Profil użytkownika Gasper

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Gasper
Rasa: Alarianin
Wiek: 19


Aura

Ta młodziutka emanacja skrzy się zadziornie złotem, kusząc oczy i zwodząc swoimi idealnie gładkimi powierzchniami. Gdy jednak wyciągniesz ręce by go dotknąć, giętko umknie ci z pod palców. Znajdziesz tu kilka perełek z barachitu, również parę kropelek cyny uda ci się wypatrzeć razem z drobniutkimi smużkami miedzi. Wszystko zaś opromienia topaz, ale nie odstręczający a dziwnie sympatyczny i pogodny, pasujący do ciepłej atmosfery emanacji. W powietrzu tchnącym rześką bezksiężycową nocą, pośród zupełnego braku dźwięków unosi się zapach ludzkiego potu. Eter prócz zapachów, niesie również łagodny smak lepiący się do ust. Sama aura zdaje się być umiarkowanie twardą, ale nie brak jej giętkości czy ostrych krawędzi.


Wygląd

Chłopak jak malowany. Bez skaz na cerze, nawet zęby wszystkie, żaden czarny ni szary. O kąpać go dobrze i mógłby za paniczyka robić, tylko mu te stare, okopcone łachy zmienić, no i ciemne kudły ulizać. Lico zawsze wygolone, że też mu się chce dzień, w dzień ostrzem po tym lisim ryju jeździć. Na oko sążeń wzrostu, może z palcem... ale wygłodzona chłopina. Na polu z rozpostartymi ramionami nie odróżniłbyś go od stracha na wróble. Spojrzenie dość bystre jak na człeka jego stanu, może za sprawą jego ślipi. Sam o nich mówi, że są szare... ale w słoneczne dni błyszczą się na niebiesko, a gdy światła brak to są jakieś takie mulisto-zielone. Przechadzając się tłoczną uliczką nie zawiesiłbyś na nim wzroku, chłopak jakich wielu.


Charakter

Łatwo przywiera do niego łatka spokojnego, uległego i cichego dzieciaka. Za sprawą tego, że unika problemów, nie wychyla się poza szereg ani zanadto nie zapada w pamięć. Za nic ma opinią innych, choć stara się nie dać im tego odczuć. Sam własnymi przemyśleniami nie dzieli się często, co kogo może interesować opinia człowieka jego pokroju. Przy bliższym poznaniu zyskuje troche kolorytu, jest w miarę inteligentnym chłopakiem o zachwianym kompasie moralnym i sarkastycznym humorem. Otacza się ludźmi, których motywację rozumie, a działania może przewidzieć - ale tylko z grubsza. Ponieważ lubi osoby głośne, głupawe czy często wpadające w problemy, bądź po prostu ciekawe. Nawet względem zdawałoby się najbliższych jest w stanie zachować dystans, jaki i się całkowicie odciąć. Pojęcie własności osobistej nie jest mu znane, gdy ktoś nie jest w stanie upilnować swojego dobra należy mu je odebrać. Może następny właściciel okaże przedmiotowi należyty szacunek. Choć wie, że twarz to nie szklanka woli unikać tłuczenia się po mordach czy inny rozwiązań nie werbalnych. W gruncie rzeczy jest dobrym człowiekiem, choć wiele z jego czynów nie przystoi takiemu i należałaby się za nie kara.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Wytrwały,
Zwinność:Niezwykle zręczny, Szybki, Perfekcyjny,
Percepcja:Wyostrzony wzrok, Dobry słuch, Kiepski węch, Wyostrzone czucie, Nieznaczny zm.mag.,
Umysł:Bystry, Błyskotliwy, Silna wola,
Prezencja:Szarmancki, Przekonywujący,

Cechy specjalne

Pamięć ejdetyczna [D]- to zdolność odtwarzania złożonych obrazów, dźwięków i innych obiektów z bardzo dużą dokładnością.
Hiposmia [S]- zmniejszona zdolność do wyczuwania zapachów.
Marnotrawny [W]- jest w stanie roztrwonić każdą sumę.
Lekka paranoja [W]- nieufność, czujność, podejrzliwość, ostrożność, rywalizacyjność, cynizm, zazdrość, poczucie krzywdy i usprawiedliwienie samego siebie.

Umiejętności

Hodowla [O] wczesne lata spędził na wypasie owiec.
Rzeźbienie [P] hobbistycznie struga we drewnie.
Czytanie [O] nauczył się czytać w zakonie.
Kaligrafia [W] podczas nowicjatu okazało się, że ma predyspozycję w tym kierunku.
Niebologia [O] przyswoił podczas trzyletniego pobytu w klasztorze.
Matematyka [P] opanował podstawy w zakonie.
Etykieta [P] opanował podstawy w zakonie.
Kieszonkostwo [W] cztery lata praktyki na ulicach Valladonu.
Szulerstwo [O] cztery miesiące współpracy z szulerem, którego prawdziwego imienia nawet nie zna.
Parkour [O] pokonywanie przeszkód stojących na drodze w jak najprostszy i najszybszy sposób.
Otwieranie zamków [O] przyuczył go człowiek, którego rodzinie zajmuje się tym fachem od pokoleń.
Unieszkodliwianie mechanizmów [O] przyuczył go człowiek, którego rodzinie zajmuje się tym fachem od pokoleń.
Jubilwerstwo [P] kilka miesięcy był czeladnikiem.
Fałszerstwo [W] samouk, potrafi podrobić każdy dokument, który widział choćby raz.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Towarzysz


Historia

Równiny Andurii,
766 r.e.a.
Miesiąc jelenia.

Czworonożna Bestia podeszła do śpiącego pod drzewem chłopca. Szorstki język stworzenia zaczął ślinić twarz dzieciaka.
- Bestia! Przestań, już nie śpię! - wyjęczał jeszcze nie do końca tomny. Odepchnął pysk psa. Wstał przeciągając się i ziewając. Prawe oko prasmoka zaczynało sięgać horyzontu. Gasper musiał wrócić do domu jeszcze przed wzejściem drugiego ślepia mistycznego gada. Zdawałoby się, że nie powinno stanowić to problemu. W końcu dni w miesiącu jelenia są tymi najdłuższymi w roku, a jednak... Przyjemny wietrzyk i cień drzewa sprawiły, że sen w ten upalny dzień był twardy i długi. Tylko dzięki swojemu inteligentnemu towarzyszowi, leciwej już Bestii nie będzie musiał szwendać się po zapadnięciu ciemności. Sięgnął za koszulę, wyciągnął jedną z piszczałek zawieszoną na rzemieniu. Miał ich kilka, wszystkie drewniane. Sam je strugał podczas długich dni pracy. Każda wydawała inny dźwięk, jedne były by odstraszać dziką zwierzynę, inne naśladowały śpiew ptaków, a ta po którą sięgnął do wydawania komend. Zaczął pędzić z wiatrem pogwizdując, na co zareagowała Bestia. Duet ten gnał tak by zbić rozpasane po polanie owce na powrót w stado. Po chwili banda wełnianych trawożerców ruszyła w jednym kierunku, chłopak mógł zwolnić do truchtu. Stado należało do Kastora herbu Nohawici. Rodu ponoć tak starego, że brał udział w Wojnie Mauratyjskiej. Sir Kostar był jednym z wielu rycerzy Króla Hildara. Zapłatą za służbę, pot i krew oddaną w imię dobra Valladonu była niewielka wioska w raz z inwentarzem na południu kraju. Populacją Zalewu liczyła jakieś 60 osób, w tym rodzina młodego pasterza. Cała rodzina chłopaka trudniła się chowem owiec, pozyskiwaniem z nich wełny jak i mleka oraz produkcją sera. Na szczęście stado, które zaganiał składało się tylko z starszych osobników. Był one łatwiejsze w obejściu, nie wybierały się na wycieczki mniejszymi grupkami i nie dawały już mleka. Przynajmniej na tyle by warto było je doić. Co było tu istotne, kiedy wraca się tak późno. Młodym należałoby jeszcze ściągnąć mleko przed spaniem, z rana nie będzie czasu. Pasterstwo to ciężki kawałek chleba, trzeba wstać przed słońcem by zagonić zwierzęta na pastwiska. Skoro jego stadko nie trzeba było drenować matka na niego nie nawrzeszczy.
- Gaz, gdzieś ty znowu był? - jednak się przeliczył.
- Kilka owiec odłączyło się od stada. - skłamał.
- A góry Andurii przysłoniły niebo - obdarzyła go karcącym spojrzeniem - jak już zamkniesz stado w zagrodzie, bież zydel i pomóż nam doić.
Chłopakowi niezbyt się spieszyło z tym zaganianiem, jeśli dostatecznie długo będzie zaganiać inwentarz skończą bez niego. Jednak zawistny wzrok rodzeństwa smagały go po plecach jak bat. Mimo braku chęci sprawnie zagnał owce. Bestia dołączyła do pozostałych psów pasterskich stróżując domostwo. Wziął zydel i przysiadł się do rodziny, brakowało tu tylko ojca. Ulokował się pomiędzy siostrami Meg i Honoratą. Tak by nie siadać koło któregoś z trzech braci. Najmłodszy Leonard był nieszkodliwy nawet nie puszczano go jeszcze z zwierzętami, ale gdyby usiadł koło Toma lub Ronalda... dostałby kilka kuksańców za ślamazarność tak by matka nie zauważyła.
- Wszyscy już wiedzą, ale książę jak zawsze spóźniony... więc powtórzę. Jagna dziś u mnie była. Powiedziała, że gościła dzisiaj znużonego podróżą zakonnika. Ponoć wraca z dalekiej misji, a w drodze powrotnej błogosławi każdemu napotkanemu domostwu. Do nas jeszcze nie dotarł, więc pewnie nocuje u kowala. Więc jutro nie wypasacie, ojciec weźmie całe stado, a wy po porannym obchodzie marsz nad rzekę i się wymyć do czysta... - przerwał chóralny jęk dezaprobaty dzieci. Nie to że nie lubiły wody, ale pokrywanie się popiołem drzewnym i szorowanie iglastymi gałęziami nie należało do najprzyjemniejszych. Normalnie byli zmuszani do kąpieli tylko pięć razy do roku przed najważniejszymi świętami. Niespełna 6 tygodni temu było Święto Słońca, za kolejnych kilka będzie Zachodzącego Słońca, a tu ich czeka nadprogramowa tortura.
- Nie zaczynajcie! I dokładnie, sprawdzę nawet za uszami. Żeby mi wstydu nie było przed mnichem.
Reszta pracy minęła już w milczeniu. Białe oko prasmoka błyszczało tak jasno, że ciężko było dostrzec pozostałości po Duchach Początku. Gasper nie mógł zasnąć, ojciec który położył się wyjątkowo wcześnie, piłował jak brygada drwali w tartaku. Najgorsze nie były odgłosy chrapania, a przerwy pomiędzy nimi. Każda z takich pauz dawała nadzieję, że uda się zasnąć przed kolejną salwą. Chłopak przewracał się z boku na bok, poirytowany myślą że krzyczy się na niego jak tylko trochę przyśni podczas pracy ale w nocy nie daje mu się spać.

Wioska Zalew,
dzień później
Gospoda kowala.

Chrząknięcie wybudziło Bernarda ze snu, jego własne chrząknięcie. Zanim jeszcze otworzył oczy poczuł suchość w ustach i dziwne łaskotanie w żołądku, to z tych mniej przyjemnych. Wzdrygnął się lekko nie wiedząc gdzie się znajduje. Niewiele pamiętał z poprzedniego wieczora. Jego drogę przecięła jakaś wieś Zlewisko, Zalewisko czy Zalew. Nie robiła wrażenia zbyt bogatej, a tu leży w niczego sobie izbie. Łoże obciągnięte skórą, a nie liczył nawet na wyplatane. Spodziewał się raczej słomianej ściółki przykrytej owczym runem. Wysilił pamięć, co przyprawiło go o ból głowy.
- A tak! - wykrzyknął, po czym szybko zakrył dłońmi usta. Przypominał sobie, że ugościł go kowal. Jego żona prowadzi karczmę z izdebką i stajnią, jak dumnie obwieszczał... co najmniej trzykrotnie. Chyba wczoraj urządzili sobie zawody w piciu. Wstał, prześcieradło zsunęło się na ziemię. Odsłoniło sylwetkę rosłego, pulchnego, włochatego i nagiego mężczyzny. Jak stał podszedł do drzwi, otworzył je. U progu leżała miska z wodą. Wciągnął ją do pokoju, trzasnął. Skrzywił się na dźwięk, który sam spowodował. Padł na czworaka przed miskę, jedną rękom łapczywie czerpiąc wodę. Więcej cieczy trafiało na jego krzaczastą, rudą brodę niż pomiędzy wargi. Gdy zaspokoił pierwsze pragnienie, zaczął się obmywać. Mały paluszek w jedno ucho, obrót w prawo, lewo. Drugie ucho, mały palec i obrót w prawo, lewo. Kciukiem przeleciał po wszystkich zębach i splunął. Najwyraźniej wszystkie były na swoim miejscu. Wskazującym nacisnął na prawe nozdrze i wysmarkał zawartość lewej do miednicy. Podobnie uczynił z drugą. Zamoczył jeszcze tylko nogi, po czym wytarł się w prześcieradło. Miednicę wsunął pod łoże, a zwinięte prześcieradło rzucił w kąt. Przywdział brązowy habit i przewiązał go grubym sznurem z frędzlami na obu końcach.
Zszedł na parter, zastał tam gospodynię szorującą parkiet na klęczkach. Lubieżnym wzrokiem świdrował niewiastę.
- Bracia zakonni zawsze tak późno wstają? - spytała, wyżynając ścierkę nad wiadrem.
- Chwała Najwyższemu! Wstajemy skoro świt, ale nasze poranne modły zaiste są przesadnie długie. Dobra kobieto dziękuję za gościnę. ile jestem winny twojemu mężowi? - powiedział to tonem typowym dla stanu duchownego, a nie miał nawet przy sobie sakwy. Kobieta wstała i obdarzyła go uśmiechem.
- Jakżebyśmy mieli brać zapłatę od sługi Najwyższego. Modlitwa i wczorajsze opowieści, my tylko... - wyrwał ją z zakłopotania kreśląc jakiś znak na czole, ucałował to miejsce.
- Błogosławie Ci kobieto i temu domostwu - wzniósł niedbale obie donie na wysokość swojej głowy - a teraz gdzie mój rumak?
Karczmarka wskazała zakonnikowi drogę. Ów rumak okazał się być zwykłym osłem, do którego był już zaprzęgnięty dwukołowy wóz.
- Bernard, to znaczy bracie Bernardzie. Pozwoliłem sobie rozkuć twego kolegę, dawno nie strugałeś mu chyba kopyt? Oczywiście już okułem go na nowo, a mój syn zajął się twoim wozem. - położył dłoń na ramieniu rudobrodego na znak sympatii.
- Ach tak, dawno nie było ku temu sposobności. Ty chyba na Ducha Światłości aspirujesz, na całej Równinie Andurii tak uczynnego człowieka nie widziałem.
- Nie zawstydzaj mnie, na drogę dorzuciłem Ci jeszcze beczułkę czegoś mocniejszego, żebyś się nie zanudził w podróży, bo po domostwie Toma ze trzy smoki do kolejnej wioski. - powiedział konspiracyjnym półszeptem.
- Cofam to, tak uczynnego człowieka nie widziałem na całej środkowej Alaranii! - i on położył dłoń na ramieniu dobroczyńcy. Jeszcze przez jakiś czas gawędzili w uścisku od czasu parskając śmiechem. Po czym mnich z osłem ruszyli w drogę. Kowal dołączył do żony i dzieciaka machających mężczyźnie na pożegnanie z ganku.
Niezbyt długo maszerowali, nim trafili do kolejnego domostwa. Nie przypominało przybytku kowala, ale nie różniło się zbytnio od pozostałych w tej wiosce. Na podwórzu widział dwie dziewczynki bawiące się słomianymi lakami.
- Chwała Najwyższemu! Rodzice w domu?
- Tata to nie, ale mama to tak. Tatuś zabrał owce na łąkę, a ma... - Meg pociągnęła młodszą siostrę by ta przestała tyrkotać.
- Chwała Najwyższemu. Zapraszamy do środka, mama przygotowała posiłek. Meg wskazała ręką kierunek.
Ronald pojawił się znikąd, zdyszany chwycił uzdę:
- Ojcze ja się nim zajmę. - zakonnik pogładził chłopca po głowie, po czym ruszył wskazanym kierunku. Przed wejściem do domostwa ostukał framugę drzwi, mamrocząc jakieś niezrozumiałe inkantacje. Po wejściu do izby rozglądał się jakby szukał dziury w stropie, cały czas mamrocząc coś i potrząsając prawą dłonią. Umilkł, łaskawie spuścił wzrok na domowników.
- Chwała Najwyższemu!
- Chwała Najwyższemu! - odpowiedzieli chóralnie.
- Niech Brat usiądzie... - kobieta wskazała jeden ze zydli przy stole na środku pomieszczenia - nie jest Brat głodny? Gdzie moje maniery? Jestem Merry, to mój najstarszy syn Tom. Nie wiem gdzie się podziewa drugi Ronald, przed chwilą jeszcze tu był. Ten to Gasper, a ten najmniejszy to Leonard. Dziewczynki to kolejno Meg i Honorata. Mąż Tom niestety musiał zająć się owcami.
- Piękna rodzina, dzieci odziedziczyły urodę po matce. Mąż jest szczęściarzem. Widzę, że Najwyższy wam sprzyja. - usiadł na wskazanym miejscu. Kobieta podała mu miskę ze zupą serową. Pracochłonna potrawa, którą przygotowywała od święta. Z powodu braku czasu i nadmiaru obowiązków. Jej najlepsze danie, przepis babuni. Mężczyzna chwycił drewnianą łyżkę, odprawił modlitwę i sprawnie pochłonął posiłek. Na zapytanie kobiety o dokładkę, podziękował. Posiłek był smaczny lecz żołądek po wczorajszych wyczynach jeszcze nie doszedł do siebie. Nie miał zamiaru go obciążać. Zakonnik okazał się niezwykłym człowiekiem, przynajmniej w swoich opowieściach. Synek arystokratki i Palladyna. W swoim życiu spotkał nie jednego emisariusza. Widział pojedynek Anioła z Diabłem, a teraz jest na tak tajnej misji, że nawet nie może o niej wspominać. Słuchacze spijali słowa z warg zakonnika jak cielak doił wymiona matki. Bywali w tych okolicach duchowni, ale nigdy tak niesamowici. Gdy mnich zaczynał się powoli zbierać tłumacząc, że czeka go długa wędrówka, kobieta złapała go za rękaw.
- Bracie Bernardzie, mam wielką prośbę. - Zarumieniła się nieco, miała zmieszany wyraz twarzy.
- Tak, dziecko?
- Jak pewnie zauważyłeś, nasza wioska nie należy do największych, a z połową mieszkańców jestem spokrewnioną. Mam czterech synów, na razie tylko dwóch ma przyobiecane partnerki. Z woli Najwyższego mam wiele potomstwa... Chciała bym oddać jedno właśnie Jemu na służbę. - Wykrztusiła, chwytając najmłodszego.
- Leonard jest grzecznym i uduchowionym dzieckiem, na pewno się nada na służbę Najwyższemu. Zakonnik starał się ukryć zdziwienie najlepiej jak potrafił. po chwili milczenia przemówił:
- Służba Najwyższemu jest wielkim zaszczytem, jednak nie każdy się do niej nadaje. W braci zakonnej każdy z wspólnoty musi być użyteczny, a nie mamy tam owiec. - po tych słowach wyszedł z izby. Po paru chwilach wrócił z niewielką oprawioną w skurę księgę, pergaminem i węglem.
- Niech spróbuje przepisać to zdanie - wskazał ślaczek. Leonard bardzo się starał. Ilekroć spuścił z kartki wzrok zdawało mu się, że znaki zmieniły układ. Były jak pełzające mrówki, nie mógł ich odwzorować. Bernard teatralnie zamknął księgę.
- Sama widzisz kobieto, niestety mój klasztor nie prowadzi sierocińca, jednak w drodze powrotnej wstąpię i spróbuje... - przerwał, zaskoczony. Inny chłopiec wziął od powstrzymującego łzy Leonarda węgiel i niemal doskonale odwzorował wskazaną sentencję.
- Kto nauczył go pisać? - spytał otrząsnąwszy się ze zdumienia.
- To Gasper, ma już jedenaście lat, potrafi pracować ale jest niepiśmienny... sama nie potrafię pisać to też go nie nauczyłam. Ale zawsze był uzdolniony, żeby Brat widział co on potrafi wystrugać w drewnie. Jeśli Brat nie ma nic przeciwko mogę go oddać Najwyższemu by służył.
- Oczywiście, chodźmy! Jestem już opóźniony w podróży. - jego ton i chód zdradzały niezadowolenie. Rodzina jednak tego nie zauważyła skupiając swoją uwagę na Gaza.
-Pierwszy duchowny w rodzinie. - matce ciekły krople wzruszenia po policzkach. Dziewczynki nie wiedzą nawet czemu poszły w ślad za matką rycząc wniebogłosy. Nawet bracia wybrańca okazali ślad podekscytowania i zamiast zwyczajowych kuksańców rozczochrali mu piąstkami fryzurę.

Kamieniec,
766 r.e.a.
Miesiąc Dzika.

- Łajdaku oszukujesz! - skarżył się jeden z gości tawerny, wymachując rękoma. W jednej dłoni trzymał róg z różowym winem. Niewiele go już zostało w naczyniu, a od ostatniego napełnienia jeszcze nie przystawił go do ust. W drugiej dłoni zaś krył karty, które właśnie rzucił na stół. Sięgnął ku górce srebrnych orłów. Nim ich dotknął sztylet przebił jego dłoń. Utkwił w blacie. Jęk przegranego przyciągnął uwagę resztę klientów karczmy o zacnej nazwie "Dwurożec".
- Czy ty wiesz, że kradzież kara się odcięciem kończyny? - wypowiadając te słowa, brodaty jego mość zagarniał monety do sakwy.
- Ludzie bandyta! Pomocy! - jęczał próbując oswobodzić dłoń. Jego karciany rywal nie czekał, aż reszta zgromadzonych zdecyduje się poprzeć jedną ze stron. Wstał od stołu z drugim sztyletem gotowym do starcia. Z kiesy wyciągnął 2 srebrniaki i rzucił mężczyźnie przy szynkwasie.
- Szefuńciu, za szkody i medyka dla tego obesrańca. - po czym spiesznie wyszedł z lokalu. Oddalał się na tyle szybko na ile pokryta śniegiem droga pozwalała. Jednak nikt nawet nie wychylił nosa z Dwurożca. Zboczył z ścieżki w las, sprawdzając czy nikt go nie śledzi. Natrafił na wóz zaprzęgnięty w osła.
- No już, już wiem, że jest kurewsko zimno. - Pogładził zwierzę po boku. Wyciągnął marchew i w połowie osuszoną butelkę czegoś klarownego. Siebie uraczył kilkoma łykani, zwierzę warzywem.
- Rozumiesz? Nazwał mnie oszustem, skurwiel jeden. Żeby zarzucić komuś oszustwo powinien je udowodnić. Powinienem przebić mu jęzor nie dłoń. Teraz muszę tu marznąć razem z tobą zamiast wylegiwać się pod ławą.
Odgłos gniecionego śniegu przerwał mu pogawędkę z pupilem. Odruchowo rzucił butelką w kierunku, z którego nadchodził dźwięk. Nie było jeszcze tak późno, ale o tej porze roku wcześnie robiło się ciemno.
- Prawie mnie trafiłeś, do reszty ci odbiło? - powiedział jakiś dziecięcy głos.
- Nie strasz mnie tak. Myślałem, że to któryś z dupków z tej speluny. Miałeś się tu zjawić dopiero jutro.
- Tak, żebyś mnie tutaj zostawił. - chłopak postukał się palcem po czole. Mężczyzna parsknął śmiechem, po czym posadził młodzieńca na wozie. Osioł wyraził niezadowolenie pokręcając łbem do czasu gdy dostał kolejną marchew. Brodacz wygrzebał kolejną flaszkę, tym razem pełną i 2 gliniane czarki.
- Masz należy ci się, ale czemu nie zawsze dawałeś znaki... mogłem przegrać.
- Myślisz, że tak łatwo dostrzec karty zza kolejnej ławy, gdy tak macha tymi łapami. Nie potrzebnie go prowokowałeś.
- To zwykły cham i prostak był, należało mu się...
Zazwyczaj, po dobrej robocie chłopak mógł liczyć na jedną czarkę berbeluchy. Dzisiaj jednak było inaczej, towarzysz napełniał ją ilekroć była pusta. Nie narzekał, w końcu mieli spać pod gołym niebem, a ciecz grzała. Poznali się niespełna 4 miesiące temu. Dla Gaspra był wtedy Bratem Bernardem, pokornym sługą Najwyższego. Podczas wspólnej wędrówki poznał również inne postaci z bogatego wachlarza szulera: kupca Alberta Madino, poborce podatkowego Joachima i gońca Max. Tą ostatnią figurą posługuje się obecnie w Kamieńcu. Niestety, koń którego nie ma zranił sobie kopyto i jest zmuszony pozostać kilka tygodni w tej mieścinie. Pierwszym większym miasteczku na ich szlaku. Do tej pory nie wie kim jest tak naprawdę i jaka jest jego historia. Czas spędzony z Bernardem zaliczał się do najszczęśliwszych chwil życia dzieciaka. W porównaniu z dniami spędzonymi na doglądaniu owiec, bądź przetwarzaniu sera w drewnianych, odymionych szałasach jego styl życia był urokliwy. Zapewniał dreszczyk emocji, przypływ adrenaliny, nigdy nie było wiadomo co przydarzy się nazajutrz. Dopiero po dwóch dniach od poznania Bernard przyznał się do bycia kanciarzem. Gasper wydedukował to już wcześniej, ale nic mu nie powiedział. W końcu co to za mnich który wciągu dwóch dób pieszej wędrówki nie pomodlił się choćby raz. Tak zamiast wrócić do domu ruszył w dalszą wędrówkę z nowo poznanym. Od tamtego czasu minęli wiele wiosek i zrealizowali wiele przekrętów.
Chłopak właśnie zaliczył pierwszego w swoim życiu zgona.
Metaliczne dudnienie rozłupywało czaszkę Gaspra. Był jakoś dziwnie bezwładny, nie miał władzy w rękach ani nogach. Coś go dławiło, pomimo iż słońce jeszcze nie zawitało na niebie, jego poświata owszem. Nawet ta dawka światła raniła jego oczy. Jak już wzrok się oswoił, zauważył co tak hałasowało. Był to wielki dzwon. On natomiast był z krępowany i zakneblowany pozostawiony sam sobie przed drzwiami świątyni. Zakonnicy opuszczający dormitorium w celu porannych modłów w kaplicy natknęli się na niecodzienny pakunek.

Zakon im. Jeremiasza,
770 r.e.a.
Miesiąc sowy.

Plątanina białych nici tworząca majestatyczną sieć przyozdabiała róg celi młodego mnicha. Codziennie po przebudzeniu przyglądał się architektowi tego arcydzieła w akcji, oczekując na bicie dzwona. Sygnału, że pora na modły. Jak co dzień bez niespodzianek, doczekał się. Opuścił pomieszczenie, wraz z innymi braćmi w milczeniu przeszedł korytarzem na zewnątrz, przez dziedziniec do kaplicy. Trzydziestu trzech mężczyzn musiało pomieścić się w ośmiu ławach. Do kolejnego dzwona recytując litanie skierowaną ku Najwyższemu jak i Patronowi Klasztoru. Jeremiaszowi, Duchowi Światłości, który wedle podań ustnych ludu zszedł do Piekła z misją. Został pojmany przez legion Upadłym Aniołów, był tam torturowany i kuszony. Wytrzymał tak 40 lat, co poruszyło serca i na nowo natknęło wiarę w duszę zdrajców. Porzucili Piekło i wraz z Jeremiaszem wrócili do Planów Niebieskich, gdzie poddali się pod osąd Najwyższego.
Zabrzmiał drugi dzwon, koniec liturgii. Kolej na modlitwę własną, Klepsydrę czasu wszyscy mnisi sprawują modły w ciszy we własnej intencji. Gasper zazwyczaj wtedy rozmyśla co kierowało fundatorem klasztoru. Według oficjalnej wersji do Ulryk Vazerjusz, tak z tych Vazarjuszy jakieś 200 lat temu podczas pobytu w Kamieńcu doznał proroczego snu. Sam Jeremiasz zaszczycił go we śnie i nakazał budowę Świątyni w miejscu gdzie się własnie znajdowali. Według rozważań Gaza najprawdopodobniej, szlachcic tego pokroju mógł zawitać do Kamieńca tylko dla uciech cielesnych. Zapewne został przyłapany przez rodzinę szacownej małżonki na czynie lubieżnym. Iż był arystokratą włos z głowy nie mógł mu spaść, ale ród małżonki mógł domagać się zadość uczynienia i stąd klasztor. W najlepszym wypadku nikt go nie nakrył, ale wybudował klasztor by ukryć w nim bękarta. Tym samym uciszyć pragnącej lepszego losu dla swojego dziecka kochankę.
Ojciec Albert, Prałat zgromadzenia wstał od ławy, podszedł do ołtarza. Rozpoczął poranną mszę. Wybicie trzeciego dzwona, zwiastowało iż minęła połowa nabożeństwa. Po mszy mężczyźni udali się do refektarza na śniadanie. Posiłek zwykle opiewa w kawałek ryby, piętkę chleba i ser. Jak do każdego dania mnisi raczą się kielichem wina. Przy posiłku zakonnicy nie muszą zachowywać milczenia to pierwsze okazja każdego dnia by się odezwać do współbraci, oczywiście poza poranną litanią.
Czwarty dzwon przerywał wieczerze. Wszyscy bracia zaślubieni Najwyższemu udali się do przypisanych im prac. Pozostali, którzy nie złożyli jeszcze ślubów wieczystych skierowali się ku kapitularz za Bratem Ambrożym Mistrzem Nowicjatu, gdzie pobierają nauki: czytania, pisania, kaligrafii, matematyki, etyki, niebologi i etykiety. Nie przypadkowo nauczanych tematów jest tyle co dni tygodnia, każdy jest wykładany poszczególnego dni. Gasper nie był jeszcze pełnoprawnym sługą Pana, odbył już dwa lata nowicjatu i jego śluby czasowe zbliżają się ku końcowi.
Siódmy dzwon przerywa pracę/naukę braci. Oko prasmoka znajduję się w najwyższym punkcie nieba, czas na mszę południową. To nabożeństwo prowadzi wyznaczony przez Ojca Alberta brat, dzisiaj padło na Dominika.
Ósmy dzwon, kończy liturgię południową i oznacza czas wolny. Trzy klepsydry na własne zachcianki, w tym okresie Bracia mogą opuszczać Klasztor bez zezwolenia Prałata. Należy pamiętać by spożyć obiad w innym wypadku będzie się pościć aż do kolacji.
Klepsydrę po dziewiątym dzwonie wszyscy Bracia wracają do pracy, bez podziału na zaprzysiężonych i nowicjat. Przydział Gaspera to przepisywanie Księgi Najwyższego, robi to już od 2 lat. Zazwyczaj tylko zaprzysiężeni bracia imają się tego zdania, gdyż wymaga dużej precyzji i wytrwałości, które przychodzą z wiekiem. Młodzieniec jest wyjątkiem, Najwyższy mu pobłogosławił. Roku zajęć z kaligrafii wystarczył by stał się najlepszym z pośród zgromadzenia w tej dziedzinie. Podczas porannego bloku zajęć dydaktycznych już od dwóch lat nie pobiera lekcji z kaligrafii, a jest asystentem Brata Ambrożego.
Dwunasty dzwon, koniec dnia pracy. Czas na wieczernię. Najmniej lubiany przez Gaza obrzęd liturgiczny, całe dwie klepsydry śpiewu ku chwale Najwyższego. Chłopak nie miał dar wokalnego, podobnie jak większość jego wspólnoty. Natomiast został pobłogosławiony dobrym i czułym słuchem.
Trzynasty dzwon jest dla niego wybawieniem, kończy torturę. Ponownie zbierają się w refektarzu i posilają się kolacją. Do kolejnego dzwona przypominającego o mszy wieczornej, nie mają żadnych obowiązków. Po nabożeństwie udają się do dormitorium, każdy do własnej celi. Gasper ponownie zalega na swym łożu i przygląda się pajęczynie. Wielkim, zębaty uśmiechem gości na jego twarzy, łzy podchodzą mu do oczu. Już jutro wypuszczą go na wolność, po porannym nabożeństwie. Panuje taki zwyczaj, że mnicha który kończy roczne śluby czasowe wypuszcza się z złotym gryfem w ostatnią podróż. By mógł skosztować zwykłego życia przed podjęciem ostatecznej decyzji. Zwyczaj zakonnik wracają jeszcze przed wieczornym nabożeństwem i następnego dnia składają śluby wieczyste. Lecz mają czas do końca miesiąca sowy, na powrót do wspólnoty. Sowa symbol nowego początku.
*pierwszy dzwon - godzina szósta rano; *okres między dzwonami - odpowiednik godziny; *klepsydrę czasu - trzydzieści minut.

Valladon,
rok bieżący,
Zachodnia Brama.

Miasto leżało nad samą rzeką. Szmer wód Motyla zagłuszała miejska gawiedź. Targujący się kupcy, bawiące dzieci, krzyczące na nie matki. Odgłosy pracy rzemieślników: stukot młota kowalskiego, postuk krosna tkackiego czy bluzgi szewca ukutego igłą. Ryczenie, beczenie i muczenia żywego inwentarzu. Do tego wszystkiego bardzo łatwo można było się przyzwyczaić, większy problem sprawiało nawyknięcie do smrodu panującego w Valladonie. Nie był to problem tylko tego miasta, a wszystkich miast Alaranii. Logiczną konsekwencją dużych skupisk ludzkich i zwierzęcych na niewielkim obszarze był fetor nieczystości, które generowali. Choć trzeba tu oddać Królowi co królewskie. Za rządów Hilarda ruszyła pierwsza na kartach historii budowa systemów kanalizacyjnych. Obejmowała tyko gród, a zniwelowało to znacząco problem smrodu. W bogatszych dzielnicach, dzięki bujnym ogrodom i niezliczonym odmianą kwiatów w nich porastających problem znikł. Pozostali mieszkańcy musiała przywyknąć.
- Łapcie go! Ten smark zabrał mi sakwę! - krzyczał kupiec przy bramie zachodniej miasta. Nikogo w tłumie to nie obeszło. Sam handlarz nie ruszył się od swojego wozu, w obawie utraty reszty dobytku. Straż miejska również nie opuściła swojego stanowiska. Zajęta kontrolą wchodzących do miasta ludzi i wjeżdżających wozów. Dziecko znikło ofierze z oczu. Pobiegło do magazynu ulokowanego nieopodal, wspięło się kolejno na beczkę, skrzynię i chwyciło zwisającą z dachu rękę.
- Widziałeś jak gnałem? Nie miał szans. - wysapał pozbawiony przednich zębów chłopak.
- Nikt cię nie gonił, pokaż łup. - skontrował ciemnowłosy młodzieniec. Zdyszany na te słowa się naburmuszył, ale posłusznie podał sakwę.
- Srebrniak i garść brązowych, nie dziwie się, że cię nie gonił. - odliczył połowę brązowych i przesypał do swojej kiesy. Rzeszę oddał wspólnikowi dodając:
- Dobra. Ruszajmy do piwnicy Skrzata. Dupę sobie upiekę na tych dachówkach. - kierowali się na wschód, przechodząc z dachu na dach.
Pukanie zmusiło karła by się podniósł. Taboret na którym siedział przysunął ko wejściu, wspiął się na niego i otworzył mniejsze drzwiczki w drzwiach. Zauważył znajomą twarz, trzasnął. Zszedł z mebla, odstawił go i odryglował drzwi. Wpuścił dwie postaci ciemnowłosego młodzieńca i jego towarzysza o wybrakowanym uśmiechu.
- Witaj Walter, widziałeś dzisiaj coś pięknego? - Zapytał Gasper.
- Te same szpetne ryje co zawsze Sroko. - wycharczał karzeł. wybuchli śmiechem jakby ktoś powiedział jakiś przedni dowcip. Tylko dzieciak nie potrafił odnaleźć się w tej sytuacji.
- A coś to za maleństwo przeprowadził.
- Co maleństwo, jestem większy od... - kopniak w kostkę uciszył malca. Niziołek znów sucho się zaśmiał.
- Sierota Karol, nowy w naszej branży.
- Konrad. - poprawił go młodzian.
- Dobra, lecę. Mam coś dla Sawina. - zszedł schodami do głównej sali. Izba wyglądała jak typowa mordownia, zajął miejsca na skraju ławy. Chwycił kompana za kaptur.
- Widzisz tego wielkiego, łysego, czerwonego typa? - wskazał palcem w głąb sali, jedyny oblegany stół. Po środku niego siedziała osoba pasująca do opisu. Szczerbaty pokiwał dynamicznie głową na znak, że widzi.
- To teraz idź do niego i wręcz mu orła z dzisiejszej fuchy. - popchnął malca by dodać mu odwagi. Mężczyzna przyjął monetę. Obrócił się w kierunku wskazanym przez chłopca. Spojrzenie Sroki i Sawina się spotkały, skinęli głowami. Po czym łysy wrócił do rozmowy z dzieckiem.
- Przesuń się! - powiedział mężczyzna napierając biodrem, tak by się dosiąść. Jeszcze dwóch młodzieńców dosiadło się na przeciw Gaspera.
- Co to za szczyl z tobą wszedł? - zapytał jedyny blondyn przy stole.
- Narybek.
- Do ciebie zawsze trzeba się dosiadać? Nie łaska przysiąść się do kumpli? - z pretensją w głosie zapytał młodzian z krzywo zrośniętym nosem. Sroka nie uraczył go odpowiedzią.
- Daj spokój, tak śmierdzisz, że sam bym z tobą nie siedział jakbyś nie był moim bratem. - zaszydził, dźgając tym razem kolegę łokciem w żebra. Gaz, pomasował bok, westchnął i dodał:
- Nie spodziewałem się was tak wcześnie u skrzata.
- A wiesz jak to jest... - wywiązała się dłuższa rozmowa między przyjaciółmi okraszona winem i serem.
Gasper przybył do Valladonu jakieś cztery lata temu. Za złotego gryfa otrzymanego od zakonu kupił płócienna koszulę, wełniane spodnie i skórzaną katanę. Za dwie srebrne monety, habit i cingulum kupiec wędrujący po Rubinowym Szlaku wziął go ze sobą, do stolicy Państwa. Zaraz po przekroczeniu bram miasta ich drogi się rozdzieliły. Piętnastoletni wówczas niedoszły mnich poczuł, że właśnie spełniają się jego marzenia. Nie przeszkadzało mu, że poza tym co ma na sobie posiada tylko 20 kruków. Nie miał pojęcia gdzie tego dnia będzie nocował.
Przyspieszony kurs kłamstwa, obłudy i szulerstwa pod okiem Brata Bernarda aka kupca Alberta Madino aka poborcy Joachima aka gońca Maxa dawał rezultaty. Chłopak sobie radził. Niewielkie karciane szwindle, zabawa z przestawianiem kubeczków czy bajkał zapewniały mu wyżywienie, a spać mógł nawet w stajni. Byleby właściciel nie zauważył. Sielanka trwała do czasu, gdy zjawił się u niego pewien człowiek. Zakomunikował mu jak się sprawy mają i obarczył sporym długiem na rzecz niejakiego Sawina.
Sprawy miały się tak: Sawin jest kimś na wzór Króla, tyle że żebraków, złodziei i reszty półświatka. Nic nie dzieje się bez wiedzy Sawina, a w każdej robocie na bakier z prawem we Valladonie ma udział. Mianowicie połowa dla niego. Na ulicy mówi się o nim Ośmiornica, bo jego macki oplatają całe miasto. Macek miał osiem, byli to jego najbardziej zaufani ludzie. Oficerowie w organizacji Sawina. Każda z macek sprawowała władzę w jednej z dzielnic. Podatek pół na pół ich nie dotyczył. Stawka była stała, wszystko co zarobili ponad nią zostawało u nich. Kiedy się nie wyrabiali, żegnali się z posadą, w ramach odprawy otrzymywali kwaterę na miejskim cmentarzu.
Człowiekiem który odwiedził tego dnia Gaspera był Nestor, ojciec Byka i Haczyka. Kwota jaką miał spłacić to 500 ruanów, za zaległy podatek od szwindlów, które wykonał. Plus odsetki za zwłokę. Pomijając fakt iż chłopak nie zarobił jeszcze takiej kwoty na swoich przekrętach, spłacenie tej sumy... gdy każdorazowo musi oddawać połową zysków w ramach daniny było niemożliwe. Tu wkroczyła paczka, z którą obecnie Gaz biesiadował.
Szlachcic, wysoki blondyn o troszeczkę zbyt dużych uszach i zbyt blisko siebie usytuowanych oczach. Nie owijając w bawełnę, wyglądał jak postać, którą ludzie przywołują w myślach na słowo: "wieśniak". Ksywka stąd, że miał dziwną wadę postawy. Ściągnięte łopatki, wypięta klatka piersiowa i śmiesznie machające łapki za plecami przy chodzie. Według nich poruszał się jak arystokrata. Ten śmieszny człek był wirtuozem kradzieży, okradł by nawet górę ze szczytu. Trochę ze swej wiedzy przelał na Srokę. Od Haczyka nauczył się otwierania zamków i unieszkodliwiania mechanizmów. Branża rodzinna. To uliczne imię chłopaka wzięło się od jego nosa. Haczyk jest straszną marudą i upierdliwcem, ale synem Nastora to też nikt go nie ruszy. Poza samym Nastorem, złamany nos to właśnie pamiątka po niesubordynacji. Od Byka nie nauczył się niczego, był ich liderem i zarazem masą mięśniową. Ksywka Sroka przymknęła do Gaspera, gdy ten postanowił iść na czeladnika do Jubilera. Wcześniej wołano na niego naprzemiennie nowy bądź narybek. Chłopakom nie mieściło się w głowie jak można dobrowolnie pracować pod kimś za parę kruków. Skoro jako kanciarze i złodziejaszki są panami losu. Sfałszowane przez niego świadectwa autentyczności klejnotów i dokumenty wyceniające biżuterię przyprawiły ich o amnestię. Zapomnieli, że kiedykolwiek wyśmiewali jego posunięcie.
Obecnie są grubymi rybami, w hierarchii organizacji zaraz pod mackami. Ponad płotkami, narybkiem i planktonem. Plankton to wszyscy ci ludzie prowadzący zwykłe szare życie, nie należący do organizacji. W slumsach wszyscy wiedzą, że ludzi ośmiornicy się nie rusza. Chyba, że komuś życie niemiłe. Narybek to świeżaki, już należą do organizacji ale są jej najsłabszym ogniwem. Płotki to najliczniejsza grupa, pracownicy średniego szczebla. Zaś ryby czy grube ryby jak kto woli, to najbardziej zaufani ludzie macki, oficerów.
- Dobra my się zabieramy. - byku zaplótł rękę wokół szyi młodszego brata - umówiliśmy się z córkami praczki, bliźniaczki. Nie możemy ich rozczarować.
Haczyk poddał się bratu i ruszyli ku wyjściu.
- A rachunek jak zawsze zostawili mi. - płaczliwym tonem podsumował blondyn.
- Szlachcic, daj spokój zrzucimy się. Następnym razem my zawiniemy się wcześniej. - uśmiechnął się do towarzysza. Rzucił kilka monet na stół. Drugi podniósł je.
- Dobra idę zapłacić, a bym zapomniał Sawin chciał żeby ci coś przekazać. Po nocnej zmianie warty strażnicy masz wpaść do jego domu. - odszedł w kierunku szynkwasu.
Nie zauważył z jakim przerażeniem przyjął te słowa Gaz. Z miejsca wyszedł z piwnicy. Przechadzał się bez celu wte i wewte po uliczkach Valladonu. Ośmiornica mieszkał w centralnej części stolicy, dzielnicy bogaczy. Do domu, a raczej willi zapraszał z organizacji jedynie oficerów, swoje macki. Oznaczało to, że albo dowiedział się o którymś z jego przekrętów i ma zamiar zrobić z niego przykład. Po kilku latach, gdy mniej ci patrzą na ręce, każdy coś na boku ukręci. Alternatywą był awans. Obie opcje były mu nie w smak. Nominacja na oficera zmuszała do brudzenia sobie rączki na rozkaz. On nigdy jeszcze nikogo nie zabił, ba nawet nie pociął. Bitką zawsze zajmował się Byku. On nadaje się na to stanowisko bardziej. To jego ojciec się zapił na śmierć, zwalniając to stanowisko. Oczywistym było, że wiecznie nie będzie stało puste, ale to Byku miał je zająć. Gasper jest tylko fałszerzem dokumentów, drobnym złodziejaszkiem i szulerem, a nie bezwzględną macką organizacji. Już wiedział, co ma zrobić - czas zniknąć.

Dane gracza: Gasper

Nazwa użytkownika:
Gasper
Ranga:
Błądzący na granicy światów
Martwe postacie:
Płeć:
Mężczyzna
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
N maja 27, 2018 10:40 pm
Ostatnia wizyta:
Śr paź 10, 2018 8:46 am
Liczba postów:
11 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.07 posty dziennie)
Ostatni post:
[Brzeg rzeki Motyli] Pustelnica prawdę ci powie.
Wt cze 12, 2018 3:57 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Rzeka Motyli
(Posty: 7 / 63.64% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Brzeg rzeki Motyli] Pustelnica prawdę ci powie.
(Posty: 7 / 63.64% postów użytkownika)
cron