Profil użytkownika Nutria

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Yaami z Pustej Doliny - Nutria
Rasa: Półelfka
Wiek: 24 lata


Aura

To co ujrzysz niemało cię pewnie zadziwi, ale nie bój się, wzrok cię nie zwodzi. Tak, właśnie widzisz łupinę orzecha. I nie, nie czytasz aury wiewiórki, poczekaj, cierpliwości, przyjrzyj się dokładnie. Bo oto łupinka jest miękka i względnie giętka, nie potrzebujesz wiele by ugiąć ją swymi palcami, tylko nie przesadzaj, nie zepsuj jej, bo natkniesz się na ostre pęknięcia, które zapewne pokaleczą twoje opuszki. Jeśli dasz chwilkę sobie i tej emanacji, zauważysz, że łupinkę tworzą gładkie łuseczki ni to cynku ni to cyny, a jakby jednego i drugiego choć początkowo zdaje się to sobie przeczyć, po chwili zrozumiesz że mogą się idealnie dopełniać w swych sprzecznościach. Dzięki spokojowi spostrzeżesz też, że to jednak nie one są bazą tej łupinki. Pod połyskliwymi blaszkami kryje się solidny kobaltowy szkielet, będący tutejszym sednem. Zupełnie tak jak lśnienie szafiru i pełen bezdźwięk. Ta młoda i ciepła aura o wciąż jeszcze intensywnych kolorach, subtelnie pachnie ludzkim potem o nutach iglastego lasu. Jej suchy smak o wyraźnie kwaskowych aspektach będzie ostatnim co uda ci się poczuć.


Wygląd

Mała jest jaka jest. To takie niewyróżniające się, ciepłe stworzonko, któremu można chyba wybaczyć większość wad. Przynajmniej ja tak robię, jako jej brat. Dla mnie mogłaby być i ostatnią poczwarą. Ale jeżeli jesteś bardziej zainteresowany niż ja tym aspektem Nutrii, to proszę bardzo, słuchaj. (Ale lepiej nie patrz. Mam cię na oku i widzę wszystko co robisz!).

Jeżeli chodzi o pierwsze wrażenie to jest ono chyba raczej pozytywne. Choć to zależy czego się oczekuje. Jeżeli pragniesz babki opływającej w kształty jak zakazane rzeźby w fontannach dawno zaginionych miast rozpusty, to odwal się. Znaczy - i tak nie masz tu czego szukać. Jeżeli zależy ci na spotkaniu ładnego chłopca to też na nic nie licz, Nutria jest dziewczyną i nawet to po niej widać. Po prostu jest taką nijaką kluską. Nie grubą, tylko taką frędzlowatą. Takim wyschniętym wałeczkiem na kopytka. Z miłą buźką. Okropnie miłą buźką. Nawet jeżeli ja cię nie lubię, to ona na pewno się do ciebie uśmiechnie, a jej oczy będą się śmiały uprzejmie z głupot, które do nas powiesz. Jest przy tym dosyć niska, więc pewnie będziesz patrzeć na nią chociaż trochę z góry, a ona zadrze głowę i będzie kołysać się na stopach jak dziewczynka z podstawówki. Do tego czasem przekręci głowę, niczym zaciekawione zwierzątko, choć w jej źrenicach będzie widać bystrość kogoś, kto nie jest idiotą i stoicki spokój doświadczonego już stworzenia. Kąciki jej ust zaś nie opadną, póki nie okażesz się ostatnim wulgarystą. A jeżeli nim jesteś to odejdź, zanim powiem cokolwiek więcej.

A więc zostajesz? Liczę w takim razie, że jesteś dżentelmenem i będziesz wlepiał swoje paskudne ślepia we mnie, kiedy do ciebie mówię, a młodą zostawisz w spokoju. I tak wszystkiego się dowiesz...

Łatwo ją poznać w tłumie jeżeli już się ją zna, ma bowiem dość charakterystyczny, stanowczy chód młodej panny i powykrzywiane nóżki. Tak naturalnie krzywe, bez patologii. Chude i dziewczęce o wąskich kostkach i normalnych stopach. Czasem można je zobaczyć, gdy ma na sobie sandały, albo gdy boso chodzi po wykopaliskach. Ponoć lubi to uczucie gdy piasek przesypuje się między palcami, albo gdy skóra dotyka chłodnej ziemi lub wilgotnej trawy. To pewnie jakieś zboczenie jest, ale nie będę oceniał. Także uda są jej prywatną sprawą, ale nie są wielgachne. Silne, ale nie nazbyt obfite w to co nie jest mięśniami i statystycznym kobiecym zapasem tłuszczu, na który potem mogą ponarzekać. Nutria jednak nie narzeka, bo go spala i kształtuje te swoje giry długimi przemarszami. Spytaj o pośladki, a cię palnę. Są normalne. Co, kobiecych tyłów nie widziałeś? Okrągłe te i… przypominam, że to moja siostra. Powiem tyle, że ma na czym siedzieć, bo są wydatne, jagienkowe i duże, w przeciwieństwie do cyc.... Biustu. Ten jest chyba nieco szeroko rozstawiony (tak się to mówi?) i sadzono-jajkowaty. Moooże nieco większy. Ale na śniadanie dla obcych takich jak ty i tak nie starczy. Poza tym tknij, a z twojego skalpu zrobię chroniącą je przepaskę. Mała czasami takie nosi (jeszcze nie ze skalpów, ale już niedługo). Mówi, że tak jej wygodniej. Nie wiem czy jej sadzone kobiecości myślą tak samo kiedy jeszcze bardziej je przypłaszcza i rozplaćkuje na torsie, ale może robić co chce. Potem to jej dzieci będą płakać że nie mają z czego jeść.

Pomiędzy dolną i górną strefą dla ciebie zakazaną, rozciąga się trzecia - ciastowaty brzuch, boki i plecy z podłużną blizną po nierozbrojonej na czas pułapce. Talia też tam jakaś jest podobno, ale to głównie dlatego, że biodra Yaami są całkiem szerokie. Nie za bardzo, ale są. Jednak różnice wymiarów między nimi, ramionami, a przewężeniem nie są drastyczne. Takie… dziewczęce. Młode. No niech będzie, że kobiece, ale ze skłonnością do wiecznej niewinności. NIEWINNOŚCI. I to radzę ci zapamiętać. A kobiece bardziej niż dziewczęce, bo jednak tę swoją masę Nutria ma. Jest chuda, ale na całkiem… porządny sposób (nie powiem ,,apetyczny", bo nie przejdzie mi to przez gardło i myśli, ale ktoś kiedyś może się znajdzie, kto sam na to wpadnie).

Ręce… nie za krótkie, nie za długie, też patyczkowate, ale z wypukłościami mięśni świadczącymi o używaniu ich od czasu do czasu (machanie, trzymanie książek, grzebanie w ziemi i takie tam). Dłonie ma nie takie znowu małe, ale za to miło urokliwe, też takie dziewczęcowate. Zawsze obcina paznokcie na krótko, bo łatwiej je wtedy czyścić, a poza tym nie przepada za długimi. Właściwie chyba nie gustuje w niczym co jest za bardzo dojrzało-żeńskie. Lubi bezpłciową, nienachalną prostotę. W ubraniu, w ozdobach czy w makijażu - co sprowadza się do tego, że tylko to pierwsze nosi. Czasem założy jakąś bransoletkę kiedy ma ochotę na babskie wariactwo lub korale z orzechów lub innych jagódek, ale to raczej tyle. Poza tym nic specjalnego. Ot, czerwony rzemyczek do warkocza lub jakaś klamrospinka na potylicę. Zdecydowanie woli ten sposób upinania swoich długich (niemal do pasa) miodo-blond kłaków (a te są grube, gęste i mocne, a więc i całkiem ciężkie) od robienia sobie z głowy końskiego zadu i zawiązywania ich w kitę (gdyby nie były gładkie, akuratność tego porównania byłaby uderzająca). Poza tym niektóre z rzemyczków i tasiemek przy takim ‘całościowym’ uwiązaniu pękają (nie żartowałem wcale z tą ciężkością), a Nutrii zawsze szkoda takich rzeczy. Wszystko co się da nosi do zdarcia, bo jak się do czegoś przywiąże to już na dobre. Kiedy zaś jakieś ubranko już naprawdę zaczyna jej się przecierać i nie nadaje się do użytku, potrafi gnać nas przez pół kontynentu do konkretnego krawca, szewca czy dziewiarki, którzy jak nie naprawią (swojego dzieła) to przynajmniej zrobią podobne. Rzadko nosi skóry (głównie w ramach obuwia) za to uwielbia len i wszelkiego rodzaju wełnę, w tym zwykłą owczą, niezwykłą owczą bądź z alpak, a także kaszmir. Zasadniczo preferuje dzianiny nad tkaniny, a jej stroje są przede wszystkim wygodne i praktyczne (powiedzmy że). Lubi ubierać się naprawdę ciepło, a jedynym jej spaczeniem w kierunku kobiecości jest zamiłowanie do szerokich, grubych spódnic zdobionych ludowymi wzorami. Moim zdaniem ogólnie ubiera się trochę jak pastuch, ale komu to przeszkadza? Często jesteśmy w podróży i ogólnie w tak zwanym ‘terenie’, więc nie ma co, by nosiła i niszczyła drogie, eleganckie kiecki. Póki dba o czystość swoich szmatek, póty nie będę przekonywał jej do zmiany upodobań (jeszcze zacznie przyciągać takich facetów jak ty, albo się przeziębi (nie wiem co bardziej nieprawdopodobne)). No i jest zdecydowana i raczej niezmienna w swoim dążeniu do bycia nikim szczególnym pod względem wyglądu. Pasuje jej to z resztą (poza tym, jak sądzę, cała nasza trójka raczej nie rzuca się w oczy).

I skoro już jesteśmy przy oczach… te Nutrii są duże i nieco owalne, wyraźnie brązowe, głębokie i ciemne. Nie zdobią ich wachlarze rzęs - raczej przycięty żywopłotek. Cienkie brwi młodej też nie tą jakieś zniewalająco wyraźne - właściwie wielkościowo są wręcz marne, ale nieco ciemniejsze od włosów, więc dobrze je widać na żółtawo-różowej, dość jasnej skórze. W bardzo podobnym łukowatym kształcie są jej usta. Wąskie, o bladych i ledwo widocznych, za to połyskujących wargach, przypominają wygiętą do góry przędzkę (czasami wygląda to tak jakby zalotnie lub niepewnie je przygryzała, ale zwalałbym to na złudzenie). Ma bardzo przyjemny i szczery uśmiech, który praktycznie nie znika, choć ma w sobie coś z głęboko ukrytej powściągliwości. Nad nim wisi niewielki, okrągły nosek, pod nim spoczywa lekko szpiczasta broda, a jeszcze gdzieś w pobliżu czają się uszka. Zupełnie ludzkie, okrągłe i niezbyt duże. Sama zaś twarz jest nieco dłuższa niż szersza (choć na pewno szerokości także jej nie brakuje) i jakaś taka płaska, o pełnych policzkach, niewydatnych policzkowych kościach, niewielkim podbródku i całkiem wyraźnej szczęce. A, i wysokim, potężnym czole, które częściowo zasłania grzywka (ale nie jest nieładne, po prostu takie trochę ogromne).

Być może nie wspominałem, ale Nutria właściwie nijak nie przypomina tej swojej połowy elfa. Może sylwetkę i ma nijako-smukłą (choć bardziej zwartą niż u nas), ale jest niewysoka (liczy sobie niecałe 8 piędzi (158 cm)), ślepia ma wielkie (podobnie jak głowę), a w ruchach więcej wieśniaczego zdecydowania niż leśnej gracji. Chociaż tak, tak - potrafi poruszać się nawet z wdziękiem. Ratuje ją dziewczęcy urok i chuda szyja wraz z kończynami (+ wąskie nadgarstki) przez co miło czasem na nią popatrzeć jak nie ma się nic innego do roboty. Poza tym jej gesty są naturalne i w ogóle emanuje jakimś takim szczęściem i wolnością (choć wcale nie jest aż tak wylewna jak mogłoby się wydawać). Widać po niej, że chciałaby nauczyć się tańczyć, ale często gubi rytm i wpada na innych kiedy próbuje, więc skończyła podskakując do swojej wewnętrznej muzyki w czasie podróży i obracania się podczas marszu, kiedy ma na to ochotę.

Ostatnie o czym warto wspomnieć to jej głos i ogólnie sposób porozumiewania się. Kiedy robi to werbalnie trzeba wykazać się nieraz zrozumieniem i cierpliwością, bowiem jej z natury słodki i stonowany głos o spokojnych odcieniach ma tendencję do nagłego, niekontrolowanego przycichania. Wtedy trzeba pokazać jej, że mówi za cicho, a spróbuje coś z tym zrobić. I ,,spróbuje” to bardzo dobre słowo, bo niekiedy jej się to nie udaje, zwłaszcza za pierwszym podejściem. Poza tym często patrzy rozmówcom na usta, by 'odczytywać' słowa, choć lubi też spoglądać głęboko w oczy. Do tego nierzadko odwraca się nieco bokiem (prawym, by lepiej słyszeć). Mimo pewnych niedogodności, całkiem łatwo się z nią dogadać, a i chętnie skorzysta z tabliczki i rysika do zapisania tego co chciała powiedzieć, albo wyciągnie wachlarzyk fiszek z już gotowymi kwestiami. Wymaga to wszystko nieco zachodu, ale jeżeli się draniom nie spieszy, to da się. Jednak reprezentantem naszej trzyosobowej grupy przy większości handlowo-zawodowych konwersacji jestem ja. I nie jest to dobre dla nikogo, ale co poradzić. Jeden się jąka, jedna nie słyszy, a ja jedynie tego całego gadania nie lubię (masz cholerne szczęście, że aż tyle udało ci się już ode mnie wyciągnąć). Nutria czasem aż nie wytrzymuje i widząc moje znużenie, wtrąca się do rozmowy, by swoją przyziemną promienistością wprawić wszystkich w lepszy nastrój i pomóc dojść do porozumienia. Czasem jej się udaje, czasem nie - zależy co do kogo przemawia.


Charakter

Nutria jest orzeszkiem. I jak każdy orzeszek dzieli się na skorupkę (to co widać) i resztę. Na swoim wytrzymałym ryjku niemal zawsze wymalowany ma uparty uśmiech promienności i przez tę powłokę niezwykle trudno się przebić. Pod nią za to jest coś, do czego nie wiadomo czy w ogóle warto docierać. Niektóre orzeszki ładniejsze są z zewnątrz, a w środku zamiast smakołyku kryje się… no, jakieś coś. Nie jadam tych małych ustrojstw zbyt często, więc nie wiem. Ale o Yaami opowiem ile mogę.

Ciężko mieć do niej o cokolwiek pretensje. W większości przypadków zachowuje się więcej niż poprawnie, choć trudno tu mówić o jakiś szczególnie wyszukanych manierach. Jest niegłośna, spokojna i opanowana (naprawdę, to jak opornie idzie jej złoszczenie się powinno być zarejestrowane w Księdze Chorób Psychicznych), a także zwraca uwagę na komfort i samopoczucie innych. Poczuwa się do odpowiedzialności za otoczenie oraz istoty, z którymi dzieli przestrzeń. Nie wydaje się jednak by była idealistką o gorącym sercu - bez wyraźnego powodu raczej się nie wychyla, a w sprawy silniejszych, starszych i bardziej doświadczonych nie wtrąca się właściwie nigdy. Dba za to bardzo o dzieci, lub tych, którzy w jakikolwiek sposób wydają się zagubieni bądź poszkodowani. Chętnie do nich podchodzi, zaczepia i stara się wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Nie zraża się też jeżeli ktoś nie reaguje na nią zbytnim entuzjazmem, ale też nie naciska. Jeżeli ktoś nie chce pomocy lub wyraźnie nie życzy sobie jej towarzystwa, odejdzie z poczuciem, że zrobiła co do niej należało. Ma miękkie serduszko, ale nie rozczula się nad tymi, którzy odrzucają propozycje mogące poprawić ich sytuację (chociaż trochę zależy kto to jest. Dzieciaków nie zostawi, ale dorosłego faceta już spokojnie). Każdy dojrzały przedstawiciel inteligentnych ras ma w końcu rozum i powinien go używać, a za swoje decyzje być wynagradzanym lub - niestety - karanym. Jednak wycofuje się także dlatego, bo nie uważa, iż wie co dla kogo jest naprawdę dobre. Nie chce pokazywać nikomu drogi ani też przyjmować na siebie wszystkich cudzych problemów i to jeszcze na siłę, zwyczajnie bowiem sądzi, że nie da sobie z nimi rady. Zamiast tego woli wesprzeć i zmotywować innych do działania, bo ,,tylko stojąc na własnych nogach dadzą radę iść dalej”. Powiedziałbym, że chyba wie po sobie, ale na dobrą sprawę my z bratem niemal zawsze przy niej koczujemy, więc czy stoi aby na pewno sama, ciężko stwierdzić. Choć nie odmówię jej samodzielności. Niech będzie, że do paru rzeczy dopełzła sama, sama wybrała drogę dla siebie (chociaż ją jej zaproponowałem) i bez niczyjego patronatu się jej trzyma (co? przecież cały czas ją motywuję!). To, że może na nas liczyć także na pewno jej wiele ułatwia.
Tak czy inaczej to, przez co musiała przejść w dzieciństwie i to, że zniosła to ze spokojem, umocniło ją w przekonaniu, że inni także mogą sobie poradzić z przeciwnościami losu. Oczywiście czasem owe przeciwności wydają się niepomiernie większe i gorsze niż jej własne doświadczenia, ale dla małej dziewczynki z ułomnością, odrzucenie na parę różnych sposobów to i tak było całkiem sporo.

Zwykle stara się zrozumieć cudzy punkt widzenia i nie oceniać na pierwszy rzut oka - w ogóle dużo czasu poświęca na próby porozumienia (a więc zdobycia wglądu w potrzebne informacje) i nawiązania nici zaufania. A zaufać jej całkiem łatwo, bo jest pogodna, prostolinijna i szczera, a w dodatku nie wiele chce dla siebie. Zapewne nie ma żadnych ukrytych motywów, ale mogę się założyć, że pod pozorami naiwnej i beztroskiej panienki kryje się gotowość do przyjęcia ciosu, zdrady czy innych rzeczy, które ludzie i reszta pokrak mogą zaoferować. Ale Nutria po prostu wie, że tak jest i się z tym godzi. Chce być szczęśliwa w takim świecie w jakim żyje, odkrywać to jaki jest i go zrozumieć, a nie go zmieniać.

Zdawało by się, że ma w sobie dużo pokory wobec losu. Lecz mimo wszystko się stawia. Nie walczy jednak kłami i pazurami, ale po upadku po prostu podnosi się, otrzepuje kolana z piachu i idzie dalej. I tak za każdym razem. Uparcie w swoją stronę. Nie wiem jak wielkie ma marzenia, a tym bardziej ambicje (czasem zachowuje się jak gdyby coś takiego w ogóle nie istniało), ale wie do czego dąży i małymi kroczkami jakoś prze do przodu. Mam oczywiście na myśli archeologię. Łudzę się, że Yaami chce trzech rzeczy - rodziny, bezpiecznych podróży w naszym towarzystwie i wykopalisk. Nie jest stworzona do bycia samotnikiem - nawet jeżeli jest w stanie poradzić sobie sama, to bez możliwości dzielenia się swoim życiem z innymi po prostu marnieje. Nie lubi być też stale w ruchu, ale uwielbia jak otaczają ją nowe rzeczy. Z większością przyjaciół (ma ich zaskakująco dużo, skubana) utrzymuje kontakt poprzez listy, a nas (rodzinę) ma przy sobie. Jest więc chyba szczęśliwa. Nigdy nie potrzebowała dużo i z tego co wiem nie pragnie być nikim niezwykłym (kiedyś chciała być księżniczką, ale chyba zrozumiała, że wtedy jakiś książę zająłby miejsce braciszka, a to żaden interes).

Ogólnie całkiem rozsądna, prawa i przestrzegająca zasad, które mają być gwarancją spokoju, pozwala sobie na beztroskę i jakiś bardziej szalony pomysł od czasu do czasu, ale nigdy nie jest to coś co mogłoby innym zaszkodzić. Nutria brzydzi się przemocą (każdym jej rodzajem), wyzyskiem, okrucieństwem, a także głupotą. Z tym, że nie ma pomysłu jakby można było to zmienić. Pojawiały się one w końcu od zarania dziejów, a walka jest nieodłącznym elementem życia niemal każdego gatunku. Z tego powodu Yaami nie rzuca się do przodu za każdym razem jak widzi nieszczęście, ale jeśli faktycznie może coś zrobić - robi bez zawahania. Potrafi sporo zaryzykować, ale nie robi tego jak ostatni idiota, co ja także cenię. Dzięki temu mogę spuścić ją z oczu nie martwiąc się aż tak bardzo, że sobie coś zrobi.
Uważa, że największe pojęcie o tym jak działa świat da jej pogodzenie się z własną niewiedzą i przyjmowanie tego co widzi w naturze za prawdę i normę (czyżby elficka krew?). Jej zdaniem nie powinno się ingerować zbyt często w naturalny rytm, choć z drugiej strony spora część ras dąży właśnie do tego, by odciąć się od biologicznej przeszłości i to też jest częścią cyklu życia Łuski. Trudno z nią dyskutować, bo sama mówi, że jeszcze niczego właściwie nie zrozumiała. Po prostu obserwuje i cieszy się tym, że jest częścią istnienia, ma wolną wolę i może robić co chce.

Najbardziej poza tym co robi ‘zawodowo’ przepada za tańcem, zajmowaniem się dziećmi (ma do nich to czego mi absolutnie poskąpiono) oraz obserwowaniem nieba i zmian pogody (zapachu powietrza, jego wilgotności, takie tam), choć nie jest fanką szkoły przetrwania. Lubi rozłożyć się gdzieś obozem, ale wszelkie niebezpieczeństwa (bardziej niż niewygody, bo do nich poniekąd przywykła) ją odstraszają. Z upodobaniem pisze listy i notatki, w czasie wolnym zajmuje się ogólnymi porządkami i dbaniem o nas (oraz o wszystkich, którzy się napatoczą). Uwielbia sprawiać innym radość, a w chwilach samotności i wytchnienia dla zabawy robi sobie koraliki z zasuszonych jagódek czy jakiś żołędzi, poczyta, posiedzi gdzieś na zboczu i popatrzy na pasące się koniki… wolne, choć nie do końca rutynowe życie. Zawsze coś się wydarzy. Przynajmniej w jej mniemaniu. Nie idzie po wielkie przygody, ale potrafi znaleźć je we wszystkim. Swoim entuzjazmem dzieli się z nami, gdy siadamy do kolacji i obserwujemy zachodzące słońce. Rozmawiamy o niedawnych odkryciach. Pokazuje nam do kogo ostatnio pisała, jak tam się im powodzi i dlaczego wszystko jest tak jak ma być. Przed snem często jeszcze coś czyta, bądź gnębi nas aby z nią jeszcze posiedzieć, a potem idzie spać i głucha na wszystko spokojnie wegetuje do rana.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny,
Zwinność:Zręczny, B. niedokładny,
Percepcja:Dobry wzrok, Przygłuchawy, Pozbawiony zm.mag.,
Umysł:B. silna wola,
Prezencja:Ładny,

Cechy specjalne

Odporna na choroby [Z]Cecha odziedziczona po naszej matce. Dzięki niej Yaami nie musi obawiać się większości schorzeń dopadających alarańskich ludzi.
Niemagiczna [W]To z kolei dziedzictwo ludzkiej części jej rodziny. Urodziła się (ku zaskoczeniu wszystkich) bez zmysłu magicznego i bez jakichkolwiek zdolności w tej dziedzinie.
Nutria [W]Jak przystało na prawdziwą nutrię, absolutnie nie umie pływać, a wręcz boi się wizji zanurzenia w jakimkolwiek większym zbiorniku wodnym. Dodatkowo ma wzrok lepszy niż słuch. Bo na ten ostatni praktycznie nie może liczyć.
Trochę przygłucha [S]Ponieważ uszka co prawda ma dwa, ale na jedno prawie w ogóle nie słyszy, drugim zaś odbiera bodźce jako przytłumione. Jednak zamiast nauczyć się migowego, poprzestała na czytaniu z ruchu warg i… porozumiewaniu się za pomocą fiszek (nie no, w sumie racja - kto niby zna migowy? To już więcej osób przeczyta to co nabazgrała na kartkach). Ma komplet niemal zawsze przy sobie, a jak nie, to nieudolnie coś pokaże, uśmiechnie się, czy narysuje palcem na piasku i też będzie dobrze. Może oczywiście mówić i chętnie z tego korzysta, ale w tłumie lepiej jej nie zagadywać - nie do końca kontroluje siłę własnego głosu i jej słowa często są słabo słyszalne. Niemal nigdy za to nie udaje jej się krzyknąć (chyba, że jest to krzyk odruchowy, kiedy się, na przykład, przestraszy). Jeżeli mówi się dostatecznie głośno jest duża szansa, że zwróci to jej uwagę, choć pewnie nie wszystko zrozumie (o ile nie będzie wlepiać oczątek w wasze wargi).
Ale czujna [Z]Jakoś już tak jest, że osoby z uszkodzonymi zmysłami często dostają jakby ,,coś w zamian“ od Matki Natury i uczą się rzeczy nieraz bardzo nieoczywistych dla zdrowych przedstawicieli własnych ras. I tak nasza Nutria bez problemu wyłapuje kiedy mimika i gesty nie zgadzają się z treścią słów (lub gesty z mimiką) i odczytuje prawdziwy nastrój, a nawet intencje mówiącego, tylko na podstawie zauważonych różnic i mikrogestów. Dobrze, że nauczyła się wykorzystywać przynajmniej wzrok.

Umiejętności

Jeździectwo [P] Wielbłąda, konika, kucyka, osła czy muła się nie ulęknie, ale jak spadnie to już jej problem.
Wspinaczka [P] Nie każcie mi opowiadać o tych samobójczych próbach, błagam… Tyle dobrze, że zwykle nie znajduje się wyżej jak sążeń nad ziemią. Jej zawziętość w tym temacie jest godna podziwu, ale ona w przeciwieństwie do owadów, które z podobnym uporem pchają się na spionizowane powierzchnie, nie ma ani chitynowego pancerza ani stu żyć. Ale i tak będzie robiła swoje.
Gotowanie [O] Tak… czasem nam coś przyrządza. Nawet jadalnego.
Wiedza o roślinach i ziołach [O] Niech się tym zajmuje jak chce.
Unieszkodliwianie mechanizmów [O] Nawet jakoś wychodzi jej wykrywanie pułapek i usuwanie ich. (Z dziwną fascynacją zagłębiała się w lektury mówiące o ich budowie i funkcjonowaniu - pewnie jaki dziewczęcy bunt czy coś). Ale po jednej takiej, co się z nią nie wyrobiła do dzisiaj ma bliznę na plecach.
Poliglotyzm [W] Język elfów, Wspólny i dwa języki dawne. Malutko.
Czytanie i pisanie (notowanie na kolanie) [W] Sporządzanie szybkich notatek w najdziwniejszych momentach, pozycjach i warunkach to chyba jeden z jej największych talentów. Robi to niezwykle sprawnie i coś czuję, że gdyby nie miała rysika, węgielka czy farby zapisałaby co trzeba własną krwią.
Język migowy [P] Jak na złość nigdy się go nie nauczyła, z lubością udając, że wszystko z nią w porządku. Wolała nauczyć się klasycznych języków i posługiwać się karteczkami i tabliczkami. Parę gestów opanowała ze względu na naszego brata, który co prawda słyszy doskonale, ale jest strasznym jąkałą i ma problemy z wysławianiem się. To on jako pierwszy z naszych zaczął należeć do Sekty Migowców.
Czytanie z ruchu warg [O] Dzięki stosowaniu przez nas w jej młodości fonogestów, nauczyła się rozumieć w ten sposób Wspólną Mowę i Elficki, choć czasem może się mylić i prosić o powtórzenie kwestii.
Architektura [O] Dawna, obecna… chyba to lubi. W dużej mierze jest to wiedza książkowa (lub moje lekcje), ale i całkiem sporo obserwacji. Zna się przy tym bardziej na stylach i materiałach oraz funkcjonalności niż projektowaniu.
Geografia [O] Wie mniej więcej gdzie co jest, a może nawet lepiej co gdzie było. Dużo wiedzy książkowej, trochę podróży, nękałem ją o to.
Handel [P] Zna też trochę ścieżki handlowe dawne i obecne - to pomaga nam rekonstruować funkcjonowanie nieistniejących już miast oraz zrozumieć układ i wzajemne relacje nowych, a także przewidywać w jakich miejscach można by znaleźć jakieś nieodkryte jeszcze pozostałości.
Kulturoznawstwo [O] Wie więcej o tym co było niż jest, zapewniam. Ale niech będzie, że i w teraźniejszości się orientuje.
Obliczenia [O] Aha…
Religioznawstwo [P] Znowu to samo… wiedza teoretyczna, trochę praktyczna. Łączy się z tym czym się zajmujemy.
Historia [O] I w końcu to czym się (w dużej mierze) zajmujemy. Wbijałem jej do głowy co mogłem, czego nie wypluła to tam zostało.
Taniec [P] Jedno z niewielu zajęć nie związanych z pracą/powołaniem, w które chciałaby się wciągnąć gdyby miała predyspozycje. To znaczy jakieś ma - tak tylko nie słyszy co grają.
Kartografia (czytanie map) [O] Musimy wiedzieć gdzie znajdują się stanowiska archeologiczne i jeszcze jakoś podróżować między miastami. Ona jeździ z nami, więc czasem bawi się w nawigatora.
Archeologia [O] Ta, powiedzmy, że się zna. Jest to teoretycznie jej zawód, czy też może zawód, do którego się przygotowuje. Architektura, geografia, handel, kulturoznawstwo, religioznawstwo i historia nad którymi ślęczy, wchodzą właśnie w jej skład.

Magia

Nie potrafi używać magii.

Magiczne przedmioty

Kryształek, który Szepcze [ZAC]Mały, zielonkawy kryształek dopasowany do ucha naszej Nutrii. Pozwala jej przez 3 godziny odbierać bodźce słuchowe na przeciętnym (dla ludzi) poziomie. Potem wymaga odłożenia na 4 kolejne godziny, by znowu zaczął działać. Nie da się ‘racjonować’ 3 godzin użytkowania - raz aktywowany działa do oporu. Z tego względu Nutria przygotowuje sobie zwykle plany jak i kiedy używać go danego dnia. (Obecnie jest już nieco zużyty, zdarza się więc, że nie działa nawet wtedy kiedy powinien).

Towarzysz


Historia

PRZED YAAMI


W naszej rodzinie zdarzały się już mieszanki między elfami i ludźmi. Babka (nieformalna głowa rodu) miała męża człowieka. Całkiem porządny gość, była zadowolona z tego związku. Oczywiście nasza matka (i jej siostry) była już dawno na tym świecie - nawet my już byliśmy wtedy dorośli. Mieliśmy więc wszyscy na oku nową półelfkę, która narodziła się ze zmieszanej krwi babki i jej wybranka. Rozwijała się ona sprawnie i niedługo pokazała, że jest całkiem utalentowana, mądra i wyrasta na piękną kobietę. Bardzo piękną. Miała w sobie grację elfów i ludzką witalność, była zwinna, wesoła i bystra. Wszystkie siostry (starsze i ta najmłodsza) tworzyły raczej zgraną babiarnię. Matka i ona bardzo się lubiły. Ja też znalazłem tam swoje miejsce. I wszystko jakoś się działo.

Pewnego dnia jednak matka oznajmiła swoim krewnym, że także (jak niegdyś babka) pokochała człowieka. Był to mężczyzna raczej dobry, aczkolwiek nie polubiłem go zbytnio (może to kwestia solidarności z ojcem - on co prawda od dawna już nie utrzymywał z nami żywszych kontaktów, ale ostatecznie był.) Mimo pewnych zawirowań ona i jej nowy adorator zostali razem. Ostatecznie nawet udało mi się pogodzić z tym wyborem. Miała do tego niemalże pełne prawo. Nie wracałem jednak zbyt często do domu przez pierwsze lata ich związku - czułem się tam jak gość, nie członek rodziny, więc zostawałem na uczelni i dobrowolnie oddawałem się nauce. Mój młodszy brat był bardziej zależny od rodzicielki i kręcił się po wykopaliskach w pobliżu. To on donosił mi w listach o tym co się działo, a ja je po prostu czytałem. Bez większych chęci, ale od początku do końca. Bardziej bezpośrednim świadkiem rodzinnego życia byłem na zjazdach klanowych w Kryształowym Królestwie. Tam siostry siadały sobie przy stoliku i plotkowały… a ja słyszałem.

- Siostruś, wyglądasz wspaniale! Ale ci zazdroszczę, musisz być strasznie szczęśliwa! - Entuzjazmowała się piękna półelfka, w mig rozgryzając, że matkę ożywia dzielenie życia z ukochanym mężczyzną.
- Wiesz… dobrze nam się żyje. Ale, ale, ty chyba wyrosłaś! - Starsza uśmiechała się i zaczynała czochrać ją po włosach. Piszczały i śmiały się jak dzieci, choć matka była bardziej powściągliwa. Przy siostrzyczce jednak jakoś tak młodniała. Z resztą nie ona jedna.
- W ogóle muszę powiedzieć, że strasznie podoba mi się twój płaszczyk. Starałam się skroić coś takiego jak to i…
Gadały w najlepsze. Matka była uczoną, a młoda szkoliła się w magii, ale obie miały słabość do piękna i typowo kobiecego zachwycania się strojami. (Tak nawiasem mówiąc, to co półelfka ,,starała się skroić” było bardzo dobrze wykonane i właściwie mogłaby to sprzedać, gdyby nie fakt, że miała się zajmować ,,ambitniejszymi rzeczami” jak określała to babka).
Dni na takich zjazdach zlatywały szybko. Trochę się ponudziłem, trochę poodwiedzałem tamtejsze wydziały, przekazałem starszym jak idą moje postępy w nauce, posłuchałem co nowego wymyślały ciotki… a teraz dowiedziałem się, że będę mieć rodzeństwo.

Nie do końca pamiętam co wtedy czułem, bo zachwycone zachłyśnięcie półelfki wybiło mi wszystkie myśli z głowy. Reszta kobiet też dostała jakiegoś nagłego przypływu euforii bądź też obaw, jak sobie (już trzeci raz) matka z tym wszystkim poradzi. Ale ona stała dumna i piękniejsza chyba niż kiedykolwiek. Spojrzała na mnie oniemiałego i uśmiechnęła się. I wtedy… tak, chyba dopiero wtedy naprawdę zacząłem się cieszyć z jej przeszłych wyborów i ich przyszłych konsekwencji. Przez pierwsze kilka dni. Potem jakoś mi przeszło i zacząłem zastanawiać się co tata by o tym wszystkim pomyślał. I w sumie przez długi czas na zmianę gratulowałem jej w myślach i pragnąłem, by cofnęła to wszystko. Ale z drugiej strony miałem i inne problemy na głowie. Niech się rodzi co chce, ostatecznie miałem już własne życie.

Życie, które w pewnym sensie trwało od zjazdu do zjazdu. Teraz były one częstsze, bo trzeba było obserwować ciężarną mamuśkę. Było z nią wszystko w porządku - gorzej z innymi. Szyły ubranka, gdybały o imionach dla dziecka, o tym jakie powinno przejąć nazwisko, jakie będzie mieć zdolności, do której szkoły pójdzie… siedziałem na kanapie w pobliżu, przeglądając księgi i nie mogąc zrozumieć czemu aż tak absorbuje je myślenie o kimś, kto jeszcze nie raczył się ukazać. Mały drań. Cała uwaga dla niego. Zamiast mówić o istotnych rzeczach zaczynały się jakieś bajki… Już raz przechodziłem coś podobnego - kiedy miał urodzić się mój brat. Wtedy też grupowo powariowali. Ale w tamtym czasie wszystko w moim otoczeniu było inne. Byliśmy… inną rodziną. Teraz plątałem się gdzieś obok, nie mogąc znaleźć kogoś z kim dogadałbym się tak jak matka z półelfką, a mówiły sobie chyba wszystko, mimo dzielącej ich różnicy wieku. Też tego potrzebowałem. Niby miałem brata, ale… on nie potrafił wszystkiego zrozumieć.

Ostatecznie było tylko gorzej. Nadszedł czas rozwiązania. Nawet ja się denerwo…wałbym, gdybym wiedział, że to już. Ale informacja dotarła do mnie z tygodniowym niemal opóźnieniem, więc przyjechałem jak wszystko się ustabilizowało. Tym razem zebranie trwało w domu matki i ojczyma. I małej Yaami. Pulchna, niekształtna kluska o ciemnych oczach, paru jasnych kłaczkach i okrągłych uszkach - była istną sensacją, choć matka chyba chciała spokoju. Tylko półelfka została dłużej. W sumie ja też. Siedziałem w gościnnym (czyli moim pokoju), a po nocach szukałem zatyczek do uszu i przeklinałem swój dobry słuch. Jak ja kiedyś znosiłem brata? Chyba byłem dużo bardziej cierpliwy.
Kiedy nadszedł dzień, że już miałem się wynosić z powrotem na uczelnię, w progu zatrzymał mnie nie kto inny jak sama półelfka.
- Mournelianie, mógłbyś… - Zapytała lekko drżącym głosem.
Mogłem.
Miałem sprawdzić aurę Yaami. Niby i one potrafiły, ale chyba chciały poznać trzecią opinię lub zwyczajnie uznały (być może słusznie), że zrobię to lepiej. Zastanowiło mnie tylko co miałem zobaczyć. Wszedłem do salonu, gdzie leżała ta mała (nie wchodziłem tam od dłuższego czasu) i spojrzałem na nią. Wszystko wydawało się w porządku. A jednak kobiety były zestresowane. Zacząłem myśleć nad tą nieukształtowaną jeszcze emanacją. Są one dość trudne do odczytania i tak jak dzieci intensywnie się rozwijają - są także podane na zmiany. Z początku niekształtne, miękkie i suche, bez poświaty i przeważnie też bez koloru. Ta też taka była. Powiedziałem im to. A potem zastanowiłem się raz jeszcze. Przypomniałem sobie lekcje i szkolenia. Ta aura była chyba… nieco za sucha.

Jak się później okazało - zgadłem. Kiedy zostałem wezwany kolejny raz, mała miała już parę miesięcy na karku, a babka już czekała z księgami w ręku. Z nią nie konkurowałem, ale potwierdziłem, że jeden ze zmysłów Yaami musi być uszkodzony bądź niedorozwinięty. To była suchość nawet większa niż u czysto ludzkich dzieci (sprawdziłem w międzyczasie), o elfach nie wspominając. I tak się zaczęło.

PO YAAMI


W sumie to od niedawna wyraz ,,człowiek” jest u nas wymawiany z jawną nieprzychylnością lub chociażby mocno sugerującym ją akcentem. Babka (której ludzki mąż już od lat nie żył) wyrażała tak swoje oburzenie i zawód. Jest zbyt godna, by obwieszczać to inaczej. A jednak dla wszystkich stało się jasne jak ugodziło ją istnienie w rodzinie przygłuchej, wyglądającej jak człowiek dzieciny. To było jednak nic - młoda pozbawiona była zmysłu magicznego. To to było największym ciosem, a także zaskoczeniem. W końcu siostra matki miała nie mały talent, a też była mieszańcem. Natomiast Yaami absolutnie go nie posiadała i nigdy nie miała posiąść. Dla naszej rodziny było to szokiem i pewnego rodzaju klęską, choć chyba nie powinno - na dobrą sprawę można to było przewidzieć. A jednak matka była zmuszona odseparować się od rodziny i na zjazdach pokazywała się bardzo niechętnie. Zamiast tego przyjeżdżała do mieszkanka swojej siostrzyczki (gdzie też byłem zapraszany) i mówiła co ją trapi. A było tego trochę. Jej nowy mąż był co prawda z małej bardzo zadowolony, ale on nie oczekiwał niczego więcej ponad to, że będzie jego i może wyrośnie na ładną, dobrą panienkę. U nas natomiast wygórowana ambicja jeżeli chodzi o naukę i magię była chyba rodzinna. Nie posiadały jej nieliczne wyjątki takie chociażby jak półelfka… i druga półelfka. W późniejszych latach okazały się być do siebie niezwykle podobne. Póki co jednak nie widziałem miedzy nimi żadnych głębszych powiązań.

Nie widziała ich także znaczna część rodziny - na tę dorosłą (choć nadal młodą w moim odczuciu) patrzono z podziwem i miłością, a na dzieciaka niemalże jak na coś. Za każdym razem, gdy byliśmy w większym gronie, mała latała od stołu do krzeseł z radosnym uśmiechem i coś tam dziamgała po swojemu. Niewyraźnie, choć powinna już od dawna mówić. Matka nie potrafiła znieść spojrzeń rzucanych w stronę jej i córki. Mi one, szczerze mówiąc, nie przeszkadzały. Czemu się dziwiła? Niemagiczna, z człowieka… chyba czasem tak po prostu wychodzi.
Wzruszałem na to wszystko ramionami. Kontakty z matką i ojczymem (serio mam go tak nazywać?) zerwałem niemal na dobre. Yaami była dla mnie (jak dla reszty) przegrana. Musiałem skupić się na sobie i ratować honor najbliższych krewnych. Spadało to na moją głowę, bo powiedzmy, że brat miał pewne problemy ze sobą, a ja gdybym nie był mężczyzną najpewniej zostałbym pupilkiem naszej babki, a to wiele znaczyło. Studiowałem więc dalej, sądząc, że robię jedyne co jest słuszne. Do dnia.

To był rodzinny zjazd, ale bez dwóch najwa… bez babki i półelfki. Ta pierwsza wyszła trzaskając drzwiami tuż po tym jak się zjawiłem, a drugiej w ogóle nie było w domu. Wśród szmerów usłyszałem tylko, że młoda popadła w straszliwą niełaskę, bo zakochała się w człowieku…
Nie pamiętam dobrze tamtych dni. To był zupełny chaos. Od pojawienia się Yaami, słowo ,,człowiek” nabrało negatywnego wydźwięku, a o nieczystej krwi starano się zapomnieć (albo przynajmniej tę sprawę przemilczeć). Babka sądziła zapewne, że kiedy jej najmłodsza córka wyjdzie za elfa, skaza na naszym rodzie (jedna z) zostanie w subtelny sposób wymazana. Ale tak się nie stało. Mimo zamykania córki w pokojach, ,,przemawiania jej do rozumu” i w końcu ostrych gróźb, ta zwyczajnie opuściła rodzinne miasto. Uciekła. Na ślub. Swój własny.
No, a po drodze spotkała się z moją matką.

Była to jedyna osoba, która nie chciała jej powstrzymywać. Z tym, że ona także dziwiła się jak po tym wszystkim co stało się jej, może tak ryzykować. Ale tak naprawdę obie wiedziały dlaczego. Mówiły na to ,,miłość”. I choć dla mnie był to średni okres, zobaczyłem, że matkę i półelfkę zaczęła łączyć więź silniejsza niż kiedykolwiek. W dodatku matka w końcu podniosła głowę. Znów uśmiechnęła się dumnie, poprawiła okulary i przyciskając książkę do piersi kiwnęła energicznie głową jak to miała w zwyczaju, mówiąc do siostry ,,Tak, masz rację!”. Bo to od niej, młodszej (dużo młodszej), niedoświadczonej i do tej pory nieco nijakiej kobiety usłyszała: ,,Jesteś taka szczęśliwa. Zrobiłaś to co należało i kiedy na ciebie patrzę, wiem, że chcę zrobić to samo. Kocham Yaami i ciebie i całą twoją ludzką rodzinę! Są tacy wspaniali! Mój ojciec też taki był i jego rodzice też tacy są! Więc nie pozwólmy sobie wmawiać, że tylko magia i życie w elfim mieście może dać nam radość! Nie wyobrażam sobie spędzenia tutaj choćby miesiąca dłużej! Nie wiem czy wiesz, ale wyprowadzam się na wieś! Taką ludzką (choć głowy nie dam czy tylko ludzie tam mieszkają) i w dodatku jego ojciec pomagał przy jej budowaniu! Wyobrażasz to sobie!? Wszystko jest takie nowe, a jednocześnie malutkie i gościnne… musicie kiedyś całą piątką przyjechać i zobaczyć nasz dom!…”

Nadal nas liczyła. Mnie i brata. To było niemal śmieszne. Zwłaszcza w moim przypadku. Widywałem matkę rzadziej niż ona. A jednak chciała nas tam, u siebie, choć spory w rodzinie nadal narastały, a ja nawet czynnie uczestniczyłem w dyskredytowaniu ludzi w oczach najbliższych.
Właśnie wtedy coś we mnie pękło. Półelfka była szczęśliwa, matka była szczęśliwa, brat także zaczął się szczerzyć… wyjechałem, by nie musieć tego oglądać, lecz zaraziło mnie to. Już nie mówiłem o ludziach tak niechętnie, choć paru z nich niemal nienawidziłem. Od półelfki przejąłem szacunek do nich, a jej relacja z siostrą dała mi do myślenia. Powiedziała, że ją kocha. Że kocha Yaami. Tę naszą małą niedojdkę. Może nawet ja znalazłem w sobie wtedy odwagę, żeby zrobić to samo? Pokochać ją? Choć swoich słów półelfka nie kierowała do mnie, to postawienie się babce i w zasadzie całej rodzinie, zaimponowało mi do tego stopnia, że aż zacząłem sobie wyrzucać, iż sam na to nie wpadłem. Nie sądziłem, że ona będzie zdolna do czegoś takiego, bo zawsze wydawała się słaba i słodko-naiwna. A to był dopiero początek. Jeszcze nie raz miała nas zaskoczyć i udowodnić mi, że to ja miałem poprzewracane priorytety.

Chociaż na odległość, zacząłem bardziej interesować się losem najmłodszej. Pusta Dolina (wielkie stanowisko archeologiczne, do którego opisania w znacznej mierze przyczyniła się nasza matka, a na którego terenie mieliśmy pozwolenie mieszkać) wydawało mi się dziwnym miejscem do wychowania… kogokolwiek. A już zwłaszcza niepełnosprawnej dziewczynki, która nie tylko miała utrudnione porozumiewanie się z innymi, ale jeszcze nie widywała swoich rówieśników. Jednak jak opisał mi brat (teraz już się do nich właściwie wprowadził) zabierali ją czasem do szkoły w najbliższym mieście, a normalnie wynajmowali uzdolnioną guwernantkę, by mała nie miała opóźnień w nauce. Jeszcze wcześniej brat pokazywał matce język migowy i fonogesty, by wspólnymi siłami nauczyli Yaami komunikacji, ale młoda uparcie starała się wszystko usłyszeć i wypowiedzieć. Ostatecznie nie była zupełnie głucha. Nadszedł zresztą czas, że zdobyli dla niej zaczarowany kryształek poprawiający nieco jej słuch na pewien czas. Podobno była zachwycona. Uwielbiała wszystkie dźwięki. Głosy najbliższych, brzmienie ich słów, a także muzykę czy ptaki oraz szum traw porastających Pustą Dolinę. Coraz płynniej zaczynała mówić i choć nigdy nie była zamknięta w sobie, teraz ożywiła się jeszcze bardziej. Problemów z dogadywaniem się z rówieśnikami podobno większych nie miała (raz tylko trzeba było przenieść ją do innej placówki), a teraz aż do nich tęskniła. Chciała pokazać koleżankom i kolegom, że teraz może to co oni. Nalegała, by wyrównać ilość zajęć z guwernantką i w szkole i najwyraźniej rozwijała się coraz szybciej. Szczerze mówiąc myślę, że choć brat, matka, ojczym i wszyscy, którzy im pomagali, odwalili kawał dobrej roboty, to Yaami poradziła sobie dlatego, że sama miała silny charakter i nie zrażała się. Była stworzona tak, aby przetrwać.

Dobrym posunięciem było pozwolenie jej na odwiedzanie szkółki w najbliższej Dolinom wiosce. Tam po raz pierwszy zetknęła się z prawdziwą różnorodnością ras, a że nadal była dzieckiem, szybko przyjęła to za jedyną, słuszną normę. Tamtejsze dzieciaki przyzwyczajone były do różnic między sobą, a kontakt z nimi pomógł jej pojąć tę dziwną przypadłość świata.
Niektórzy mieli dobre zmysły i sprawność (pewna zmiennokształtna), inni umysł jak brzytwa (taki jeden frędzel z klasy), inni siłę (też paru takich młodych), jeszcze inni mieli posiąść urodę, zdolności magiczne, albo jakieś nadzwyczajne talenty. A Yaami wśród nich nauczyła się egzystować. W niczym nie była najlepsza, ale i nie pozwoliła się zepchnąć na sam dół dziecięcej hierarchii. Jej darem była niemal nigdy nie gasnąca radość z samego faktu, że jest. Że może być tu i teraz. Nie wiem skąd do niej to przylazło, bo okoliczności były raczej niesprzyjające, ale do dzisiaj stanowi podstawę i najbardziej charakterystyczną cechę jej osobowości. Wtedy zaś zapewniło jej pozycję ‘środkowej’. Krótko mówiąc, była tym trochę lubianym, trochę niezauważanym dzieckiem, tym którego nie wszyscy się trzymali, ale do którego mogli pójść ze swoimi problemikami. Czasem kogoś prowadziła, czasem dawała się prowadzić - a my dziwiliśmy się, że jest w stanie tak… normalnie funkcjonować.

Kiedy tylko zaczynaliśmy myśleć, że mocno wyolbrzymiamy jej odmienność i ułomności, pojawiała się nasza elfia rodzina z babką na czele. Za każdym razem, gdy udało się matce odetchnąć, słyszała przypomnienie, że Yaami to tylko kruche, nieuzdolnione dziecko. Niegodne naszego rodu.
Przez długi czas sądziłem, że taka jest prawda, a wręcz czułem się obrzydliwie dobrze jako jedyny w pełni odpowiadający klanowym wymaganiom potomek matki. Ale od pewnego momentu straciło to dla mnie znaczenie. Zacząłem mimowolnie bardziej skupiać się na rodzeństwie, dlatego irytowało mnie to ciągłe nieprzychylne nastawienie. Ja je w sobie stłamsiłem i liczyłem na to, że reszta zrobi to samo. Jak się okazało - już zaczęli. Początkowa niechęć lub litość względem młodej gasła w ciotkach od pewnego czasu, choć do pierwotnego stanu ducha nigdy nie wróciliśmy. Yaami była dla nas jak ostrzeżenie lub groźba - i choć samej dziewczynki nie traktowaliśmy już źle, to ludzka krew na stałe straciła w naszych oczach.

PRZED YUUMI


Oczywiście w każdej rodzinie są i tacy, co wszystko zrobią po swojemu, nie zważając na podszepty czy plotki. Zamężna już półelfka była dla nas właśnie kimś takim. Kiedy Yaami miała 7 lat i wszystko powoli się toczyło, wparowała między nas obwieszczając z dumą, że kolejny mieszaniec jest w drodze. Pominę już jak bardzo mi się to nie podobało - i tak nie wróżyłem im szczęścia. Biorąc pod uwagę naszą siostrzyczkę, to co miało się narodzić było skazane na porażkę. Ale cóż, jej wybór.

Niespełna dekada po pierwszej ‘katastrofie’ i już kolejna - uspokoiliśmy się jednak nieco i tym razem łatwiej pogodziliśmy z tym, że nasza rodzina ,,zaczyna wymierać”, jak to ładnie ktoś określił. Półelfka była wyraźnie przygnębiona i oburzona takim podejściem, i choć jak zwykle pozostała miło-opanowana, stanowczo oświadczyła, że ona ze swoją ludzką zgrają mają się wyśmienicie i powinniśmy się czegoś od nich nauczyć, oraz że tam wraca i nie będzie się irytować naszymi zabobonami.
Znowu kazała nam się zastanawiać. I jak zwykle - nie było to ostatnie co wymyśliła.

❀ ❀ ❀


Siedziały z moją matką przy stole. Piły herbatę i patrzyły na przymierzającą kolorowe kapelusiki Yaami, kręcącą się z uśmiechem przed lustrem lub podlatującą do nich, by pokazać jak śmiesznie wygląda. Do mnie też by podbiegała, ale powiedziałem jej, że czytam i jestem zajęty. Grzecznie więc trzymała się z daleka od mojej kanapy.
- Wiesz, uważam, że bardzo ładnie jej w zielonym. - Pochwaliła półelfka ze szczerym błyskiem w oczach. - Jest coraz śliczniejsza… w ogóle nie podobna do ciebie! - Zażartowała i obydwóm poprawił się humor.
- Wiesz, zastanawiam się nad posłaniem jej do szkoły z internatem kiedy podrośnie. Mówiłam ci o tym. - Matka upiła kolejny łyk. - Wcześniej nieco się obawiałam, ale teraz myślę, że sobie poradzi.
- Ależ pewnie! - Młodsza nie miała żadnych wątpliwości. - To niezwykle otwarta młoda dama. Chciałabym żeby każdy miał taką osobowość!
Widziałem te rumieńce szczęścia na twarzy matki. Oczywiście dalej zajmowałem się książką, ale zerknąłem w odpowiednim momencie.
- Ale powiedz lepiej… wymyśliliście już imię? - Starsza niestety zmieniła temat.
- Wymyśliłam. - podkreśliła - Spadło to na mnie, bo on wciąż podawał tylko ,,Hildegarda” albo ,,Kunegunda”. Oczywiście nic złego w nich nie ma, też mogą być słodkie, ale z nazwiskiem ,,Terotto” tworzą bardzo sztywne połączenie. Nie uważasz? Potrzebowałam czegoś miękkiego i miłego, co pasowałoby do malutkiej dziewczynki i nie było utrapieniem dla dorosłej kobiety. - Najwyraźniej była bardzo zadowolona ze swojego podejścia. Matce też się ono spodobało, bo bardzo lubiła imiona. Zawsze uważała, że odzwierciedlają, a nawet potrafią kształtować byt. Dlatego też pierwsze imiona otrzymaliśmy po jakiś starożytnych bóstwach.
- I na co wpadłaś? - Spytała z zaciekawieniem. Jakby miano faktycznie już teraz mogło jej zdradzić kim będzie nienarodzony dzieciak. -Na pewno coś niepowtarzalnego! Zawsze miałaś do tego głowę.
- Yhym - zadudniła do swojego kubeczka półelfka, po czym uśmiechnęła się:
- Yuumi.

Długą chwilę nastałej po tym ciszy przerywało tylko szuranie mojej siostrzyczki przymierzającej kapelusze.
- Ale… jesteś pewna? - Zapytała matka cicho i jakoś tak słabo.
- Oczywiście! - Niemal krzyknęła w entuzjazmie młodsza. - Jest niesamowicie słodkie i zmiękcza nasze nazwisko. ,,Yuumi Terotto” brzmi całkiem harmonijnie! Poza tym - spojrzała na nią znacząco - mówiłam, że chciałabym aby inni mieli charakter Yaami. Może moja mała choć trochę go przejmie? - Nie mówiła chyba do końca poważnie, ale przynajmniej serdecznie. - No i pomyśl jak będzie wesoło kiedy podrosną i będą się nawzajem wołać!

O Mornelianie, Władco Umysłów, Demonie Pokoju! - O Changhinie, bóstwo plag i urodzaju! - O Yaami, moja przygłucha siostro! - Litości…

Nie spodziewałem się, że sprawy tak się potoczą. Matka nieśmiało, bo nieśmiało próbowała odciągnąć półelfkę od tego pomysłu, ale tylko dostała od niej po uchu i musiała oswoić się z faktem, że ktoś się ludzkiego przekleństwa Yaami zwyczajnie nie boi. I chyba słusznie, skoro obie postanowiły żyć z ludzkimi mężczyznami.
Tak czy inaczej było w miarę spokojnie. Pogodziłem się już w sumie ze wszystkim i ucząc się daleko od domu, czytałem listy brata. Starałem się jednak nie wracać, w obawie, że zastanę tam półelfkę i znowu namiesza mi w głowie. Wystarczyło to co do tej pory - i tak dostałem nauczkę. Najgorsze jednak miało dopiero się zacząć.

PO YUUMI


Gratulowałem jej. Sucho bo sucho, ale gratulowałem jej zamążpójścia (to znaczy nie nakrzyczałem na nią jak co poniektórzy), grzecznie skinąłem głową, gdy oznajmiła, że spodziewa się dziecka. Wysłałem nawet milutki liścik, kiedy na świat przyszła tak zwana Yuumi. Ale nie chciałem jej oglądać. Ani matki, ani jej córki. Potem zaś zrozumiałem, że jeżeli o tą drugą chodzi to los lubi być aż nadto przekorny.
Minęło trochę dni odkąd babka obraziła się na ludzką rasę. Minęły miesiące od małego rozłamu w naszej rodzinie. Wszyscy zaczęli się przyzwyczajać do tego jak się sprawy mają i nie rozdrapywali starych ran (a przynajmniej nie zawsze). Słysząc o nowym dziecku babka zmiękła. Nie umiała zostawić swojej najmłodszej córki i ostatecznie więzy między nimi zaczęły się odnawiać, kiedy ich odwiedziła. Zaraz potem w rodzinie rozległy się nowe szmery. Nie były tak intensywne jak przed narodzeniem Yaami, ale ich przekaz był jasny: ,,Może i człowiek, ale zdrowy!”, ,,Całkowicie normalna!”, ,,Chyba będzie mieć talent do magii!”.
Jeszcze czego!
Ta mała pluskwa, elf w 1/4, już na starcie okazał się wyprzedzać moją siostrę. Zdobyła przychylność babki nie będąc upośledzoną, a w dodatku jej aura zaczęła kształtować się na ostrą i nieco lepką. W tym czasie Yaami przymierzała kapelusze.
Nie wiem czemu, ale irytowało mnie to. Już bardzo dawno nie czułem takiej motywacji do działania. Spakowałem się, zostawiłem uczelnię i wróciłem do domu mając gdzieś czy zastanę tam brata, tego ludzkiego mężczyznę czy jeszcze coś innego. Wróciłem i zostałem, by zacząć pracę przy wykopaliskach, a ‘przy okazji’ zabrać się za naukę siostry. Nie wierzyłem, że babka może się mylić, ale jednocześnie nie przyjmowałem do wiadomości, że ledwo pełzający kabaczek budzi w niej nadzieję, podczas gdy Yaami jedynie litość.
Jeszcze zobaczą kto jest lepszy.

Zacząłem od… komunikacji. Umiałem rozmawiać z siostrą, oczywiście, że umiałem. Może. Trochę. Niekoniecznie. Ale ostatecznie kiedy coś do niej mruknąłem to zamierała, otwierała szeroko oczy i zaczynała się cieszyć, jakby było z czego. Byłem cierpliwy. Mówiłem do niej głośno i powoli, pokazywałem gesty, pisałem litery, odnajdywałem jej kryształek kiedy go gubiła. Wtedy po raz pierwszy tak naprawdę zrozumiałem co to znaczy mieć tę młodszą siostrę i żyć z nią pod jednym dachem. Z matką i tamtym jej człowiekiem też wcale nieźle się dogadywałem. Chyba podobało im się, że zajmuję się Yaami, a moje metody dydaktyczne nienacechowane okrucieństwem i chorą ambicją (to akurat udało mi się po prostu ukryć) nie wymagały ich interwencji. Powoli, bo powoli zastępowałem jej guwernantki i zajmowałem się nią w czasie tak zwanym wolnym, ucząc ją… wszystkiego co przyszło mi do głowy.

Pomyślałem, że dobre będzie dla niej pójście w ślady matki, ojca i nasze - otaczały ją książki, lubiła grzebać w ziemi i mieszkała na wykopaliskach - urodzona mała pani archeolog. Oczywiście w trakcie edukacji mogła zmienić zdanie i powiedzieć mi, abym się odwalił, ale nie zrobiła tego - z przyjemnością słuchała opowieści o historii, religii, kulturach, oglądała zgromadzone przez nas artefakty, przymierzała grube rękawice i bawiła się pędzelkami. Pokazywałem jej jak odczytywać stare księgi (kiedy już oczywiście umiała Wspólny i Elficki) i ogólnie dbałem o to, by zawsze mogła pochwalić się wiedzą na zjazdach u Terottów. Nie nawiedzaliśmy ich w sumie aż tak często, ale utrzymywaliśmy kontakt. Niestety.

W przeciwieństwie do mnie Yaami to uwielbiała. Rola ‘tej starszej’ niezmiernie przypadła jej do gustu i nie odstępowała małej Yuumi na krok. Nie ważne ile miały lat. Nosiła ją i przytulała kiedy była niemowlęciem, głaskała i pomagała chodzić, gdy podrosła, biegała z nią po ogrodzie kiedy obie już to umiały. Uwielbiała ją czesać i gadać po dziewczęcemu. Różnica ich wieku (jak dla ludzi) była spora, ale nie na tyle, by cokolwiek utrudniała. Więcej, Yaami uczyła młodszą o kwiatach, opowiadała przekręcone wersje historii zasłyszanych ode mnie… jakoś tak nie mogę pozbyć się wrażenia, że nie pogardziłaby kolejnym rodzeństwem. Na szczęście matka zlitowała się nad nami i na to nie wpadła. Chociaż teraz… po pierwszej Yaami każda następna nie zrobiłaby większej różnicy.

Dziewczynki bawiły się razem (czasem dołączały do nich inne dzieciaki), a ja marzyłem o tym, by wrócić do domu i przygotować kolejne materiały do nauki. Jak tak teraz popatrzę to chyba byłem dość wymagający. Nigdy jednak nie nałożyłem na siostrę więcej niż byłaby w stanie znieść, pojąć i przyswoić. Dzięki temu przynajmniej teraz umie to co umie.

Za to dzięki małej pokrace Yuumi nabawiła się lęku przed wodą.
Było to chyba któreś lato - dzieciarnia poszła taplać się w pobliskim jeziorze… I to już chyba wyjaśnia wszystko. Yaami była jedną z najstarszych i oczywiście brała na siebie wszelkie możliwe obowiązki i odpowiedzialności z tym związane. Uwielbiała innym matkować, z tym, że była nieco nieporadna chwilami. I tak, kiedy Yuumi trochę się podtopiła, nie umiała jej pomóc. No i doznała szoku. Trochę było zamieszania fakt, małą tam na chwilę zamroczyło… ale nic się nie stało. Wszyscy cali. Jednak od tego momentu Yaami boi się głębszych akwenów i nie może się zmusić do beztroskiej kąpieli. Żeby było fair, nie słyszałem żeby i Yuumi zagustowała w pływaniu.

NUTRIA


Tak to zlatywało. Ja, brat i siostra ostatecznie staliśmy się zżytą grupą rodzinną, czy jak to się tam mówi… i tak sobie jesteśmy. Trochę na uboczu klanu, trochę w pobliżu. Lata zlatywały nam na podróżach, pracy, nauce, wycieczkach, zwiedzaniu, zbieraniu ksiąg i życiu we własnym gronie. Jak długo jeszcze będzie się to ciągnąć - nie wiem. Ale póki Nutria z przyjemnością się kształci, a Changhin rozwija swoje talenty, póty jestem gotowy im w tym pomagać i poświęcać dla nich mój cenny czas.

Dane gracza: Nutria

Nazwa użytkownika:
Nutria
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Kito, Kuna, Lotta,
Martwe postacie:
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Cz maja 17, 2018 8:08 pm
Ostatnia wizyta:
Śr lis 14, 2018 3:36 pm
Liczba postów:
7 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.04 posty dziennie)
Ostatni post:
[Ujście Starii] Brzęk monet i melodia życia
Śr lis 14, 2018 3:35 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Jadeitowe Wybrzeże
(Posty: 4 / 57.14% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Ujście Starii] Brzęk monet i melodia życia
(Posty: 4 / 57.14% postów użytkownika)

Podpis

Bracia:
Mournelian (najstarszy, trochę marudzi) ~
Changhin (młodszy, nieco się jąka) <3
cron