[Las otaczający Ruiny] Na co trupom kosztowności?


Miasto które niegdyś tętniło życiem, zniszczone po Wielkiej Wojnie dziś jest miastem nieumarłych... tutaj za każdym rogiem czai się cień. Długie ulice, tajemnicze zakamarki opuszczonych ogrodów i domów. Wampirze zamki, komnaty luster, rozległe katakumby i tajemne mgły zalegające nad miastem. Jeśli nie jesteś jednym z tych którzy postanowili żyć wiecznie strzeż się, bo możesz już nigdy nie wrócić do swojego świata!

Postprzez Primavera » Pn lip 02, 2018 7:40 pm

Wiosenka ucieszyła się, że skręcili właśnie w lewo zamiast iść naprzód. Ich szanse na przeżycie odrobinę wzrosły, a to zawsze lepsze niż nic.

— To nie są magiczne niedźwiedzie — powiedziała, gdy usłyszała mamrotanie idącego z tyłu panterołaka. Gdyby nie to, że musieli iść naprzód w dość szybkim tempie, chętnie by się odwróciła, żeby z nim porozmawiać. Teraz jednak szybka i cicha rozmowa w biegu musiała wystarczyć. Po chwili dodała: — Ale niewykluczone, że czegoś strzegą. Niedźwiedzie się bez powodu nie złoszczą. Tylko wtedy, gdy ochraniają małe. Albo coś innego.

Och. Wiosenka nie do końca wiedziała, co oznaczają słowa Llewallyna i o co może chodzić z tymi ludzkimi śladami. W jej lesie rzadko pojawiali się jacyś ludzie — czasami przejeżdżali przez niego kupcy, lecz poruszali się oni jedynie wyznaczonym szlakiem i z niego nie zbaczali z obawy przed groźnymi zwierzętami. Dlatego też nie miał kto zostawiać dziwnych śladów na ziemi, ponieważ wszystkie były dziełem mieszkańców lasu.

Już co prawda nie słyszeli groźnego powarkiwania, ale niepokój nadal ciążył Wiosence. Miała wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś złego. Nie zaproponowała jednak powrotu, bo to mogłoby być jeszcze gorsze. Jej dłoń zaciśnięta na rękojeści łuku aż zbielała, a słuch wyczulił się na wszystkie dźwięki dochodzące z otoczenia. Wszystko tu pachniało inaczej, wyglądało inaczej — i dźwięki też były zupełnie inne. O ile w lesie słychać było głównie szum wiatru tańczącego wśród liści, śpiew ptaków, basowe rozmowy zwierząt czy trzaski łamanych gałęzi, tak tutaj panowała martwa cisza, przerywana jedynie przez trójkę wędrowców. W lesie było ciepło, zielono, przestronnie i słonecznie, tutaj ściany jaskiń zdawały się na nich napierać, powietrze było duszne, parne, aż śmierdzące.

Gdy po dłuższej chwili Wiosenka usłyszała okrzyk Llewallyna, błyskawicznie się zatrzymała i odwróciła. Niemal nie krzyknęła, gdy jej oczom ukazały się dziwaczne istoty. Pachniały rozkładem i przypominały postacie z najgorszego koszmaru.

O najświętsza Matko Naturo.

Jeszcze nigdy w całym swoim niedługim życiu Wiosenka nikogo nie zabiła. Miała za dobre serce, żeby polować na zwierzęta, nie miała też w lesie absolutnie żadnych wrogów. Teraz jednak nie wyglądało na to, żeby te dziwaczne istoty miały dobre zamiary. Było ich pięciu, lecz tyle wystarczyło, żeby pewność siebie Wiosenki spadła do zera.

Gdy tylko ich towarzysz poległ, istoty rzuciły się na trójkę towarzyszy z dziwacznymi, ptasimi okrzykami, tak przenikliwymi, że Wiosenkę momentalnie rozbolały uszy. Niemalże odruchowo wpakowała w szyję jednego z nich strzałę, ale drugi zdołał dotknąć jej ramienia i je prawie złamać. Jego skóra była obślizgła, pokryta jakimś śluzem, i Wiosenka się wzdrygnęła, próbując zrzucić z siebie przeciwnika. Nie miał oczu, ale zadawał zadziwiająco celne ciosy, więc wszystko to sprawiało bardzo upiorne wrażenie. Ostre pazury przeorały skórę maie, która tylko cudem zdołała wyciągnąć z kołczanu strzałę i wbić ją w plecy stworzenia. Wyglądało na to, że ci mieszkańcy jaskiń nie należą do zbyt silnych istot, skoro nawet ona zdołała pokonać jedną z nich, a nie uważała się za mistrza sztuk walki.

Gorzej, że teraz zranione ramię zaczynało boleśnie piec i za nic w świecie nie chciało się zregenerować.
Avatar użytkownika
Primavera
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Caitriona,
Rasa: Maie lasu
Aura: Ulotna i delikatna aura o pięknej barachitowej barwie, która rozpływa się wokół niczym delikatny leśny wiatr. Kolor jej jest jednolity, a siła emanacji jest równie delikatna jak jej wygląd i odpowiada młodemu wiekowi. Lśniąca ametystowa poświata odbija się w gładkich połaciach, komponując się z przyjaznymi odczuciami jakich tu doświadczysz. Tutejszy zefir nie tylko gładzi twoją skórę swoimi miękkimi powiewami, giętko przemykając między palcami i włosami, ale i cichutko szepcze zmysłowo. Niesie też silny i kwaskowy zapach kwiatów oraz miodu, który z łatwością lepi się do ust. Gdy spróbujesz dotknąć wiatru początkowo wyda się on delikatnie tępym, by szybko rozwiać się między palcami, znikając bezpowrotnie.
Wygląd: Kiedy stajesz w pobliżu niej, w pierwszej chwili czujesz zapach ziół. Dopiero potem twój wzrok wędruje do twarzy, na której zawsze malują się niewinność i odrobina zagubienia. Po chwili uznajesz, że jest piękna; drobna, delikatna, lecz piękna, z pełnymi, czerwonymi ustami, jakby stworzonymi do całowania, niebieskimi oczami, zawsze pełnymi ciepła, z czarnymi, miękkimi włosami ... (Więcej)

Postprzez Malthael » Pt lip 06, 2018 6:32 pm

Zatrzymał się, gdy panterołak tak nagle powiedział im, żeby to zrobili. Ciekawiło go, o co mogło chodzić… i szybko się tego dowiedział. Jakaś istota skoczyła na plecy Llewallyna. Malthael musiał dokładnie przyjrzeć się temu stworzeniu, a przynajmniej tej części, która wystawała zza pleców zmiennokształtnego, i dopiero wtedy przypomniał sobie, że może to być troglodyta. Istoty te, raczej, nie żyją samotnie, więc jeśli jeden zaatakował ich grupę ,oznaczało to, że prawdopodobnie zaraz zjawi się tu też więcej osobników. Nie wyglądają na duże zagrożenie, jednak prawdą jest to, że mogą być dość niebezpieczne.
         – Troglodyci – powiedział tylko. Odruchowo chciał sięgnąć po miecz, jednak „na oko” ocenił wymiaru tunelu, w którym teraz stoją i stwierdził, że walka mieczem długim może się tu nie udać… Pozostała mu walka wręcz i wykorzystanie nadludzkiej siły, aby pozbyć się zagrożenia. Tak, wątpił w to, żeby troglodyci byli silniejsi od niego – dlatego też miał nad nimi przewagę wzrostu i siły, chociaż domyślał się, że mogą okazać się naprawdę dobre w wykonywaniu uników. Stworzenia te były ślepe, jednak to oznaczało, że ich inne zmysły były jeszcze bardziej wyostrzone.

W czasie, gdy panterołak zabił troglodytę siedzącego na jego plecach, do akcji włączyła się pozostała grupa tych stworzeń – składała się ona z pięciu osobników, który wyglądały na trochę większe niż ten już zabity i, chyba, miały też trochę ciemniejszą skórę… chociaż i tak były tak samo paskudne, jak ich martwy towarzysz.
Trzeba było działać – i to szybko – bo inaczej stanął się pokarmem dla tych istot. Chciał skoczyć do przodu, żeby oddzielić od nich maie, jednak nie udało mu się tego zrobić. Nie spodziewał się, że dziewczyna podejmie walkę – głównie ze względu na to, że posługiwała się łukiem, a aktualnie nie czekała ich walka dystansowa… Jednak Primavera podjęła decyzję inną, niż on podejrzewał i zaczęła wbijać strzały w ciała wrogów. Udało jej się jednego zabić, a drugiego zranić dość poważnie, chociaż sama też została ranna. Upadły złapał maie za ramię i odciągnął w swoją stronę, dzięki temu pazury troglodyty, którego raniła strzałą, przecięły powietrze, a nie jej ciało.
         – Zostań tu i zajmij się swoją raną… My zajmiemy się troglodytami – powiedział do niej i przeszedł obok niej, zostawiając ją teraz za swoimi plecami. Od razu kopnął ranne stworzenia, a to wpadło na ścianę tak niefortunnie, że odgłos pękających kości rozszedł się po tunelu, a istota już nie wstała z podłoża. Malthael podwinął rękawy koszuli, mniej więcej, do łokci. Właściwie, chciał zrobić to jakiś czas temu, jednak jakoś wyleciało mu to z głowy, gdy wylądował w lesie, w którym to wszystko się zaczęło. Mimowolnie wykonał po trzy gesty lewą i prawą dłonią, a te po chwili zaczęły płonąć magicznym ogniem. On… właściwie nie był pewien, jak to zrobił – wydawało mu się, że jego umysł w tamtej chwili zaczerpnął z wiedzy, którą on sam miał jeszcze zablokowaną i o niej nie wiedział. Cóż… może po walce sobie przypomni. Wyglądało na to, że w jakimś stopniu znał magię ognia. Miał też już pomysł, jak może wykorzystać „płonące pięści” w walce z troglodytami. Może będzie to trochę brutalne, jednak na pewno skuteczne.
Zostało ich trzech i były anioł liczył na to, że Llewallyn poradzi sobie z, przynajmniej, jednym z nich. Upały ruszył prosto na jednego z troglodytów, zrobił krok w bok, unikając przy tym pazurów stworzenia i od razu przykucnął lekko, aby natychmiastowo po tym wbić płonącą pięść prosto w bok przeciwnika. Uderzył, mniej więcej, na wysokości, na której powinno znajdować się serce stworzenia, przy tym cios był na tyle mocny, że wbił się w ciało. Malthael szarpnął ręką w tył, wyciągając ją z ciała troglodyty, który przez krótką chwilę stał w bezruchu, a później padł martwy na podłoże. Magiczny ogień miał tak wysoką temperaturę, że krew troglodyty szybko wyparowała i na pięści upadłego nie było po niej najmniejszego śladu. Od razu skoczył w tył, opierając się plecami o ścianę – nie mógł już się cofnąć, jednak udało mu się uniknąć pazurów troglodyty. Z nim chciał zrobić to samo, co z jego poprzednikiem, jednak ten troglodyta uniknął pierwszego ciosu, a pięść upadłego przecięła powietrze z dźwiękiem podobnym do tego, który wydaje ogień, gdy nagle zaczyna poruszać nim silny wiatr. Druga ręka wystrzeliła błyskawicznie, chociaż ona także trafiła w powietrze. Troglodyta wyglądał na zadowolonego, co tylko sprawiło, że upadły chciał go zabić jeszcze bardziej. Znaczy… wiedział, że w końcu go trafi i pięścią wyciągnie z niego życie, jednak wcześniejszego załatwił od razu, a z tym musi się trochę pomęczyć. Nie to, żeby nie doceniał dobrego przeciwnika – nawet jeśli był to troglodyta, którego poziom inteligencji był daleki od poziomu inteligencji zwykłego człowieka – jednak wolałby już pozbyć się tych stworzeń i ruszyć dalej. Mężczyzna kopnął w bok, kucając przy tym i próbując podciąć przeciwnika, jednak ten podskoczył w ostatniej chwili. Przez chwilę wydawało mu się, że troglodyta wyląduje nagle na jego nodze i zrani go albo nawet złamie mu kończynę, ale tak się nie stało. Mal wpadł na pewien plan, który niekoniecznie może się udać… ale warto będzie spróbować.
Kilka razy uderzył bez większego zamiaru trafienia, aby mniej więcej dowiedzieć się, jakie uniki wykonuje troglodyta. Dopiero po tym bardziej przyłożył się do ciosu, mimo że wiedział, iż przeciwnik go uniknie – ten cios i tak nie był ważny, bo najbardziej liczył się ten, który nastąpił chwilę później… Płonąca pięść Malthaela zniknęła na chwilę w ciele troglodyty. Przeciwnik upadłego padł martwy na kamienne podłoże tunelu, krótko po tym, jak ten wyciągnął pięść z jego ciała.
         – Wszyscy cali? Co z twoją raną? - zapytał, drugie pytanie kierując do maie. Wyprostował się, gdy przypomniał sobie, że z troglodytami walczył lekko skulony, a magiczny ogień zniknął z jego pięści. Zagrożenie minęło, a oni mogli ruszać dalej, jeśli upewnią się, że wszystko z nimi w porządku.
Avatar użytkownika
Malthael
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Salazar, Constantin, Seviron,
Rasa: Upadły anioł
Aura: Niezwykle potężna emanacja zdaje się wręcz pulsować drzemiącą w niej mocą. W porównaniu do niej, ciemna i pozbawiona blasku szmaragdowa poświata nie jest zbyt dobrze widoczna. Aura uderza w zmysły gradem impulsów. Głośnym trzaskom płomieni towarzyszy uczucie nieznośnego gorąca i suchość w ustach. Podmuch od niej bijący niesie ze sobą zawodzenie wiatru i szept liści. Podstawowym jednak jej zapachem jest mocny swąd smoły, spod którego tylko niezwykle czuły nos wychwyci pozostałości po przyjemnej woni mirry. Powierzchnia emanacji gnie się na wszystkie strony i faluje, jakby chwaląc się własną elastycznością, jednak pod wpływem dotyku twardnieje niczym klinga miecza. Chociaż jej powierzchnia jest przyjemnie gładka i aksamitna, należy uważać na jej niezwykle ostre krawędzie. Nieciekawy gorzko-słony smak nie pozostawia po sobie dobrego wrażenia, zaskakuje jednak swą zmiennością, będąc raz pikantnym, a raz łagodnym dla podniebienia. Przyjemna dla oka okazuje się kolorystyka emanacji. Aura jest bowiem w całości i niezwykle równomiernie pokryta żelazną farbą. Dopiero na niej ktoś długimi pociągnięciami pędzla namalował srebrne i kobaltowe szlaki, przeplatające się wzajemnie.
Wygląd: Jest wysokim, bo mierzącym sobie niespełna sześć i pół stopy, mężczyzną o skórze pokrytej lekką opalenizną, którego wygląd na pewno nie odzwierciedla jego prawdziwego wieku, lecz o tym mało kto wie. Budowę jego ciała można określić mianem atletycznej, jednak widać, że podąża ona w kierunku umięśnionej. Upadek sprawił, że rysy twarzy anioła stały się nieco ... (Więcej)

Postprzez Llewallyn » Wt lip 17, 2018 7:42 pm

Na odpowiedź maie podrapał się po brodzie. Co prawda ufał jej, choć tylko w niewielkim stopniu. To, że ładnie pachniała, zachowywała się wobec nich przyjaźnie i wyglądała na dobrą osobę, nie zmieniało faktu, że wciąż była kimś obcym. Upadły może i stracił pamięć, ale nie zmienił się całkowicie, toteż jemu Llewallyn ufał bardziej. Może aż za bardzo.
Ale z jakiego powodu dziewczyna miałaby kłamać?

"Troglodyci?"
Stanął w miejscu, przez chwilę zastanawiając się nad słowem, wypowiedzianym przez upadłego. Nigdy nie słyszał o takich istotach ani ich nie spotkał. Pomyślał, że kiedy już wróci do Rapsodii, poszpera trochę w tamtejszej bibliotece na ich temat.
Wyrwał się z zamyślenia dopiero wtedy, gdy Wiosenka została zaatakowana. Zdenerwowany na siebie i rozkojarzony, nie zauważył, kiedy jedna z tych marnych istot popędziła w jego stronę. Dopiero wtedy, gdy jej szpony znalazły się kilka centymetrów od jego karku, odezwał się zwierzęcy instynkt, a panterołak błyskawicznie przykucnął, unikając śmiertelnego ciosu. Po chwili wyrwał strzałę, którą kilkanaście sekund temu wbił w głowę mniejszego troglodyty i przeturlał się na bok, tym samym oddalając się nieco od przeciwnika i wyrównując swoje szanse w tej walce. Spojrzał na grot i skrzywił się, gdyż ten był zniszczony. Nie zastanawiając się zbyt długo, podszedł do napastnika i szybko wił mu strzałę w lewe ramię. Ten co prawda zaskowyczał, lecz opanował ból i rzucił się na zmiennokształtnego. Mężczyzna jednak nie dał się ponownie zdezorientować i uskoczył na bok, po czym obezwładnił go celnym ciosem w szyję, obezwładniając tym samym wroga. Gdy ten leżał na deskach, Llewallyn nie czekając, aż odzyska przytomność, złapał go za łeb i z całej siły uderzył nim o ziemię. Zepsutą strzałę pozostawił w ciele troglodyty, wiedząc, że i tak na nic mu się już nie przyda.
Pozostało już tylko patrzenie, jak upadły unieszkodliwia następnego swoimi ognistymi pięściami. Nie wiedział, że anioł potrafi tak robić, ale pewnie kiedyś ich nie używał, z powodu możliwości posługiwania się mieczem. W końcu wtedy znajdowali się na otwartej przestrzeni, a teraz są w ciasnych, cholernie niewygodnych tunelach. Łuk panterołaka oraz ten maie również się na nic nie przydadzą, toteż do walki pozostały im już tylko strzały... i szpony śnieżnej pantery.

Spojrzał na Primaverę i podszedł do niej, marszcząc przy tym brwi. Paskudna rana.
- Te stwory... śmierdziały zgnilizną i rozkładem. Nie możemy się łudzić, że nie wdała się w twoją ranę żadna infekcja. Nawet jeśli ci... troglodyci? - Spojrzał pytająco na Magnusa, mając nadzieję, że zapamiętał ich nazwę. - Nie byli czymś zainfekowani, to to miejsce nie jest pierwszej świeżości. - Bardzo jej współczuł. Parę razy zadrapał go wilk, a w lesie skażenie może cię dotknąć lada moment. Jednak w pobliżu zwykle był jakiś medyk, toteż nie musiał się zbytnio tym przejmować. Ale teraz... nie miał pojęcia co zrobić. Chciał jedynie wierzyć, że maie są odporni na takie skażenia.
Avatar użytkownika
Llewallyn
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Latro, Miriam,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Nie najmłodsza już i lekko wytarta, dominująca tutaj cyna błyska wyraźnie, splatając się ze wstęgowymi, soczystymi łanami barachitu. Sama aura wydaje się być umiarkowanie ostrożna, ale nie wroga, wręcz przeciwnie. Szafir, który lśni pogodnie odbijając się w gładkim metalu dodaje jej łagodnego posmaku i nieco otwartości. Panuje tutaj zupełny bezdźwięk, ale niby w zamian, otoczenie wypełnia intensywny zapach mokrej ziemi poruszonej krokami wędrowca oraz czegoś jeszcze. Po chwili w drugiej gorzkawej nucie rozpoznasz woń mokrej panterzej sierści. Jako ostatni smaczek pojawi się odrobina kwaskowości, którą ledwo da się rozpoznać. Szybko jednak zastąpi ją wyraźna lepkość, zupełnie jakby chciała ona ją zakryć. Gdy spróbujesz dotknąć ciekawych wzorów cały czas powoli pływających przed twoimi oczami, wyczujesz ostre brzegi i ich dość twardy opór. To jednak co na koniec najbardziej przyciągnie twoją uwagę, to będzie niespotykana wręcz giętkość, kończąca prezencję tej aury.
Wygląd: Postać ludzka: Llewallyn to mężczyzna o średnim wzroście i szczupłej sylwetce. Ma niezwykle bladą, wręcz białą, skórę.
Posiada długie, proste, gęste i białe włosy. Jego twarz jest podłużna, policzki chude, a kości policzkowe wydatne. Ma dość duże, bladoniebieskie oczy i białe rzęsy. Jego brwi są białe, a łuk brwiowy znajduje się dość wysoko, przez co wygląda, ...
(Więcej)

Postprzez Malthael » Pt lip 20, 2018 11:41 pm

Pozbyli się wszystkich troglodytów, jednak nie obyło się też bez ran, chociaż Malthaelowi udało się ich uniknąć. Może to i dobrze… bo wyglądało na to, że szpony tych stworzeń miały na sobie też coś, co teraz nie pozwalało maie na regenerację ran. Znaczy, nie podobało mu się to, że dziewczyna została ranna i oczywiście to, że jednak troglodyci nie zadawali zwykłych ran, ale w duchu cieszył się też, że tak dobrze poszła mu walka i udało mu się uniknąć zranienia.
         – Myślę, że magia życia albo inny sposób uzdrawiania, w którym używa się do tego magii, powinien sobie z tym poradzić – odezwał się po chwili, bliżej podchodząc do Primavery, aby lepiej przyjrzeć się jej ranie. Chodziło o to, że na pierwszy rzut oka nie wyróżniała się ona niczym niezwykłym, nie miała innego koloru, nie miała też jakiegoś dziwnego zapachu… po prostu wyglądała jak zwyczajna rana. Mógłby spróbować ją przypalić, jednak to pozostawiłoby blizny, których ona mogłaby się nie pozbyć, dlatego też nawet nie zaproponował czegoś takiego.
         – Może na ich pazurach znajdowała się jakaś substancja, która spowalnia regenerację ran i przez to osłabia przeciwnika? Wydaje mi się, że można wytworzyć miksturę lub maść o takich właściwościach, przy czym tą drugą można pokryć ostrze… więc dlaczego coś podobnego nie miałoby występować w naturze? - zapytał, chociaż to brzmiało tak, jakby były to pytania retoryczne, które bardziej nasuwały konkretne wnioski niż czekały na to, aż ktoś na nie odpowie.
         – Mam przy sobie trochę medykamentów… Może kupiłem też coś, co pomaga przy zakażeniach – odparł i otworzył niedużą torbę podróżną, którą zresztą także kupił podczas ostatniej wizyty w mieście. Zaczął w niej grzebać, kilka razy kręcąc głową, co jasno wskazywało na to, że znalazł coś, jednak nie było to konkretnie to, czego szukał.
         – O, jest – odparł i wyciągnął z torby kuliste i niewielkie pudełeczko. Otworzył je i przyjrzał się zawartości, jakby chciał upewnić się, że z maścią wszystko w porządku.
         – Pozwolisz? - zapytał, a później przeszedł się tak, żeby stanąć za Primaverą i kucnął przy niej, ponownie przyglądając się ranie. Bez tracenia czasu, nałożył niewielką ilość lekarstwa na wskazujący i środkowy palec, aby krótko po tym przyłożyć je w pobliże rany. Upadły zaczął rozsmarowywać maść wokół ran na ciele dziewczyny, a ona mogła poczuć w tym miejscu przyjemne zimno. Malthael dość szybko się z tym uporał i po chwili wstał, przy okazji zamykając pudełeczko i chowając je do torby.
         – Może to pomoże… Powinniśmy też iść dalej, bo tych troglodytów może być tu więcej i mogą niedługo się tu pojawić – odparł i wznowił marsz, znów obejmując rolę osoby prowadzącej.

Korytarz nie rozdzielał się przez dość długi czas, co nie było czymś złym – nie tylko oznaczało, że prawdopodobnie szli w dobrą stronę, ale także nie pozwalało na to, żeby coś zaczaiło się na nich w jednej z odnóg i wyskoczyło, gdy skręcą w złą albo zaatakowało ich, jeśli jednak weszliby tam, gdzie to coś się ukrywało. Upadły wolałby spędzić tu jak najmniej czasu i dostać się gdzieś, gdzie będzie miał więcej miejsca… i tak, głównie chodziło tu o walkę – w ciasnych tunelach nie mógł walczyć mieczem bez obawiania się tego, że ten nagle zaklinuje się gdzieś w kamiennej ścianie jaskini. Teraz się tego obawiał i dlatego też planował, że go nie dobędzie, najwyżej użyje walki wręcz albo magii, bo widocznie wie, jak używać jej do ataku lub obrony.
         – I jak twoja rana? Goi się? - zapytał cicho, nawet odwracając się na chwilę w stronę dziewczyny. Może trochę wbrew własnej woli, ale przejął na siebie rolę kogoś, kogo można by było nazwać przywódcą – dlatego też wydawało mu się, że dobrze robi, gdy pyta o stan zdrowia poszczególnych członków grupy.
         – Jeśli nie… Zawsze możemy się zatrzymać na chwilę i mógłbym założyć ci na nią opatrunek ze środkiem przyspieszającym nieco regenerację ran – zaproponował, chociaż tym razem nie spojrzał na nią. Jedynie nie powiedział nic więcej, czekając na odpowiedź z jej strony. Po prostu wolałby, żeby każde z nich było jak najmniej ranne, bo to mogło osłabiać nawet całe ciało, a oni musieli być w jak najlepszej kondycji fizycznej.
Avatar użytkownika
Malthael
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Salazar, Constantin, Seviron,
Rasa: Upadły anioł
Aura: Niezwykle potężna emanacja zdaje się wręcz pulsować drzemiącą w niej mocą. W porównaniu do niej, ciemna i pozbawiona blasku szmaragdowa poświata nie jest zbyt dobrze widoczna. Aura uderza w zmysły gradem impulsów. Głośnym trzaskom płomieni towarzyszy uczucie nieznośnego gorąca i suchość w ustach. Podmuch od niej bijący niesie ze sobą zawodzenie wiatru i szept liści. Podstawowym jednak jej zapachem jest mocny swąd smoły, spod którego tylko niezwykle czuły nos wychwyci pozostałości po przyjemnej woni mirry. Powierzchnia emanacji gnie się na wszystkie strony i faluje, jakby chwaląc się własną elastycznością, jednak pod wpływem dotyku twardnieje niczym klinga miecza. Chociaż jej powierzchnia jest przyjemnie gładka i aksamitna, należy uważać na jej niezwykle ostre krawędzie. Nieciekawy gorzko-słony smak nie pozostawia po sobie dobrego wrażenia, zaskakuje jednak swą zmiennością, będąc raz pikantnym, a raz łagodnym dla podniebienia. Przyjemna dla oka okazuje się kolorystyka emanacji. Aura jest bowiem w całości i niezwykle równomiernie pokryta żelazną farbą. Dopiero na niej ktoś długimi pociągnięciami pędzla namalował srebrne i kobaltowe szlaki, przeplatające się wzajemnie.
Wygląd: Jest wysokim, bo mierzącym sobie niespełna sześć i pół stopy, mężczyzną o skórze pokrytej lekką opalenizną, którego wygląd na pewno nie odzwierciedla jego prawdziwego wieku, lecz o tym mało kto wie. Budowę jego ciała można określić mianem atletycznej, jednak widać, że podąża ona w kierunku umięśnionej. Upadek sprawił, że rysy twarzy anioła stały się nieco ... (Więcej)

Postprzez Primavera » N lip 29, 2018 9:11 pm

Gdy upadły odciągnął ją na bok, dając czas na wyleczenie rany, Wiosenka się niemalże ucieszyła. Rana piekła jak diabli i maie miała wrażenie, że ręka jej dosłownie za chwilę odpadnie. Westchnęła ciężko, obserwując, jak po jej skórze spływa krew, niemalże czarna w tych przeklętych tunelach, w których pomieszkiwała ciemność. Wiosenka przywołała swoją wrodzoną zdolność do regeneracji i rana powoli się zaczęła zasklepiać, choć nadal odrobinę piekła. Teraz przynajmniej maie mogła ruszać ramieniem i nie musiała już syczeć z bólu. Szybko się jednak okazało, że rana nie zagoiła się do końca, bo na skórze Wiosenki wciąż pozostała brzydka, czerwona kreska — tak się maie wydawało, że była czerwona — ale przynajmniej już nie krwawiła.
       Przez cały ten czas, gdy przesuwała palcami po swoim ramieniu, lecząc je, wpatrywała się ogromnymi oczami w rozgrywającą się przed nią scenę. Skrzywiła się, gdy usłyszała trzask pękających kości, ale nie odwróciła ani na moment wzroku, choć się bała. W gruncie rzeczy nawet nie wiedziała, czego konkretnie się boi — ciemności, troglodytów czy jej własnych towarzyszy, którzy byli zdolni do takich rzeczy.
       Jej ramię było już całkowicie sprawne, nawet pomijając brzydką kreskę, jednak za bardzo jej nie pociągało włączanie się w sam środek walki. Nie była mistrzynią w walce wręcz i jakkolwiek istoty napawały ją obrzydzeniem, wcale jej się nie podobało, że musi kogokolwiek zabijać. To było mimo wszystko bardzo okrutne.
       Trochę wbrew sobie sięgnęła znowu po łuk i wycelowała nim w najbliższego troglodytę, modląc się do Matki Natury, żeby nie musiała wypuszczać strzały. Szybko okazało się, że rzeczywiście nie musiała tego robić — jej towarzysze nadzwyczajnie szybko uporali się z niebezpieczeństwem i Wiosenka opuściła broń, oddychając z ulgą i niemalże natychmiast krzywiąc się, ponieważ korytarz wypełnił ogromny fetor zdający się wydobywać z ciał pokonanych troglodytów.
       Najsłodsza Matko Naturo.
       — Nie do końca wyleczone, ale sprawne — odparła, słysząc pytanie upadłego i na dowód poruszając ramieniem. Jednak gdy usłyszała kolejne słowa Llewallyna na temat możliwości zainfekowania rany, mina jej odrobinę zrzedła. Możliwe, że to właśnie dlatego jej zdolności regeneracyjne nie mogły się do końca uporać z raną. Zazwyczaj przecież mogła się zupełnie wyleczyć, dlaczego tym razem jej zdolności nie zadziałały?
— Chyba ta rana jest gorsza, niż myślałam — wymamrotała pod nosem, pozwalając upadłemu na zajęcie się raną. Już i tak nic nie mogło pogorszyć jej stanu, ale a nóż widelec ta tajemnicza maść zadziała?
Wzdrygnęła się, gdy poczuła na ramieniu zimno, ale zaraz potem chłód stał się kojący. Podziękowała upadłemu uśmiechem, a potem uparcie wbiła wzrok w swoją rękę, zastanawiając się, kiedy zobaczy jakiekolwiek efekty — i czy w ogóle je zobaczy.
— No dobra — zadecydowała. — Chyba możemy ruszać dalej.

Przez długą chwilę szli w ciszy i gdy ponownie rozbrzmiał głos upadłego, Wiosenka niemalże podskoczyła, przestraszona i gwałtownie wyrwana ze swoich myśli. Wciąż trzymała w ręku łuk ze strzałą nasuniętą na cięciwę, więc w każdej chwili mogła wystrzelić.
Spojrzała na swoje ramię i przysunęła do niego zaczarowaną kulę ognia, żeby ocenić poziom zniszczeń.
— Chyba się goi — odparła niepewnie. — Wydaje mi się, że rana jest już nieco mniejsza, ale chyba powinniśmy odczekać jeszcze trochę czasu. Nie musimy się zatrzymywać, nic mi nie jest. Będziecie się mogli zacząć niepokoić dopiero wtedy, gdy zemdleję.
Zamaskowała swój niepokój drobnym żartem i odetchnęła głęboko, gdy żaden z jej towarzyszy już więcej jej nie pytał o stan jej ramienia.
Zresztą szybko okazało się, że mieli na głowie większy problem niż rana na jej ramieniu.
Pierwsza zauważyła to Wiosenka, gdy jak ostatnia, mała sierotka się poślizgnęła i upadła prosto na tyłek, o mały włos unikając wbicia sobie strzały w nogę. Zaraz potem odkryła, że cała podłoga korytarza była podejrzanie mokra – kawałek dalej rozpoczynała się niewielka kałuża, najwyraźniej będąca odnogą jeziora, które się przed nimi roztoczyło, gdy wyszli zza zakrętu korytarza. Wiosenka patrzyła z niedowierzaniem na rozciągającą się przed nimi taflę wód, rozcierając obolały tyłek i na wszelki wypadek wkładając strzałę do kołczanu.
W jaskini tym razem nie panowały całkowite ciemności i odmęty jeziora były całkiem dobrze widoczne ze względu na małe, świecące turkusowym światłem stworzonka siedzące na falach. Wiosenka przetarła ze zdumieniem oczy, bowiem nigdy nie widziała niczego podobnego. Nawet świetliki występujące w jej rodzimym lesie miały inną barwę, bardziej żółtą, znacznie cieplejszą i, jak się przekonała, gdy jedno ze stworzonek usiadło na jej palcu, wyglądały zupełnie inaczej. Przypominały raczej motyle ze swoimi drobnymi skrzydełkami, jarzącymi się przepięknym turkusowym kolorem. Nie wyglądało też na to, żeby miały złe zamiary, bo nie zaatakowały przybyszów. Stworzonko na jej palcu nawet jej nie ugryzło, zaraz też zresztą odleciało nieco zygzakowatym szlaczkiem w stronę jeziora.
Wiosenka zmrużyła oczy, dostrzegając na dalekim końcu jeziora drugi koniec korytarza i niemalże się przeraziła.
— Mam nadzieję, że nie utoniemy w trakcie tej przeprawy — stwierdziła z westchnieniem, już rozumiejąc, co będą musieli zrobić.
Avatar użytkownika
Primavera
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Caitriona,
Rasa: Maie lasu
Aura: Ulotna i delikatna aura o pięknej barachitowej barwie, która rozpływa się wokół niczym delikatny leśny wiatr. Kolor jej jest jednolity, a siła emanacji jest równie delikatna jak jej wygląd i odpowiada młodemu wiekowi. Lśniąca ametystowa poświata odbija się w gładkich połaciach, komponując się z przyjaznymi odczuciami jakich tu doświadczysz. Tutejszy zefir nie tylko gładzi twoją skórę swoimi miękkimi powiewami, giętko przemykając między palcami i włosami, ale i cichutko szepcze zmysłowo. Niesie też silny i kwaskowy zapach kwiatów oraz miodu, który z łatwością lepi się do ust. Gdy spróbujesz dotknąć wiatru początkowo wyda się on delikatnie tępym, by szybko rozwiać się między palcami, znikając bezpowrotnie.
Wygląd: Kiedy stajesz w pobliżu niej, w pierwszej chwili czujesz zapach ziół. Dopiero potem twój wzrok wędruje do twarzy, na której zawsze malują się niewinność i odrobina zagubienia. Po chwili uznajesz, że jest piękna; drobna, delikatna, lecz piękna, z pełnymi, czerwonymi ustami, jakby stworzonymi do całowania, niebieskimi oczami, zawsze pełnymi ciepła, z czarnymi, miękkimi włosami ... (Więcej)

Postprzez Llewallyn » Cz sie 02, 2018 7:36 pm

Panterołak obserwował ranę maie, podczas gdy upadły przystąpił do leczenia. Ta cała sytuacja nieco go przygnębiła, jednak co chwilę posyłał Wiosence wątły uśmiech, próbując dodać dziewczynie otuchy. Wolał nie myśleć o tym, co się stanie, jeśli lekarstwo nie zadziała.
Kiedy nadszedł czas aby wznowić marsz, Llewallyn ponownie ustawił się na końcu kolejki. Ostatnio zawalił, nie był wystarczająco skupiony i pozwolił troglodytom ich zaskoczyć. W myślach ciągle się za to obwiniał, lecz chciał to jakoś naprawić. Postanowił, że tym razem nic nie zdoła go już rozproszyć. Nastawi uszy i będzie wypatrywał nawet najmniejszej niezgodności. Jeśli poczuje, że coś tu "śmierdzi", nie omieszka powiadomić o tym swoich towarzyszy.
Nie zwrócił uwagi na ich rozmowę. Magnus jedynie upewniał się, że z Primaverą wszystko w porządku, toteż panterołak nie wtrącał się. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez dziewczynę nieco go jednak zaskoczyło... "Więc potrafisz żartować nawet w takich warunkach, co?" Dobrze, że szedł tuż za nią, bo jeśli naprawdę miałaby zemdleć, to białowłosy bez problemu mógłby ją złapać.
Przynajmniej tak mu się zdawało. Do tego całego mdlenia i łapania nie był całkowicie przekonany i nie przewidział, że po tym drobnym żarcie dziewczyna rzeczywiście upadnie.
Zatrzymał się gwałtownie, o mało samemu się nie przewracając. Syknął, gdy zauważył, że niewiele brakowało aby trzymana przez nią strzała ugrzęzła głęboko w jej nodze.
- Wszystko w porządku? - Zapytał, gdy już było po wszystkim. Nie wyglądało na to, żeby wyrządziła sobie jakąś większą krzywdę, choć sam upadek mógł być nieco bolesny. W tamtej chwili pomyślał, że kiedy spotkali się jeszcze w lesie, przydarzyło jej się coś podobnego. Na tą myśl delikatnie się uśmiechnął. "Do trzech razy sztuka."
Gdy jednak przeszli nieco dalej, zmiennokształtny zaczął rozumieć, dlaczego się poślizgnęła. Gdy wyszli zza zakrętu, mężczyzna był zdumiony tym, co właśnie zobaczył. Jego uwagę przyciągnęła na samym początku jakaś dziwna odmiana świetlików. Podziemne jezioro z latającymi nad nim świetlistymi stworzonkami wyglądało pięknie, jednak... szybko zaczęło wzbudzać w Llewallynowi niepokój.
Na słowa maie, skrzywił się.
- Z tym może być maleńki problem... - Zerknął na towarzyszy, marszcząc przy tym brwi i drapiąc się po policzku. Już bardziej chyba nie mógł okazać swojego braku pewności siebie. - Pływanie... powiedzmy, że nigdy nie było moją dobrą stroną. - Westchnął i zmrużył lekko oczy, chcąc lepiej się przyjrzeć jezioru. Wychylił się, próbując ocenić poziom głębokości. Jeśli będzie czuł grunt pod nogami, przeprawa powinna pójść gładko. Jeśli gruntu nie będzie czuł... cóż, wtedy sprawy mogą wyglądać zupełnie inaczej.
- Rozumiem, że to nie jest dobre miejsce do korzystania ze skrzydeł? - Posłał Magnusowi niepewny uśmiech. Kogo on oszukiwał? Upadły pewnie nie mógł ich nawet w pełni rozłożyć!
Avatar użytkownika
Llewallyn
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Latro, Miriam,
Rasa: Panterołak - odmiana śnieżna
Aura: Nie najmłodsza już i lekko wytarta, dominująca tutaj cyna błyska wyraźnie, splatając się ze wstęgowymi, soczystymi łanami barachitu. Sama aura wydaje się być umiarkowanie ostrożna, ale nie wroga, wręcz przeciwnie. Szafir, który lśni pogodnie odbijając się w gładkim metalu dodaje jej łagodnego posmaku i nieco otwartości. Panuje tutaj zupełny bezdźwięk, ale niby w zamian, otoczenie wypełnia intensywny zapach mokrej ziemi poruszonej krokami wędrowca oraz czegoś jeszcze. Po chwili w drugiej gorzkawej nucie rozpoznasz woń mokrej panterzej sierści. Jako ostatni smaczek pojawi się odrobina kwaskowości, którą ledwo da się rozpoznać. Szybko jednak zastąpi ją wyraźna lepkość, zupełnie jakby chciała ona ją zakryć. Gdy spróbujesz dotknąć ciekawych wzorów cały czas powoli pływających przed twoimi oczami, wyczujesz ostre brzegi i ich dość twardy opór. To jednak co na koniec najbardziej przyciągnie twoją uwagę, to będzie niespotykana wręcz giętkość, kończąca prezencję tej aury.
Wygląd: Postać ludzka: Llewallyn to mężczyzna o średnim wzroście i szczupłej sylwetce. Ma niezwykle bladą, wręcz białą, skórę.
Posiada długie, proste, gęste i białe włosy. Jego twarz jest podłużna, policzki chude, a kości policzkowe wydatne. Ma dość duże, bladoniebieskie oczy i białe rzęsy. Jego brwi są białe, a łuk brwiowy znajduje się dość wysoko, przez co wygląda, ...
(Więcej)

Postprzez Malthael » Pn sie 06, 2018 5:00 pm

Malthael zatrzymał się, co także zrobili pozostali. Były anioł Pana spodziewał się, że występowanie wody w tunelach skończy się na pojedynczych kałużach na podłożu, w których co najwyżej będą mogli przemoczyć sobie buty, jeśli zdecydują się przejść prosto przez nie i nie omijać ich. Tymczasem było zupełnie inaczej, bo im dalej szli, tym więcej kałuż mijali – aż w końcu dotarli do podziemnego jeziora. Upadły podszedł bliżej brzegu zbiornika wodnego, aby przyjrzeć się wodzie, a także sprawdzić, czy uda mu się dostrzec jego dno. Podobne do świetlików motyle ułatwiały trochę zadanie, jednak swoim pięknem sprawiały też, że samemu odwracało się wzrok w ich stronę, aby pooglądać je jeszcze przez chwilę. Na szczęście jezioro tworzyła naprawdę czysta woda, dlatego też naprawdę łatwo było dostrzec jego dno, a także stwierdzić, że podziemny zbiornik wodny jest bardzo płytki.
         – Nawet nie dałbym rady rozłożyć ich tu w pełni… Powiem ci, że teraz są ładniejsze niż wtedy, gdy były białe – powiedział do panetrołaka. Mężczyzna udowadniał mu, że go zna… ale upadły nadal nie do końca w to wierzył. Po prostu wolałby mieć upewnienie w postaci przywróconych wspomnień – wtedy wiedziałby, co o tym myśleć.
         – Powinniśmy dać radę przejść po dnie na drugą stronę. Jezioro jest naprawdę płytkie… Myślę, że w najgłębszej części wodą będzie sięgać mi do połowy uda – odparł, wstając i odwracając się w stronę towarzyszy.
         – Jak już wyjdziemy po drugiej stronie, myślę że będę w stanie wysuszyć nasze ubrania przy pomocy magii ognia – dopowiedział… i wszedł do wody.

         – Nie widziałem tu niczego, co mogłoby pływać w jeziorze, ale nie oznacza to, że nie ma tu żadnych takich stworzeń. Logicznie myśląc, prawdopodobnie boją się one światła i będą od niego uciekać, nawet jeśli są dla nas niegroźne – odezwał się, robiąc już pierwsze kroki w wodzie. W tunelach nie było żadnego źródła światła – no może poza motylami, które i tak emitowały go naprawdę mało — a jeśli w tym jeziorze coś miałoby żyć, to stworzenia te prawdopodobnie byłyby przyzwyczajone właśnie do ciemności lub bardzo słabego światła i zwyczajnie chowałyby się przed mocniejszym. Właśnie takie wytwarzają ogniste sfery, które na samym początku wyczarował upadły, więc cała grupa powinna być naprawdę bezpieczna i w trakcie przeprawy nikt nie powinien krzyknąć nagle, że „Coś dotknęło jego nogi”.
Mimo, że jego stopy przez całą przeprawę będą dotykać dna, to i tak poruszanie się było trochę trudniejsze niż normalnie – woda stawiała lekki opór i było trzeba użyć trochę więcej siły mięśni nóg, aby móc iść przed siebie. Słyszał poruszającą się wodę, gdy zarówno on, jak i jego towarzysze brnęli w stronę drugiego brzegu. Nie mieli innej możliwości, bo tylko w ten sposób mogli iść dalej i zbliżyć się do skarbu, którego szukali. Samo jezioro zajmowało dość sporo przestrzeni, dlatego też na drugim brzegi znaleźli się dopiero po dłuższym czasie – na pewno mniej czasu straciliby, gdyby ten sam odcinek pokonywali po suchym podłożu.

W końcu grupa stanęła na drugim brzegu, a on mógł spróbować wysuszyć ubrania każdego z nich. Najpierw chciał spróbować na sobie, żeby w ogóle dowiedzieć się, czy może to zrobić. Przy okazji dostosuje też intensywność magii tak, żeby nikogo nie poparzyć i, żeby ubrania nie zajęły się nagle ogniem. Przymknął na chwilę oczy, chcąc przypomnieć sobie coś więcej na temat magii ognia i gdy je otworzył… wykonał kilka gestów dłonią, a po chwili jego spodnie i buty zaczęły parować. To samo stało się z dolnymi częściami ubioru Llewallyna i Primavery – para wodna ulatniała się, aż w materialne nie było już żadnej wody.
         – Gotowe, możemy iść dalej – odparł i ruszył przed siebie. Po kilku krokach wszyscy mogli usłyszeć dość głośny plusk wody, która niewątpliwie składała się na jezioro, które przekroczyli przed chwilą. Nie mogli być pewni jednej rzeczy – coś wskoczyło do wody i teraz idzie w ich stronę, czy może była to większa ryba albo coś, co żyje w wodach jeziora i znów zaczęło być aktywne, gdy tylko wyszli z wody i zabrali ze sobą światło… W razie czego, Malthael zaczął iść trochę szybciej – tym samym narzucając właśnie takie tempo pozostałym.
         – Mam nadzieję, że nie trafimy na kolejne rozwidlenie tuneli. Wolałbym iść cały czas przed siebie, ale to pewnie byłoby zbyt łatwe – odezwał się trochę ciszej, chociaż to drugie zdanie brzmiało tak, jakby mówił je wyłącznie do siebie.
Avatar użytkownika
Malthael
Szukający drogi
 
Inne Postacie: Samiel, Calathal, Cain, Vergil, Jon, Kelsier, Nessus, Fenrir, Salazar, Constantin, Seviron,
Rasa: Upadły anioł
Aura: Niezwykle potężna emanacja zdaje się wręcz pulsować drzemiącą w niej mocą. W porównaniu do niej, ciemna i pozbawiona blasku szmaragdowa poświata nie jest zbyt dobrze widoczna. Aura uderza w zmysły gradem impulsów. Głośnym trzaskom płomieni towarzyszy uczucie nieznośnego gorąca i suchość w ustach. Podmuch od niej bijący niesie ze sobą zawodzenie wiatru i szept liści. Podstawowym jednak jej zapachem jest mocny swąd smoły, spod którego tylko niezwykle czuły nos wychwyci pozostałości po przyjemnej woni mirry. Powierzchnia emanacji gnie się na wszystkie strony i faluje, jakby chwaląc się własną elastycznością, jednak pod wpływem dotyku twardnieje niczym klinga miecza. Chociaż jej powierzchnia jest przyjemnie gładka i aksamitna, należy uważać na jej niezwykle ostre krawędzie. Nieciekawy gorzko-słony smak nie pozostawia po sobie dobrego wrażenia, zaskakuje jednak swą zmiennością, będąc raz pikantnym, a raz łagodnym dla podniebienia. Przyjemna dla oka okazuje się kolorystyka emanacji. Aura jest bowiem w całości i niezwykle równomiernie pokryta żelazną farbą. Dopiero na niej ktoś długimi pociągnięciami pędzla namalował srebrne i kobaltowe szlaki, przeplatające się wzajemnie.
Wygląd: Jest wysokim, bo mierzącym sobie niespełna sześć i pół stopy, mężczyzną o skórze pokrytej lekką opalenizną, którego wygląd na pewno nie odzwierciedla jego prawdziwego wieku, lecz o tym mało kto wie. Budowę jego ciała można określić mianem atletycznej, jednak widać, że podąża ona w kierunku umięśnionej. Upadek sprawił, że rysy twarzy anioła stały się nieco ... (Więcej)

Postprzez Primavera » Cz sie 16, 2018 9:16 pm

Wiosenka wcale nie była taka przekonana słowami anioła. W lesie, w którym mieszkała, co prawda występowało kilka jezior i rzek, z czego maie skrzętnie korzystała, żeby popływać i się wykąpać. Jednakże to jaskiniowe jezioro wyglądało podejrzanie, nawet pomimo obecności puchatych, pięknych świetlików. Poza tym Wiosenka też wcale nie była taka wysoka, żeby woda jej sięgała jedynie do połowy uda. Szacowała, że dosięgnie jej talii, jeśli nawet nie wyżej, a nawet nie było wiadomo, czy czasem gdzieś się w odmętach nie czaiły groźne stworzenia.
       No dobrze, Wiosenka zaczynała już odrobinę dramatyzować, ale sytuacja wcale nie nastrajała jej optymistycznie. Od duchoty i zamkniętych pomieszczeń kręciło jej się już w głowie. Miała dość, chciała wyjść na powierzchnię, a nie babrać się w wodzie, walczyć z dziwnymi stworami i babrać się w wodzie. Zdecydowanie się nie pisała na takie przygody.
       — Miejmy w takim razie nadzieję, że nic nas nie pożre, gdy będziemy przechodzić — mruknęła pod nosem, usłyszawszy słowa Maltaela.
       Z oporem weszła do wody w ślad za swoimi towarzyszami. Była lodowato zimna i Wiosenka wzdrygnęła się. Miała wrażenie, że jej bose nogi zapadają się w sypkim, śliskim piasku, którym wyłożone zostało dno. Starała się odwrócić własną uwagę od niepokoju drążącego jej myśli i skupiła się na latających wokoło niej świetlikach. Zdawały się niespokojnie pulsować, a ich ciepłe światło wpływało wyjątkowo uspokajająco na maie. Uśmiechnęła się — w gruncie rzeczy po raz pierwszy od momentu, w którym weszła do jaskini.
       Miała rację, w najgłębszym miejscu woda sięgała jej do talii. Szło jej się teraz znacznie trudniej i musiała szybciej przebierać nogami, żeby się w ogóle poruszać. W końcu jednak udało im się dotrzeć na drugi brzeg, więc Wiosenka położyła się na ziemi, gdy tylko jej stopy dotknęły suchego lądu. Woda spływała z niej strugami, ale ona się tym zbytnio nie przejęła, czekając, aż jej nogi trochę odpoczną.
       Podziękowała Maltaelowi nieśmiałym uśmiechem, gdy jej ubrania nagle stały się suche. Zadziwiające, jak jedna rzecz mogła poprawić humor. Do tego nogi już przestały boleć, ponieważ proces regeneracji zadziałał nadzwyczaj szybko, i Wiosenka mogła wreszcie wstać.
       Podejrzany plusk, który usłyszeli chwilę później, nieco ją zaniepokoił. To nie brzmiało w ogóle jak ryba, no chyba że trzykrotnie większa ryba… Wiosenka posłusznie przyspieszyła kroku, podążając za aniołem.
       W międzyczasie przyjrzała się swojej ranie. W korytarzu nie było zbyt wiele światła, więc Wiosenka nie widziała zbyt dobrze, ale nie czuła już bólu i wydawało jej się, że po całej przygodzie pozostała już jedynie zaróżowiona blizna, a więc koniec końców wszystko się zagoiło. Odetchnęła z ulgą.
Avatar użytkownika
Primavera
Błądzący na granicy światów
 
Inne Postacie: Caitriona,
Rasa: Maie lasu
Aura: Ulotna i delikatna aura o pięknej barachitowej barwie, która rozpływa się wokół niczym delikatny leśny wiatr. Kolor jej jest jednolity, a siła emanacji jest równie delikatna jak jej wygląd i odpowiada młodemu wiekowi. Lśniąca ametystowa poświata odbija się w gładkich połaciach, komponując się z przyjaznymi odczuciami jakich tu doświadczysz. Tutejszy zefir nie tylko gładzi twoją skórę swoimi miękkimi powiewami, giętko przemykając między palcami i włosami, ale i cichutko szepcze zmysłowo. Niesie też silny i kwaskowy zapach kwiatów oraz miodu, który z łatwością lepi się do ust. Gdy spróbujesz dotknąć wiatru początkowo wyda się on delikatnie tępym, by szybko rozwiać się między palcami, znikając bezpowrotnie.
Wygląd: Kiedy stajesz w pobliżu niej, w pierwszej chwili czujesz zapach ziół. Dopiero potem twój wzrok wędruje do twarzy, na której zawsze malują się niewinność i odrobina zagubienia. Po chwili uznajesz, że jest piękna; drobna, delikatna, lecz piękna, z pełnymi, czerwonymi ustami, jakby stworzonymi do całowania, niebieskimi oczami, zawsze pełnymi ciepła, z czarnymi, miękkimi włosami ... (Więcej)

Poprzednia strona

Powrót do Ruiny Nemerii

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron