Profil użytkownika Kito

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Kito, Nouvei, Motylek
Rasa: Centaur
Wiek: 120


Aura

Witajcie wędrowniku! Cosik tak mrugacie i węszycie, językiem mlaszczycie, emanacyji żeście nigdy nie widzieli? Ano nie takiej jak moja, to prawda wiadoma, pozwólcie więc, że wam ją nieco zarysuję! Silna ona, jako i ja, to sprawa wiadoma. Nie najsilniejsza rzecz jasna, po paczałkach nie bije. Was bije? A nie, to taki kicek jest, od poświaty puszczony, to ona ci szafirem po ślepiach błyska i nawet się jeszcze cosik jaśni, chociaż widać, żem już nie dziatek, a dziecię natury dojrzałe niemalże. To zaś poznasz po zapaszku cudnym, co niby wiatrem niesiony nosek kusi kwieciem i miodkiem najsłodszym! No ale nie ma co z daleka niuchać, podejdź no bliżej, dotknij jej, nie gryzie! Cieplutka taka i odkształca się, ugina, jakby ją słońcej nieco przygrzało i rozmiękczyło. Ale nie, twarda jest jak klinga miecza, bom mężyk. Ale gładka, jak lico jakiej dzieweczki, co by nie było za surowo. A i w smaku ostrawa, ale i słodkaśna lekko, a i kwaskiem zajedzie, jak mlaśniesz dobrze. No ale nie lizaj tyle, nie wypaduje to ponoć, a ty jeszcze do oglądania masz! Paczaj! Jak się na wiaterze srebro z kobaltem miesza, jak je cyna zawiązuje razem. Słuchaj! Jak głazy lecą z rumorem, ton głęboki wydają i na pierś ci naciskują. Jak upiory wyją i zawodzą… Zestrachałem cię? Nie bójta się, słuchaj teraz, jak liście poszeptują, wiater cudny hula i podmuchy w cię biją. Czujesz? To właśnie ja jestem, huhuhu!


Wygląd

A co to się stało? Nie widzisz mnie? No właśnie. To czego pytasz kochanieńki?
Albo wiesz co - trzymaj, pożyczę ci moją opaskę. Przewiąż nią sobie paczałki. Jak to po co? Dzięki temu będę mógł się tobie opisywać, a wszyscy będą widzieć w tym sens. No i jak? Nie widzisz mnie? Dobrze. A więc galopujmy!

OGÓŁY I OGÓLNIKI
Jestem mężykiem raczej przeciętnej budowy. Przeciętnej znaczy dobrej, bo ani ja nie za duży ani za mały. W kłębie mam mój drogi więcej niż cztery stopy (120 cm), to znaczy podchodzę bardziej pod określenie ,,kucyk” niż ,,konik”. Choć w sumie dzięki smukłym, długim patykom (to jest nogom) i całemu ogółowi, proporcjami kojarzę się z koniem właśnie, gorącokrwistym dodając. Nie zmienia jednak to faktu, że gdybym miał kogoś dźwigać na grzbiecie to wolałbym, aby był to niepodrośnięty młodzieniec jaki albo dzieweczka (zwłaszcza dzieweczka), niż tuczny rycerz z ekwipażem i we zbroi. Niby kucyki, osiołki i takie tam to wytrzymałe bestyje, ale lepiej nie kusić losu.
Jeżeli chodzi o wysokość mierzoną we łbach to tu sięgam ci ja nieco ponad sążeń i dwa palce (jakiś metr dziewięćdziesiąt), co jest przyzwoite lecz jeżeli zapytasz - jak na kopytnego jestem raczej niezbyt chwalebnego wzrostu. I postury. Ale zawsze poczytywałem to sobie za atutę. Zgrabny jestem, nieciężki i nie przerażam wielkością niecentaurzych panienek. Moja niewielkość wręcz zachęca je do przejażdżków, bo nie boją się tak że zlecą i ubrudzą cobie suknie lub cosik połamią. Poza tym zwaliste końskie cielsko i umięśniony tors Woja Witka dosyć niegodnie by wyglądał przy akrobacyjach nawietrznych. A ja? Czy płynę sobie nad ziemią niczym urocza zjawa i straszę na polach, czy kręcę się obrotowo jakbym był za leniwy żeby utrzymać się w pionie, czy jeszcze insze figle wyczyniam - nie odbiera to nic z mojej powagi, której i tak nie posiadam. To się widzisz nazywa dopasowanie cielska do umysłowości.

NAGA CZĄSTKOWICA (I JEJ SZMATKI)
Moja niepokryta zbyt bujnym włosiem część - ta, którą nieco przewrotnie nazywa się ,,ludzką” jest, rzekł bym, poprawna. Umięśniona w sposób nie nazbyt hojny, ale zdrowy. Widać, żem zażywał ruchu i nie gardzę od pewnej pory ćwiczeniami, ale nie param się żadną fizyczną harówą. Tors mam raczej wąski (kochany, mam dwie pary płuc, po co miałyby być jeszcze gigantyczne!?), nierozrośnięte ramiona, proporcjonalnej długości ręce i niezbyt wielkie dłonie o palcach nie koniecznie grubych, ale i nie smukłych. Są ogierze, z niewieścimi ich nie pomylisz, ale czy są wybitnie pociągające? Nie wiem, możesz se posmyrać i ocenić. Tylko nie zdejmuj opaski! Na macenego! Trzymajmy się reguł! Huhuhu.
Więc tak… ogólnie wąski ja jestem i szczupły. Mam charakterystycznie silne mięśnie pleców i nawet brzucha, od odchylania się, pochylania i przekręcania, a nawet samego chodu z centaurzą konstytucją. Moje ciało jest ciepłe, powiedziałbym, bardziej niż u ludzi i moim skromnym zdaniem miłe w kontakcie. Ciemna skóra z akcentem mlekowym czasami czerwienieje (jest dosyć delikatna jak na konika) zwłaszcza w stawach łokciowych czy paluchów, a także na policzkach i grzbiecie nosa. Także niestety w miejscach u ludziów już raczej podchodzących powoli pod intymne, to jest poniżej biodrów - tam gdzie zawiązuję sobie chusty i gdzie zaczyna rosnąć z rzadka moja ‘zwierzęca’ sierść. Ogólnie łatwo u mnie o odparzenia - zdecydowanie nie jestem stworzony do noszenia ubrań - ścierają one ze mnie cały naskórek. Naprawdę nie wiem jak możecie funkcjonować opatuleni w te materie ściernicze i jeszcze na dodatek w tym kimać i pożywać i Matka Natura wie co jeszcze, robić! Ale cofając - pod ,,ludzkim” pasem preferuję mieć jednak zawiązane cuśki, bo widzisz, tak wolę. To takie zabawne, że u was zaczynają się tam potężne różnice w płciowości, a u nas jawi się kolejna klata. Raz zdarzyło mi się nawet powiedzieć pyskatej podlotce, że i u nas czają się tam podstępy kusiciela, ale nie chciała wierzyć. Za to kiedy zamaszystym ruchem ściągnąłem swoje przepaski wpadła w krzyk dziki i niemal histerię. Zatrzasnęła powieki i nijak nie chciała spojrzeć na to nic zdrożnego co jej ukazywałem. Powiedz no mi, że nie jest to piękny numer! Huhuhu. Lubię dziewczęta, ale póki są młode trzeba je uczyć szacunku dla stukniętych włóczylejców. Tak czy inaczej po tej aferze zaprzyjaźniliśmy się, ale chyba zaprzestała rozmawiać z obcymi.

BO CZEMU NIE?
Jak widzisz wszystko ma jakiś powód aby być. Moje barwne chusty i szaroszmatki, a także koraliki - jedne na rzemyczkach, inne wplątane we włosie i ozdabiające warkoczyki. Także moja opaska ma sens. Wiele osób pyta się czy mam tylko jedną paczałkę albo jaką bliznę. A ja im różnie odpowiadam. Niekiedy maluję sobie powiekę czymś krwiście czerwonym i robię tak jak z tamtą podlotką - tylko, że tu nachylam się nad ofiarą i wtedy ściągam opaskę. Huhuhu. Czasami mdleją. Ale tylko ci o bardzo słabowitych nerwach. Mój talent malarski nie jest niestety na tyle wibitny abym mógł omamić co spokojniejszych. Trochę szkoda. Ale czasem wystarczy siła sugestii. W sumie - od niej w większości zależny jest efekt!

GRZYWICA
Skoro byliśmy przy włosiu, to powiem, że ciekawa to sprawa. Moje jasnoblond kłaczki (też trochę mlekowe) są grube i bardzo mocne, a przy tem całkiem miękkie, muszę ci powiedzieć. Nie końskie i nie ludzkie. Takie specyficzno-zwirzęce. Na długość… te u łba to w większej części spadają na mój poziomy grzbiet. Ale nie są wybitnie równe. No i mam też z lekka swawolną grzyweczkę, która mnie się trochę rozchodzi na boki, a trochę pysk zakrywa. I takie krótsze kępki gdzieniegdzie. Dbam o mą fryzurkę (ma na myśli, że myję), ale czasem coś się zahaczy, postrzępi i potem tak pozostaje. Przeważnie nie używam żadnych zapinków, ale nie jest to jakaś moja żelazowa regulamina. Lubię plątać sobie warkoczyki. Zwłaszcza takie tycie. Ale jeżeli chcesz mi zrobić taki porządny z tyłu to jak najbardziej! Nie mam nic przeciwko gmeraniu przy mię.

MORDKA
Z góry została mi już tylko facjata. Podobno to na nią zwraca się największą uwagę, choć ja tam jestem teorii, że co poniektórzy na niej nie poprzestają. Sam tak z resztą robię. Huhuhu. Cielsko jest w końcu od oglądania. Gdyby było inaczej, centaury nie chodziłyby nagie.
A więc co ja ci mogę rzec. Ryjek mój jest ni to młodzieńczy, ni dojrzały - trudny do określenia, zwłaszcza jak pokryje go jasna szczecina, ale wiem, że stałej nuty dorosłości dodają mi niewielkie oczka. Wydają się jakby zmęczone. Ze względu na kształt (zewnętrzne kąciki opadają mnie nieco) jak i fakt, że górne powieki wyglądają jakby obniżały się zamiarem snu. Krótko mówiąc daję wrażenie kogoś, kto stale przysypia. Umysł mam jednak przewrotnie przytomny! Dlatego będę cię zapaplywał dalej, a ty pod tą moją opaską nie śpij jako i ja czuwam!
Oczęta te moje mam ciemnobrązowe, w mrokach niemal czarne. Rzęsów krocie, zbite ciasno w łuczek, za to niezbyt długich. Nad nimi, hen wysoko bujają się ciemne brwi. Ciemne, grube i takie trochę jak rozciągniony owal. Fajnie się nimi majta, a same z siebie mają pogodny wyraz. Na pewno nie są to srogie kołtuny leśnego dziada. Raczej takie śmieszne placuszki.
Nos… nie jest zbyt duży, ale chyba nie jakoś wybitnie zgrabny. Taka jarzyna. Trochę ubita swego czasu i do dziś mam poprzeczną bliznę różowiejącą tam na niej jak jaka poczwara. Ale ej! Mnie się całkiem podoba.
Usta nawet też. Szerokie, wąskowargie i rechotliwe. Genialne do szczerzenia się, robienia zgrywnych min i pokazywania zębisków - a te na szczęście w czystym kolorze, choć chyba nieco krzywe. Taka typowa zgryzowada. W paczałki się nie rzuca, ale jest. Nadto co więcej… kształt mojego języka jest nieco koniowaty, tak samo jak uszów. Sterczą tam gdzie u większości dwunogich, ale widać, że to jakieś mieszaństwo jest. Nie są tak małżowinowo powykręcane jak ludzkie, ale dłuższe i ostrzejące na końcach. Trójkątnawe takie i nie elfie. Wydawałaby się, że niezbyt ruchliwe, ale mogę nimi strzyc. Tak trochę. Całkiem dobrze wyłapują dźwięki, ale przy nasłuchiwaniu lepiej przekręcać łepetynę śmiało.
Oh, jeszcze ogół! Jak już mówiłem paszcza moja wygląda młodo, choć charakterystycznie. Jest ni to plaskata ni pyzowata (plaskate pyzy?), z niewielkim podbródkiem i raczej niezbyt ogierowymi rysami. Kości grzecznie chowają się pod skórą, a szczęka jest skromna i bardziej niż do straszenia rywali przystosowana do godzinowego bajdurzenia (właśnie dlatego kobiety zwykle mają mniejsze szczęki niż mości faceci. Właśnie dlatego).

ŚIERŚCIOCZĘŚĆ
A więc zostały doły! Huhuhu!
Chcesz wiedzieć jakowym konikiem jestem? Już zdradzowuję. Jak wspomnałem nizinka ze mnie, ale wytrzymała i wcale nie słabowita. Klatkę piersiowo-miedniczną mam całkiem szeroką, kłodę nienazbyt długą i nie ociężałą. Zad umięśniony jak należy, ścięty do tego, lędźwie bardziej wąskie niż nie. Grzbiet mocny, nieco wygięty, łopatki wyraźne, sylwetkę smukłą, a patyki długie z hojnie zaznaczonymi stawami. Jak to u zdrowych centaurów, widać u mnie gdzieniegdzie kostki pod skórą, a pęcinków nie mam zbyt mocno skątowanych.
Sierść ci mam krótką i gładkową, a do tego średnio wydatne szczotki pęcinowe. Ogon mój jest mlecznożółty jak i włosy na łbie i z podobnym włosiem. Tam też zaplatują mnie niekiedy warkoczowe ozdobniki z dodatkowymi koralicami. Kopyta natomiastowo są lednolicie ciemne, takie korowe - raczej nie podkuwane. Spróbowałem kiedyś nosić żelazowe butki, ale w sumie do niczego nie są mnie potrzebne. Mam o co ścierać kopyta (wymóg ich ścierania to jeden z powodów, dla którowych mogąc latać nadal często mykam po glebiszczy), a jednocześnie nie pełzam tyle po kamulcach i miejskich brukach, by potrzebować je ochraniać.

FARBA
Powinienem jeszcze wspomnieć brateczku o mojej maści. Robię wiele maści, na różne dolegliwości. Huhuhu. Za to moja naturalna nakońska jest… nieco nieustandaryzowana zdaje mnie się. Nie rzuca się w oczy co prawda (zwłaszcza jak masz na nich opaskę), ale i trudno określić ją jednym słownictwem. Wydaje się jednolita i ciemnieje z lekka tyko przy koronkach, ale z farby przypomina kasztanowatodereszowatość (gdyby nie owa jednolitość o której żem wspomniał). Poza tym jasna ogoniastość do tego nie pasuje. Więc może jest to jaki kremowy przydymiony? Muszę ci ja powiedzieć, że nie wiem i nie wiem czy się dowiem. Czasami mniemam, że jest to szachrajstwo jakie. Ale mimo to, a może tym bardziej podoba mnie się nawet i pasuje swoją szarowato-biało-brązowością do mojego pragnienia nie rażenia po paczałach niczem wyrazistym.

CHODY
Tuptam ja na nogach czterech, a tuptam kiedy nie fruwajam. Z tego co dane mnie było usłyszeć lub wypaczeć to chód mój jest całkiem harmonijny z obszernym wykrokiem. Kłusuję płynnie, choć do akcji nadgarstków mógłby się kto przyczepić, poza tym jakoś leniwie mnie to wychodzi. Wydatny w galopie dobrze skakuję i przechodzę w użytkowanie magii wiateru. Lubię wędrówkować i dla własnej kondycyi nie mogę z tej dziedziny poruszowania się zrezygnować, ale kiedy nie stępam lub nie galopuję swobodując to trudno mnie się powstrzymać od wzniesienia i odciążenia stawów, a zabawienia zamiennie mojej wyobraźni.

GESTY
To może jeszcze wspomnę o bardziej ogółowych sprawach związanych z ruchem. Jak każdy koniozad macham czasem swoją blond kitą, zwłaszcza jak mnie drażnią jakie muchy. Lubie poza tym dźwięk trącego o siebie włosia, jest bardzo charakterystykowy. W porównaniu do koniów jestem nieco bardziej elastyczny w wyginaniu kończynów i boków, ale nie zanadto. Nadrabiam sobie nagoskórną częścią ciała, której manewrów pozazdrościć by mi mogli i akrobatyci. Poza tym na dobry sprawunek uważam się za takowego - to co robię w powietrzu mizia się już o sztukę! A jak dużo daje frajdy!
W ruchach potrafię być śmigusi jak trzeba, ale zwyklem raczej ospałe robię wrażenie. Częstokroś się przeciągam, odpowiadam po chwili, namyślam się, zamyślam, mrugam, mlaskam i znów odpowiadam… oczywistość nie zawsze - niekiedy się ożywiam i wtedy duch aż mię rozsadza od wnętrzności! Czasami trudno ścierpieć te moje napady wesołkowatości, ale ja nigdy ich nie żałuję. Nikomu ani niczemu. Huhuhu. Gesty mam otwarte i wyraźne, więc nawet jeżeli ich nie nadużywam wiadomo o co mnie chodzi, a chodzi mnie zwykle o to, by wszyscy byli zadowoleni i pokojni.

ŚWIERGOTANIE
Werbalność. To już chyba będzie ostatek. Możesz zdjąć opaskę, tutaj już nic nie da. Musiałbym ci nią zakryć słuchy i wyrysować na jakiej ścianie obrazy głosu żeby działało to tak logikowo jak nasze poprzednie spektakle. O, doberek! Znowu mię widzisz! Aż ci zazdrazowuję. Huhuhu.
Moje mówienie jest wyraźne, choć mamrotliwe i nieco monotonne (wiem, że mię słyszysz, ale daj mnie się kochaneczku uzewnętrznić do końca!). Słychować w nim życie i energię, dominuje tam jednakże stała stoicka nuta, która niektórych może dziwować. Sam ton jest całkiem donośny, zmatowiały i nieco chropotliwy, do tego wcale niski i wyraźnie głęboki. Dlatego raczej nie krzykuję, a lubię bałamutne szepty konspiratora, przyjemniacki rechot i spokojną mowę. Niektórzy kąśliwie rzucają, że głos jest we mnie najbardziej ogierycznym elementem i choć doceniam ten zakamuflowany komplimynt, polemizowałbym. Mam w końcu jeszcze swoje warkoczyki i bliznę na nosie!


Charakter

Faktowo, nie znasz mię jeszcze! A chętnie Ci o sobie opowiem. Tak tak. Ale czy jesteś aby ty pewny, że chcesz mi zawierzyć na słowo?
Ależ proszę cię bardzo! Huhuhu!
Pierwsze co rzuca się w paczałki to pewnikiem jest moja powaga. Z dumą prawdziwego jenerała przemierzam krainy dbając o moje infernalne wibracje i o to, by mnie kto ze stukniętym mułem przypadkiem nie pomylił. Przerażone gromady rozstępują się przed mymi błyskającymi złowieszczo kopytami jak morze, a dzieci ze strachu rzucają w mnię łakociami. Czasami prowadzę rozszalałe chordy dzików-najeźdźców i rabuję żołędzie. Nigdy też nie bujam.

Ale ogólnie jestem centaurem pokoju! Byle tego nieobiektowego, bo zamknięcia nie znoszę. Łatwiej mnie jednak zachęcić do przebywania w pomieszczonkach niźli do agresji, bo to tej nie zmusi mnie nikt, ani nic - choruję od niej. Nie mogę nawet patrzeć na przemoc. Stąd noszę opaskę na gałce. Huhuhu. Tchórz? A możliwe. Żekłbym jednak, że to swego redzaju nadinterpretowywanie, bo właściwie nie uciekam jeżeli kto jest w potrzebunku, a zostaję tak długo aż nie upewnię się, że wszystkowi są cali i ochronieni. Gdybym tego nie zrobił pochorowałbym się bardziej niż od przemocy. Moje zadania zawsze jednak polegają na ewakułacyi lub ukryciu się z kimś lub kogoś, w ostatecznej ostateczności na odepchnięciu atakującego furiata powietrzem lub zamknięciu go w ziemi. Ale tak żeby mógł się wydostać! Albo przynajmniej oddychać. Jestem świadomy i wiem, że są jednostki tak wypaczone, że bez arcymaga emocji lub umysłu można jedynie zrobić im krzywdę, by się przed nimi obronić, ale muszę przy takowym działaniu przekazać pałeczkę komu innemu. Kumuś, kto uważa, że ma prawo to zrobić, kto broni swoich krewniaków i zwyczajnie w świecie zbyt się o nich boi, by puścić niebezpiecznego wypaczeńca wolno. Ja sam preferuję faktyczne szukanie arcymaga i przymusowe naprawianie felernych jednostek. Naruszanie wolności osobistaśnej? Ależ mój drogi, w naturze w licznych przykładach bezhamulcowe istoty żyjące w grupie są z niej usuwane. A my, rasy rozumne, wszyscy jesteśmy stadem i braćmi. Mamy jednakże tę wspaniałą opcyję, by uszkodzonych przedstawicieli naszych gatunków wyleczyć, a nie wyeliminować. Potrzeba do tego jednak czasu i odpowiednich warunków. Więc kiedy się da staram się stwarzać takowe. Nie ograniczam w końcu swojej działalności, choć przedstawiam się głównie jako znachor lub posłaniec, mimo że w istocie rzeczy jestem Szamanem.

Tryb mój żywotania to ciągłe galopaty, poznawanie ludzieńków, duszyków, miejsc i ich historyi. Choć miejsca z tego wszystkiego obchodzą mię nieco najmniej. Pikne są, ale nie mają natury bytu (przeważnie). Jeżeli zaś kto bytowy mię o co poprosi, chętnie nachylę ucha i jak będzie to sprawa słuszna, pomogę, rzucając w kąty wszystkie moje sprawy, których i tak właściwie ni mam. W końcu jestem dla innych, a nie dla siebie, więc ja sam zajmuję sobie stosunkowo niewiele czasunku. Tyle, by nie zaniedbać swojej kondycyi i rozwoju, a to też po to, by lepiej służyć moim kochanym braciom. I nic to że tacy jesteśmy różni, a z niektóremi aż trudno wytrzymać - nie pamiętam, przyznaje, aby mnie kto przez ostatnie dekady zbił z równoważni mojej duchowej (to jest poirytował mię). Prędzej sam komu to robię, bo to nawet zabawne. Huhuhu.
To trzeba mieć talent, żeby grać na cudzych nerwach z tak stoicką spokojnością. Ale zawsze wyciszoną, choć pewną siebie jednostką byłem, więc miałem ułatwione stać się ostatnim zgrywusem. Sam zaś do żartów i żartownisiów mam niezłą odporność, bo łagodnik ze mnie i cierpliwości mam na worki - nigdy jeszcze mnie się ona nie wykończyła. Muszę stwierdzić, że właściwie nie znam uczucia negatywnego napięcia, a i gwałtowność jest mi całkiem obca. Nie mam taż wydumanej dumy, którą musiałbym ochraniać i udowadniać co innym i sobie, że jest, można ją urazić i lepiej tego nie robić. Można robić! Siedzi w mnie świadomość, żem nie idealny, więc nie obruszę się jak mnie o tym przypomniesz.
Porozmawiam ze wszystkiemi, otwarcie i szczerze, bo co mam do ukrycia i tak prędzej nikogo nie zainteresuje. Lubię o dziwo bardziej słuchać niż mówić, choć przy kim odpowiednim paszcza może mnie się nie zamykać przez okres zastraszająco długaśny.
Nie mam własnych celów i planów, przynajmniej nie takowych, o których mógłbym tera opowiadować. Wypełniam cudze prośby i jestem w stanie zmienić plany kiedy potrzeba. Jednocześnie nigdy nie zapominam o tym co żem obiecał i prędzej czy później zadość stanie się każdemu memu słowu. Wiem także co znaczy ,,pilne” i wiem co znaczy ,,pilne nie” i sam siebie zaskakując potrafię masy wziętych na siebie zadań uporządkować i tak zorganizować, by wykonać wszystkie nie wykańczając się przy tem do ostatka.

Choć nie mam czasu na zbytnie ociąganie się, częstokroć aparycjuję jakobym to właśnie robił. Pewno dlatego, że lubię spokojniejszy i powolny rytm, chwile wyciszenia i przerw dla duszy, a przebywam przeważnie w biegu i zagadaniniu, jak nie za sprawą kogoś, to w mojej własnej łepetynie (to jest mam natłok informacyj i obowiązków we łbie). Skoro więc sposobności do wielodniowego odprężenia mam niewiele to moje podświadome spragnienia wypływają w postaci pewnej marudności ruchów, ziewania czy wylegiwania się w powietrzu, kiedy tylko trafi się parka minutków. Oczywistość bywają i wolniejsze okresy mojego życia, a wtedy nie pogardzę porządniackim wypoczynkiem, wielokrotnie we względnej samotności. Ale i relaksem w kompaniji nie pogardzę! Obecnie wolę jednak jak grupy są zmniejszone (zawsze lubiałem być częścią większej całości, ale stać jednak z boku i bardziej w oddali), a najlepiej rozumuje mi się przy towarzyszuknu nie więcej jak czterech osób.
W towarzystwie zaś nie jestem wybredny zanadto, ale pijackie śpiewy czy zbyt narwane zabawy nie są dla mnie. Wolę pogawędkę, pogadankę, niewinne dowcipy i spacerniki połączone z obserwacją otoczunku. Dobrze jest też wysłuchać miłej opowieści, dać się wypielęgnować i wyczesać albo potowarzyszyć komu przy jego pracy ażeby nadziwić się jej i słusznie wypodziwiać.
Najwięcej kocham kompaniję kobiet, tych ślicznych, uroczych istotek zrobionych z kwiatu i miodów (bądź chmurek, arbuzów i innych rzeczowników). Urodzony ze mnie bałamutnik być może, ale ostatecznie nie wyrósł żem na takiego, bo po pierwsze za uczciwy jestem i ciapowaty, po drugie Szaman, więc mnie nie wypada, po trzecie płci pięknej nie warto się narażać (chyba, że masz dużo bandażów na podorędziu), a po czwarte jestem w końcu centaurem. Co to ostatnie może przeszkadzać? Ano jeśli mam na oku centaurzycę to nic. W innych przypadkach siłą rzeczy musiałoby się kończyć na rękoczynach (trzymaniu za rączkę) lub przejażdżkach. A że klaczki, którem ostatnio spotkał mogę policzyć na palcach mych końskich nogów, to widzisz jak jest. Kocham je wszystkie platoniczną miłością i tak już najwyraźniej zostanie. Jako centaur jestem w końcu samotnikiem.
A skoro już przy miłości jesteśmy to wiście oczy dziatki też uwielbiam. Braci ogierów i innych mości facetów też. Wszystko co żyje i objawia to w mniej czy bardziej wyrazisty sposób wielce szanuję. Opsik! Przepraszam serdecznie! - dusze także kocham! I dlatego będę im wszystkim pomagać i wybijać ze łbów niemądre pomysły (a wbijać inne, mniej szkodliwe, a nieco bardziej zabawowe). Huhuhu.

Uważam się za całkiem już dorosłego konika, choć czy jestem dojrzały? Warkoczyków bym sobie uciąć nie dał. Nie warto jednakowoż lekceważyć wypowiadanych przez mię słowników, bo nawet ostatni wariat i wsiowa fujara mogą palnąć coś co uratuje nam zad (lub twarz) w odpowiednim momencie. Czyż nie prawda? Poza tym trochę jednak widziałem, nieco wiem i można z tej mojej wiedzy korzystać nieodpłatnie, a nawet z nagrodą w postaci pochwały lub dobrych rezultatów. Z odwrotnej strony mam też pewne ułomności i przywary, których na wzór nikt sobie brać nie powinien. Tylko jakie to były?… ach, nie pamiętam.

Trochę się już napaplałem, ale na pewno mogę co więcej dodać żebyś miał lepszy ogląd w mnie… za źrebaka brany byłem raczej za nieogarniętusa i pstrołbowego marzyciela, który nie potrafuje stąpać po glebie. Teraz ci powiem, że nie prawda - stąpać się nauczyłem. Reszta cech pewno pozostała. Ale co poradzić? Zwłaszcza jak się nie chce? Bo cenię sobie te moje dumania, radość z dni czy nocy, wszelkich małych zdarzeń, każdego szczerego wyszczerzenia i pozorną niefrasobliwość, która mię umacnia w pełnieniu roli jaka została mnie powierzona. Ale jest to rola, która na pewnej płaszczyźnie na zawsze oddzieliła mię od reszty swojaków. Choć i daje naprawdę wiele w tej wymianie. Niewyobrażalne wręcz dziwy i cudownice!
Widzę tyle ile mam zobaczyć, słucham odwiecznej mowy natury, instynktów i magii, czuję całym sobą świat, który mię otacza i dlatego mogę robić rzeczy, które nie wszyscy popierają lub mają za mądre czy słuszne. Ale ja wiem, że wiem. I mam rację, mówiąc, że mam rację. Tego nauczył mnie mój mentor i wiem, że on też się nie mylił.

Atrybuty

Krzepa:Raczej silny, Wytrwały, Wytrzymały,
Zwinność:Zręczny, Szybki, Precyzyjny,
Percepcja:Czuły słuch, Czuły nos, Wyostrzone czucie, Wyczulony na magię,
Umysł:Bystry, Żelazna wola,
Prezencja:Przekonywujący,

Cechy specjalne

Kopytnik z talentem [Z]Jestem jednych z tych centaurów, które mogą poszczycić się wyjątkową zażyłością z magiczną i duchową częścią istnienia. Śmiem wysnuwać, że nie każdy byłby w stanie oswoić sobie tyle dziedzin co ja i baraszkować z duchami tak swobodnie i z taką beztroską, że niemal zawsze brany byłby za przygłupa.
Z roślinami gada [Z]Ze zwierzętami też umiem!
Kochanek wolności [W]Czy słoncej przygrzewa czy deszcz w zad biczuje, to jest to właśnie czego potrzebuję! By biegać z swobodą i latać nad ziemią, po horyzont paczeć jak się ptacy mienią. Czuć w chrapach i knieje i szamkę zieloną, polnych pyłków mnogość i dzikość wrodzoną. Przez miasto też przemknę, nawet chętnie wjadę, ale niech mnie zamkną, a dostaną w papę! Powały nad głową to nie miejsce moje, więc z dala omijam podstępne podwoje. Choć zajrzeć przez okno nie omieszkam raczej, pragnieniem centaura jest mieszkać inaczej. (Krótko mówiąc nie zamykajcie mnie w chałupach!)
Co pamięcią włada [Z]Jeśli bardzo nie chcę aby coś mi uleciało ze łba to nie uleci. No chyba, że weźmie i uleci.
... ale już nie łukiem [S]A weźcie mnie nie zmuszajcie nawet bym trzymał to paskudztwo! Do polowania może i by się przydało, ale jak przez pomyślunek mi przejdzie, że strzałą można coś zranić i nie zjeść, to dostaję dreszczów. Moja pierwsza-druga nie-miłość pewno by polemizowała, ale moim zdaniem należałoby wyrzucić wszelkie takie dziadostwa jak narzędzia walki, a szerzyć zamiast nich papirusy miłosne albo sałatki. Na świecie jest tak dużo miejsca, że biorąc pod rozpatrywanie ograniczoną ropłodność wielu ras, pomieścilibyśmy się ze spokojem przez następne tysiąclatki. Później i tak nas coś wykończy, więc po co marnować czas i niszczyć sobie ducha przemocą?… Poza tym mam na to uczulenie. Już w młodości wyskoczyły mi takie dwa bąble na torsie i nie chcą zejść. Wy też na pewno macie ten sam problem. Widzicie? Mówiłem. To przez agresję.

Umiejętności

Odnajdywanie źródeł magii (magiowidzenie) [M] Widzę, czuję, posłuchuję… mam se ja zmysł do tego i doświadczunek, przeto jeśli szukasz ja tobie znajdę!
Czytanie aur (auropaczanie) [M] To także potrafię, że tak skromnie przyznam. Widywałem je od młodości, ale musiałem naumieć się skupiać na nich i wyłapywać poszczególne ich cechy, już nie mówiąc o znaczeniu owych. Obecnymi czasy jestem w stanie rozczytać niemal każdą emanację i może nawet zorientować się jeżeli coś w niej szwankuje…
Pływanie (wodounoszenie) [P] Miejsce kopytnych jest na lądzie i we przestrzeni nalotniej!
Polowanie (dozwolona przemoc) [O] Jadam ci ja mięso, jadam, a więc muszę je jakimiś metodami zdobywać. Nie lubię ostrych narzędzi i podstępnych sideł, toteż w tym celu używam magii. Ale nie jestem specem w tej dziedzinie.
Przetrwanie (życie) [W] Czy można żywotać inaczej jak przy piersi Matki Natury? Nie potrzebuję doprawdy żadnych cywilizacyjnych nowinek. Inna sprawa, że raczej nie odnajdę się w nazbyt niesprzyjających dla mojej rasy warunkach.
Skradanie się (nietupanie) [P] Nawet na tym poziomie jest to godne pochwały jeżeli ma się nie tylko cztery kopyta, ale zarówno kłodę jak i ludzki tułów! Jest czym o gałązki zaczepiać. A jednak kiedy się wezmę wysilę to umiem poruszać się całkiem cicho przez pewien czas. A jeszcze lepiej mnie idzie, gdy użyję do tego magii wiateru.
Zielarstwo (psikusowyroby pomocne) [W] Znam roślinki, znam - lubię też do nich mamrotać. Częstokroć sporządzam z nich liczne specyfiki, wiem też gdzie wzrastają konkretni Zieloni Bracia i ilu z nich trzeba narwać na dobrą zupkę pomagającą w leczeniu nadwagi czy przeziębiania (tak dla przykładu). Szykuję też maści, leki, nalewki i inne różności, ale na niektóre z nich chyba lepiej uważać. Niektórzy twierdzą, że wyobraźnia chwilami mię ponosi.
Geografia Alaranii (mapowiedza) [O] Trochę się już zdążyłem nachodzić, nacwałować i nalatać po tej ambrozjowej krainie. Orientuje się więc co gdzie się wyleguje (leży) i zwykle bez problemu docieram na upatrzone miejsce. Nawet jeżeli zdarzy mnie się stąpać do tamtąd ciutek naokoło.
Anatomia (trudne takie) [O] Głównie centaurów, ale także ludziów (oraz ras im krewniaczych) i niektórych zwierząt. W końcu parałem się (i nadal param) także leczeniem. Nazwy, których używam mogą innych lekarzy niekiedy dziwić, ale grunt, że orientuję się co i jak. A jak się nie orientuję, to się zorientuję - byle mnie kto przekazał wiedzę werbalnie i czynowo (nie umiem w końcu gryzmolić i czytać w tradycyjnie używanych językach. Huhuhu).
Medycyna (jeszcze trudniejsze) [O] Sama anatomia do kurowania nie starcza - przeto naumiałem się jak pomagać większości naturian (choć niektórzy z nich nie chorowieją, więc tu pomoc często wiąże się z samym pojęciem ,,energii”, opanowywaniem krwotoków i radzeniem sobie z innymi uszkodzeniami) oraz uczę się jak leczyć zwierzęta i ludziów. Znam już sporo ichnich chorób i mam w zanadrzu nie jeden lek, ale wolę zajmować się lżejszymi przypadkami, w innych zdając się na specjalistów.
Bestiologia (nie bycie ślepym) [W] Oczywiście, że znam stworzonka zamieszkujące kontynent! Uwielbiam ja ci obserwować ich zwyczaje i porozumiewać się z nimi - w dziczy spędzam o wiele więcej księżyców niż w miastach, więc często mam po temu okazję.
Botanika (bycie ślepym tylko trochę) [O] Kojarzę też roślinki i łapię jak funkcjonują, choć nadal niejeden gatunek gdzieś mi umyka. Cwaniaki jedne.
Meteorologia (brak domku jak ślimok) [W] Wyrośnięty ja na łonie natury i w pewnej mierze odpowiedzialny za mój klan, a teraz stale podróżujący… No nie mogę nie orientować się jaka zastanie mię pogoda!
Rasologia (lubianie wszystkich kobitek) [O] Dzięki licznym wytuptajom i otwartemu sercu (uszom i oczom) obratałem już wiele ras mieszkających na kontynencie oraz w dużej mierze pojąłem to jakie są i czego potrzebują do życia.
Kulturoznastwo (gdzie można się wielożenić) [O] Za sprawą tych samych cnót wiem też sporo o kulturach jakie te istoty tworzą i zwykle całkiem gładko potrafię się do nich dostosować, choć niemal zawsze robię za ,,obcego” jeżeli nie po prostu za ,,gościa”.
Szamanizm (cały ja! Huhuhu) [W] Profesja? Powołanie? Mniejsza o nazewnictwo! W to wierzę, znam się na tym i umiejam z tej wiedzy korzystać, by czynić cudze życie łatwiejszym! Zwyczajnie nie umiem ja ci być niczym innym jak Szamanem właśnie (nawet będąc włóczylejcem ostatnim i powiernikiem cudzych wiadomości).
Wiedza o duchach (straszenie dziatek) [O] O samych zaświatach pojmuję trochę mniej niż o samych duchach i naturze, ale mimo wszystko nie mam problemów z dochodzeniem się z Niematerialnymi i rozwiązywaniem ich pierepałek. Zazwyczaj.
Poliglotyzm (słowodajność ułatwiona) [W] Język naturian (mój matczyny), Wspólna Mowa (nieodzowny), Elficki (bardzo zacny), Krasnoludzki (zacny wcale nie mniej!). I po kilka słówków w różnych, mniej znanych dialektach.
Wiedza tajemna (tajemna wiedza) [O] A wydawałoby się, że taki niepozorny głupek. Potrafię jednakże zaskoczyć swoją wiedzą na temat magii i zaklęciów!
Uniki (jedyny słuszny sposób walki) [O] Zwinny kucyk.
Gra na bębnach (bum bumy!) [W] A jak! Większa część bębnów obręczowych nie ma już przede mną tajemnic!
Malarstwo (farbomazianie) [P] Uczyli młodego cielaka, no ale...
Rysunek (gryzmołkowanie) [W] Za to rysunek idzie mi nieźle! (I uważam go za bardziej praktyczny niż kolorowe ciecze).
Tańcowanie (tańcowanie!) [O] Centaurzycki, tak bym to ładnie mianował. Tupanie kopytkami, dużo kurzu, podskoki… w znacznej mierze są to tańce klanowe, a więc jest jednocześnie - grupowe. Ludzkich tańców raczej się nie nauczę, bo zrobienie kroku w bok jest dosyć trudne z końskimi patykami… ale chętnie popatrzę.
Poezja (wierszoklepanie) [P] A takie rymowaneczki czasami mnie się we łbie urodzą.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Rozkazy
Ducha [U]Lubię gadulić obcym, że słyszę głosy.
Ziemi [A]Gleba jast bardzo ważnym i zacnym tworzywem, oj tak!. A poza nią param się organami.
Powietrza [M]Ażeby mi więcej nie mówili, że kopyt od ziemi nie oderwę! Wiatrohulanie to jest to co centaurzy Szamani lubieją najbardziej!

Magiczne przedmioty

Opaska Niewidka [ZAC]Bardziej czarny prostokącik materiału niż profesjonalny gałozakrywacz na sznurku, ale mnie leży. Sprawia, że kiedy ją założę nie widać mojej paczałki. Huhuhu. Niezłe prawda? Dobra, bujam. Została mi włapiona przez Zgredzia, bo klaruje wzrok oka, którego nią nie zakrywam. Dzięki temu mogę sięgać jednookiem niemal po horyzont oraz dostrzegać małe, malutenieńeńkie punkciki na tycich przedmiotach, które mam pod nosem. Felerem jest to, że po tylu latach czuję się bez niej jakbym miał wzrokowadę.
Koraliki Bałamutki [ZAC]Wplecione we włosie i materiałki. Takie małe tetesie. Różnofarbne (to jest cisowe i ułudkowe). Te pierwsze kwaśne, a drugie mdławo-słodkie. Skąd wiem? Lizam żem był! Normalnie jednak należy wchlupnąć je do gotującego się naparu i trzymać tam aż zabarwią wodę. Kto wygulga taki napitek będzie opojony. Dodatkowo ten cisowy wyostrza zmysły, podnosi siłę woli i pozwala skupić wewnętrzne siły na utrzymaniu się przy życiu ze wszechuporem. Ułudkowy nie-trunek przytępia za to i otumania, rozluźnia i ułatwia mnie wykonywanie operacyj i nastawień. Oba działają tym mocniej im bardziej ich farba przejdzie na wodnistość pływającą w naczyniu, to jest im więcej na raz wrzucę i dłużej namoczę.
Dziadowskie Rysiki [ZAK]Ich miano w sumie wszystko tłumaczy. Jest to braterstwo rysików, co wyglądają tak samo a są różne. Krzyżują mię szyki czasami. Ich magia polega na tym, że mają zwykłe i niezwykłe kolory (każdy rysik po dwójce) i nigdy nie ulegają wykończeniu. Ich farbą mogę manipulować (zmieniać jedną w drugą) o ile zgadnę, którem dziadostwo wyciągnął. Jak nie zgadnę lub zgadnę źle, rysik się focha i przez następne kwadranse nie mogę go eksploatować. Trochę to irytorobne kiedy kto czeka aż machnę mu jaki ładny portrecik albo mam potrzebę śmigusiem coś naszkicować. Dlatego zwykle trzymam je posegregowane na takiej specjalnej rzemyczkowej plecionce, co mi się tak obraca na końskim przedramieniu, że ostatecznie w sumie nie wiem, który rysik złapię, ale za to pamięciuję jakie są obok. I w końcu trafiam!

Towarzysz

Fikuś i Pączek
Fikusiem mianowałem latającego myszokrólika o mlekowym futerku, węglowych oczętach i takiż pazurkach, który towarzyszy mi od jakiej chwili. Słuchy ma długie z plamkami na końcówach, długaśny ogonek ze smolistym pędzelkiem i parę skrzydełków także ciemniejących na strzępkach. Pewnikiem uciekł komuś z hodowli, ale teraz zaprzyjaźnił się ze mną i nie chce wracać. Nie wiem jeszcze czy zostanie ze mną czy znajdzie dla się nowe środowisko. Ceni jednak wolność, więc nie będę oddawał go hodowcom. Z charakteru jest żywiołowy i ciekawski, a także niezbyt posłuszny. Swawoluje ochoczo, ale jest przy tem należycie czujny. Powiem ci ja, że jest zawrotnie śmigły i zwinny, w locie potrafi naigrywać się nawet z jastrzębiów!
Pączek za to to dzikie z poczęcia stworzonko, ale odwrotnie niż Fikuś bardzo nieśmiałe i tulaśne, choć większe i bardziej masywne. To miły koalo-sójko-lemur o pełnych kształtach, owalnej główce, małych, półokrągłych uszkach, chwytliwych łapkach i okropniaście puchatym ogonie w czerno-niebne paski. W większości szarawo-jagodowy i nieprzyzwoicie mięciutki. Lubi przesiadywać na mym grzbiecie lub czepiać się pleców. Lata gładko, ale najlepiej w lnili prostej, bo nie najlepiej manewruje. Nie kompanuje mi od dawna, ale już zdążyłem nieco go zapoznać i mam przeczuciowość, że chyba się już od siebie nie uwolnimy. Huhuhu.

Historia

Moja historia krótka nie jest bratku, więc by zdążyć ją wysnuć w jedną nockę (a może mamy już dzionek? Nic nie widzę przez tę opaskę) nie będę zagłębiał się w zabarwne szczegóły i pomniejsze opowiastki. Chyba, że tego sobie życzysz? Słucham? A faktowo! Spieszyło mi się! Dziękuję, że przypomniałeś. Niemota ze mnie czasami, choć tak dużo gadułam.
Żeby więc Ci nie przedłużać i wszystko rozświetlić… podaj mi proszę mój napar z koniczynki…. ten taki tam tentegesik. O ten! Wdzięcznościuję. A teraz gulgaj i posłuchuj, bo będę się rozwijał. Huhuhu!
Żywot, którego właścicielem jestem, można ze spokojem podzielić na trzy główne etapy. Po pierwsze byłem…



CZĘŚĆ PIERWSZA - KLAN


Po pierwsze byłem członkiem klanu centaurów. Żyliśmy sobie całkiem spokojnie, choć nie byliśmy stadem wyjątkowo krociowym. Więcej ogierów niż klaczek, wiadomo, więc o figlach nie było nawet marzenia, zwłaszcza, że przez pewien czas sam byłem jeszcze dzieciakiem. Otoczony jak i insze (chyba ze 3 w moich czasach) dziatki troskliwością i opiekuństwem w kopyto ponad miarę, mogłem z spokojem uganiać sie za motylami, fantazjami i biegać dookoła udając, żem łebski. Dodać mogę, że choć jako sysak miałem wszystko podstawiane niemalże pod chrapy, to życie w zgodzie z naturą i w dużej mierze na jej dzikim łonie wymuszało na nas i każdym naszym członku zdrową porcję ruchu każdego dnia, a przy tem czujność w nocy i chwytliwość szybkiego uczenia się na skuchach - tak własnych jak i cudzowych. Spożywki zwykle bywało w bród, ale zdarzały się tygodnie głodniejsze. Czasem trzeba było ruszyć koński zad (to znaczy sie przenieść) i miesiącami wędrować. A potem wracać na stare miejscowie i tak w kółko i półobrót. Góry, lasy, stepy, rzeki - jak wszystkie młode centaury byłem z nimi oswajany od samego początku. Matka Natura dawała i odbierała, głaskała i spuszczała manto - i było to tak oczywiste, że inaczej nie dało się nawet pomyśleć.

W końcu jako chłopczyna żem podrósł i zaczęto mię i gromadkę trenować - byłem tylko (nie nawet) mości facetem, więc od początku robiono mi pod górkę. Nie do przesady, ale tak… po męsku i potnie. Straszne. Mój mentor był zaprawionym w boju mordoklepem, wiesz, z tych co uwielbiają szczycić się pagórkami mięśniów, bliznami i spać ze swoją bronią u boku (skoro nie miał babicy to może dobre i to?). Tak czy inaczej, rozlazły jak na centaura młodzieniec o głupkowatym uśmiechu (to jest ja) już na wstępie nie zdobył jego sympatii, gdy na ćwiczeniach zasugerował (przeciągając się z niewinną bezradnością), że może zamiast bojowych okrzyków grozy on poćwiczy grę na fujarce. Na wyścigach z kolei ten sam ja uwielbiał uprawiać artystycznie cwały i galopy, ale żeby z zaciętą miną wyprzedzać swoich ziomków (znaczy się ‘rywali’) to już raczej nie. Umiałem zatrzymać się za to przy rzece i wgapiać się w dal ślinotocznie, bo ,,zachód słońca jawnie malowniczy i szkoda by było jego przegapić”, po czym wrócić w tempie spacerowym, ponieważ ,,i tak dostanę karne kółeczka, to sie nie będę jeszcze zamęczowywał po drodze”.
No i dostawałem za takowe akcje sekundarne okrążeniówki, na których niekiedy nie tyle padałem ze zmęczenia (co to to nie! Huhuhu), aleć po prostu zwalniałem miarowo, przystawałem i w końcu wpadałem w kimę.
Lecz wszystko to nawet bez cienia złych intencyj!
W końcu lubiałem swojego mentora. Naprawdę porządny centaur, zasługiwał na respekcik i poważanie. Tylko, żem był w młodocianych latach (jako i teraz) w ogóle nie jak on i nic nie umiałem na to poradzić. Różnicowałem się od Tyrana masą (,,Proszę mnie nie zdeptać!”), siłą (,,A od tego kamienia to przepuklin mi nie wyskoczy przypadkiem?”) usposobieniem (,,Ptaszka pan żeś wystraszył. Może dogonię go i przeproszę?”) czy podejściem do życia (,,Nie sądzi pan, że dziś za kraśna pogoda na wyćwiczenia? Może poleżymy?”) i całą resztą. Nawet więc przy najlepszych chęciach i ochocie nie umiałbym zadowolić trenerowego tak, by nie łamać przy tym samego siebie i swoich cech przyrodzonych. Nie tylko z tym osobnikiem miewałem z resztą podobny ambaras. Nauczycielka łucznictwa, bardzo mądra kobita, choć lubiła mię jako takiego i uważała za całkiem do rzeczy synka, nie mogła przeboleć mego antytalentu do posługiwania się ukochanym jej, wygiętym patykiem.
A w tej dziedzinie też się wziąłem wypociłem - ćwiczowałem codziennie, wincyj nawet niż moi kolegowie i zadziwiająco wytrwale - nie dało to żadnych efektów poza tym, że straciłem w końcu łeb dla nauczycielki, a późniejszymi czasy musiałem żywotać ze złamanym siercem, bo przecież afair taki byłby wbrew wszelkim uzusom (i czhyba nie imponowała jej moja postawa). Szczęściem, po pewnym czasie młodocianej rozpaczy, oba te organy w końcu odzyskałem (i łeb i sirducho), a nawet jakby stały się one jakieś takie bardziej sprawne niż dotychczas. Niestety reszty cielska to nie dotyczyło i tak, poza biegami po terenach wszelakich i akrobacyjami nie umiało mi się nic fizycznego.
Dobrze mi szło za to przyswajanie wiedzy wszelkowej - o pogodach, o środowiskach, o wodzie, o ziemi, o roślinowych (braciach zielonych), o zwierzęcowych (barciach krasnowych), o rasach, o słońcej, o magii…
O magii?
No tak! To było to co mię ratowało! Z młodego pokolenia się wziąłem wykazywałem największymi zdolnościami w tej dziedzinie. Dzięki temu nie byłem cielakiem, ciamajdą, fafą czy zwykłym nawet obibokiem - byłem obibokiem z perspektywami!
Tak jak inni zagapiony w naturę, zdawałem się jednak wygapiać trochę wincyj - dostrzegać rzeczów i niuansów, które umykały były równolatom. Starzy wiedzieli jak rozpozetrzeć ten talent i jak należycie wykorzystać potencyjał cherlaka, żeby jednak nie poszedł całkiem na zmarnowanie. I tak swój Szaman wziął mię na ucznia i zwolnił z ,,tyrańskich zaćwiczeń” osób, których mniej lub bardziej nie poważał, po czym narzucił mi własne reguły i nauczył, że ,,magia i natura nie śpio. Nigdy!”.
W zasadzie… był to nieco szurnięty zgredzio. Bardzo mądrościwy i mówiący tak z estymą jako i rozumem, ale pstrołepny (rzekłoby się wariat), że aż w pęciny kopało. Trochę jak ja sam, tylko po dodaniu do organizmu ze dwóch koszyków niewłaściwych grzybków.
Miewał różne pomysły - by budzić mię wiadrem lodowody przed wschodem słońceja czy rysować na zadzie draczne przedstawienia. Huhuhu. Spałem ku centaurzej hańbie jak kamień, więc machnięcie cycastej boginki ze wszystkiemi subtelnościami to był pestek jakich mało! Kazał mnie też czasem latać w góry po zioła, których nie potrzebował, nosić różową przepaskę na piersi jednego dnia, drugiego chustę na głowie, zasłaniać na siedmiodzień paczały, stąpać tyłem… ale i przydatnych rzeczów uczył mię taką metodą, że wiadomości niemal same do łba wędrowały. Więc opłacenie było. Poza tym, kiedy już sie wziąłem ośmieliłem i nabrałem wprawy w rzemiośle, wcale nie pozostawałem mu dłużny. Mieliśmy podobne poczucie humoru. No, ale to trochę potrwało nim mogłem sobie pozwolić na śmielsze takie zabawy.
Najpierw czekały mię lata nauki - anatomia, botanika, leczenie i kurowanie, tak zwany ‘szamanizm’ całym ogółem… jednoczenie się z naturą, poszukiwanie zagubionych duszów, własnego ja i różne takie rytuały ‘przejścia’ (wchodzenia, wychodzenia i traskania wierzejami). Tak w ramach praktyki i rozruszania duchowego (chyba). Magia wiateru, która jako pierwsza objawiła się w mych działaniach, ustępowała miejsca magii ducha w czasie intensywnego wyszkolenia, ale w chwilach wytchnienia pielęgnowałem i ją. Było ważne, by przyszły szaman nie zatracił żadnej ze swych dziedzin i umiejętnościów.
Dodatkowym atutem, który niegdyś, na ćwiczeniach u Tyrana, stanowił istne przekleństwo, była moja nastrojna specyficzność. Spokojny, optymistyczny i prostoduszny, raczej niż za mędrca robiłem byłem co prawda za wesołka i klanowego trefnisia, ale przynajmniej szczyciłem się powszechną lubialnością. Na szacuneczek mogłem żem potem zarobić czynami, a do tego czasu wystarczyło mi, że inni się przy mnie śmieli. Skłonnościowali się także zwierzać. Z czasem coraz częstowiej. Dojrzewałem więc pod względem charakteru i z niefrasobliwego chłopaczka wyrósłem na godnego zaufania mości faceta. Nadal jednak pozostawałem tem samem żartownisiem co byłem i nigdy nie stroniłem od zabawów, rozrywów i zajęć bardziej artystycznych jak dla przykładu rysowanie, tańcowanie grupowe czy walenie po bębnach i kongach. Ceniłem sobie zajęcia integrujące cały klan i podczas wszystkich takich wydarzeń zostawałem do samego końca, zawsze jako ostatni zbierając się do odejścia (a mówili, że nie mam kondycyj, ha!).

W wieku lat trzydziestu, gdy oficjalnie stałem się dorośniętym i pełnoprawnym członkiem rodziny, przejąłem funkcję ,,Młodszego Szamana” czyli młodozgreda. Od tego momentu…


CZĘŚĆ DRUGA - SZAMAN


Od tego momentu wszyscy uznawali mój doświadczunek. Nadal obkuwałem się u naszego Szamana, ale sam byłem już w stanie zrobić wystarczająco dużo, by proszono mię o poradę czy interwencję. Zdecydowanie stałem się w kopyto odpowiedzialny, zdziwaczałem jednak nieco, choć może to kwestia wpływu Starego Wariata. Magią posługiwałem się już całkiem swobodnie (uczyłem się także powoli opanowywać nową dziedzinę - gleby), byłem uspołeczniony jak mało kto (choć miałem w sobie chyba coś z indywidualisty) i wydbywałem o wioskę na swój własny sposób (za to całkiem skutecznie). Nie wpychałem się jednakowoż w decyzje głowy klanu, sądząc, że ,,chyba jeszcze jestem na to za smarkaty, skoro nie wiem nawet co miałbym do niego powiedzieć”.
Poza rodziną kochałem całą naturę i zawsze opiekuńczyłem nad miejscem, w którym żywotaliśmy. Inni oczywiście robili to samo, ale ja oddawałem się temu zajęciu nieco bardziej intensywnie. Uznawałem, widzisz, że skoro jestem w tym dobry to odciążę tych, co dobrzej radzą sobie przy polowaniu czy budowaniu chatek, żeby wioska funkcjonowała jak najlepiej.

Ogólnie Młodszym Szamanem byłem całkiem na pochwal. I miłą osobowością, której ufano, choć… patrzano czasami na mię czy nie pobiegnę za daleko, zagapię się i wpadnę do rzeki. Bardzo często zdarzało mi się odwracać w galopie łepetynę, by popatrzeć jak fruwają ptacy czy motyle, a nawet żuczki i pyłki - byłem nimi bajecznie pociągnięty. Oznajmiłem kiedyś z resztą, że naumiem unosić się w powietrzu jak one. Stąd też zaczęto nazywać mię ,,Motylkiem” lub ,,Fruwajem” (troszek prześmiewczo, bo miało to oznaczać ,,marzyciela”, którego pragnienia się nijak spełnić nie mogą). Tak czy owak pasowało do mię to miano - ciągle lataiłem z miejsca na miejsce wesoły i beztroski. Czasem wszędzie było mię pełno, a moją obecność czuło się ponoć nawet gdy błądziłem po kniejach w poszukiwaniu korzeni. Zaczepiałem także każdego i miałem wyraźną słabość do klaczek, z którymi nie figlowałem wprawdzie, ale których towarzystwo nazywałem bez krępacji ,,wyjątkowo słodziuchnym”. Poza tym byłem pogodny, ‘ciepły’ i kojarzyłem się im byłem z czymś letnio-wiosennym. I taka też była tradycyja, że porządny członek klanu powinien dorobić się jakiegoś drugiego imienia.

Przyznam z niemałą satysfakcją, że gębule im do pęcin opadły, gdy w uporze swym i zaciętowości postawiłem w końcu pierwsze stępy nad glebą! Zawsze byłem i jestem dumny z tej mojej naumianej właściwości. Fartowo też, dzięki temu ,,Motylkowi” nie przylgło do mię miano ,,Pegaza”, choć co poniektórzy już się czaili, by mię na niego przerobić. Nie zrozum nietrafnie - pegazy to dobrotliwe stworzenia, ale z mojego punktu gapienia o wiele mniej poetyckie niż uskrzydlone insekty. Lotnice tych drugich mają takie rechotliwe użyłkowanie i soczyste farby. Prawda, że ma to logikę?

Ale cofając…
Poduczony języków brałem udział w ‘oswajaniu’ wioski z przedstawicielami innych ras i handlu wymiennym. Łatwo nawiązywało mi się z innemi kontakty i bywało, że znikałem na kilka dniów, by umocnić przyjacielskie więzy. Niepokoiło to co poniektórych, ale nadal - nie zastąpiłem temi czasy jeszcze starego Szamana. Mogłem więc trochę pofrywolać. Tym bardziej, że z reszty obowiązków wywiązywałem się jak należało - byłem całkiem dobrym znachorem, rozjemcą i choć nie potrafiłem odprawiać rytuałów, to zatrważałem wszystkich pytlując ze zmarłymi. Dreptałem spokojnie przez życie, czując, że ma ono należyty sens. Bywałem świadkiem zwad i zawierania rozejmów, kłótni, śmiechów, zabawów, polowań, powodziów, pożarów, przenosin, łez i narodzin. Czułem się już doświadczonym centaurem. A jednak nie przewidział żem wszystkiego.


CZĘŚĆ TRZECIA - POSŁANIEC


Tak się złożyło, że teraz, od wielu lat żywotam samotnie. Właściwie to tych dniów mojej wędrówki zliczyło by się już i ze 20000 i wincyj. Są to marsze ciągłe, przeplatane cwałami, a może to cwał przeplatany marszem? Na jedno właściwie wybiega. Nigdzie się nie postojuję dłużej, choć nie gardzę wcale wizytami w wielkobudach (miastach), wielobudach (miasteczkach), dziurach (wioskach) i osadach (osadach). Zawitam wezmę wszędzie, gdzie tylko mię wpuszczą, a jak nie wpuszczą - odejdę. Ich strata. Huhuhu.
I powiem ci szczerze, że faktowo mogą na tem wyjść brzydko, bo zwykłem nieodpłatnie robić za wędrownego znachora, portrecistę, nauczyciela i w ogóle roznosiciela wiadomości o tym co dzieje się na świecie. To co jednak upodobałem sobie najbardziej to bycie Ochotniczym Posłańcem. Już na początku swojej wędrówki, kiedy tylko znalazłem się przy jakiejś cywilizacji, wpadłem na ideę, że skoro i tak za moment wyruszę dalej, to może zabiorę wezmę z sobą informacyje od tutejszego ludostwa i przekaże je im, żyjącym za borem, bratom? Tak się to zrodziło. Pukałem w okiennice i zapytywałem uprzejmie czy gdzieś się nie udać, czegoś nie wygadać, a może dostarczyć? Wskazywałem byłem przy tem wymownie na swoją końską cząstkowicę. Byłem dla ludziów jak jeździec urodzony na szkapie, mogłem wiele zabrać, a i pary w patykach mi nie brakowało. Choć jestem jaki bywam, obrazowałem im się kimś takim co można na nim polegać, więc zawsze po kilka osóbek zgłaszało się po po moje usługi. Nigdy nie nauczyłem się po ichniemu pisać, a jedynie stawiać umiem wymyślne symbole i rysować mówiące coś tylko mnie samemu wzory. Jednakowoż nigdy nie zapominam ani imion, ani treści ‘listów’ czy zapytowań, zwłaszcza jak je sobie ‘zanotuję’ po mojemu. Lecz i bez tego daję sobie radę o ile nie mam we łbie kotłowaniny informacyj. Trudno mi zdecydować czy wolę przekazywać coś wargowo (polegając na mojej pamięci) czy ,,od dłoni do dłoni“ (papierki, czyli coś czego nie noszę w głowie mogę przecież (tfu, tfu!) zgubić). Jednak mało odmawiam. Kiedy zapytują mię czy wrócę, odgaduję, że ,,oczywistość, ale to zajmie wiele księżycowych ryjków nim znów się spotkamy”.

Takie podróże nauczyły mię wiele - bytować inaczej niż na łonie natury nie umiejam, więc noclegi nigdy nie są dla mię kłopotem, ale w pojedynkę trza być bardziej czujnym niźli w kupie. Jako centaur spokojny i zrównoważony (huhuhu) chętnie po amatorsku param się dyplomacją, ale jeżeli chodzi o czyhające na drodze zagrożenia to musiałem lotnie opanować wszelkie możliwe techniki ucieczkowe. No bo przecież nie mogę wojować! Wiedząc o tej swojej cesze wielce szlachetnej, skupiałem się byłem na unikaniu niebezpiecznych chryj lub szybkim z nich wypadaniu - moja tak mianowana ‘waleczność’ też na tym właśnie polega - nigdy nie pozostawiłem nikogo w potrzebunku, ale pod warunkiem, że osobnik zainteresowany nie pragnął jak głupi gniewny stawać do boju, a ulotnić się wraz ze mną (albo udało mnie się go ogłuszyć). Kiedy natomiast o oddaleniu się na bezpieczną odległość nie może być mowy, pozostaje mi obrona i tworzenie murów lub tuneli w ziemi. I w sumie wtedy też daje się zniknąć z pola widzenia agresownika. Zdecydowanie jestem jednym z legendarnych mistrzów w nie-walczeniu. Huhuhu!
Dodać muszę, że magie bardzo mi w tym pomagają - choć nie umiejam użyć ich bezpośrednio na innej osobie (w celu zaszkodzenia jej - takie moje wewnętrzne zasady (nie licząc ogłuszania narwanych młodzieńców)) to panując nad żywiołem gleby i wiatru jestem niełatwy do uchwycenia. Świat duchów też mi sprzyja. I rośliny. I zwierzęta. Wszystko co mię otacza! Czuję się stale w opiece naręczów sprzymierzycieli, więc nigdy nie byłem na tyle zdeterminowany, by sięgnąć po (tfu!) b…roń (która jak zechcesz zauważyć, z samej nawet nazwy w naszym pięknym języku sugeruje jakoby używana miała być do ‘obrony’).
Poruszając się po niemalże calutkim kontynencie zgapiłem o wiele więcej niż mogłem kiedykolwiek jako członek klanu. Fauna i flora całej Alaranii - fascynująca i przemawiająca do mię językami kwiatów, drapieżnych ptaków i płochliwych jaszczurków - mową nieba i ziemi codziennie opowiadała mnie co nowego i pokazywała niezliczone drogi oraz kryjące się za nimi możliwości do stania się lepszym bytem. Ale dość mistycyzmów - inne, bardziej wchodzące na sferę pomyślunku mowy, regulaminy i zachowania też musiałem przyswoić. Nigdym nie stronił od pogawędek i zapoznawania nowych istot, więc miałem ci ja wiele okazyj do zapoznania się z ludzką gestykulacją jak również językami i zwyczajami różnych ras, a także z niemi samymi - z drugiej strony jeżeli o naukę biega, to mało gdzie zostawałem na tyle niekrótko, by faktowo poduczyć się tamtejszych praw czy dialektów porządnie, a i w większości miejsc można było porozumieć się we Wspólnym. By zaś nie oburzać tubylców wystarczyło czasami jedynie nie wychylać się zbytnio i nie być chamem, a takowym ja ci nie jestem. Z tego też względu wpoiłem sobie tylko najpopularniejsze, klasyczne i używane na wielu obszarach ziemistych języki (kalecząc je nieco stylem wypowiedzi), a z regulaminów zapamiętałem głównie ogólne prawa - a dodatkowo kilka uniwersalnych i parę bardzo specyficznych zwyczajów. Im częściej wracam jednak na jakieś tereny czy do danej grupy, tym lepiej idzie mi dostosowanie się do niej i zapamiętanie rządzących nią reguł.

Niestrudzenie kierując się tam, gdzie mię kopyta poniosą, stałem się wprawionym łazęgą, umiejącym zachować się (jakoś - jak to już kwestia drugorzędowa) w większości sytuacji, choć nadal mam ja swoje małe spaczenia, nawyki i fantazje. Jedną z nich jest to, żem nigdy nie porzucił swojego marzenia o lataniu - więcej - zajęło mnie to lata, ale jak się da to można! Niegdyś galopowałem po ziemi, może nieco wydłużałem skoki lub unosiłem się niezgrabnie, ale teraz mogę zrównywać się z ptactwem (o ile nisko fruwa) i unosić nad wodami wedle uznania (dobrza, przyznaję, wolę nie za wysokościowo i nie bez lądu w pobliżu). Nie zwykłem przebierać wtedy nogami jak w biegu, bo to bez sensu, zamiast tego wykonuje długie, podniebne ‘skoki’ lub (kiedy chcę przybrać tępo spacerowe) odprężam się, relaksuje cielsko i skupiam na magii, by nie zaliczyć awaryjnego spotkania z glebą. Mogę wtedy kłaść się na boku lub obracać, a nieraz zdarza mnie się chodzić rękami po ziemi, bo w sumie kto mię zabroni? Huhuhu. Tylko kłaczki mnie wtedy zbierają jakieś kurze z dróg i potem muszę to zmywać.
Przemieszczanie się w powietrzu pozwala zaoszczędzić mnie czas (o ile nie muszę się po tem myć) i dostać się w wiele miejsc dla kopytnych trudnych do zdobycia. Czego zaś nie rozwiązuje magia wiateru zazwyczaj załatwi panowanie nad ziemią. Jeżeli chodzi o duchy to i tu nabieram wprawy. Doszedł już dawno z resztą do wniosku, że dusze to bardzo przyjemni towarzysze. Umiem je jednak i odsyłać i robię to, by nie błąkały się w nieskończoność po nierdzennych ziemiach. Ażeby to się udało muszę jednak wpierw rozwiązać ich problemy, rozwiać wątpliwości i wyciszyć, by coś się potem wzięło i nie pokićkało. Ale mam na to czas. Krooocie czasu.

Służę i martwym i żywym caluteńkie zegarki. Żyję takim dreptaniem i interakcjowaniem z ‘przypadkowymi’ osobami. Gadulę z nimi, zapoznaję uciechy i frasunki i na te ostatnie staram się co poradzić. Poza tym, że udzielam licznie radów sam także ich słucham, nigdy nie bagatelizując nawet opowiastek małego źrebięcia. Uważam się już chyba za całkiem wprawionego Posłańca, ale nie sądzę bym był jakim wyjątkowym mędrcem - jestem w świadomości, że przez swój wędrujący tryb życia wielu umiejętności nigdy nie nabędę. Zawsze z radochą podglądam więc rzemieślników i podziwiam ich pracę. Choć nie żądam zapłaty, przeważnie jestem obdarowywany fikuśnymi lub praktycznymi rzeczami (może dlatego, że tak się nimi zachwycam? Na głos? Absolutnie nie sugestywnie? Kto wie? Huhuhu.) Dostaję koraliki, szczypczyki, rysiki, chusty, ochraniacze, juki, przepaski, bransoletki, słoiki miodu, igły, wykałaczniki i inne wyroby do codziennego użytkowania. Niejednokrotnie część z nich faktycznie wykorzystuję bardzo chętnie (choć nie zawsze zgodnie z przeznaczeniem), ale większość po pewnym czasie i tak oddaję tym, którzy darów ludzkiej ręki potrzebują bardziej niż taki wolny od ich zależności wychowanek natury jak ja.
Huhuhu.

Dane gracza: Kito

Nazwa użytkownika:
Kito
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Kana, Funtka, Mansun, Lucy, Daro, Maka, Noa, Nutria, Kuna,
Martwe postacie:
Płeć:
Kobieta
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
So mar 10, 2018 9:23 pm
Ostatnia wizyta:
Pn cze 11, 2018 6:37 pm
Liczba postów:
6 | Znajdź posty użytkownika
(0.01% wszystkich postów / 0.03 posty dziennie)
Ostatni post:
[Rozwidlenie traktu] Powrót ciemności
Śr wrz 19, 2018 9:26 am
Najaktywniejszy w dziale:
Opuszczone Królestwo
(Posty: 4 / 66.67% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
[Rozwidlenie traktu] Powrót ciemności
(Posty: 4 / 66.67% postów użytkownika)

Podpis

Mój kompan Fikuś.
Pączek, kolejny przyjaciel.
A to jest Koko. Jest kim jest. Czasami się widujemy.
Huhuhu.
cron