdan, a Mistrz poczuł brutalne szarpnięcie za włosy i drugą rękę obejmującą go w pasie, było już za późno na jakąkolwiek reakcję, acz Faust i tak, nie zamierzał żadnej podejmować, myśląc, że jego partner w końcu się "przebudził" i postanowił dołączyć do wspólnych igraszek.

        Nawet po zaspokojeniu swojego głodu krwią Mistrza, Aldaren nie był w stanie spuścić z tonu i w efekcie postanowił odkryć swoje prawdziwe zamiary. Każde miejsce na ciele, które zostało dotknięte czy to dłońmi czy to ustami Fausta, niemiłosiernie go paliło, pociągało do jeszcze większego szaleństwa i złości, a przez to w końcu nie spalił mentorowi niemal połowę twarzy, aż do nagiej kości. Wtedy, wykorzystując jego szok, mógł wyrwać się z tych przeklętych objęć i uciec, poprawiając i zapinając w biegu spodnie, by się nie zabić po drodze.
        - Nigdy więcej mnie nie dotykaj, ani się nie zbliżaj do mnie! Nienawidzę cię! - krzyknął do niego Aldaren, zanim zniknął z pola widzenia.
        - Będę musiał poważnie porozmawiać z Gregeviusem przy następnym spotkaniu i porządnie zganić za to, że zepsuł mi syna - zawarczał z niezadowoleniem przykładając dłoń do zwęglonej połowy twarzoczaszki. Przez to, że skrzypek przed chwilą wypił niemal całą jego krew, Faust nie był w stanie się tak szybko zregenerować jakby chciał, więc skazany był na oszpeconą prezencję aż do chwili, gdy się nie posili.
        - Złap go i przyprowadź do mnie - powiedział w eter i podniósł się z ziemi, aby wrócić do głównej części zamku i tam uzupełnić niedobór krwi. "Zmuszę cię byś na nowo mnie pokochał," przemknęło przez myśl starszemu wampirowi, który uśmiechnął się paskudnie. Podobał mu się ten pomysł i postanowił podjąć się tego wyzwania.

        Biegnąc przez zamek, Aldaren kilkakrotnie starał się zmienić w kruka, ale z jakiegoś dziwnego powodu nie był w stanie. Dopiero kilka sążni przed drzwiami na dziedziniec dostrzegł na kajdanach wciąż ciążących mu na nadgarstkach jakiś dziwny grawer, albo raczej ciąg nieznanych sobie symboli. Przeraziło go to i jeszcze bardziej rozjuszyło, tak, że wypadając na zewnątrz omal nie spadł ze schodów z jakimś dziwnym, zamaskowanym jegomościem stojącym po drugiej stronie. Na szczęście w ostatniej chwili zdołał go wyminąć i zeskoczyć na brukowaną ścieżkę, przecinającą odradzające się ogrody i prowadzącą wprost do bramy na miasto. Nie uciekł jednak daleko, gdyż kawałek od schodów powalił go na ziemię i przygniótł sobą Zabor, w delikatnie zmienionej wersji z płonącą wilczą czaszką zamiast głowy, dodatkową parą łap, albo raczej rąk, gdyż przednie właśnie w ręce się zmieniły i był zabójczy zarówno na czterech (sześciu) jak i dwóch "nogach". Demon powarkując dziko był w pełni pochłonięty swoim zadaniem, więc mało go obchodziła obecność obcego w posiadłości. Jedną z dodatkowych dłoni chwycił skrzypka za gardło i prostując się oraz stając na tylnych łapach zaczął zmierzać, z nim szamoczącym się, z powrotem do zamczyska, w którego drzwiach stanął Faust. Nadal miał tylko połowę swojej twarzy nieruszoną, tą którą strawił ogień powoli zaczynały na nowo powlekać mięśnie, ale kości dalej były widoczne w niektórych miejscach.

        - Słucham waszmościa - rzucił oschle do zamaskowanego nieznajomego. Starał się ukryć targający nim gniew, ale nie bardzo mu to wychodziło, a było widoczne właśnie na tej połowie twarzy i niebezpiecznie szkarłatnych oczach. Miał masę własnych problemów i jeszcze czekał na przybycie syna starego znajomego, przez co nie zamierzał gościć, ani poświęcać swojego czasu jakimś przybłędom.
Avatar użytkownika
Aldaren
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: River, Yve, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Wampir - przemieniony z człowieka
Aura: Już z daleka widnieje dosyć silny, szmaragdowy blask. Przypomina promienie słońca powoli skrywające się za linią horyzontu. Powłoka natomiast swym żelaznym kolorytem przywodzi na myśl różnorakie oręże i walki rycerzy w lśniących zbrojach. Kobaltowe, wijące się w nieregularny sposób pasma natomiast są niczym rzeki, a występujące gdzieniegdzie plamy barachitu można przyrównać do zaznaczenia lasów na mapie. Tu i ówdzie ktoś wymalował miedzianą farbą w bardzo staranny sposób nuty układające się w przyjemną melodię, wesoło poukładane na rtęciowej pięciolinii. W pewnym momencie naprawdę można to usłyszeć, muzyka jest na tyle spokojna, iż przynosi miłą ulgę dla zmysłów. Niespodziewanie można usłyszeć głosy i dźwięki tak dziwne i nietypowe, że nie da się ich sklasyfikować. U niektórych osób mogą spowodować niepokój, który potęgują niemożliwe do przewidzenia nagłe trzaski płomieni i chaotycznie sypiące się iskry oraz narastające ciepło. Można także wyczuć zapach świeżej krwi, a od czasu do czasu również ludzki pot, choć jest dość rzadkie zjawisko, stale zanikające. W dotyku natomiast twarda, co pasuje do jej głównego odcienia, giętka niczym falujące na wietrze liście drzew. Dodatkowo ostra niczym kieł wampira oraz niebywale aksamitna. Pozostawia po sobie pikantny posmak, połączony z lepkością, a czasem z suchością.
Wygląd: Ten młody, przystojny mężczyzna atletycznej budowy, rzeźbionej jak w kamieniu przez najznamienitszych artystów tchniętych bożą łaską oraz błogosławieństwem, mierzy sobie dziewięć i pół piędzi (188,1 cm) przy czym waży około czterech i pół kamieni (ok. 86 kg). Porusza się z gracją godną arystokraty, a jego miękki, łagodny głos rozbrzmiewa echem w uszach słuchających ... (Więcej)
Uwagi: - Słońce nie wyrządza mu żadnej szkody, jedynie drażni oczy i osłabia pozbawiając nadprzyrodzonych zdolności, mimo to stara się jednak ograniczyć przebywanie na nim, często poruszając ... (Więcej)

Postprzez Mitra » Śr lip 11, 2018 5:45 pm

        Mitra nie stał długo na progu posiadłości Fausta, a mimo to poczuł jakiś specyficzny niepokój, który nakazywał mu się cofnąć od drzwi. Słyszał jakiś ruch w środku, szybkie nerwowe kroki, może wręcz bieg, co nie było typowe - gdyby ktoś miał mu normalnie otworzyć, po prostu by podszedł, może nawet wtedy Aresterra by go nie usłyszał. Gdy więc szczęknęła klamka i drzwi gwałtownie odskoczyły, Mitra jednak się cofnął. Mógł podziękować swojemu instynktowi, bo gdyby stał w tym miejscu gdzie wcześniej, zderzyłby się z istotą, która wypadła na zewnątrz, jakby goniły ją wszystkie bestie piekielne. Jemu jednak udało się zejść nieco z kolizyjnej pozycji, a tamten mężczyzna - błogosławiony kątem oka wychwycił niektóre detale jego fizjonomii - również zdołał odrobinę skręcić. Złotowłosy nekromanta odprowadził go lekko zaskoczonym wzrokiem. Cóż to? Zbiegły przedmiot jakiś eksperymentów? Może kontraktor, którego jednak przerosły zobowiązania, jakie zaciągnął? Wyglądał niezwykle marnie, odziany w same spodnie, z wyraźnymi śladami przemocy na ciele, z dzikim i oszalałym spojrzeniem. Kajdany na jego przegubach dzwoniły przy każdym ruchu, ułatwiając pościg za nim.
        Mitra drgnął, gdy nagle jakby znikąd na dziedzińcu pojawiła się bestia rodem z ilustrowanej księgi potworów. Ogar z płonącą czaszką i dodatkową parą rąk, wielki i przerażający - tylko w Maurii można było spotkać coś takiego i uwierzyć, że to istnieje naprawdę, a nie, że ma się omamy. Aresterra patrzył, jak potwór dopada uciekiniera i przygważdża go do ziemi. Nie zamierzał interweniować - to nie były jego włości, nie jego problem. Pomyślał jednak, że to dobre przypomnienie o tym, dlaczego sam wolał pracować z martwymi - ci tak żwawo nie uciekali i mógł ich zostawić na chwilę bez nadzoru… O ile oczywiście sam nie nadał im pozorów życia.
        Ciche, ledwo słyszalne kroki poprzedziły głos dobiegający od strony drzwi, przez co Aresterra nie wzdrygnął się słysząc kogoś tuż obok siebie. Powoli obrócił spojrzenie w stronę wejścia, a w otworach jego maski bez wyrazu dało się dostrzec szeroko otwarte z zaskoczenia, intensywnie błękitne oczy. Przez krótki moment patrzył i nie dowierzał. Spodziewał się, że nie przypomni sobie Fausta z tych mglistych wspomnień sprzed trzydziestu lat, lecz nie - wiedział, że to był on, choć poznał go po niskim, bardzo męskim głosie, tak innym w stosunku do starczego rzężenia innych znajomych starego Aresterry. Lecz twarz… cóż, w tym momencie była nie do poznania. Połowa wyglądała w miarę normalnie poza tym, że wykrzywiał ją grymas gniewu, druga zaś stanowiła zmieniającą się mieszankę zwęglonej i świeżej tkanki - znak, że wampir powoli się regenerował po niedawnym wypadku. Aresterra od razu pomyślał, że ta żałosna ucieczka, której przed chwilą był świadkiem oraz te poparzenia mają ze sobą wiele wspólnego.
        - Byłem umówiony z panem tego domu - wyjaśnił Mitra melodyjnym głosem, spokojnym jakby nic z tego co widział nie zrobiło na nim wrażenia. - Lecz zdaje się, czy przyszedłem nie w porę? - upewnił się, spoglądając wymownie na wleczonego przez bestię skutego młodzieńca. Dopiero teraz zwrócił uwagę na czerwoną barwę jego oczu, która mogła stanowić jakieś wyjaśnienie tego napadu szału… Lecz to nie jego sprawa.
        - Jestem Mitra Aresterra - zwrócił się jeszcze raz do gospodarza. Zawahał się nagle, czy zirytowany Faust będzie chciał uwierzyć mu na słowo. Szybko zastanowił się, czy stać go na luksus częściowej anonimowości i zdecydował, że chyba jednak nie. Sięgnął więc drżącą dłonią do maski, drugą ręką lekko odchylając jej zaczepy. Dyskretnie odsłonił twarz, ukazując oblicze tylko swemu rozmówcy i maską osłaniając się przed pochwyconym młodzieńcem, który nadal był w pobliżu. Przez te trzydzieści lat prawie w ogóle się nie postarzał - może trochę schudł, lecz nadal był rozpoznawalny. Anielsko piękny, nie wpasowywał się w stereotypy krążące na temat jemu podobnych magów. Uciekał wzrokiem przed oczami Fausta i zaraz, gdy tylko zorientował się, że ten miał już dość czasu, by mu się przyjrzeć, na powrót założył maskę. Zza niej mógł już patrzeć na wampira swobodnie. Nie była to kwestia obrzydzenia zdeformowanym obliczem, bo z tym Mitra nigdy nie miał żadnego problemu, przeszkadzał mu sam bezpośredni kontakt wzrokowy. Nie lubił, gdy na niego patrzono, gdy cudze oczy go oceniały, gdy ktokolwiek zbyt intensywnie się w niego wpatrywał… A gdy jeszcze w tych oczach widoczne było pragnienie… Tego nienawidził najbardziej. Dlatego liczył, że Faustowi wystarczy to jedno spojrzenie, by go poznać i więcej nie wnikać.
Avatar użytkownika
Mitra
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Rianell, Sadik,
Rasa: Błogosławiony
Aura: Kiedy odwrócisz głowę, skuszony wyrazistością emanacji, dotrze do Ciebie niemal od razu jej świetlisty blask - nieskalany, anielski, kojący - migoczący żywo wśród zapachu fiołków, błogosławionego kwiecia. Po gładkich licach spływają jednak słone łzy, nie mające nic wspólnego z radością, a z ust oblepionych srebrną krwią płyną co prawda słowa łagodne, lecz także ostre i padające znienacka. Ale kto usłyszałby je wśród rozdzierających duszę krzyków agonii, gdy poczucie dojmującej straty tępi zmysły i każe spojrzeć głęboko w pełne goryczy oczy, gdzie w smętnej poświacie turmalinu odbija się nieprzewidywalna jaskrawość topazu? Błyska jak nagłe zafascynowanie i ginie niczym zduszone pragnienie, po czym pojawia się znowu, nie dając pozbierać myśli i gwałtownie przyspieszając puls. Może ukojenie przyniosą falujące swobodnie pod stopami atłasy w kolorze kobaltu, które ujrzysz gdy spłoszony w końcu spuścisz wzrok? Nie. Pod nimi ukryte są połamane kości. Resztki tworów z cynku, o brzegach ostrych i niebezpiecznych, nadal całkiem twarde, choć możesz na nie nastąpić licząc, że pokruszą się prędzej niż przebiją podeszwę buta. Jeśli tak się nie stanie, zbrukasz je posoką, lecz jeżeli siła będzie po Twojej stronie, wtedy pozostanie po nich jedynie miałki, miedziany pył, po którym wyjdziesz na zewnątrz.
Wygląd: Po ulicach Maurii włóczy się postać jakich wiele. Wysoka na równe sześć stóp, szczupła, na pewno żaden wojownik, raczej mag albo sługa. Chodzi szybko i porusza się energicznie, nie jest to więc żaden z nieumarłych. Ma szczupłe dłonie o długich palcach bez zgrubień w stawach, a krótkie i szerokie płytki paznokci świadczą o tym, że właściciel kiedyś obgryzał paznokcie. ... (Więcej)

Postprzez Aldaren » Śr lip 11, 2018 5:58 pm

        - Ah! Młody Aresterra - odezwał się Faust niemal od razu, gdy tylko zamaskowany jegomość się przedstawił. Jego ton i nastrój od razu się również poprawiły. Już nie pałał namacalną wrogością i gniewem, choć te nie do końca zniknęły, ale przynajmniej w stosunku do swojego gościa stał się uprzejmy i łagodny. - Wybacz młodzieńcze, nie poznałem cię od razu, proszę wejdź. - Nawet postanowił nieco pożartować dla rozluźnienia ciężkiej atmosfery, jaka zaczęła wypełniać zamczysko i, choć to nie wydawało się potrzebne, jednoczesnego odwrócenia uwagi od sytuacji jaka właśnie miała miejsce, a której Mitra był światkiem.
         - Na rozmowę i pomoc przyjacielowi, każda pora jest odpowiednia, jedynie sytuacja ją poprzedzająca może niekoniecznie być sprzyjająca, ale nie jest to twoją winą. Raczej moją, bo nie brałem pod uwagę takiego obrotu spraw. Przepraszam za to, panie Aresterra.
        Skłonił się z gracją godną wampira i szacunkiem gospodarza przyjmującego do siebie gościa, którego zaraz poprowadził do okazałej wielkości salonu w klasycznym dla nieumarłego, przestarzałym wystroju wnętrz, obfitującym w ciemne, dębowo-mahoniowe odcienie, będących idealnym podłożem dla niemal przelewającej się krwistej czerwieni pokrywającej ściany. Pod sufitem wisiał przepięknie wykonany kandelabr z kości (ludzkiej na pierwszy rzut oka) i białego złota. Dookoła pomieszczenie rozświetlały również kinkiety, zdające się być fragmentami jak i uzupełnieniem tegoż pierwszego źródła światła. Były tu również poustawiane w kilku miejscach na meblach i palące się wesoło świeczki, które nadawały wnętrzu przytulny i romantyczny klimat, z nutką drapieżności. Przez to pokój w większości wypełniony był wonią wiekowego, solidnego drewna oraz topionym woskiem, jak również ledwo wyczuwalnym, wietrzejącym zapachem siarki.

        Wampir gestem dłoni wskazał młodemu gościowi wytworny, mahoniowy szezlong z karmazynowym obiciem, przed którym stała ciemno dębowa, niska ława z pięcioramiennym świecznikiem z białego złota, które miało do złudzenia przypominać srebro. Sam Faust zajął miejsce w jednym z wygodnych foteli, mogącym być równie dobrze tronem, stojącym frontem do tychże i skupił swoją uwagę na zamaskowanym chłopaku. Przez moment przypatrywał mu się uważnie, walcząc z sobą, by nie wedrzeć mu się do umysłu i nie wyrwać od niego interesujących nieumarłego informacji, ale byłoby to niegrzeczne i nieetyczne. Poza tym nie mógł uciekać się do podstępów, które mogłyby zniszczyć jego reputacje kogoś w rodzaju "dobrego wujka" (mogącego w każdej chwili i z łatwością ukręcić komuś kark, ale to tylko szczegół).

        - A więc słucham cię młody Aresterro, jak mogę ci pomóc? - Zaczął uprzejmie, mając nadzieję, że niebianin swoimi wyjaśnieniami odpowiednio zaspokoi jego ciekawość i niczego nie zatai. W końcu byli przyjaciółmi, nieprawdaż?

        - Ehgem... Panie... - chrząknął Zabor, przerywając niepewnie i dalej trzymając syna swojego władcy, z tą różnicą, że teraz trzymał za gardło bezwładne ciało. Nie miał wyboru. Aldaren za bardzo się szamotał i gdyby nie posiadanie jeszcze trzech rąk, najpewniej wyślizgnąłby się demonowi, co nie ucieszyłoby jego pana. Ogar po prostu musiał go ogłuszyć, aby Mistrz mógł w spokoju i ciszy zająć się gościem. Właśnie przez tę ciszę, Faust zapomniał o ich obecności i teraz spojrzał w stronę bestii, ze zdziwieniem i wzbierającym na nowo gniewem.
        - "Zamknij go w jego alkowie, daj mu butelkę krwi, przekaż służącym, by przygotowali mu kąpiel i nowe ubranie. Niech doprowadzą go do porządku. Po wszystkim przyprowadź do mnie, skuj jeśli będzie taka konieczność i pilnuj przez cały czas dopóki nie rozkażę inaczej" - przekazał mu w myślach swoje żądania, na które demon skłonił się bezgłośnie i opuścił salon od razu przystępując do wykonania rozkazu.

        - Wybacz mój brak manier, napijesz się czegoś? - Faust uśmiechnął się przyjaźnie do Mitry, gdy zostali już sami.

        Aldarena, gdy znalazł się już w swojej komnacie, ocucono i od razu przystąpiono do spełniania woli pana tej posiadłości. Młody dziedzic nie chciał współpracować i nieoceniona w tej sytuacji była pomoc ze strony potężniejszego, niż kilka tygodni temu, demona. Co prawda nie nakazano mu bycia delikatnym w stosunku do skrzypka, ale wolał nie ryzykować gniewu Fausta, choćby minimalnym uszkodzeniem jego syna. Z tego powodu starał się trzymać gniew na wodzy i temperować go w inny niż fizycznie, sposób. Choć przytrzymywanie na siłę w jednym miejscu, albo niemal brutalne wlewanie lazurowookiemu krwistej zawartości butelki do gardła nie podchodziły pod niefizyczne, ale przynajmniej na jego ciele nie zostawały żadne widoczne oznaki takiego działania. Wszak u napojonego wampira siniaki znikną niemal natychmiast jak się pojawią. Przy kąpieli mógł się posiłkować podtapianiem nieumarłego, nawet jeśli nic by mu się nie stało. W końcu Aldaren kiedyś był człowiekiem i jako uczące się pływać dziecko zdarzyło mu się nie raz podtopić. Zaborowi właśnie wystarczyły te wspomnienia, aby złamać bojowość skrzypka.
        - "Nie jesteś przecież taki słaby, więc czemu do diabła nie walczysz?!" - ganił młodego wampira wrogi głos w jego głowie, za którego sprawą chłopak znów zaczynał się sprzeciwiać i utrudniać obowiązki służby, obecnie go ubierającej.

        Ogarowi powoli kończyły się pomysły, przez co dla świętego spokoju znów pozbawił Aldarena przytomności. Kiedy było już po wszystkim, a lazurowooki (obecnie nadal czerwonooki), znów się obudził, demon zaprowadził skutego nieumarłego pod drzwi do salonu, gdzie trwała żywa rozmowa między Faustem i zamaskowanym przybyszem.
Avatar użytkownika
Aldaren
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: River, Yve, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Wampir - przemieniony z człowieka
Aura: Już z daleka widnieje dosyć silny, szmaragdowy blask. Przypomina promienie słońca powoli skrywające się za linią horyzontu. Powłoka natomiast swym żelaznym kolorytem przywodzi na myśl różnorakie oręże i walki rycerzy w lśniących zbrojach. Kobaltowe, wijące się w nieregularny sposób pasma natomiast są niczym rzeki, a występujące gdzieniegdzie plamy barachitu można przyrównać do zaznaczenia lasów na mapie. Tu i ówdzie ktoś wymalował miedzianą farbą w bardzo staranny sposób nuty układające się w przyjemną melodię, wesoło poukładane na rtęciowej pięciolinii. W pewnym momencie naprawdę można to usłyszeć, muzyka jest na tyle spokojna, iż przynosi miłą ulgę dla zmysłów. Niespodziewanie można usłyszeć głosy i dźwięki tak dziwne i nietypowe, że nie da się ich sklasyfikować. U niektórych osób mogą spowodować niepokój, który potęgują niemożliwe do przewidzenia nagłe trzaski płomieni i chaotycznie sypiące się iskry oraz narastające ciepło. Można także wyczuć zapach świeżej krwi, a od czasu do czasu również ludzki pot, choć jest dość rzadkie zjawisko, stale zanikające. W dotyku natomiast twarda, co pasuje do jej głównego odcienia, giętka niczym falujące na wietrze liście drzew. Dodatkowo ostra niczym kieł wampira oraz niebywale aksamitna. Pozostawia po sobie pikantny posmak, połączony z lepkością, a czasem z suchością.
Wygląd: Ten młody, przystojny mężczyzna atletycznej budowy, rzeźbionej jak w kamieniu przez najznamienitszych artystów tchniętych bożą łaską oraz błogosławieństwem, mierzy sobie dziewięć i pół piędzi (188,1 cm) przy czym waży około czterech i pół kamieni (ok. 86 kg). Porusza się z gracją godną arystokraty, a jego miękki, łagodny głos rozbrzmiewa echem w uszach słuchających ... (Więcej)
Uwagi: - Słońce nie wyrządza mu żadnej szkody, jedynie drażni oczy i osłabia pozbawiając nadprzyrodzonych zdolności, mimo to stara się jednak ograniczyć przebywanie na nim, często poruszając ... (Więcej)

Postprzez Mitra » Śr lip 11, 2018 5:59 pm

        Zmiana, jaka zaszła w obliczu Fausta po tym, jak błogosławiony mu się przedstawił, sprawiła, że Mitra uznał swoje nazwisko za magiczne zaklęcie - w jednej chwili przemiana o pół obrotu, z warczącego drapieżnika w kochanego wujka. To wyglądało tak nienaturalnie… Lecz na razie nekromanta nie umiał określić, czy dla wampira taka gwałtowna zmiana nastroju to coś normalnego i po prostu ma trochę nierówno pod kopułą, czy wręcz przeciwnie - wszystko z nim w porządku i to tylko gra. Mitra jednak był z natury dość powściągliwy, więc tak naprawdę na razie to niewiele zmieniało. Przyszedł w to miejsce w interesach i nic się w tej kwestii nie zmieniło.
        Parsknął kurtuazyjnie w odpowiedzi na trochę słaby żart gospodarza.
        - Dziękuję - odpowiedział, lekko skłaniając głowę, gdy przekraczał próg posiadłości.
        - Wypadki się zdarzają, gdy przekracza się pewne granice - zauważył sentencjonalnie. - Tak zginął Sarazil… Zabity przez coś, co sam stworzył. Igrał ze śmiercią i w końcu się doigrał… Proszę wybaczyć mu więc nieobecność - mówił nekromanta jakby sam do siebie, dopiero na koniec spoglądając bezpośrednio na swego rozmówcę. Mógł to przemilczeć, lecz uznał, że jeśli Faust i jego przyszywany ojciec się znali, może go zainteresować los dawnego znajomego i dlaczego kontaktował się z nim jego syn, a nie on osobiście. Poza tym Mitra nie oczekiwał kondolencji ani współczucia - nie przeżył śmierci starego Aresterry jakoś specjalnie. Dom był przez kilka dni dziwnie pusty i spokojny, ale to tyle, później się do tego przyzwyczaił. Choć mówił o nim jak o własnym ojcu, nie czuł w stosunku do niego żadnych wyższych uczuć. Może po prostu nie był do nich zdolny.
        Salon, do którego zaprowadził go Faust, przypominał w pewien sposób gospodarza. Elegancki, staromodny, a przez ten kościany kandelabr odrobinę niepokojący. Mitra zupełnie otwarcie zawiesił wzrok na tej niecodziennej ozdobie zastanawiając się, czy może było to dzieło wampira, czy też już je takie kupił. Mógł sobie wyobrazić Fausta, jak skrupulatnie oczyszcza i poleruje kości swojej ofiary…
        Usiadł na wskazanym szezlongu zagarniając do przodu szatę, by jej sobie nie przysiąść. Pieszczotliwym gestem pogładził przyjemny w dotyku materiał obicia, ale uwagi na temat prezencji tego miejsca zachował dla siebie, uznając je za zbędną grzeczność. Faustowi zdaje się, że było to na rękę, bo również nie pieścił się z rozmowami o pogodzie i od razu przeszedł do sedna: z czym przychodzi tak niecodzienny gość? Nie było już co ukrywać.
        - Tak jak napisałem w liście, posiadam pewną księgę, grymuar, wszystko wskazuje na to, że może to być egzemplarz Czarnej Księgi z Thulle… Ale nie mam takiej gwarancji, dopóki jej nie otworzę. Jak wiadomo księgi te nie były nigdy podpisane. Ci, którzy je spisali, bracia Krazenfir, potrafili zadbać o to, by ich nauki przetrwały, mimo iż oni sami zostali poświęceni płomieniom przez tych, którzy boją się śmierci. Przez to księga jest niemożliwa do otwarcia… A ja posiadam jedynie poszlaki, jak można to uczynić. Sam biję już jedynie głową w ścianę i dlatego zwracam się do was o pomoc… Istnieje ryzyko, że to falsyfikat albo zupełnie inna księga, jest ono jednak niewielkie - zastrzegł z wyraźną pewnością siebie. Nie po to tyle dni ślęczał nad księgami i porównywał wszystkie detale, by na koniec okazało się, że to jakiś pośledni grymuar, których stosy zalegają u antykwariuszy.
        Nim Mitra przeszedł do rzeczy, Faust nagle zreflektował się, by zaproponować mu coś do picia. Nekromanta skinął przyzwalająco głową.
        - Koniak - zastrzegł jednak od razu, nie kłopocząc się żadnymi wyjaśnieniami. Większości osób nie mieściło się w głowie, że niebianin, istota tak pozornie delikatna i wrażliwa, może gustować w mocnym alkoholu i z reguły reagowali zaskoczeniem, próbowali dyskutować albo dociekać. Jeśli ktoś jednak miał wątpliwości czy Mitra przypadkiem nie robi tego na pokaz, zmieniał zdanie, gdy błogosławiony trzymał już kieliszek w ręce. Pił w sposób bardzo naturalny, nie krzywiąc się, potrafił docenić dobry trunek i odpowiednio go celebrować. Teraz jednak nie była na to pora: właśnie przechodzili do meritum.
        - Chcę prosić was o pomoc w otwarciu tej księgi, jak się zapewne domyślacie, nie jest to możliwe tradycyjnymi metodami… Czego jestem jednak świadomy, żadna pomoc nie jest bezinteresowna, ale też nie wszystko można kupić pieniędzmi, więc tego nie zaproponuję. Księga jest moja, więc dysponuję nią jak chcę, gdyby więc udało się nam ją otworzyć, wiedza w niej zawarta byłaby dobrem wspólnym… Wraz z wiedzą, jeśli istnieje taka potrzeba, proponuję też ręce, które mogą wprawić te czary w ruch, gdy zajdzie potrzeba - dodał, pokazując swoje delikatne, białe dłonie. - Przysługa za przysługę to moim zdaniem uczciwa wymiana. Nie szukam najemników, lecz sojuszników - dodał, patrząc czujnie na Fausta przez wąskie otwory w masce.
Avatar użytkownika
Mitra
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Rianell, Sadik,
Rasa: Błogosławiony
Aura: Kiedy odwrócisz głowę, skuszony wyrazistością emanacji, dotrze do Ciebie niemal od razu jej świetlisty blask - nieskalany, anielski, kojący - migoczący żywo wśród zapachu fiołków, błogosławionego kwiecia. Po gładkich licach spływają jednak słone łzy, nie mające nic wspólnego z radością, a z ust oblepionych srebrną krwią płyną co prawda słowa łagodne, lecz także ostre i padające znienacka. Ale kto usłyszałby je wśród rozdzierających duszę krzyków agonii, gdy poczucie dojmującej straty tępi zmysły i każe spojrzeć głęboko w pełne goryczy oczy, gdzie w smętnej poświacie turmalinu odbija się nieprzewidywalna jaskrawość topazu? Błyska jak nagłe zafascynowanie i ginie niczym zduszone pragnienie, po czym pojawia się znowu, nie dając pozbierać myśli i gwałtownie przyspieszając puls. Może ukojenie przyniosą falujące swobodnie pod stopami atłasy w kolorze kobaltu, które ujrzysz gdy spłoszony w końcu spuścisz wzrok? Nie. Pod nimi ukryte są połamane kości. Resztki tworów z cynku, o brzegach ostrych i niebezpiecznych, nadal całkiem twarde, choć możesz na nie nastąpić licząc, że pokruszą się prędzej niż przebiją podeszwę buta. Jeśli tak się nie stanie, zbrukasz je posoką, lecz jeżeli siła będzie po Twojej stronie, wtedy pozostanie po nich jedynie miałki, miedziany pył, po którym wyjdziesz na zewnątrz.
Wygląd: Po ulicach Maurii włóczy się postać jakich wiele. Wysoka na równe sześć stóp, szczupła, na pewno żaden wojownik, raczej mag albo sługa. Chodzi szybko i porusza się energicznie, nie jest to więc żaden z nieumarłych. Ma szczupłe dłonie o długich palcach bez zgrubień w stawach, a krótkie i szerokie płytki paznokci świadczą o tym, że właściciel kiedyś obgryzał paznokcie. ... (Więcej)

Postprzez Aldaren » Śr lip 11, 2018 6:27 pm

        - Oh, nic tych rzeczy. Po prostu zbytnio rozpieściłem syna i teraz mam tego efekty. - Uśmiechnął się lekko, choć w głębi zaczął się zastanawiać czy faktycznie to on popełnił gdzieś błąd w wychowaniu Aldarena, czy po prostu młody wampir nie został zepsuty w jakimś stopniu przez pewnego niebianina, który aż za bardzo lubił mieszać Faustowi w jego nie-życiu. Zaraz jednak jego uśmiech zniknął, zastąpiony szczerym grymasem boleści i współczucia kiedy usłyszał, że jego przyjaciel nie żyje. - Moje najszczersze kondolencje w takim razie, choć takie słowa z ust wampira, pewnie wydadzą ci się niesmaczne, albo nieszczere - powiedział od razu jak tylko Mitra przedstawił, dlaczego to on, a nie jego mentor, przyszli do krwiopijcy. - Niestety takie są już prawa natury, przed śmiercią nikt nie ucieknie, a ona o nas wszystkich się prędzej czy później upomni - dodał z równą sentencjonalnością w drodze do salonu.

        Tam nie mogło ujść jego uwadze, zainteresowanie błogosławionego jego kościanym kandelabrem i zaraz też pozwolił sobie na podzielenie się krótką historią tejże ozdoby.
        - Mój ojciec od zawsze miał jakieś dziwaczne wymysły, jak to artysta. Lubił rzeźbić i podobno dopiero w tej postaci naprawdę pokochał moją matkę. - Uśmiechnął się znów, tym razem z błyskiem rozbawienia w oczach i melancholią w głosie. To było milenia temu, a on był wtedy poza domem, w końcu pięćset letni wampir nie będzie siedział non stop w rezydencji i na utrzymaniu rodziców. Gdy zamczysko zostało zburzone, jego radość była niezmierna, kiedy przy odbudowie okazało się, że kości matki - ten niecodzienny żyrandol - były niemal w nienaruszonym stanie. Jego ojciec za to zalany kamienną masą pilnuje jako pomnik podziemnych krypt, w których spoczywają członkowie rodu Van der Leuuw.

        Wampir był wielce rad, że przy swojej odpowiedzi Mitra również nie zamierzał owijać w bawełnę i od razu przedstawił jak wygląda sytuacja i z czym przychodzi. To było po pierwsze bardzo praktyczne, bo oboje zaoszczędzą cenny czas, a po drugie w pewnym stopniu także miłe przez może świadome (albo nieświadome) zaufanie niebianina wobec nieumarłego. W końcu, gdyby gospodarzowi nie ufał, starałby się jakoś wykręcić, albo zamydlić oczy jakąś ckliwą bajeczką. Faust słuchał swojego gościa z należytą uwagą i rosnącym zaciekawieniem, pogrążając się równocześnie w stan podobny do zamyślenia. Co prawda takie księgi były jednymi z potężniejszych artefaktów i prawdziwym diamentem wśród kolekcjonerów, jednakże stary Aresterra nigdy nawet nie napomknął o posiadaniu takowego przedmiotu, a mu nie zdarzyło się zobaczyć u przyjaciela czegoś takiego. Z tego też powodu jego zainteresowanie było tym większe, choć w nieumarłych, łagodnych obecnie oczach kryło się powątpiewanie czy możliwym byłoby posiadanie tego białego kruka. Nie wyraził jednak otwarcie swoich podejrzeń, gdyż po pierwsze nie mógł przegapić takiej okazji, jeśli grymuar okazałby się autentykiem, a po drugie się tyle nażył, że życie dostarczało mu już naprawdę tylko niewielu rozrywek. Choć po swoim ostatnim powrocie do żywych zaczął na nowo cieszyć się nim, a przynajmniej tak, jak na wampira przystało.

        Gdy Mitra odpowiedział na propozycję napicia się czegoś, Faust swobodnie podszedł do zabytkowego barku, stojącego pod ścianą za szezlongiem i po znalezieniu odpowiedniego trunku w dość okazałej kolekcji butelek z różnymi alkoholami, wyjął z szafeczki obok szeroki, pół okrągły kieliszek na krótkiej nóżce, który po napełnieniu podał młodzieńcowi. Nie był zbytnio zaskoczony jego życzeniem, życie było pełne niecodziennych zjawisk. Na przykład jeden ze Starszych wampirów, który z taką ilością różnych trunków na spokojnie mógłby przeprowadzić w swoim domu prawdziwą degustację. Tak zaopatrzony barek był niemal podstawą w mieście, gdzie każdy wampir ustawiony wysoko w hierarchii był niemal codziennie odwiedzany przez niezliczoną ilość ludzi, oferujących swoją krew w zamian za pieniądze, albo chcących podpisać kontrakt z jednym z nieumarłych arystokratów na kilkudziesięcioletnią służbę pod ich skrzydłami. A przecież od dawna wiadomo, że interesy bądź poważne rozmowy najlepiej prowadzić przy dobrym alkoholu, odpowiadającym gustom niemal każdego. Gospodarz nalał również i sobie, po czym wrócił na swoje miejsce i do sedna rozmowy.

        Propozycja współpracy, a zwłaszcza wynagrodzenie jakie mu zostanie za nią ofiarowane, były niezwykle kuszące, jednakże wciąż trzymały się go wątpliwości, czy księga rzeczywiście jest prawdziwa. Choć także propozycja odnosząca się do samego błogosławionego i jego umiejętności, również była nie do odrzucenia. Zwłaszcza, że Fast nie miał nigdy okazji przyjrzeć się uważniej błogosławionym.

        - Cóż, z tego co mi wiadomo, również miejsce ma znaczenie dla księgi by ją otworzyć, ale to już pewnie wiesz. Z chęcią pomogę synowi zmarłego przyjaciela, choć nie bezpośrednio - powiedział po dłuższej chwili namysłu i z niepokojąco poważną miną. - Pokażę ci, gdzie znajdują się prawdopodobne miejsca na odprawienie należytego rytuału, jedno z nich będzie tym odpowiednim, jednakże... Może być też konieczność znalezienia innych egzemplarzy i zniszczenia ich, by została tylko jedna, najpotężniejsza księga... - Znów się pogrążył w myślach, z niezwykła dokładnością ważąc każde swoje słowo, aby nie zniechęcić młodego niebianina do podjęcia tak trudnej i ryzykownej podróży. Choć starał się to ukryć, widać po nim było, że nie mówił wszystkiego co wie na ten temat, ale w sumie po co, skoro blondyn wkrótce sam się o wszystkim przekona na własnej skórze. - Również...

        - Wybacz, że przeszkodziłem, panie... - skłonił się z szacunkiem Zabor, który właśnie postanowił wejść do salonu, na nieme polecenie Mistrza, który wyczuło ich obecność za drzwiami. Aldaren nie wydawał się być zadowolony z sytuacji w jakiej się znalazł - skuty i niemal ubezwłasnowolniony. Starał się unikać patrzenia na swojego ojca, czując do niego niemal namacalną niechęć.

        - Również mój syn z tobą wyruszy, jako mój reprezentant i wsparcie. Może nie wygląda za specjalnie, ale jest silny i potrafi walczyć. Poza tym we dwójkę raźniej, a ja niestety jestem zawalony pilnymi sprawami, które należałoby załatwić niemal od razu, jednakże jak wiadomo jest mało możliwe rozdwojenie się, a nawet większe zwielokrotnienie. - Ponownie postanowił zaszczycić gościa mało udanym żartem.

        Skuty chłopak wbił gniewne spojrzenie w krwiopijcę, a w głowie huczało mu od wzburzenia i prowokacji ze strony wewnętrznego głosu.
        - "Jak mięso na targu. Najwidoczniej nie jesteś dla niego niczym więcej, jak tylko towarem do zaoferowania, bądź na sprzedaż. A mówiłem żebyś się tam w lochu nie oszczędzał, to nie! Bo po co mnie słuchać?" - Skrzypek westchnął cicho pod nosem na własne myśli i naprawdę zaczął żałować, że nie zabił Fausta kiedy miał okazję, a tylko spalił mu pół twarzy. Może jeszcze kiedyś dane mu będzie naprawić ten błąd. Na razie jednak postanowił się nie sprzeciwiać, skoro ma okazję uwolnić się od zaborczo-zazdrosnego kochanka i apodyktycznego ojca, choć nie wiedział na co się tak naprawdę pisze i na jakie niebezpieczeństwo się naraża. Mistrzowi również ten brak sprzeciwu ze strony syna był na rękę. Podejrzewał, że Aldaren mógłby planować jakąś ucieczkę, ale szczerze wątpił w to, by faktycznie się tego podjął. Wadą lazurowookiego było to, że był wręcz nieprzyzwoicie honorowy i uczciwy, więc podstępy i różnego rodzaju wymigania od podjętych działań, nie były w jego stylu.

        - Może zostaniesz na noc, skoro wszystko ustalone? Wypoczniesz przed podróżą, a jutro z samego rana każę przygotować wam konie i odpowiednie zaopatrzenie na drogę, jak również wcześniej wspomnianą mapę i przekażę ci jeszcze swój notatnik z zapiskami na ten temat, z czasów gdy jeszcze zajmowałem się badaniem historii braci Krazenfir i ich niezwykłych ksiąg. Wdzięczny byłbym również, gdybyś kontynuował to na czym tam skończyłem i regularnie zapisywał swoje spostrzeżenia. Może dzięki temu sam wydasz książkę i staniesz się równie sławny co oni. - Pogodny i przyjazny uśmiech znów zagościł na twarzy starszego nieumarłego, który czekał już tylko na decyzję gościa, nie zwracając w ogóle uwagi na demona i skutego mężczyznę.
Avatar użytkownika
Aldaren
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: River, Yve, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Wampir - przemieniony z człowieka
Aura: Już z daleka widnieje dosyć silny, szmaragdowy blask. Przypomina promienie słońca powoli skrywające się za linią horyzontu. Powłoka natomiast swym żelaznym kolorytem przywodzi na myśl różnorakie oręże i walki rycerzy w lśniących zbrojach. Kobaltowe, wijące się w nieregularny sposób pasma natomiast są niczym rzeki, a występujące gdzieniegdzie plamy barachitu można przyrównać do zaznaczenia lasów na mapie. Tu i ówdzie ktoś wymalował miedzianą farbą w bardzo staranny sposób nuty układające się w przyjemną melodię, wesoło poukładane na rtęciowej pięciolinii. W pewnym momencie naprawdę można to usłyszeć, muzyka jest na tyle spokojna, iż przynosi miłą ulgę dla zmysłów. Niespodziewanie można usłyszeć głosy i dźwięki tak dziwne i nietypowe, że nie da się ich sklasyfikować. U niektórych osób mogą spowodować niepokój, który potęgują niemożliwe do przewidzenia nagłe trzaski płomieni i chaotycznie sypiące się iskry oraz narastające ciepło. Można także wyczuć zapach świeżej krwi, a od czasu do czasu również ludzki pot, choć jest dość rzadkie zjawisko, stale zanikające. W dotyku natomiast twarda, co pasuje do jej głównego odcienia, giętka niczym falujące na wietrze liście drzew. Dodatkowo ostra niczym kieł wampira oraz niebywale aksamitna. Pozostawia po sobie pikantny posmak, połączony z lepkością, a czasem z suchością.
Wygląd: Ten młody, przystojny mężczyzna atletycznej budowy, rzeźbionej jak w kamieniu przez najznamienitszych artystów tchniętych bożą łaską oraz błogosławieństwem, mierzy sobie dziewięć i pół piędzi (188,1 cm) przy czym waży około czterech i pół kamieni (ok. 86 kg). Porusza się z gracją godną arystokraty, a jego miękki, łagodny głos rozbrzmiewa echem w uszach słuchających ... (Więcej)
Uwagi: - Słońce nie wyrządza mu żadnej szkody, jedynie drażni oczy i osłabia pozbawiając nadprzyrodzonych zdolności, mimo to stara się jednak ograniczyć przebywanie na nim, często poruszając ... (Więcej)

Postprzez Mitra » Śr lip 11, 2018 6:48 pm

        - Dziękuję.
        Tylko tyle powiedział Mitra w odpowiedzi na kondolencje, które otrzymał mimo swoich przypuszczeń i potrzeb. Uznał słowa Fausta za grzeczność, rytuał, który należało odprawić i wypowiedzieć standardowe formułki. Do tematu już nie wracał.
        Za to wypowiedziana już w salonie uwaga na temat kościanego kandelabru spotkała się z zainteresowaniem błogosławionego - na moment opuścił wzrok na Fausta. Jego oczy otworzyły się szerzej, gdy usłyszał czyj szkielet podziwia, a potem znów podniósł ku niemu spojrzenie.
        - Interesujące, naprawdę - zgodził się, patrząc na kości i starając się w nich dostrzec coś kobiecego. Niezły był z anatomii, gdyby miał ten szkielet w zasięgu ręki, pewnie poznałby płeć po budowie miednicy… ”Ciekawe czy zabił ją specjalnie dla tego dzieła, czy wykorzystał to, że była martwa z jakiś innych przyczyn… A może wtedy jeszcze żyła? Była człowiekiem, czy wampirem? Faust zdaje się jest czystej krwi wampirem, więc pewnie to drugie...“, gdybał wpatrując się jeszcze chwilę w kandelabr, nim odegnał od siebie swoją niezdrową fascynację śmiercią i zajął się aktualnymi interesami. Cały czas widać było jednak, że spoglądał na szkielet zaaranżowany jak dzieło sztuki.
        Przez cały czas Mitra mówił wolno, nie dając się ponieść emocjom i tworząc sobie okazję, by dobrze widzieć reakcje Fausta. To co z początku wziął za zainteresowanie, przerodziło się w zwątpienie, które zagościło momentalnie i w jego sercu. Może źle uczynił pokładając swoje nadzieje w wampirze. Nieumarłemu zdawało się pewnie, że niemożliwe jest by taki smarkacz był w posiadaniu czegoś tak cennego. Nie doceniał go, jak wielu w Maurii. Ba, pewnie jak wszyscy. Mitra swoją osobą naruszał wiele stereotypów na temat tego, jak powinien wyglądać przykładny nekromanta i przykładny Mauryjczyk, więc nie był uważany ani za jedno, ani za drugie - patrzono na niego i zastanawiano się kim jest, choć prawda była oczywista. A młody Aresterra za każdym razem obiecywał sobie, że wszystkim pokaże, że skrzydła na jego plecach nie są żadnym ograniczeniem i źle uczynili, oceniając książkę po okładce… Dlatego teraz nie przerwał i nie wyszedł urażony, a kontynuował.

        Ziarno trafiło jednak na urodzajną glebę - Faust okazał się być zainteresowany współpracą. Nawet ujawnił niewielki skrawek wiedzy, którą sam posiadał na temat grymuaru, co wywołało swego rodzaju uznanie widoczne w oczach Aresterry. Lubił rozmawiać z wykształconymi osobami, przytaknął więc skinieniem głowy, że jest świadomy pewnych komplikacji w rytuale otwarcia księgi, lecz daje gospodarzowi ciągnąć jego wypowiedź, by wrócić do tego tematu w stosowniejszej chwili. Zadowolenie szybko jednak zblakło, a zastąpiło je czujne spojrzenie rzucane spod lekko ściągniętych brwi - nie podobała mu się ta zmiana tonu wampira. Spodziewał się, że teraz nastąpi stawianie warunków, targowanie się i chociaż był gotowy na pewne ustępstwa, to jednak nie na wszystkie. Faust ciągnął jednak swoją wypowiedź i tylko prezentował to, co może wnieść do rozwiązania tej sprawy, jaką wiedzę posiada, jakie przewiduje trudności i środki zaradcze… Czyżby miało być aż tak dobrze? Mitra aż wychylił się lekko do przodu, jakby nie potrafił powstrzymać gromadzącego się w nim napięcia.
        Oczywiście nie mogło być tak łatwo. Ktoś im przerwał, przez co Mitra natychmiast się cofnął i otrzeźwiał. Spiął się, widząc demona z sześcioma kończynami w progu salonu - nie miał pojęcia co miała znaczyć jego obecność, ale raczej nic dobrego. Co więcej stworzenie przyprowadziło ze sobą swoją ofiarę, pochwyconą przed posiadłością. Mitrze przypomniało się, że Faust nazwał tego zbiega swoim synem, poświęcił więc chwilę, by przyjrzeć się młodzieńcowi. Teraz prezentował się znacznie lepiej - był domyty i godnie ubrany. Z pewnością cieszył się powodzeniem wśród niewiast, bo był wysoki i proporcjonalnie zbudowany, a jego oczy miały przepiękny kolor, choć w tym momencie te hipnotyzujące niebieskie tęczówki wyrażały tylko gniew, frustrację i niechęć. Gdyby mógł, zabijałby samym spojrzeniem, lecz był skrępowany i pilnowany, mógł więc tylko knuć zemstę… ”Te oczy…”, myślał Mitra wpatrując się w młodszego wampira, ”Musiał bywać w domu Aresterry, lecz nie pamiętam go. A przecież takie oczy bym pamiętał. Musieliśmy nie mieć okazji zamienić ze sobą nawet słowa - może to był ten czas, gdy maniakalnie unikałem obcych…”, zastanawiał się. Z krainy myśli wyrwała go jednak uwaga Fausta. Błogosławiony nekromanta drgnął, jakby ktoś klasnął tuż obok jego ucha i spojrzał na gospodarza, jakby spodziewał się blefu. Zaraz jednak znowu utkwił spojrzenie w spętanym wampirze.
        - Och - westchnął, nie kryjąc zawodu. Czy naprawdę musiał mówić, że ten chłopak nie zrobił na nim dobrego wrażenia? A na dodatek argument o towarzystwie był nietrafiony? ”Ygh… Lecz czy mam inne wyjście?”, pomyślał Mitra z niechęcią. W końcu odstawił kieliszek ze swoim koniakiem na stolik i spojrzał na gospodarza.
        - Niechaj będzie - przyznał z wyraźnym ociąganiem. Uśmiechnął się niemrawo w odpowiedzi na czerstwy żart Fausta, ale i tak nie było tego widać spod jego maski. Wstał powoli ze swojego miejsca na szezlongu i podszedł do demona i młodszego z wampirów. Stanął naprzeciw tego drugiego i podniósł na niego wzrok - był niższy, by ich spojrzenia się spotkały musiał trochę zadrzeć głowę. Kontakt wzrokowy trwał zresztą krótko, bo nie była to dyscyplina, w której Mitra czuł się specjalnie dobrze - momentalnie uciekł oczami gdzieś w kierunku własnych butów. Od niezręcznych tłumaczeń uchronił go jednak Faust i jego propozycja. Nekromanta obrócił się momentalnie w stronę gospodarza. Powstrzymał odruch odstąpienia od syna właściciela posiadłości, spodziewając się, że ten z rękami skrępowanymi na plecach niczego nie wywinie.
        - Chętnie, jeśli to nie kłopot, dziękuję - przystał bez oporów na zaproszenie Fausta. - Po prawdzie chętnie już teraz rzuciłbym okiem na zgromadzone przez was materiały… O ile to oczywiście nie kłopot. Nieskromnie powiem, że dysponuję całkiem bogatym księgozbiorem, ale z pewnością są w nim braki, zwłaszcza jeśli porównać go ze zbiorami osoby o takim doświadczeniu… - dodał odrobinę przymilnie, nim parsknął po raz kolejny, tym razem na wzmiankę o hipotetycznej rozpoznawalności, jaka mogła go spotkać.
        - Tak… - mruknął. - Sławę chętnie przygarnę, lecz ich losu wolałbym nie podzielić. Nie póki sam o tym nie zdecyduję - zastrzegł, bo kto wie, może kiedyś będzie dysponował wiedzą, dzięki której własnowolnie i z zachowanie pełni sił umysłowych przekroczy granicę między życiem i śmiercią… Błogosławiony lich… Czy ktoś tego przed nim próbował? Kiedykolwiek?
        - Liczę na owocną współpracę - zwrócił się łagodnym, odrobinę zblazowanym tonem do młodszego wampira, ponownie obracając na niego wzrok. - Zdaje się, że nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni. Jestem Mitra Aresterra - przedstawił mu się z lekkim skinieniem głowy, nie zdejmując jednak maski. Na taką poufałość jeszcze przyjdzie czas.
Avatar użytkownika
Mitra
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Sanaya, Jorge, Dżari, Skowronek, Yastre, Tioyoa, Kinalali, Widugast, Ijumara, Nikolaus, Kaikomi, Rael, Mniszek, Rianell, Sadik,
Rasa: Błogosławiony
Aura: Kiedy odwrócisz głowę, skuszony wyrazistością emanacji, dotrze do Ciebie niemal od razu jej świetlisty blask - nieskalany, anielski, kojący - migoczący żywo wśród zapachu fiołków, błogosławionego kwiecia. Po gładkich licach spływają jednak słone łzy, nie mające nic wspólnego z radością, a z ust oblepionych srebrną krwią płyną co prawda słowa łagodne, lecz także ostre i padające znienacka. Ale kto usłyszałby je wśród rozdzierających duszę krzyków agonii, gdy poczucie dojmującej straty tępi zmysły i każe spojrzeć głęboko w pełne goryczy oczy, gdzie w smętnej poświacie turmalinu odbija się nieprzewidywalna jaskrawość topazu? Błyska jak nagłe zafascynowanie i ginie niczym zduszone pragnienie, po czym pojawia się znowu, nie dając pozbierać myśli i gwałtownie przyspieszając puls. Może ukojenie przyniosą falujące swobodnie pod stopami atłasy w kolorze kobaltu, które ujrzysz gdy spłoszony w końcu spuścisz wzrok? Nie. Pod nimi ukryte są połamane kości. Resztki tworów z cynku, o brzegach ostrych i niebezpiecznych, nadal całkiem twarde, choć możesz na nie nastąpić licząc, że pokruszą się prędzej niż przebiją podeszwę buta. Jeśli tak się nie stanie, zbrukasz je posoką, lecz jeżeli siła będzie po Twojej stronie, wtedy pozostanie po nich jedynie miałki, miedziany pył, po którym wyjdziesz na zewnątrz.
Wygląd: Po ulicach Maurii włóczy się postać jakich wiele. Wysoka na równe sześć stóp, szczupła, na pewno żaden wojownik, raczej mag albo sługa. Chodzi szybko i porusza się energicznie, nie jest to więc żaden z nieumarłych. Ma szczupłe dłonie o długich palcach bez zgrubień w stawach, a krótkie i szerokie płytki paznokci świadczą o tym, że właściciel kiedyś obgryzał paznokcie. ... (Więcej)

Postprzez Aldaren » Pt lip 13, 2018 12:22 am

        Nadmierne zafascynowanie Mitry niecodziennym żyrandolem cieszyło Fausta, ale nie dziwiło. W Maurii nie takie cuda można było zobaczyć, a poza tym blondyn byłby raczej kiepskim nekromantą, gdyby nie interesował się śmiercią i szczątkami zmarłych. Ciekawe czy wiedział jak ciężko jest dbać i konserwować takie dzieła sztuki, aby jak najdłużej zachwycały swoim pięknem i niezwykłością, jednocześnie przypominając o tym, że i tak na każdego w końcu przyjdzie pora, choćby się właśnie było nieumarłym, albo jedną z innych, teoretycznie nieśmiertelnych, ras. Dostrzegając głębokie zamyślenie u gościa, wpatrującego się cały czas w kandelabr, gospodarza niemiłosiernie korciło, by wedrzeć mu się do głowy i sprawdzić co jeszcze myśli o tej ozdobie, a czego nie mówi, jednakże udało mu się powstrzymać, przypominając sobie, że przecież mają ważną sprawę do omówienia.

        Krwiopijca lekko się uśmiechnął podczas swojego monologu, delikatnie ukazując otoczeniu swoje zadbane, białe zęby z widocznie wydłużonymi kłami, gdy Aresterra mimo posiadania własnej wiedzy w tym temacie, okazał się godnym i uważnym słuchaczem, nawet jeśli Faust nie mówił wszystkiego co wiedział. Po co miał straszyć młodego nekromantę? Jeszcze postanowiłby odpuścić sobie tą misję, a wtedy on zostałby bez cennej wiedzy z grymuaru, albo chociażby samej księgi w swoich rękach. Co prawda wciąż wątpił w autentyczność artefaktu i powodzenie tego zadania, ale ryzyko i tak zawsze warto podjąć. Zwłaszcza jeśli czeka cię jakaś nagroda, a nie musisz narażać siebie samego na niebezpieczeństwo. A może po wszystkim Aldaren, jeśli wróci cały i zdrowy, znów będzie taki jak dawniej? Nie mógł przepuścić takiej okazji i odwieść Mitrę od tego planu. Błogosławiony musiał otworzyć księgę i wrócić z powrotem, jeśli nie po dobroci, to on go do tego zmusi. Choć mimo ostudzonego entuzjazmu niebianin i tak podjął się wyruszenia na tę wyprawę. Przez cały czas nie odrywał od swojego gościa wzroku, zwłaszcza kiedy ten postanowił podejść do Aldarena i Zabora, i uważnie przyjrzeć się swojemu przyszłemu towarzyszowi.

        Skrzypkowi nie podobało się, gdy zamaskowany mężczyzna postanowił do niego podejść i przebiec spojrzeniem od góry do dołu, a jego niezadowolenie było aż nadto widoczne na twarzy, starał się jednak ze wszystkich sił jak najdłużej znieść to upokorzenie, choć łańcuch kajdan znów zaczął się nagrzewać i powoli mięknąć. "Przestań się na mnie tak gapić!" - zawarczał w myślach na nieznajomego, zaciskając pięści za swoimi plecami, po chwili jednak i on zażenowany odwrócił swój wzrok, a wyraz twarzy z gniewu, zmienił się w zwykłą bezradność i bierność. Bo co innego mógł zrobić? Może i kajdany znów by się roztopiły, ale Zabor przecież zareagowałby szybciej, niż wampir pomyślałby co następnie zrobić. Poza tym jak już wcześniej pomyślał, mógłby nie mieć drugiej szansy na uwolnienie się od swojego Mistrza, choćby i na krótki czas.

        - Wybornie! Niezwłocznie każę służbie przygotować dla ciebie pokój i posiłek. - Uśmiechnął się Faust, może nawet bardziej niż powinien w takiej sytuacji. Jakby spędzenie nocy w jego zamku przez Mitrę, było jednym z największych marzeń nieumarłego i właśnie miało się spełnić. Mogło to być wręcz niepokojące, ale Mistrz nie bardzo się tym przejmował, skoro decyzja już została podjęta. - Ależ oczywiście, poczekaj momencik... - Starszy wampir odszedł w stronę jednego z okazałych regałów stojących pod ścianą i zaczął przebierać między stojącymi tam na półce książkami. Z początku mogło dziwić, czemu osobisty notatnik z takimi zapiskami robi na biblioteczce w pomieszczeniu, gdzie zazwyczaj są przyjmowani nieznajomi ludzie z ulicy, chcący podpisać kontrakt, albo sprzedać swoją krew. - Gdzie ja to...? Ah...!
        Jednakże po przesunięciu jednej z książek, mebel zaraz się przesunął z charakterystycznym, kamiennym zgrzytem i w niewielkim przejściu ukazał się wypełniony wszechobecną czerwienią i kośćmi, pokoik, z którego bił duszący odór siarki. Gospodarz zniknął na moment w odkrytym pomieszczeniu, lecz zaraz wrócił do salonu z niepozornym zeszycikiem oprawionym w czarną, twardą, łuskową skórę. Zdjął zaklęcie zabezpieczające i szyfrujące zapiski, po czym wręczył notatnik błogosławionemu.
        - Mam nadzieję, że okaże się pomocny - powiedział przyjaźnie, nie tracąc uśmiechu z twarzy i zaraz się zaśmiał szczerze rozbawiony. - Nikt nie chciałby podzielić ich losu, choć niektórzy chcieliby być w ich skórze, jeśli chodzi o wiedzę i dokonania.
        - Aldaren van der Leuuw - mruknął pod nosem od niechcenia, nawet kątem oka nie zerkając na niebianina. Był zły, bo myślał, że właśnie został komuś sprzedany jako niewolnik, albo gorzej, nie wiedząc, że rzeczywistość była inna. Niby nazwisko zamaskowanego coś mu mówiło, ale nie mógł sobie nic przypomnieć. Zaraz też rozległo się za nim ciche warczenie.
        - Kolejny parszywy niebianin... - burknął Zabor wbijając krwiste iskierki jarzące się w oczodołach płonącej, wilczej czaszki w nekromantę.
        - Zabor, zaprowadź proszę Aldarena do jego komnaty, rozkuj i pilnuj by niczego nie wywinął. - Odezwał się zaraz z naganą w swoim tonie Faust do demona, a po chwili zwrócił się do syna. - Wyszykuj się na jutrzejszą podróż, naostrz miecz i jeśli będziesz potrzebował czegoś jeszcze, na przykład ziół ze szklarni, powiadom o tym służących. - Odwrócił się do nich i spojrzał przyjaźnie na młodego Aresterrę. - Ciebie młodzieńcze poproszę za mną. Pokażę ci twoją komnatę, gdyż jak sądzę wolałbyś już się zapoznać z tymi zapiskami. Proszę tędy w takim razie - powiedział łagodnie i gdy Zabor z Aldarenem udali się korytarzem w prawo, Faust skręcił w lewo i szedł spokojnie do wschodniego skrzydła, gdzie znajdowały się komnaty gościnne.
        W każdym znajdował się jakiś kościsty element, zdawać by się mogło, że Faust to zamiłowanie do upraktyczniania szczątków zmarłych po śmierci przez zmianę ich w meble, albo elementy wystroju, odziedziczył po ojcu. Na szczęście w komnacie, w której miał spać Aresterra, był to tylko kościany stelaż i kolumny łóżka z baldachimem o niecodziennej barwie, jakby kilkudniowej skóry rozkładającego się nieboszczyka.
        - Za niedługo służący powinni ci dostarczyć posiłek i zaraz też przyjdzie jedna ze służek, gotowa na każde twoje skinienie. W razie potrzeby nie krępuj się też posłać po mnie, z chęcią poświęcę ci mój czas i... pomogę jak tylko będę potrafił najlepiej - powiedział z tajemniczym błyskiem w oku i drapieżnym uśmiechem. Widać było, że nie mówił szczerze tego co miał na myśli.
Avatar użytkownika
Aldaren
Błądzący po drugiej stronie
 
Inne Postacie: River, Yve, Valerian, Kiraie, Dantalian,
Rasa: Wampir - przemieniony z człowieka
Aura: Już z daleka widnieje dosyć silny, szmaragdowy blask. Przypomina promienie słońca powoli skrywające się za linią horyzontu. Powłoka natomiast swym żelaznym kolorytem przywodzi na myśl różnorakie oręże i walki rycerzy w lśniących zbrojach. Kobaltowe, wijące się w nieregularny sposób pasma natomiast są niczym rzeki, a występujące gdzieniegdzie plamy barachitu można przyrównać do zaznaczenia lasów na mapie. Tu i ówdzie ktoś wymalował miedzianą farbą w bardzo staranny sposób nuty układające się w przyjemną melodię, wesoło poukładane na rtęciowej pięciolinii. W pewnym momencie naprawdę można to usłyszeć, muzyka jest na tyle spokojna, iż przynosi miłą ulgę dla zmysłów. Niespodziewanie można usłyszeć głosy i dźwięki tak dziwne i nietypowe, że nie da się ich sklasyfikować. U niektórych osób mogą spowodować niepokój, który potęgują niemożliwe do przewidzenia nagłe trzaski płomieni i chaotycznie sypiące się iskry oraz narastające ciepło. Można także wyczuć zapach świeżej krwi, a od czasu do czasu również ludzki pot, choć jest dość rzadkie zjawisko, stale zanikające. W dotyku natomiast twarda, co pasuje do jej głównego odcienia, giętka niczym falujące na wietrze liście drzew. Dodatkowo ostra niczym kieł wampira oraz niebywale aksamitna. Pozostawia po sobie pikantny posmak, połączony z lepkością, a czasem z suchością.
Wygląd: Ten młody, przystojny mężczyzna atletycznej budowy, rzeźbionej jak w kamieniu przez najznamienitszych artystów tchniętych bożą łaską oraz błogosławieństwem, mierzy sobie dziewięć i pół piędzi (188,1 cm) przy czym waży około czterech i pół kamieni (ok. 86 kg). Porusza się z gracją godną arystokraty, a jego miękki, łagodny głos rozbrzmiewa echem w uszach słuchających ... (Więcej)
Uwagi: - Słońce nie wyrządza mu żadnej szkody, jedynie drażni oczy i osłabia pozbawiając nadprzyrodzonych zdolności, mimo to stara się jednak ograniczyć przebywanie na nim, często poruszając ... (Więcej)


Powrót do Mroczne Doliny

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron