Profil użytkownika Lotta

Avatar użytkownika
[Ta karta nie została jeszcze zaakceptowana]

Ogólne

Potęga:
Imię: Lottana Vasco-Doyle
Rasa: Czarodziejka
Wiek: 71 lat


Aura



Wygląd

Lotta jaka jest każdy widzi, a już zwłaszcza ci, którzy patrzyli.
Popatrzeć natomiast jest na co, bo jeśli się nie rusza, czarodziejka prezentuje sobą urodę niewieścią całkiem wysokiej klasy. No, ale ona jest jednak dość ruchliwa.

Gestykuluje żywo i chętnie, wylewnie przytula, obejmuje i obłapia, rzuca się na szyję, klepie po plecach, przybija piątki, kiwa głową na tak, i kręci na nie, aż kudłami trzepie.
Macha rękami by pokazać, uświadomić i podkreślić, zaprosić, zatrzymać czy pograć w łapki. Nie stroni od fizycznego kontaktu, choć woli być nachalna, niż żeby ktoś do niej się przystawiał. Zwłaszcza jeśli tego kogoś nie zna, a jest przeciwnej płci. Kobiety mogą robić z nią co chcą. Prawie.
W nawyku ma kiwanie się, pochylanie, przekręcanie i w ogóle robienie wszystkiego, by udowodnić, że ma nerwicę lub robaki. Wygląda przez to na znudzoną i zniecierpliwioną w przypadku siedzenia w jednym miejscu, a do tego można uznać, że w ogóle nie słucha co się do niej mówi. Ale czasem słucha aż za bardzo - uśmiecha się notorycznie, choć robi minę zupełnie inną, kiedy próbuje się czegoś nauczyć. Wtedy skupia się tak usilnie, że aż widać po niej dezorientację, a w gestach nagle zamiera. Wgapia się w nauczyciela jak piękny posążek zdumionej dziewoi i czeka tak aż się zresetuje.

Gdy chodzi widać w niej fascynującą mieszankę wrodzonej gracji, postawy niemalże księżniczki, fajtłapowatości wieśniaka i wybitnej niechlujności stanowczych, ale zwierzęco sprężystych kroków. Niespiesznych, średnio przeciętnych raczej. Chciałoby się powiedzieć, że wychodzi z tego taka krowa. Lecz tradycyjne porównanie do niedźwiedzia także pasuje. Tylko to taki niedźwiedź, którego coś gryzie w kark i nie może się skupić na chodzeniu. Lotta podobnie, ale operuje między dwiema skrajnościami - gdy się bardzo postara może pewien odcinek przepłynąć z bajecznym wdziękiem, a gdy nie myśli w ogóle będzie chodzić sprawnie i stabilnie, aż się nie potknie lub na coś nie wpadnie. Wszystko co pomiędzy to katastrofa, a wystarczy jej lekkie rozproszenie by zgubiła rytm i zahaczyła stopą o własną łydkę. Najgorzej jednak wypada, kiedy maszeruje wykrzykując ,,prawa”, ,,lewa”. Wtedy co chwilę przystaje skonsternowana i namyśla się, czy aby poprawnie odróżniła strony. Wyjaśnienie, że prawa stopa to ta, gdzie jest duży palec z lewej strony to już klasyk, ale jej nie pomaga.
Tancerka z niej fatalna, choć nie brak jej finezji w skakaniu, tupaniu i okręcaniu się dookoła wybranków i przyjaciół. Jak bardzo przy tym ucierpią to już mniejsza.
Lepiej szło jej by z siedzeniem, gdyby nie paskudny nawyk rozstawiania nóg jak drwal chwalący się dobytkiem w spodniach. A ona, nieszczęśnica, przeważnie nosi sukienki. Szczęście tylko, że nie nazbyt krótkie.
Poza tym zakłada nogę na nogę, a kiedy kiecka jej pozwala robi to opierając kostkę o kolano… lubi też klęczeć na krześle, mościć się na ławach albo w ogóle kucać. Tak jej wygodnie. No i spokojnie może na ziemi. Zimne pod pośladkiem też jej nie przeszkadza, więc i na głazie siądzie.
Można by powiedzieć, że ze wszystkiego najlepiej wychodzi jej leżenie. Jakby się nie ułożyła, będzie wyglądać uroczo, niewinnie, kusząco czy rozpustnie, ale nigdy odpychająco. Ale woli siedzieć.
Poza tym z jedną formą ruchu o wiele bardziej jej do ciała - i nie jest to (zdecydowanie!) bieg.
Pływanie.
Kiedy pływa i nurkuje, ma kontakt z wodą, nagle widać jaka to zgrabna i ładnie wyrzeźbiona dziewczyna. Tylko tam nie potyka się, nie plącze i nie myli. Gdyby miała skrzela mogłaby pod wodą zamieszkać. Ostatecznie jednak zawsze wychodzi na ląd.

W końcu ciało ma lądowe. I kobiece. Wąskie ramionka są przeciwwagą dla szerokich ud i niezbyt wciętej talli, która płynnie łączy górę z dołem. Ręce i nogi ma długie i zgrabne, z widocznymi choć niezbyt rozrośniętymi na pierwszy rzut oka mięśniami. Wydaje się mięciutka i odpowiednio okrągła, choć gdy jej dotknąć okazuje się zbudowana o wiele porządniej - bardzo wytrenowane ma przede wszystkim plecy i brzuch. Zupełnie nie widać tego po delikatnej łabędziej szyi, która kusi subtelnymi łukami i sprawia wrażenie jakby jej właścicielka była nader wrażliwa. Obojczyki także są u Lotty wyraźne, a skóra gładka i jasna, bardzo przyjemna w dotyku. Lekko różowawa z trudem się opala, ale o dziwo nie ma też tendencji do podrażnień i czerwienienia pod wpływem wysiłku. Jednak gdy czarodziejka jest podekscytowana, jej blade oblicze pokrywa przyjemny rumieniec. Pod wpływem gwałtownego zawstydzenia może rozpłynąć się on na całą jej twarz, a nawet dekolt, ale to sporadyczne przypadki, gdyż w Loci trudno wzbudzić podobne emocje.
Dłonie ma pasujące do dziewczęcej części swojej aparycji; małe i zgrabne, choć jej długie palce są całkiem silne, a paznokcie obcięte krótko. Stopy nie za wielkie, ale i nie drobne z zaskakująco zadbaną podeszwą i w ogóle prezentujące się nader estetycznie.
No i biust. Biust ma Locia obfity, choć nie przekracza on żadnych norm - nie aspiruje nawet do górnej granicy. Nadal jednak jest czym odwracać uwagę od oczu, bo osadzone blisko siebie piersi wybitnie wyglądają ujęte w tkaninę wydekoltowanej sukienki. To jeden z powodów, dla których trudno uznać ją za słodką małolatę - jest zbyt kobieca i fizycznie dojrzała. Jest jednak jeszcze jedna cecha - wzrost. Lotta nie należy do niskich kobitek, bo odznacza się wysokością sążnia i palca do tego (183 cm), więc często bywa wyższa od ludzkich mężczyzn, choć jak na czarodziejkę jest to norma. Poza tym jak na niewiastę o drobnych ramionach i małych dłoniach wygląda wyjątkowo solidnie i nie sprawia wrażenia kruchej arystokratki - bardziej silnego babska.
Ku temu też bywa powód…
Charakterystyczne dla Lotty są zaskakująco szybkie zmiany wagi, które burzą nieco jej proporcje i nadają charakterystycznych kształtów. Dosyć łatwo tyje, a wszystko idzie jej w uda, biodra, lekko w pośladki i brzuch, niemalże zupełnie omijając resztę. W chudszej wersji przypomina więc modelkę o zgrabnie patykowatych kończynach i zdrowo-wyrzeźbionym tułowiu (choć jej zdaniem nieco za chudą), a w wersji 20 kilo plus, kusi soczystością nóg i bioder; wyraźniejsze stają się różnice między górną i dolną połową ciała oraz siła dziewczyny. Absolutnie jej to nie przeszkadza - woli być obfita niż koścista. Dużo jednak zależy od temperatury i jej diety - kiedy robi się cieplej spożywa lżejsze posiłki i chudnie (mimo obżerania się przekąskami), a gdy przebywa w klimacie chłodniejszym przerzuca się na bardziej kaloryczne dania i przybiera na wadze. Naprawdę złudnie przypomina w tym polarne miśki i kobiety tej rasy, chociaż jest od nich wyraźnie mniej tęga, do tego stopnia, że nawet utyta wydaje im się wątła i wygłodzona.

Na szczęście buźki nie ma mizernej - z lekka podłużna, o pełnych policzkach, wiecznie młoda, ale już nie dziecięca. W sumie najbardziej przypomina twarz nastolatki ze swoimi proporcjami. Oczy Lotty są naprawdę duże i szybko zwracają na siebie uwagę. Mają kształt okrągławych migdałów, a otoczone są gęstymi, ciemnymi rzęsami. Tęczówki nie są jednolite - odbija się w nich wiele niebieskich odcieni - od szarych błękitów, przez ceruleum, po odcienie wręcz atramentowe. Nie są to jaskrawe barwy czystych wód gorących wybrzeży; bardziej przypominają one skrawki wieczornego nieba powoli obsypującego się gwiazdami. Ich spojrzenie jest przejmujące i zadziwiająco głębokie, choć nie kryje się za nimi znowu tak wiele myśli. Raczej ciekawość oraz głód wrażeń.
Jeśli jednak komuś oczy się nie spodobają, zawsze może się przerzucić na usta. Są drobne i wąskie, o raczej skromnych, choć uwodzicielsko wyciętych wargach koloru jasnego różu, za nimi kryją się zaś duże zdrowe zęby wręcz przeznaczone do uśmiechów.
Nosek Loci ma długi, leciutko wygięty grzbiet, niewielkie nozdrza i w ogóle jest raczej wąski i na tyle przeciętny, że nie rzuca się w oczy, co jest bardziej zaletą niż wadą. Do tego dziewczyna obdarzona została kolistymi, lekko odstającymi uszkami, delikatnym podbródkiem i wysokim, gładkim czołem, które po części zakryte jest grzywką z gęstych platynowych włosów o ciepłym, kremowym odcieniu. Zazwyczaj są upięte - w kucyk, warkocz, koczek czy cokolwiek innego wymyślnego, a rozpuszczone sięgają do łopatek, choć obcięte są raczej nierówno. Symetryczne są za to naturalnie cienkie i jasne brwi, wyjątkowo mało łukowate, niemalże proste, ale przydające dziewczynie uroku zadbanej kobiety.

Ogólnie Lotta podoba się sobie (jednego dnia bardziej, innego mniej) i zwykle jest całkiem pewna siebie. Na jej twarzy najczęściej gości radość, zachwyt lub zaciekawienie, chyba że się zatnie i zrobi minkę przejętą albo tę otępiałą. Uwielbia się śmiać i ma przy tym głos miły dla ucha. Jest jasny, wysoki i prosto-zalotny, wręcz odrobinę słodkawy. Przepięknie śpiewa i gdyby przyłożyła się do ćwiczeń mogłaby z niej być niezła artystka.
Ubiera się z resztą niezgorzej - najczęściej w sukienki. Nigdy zbyt długie, najczęściej sięgające kolan lub dolnej połowy ud - dla wygody. Z tego samego względu rozcina co węższe lub wprowadza inne, chciało by się powiedzieć barbarzyńskie, poprawki. Uwielbia gdy kreacje są ciekawe, lecz jednocześnie lekkie i nie pozbawione prostoty. Nie stroni od jasnych kolorów, ale preferuje te z zimnej palety - błękity, zielenie, fiolety czy szarości. I choć stroje są to bardzo dziewczęce zwykle ich stan godny jest pożałowania - brzegi często są poobrywane, gdzieniegdzie coś jest przetarte i zaszyte doprawdy mało profesjonalnie, a niedające się zmyć plamy to już niemal element obowiązkowy. Poza tym żywot takiej sukienczyny jest raczej krótki, bo Lotta nie dba o nie jakoś specjalnie - to tylko okrycie. Ma służyć, a nie być rozpieszczane. A jeśli się gdzieś zgubi lub za mocno naderwie to… no nic, trzeba kupić nowe.

A Locia ma tendencję do gubienia i niszczenia ubrań. Jak i wielu innych rzeczy, bo lebiega z niej, w dodatku silna. Jednak z przyodziewkiem sprawa jest wyjątkowa - najczęściej rozrywa je, gdy zmienia się w niedźwiedzicę i nie chce jej się zdjąć tego co ma na sobie lub nie ma na to czasu. Inną opcją jest wydostanie się z sukienki, ładne jej złożenie i… zostawienie jej gdzieś, bo jako misiek Lotta przełazi zazwyczaj wielkie odległości i czasem nie po drodze jej wracać do starej kiecki.

Przez wzgląd na takie przemiany nie nosi też biżuterii innej niż amulet rodziny Vasco - albo uszkodziłaby się, albo wręcz zaszkodziłaby rozrastającemu się ciału. Dziewczyna w ogóle myślała nad zdobyciem jakiegoś zaklętego przedmiotu, który umożliwiłby jej materializowanie i ‘znikanie’ ubrań i dodatków w razie potrzeby, jednak póki co nie znalazła niczego takiego.
Ale jeszcze poszpera.


Charakter

Powiedzieć, że Locia jest leciutko naiwna, prostoduszna i mało inteligentna to jak stwierdzić, że muchomorek jest średnio trujący, a cukierek w zasadzie nawet gorzki tylko tak nie do końca.
To tłuk ostatni i nie ma co tego ukrywać.
Cukierek, nie Locia.
Tfu - odwrotnie!

Z Lottą właśnie tak się rozmawia. Trochę bez sensu. Ale rozmawiać lubi. Tylko nie z każdym potrafi.
Albo może nie każdy potrafi z nią?
Bo do tego potrzeba ogromu cierpliwości i morza dobrej woli. Całego oceanu jak najlepszych chęci.

Dziewczyna mówi jak myśli, a myśli nieregularnie i rzadko kiedy od początku do końca. Jej życie i działania to szybkie odpowiedzi na świat zewnętrzny i urywki zdań i wyobrażeń zwracających jej uwagę na jakiś przedmiot, osobę lub pojęcie. Uwaga ta ześlizguje się zresztą natychmiast z obiektu zainteresowania i wędruje w niemalże zupełnie przypadkowym kierunku… ale potem wraca! Czasami. Ciężko doprawdy przewidzieć.

Ale przynajmniej Lotta wie co lubi. Lubi magię lodu, przystojnych i miłych panów, swoich znajomych, ptaszki, niebo, uśmiechy i przytulasy. Kocha życzliwe istoty bez względu na rasę, a uprzedzeń nie ma, bo mało co z nich pamięta. Żeby coś zrozumieć musi mieć z tym bezpośredni kontakt - dotknąć tego, powąchać, spróbować. Albo być tuż przed tym aktem powstrzymana i potraktowana uwagą, że to byłoby niebezpieczne. Wtedy do niej dotrze.
Nad wyraz beztroska żyje chwilą i marzeniami. Jest szczęśliwa kiedy może spędzać czas w miłym towarzystwie lub wraz z kimś przebywać na łonie natury - nie przepada za samotnością, a miasta to zwyczajnie nie jest jest nisza dla takiego nieobytego nieuka. Ale nawet tam zawsze musi się do kogoś przylepić. I chyba tylko fartem trafia przeważnie na osoby życzliwe - naiwna do granic chętnie zaufa typkowi spod ciemnej gwiazdy o ile nie będzie naocznym świadkiem jego przestępstwa. Bo nie lubi przestępstw. Choć nie rozumie wielu praw, zwłaszcza tych miejskich, to ceni sobie pokój i harmonię. To co zaburza ład i wyrządza szkody jest złe, a co złe powinno być eliminowane - nawet jeżeli to człowiek. Tak sądzi.
Sama ma jednak problem z użyciem przemocy. Nie lubi atakować i w ogóle zwracać się nawet słowem przeciw bliźniemu, ale zaatakowana użyłaby do obrony wszystkiego co dostępne. Zaciekle broniłaby też sojuszników, choć nie byłoby jej łatwo zranić kogoś śmiertelnie. Uważa, że to ostateczność, w dodatku paskudna. Mniej ma kłopotów z atakami na dystans - wywołanie lawiny pochłaniającej całą grupę nieprzyjaciół byłoby dla niej o wiele łatwiejsze niż zadanie ostatecznego ciosu jednemu przeciwnikowi w walce na noże.
Nie jest jednak zupełnie bezbronna - zwykle może liczyć na pomoc przyjaciół lub magię, a czasem wystarczy, że postraszy kogoś niedźwiedzią aparycją. Bo takie urocze głupiutkie dziewczę siłą rzeczy bywa zaczepiane. I nie potrafi odmówić dopóki sprawy nie zajdą naprawdę za daleko, kiedy od razu przejść musi w tryb obronny. Ale jaki opryszek zadzierałby z wielkim miśkiem, który przed chwilą był złudnie uległą niewiastą?
Lotta nie zawsze zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa - często to inni muszą ją uświadamiać. Ma wiele osób którym ufa, i których słowo jest dla nich prawdą objawioną, choćby dwie opinie różnych osób były ze sobą sprzeczne - wtedy czeka aż dogadają się między sobą i powiedzą jej co w końcu obmyślili. Albo ignoruje temat i idzie pojeść jagódek.
Na szczęście o ile za przyjaciółmi w ogień pójdzie i posłucha ich bez zająknięcia, to obcy nie mają tak łatwo. Może z miejsca kogoś polubić i niebezpiecznie się do niego zbliżyć, ale nie będzie traktować go z oddaniem, dopóki nie przekona się, że dany osobnik jest tego wart, a często taki test trwa tygodniami. Kto zaś z nią tyle wytrzyma…
To urocze stworzenie, nie ma wątpliwości. Wrodzonym urokiem i życzliwością nadrabia ciapowatość umysłową i zręczność ameby, ale nadal potrafi grać na nerwach. Trzeba z nią trochę jak z dzieckiem, trochę jak ze zwierzątkiem, trochę jak z przyjaciółką i czasem nawet trochę jak z panią… jest wtedy przeszczęśliwa.
Obcym może się wydawać, że od razu oddaje im serce, bo lubi eskalować pozytywne emocje i krzyczeć o nich bezwstydnie, zawieszając się ofierze na szyi. Lubi zaczepiać kiedy ktoś rozmawia z przełożonym, wchodzić do pokojów łaziebnych bez zaproszenia, wpraszać się do łóżka lub zwalać z niego oznajmiając, że jest zbyt brudne i lepiej będzie spać na podłodze. Ingeruje w ubiór, fryzurę, komentuje wszelkie wady i zalety, dzieli się wszystkim co ma i zabiera co jej potrzebne. A jak się jej powtórzy coś z dwadzieścia razy, to za pięćdziesiątym pokiwa głową i powie ,,Aaaaach… Przepraszam!”.
Poda rękę gdy trzeba i będzie wyświadczać drobne przysługi.
Ale jeśli nie jesteś jej przyjacielem (nie uważa cię za takowego, nie zdałeś jeszcze testu itp.) to w najmniej oczekiwanym momencie odwróci się od ciebie i pójdzie sobie. Jeżeli jesteś w świecie prawa ,,tym złym”, wepchnie cię w ręce strażnika za pochwałę i garść cukierków. A jeśli jesteś w porządku i zrobi się zbyt niebezpiecznie - i tak ucieknie. Musisz więc mieć wyczucie i wiedzieć kiedy wasza relacja będzie dość zażyła.
Albo zapytać. Bo Locia odpowiada szczerze i z rozbrajającym uśmiechem, nawet gdy musi rzec: ,,Oczywiście, że z tobą nie pójdę głuptasie! Nawet cię nie znam! Nosisz też śmierdzące skarpetki - w ogóle ci nie ufam”.
I tak po dwóch tygodniach klejenia się do ciebie non stop.

Można przez nią skurczu na twarzy dostać, ale nie można zarzucić jej złych intencji - ta dziewczyna jest do bólu dobra. Może oddać ostatnią kieckę na bandaże i trzymać wartę każdej nocy - łatwo ją wykorzystać, a jednocześnie bardzo ciężko zranić. Mało kiedy dociera do niej, że ktoś ją obraził, albo naprawdę chciał jej zrobić krzywdę - trudno jej uwierzyć w to, że ktoś może być zły. Zawsze szuka wytłumaczenia i usprawiedliwia ludzi, nawet jeżeli wcześniej zmuszona była z nimi walczyć lub przed nimi uciekać. Szybko też zapomina.
Nie tylko o przykrościach i zwadach, ale i o całej reszcie. Wiedza, którą często powtarza, i z której korzysta jakoś się jej trzyma, ale reszta… jeśli nei widziała kogoś od miesięcy to pewnie już nie pamięta imienia. Jakaś nowa roślina? A, widziałam ją wcześniej paręnaście razy! Tylko co to było… trujące czy nie?…
Na szczęście węch i instynkt często podpowiadają jej prawidłową odpowiedź.

Nie ma problemów z innymi kulturami - dziwnymi dla niektórych modami, sposobem mówienia, a nawet segregacją płciową czy rasową. Tak długo jak nie widzi, że ktoś z tego powodu cierpi będzie uznawała zasady i obyczaje danego miejsca… za obyczaje danego miejsca i już. Takie są, więc takie chyba mają być. Ale oczywiście sama ciągle będzie je łamać.
Przeważnie niechcący.

Mimo wysokiej tolerancji nie znosi podziałów i poniżania kogokolwiek. Jej zdaniem wszyscy powinni być jak bracia. Albo bardziej - rodzeństwo. Wszyscy w końcu tu są… i na tym kończy się zwykle to co potrafi wyłożyć w tej kwestii. Każdy w jej oczach ma taką samą wartość jako istota. Bardziej skomplikowane filozofie jakoś do niej nie przemawiają, choć lubi jak się jej to tłumaczy. W ogóle lubi słuchać wyjaśnień, bo niektórych wtedy tak fajnie ponosi!

Jest blisko związana z przyrodą - zna wiele gatunków, ich sposób bytowania i potrafi się z nimi porozumieć. Uważa też za naturalne, że jedni polują, drudzy uciekają i rozmnażają się; że istoty rozumne hodują bydło i tym podobne. Tak działa ten świat. Więc Lotty to w zasadzie nie smuci. Ma swoje miejsce w tej niszy jako czarodziejka-niedźwiedź. W miastach jej gorzej, w dziczy lepiej, więc tam zostaje. Chociaż lubi ludzi i ich fikuśne wynalazki!
Uwielbia stragany i bazary. Zapachy, szalone kolory, tkaniny. Tam też mogłaby żyć, gdyby tylko chcieli ją zaakceptować. Ale to trudne, bo jest absolutnie pozbawiona wyczucia. Wyjdzie na ulicę w podartej sukience odsłaniającej udo (jak nie pośladek), starej przekupce za cebulę zaoferuje przytulasa i trzy uschłe liście, a do ratusza wejdzie sobie jak do knajpki jak tylko strażnicy będą czymś zajęci. Nie pojmuje różnic klasowych, bo sprzeczne są z jej wizją świata - a w jej główce mieści się w końcu tylko jedna.
Ale nawet jak ją wyrzucą nie chowa urazy. Nie czuje się też upokorzona - ot, nie jej miejsce. Trzeba iść… och, jaki ładny motylek!

Łatwo stwierdzić, że Lotta ma słabość do dobrej zabawy, radości i luźnej atmosfery. I oczywiście - wszystko smakuje lepiej kiedy jest się w grupie! Jak na nieobytego odludka jest zaskakująco społeczna. Często też pierwsza wyciąga rękę i stara się zaprzyjaźnić, a robi to schematem dziecięcym: ,,Jak masz na imię? Chcesz się pobawić?”.
Niekiedy takie słowa z ust wyrosłej kobiety mogą być mylące, ale każdy kto ma oczy szybko spostrzeże, że na myślach Lotty ani jednego kosmka nie ma. Chociaż lubi o mężczyznach pomarzyć. Najlepiej o bohaterach na białych pegazach i walecznych księciach z jednorożcami u boku. Choć ona w bajce o królewnie byłaby niedźwiedzicą - przyjaciółką smoka. Od czego są jednak dziewczęce fantazje?

Wbrew zachowania godnego krzyżówki ladacznicy i starej kumpeli, z wielkim afektem przyjmuje traktowanie ją niczym damę. Łatwo tak skraść jej względy, ale właśnie dlatego nie jest to nic specjalnego - Lotta ma już długą listę mężczyzn, do których wzdycha, ale z żadnym nie łączy ją nic więcej, a większości pewnie już nigdy nie spotka. Nadal ich jednak lubi. U swojego boku trzyma za to przyjaciół i rodzinę. W sumie dla niej to jedno i to samo.

Jedną z jej charakterystycznych cech jest spokój w smutku lub gniewie i wielka wylewność we wszelkim szczęściu i zachwycie. Jeśli już coś ją zasmuciło nie lubi o tym mówić, a kiedy spodoba jej się jakaś błahostka będzie trąbić o tym na całe gardło. Za wszelką cenę chce utrzymać wokół siebie dobrą atmosferę - ,,wibracje” jakby to ujął Therundi, jej mentor duchowy i zaprawiony bajarz.

Nie zawsze zdaje sobie sprawę z własnej wiedzy i możliwości, za to łatwo przecenia innych. W sumie można uznać, że nie ma wygórowanego zdania o sobie, a wręcz zaniża wartość swoich atutów często na cudzą korzyść.
Z drugiej strony uważa, że jest mądrzejsza niż ładniejsza, więc może to zwyczajnie kwestia jej mylnej, a nie niskiej (samo)oceny. Przecież każdy może się omskąć czasami. Zwłaszcza ktoś, kto idealnie wpisywałby się w kanon słodziutkiej idiotki, gdyby nie bekał przy obiedzie i prosił o dokładkę z ustami pełnymi mięcha. Taka prawda.

Atrybuty

Krzepa:Silny, Wytrwały, Wytrzymały,
Zwinność:Fajtłapa, B. niedokładny,
Percepcja:Wyostrzony węch, Wyczulony na magię,
Umysł:Niezbyt bystry, Niezbyt błyskotliwy,
Prezencja:Piękny, Barbarzyński, Szarak,

Cechy specjalne

Razem na dobre [D]Po akceptacji w rodzinie polarnych zmiennokształtnych i odbyciu rytuału przejścia otrzymała od nich amulet składający się z kilku magicznych ozdóbek. Naszyjnik został jej dany raz na zawsze - nie może go zdjąć nikt inny, ani ona sama. Z tego względu wszystkie zalety i wady jego używania stały się jej stałymi cechami. Z darów otrzymała możliwość przemiany w niedźwiedzia, zwiększoną siłę i wyostrzony węch…
I gorsze [W]…a z przekleństw nękają ją utrudniona koncentracja (jeszcze mniejsza wydajność tak zwanej książkowej nauki) oraz brak możliwości korzystania z magii po przemianie.
Królowa Śniegu [Z]Dzięki władaniu magią lodu (wody i ognia) oraz wielu latom życia spędzonym w wiecznie zimnych rejonach Alaranii (a także poza nią) jest niezwykle odporna na mrozy i chłód jako taki. Niemal nigdy nie ubiera się ,,ciepło” i może godzinami pływać w lodowatej wodzie. Gdyby jednak nadużyła swoich magicznych zasobów i znalazła się blisko ich limitów stałaby się z powrotem podatna na wyziębienie i odmrożenia, bo to w dużej mierze właśnie czary pozwalają jej utrzymać optymalną temperaturę ciała. W formie niedźwiedzia traci tę umiejętność, ale zastępują ją biologiczne przystosowania mające swoje własne ograniczenia.
Córa Natury [Z]Adoptowana, ale zawsze. Sposób życia i znajomość z wieloma zmiennokształtnymi i naturianami już od dzieciństwa przybliżała ją do przyrody, a otrzymanie nowych fizycznych i psychicznych możliwości poznawczych (zmiany w niedźwiedzia) upodobniło ją mocno do zwierzęcych braci. Pojęcie ich instynktów, gamy zachowań i różnicy zmysłów pozwala jej nawet w ludzkiej formie trafnie odczytywać komunikaty jakie wysyłają, a także dość sprawnie na nie odpowiedzieć, choć to już często zależy od jej znajomości konkretnego gatunku i umiejętności naśladowania głosów. Dla niej obcy gatunek to nowy język - jest w stanie się go nauczyć tak długo jak chodzi o ssaka lub ptaka, ale musi poświęcić temu czas i czerpać z poprzednich doświadczeń.

Umiejętności

Języki [W] Opanowana Mowa Wspólna i dialekt zmiennokształtnych, w trakcie nauka elfickiego oraz Mowa Pradawnych.
Dukanie [P] Rozszyfruje co krótsze napisy we Wspólnym i nawet coś zapisze, ale lepiej na niej nie polegać w tym temacie.
Magiowidzenie [M] Przy takim zmyśle magicznym i nadmiarze wolnego czasu sztuką byłoby się tego NIE nauczyć.
Auroczytanie [M] Trochę jak z widzeniem magicznej energii jako takiej, ale tutaj musiała odebrać wykształcenie związane ze znaczeniem poszczególnych cech. Kiedyś wbito jej to do łba, a że tej wiedzy używa regularnie to do dzisiaj niewiele zapomniała. Jest bardzo czuła na to co wychwytuje szóstym zmysłem i ciężko ją oszukać. Niekiedy udaje jej się przejrzeć maskowanie aur.
Przetrwanie [W] Wychowywana przez niezbyt rozsądną matkę-czarodziejkę i jej przyjaciółkę kotołaczkę, włócząca się poza miastami i przygarnięta już jako dorosła przez rodzinę niedźwiedzi… lepiej radzi sobie poza cywilizacją niż w jej obrębie. Potrafi łowić, znajdować owoce i kryjówki, ogrzać się, uniknąć drapieżników (sama jest zwykle największym), wytworzyć wodę, rozniecić żar, może spać pod gołym niebem i nie boi się jeść tłuściutkich, pożywnych larw. Zwykle udaje jej się też omijać pułapki zastawiane na zwierzęta.
Pływanie [M] Woda to jej żywioł tak na dobrą sprawę. Pod powierzchnią czuje się niczym rybka i niemalże zyskuje na zwinności.
Pichcenie [P] Żeby nie jeść surowego pod ludzką postacią. Jednak kto by spróbował jej dań mógłby się na surowiznę nawet ochoczo przerzucić.
Wiedza o zwierzątkach [O] Wiele podróżowała, trochę widziała i właśnie tyle zna. Lubi zwierzątka i wszelkie bestyjki i potrafi spędzić godziny na obserwacji ich zachowań, a następne na przyzwyczajaniu ich do siebie i w końcu spędzić z nimi nawet kilka tygodni. Ich życie jest bardzo fascynujące i pasuje Lotcie.
Wiedza o rasach [P] Czarodziejka interesuje się innymi, lubi ich i tak jak ze zwierzątkami - chętnie spędza z nimi czas. Nie jest wybitnym znawcą kultury, ale wie mniej więcej czego spodziewać się po poszczególnych odmianach elfów, naturian, pradawnych czy zmiennokształtnych.
Niewiedza Tajemna [P] Jak długo przebywała z ojcem (i matką, i przygodnymi magami, i Uhruru, i tym podobne) tak długo uczono ją o magii i różnych jej rodzajach oraz właściwościach. Bardzo pilnuje, by nic nie wyleciało jej z głowy, bo rozumie, że dla takich jak ona to bardzo istotne informacje. Poniekąd definiują to czym jest sama ich rasa. Nie chce tego tak do końca stracić. (Poza tym to takie fajne być mądrym w jakiejś dziedzinie!)
Okrynka [O] Tak, Locia potrafi grać na tym instrumencie.
Pianie [O] Piosenki łatwo zapamiętać, a głos ma ładny z natury. Dużo też ćwiczy. Dodać więc dwa do dwóch i wyjdzie coś w czym i ona może być dobra.
Tańcowanie [P] W tym dobra nie jest, ale ma oczy otwarte i gdy tylko trafi na okazję - przyłącza się do zabawy. Może talentu nie ma, ale co to szkodzi, kiedy tyle przy tym śmiechu?
Naśladowanie [W] odgłosów zwierząt. Jeśli opanuje dźwięki danego gatunku (a jest w tym zaskakująco wprawna) może się z nim porozumiewać.
Samoobrona [O] Od liścia, przez magię, po niedźwiedzie ryki. Kiedy trzeba potrafi o siebie zadbać, ale nigdy nie była wyszkolona w tym temacie i działa raczej instynktownie. Lepiej jednak w jej przypadku walczyć niż uciekać, bo to ostatnie kończy się potknięciem o jedyny w okolicy kamyczek i popisowym wyłożeniem przed ścigającymi. A tak to może upadnie na nich?

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Źródło
Wody [A]Posługuje się zarówno wodą jak i lodem.
Ognia [U]Używana najczęściej do magii lodu. Wraz z wodą Lotta włada nim na poziomie adepta, jednak samym ogniem posługuje się niczym nowicjusz. Zazwyczaj wytworzyć może bardzo małe płomyczki, ale jest wprawiona w ogrzewaniu własnego ciała.

Magiczne przedmioty

Niedźwiedzie Oczko [ART]Zawieszka naszyjnika, który dostała od rodziny Vasco, białych niedźwiedziołaków, w ramach uznania ją za członka klanu. Umożliwia jej przemianę w naturalnych rozmiarów niedźwiedzia polarnego, ale że zasila go własną magią, w postaci zwierzęcia nie może używać zaklęć. Jako niedźwiedź nieco gorzej widzi, ale staje się naturalną koleją rzeczy dużo bardziej wyczulona na dźwięki i zapachy. Nie traci kontroli nad sobą i własnym umysłem, choć staje się nieco drażliwsza i szybko zaczyna czuć potrzebę posilenia się mięsem. Dzięki wyostrzonym zmysłom i instynktowi może porozumiewać się ze zwierzętami, ale traci umiejętność wypowiadania słów zrozumiałych dla ludzi.
Koraliki Zsynchronizowane [ZAC]Dołączone do Oczka i działające tylko w jego pobliżu, w ramach jednego amuletu. Pierwszy podnosi naturalną silę ludzkiej wersji Lotty, drugi wyostrza wtedy zmysł węchu - dzięki temu jest nieco bardziej przystosowana do życia wedle niedźwiedziołaczych norm. Wadą ich stałego używania są natomiast problemy ze skupieniem się na bardziej złożonych zadaniach intelektualnych, które u czarodziejki przybrały już formę permanentnej niemożności koncentracji na nauce nieobejmującej ruchu lub natychmiastowych praktycznych efektów (na przykład nauka poprzez czytanie).
Przeznaczony Rzemyczek [ZAC]Ostatnia część amuletu, łącząca poprzednie elementy w jedną spójną całość. Wbrew pierwszemu wrażeniu niezwykle wytrzymały. Jego zadaniem jest niespadnięcie z szyi panny Vasco i nieźle z tym sobie radzi. Po użyciu przez nią Oczka zmienia kształt i dopasowuje się do niedźwiedziej szyi. Bez użycia naprawdę silnej magii (lub odcięcia dziewczynie głowy) praktycznie nie do zdjęcia (i dobrze, bo w końcu jest to symbol przyjęcia do rodziny, a z niej się nie wyrzuca (ani nie odchodzi)).

Towarzysz


Historia

Dawno (choć nie aż tak bardzo) temu, w odległym dla innych i bliskim dla drugich zakątku Alaranii przyszła na świat mała czarodziejka. Miała pięknie oczy koloru jeziornej głębi i włoski tak platynowe, że niemal białe. Matka była zachwycona, a ojcu kazała spadać, bo tak chyba nakazywała tradycja. Poza tym był zagrożeniem.
Czyż nie piękny dzień?

Lottana jako młode dziewczę wykazywała się ciekawością świata kociaka i uporem godnym muła, talentem do rozbijania sobie głowy i niepokojącym upodobaniem do słowa ,,krużganek”.
Jej matce wielce to odpowiadało. Wraz ze znajomą kotołaczką we dwie odchowywały dziewczynkę zachowując się nie do końca może rozsądnie, ale za to skutecznie. Odwaga i beztroska rodzicielki widoczne były i w młodej pradawnej, kotołaczka natomiast tłumaczyła swojej przyjaciółce, że córeczka jej nie musi być do tego jeszcze tak jak ona zadziorna. Odziedziczyła bezkonfliktową osobowość ojca i należało się z tym pogodzić. Nie lubiła bawić się procą z patyka i rzucać kamieniami w okna ruderek na polach. Kiedy poznawały ją z jakimś chłopcem nie biła się, a głaskała go po głowie i w ogóle wolała się przytulać. No już trudno.
Wychowywano ją w warunkach dość spartańskich i prymitywnych, a kiedy podrosła często przyjaciółki zmieniały miejsce zamieszkania. Były wolnymi duchami i Locia także. Wędrowała po łąkach, patrzyła w niebo, kąpała się w strumieniu - łowiła rybki, biegała za robakami i zbierała rośliny, choć tu trzeba było jej srogo pilnować, by nie zjadła czegoś nieodpowiedniego (lub nie wrzuciła do wspólnego gara). Refleks kotołaczki bardzo się tutaj przydawał, a szczery śmiech matki załagadzał każdą sytuację.
Czarodziejka nauczyła się, że póki ktoś cię lubi można robić właściwie wszystko źle, byle nadal wywoływać w nim skrajnie pozytywne emocje. W jej najbliższym otoczeniu nie było osób niecierpliwych lub spiętych, więc nieco opacznie zinterpretowała to wszystko i mocno przeceniła swoje umiejętności. Uroczy do granic, a głupi jak landrynka dzieciak, który przez przypadek otruł grupę przejezdnych nie miał co liczyć na litość. Nie kiedy podtruł ich na tyle lekko, że wściekli i z pianą na twarzach przegonili ją przez pół gaju.
To po tym incydencie po raz pierwszy zobaczyła jak jej matka używa magii do ataku i jak potężne jest to zjawisko. Kotołaczka polegała na zwinności i precyzji ciosów i to też dla młodej było imponujące.
Wszystkie trzy uznały, że należy nauczyć ją samoobrony.

Nauka magii szła… z lekka opornie. Lotta długo nie mogła zapamiętać jakie istnieją dziedziny, co w związku z tym i wpaść na to jak zacząć używać magii. Bo w sumie jej matka też nie wiedziała. To było ciężkie, kiedy umiejętności nie przychodziły same, a predyspozycje nie objawiały się w sposób jasno-klarowny. W takim przypadku należałoby Lottę przyuczyć inkantacjami, ale… nie było co przeceniać jej możliwości, ledwie umiała czytać we Wspólnym, a co dopiero podtykać jej pod nos jakieś zaklęcia. Myliłaby się tak długo, aż w końcu jakiś przypadkowy zamek czy pagórek rozwaliłaby na kawałki. Poza tym ile by to trwało?
Może więc należało zacząć od jej ciała.
Kondycję młoda miała niezłą dzięki sposobie życia, ale po pierwszej lekcji sprawności trenująca ją ciocia-kotołaczka uznała, że nigdy więcej, nie ma to sensu i że w ogóle należałoby zakosić dla niej jakiś talizman ochrony albo znaleźć ochroniarzy (co akurat było niewykonalne, bo nikt poza nimi raczej by się na taką bezpłatną posadkę nie skusił).
I tak mijało - ze wszystkich sił starały się nauczyć ją jakiejkolwiek techniki samoobrony, ale ucieczka pozostawała dla niej przez długi czas jedyną opcją. I wcale nie najlepszą, bo mistrzem szybkości nie była, a w dodatku miała w zwyczaju wpadać na drzewa po drodze. Wycięcie wszystkich drzew na kontynencie nie wchodziło na razie w grę, więc obie kobiety nie spuszczały z podlotki oka. Przeważnie.

Towarzystwo wybierały z resztą raczej bezpieczne. Elfy, wszelkiej maści naturian, co mniej wojowniczych zmiennokształtnych. To wśród nich Lotta się wychowywała i to ich zwyczaje stały się jej najbliższe.
I tak było dobrze. Znała swój mały kawałek świata, nie musiała nawet zbyt dużo umieć (z perspektywy człowieka cywilizowanego) żeby w nim żyć. Ale jakże to tak bez żadnego zwrotu akcji?
No, nie mogło tak być.

Dlatego wrócił ojciec. Jeden z niewielu ostałych ,,Dzierżycieli”, członków organizacji zrzeszającej czarodziei, mądrych w dodatku. Zdaje się, że miał się czego bać…
Szczegółów Locia się nie dowiedziała, albo zwyczajnie wypadły jej z głowy. Coś, że jakaś grupa zabójców zniszczyła Dzierżycieli niemal całkowicie i w sumie nie wiadomo ile osób zostało - na pewno jeden czarodziej imieniem Cain. Ojcu bardzo zależało, by młoda to zapamiętała. Albo to miały być imiona i rysopisy tych z zabójców, którym zdołał umknąć i informacje o ich umiejętnościach?… Tak, zapamiętała Caina. Na kilka chwil. Ale potem i on wyleciał jej z głowy.
Ojciec widząc jak bardzo jest (nie)rozwinięta postanowił za wszelką cenę zostać jej nauczycielem i mimo ryzyka przejąć nad nią opiekę.
Mimo ryzyka.

To przy nim zaczęła rozwijać swoje umiejętności i poznawać, że świat nie jest taki łatwy jak jej się wydawało… żyjący w miastach ludzie, elfy i magowie, często wysoko postawieni, w ogóle nie rozumieli jej poczucia humoru i sposobu bycia. Ciągle się na nią marszczyli, albo odwracali się od niej; o ile nie krzyczeli, że znów coś rozbiła, jest tępa jak worek ślepych nakrętek i jakim cudem może tak bazgrolić skoro jest damą i w ogóle co ma znaczyć wychylanie się przez okno w samej halce i krzyczenie na cały plac ,,Hej, Edziu, patrz jaki cudeńkową mi kiecę dali!”.
Frustrowałaby się zapewne zdrowo tymi wszystkimi nieporozumieniami i brakiem powodzeń, gdyby skrajnie niefrasobliwa natura nie stała się główną cechą jej charakteru. Po prostu robiła co tatko chciał i znosiła te wszystkie śmieszne osoby. Dzięki jego interwencji nauczyła się podstaw magii, a także w końcu zaczęła dysponować własnym magicznym potencjałem. Zawsze bliska ziemi upodobała sobie jedną z dziedzin żywiołów - wodę dla odmiany. W pakiecie dostała też kurs czytania i pisania, ale to jedne z tych rzeczy co to nigdy jej do główki nie wchodziły. Za to uznała, że niektórzy elfi panowie są całkiem przystojni.

Nadszedł też czas powrotu. Zabójcy znowu pojawili się na horyzoncie, więc ojciec z Lottą musieli ruszyć w innych kierunkach - ona wróciła do matek, a on postanowił zmylić trop. Miał nadzieję, że mimo spędzonego razem czasu nie wpadnie w tarapaty. No, ale ostatecznie dzięki niemu chociaż w jakimś minimalnym stopniu zaczęła przypominać… kawałek czarodziejki. Wierzył jednak, że w sprzyjających warunkach wyrośnie z niej silny i sprawny mag, nawet jeżeli mędrcem nie miała szans zostać. Byle nie zapomniała o wszystkim czego się nauczyła i nie wróciła do starych, zdziczałych nawyków…

Wykrakał. Trzy dorosłe już, a fizycznie wiecznie młode babki, z których najrozsądniejszą była kotołaczka z zamiłowaniem do skór i hodowli myszek nie stroniły od przygód i kłopotów. Lotta uznana za niemal wprawnego maga stała się ważną częścią ekipy, a jej magia wody nie raz ratowała bandę od wyschnięcia. Urządzały sobie zabawy w uwodzenie mężczyzn i wymieniały się trikami, które miały pewnikiem kraść serca nieszczęsnych chłopów. Wychodziło im… różnie. Każda z nich miała swój urok, ale celowały zdecydowanie zbyt wysoko i zwykle za sukces liczyły sobie jak jakiś szlachetny rycerz lub lepiej - pan, nie odwrócił od nich od razu wzroku. I robiły zakłady.
Kotołaczka zgarniała najwięcej, miała bowiem wprawę i potrafiła zachowywać się nawet nie głośno, a Lotta lądowała druga, bo póki się nie odzywała przyciągała spojrzenia, o które walczyły. W sumie starsza czarodziejka uznała, że te zasady są bardzo nie Fair, bo jej mocną stroną są konwersacje.
I tak jakoś nauki ojca stały się nagle odległym wspomnieniem…

Ale to nie był koniec rozwoju młodej mlecznowłosej. Z matkami nie stanowiła nierozłącznej drużyny - czasem się gubiły lub załatwiały ‘swoje sprawy’ gdzieś na boku. Przy jednej z takich okazji Lotta poznała na wybrzeżu u dwójkę niedźwiedziołaków - rannych, oszołomionych nieco i mówiących z dziwnym, bardzo intrygującym akcentem. Mieli biało-kremowe włosy jak ona i w ogóle z miejsca ich pokochała. Zwłaszcza niedźwiedzicę, bo była uprzejma i ciepła, miała też w sobie coś nieporadnego. Jak się okazało niedźwiedziołaki pochodzą pochodzą z innego kontynentu, ale część ich rodziny mieszka tu - w skutych lodem zakątkach Alaranii. Są dobrymi żeglarzami ze względu na częste podróże, ale tuż u wybrzeży tę akurat dwójkę i ich załogę zaatakowało coś ‘podwodnego’ uszkadzając okręt. Ich szalupa dotarła akurat tutaj, ale co się stało z resztą… byli bardzo przygnębieni.
Ivachietta i Mureru Vasco.
Locia z miejsca zaoferowała im pomoc. Na początku w ogóle odnalezienie się w tym dla nich przypadkowym miejscu, a potem może odszukanie ich znajomych? W międzyczasie dołączyła do nich kocia matka czarodziejki - jak się okazało świetna pomoc taktyczna przy misji ratunkowej. Wspólnymi siłami odnalezli w końcu trzech zaginionych, ale tylko dwóch z nich uratowano.
Niedźwiedzie postanowiły wrócić na swój kontynent.
Choć smutni byli bardzo wdzięczni za pomoc i w dodatku szczerze polubili swoje wybawicielki (czy też pomocniczki). Dlatego kiedy Lotta zakrzyknęła, że bardzo, ale to bardzo chce płynąć wraz z nimi zgodzili się. Choć po dłuższym namyśle i kilkunastu próbach wyperswadowania jej tego.
Ale Lotta chciała. Pragnęła zobaczyć ich dom, spędzić z nimi jeszcze trochę czasu. Tak świetnie ich rozumiała. Czuła, że w miejscu, gdzie takich jak oni jest wielu mogłaby wybornie się bawić i być szczęśliwa jak ze swoimi matkami. Dostała z resztą błogosławieństwo na wyprawę od jednej z nich i zapewnienie, że czarodziejka senior będzie wściekła, że młoda je tak zostawiła. Dlatego więc niech już idzie się pakować, bo kotka chce zobaczyć tę minę i reakcję starej przyjaciółki.
Lotta usłuchała i niedługo już odpływała na nowozdobytym, choć z lekka niepewnym okręcie w nieznaną dal.

Mogli być spokojni - dobrze już panowała nad wodą i stała się nieocenioną pomocą w walce ze sztormem. Choć gdyby nie umiejętności nielicznej załogi i tak poszliby na dno. Wspólnymi siłami trzymali się jednak uparcie na falach i mówili morskim bogom, że na herbatkę utopców to chętnie do nich wpadną, tak, ale nie w tym stuleciu.
Prawdziwym zagrożeniem okazała się jednak nie być morska toń, a inne stworzenia poruszające się statkami - piraci.
Choć skutecznie wymijali większość z nich, na jeden ze statków wpadli tak nagle, że trudno było o odwrót. Właśnie wtedy panienka Doyle wykazała się heroizmem i oddaniem niemal tak spiętrzonym jak jej własne pokłady głupoty; używając wszelkich swych zdolności magicznych i determinacji wygłodniałego szopa rozdzieliła oba okręty, dając się w nagrodę złapać i narażając niedźwiedzie na kolejne zmartwienia.

Sama za to bawiła się wyśmienicie.
Kapitan Antar, bo tak na imię miał jej główny oprawca, stał się od razu personą, którą zaczęła podziwiać. I nic to, że pirat, a jego poplecznicy to sami podejrzani mężczyźni, że herbatki nie podawali. On miał klasę. Klasę, białe włosy i takie śmieszne wysokie buty… no i magię! Locia widziała. Kontrolował lód. Nie wodę - LÓD! Była zafascynowana z miar wszelakich. Do tego stopnia, że troszeczkę oślepła na niebezpieczeństwo czyhające na nią jako więźnia oraz zniecierpliwienie kapitana. Należą mu się jednak brawa, że wytrzymał z nią tak długo nie przerabiając jej na nierybny paluszek. Nie wiadomo po co ją trzymał - może dla okupu albo by potem ją sprzedać? Cel na pewno jakiś miał, ale ona go nie znała - cały dzień czekała tylko żeby powlepiać w wampira te swoje wielkie oczęta i po raz setny zapytać ,,a jak ty panie Piracie robisz ten lód?” A potem powtarzać w nieskończoność, że ona bardzo prosi żeby jej powiedział, bo on to tak wiele wie i ona też chce i ma nadzieję…
Trzaskały za nim drzwi.
Nie przepadał za nią czy jak?
Ale ona swoje wiedziała. A raczej nie wiedziała i dlatego nie bała się pytać dalej. Aż w końcu powiedział.
Lakoniczna odpowiedź zawierała w sobie tyle aluzyjnego ,,zamknij się i daj mi nieżyć”, że aż pomyślała, że wampir naprawdę jej nie lubi (nie, niemożliwe!). Ale zdobyła informację, której pragnęła. Już wiedziała skąd się bierze lód!
A było tak - kiedy woda i ogień bardzo się kochają i się je połączy otrzyma się zamrożoną wodę. Magia!
Teraz Lotta była szczęśliwa. Szczęśliwa i nieszkodliwa, a dzięki temu mało pilnowana. Kiedy upewniła się, że kapitan nic więcej jej nie powie, nie da ciepłego przytulasa, a ktoś z załogi ma wobec niej jakieś niecne plany, zwiała.
Pewnie kapitan zatrzymałby ją, gdyby uwolnienie się od tej gaduły nie było uśmiechem od losu. Można było dla tego pięknego celu poświęcić szalupę i dać jej zatańczyć w oddali z rekinami.
Kłopot z głowy.

Kłopot może dla niego, ale kiedy po kilku tygodniach spowrotem pojawiła się na okręcie niedźwiedzi stała się bohaterką. A może wręcz kimś więcej? Byli przerażeni i zachwyceni tym, że sama ,,pokonała piratów i potężnego wampira”, a potem odnalazła swój okręt i dopłynęła doń tylko dzięki magii i małej łódeczce ratunkowej.
Sama nie wiedziała jak to zrobiła. Żywiła się rybami, kierowała łupinką (wielkim statkiem by nie potrafiła) i siedziała sobie aż nie dopłynęła. Nie rozumiała więc reakcji niedźwiedzi, ale chętnie rozdawała im przytulasy i ciepłe uściski.
Kiedy dopłynęli do ich lodowej macierzy miała już u nich bardzo wysokie noty, a o jej czynach mogli opowiadać historie. Nie za bardzo wiedziała skąd wytrzasnęli większość szczegółów, w tym węże morskie i piracki okręt uniesiony w górę i roztrzaskany na kawałeczki, ale nie po raz pierwszy czegoś nie pojmowała. Było miło.

Miło i zimno. Naprawdę trudno było się przyzwyczaić - opatulona po uszy i nos ukrywała się po lodowych grotach i iglo, tak długo jak tylko się dało, choć naprawdę pragnęła obserwować codzienne życie mieszkańców tego przedziwnego świata. Wszyscy wydawali się tacy duzi, silni i o dziwo pogodni. Ciężko pracowali. wyglądało na to, że żaden mróz i najcięższa pogoda nie są w stanie im przeszkodzić. Polowali, śmiali się i dreptali po śnieżnych ostępach. Koniecznie chciała w tym do nich dołączyć.
Wyściubiała się więc z kryjówek, ale nadal większość interakcji odbywało się w ocieplanych ogniem wnętrzach.

Właśnie - ogień. Tak bardzo starała się go okiełznać! Nigdy nie przykładała się do niczego z takim zacięciem, z taką cierpliwością jak do magii ognia. Jednak podświadomie, gdzieś w duszy zapewne bała się go. Była mu w jakiś sposób niechętna. Zależało jej tylko na lodzie. I dopóki sobie tego nie uświadomiła pogrążała się w przekonaniu, że jest absolutnym beztalenciem.

Ale jak to czasem bywa trzeba było poczekać na tę jedną chwilę olśnienia - to pstryknięcie, kiedy nagle dochodzi do nas prawda, zdawałoby się zupełnie oczywista, a do tej pory niedostępna. Dla niej taką chwilą był moment, kiedy na jednym ze spacerków udało jej się wyczarować śnieżynkę. A potem następną. I kolejną.
Umiała robić śnieżynki!
Uradowana podzieliła się tym odkryciem krzycząc i skacząc po wiosce. I jak się okazało - nie ona jedna.
Nie ona jedna skakała i nie ona jedna tworzyła śnieżynki. W wiosce był jeszcze inny mag lodu - Uhruru, siostrzeniec Ivachietty, którego starszy braciszek był z kolei jednym z najbardziej wyrobionych żeglarzy i okropnie wybornym podróżnikiem. Właśnie dlatego nie miała z początku okazji go poznać.

Lecz kiedy poznała… Therundi. Odważny, charyzmatyczny i wiecznie wesół, opowiadający gromkim głosem o swoich wyczynach, potworach morskich i odległych krajach. Lottę zauważył od razu w zgromadzonym tłumie i tak wylewnie wyraził radość z jej samego istnienia, że przylgnęła do niego i od tej pory stała się niemal naroślą.
Słuchała z zachwytem sposobu w jaki się wypowiadał, jego bajania i ideologii. Mówił zarówno o trywialnych jak i bardzo skomplikowanych rzeczach, ale zawsze wszystko chętnie jej wyjaśniał. Nie miał żadnej ukochanej w tym porcie, więc jej natrętne towarzystwo nie było dla niego absolutnie żadną niewygodą, nawet, gdy nie chciała go opuścić w kąpieli. Pragnęła zdobyć jednak nie jego ciało, a tę iskrę, coś co sprawiało, że Theru słuchało się z zapartym tchem i uwielbiano go, choć większość opowieści zmyślał, a w dodatku był raczej tchórzem i pacyfistą.
On z kolei mówił, że ona wcale czegoś takiego nie potrzebuje. Jej energia jest jedyna i wyjątkowa i że jako jedyne w swym rodzaju stworzenie musi się rozwijać. Może być najwspanialszą Lottą na świecie!
Nigdy potem nie posłyszała słów, które tak mocno by nią wstrząsnęły i dały jej tyle motywacji. Zwykle była z siebie zadowolona, ale od tego momentu stała się dumna i naprawdę świadoma własnej wartości. Może nawet bardziej niż należy.

Mijały miesiące, a Lotta zespajała się z niedźwiedzią społecznością. Zawsze było jej blisko do zmiennokształtnych. Zwłaszcza z tymi uplotła niezwykle mocne więzi. Gdyby nie pewne ograniczenia jakie nakładała na nią rasa mogłaby żyć zupełnie tak jak oni. I tak pewnego dnia zdecydowali - zapragnęli ją przyjąć do siebie, jako honorowego członka klanu. W ramach uznania za zdolności, całokształt i miłość jaką ich obdarzyła, po wielkim rytualnym święcie wręczyli jej wyjątkowo dla nich cenny amulet. Pozwolił on Lotcie stać się jedną z nich i uczestniczyć już niemal we wszystkich zajęciach - mogła wejść niemal w ich skórę. Stała się niedźwiedziem.
Z radością żyła tak przez następne lata - zmieniając się w miśka i wracając do pierwotnych kształtów. Rozwijając magię, przyzwyczajając się do surowych warunków pogodowych, ucząc się polować i rozumieć zwierzęta. Komunikować z nimi. Wcześniej starała się jedynie jakoś chrząkać w dialekcie zmiennokształtnych lub naśladować odgłosy zwierząt, ale to w zupełnie ludzki sposób. Teraz już rozumiała co one czują, zmysły i instynkt niedźwiedzia pozwalały jej na komunikację. Trochę przypłaciła to umiejętnością nauki i znów oddaliła się od kanonu Czarodziejek, ale za nic jej to nie obchodziło. Miśki były jej rodziną i to z nimi czuła się najlepiej.
Lekcje ojca pamiętała jak przez mgłę.

W końcu jednak, gdy Therundi wypłynął ponownie w świat, zatęskniła do ciepłego lata i długich wędrówek; zmiennych krajobrazów, mnogości roślin i owoców. Brakowało jej matki i kotołaczki i dawnych znajomych, którym wszystko chciała opowiedzieć i pochwalić się jak znalazła dla siebie dom. Ona i Theru byli podobni - potrzebowali rodziny, która by ich kochała, ale w końcu ją opuszczali, by poznać nowych ludzi i przeżyć coś samodzielnie. I tak jak kiedyś Lotta wyruszyła, by podbić serca niedźwiedzi i nieznany ląd, tak po oswojeniu go musiała ruszyć dalej, by przeżyć kolejną przygodę.
A przy okazji odwiedzić stare śmieci.

W Alaranii czekały na nią i matka i kotołaczka. Stare drogi, domki i chałupki, groty, drzewa, karczmy i przydrożne głazy. Znajome twarze i dawne więzi. Ale także nowe miejsca, znajomości i nieporozumienia. Mając już 60 lat ponownie zaczęła zwiedzać kontynent - jako niedźwiedź i jako czarodziejka znająca magię lodu. Poznała tutejszy dom miśków, zobaczyła nową chatkę na drzewie kotołaczki, elfa, który szalenie podobał się jej matce.
I tajemnicze listy od ojca, z których wynikało, że jacyś źli ludzie ciągle na niego polują.
Wszystko jak zwykle było pod kontrolą.

Dane gracza: Lotta

Nazwa użytkownika:
Lotta
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Nutria, Kuna,
Martwe postacie:
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
So lis 03, 2018 4:48 pm
Ostatnia wizyta:
Cz lis 08, 2018 7:45 pm
Liczba postów:
1 | Znajdź posty użytkownika
(0.00% wszystkich postów / 0.07 posty dziennie)
Ostatni post:
Prośby o sprawdzenie KP
Wt lis 13, 2018 10:00 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Księga Boskich Praw
(Posty: 1 / 100.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Prośby o sprawdzenie KP
(Posty: 1 / 100.00% postów użytkownika)
cron