Profil użytkownika Mikao

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Mikao Tai
Rasa: człowiek
Wiek: 38 lat


Aura

To miła aura. Niespecjalnie ciepła, pozbawiona już blasku młodości, ale właśnie… miła. I silna całkiem jak na ludzką emanację. Przyobleka w żywe srebro spokojną, szafirową poświatę - może płochliwą nieco, ale stałą w swej naturze - a cynkiem i odpowiedzialnością ściera dawne ambicje, chociaż… niezupełnie. Wśród zapachu ludzkiej skóry, warsztatu pełnego ścinków drewnianych i subtelnej woni gojących się ran (tak, jest coś takiego) rozbrzmiewa zdumiewająco wiele głosów i dziecięcy, szczery śmiech. Wtórują im mniej organiczne hałasy i hałasiątka - to nasilające się to słabnące brzęczenie, uderzenie młota i szczęk metalu, a tuż obok pojawiają się cichutkie iskry jakby od płomieni, których już z dawna nie widać. Powierzchnia jest nieco nijaka w dotyku - ni gładka to ni szorstkawa, raczej neutralna. Delikatnie twarda o sztywnych ramach i giętkich połaciach na zmianę lepkich i suchych treści. Ostra ponad miarę, ale stępiała na brzegach, by można ją było uchwycić. W smaku dość niecodzienna, kwaśna bowiem i słodkawa cechuje się także głęboko łagodnym posmakiem. Pysznie!


Wygląd

Nie ma wątpliwości, że pierwszą przyciągającą uwagę cechą w wyglądzie Mikao jest jego śniada cera - genetyczny spadek po matce. Ci, którzy nie wiedzą, że mężczyzna spędza zdecydowaną większość czasu zamknięty w czterech ścianach, zazwyczaj uznają jego naturalny kolor skóry za zdrową opaleniznę. Ale to nie jedyny atut, którym mag może się poszczycić. Mimo iż nie jest najstarszy z rodzeństwa, Tai, mierząc nieco ponad sążeń, góruje wzrostem zarówno nad siostrą, jak i bratem; posiada przy tym szczupłą sylwetkę i gdyby jeszcze kilka funtów jego ciała zamienić na dodatkowe centymetry, można by z powodzeniem nazwać go chudym.
Choć Mikao powoli dobija czterdziestki i prawdopodobnie najlepsze lata ma już za sobą, czas najwyraźniej okazał mu litość i nie odcisnął wyraźnego piętna w wyglądzie maga. Wiele osób bierze go za młodszego niż w rzeczywistości i z tej przyczyny Nadye po dziś dzień przegania z podwórka dwudziestokilkuletnie panienki, którym zachciewa się flirtów z jej mężem - bo choć sam Tai nieszczególnie przywiązuje wagę do swojej aparycji, póki prezentuje się w miarę schludnie, nie da się zaprzeczyć, iż jest on mężczyzną całkiem przystojnym. Twarz o łagodnych rysach, w której jedynym kanciastym elementem jest mocno rozbudowana szczęka, nadal wygląda niemal chłopięco, a naturalnie uniesiony kącik ust, sprawiający wrażenie subtelnego uśmiechu, dodatkowo nadaje jej niewinny wygląd. Na wąskim nosie osadzone są sfatygowane okulary w dużych, okrągłych oprawkach, za którymi kryją się oczy mężczyzny. Przez posiadaną dużą wadę wzroku, Mikao wyrobił sobie nawyk częstego ich mrużenia, więc zza szkieł trudno określić ich kolor. Niektórzy twierdzą, iż są one brązowe, inni utrzymują, że bliżej im do czarnego - i tylko najbliżsi maga wiedzą, że ma on oczy barwy piwnej, podobne odcieniem do tęczówek jego siostry. Sięgające ramion włosy Mikao wbrew pozorom nie są idealnie czarne, lecz hebanowe. Tai niemal codziennie wiąże je w pospieszny kucyk, by nie przeszkadzały mu w pracy, rzadko jednak przejmuje się luźnymi kosmykami, wymykającymi się spod rzemyka, dlatego jego fryzura na ogół prezentuje się niedbale.
Mag nie lubi wyróżniać się w tłumie, więc ubiera się tak, by nie przyciągać zbyt wielkiej uwagi; stroje w krzykliwych barwach nigdy do niego nie przemawiały. Różnorodność kolorystyki w szafie Mikao waha się między bardziej szarym i mniej szarym. Od czasu do czasu gdzieś przewinie się jakiś brąz lub biel, zaś koszula w kolorze khaki to już czysta ekstrawagancja. Stałym elementem garderoby mężczyzny jest przewiązany w pasie fartuch z brunatnej skóry oraz jedwabny szal - stary, mający ślady znoszenia, ale wciąż solidny - który Tai dostał w prezencie od rodziny tuż przed rozpoczęciem studiów. Większość elementów złotej biżuterii, poza ślubną obrączką i zaklętym kolczykiem, otrzymał w darze od wdzięcznych istot, którym dawno temu udzielił pomocy i stanowią one nie tyle ozdobę, co raczej przypomnienie o wartości poświęcenia dla drugiej osoby.
Nie sposób zapomnieć o bardzo istotnym szczególe w wyglądzie Mikao, jakim są tatuaże na jego rękach; sporych rozmiarów, idealnie białe. Subtelne, a jednocześnie niezwykłe, przypominające skomplikowane magiczne runy - i właśnie tym są w rzeczywistości. Nie stanowią jednak powodu ani do dumy, ani do wstydu, więc Tai nie czuje potrzeby ich ukrywać, choć także się z nimi nie afiszuje. One po prostu istnieją. I w oczach mężczyzny są integralną częścią jego ciała, jak włosy czy paznokcie.
Sposób poruszania się maga odzwierciedla jego charakter: na co dzień wyraźnie widać w nim chaos i brak koordynacji, zupełnie jakby kończyny mężczyzny ignorowały taki organ jak mózg i działały według własnego przekonania - natomiast podczas pracy, kiedy Tai przechodzi w tryb skupienia, jego ruchy stają się niezwykle precyzyjne, jak mechanizm w zegarku. Również miękki, melodyjny głos Mikao, ze swoją ciepłą barwą, zdaje się do niego pasować. Przez większość czasu aksamitny i niezbyt głośny - co wcale nie znaczy, że mężczyzna nie potrafi wydobyć z siebie dźwięku o większym natężeniu decybeli, wie o tym każdy, kto miał rzadką okazję spotkać maga, gdy ten znajdował się pod wpływem alkoholu. W stosunku do ludzi, z którymi nie utrzymuje stałego kontaktu, Tai, choć nastawiony przyjaźnie, bywa powściągliwy w gestach i stara się nie okazywać gwałtownych emocji, natomiast w gronie rodzinnym z jego ruchów znika skrępowanie i można wtedy dostrzec ich autentyczność.


Charakter

Mikao to dobry człowiek. Przynajmniej taką opinię można usłyszeć od mieszkańców miasta - i tylko taką, gdyż zaraz po tym krótkim zdaniu zagadnięta osoba zaczyna się zastanawiać, co jeszcze wie na temat mężczyzny i najczęściej dochodzi do wniosku, że nic. W najlepszym przypadku niewiele. A to dlatego, że młodszy z braci Tai jest nad wyraz skromną osobą, która nie szuka niczyjej atencji i prowadzi zupełnie zwyczajne życie, dzieląc czas pomiędzy rodzinne powinności i pracę w swym niewielkim warsztacie - przy czym zdecydowana większość przypada na to drugie. Nie żeby naprawianie stołków czy zbijanie do kupy rozpadających się szafek było jego życiową pasją, ale dla Mikao nie stanowi to większego problemu, w każdym razie tak długo, jak długo ma możliwość, by w międzyczasie zajmować się dość specyficznym majsterkowaniem. Eksperymenty z magią i próby zaklinania przedmiotów codziennego użytku to jedna z niewielu rzeczy, dla których mężczyzna jest w stanie poświęcić sto procent swojej uwagi i zupełnie stracić zainteresowanie otoczeniem. Kiedy Mikao zaszywa się w najbardziej zagraconym kącie zakładu, dla jego najbliższych jest to jasny sygnał, iż nie należy mu przeszkadzać. W przeciwnym razie… cóż, bywa bardzo różnie. Dopóki Tai pozostaje skupiony na wykonywanej czynności, można być pewnym, że wykona ją niezwykle skrupulatnie, co w połączeniu z ponadprzeciętną inteligencją może dawać zdumiewające efekty - lecz jeśli coś go zdekoncentruje… Drżyjcie niebiosa!
Aż trudno uwierzyć, że ktoś, kto potrafi bez najmniejszego wahania wyrecytować skomplikowane magiczne formuły, jakby były to słowa czytane z książki, może na co dzień być tak nieporadny jak Mikao. Wylanie na siebie całej beczki piwa w karczmie? Proszę bardzo. Założenie dwóch różnych skarpet, w tym jednej dziurawej? Żaden problem. Rozbicie okularów na własnym nosie? Mówisz i masz. A to tylko nieliczne z powodów, dla których żona maga często nazywa go fajtłapą. Określenie to jest jednak raczej pieszczotliwe; Nadye nie zwykła obrażać swojego partnera, gdyż mimo posiadania licznych ludzkich ułomności, jej Miki jest kochającym mężem i troskliwym ojcem, który dba o swoją małą rodzinę i wcale jej nie zaniedbuje, choć pozornie może się wydawać, że jest zupełnie inaczej.
Istnieje stereotyp, że cisi osobnicy zazwyczaj cechują się ponurym usposobieniem. Nic bardziej mylnego. Tai, choć nieśmiały, z reguły jest pogodny i życzliwy. Rzadko z własnej woli wychodzi z inicjatywą interakcji społecznych, a mimo to w mieście jest bardzo cenioną osobą. Gdy ktoś ma problem, z którym sam nie potrafi sobie poradzić, zawsze może liczyć na pomoc Mikao. Mężczyzna cieszy się w okolicy opinią godnego zaufania, przez co bardzo często w kryzysowych okolicznościach ludzie szukają u niego ratunku. Niejeden raz zdarzyło się, że mag musiał naprawiać złamane kończyny lub leczyć potencjalnie śmiertelne rany, lecz dzięki temu nabrał pewnej ręki i nauczył się zachowywać zimną krew nawet w obliczu ekstremalnych sytuacji.
Brakuje mu trochę asertywności, to fakt… No dobrze, nawet nie trochę. Mikao za wszelką cenę stara się unikać konfliktów, gdyż walka w obronie własnego zdania przychodzi mu z trudem. O czymś takim jak targowanie nie wypada nawet wspominać. Ten ugodowy człowiek byłby w stanie sprzedać za bezcen własną chałupę, gdyby ktoś postanowił zagrać na jego uczuciach i wzbudzić w jego sercu litość lub poczucie winy. W takich chwilach mężczyzna dziękuje wszystkim dobrym siłom za upartą Nadye, która od czasu do czasu patrzy mu na ręce i odgrywa rolę “tej nieczułej”, ciągnąc męża za uszy, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Dawniej, gdy jeszcze nie miał większych zobowiązań, Tai pragnął poświęcić życie rozwojowi umiejętności - zarówno tych zwyczajnych, praktycznych, jak i magicznych - i dojść do biegłości w wielu ich dziedzinach. Jednak mimo błyskotliwego umysłu młodego geniusza, Mikao od zawsze był wstydliwy i odrobinę wycofany (z tej przyczyny w dzieciństwie przypięto mu łatkę dziwaka); brakowało mu siły do przebicia wśród równie zdolnych adeptów - co wcale nie oznacza, że się nie starał. Po prostu większość prób kończyła się fiaskiem, a te ryzykowniejsze sprawiły, że jego życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku, niż mag to zaplanował. W miarę upływu czasu, jego priorytety uległy delikatnym zmianom, a najważniejszą rzeczą stało się utrzymanie żony i córki oraz zapewnienie im bezpieczeństwa. Samodoskonalenie w magii i kolejne eksperymenty, choć pochłaniają zdecydowaną większość czasu mężczyzny i sprawiają mu nieopisaną przyjemność, stanowią jedynie hobby, z których Tai potrafiłby zrezygnować, gdyby od tego zależało dobro jego rodziny.

Atrybuty

Krzepa:Raczej silny,
Zwinność:Niezdarny, Perfekcyjny,
Percepcja:Półślepy, Wyostrzone czucie, Wyostrzony zm.mag,
Umysł:Bystry, Geniusz, Słaba wola,
Prezencja:Ładny, Szarak,

Cechy specjalne

Natychmiastowy nokaut [W]Istnieją ludzie, którzy muszą ograniczać ciągoty do kieliszka i powstrzymywać się przed nadmiernym spożywaniem napojów procentowych, Miki natomiast nie powinien pić wcale. Wystarczy najmniejsza dawka alkoholu, by podłoga zaczęła wirować, ściany kołysać, a słowa samoistnie wydobywać się z ust. W takim stanie Tai okazuje się wyjątkowo rozmowny i serdeczny, choć sam nie zdaje sobie z tego sprawy - nigdy bowiem nie zdołał zachować świadomości na tyle długo, by móc to zaobserwować. Reakcja jego organizmu na inne używki jest wielką niewiadomą, gdyż jak dotąd Mikao nie odważył się na eksperymenty w tym zakresie.
Tatuaże pieczęci [W]Władanie magią to przydatna rzecz, ale równocześnie wielka odpowiedzialność. Kiedy wymyka się ona spod kontroli, tak jak w przypadku nieszczęsnego Mikao, należy podjąć środki ostrożności, mające na celu uchronienie maga przed wyrządzaniem krzywdy i sianiem zamętu. Tatuaże na dłoniach mężczyzny nie są zwykłą ozdobą czy pamiątką po młodzieńczym okresie buntu - to całkiem potężne pieczęcie, których zadaniem jest skupienie mocy w dłoniach Mikao. Dzięki temu Tai potrafi zapanować nad własną magią i wykorzystywać ją niezwykle precyzyjnie, jednak takie rozwiązanie ma swoją słabą stronę: zaklęcia mężczyzny opierają się głównie na wykonywaniu odpowiednich gestów, a co za tym idzie, wystarczy tylko skrępować ręce maga, by uczynić go bezbronnym.

Umiejętności

Medycyna [M] Uzdrawianie nie było życiową pasją Mikao i jeszcze kilkanaście lat temu mężczyzna nigdy by nie przypuszczał, że posiądzie tak rozległą wiedzę na ten temat. Jednak zdobywszy duże doświadczenie na przestrzeni lat, Tai potrafi błyskawicznie ocenić stan cierpiącego delikwenta i natychmiastowo udzielić mu odpowiedniej pomocy, wspomagając się przy tym zaklęciami z dziedziny magii życia.
Stolarka [W] Rzemiosło samo w sobie także nie jest do końca tym, co sprawia magowi przyjemność, ale za to daje możliwość zarobku, co w przypadku posiadania rodziny jest bardzo ważnym atutem. Lecz jeśli dołączyć do tego magię i uczynić pracę trochę bardziej innowacyjną... Cóż, Miki zawsze miał obsesję na punkcie eksperymentów, a eksperymenty stolarskie to najlepszy sposób, by połączyć przyjemne z pożytecznym.
Czytanie i pisanie [W] Rodzice zapewnili Mikao możliwość nauki od wczesnych lat, za co mężczyzna był im niezmiernie wdzięczny. Bo trudno rzucać zaklęcia przez inkantacje, gdy się nie potrafi odczytać ich słów...
Anatomia [W] Słyszał ktoś kiedyś o medycynie bez znajomości anatomii? Ja też nie.
Kreomagowanie [W] Kolejna forma eksperymentów Mikao, ćwiczona przez niego od czasów rozpoczęcia nauki.
Pismo runiczne [O] Źródło wiedzy z tego zakresu stanowią głównie grube księgi, których zawartość Tai musiał wbić sobie do głowy podczas szkolenia na maga.
Wiedza tajemna [O] Przydatna do magii inkantacji, którą posługuje się Miki.
Kowalstwo [O] Nie aż w takim stopniu jak stolarka, ale zabawa metalem nie jest magowi obca. W końcu nie można zbyt długo bazować na drewnie, trzeba poszerzać horyzonty.
Matematyka [O] Podobnie jak czytanie i pisanie, matematyka nie jest dla Mikao problemem. Mag potrafi szybko wykonywać w głowie najprostsze obliczenia, a te bardziej skomplikowane, choć wymagają rozpisania na kartce, także nie sprawiają szczególnych trudności.
Fizyka [O] Od matematyki do fizyki tylko kilka kroków, a że wiedza na temat działania sił często przydaje się w eksperymentach, Tai nie miał innego wyjścia, niż te kilka kroków przebiec truchtem.
Gotowanie [P] ... a może nie tyle gotowanie, co raczej okazjonalne niedoprowadzanie do katastrof w kuchni. W czasach gdy mieszkał sam, Tai musiał zadbać o odpowiednią dietę, więc potrafi przyrządzić najprostszą zupę, jednak pichcenie w jego przypadku bywa ryzykowne, dlatego obecnie żona Mikao stara się trzymać go z dala od kuchni, a przede wszystkim od pieca...
Śpiew [P] Poza cichym nuceniem przy pracy, które trudno w ogóle nazwać śpiewem, są tylko dwie formy piosenek możliwych do usłyszenia z ust maga: kołysanki śpiewane jedynie dla najbliższych oraz pijackie ballady o heblach, drzazgach i innych gwoździach - choć to drugie zdarza się nad wyraz rzadko.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Inkantacje
Życia [A]Wprawdzie magia życia nie była główną dziedziną Mikao za jego uczniowskich czasów, ale że jest ona poniekąd związana z medycyną, której podstawy każdy szanujący się mag powinien znać, ambitny Tai o bystrym umyśle umiał dodać dwa do dwóch i samodzielnie rozpracował techniki rzucania uzdrawiających zaklęć. W późniejszych latach zdobyte w tym zakresie umiejętności okazały się niezwykle przydatne. Na stół stolarski w warsztacie Mikao aż nazbyt często trafiają ofiary losu z ranami maści wszelakiej: od zwykłych zadrapań, po potężne krwotoki wewnętrzne. I choć na co dzień mężczyzna może wydawać się wręcz niezdarny, w sprawach życia i śmierci jego umysł staje się ostry jak brzytwa, a inkantacje perfekcyjne, dlatego miejscowi ufają jego umiejętnościom, wiedząc, że za pomocą druidycznej magii Tai pomógł sporej liczbie osób, zapewne kilka z nich ratując nawet od śmierci.
Struktury [U]Najpilniej rozwijana przez mężczyznę dziedzina, zazwyczaj użyteczna podczas eksperymentów Mikao. Konwencjonalne majsterkowanie po pewnym czasie stało się nudne, w związku z czym Tai lubi urozmaicić sobie zajęcie poprzez wprowadzenie odrobiny magii - nie wspominając już, że akurat ten jej rodzaj całkiem dobrze sprawdza się w stolarce, będącej głównym źródłem dochodów, z którego mag utrzymuję rodzinę.
Mocy [U]Można by rzec, że tę dziedzinę mag potraktował trochę po macoszemu. Owszem, zdarza mu się podczas pracy sporadycznie po nią sięgać, lecz nie jest ona na tyle niezbędna, by Tai przywiązywał szczególną wagę do częstego jej praktykowania.
Ognia [N]Mikao usiłował okiełznać ten żywioł na samym początku swojej przygody z magią, jednak po pamiętnym incydencie, kiedy to przez nieuwagę podpalił jednego z opiekunów i cudem tylko uniknął wydalenia ze szkoły, zaprzestał igrania z ogniem. Wolał więcej nie ryzykować...

Magiczne przedmioty

Zastępcza Para Oczu [ZAC]Tym pieszczotliwym określeniem Mikao nazywa własnoręcznie skonstruowane okulary, które rekompensują bardzo poważną wadę wzroku. Bez nich mężczyzna byłby prawie zupełnie ślepy, dlatego strzeże ich pilniej niż rodzinnych oszczędności - a że roztargnienie to jego drugie imię, Tai na wszelki wypadek postanowił zakląć je w noszonym przez niego kolczyku, gdyż takowy trudniej zgubić. Mimo przezorności, magowi zdarza się czasem uszkodzić swój cenny sprzęt, dlatego widok pękniętej tarczy okularów na jego twarzy nie jest niczym niezwykłym.

Towarzysz


Historia

~~ Fragmenty autobiografii Mikao Tai, w razie śmierci twórcy zapisanej w testamencie jego pierworodnej córce, Svecie Tai,
jako pamiątka oraz świadectwo poczynań autora za jego żywota ~~


Moje dzieciństwo, jak na standardy zamożnych rodów kupieckich, było całkiem zwyczajne. Środkowy spośród trójki dzieci, nie zostałem obciążony oczekiwaniami w takim stopniu jak starszy brat, a zarazem nie otaczano mnie męczącą uwagą, jak młodszą siostrę. Podczas kiedy moje rodzeństwo starało się, z różnym skutkiem, przynieść chlubę rodzinie, mnie poniekąd pozostawiono samemu sobie. Wiem, że brzmi to tak, jakby rodzice trochę mnie zaniedbywali, ale nic z tych rzeczy - a nawet jeśli rzeczywiście tak było, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek szczególnie na to narzekał. Umożliwiono mi zdobywanie wykształcenia, zaś w czasie wolnym od nauki mogłem chodzić własnymi ścieżkami i samodzielnie rozwijać zainteresowania, co bardzo mi odpowiadało. Od zawsze miałem dryg do eksperymentowania i wcale się z tym nie kryłem; zamiast zdobywać przyjaciół, wolałem błąkać się po tyłach okolicznych manufaktur i tworzyć drobne przedmioty z drewnianych i metalowych odpadów, które rzemieślnicy uznawali za bezużyteczne. Między rówieśnikami uchodziłem za dziwaka, ale jak teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że byłem całkiem lubiany... Pewnie głównie ze względu na to, że nie wszczynałem niepotrzebnych bójek, jak Vihaan w swoim buntowniczym okresie, i nie miałem w zwyczaju na nikogo donosić - a bywało nawet i tak, że gdy chłopcy narozrabiali w stopniu zasługującym na lanie kijem od miotły, pomagałem im znaleźć sposób na uniknięcie kary. Chyba po prostu było mi ich żal. A może nieskromnie lubiłem sprawdzać w praktyce swój spryt i intelekt… Nie wiem. Ale to chyba nie ma w tym momencie większego znaczenia.
Generalnie nie mogę powiedzieć, że miałem złe dzieciństwo. Patrząc przez pryzmat czasu, wydaje mi się, że był to jeden z lepszych okresów mojego życia. Pozbawiony większych trosk czy dramatycznych wzlotów i upadków. Niezbyt interesowały mnie poczynania mojego rodzeństwa, czego po latach odrobinę żałuję; mogłem poświęcić im nieco więcej atencji, lecz nie byłem rodzinnym typem człowieka - zresztą nadal nie jestem, ale teraz przynajmniej się staram…

***

Nie pamiętam dokładnie, jaki czynnik spowodował podjęcie przez mojego ojca takiej, a nie innej decyzji, ale przed oczami wciąż żywy mam obraz jego dłoni, kiedy w dniu moich dwudziestych urodzin wręczał mi pergamin z wypisaną na nim prośbą o przyjęcie mnie na uniwersytet. W dodatku nie jakiś tam pierwszy lepszy w okolicy, ale taki, w którym kształci się magów. To był jeden z trzech najbardziej wyjątkowych momentów w życiu, kiedy moje serce na chwilę zapomniało o swojej powinności i przestało bić. (Drugim było poznanie miłości mojego życia, a trzecim narodziny najukochańszej i jedynej córki... ale do tego dojdziemy w swoim czasie.) Jak dotąd w rodzinie Taiów nie było maga z prawdziwego zdarzenia, więc taka szansa była wielkim wyróżnieniem, zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy nie zabiegał o bycie wyjątkowym.
Jaka była moja reakcja? Cóż, gdybym mógł zobrazować tamtą konsternację, powiedziałbym, iż przysłowiowa szczęka opadła z takim łoskotem, że rozsypane zęby zbierałem przez następny tydzień. Sam nie wiem czy byłem bardziej szczęśliwy z powodu otwierających się przede mną nowych możliwości, czy może raczej zaniepokojony wizją gwałtownych zmian, lecz jednego byłem pewien: okazje jak ta nie trafiają się dwa razy, dlatego nie wolno mi było jej zmarnować. W ten oto sposób, zaraz po ustąpieniu najgorszych upałów spakowałem należną mi część majątku i wyjechałem do odległego miasta Irrasill, zostawiając za sobą dom i rodzinę, witając zaś wręcz nieograniczone perspektywy. Zamierzałem nazbierać tyle wiedzy, ile tylko mój mózg był w stanie pomieścić oraz zdobyć umiejętności praktyczne; co jakiś czas odwiedzałbym bliskich, a po zakończeniu nauki mógłbym wrócić na stałe do Leonii i tam wieść prosty żywot statecznego maga.
A przynajmniej takie były plany.
Nigdy nie oczekiwałem, że studia magiczne będą łatwe. I nie były. Musiałem odłożyć na bok wszelkie pomniejsze zainteresowania i ostro zakasać rękawy, żeby nie odstawać od tej bandy zarozumiałych, snobistycznych półczarodziejów, którzy stanowili dwie trzecie populacji uniwersytetu. Nie lubię generalizować ani powtarzać stereotypów, ale wielu współuczniów tejże rasy, będąc uznawanymi za gorszych przez pradawnych czystej krwi, ma tendencję do nieszanowania ludzkich magów. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy, lecz niestety większość. Złośliwe docinki na temat dodatkowych lekcji czytania i pisania były na porządku dziennym; nieustannie musiałem udowadniać innym, że choć o magii wiedziałem mało, nie byłem analfabetą z jakiejś zabitej dechami dziury.
Na początku było ciężko. Spędzałem całe dnie, przerzucając pożółkłe kartki grubych tomiszczy zapisanych archaicznym językiem, a nocami majsterkowałem w ukryciu - tak wyglądała moja rutyna, dopóki nie nabawiłem się wady wzroku, która w miarę upływu czasu urosła do rangi naprawdę poważnego problemu… Nic to, starałem się być wzorowym uczniem, ale moja magia zawsze była nieco… chaotyczna. W części teoretycznej, mówiąc bardzo nieskromnie, nie miałem sobie równych i zasadniczo wiedziałem jak przełożyć to na praktykę, ale kiedy przychodziło zaprezentować swoje umiejętności, zawsze musiałem coś sknocić. Najczęściej były to drobne niepowodzenia, na które można przymknąć oko; nie miały większego wpływu na całokształt mojej pracy, jednak kiedy przez nieszczęśliwy wypadek podpaliłem swojego mentora (słowo honoru, po dziś dzień nie mam pojęcia, jak do tego doszło!), ktoś z góry w końcu musiał interweniować. Uznano, że stanowiłem zbyt duże zagrożenie dla otoczenia i samego siebie, gdyż nie potrafiłem kontrolować przepływu mocy - dokładnie tych słów użyto w raporcie, gdy rozważano kwestię mojej dalszej edukacji, która w tamtym momencie wisiała na włosku. Groziło mi wydalenie ze szkoły - niezmywalna plama na honorze - lecz na szczęście ktoś stwierdził, iż w innych dziedzinach radziłem sobie na tyle dobrze, żeby móc kontynuować naukę. Postawiono mi jednak ultimatum: musiałem pozwolić zapieczętować moc w moich dłoniach, którymi posługiwałem się przy inkantacji - i robiłem to całkiem starannie - aby mieć pewność, że nawet najmniejsza ilość magicznej energii nie wymknie się spod kontroli. Stąd właśnie wzięły się tatuaże na mych rękach: magiczne pieczęcie, pozwalające mi rzucać zaklęcia ze znacznie większą precyzją niż przy użyciu czystej mocy. Dzięki nim mogłem nadal szkolić się na maga, za co jestem dozgonnie wdzięczny czarodziejowi, który wpadł na ten pomysł. Oczywiście wieść o grasującym na uniwersytecie piromanie bardzo szybko rozniosła się wśród adeptów i choć nie był to ten rodzaj sławy, na którym by mi zależało, nie zamierzałem narzekać. Ostatecznie wszystko mogło skończyć się o wiele gorzej...

***

Przez następne kilka lat skupiałem się głównie na nauce i doskonaleniu magicznego rzemiosła. Raz było lepiej, to znów trafiały się gorsze okresy, ale ogólnie przez większość czasu udawało mi się unikać poważniejszych kłopotów - i, co najważniejsze, nikt już nie stanął w płomieniach z mojej winy. Zdawało się, że wszystko idzie jak z płatka… ale oczywiście nie mogło być zbyt pięknie, prawda? Los to złośliwa bestia, lubująca się w rzucaniu kłód pod nogi bogu ducha winnym śmiertelnikom, a w moim przypadku kłodą była grupa uczniów, którzy nie darzyli mnie zbytnią sympatią (delikatnie mówiąc…). Od samego początku czerpali satysfakcję z naśmiewania się z mojej osoby. Miałem nadzieję, że w końcu odpuszczą, lecz z czasem zaczepki przybrały na sile, aż od pewnego momentu można było zacząć mówić o nękaniu. Wstyd mi za siebie; za to, jak dawałem sobą pomiatać i po kawałeczku odbierać moją godność mężczyzny… Ale nienawidziłem konfliktów, nie potrafiłem się postawić, więc grałem według ich reguł i za wszelką cenę usiłowałem nie dawać im powodów do zemsty, czego chyba trochę żałuję.
Chociaż z drugiej strony, gdyby nie ta sytuacja, w moim życiu nie pojawiłyby się dwie osoby, które nadały mu sens, więc... widocznie tak chciało przeznaczenie.
Mijały kolejne miesiące, wszystkie do siebie podobne. Dzieliłem czas między sen, naukę i wypełnianie drobnych zleceń od moich “przyjaciół”, by ci dawali mi spokój. Do pewnego momentu nie miałem nic przeciwko takiemu porządkowi rzeczy, jednak sytuacja uległa zmianie, gdy owi “przyjaciele” zażądali ode mnie rzeczy niemożliwej. Wyjaśnili mi wszystko bardzo zwięźle: otóż w owym czasie mieli bardzo poważny zatarg z pewnym handlarzem i pragnęli odegrać się na nim, wykorzystując w tym celu jego siostrę. A że ich gęby były w okolicy zbyt rozpoznawalne, postanowili - nie pierwszy raz zresztą - wysłużyć się mną. Można się łatwo domyślić, że nie byłem zachwycony kierunkiem, w jaki zmierzał ten plan. Na Prasmoka, nie chciałem nikogo krzywdzić, a perspektywa bliższego spotkania z kobietą, obcą kobietą, budziła we mnie prawdziwe przerażenie. Nie bardzo jednak miałem wybór.
Niechętnie, ale udałem się na wyznaczone miejsce spotkania, do karczmy, której nazwy nigdy nie zapamiętałem - byłem zbyt zestresowany, by mój mózg rejestrował takie nieistotne szczegóły. Zamówiłem kufel piwa, usiadłem przy możliwie najbardziej wciśniętej w kąt ławie, częściowo niknącej już w półmroku i czekałem, wpatrując się tępo w szklane naczynie przede mną. Przyszła spóźniona jakieś pół godziny, a gdy stała w drzwiach, szukając wzrokiem swego oprawcy, mogłem dobrze jej się przyjrzeć. Była drobnej budowy, ubrana raczej zwyczajnie, za to burza rudych loków zdecydowanie przyciągała uwagę. Wyraz jej twarzy trwale zapisał się w mojej pamięci: malowało się na niej napięcie i niepokój, ale równocześnie brak niepewności. Determinacja. Ta dziewczyna wiedziała, po co tu przyszła - chciała ochronić bliską osobę. Swojego brata. Dla niego stawiła się w karczmie, choć była świadoma faktu, iż to nie miało się dla niej skończyć dobrze.
Tymczasem jedyną osobą, dla której ten wieczór zdecydowanie nie należał do udanych, byłem ja. Zamiast zrobić to, co do mnie należało - natychmiast wypełnić bezduszne polecenie “przyjaciół” - wdałem się w rozmowę z Nadye.
Nadye.
Tak miała na imię.
Niewiele pamiętam z tamtego dialogu. Czy minął jak mrugnięcie okiem, czy też wlókł się w nieskończoność - to do dzisiaj jest dla mnie sekretem, którego moja rozmówczyni nie chce mi zdradzić. Owego wieczoru przekonałem się, że pisany jest mi żywot abstynenta. Po jednym kuflu piwa - tak, jednym! - pole widzenia przesłoniła mi czerń, a dźwięki otoczenia zamieniły się w kakofonię, której nie byłem w stanie rozszyfrować. Straciłem przytomność - na kilka godzin, choć zaraz po odzyskaniu jej miałem wrażenie, iż upłynęły całe lata - by następnego dnia obudzić się w zupełnie obcym łóżku.
Łóżku Nadye.
W pierwszym odruchu spanikowałem. Naprawdę. Przeraziłem się, że ją skrzywdziłem. Wprawdzie od początku taki był cel mojego zlecenia, ale... doskonale wiedziałem, że nie byłbym w stanie zrobić czegoś tak potwornego, choćby konsekwencje buntu miały być dla mnie stokrotnie gorsze. Ku mojej wielkiej uldze, Nadye uświadomiła mi, że poza wyśpiewywaniem ballad o struganiu drewna i zwymiotowaniem w kilku miejscach nie zrobiłem niczego nieprzyzwoitego. Co nie zmieniało faktu, iż czułem się gorzej niż koszmarnie. Wobec mojego mizernego stanu, dziewczyna musiała chyba poczuć coś na kształt litości, gdyż nie zważając na okoliczności naszego spotkania, zajęła się mną jak starym przyjacielem, który nieumyślnie wpakował się w tarapaty. Zaparzyła nam po herbacie, usiadła tuż obok mnie… I w ten oto sposób spędziłem cały dzień na szczerych rozmowach z niedoszłą ofiarą mojego braku asertywności. Im więcej szczegółów swego losu odkrywała przede mną, tym mocniej utwierdzałem się w przekonaniu, że nie mogłem zrobić jej krzywdy - a im dłużej, ja opowiadałem jej o sobie, tym lżejsze stawało się moje serce, z którego znikały bóle egzystencjalne, a na ich miejsce pojawiało się… coś zupełnie nowego. Po kilku godzinach spędzonych z Nadye nie miałem pojęcia, w jakim kierunku potoczą się dalej nasze losy, ale jednego byłem pewien: nie mogłem pozwolić, by spotkało ją coś złego.

Minął miesiąc i osiem dni zanim “przyjaciele” zorientowali się, że zrobiłem ich w bambuko. Do tego momentu żyłem w ciągłym napięciu, oczywiście studiowałem - i przez cały czas potajemnie utrzymywałem stały kontakt z Nadye. Utrzymywałem - a nawet zacieśniałem. Flirty wychodziły mi tak dobrze jak syrenom jazda konna, więc nawet nie zamierzałem próbować się w to bawić, żyjąc w przekonaniu, że skończyłoby się to jawną kompromitacją. Ale najwyraźniej to nie było potrzebne, by między rudowłosą dziewczyną a mną wytworzył się szczególny rodzaj więzi, przez którą zacząłem postrzegać świat w nieco inny sposób, mimo że wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Lecz, jak już wspomniałem, prawda na temat Nadye - na temat złamania umowy danej “przyjaciołom” - musiała wyjść na jaw. Dość powiedzieć, że pewnego wieczoru w niewielkiej izdebce, którą wynajmowałem, zastałem leżące na łóżku zwłoki rudej wiewiórki. Myślę, że tak dobitnej aluzji nie muszę nikomu tłumaczyć. Przez całą noc rwałem włosy z głowy, usiłując znaleźć rozwiązanie. I znalazłem jedno. Dla mnie oznaczało ono rezygnację z życiowych ambicji i planów, ale zdążyłem już zrozumieć, że moje priorytety uległy nieodwracalnym zmianom.

Tuż przed świtem odbyliśmy z Nadye długą rozmowę w karczmie, w której spotkaliśmy się po raz pierwszy, nim zaś słońce zawisło w zenicie, byliśmy już daleko od Irrasill i wszystkiego, co się z nim wiązało.

***

Podróżowaliśmy długo, bardzo długo. Brakowało mi studiów, tęskniłem do życia adepta magii i bolało mnie to, że nie mogłem skontaktować się z rodziną - ale za wszelką cenę musiałem chronić Nadye. W tym celu nie mogłem zostawiać żadnych widocznych śladów, po których dawni “przyjaciele” mogliby nas wyśledzić. Zbyt dobrze wiedziałem, do czego byli zdolni, kiedy chodziło o niewyrównane rachunki - a zarówno z ich własnych opowieści, jak i z wyznań mojej na ten czas już narzeczonej, wywnioskowałem, że spór z rodziną Nadye nie był jakąś pierwszą lepszą drobnostką… Ale to sekrety, które nigdy nie powinny wyjść na światło dzienne, dlatego próżno tu szukać najmniejszej wzmianki o nich.
Nie zależało nam na tym, by osiedlać się gdzieś na stałe i nie planowaliśmy niczego naprzód. Podróżowaliśmy od wioski do wioski, zatrzymując się w każdej nie dłużej niż na kilka miesięcy, łapiąc nadarzające się okazje do uciułania kilku ruenów. Przydatna w tym okazała się moja znajomość magii i szczodre serca ludzi, którym zdarzyło mi się udzielić pomocy. Zasadniczo taki żywot odpowiadał nam obojgu i pewnie kontynuowalibyśmy go po dziś dzień, gdyby w naszym życiu nie pojawiło się coś… a raczej ktoś. Ktoś, kto obrócił je do góry nogami i jeszcze raz zmusił nas do przewartościowania swoich wartości.
Nadye spodziewała się dziecka.
Miałem zostać ojcem.
W tej sytuacji postanowiliśmy pobrać się i zamieszkać w najbliższym mieście, by zapewnić potomstwu stateczne dzieciństwo i tak oto wybór padł na Nową Aerię. Za pieniądze oszczędzane od początku naszej podróży zdołaliśmy kupić rozwalającą się piętrową ruderę, którą wyremontowałem własnymi rękami - choć z pomocą upartej Nadye, która nawet będąc brzemienną, nie potrafiła siedzieć bezczynnie. Po dziewięciu miesiącach na świat przyszła najpiękniejsza istota pod słońcem - nasza mała Sveta, nasz największy skarb; miała płomienne włosy jej matki i oczy podobne barwą do moich. Przez pierwsze tygodnie po jej narodzinach żyłem w stanie czystej euforii, lecz potem musiałem wziąć się ostro do roboty... Odświeżyłem zdolności nabyte jeszcze w dzieciństwie i wróciłem do stolarki. Udało mi się otworzyć własny warsztat, z którego dochodów miałem nadzieję utrzymać moją małą rodzinę, a kiedy po okolicy rozeszła się wieść, że miejski stolarz jest równocześnie magiem… cóż, miałem liczne możliwości do ćwiczenia swych umiejętności; począwszy od naprawy przedmiotów, których tradycyjnymi metodami naprawić nie sposób, po ratowanie na wpół poodcinanych kończyn - a nawet leczenie kataru! (Ciekawych historii na ten temat mógłbym opowiadać dziesiątki, ale pisanie o nich zajęłoby mi zbyt wiele czasu, więc... może innym razem.) Mieszkańcy miasta przychodzili do mnie z wieloma problemami - wśród nich były i te zupełnie błahe, i te całkiem poważne - z którymi sami nie potrafili sobie poradzić. Nie przeszkadzało mi to. Przeciwnie, poczucie bycia potrzebnym okazało się czymś naprawdę cennym.

***

Po kilku latach mam już w mieście całkiem niezłą renomę, choć nadal żyjemy skromnie, lecz szczęśliwie. Mam kochającą żonę i rezolutną córeczkę; znajdzie się i chwila na rozwijanie własnych pasji - i to mi w zupełności wystarcza. Czasem zastanawiam się, jak potoczyłyby się moje losy, gdybym podjął inne decyzje; gdybym nie poszedł na spotkanie z Nadye, gdybym nie wypił tamtego nieszczęsnego piwa, gdybym postawił wiedzę wyżej niż miłość… ale chyba nie chcę tego wiedzieć.
Czasem lepiej nie zadawać zbędnych pytań, nie myśleć zbyt wiele i... po prostu robić swoje.

Dane gracza: Mikao

Nazwa użytkownika:
Mikao
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Nevaeh, Ayeesha, Gaia, Cerim, Shyilia,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
So lip 14, 2018 11:37 pm
Ostatnia wizyta:
Pn gru 03, 2018 1:52 am
Liczba postów:
9 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.06 posty dziennie)
Ostatni post:
Klient w parze z kłopotami...
So gru 01, 2018 9:07 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Nowa Aeria
(Posty: 7 / 77.78% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Klient w parze z kłopotami...
(Posty: 7 / 77.78% postów użytkownika)

Podpis

>Kochana żona Nadye <3
>Sveta - mała złodziejka ojcowskich okularów O-O
cron