Profil użytkownika Arrisa

Avatar użytkownika

Ogólne

Potęga:
Imię: Arrisa
Rasa: Maie lasu
Wiek: Łącznie około 200 lat, jednak ona sama nie zdaje sobie z tego sprawy.


Aura

Szmaragd jest tym co ujrzysz jako pierwsze. Soczysty i wijący się smętnie, zupełnie jakby zagubił się gdzieś w sednie swej istoty. Poświata nie lśni jednak jak w młodzieńczej emanacji i znać po niej rozsądną ilość przeżytych lat. Odbija się swoimi smugami w barachitowym rdzeniu aury będącym jej nieco już zapomnianym jestestwem. Skrzy się intensywnie w wyraźnej miedzi, o powierzchni na przemian chropawej i idealnie gładkiej. Zapętlone i skomplikowane zwoje kruszcu o tępych krawędziach, są dość twarde i wyjątkowo giętkie, co chroni je przed złamaniem. W tych złożonych zawiłościach czuć zapach kwiatów w pełnym rozkwicie, a wokół rozlega się przyjemna głęboka melodia. Ta jednak nagle przejdzie w dręczącą kakofonię, która pojawi się razem z delikatnie lepkim posmakiem powietrza. To wszystko zaś skończy się równie gwałtownie jak się pojawiło, pozostawiając cię samego, poza emanacją.


Wygląd

Maie niemalże na pierwszy rzut oka przyciąga do siebie ogólną uwagę. Nie sposób jest nie zauważyć tego, jak bardzo nietypowo się ona prezentuje. Niezależnie od sytuacji, Arrisa zawsze wydaje się wystrojona zupełnie jakby wybierała się na jakiś bal, nawet jeżeli właśnie przechadza się pośrodku jakiejś dziczy w towarzystwie dziwacznych zwierząt. Dla niej bowiem obca jest kwestia wtapiania się w otoczenie, a nawet jeżeli tak nie jest, to raczej nie ma mowy by rozstała się ze swoim magicznym strojem. Poza tym dziewczyna nieustannie wręcz zdaje się szukać publiczności, która zechciałaby słuchać jej gry, co również sprawia że bardzo trudno jest jej nie zauważyć.
Kolejnym faktorem na jaki warto się powołać jest jej rzeczywisty wygląd. Nawet jeżeli na kimś dziwaczny strój, skrzypce i okazjonalnie parę mutantów do towarzystwa nie robi wrażenia, to jego uwagę z pewnością przyciągnie jej wygląd. Arrisa jest bowiem niemalże ucieleśnieniem piękna. Jej ciało zostało wręcz stworzone by przyciągać do niej uwagę, próżno jest bowiem szukać u niej jakiejś skazy. Za wyjątkiem dużej, skrzętnie ukrywanej poziomej blizny na brzuchu, na jej idealnie gładkiej skórze nie ma żadnych niedoskonałości. Kosmyki jej czarnych niczym smoła włosów luźno opadają na barki i plecy, niesfornie zawijając się odrobinę przy końcach. Jej twarz również wydaje się apelować, aby tylko na nią spojrzeć i zawiesić oko. Więcej bowiem nie trzeba, by zatopić się w spojrzeniu jej błękitno zielonych oczu, wyglądzie jej niewielkiego nosa i ust, zdających się mówić bez słów. Natomiast gdy się uśmiecha, na jej policzkach ukazują się urocze wręcz dołeczki. Wszystko to razem wzięte sprawia, że nie sposób oderwać od niej wzroku.
Arrisa porusza się chodem gładkim, i płynnym, rzadko kiedy gubiąc swój wewnętrzny, wrodzony rytm kroków, którego nie jest w stanie powtórzyć nikt inny poza nią. Chód ów ma trochę cech wspólnych z tym, po którym można rozpoznać u kogoś pochodzenie szlacheckie, jednak da się w tym zauważyć wyraźne różnice. Wydaje się wręcz że maie płynie w powietrzu, nie dotykając podłoża. Jej niewielkie czarne buty, które czasami odrobinę wystają spod imponującej sukni też zdają się nie wydawać dźwięku. Po samej postawie dziewczyny widać, że nie za bardzo lubi się spieszyć, jednakże kiedy już tak się dzieje, cała ta jej wzniosłość jaką buduje swoją postawą znika niczym pęknięta bańka.

Arrisa jednak nie wygląda tylko i wyłącznie w ten sposób. Kiedyś, kiedy jeszcze nie zawarła feralnego paktu maie miała kilka form, pomiędzy którymi dowolnie się przemieniała. Teraz wcale ich nie utraciła, jednakże braki w pamięci skutecznie uniemożliwiają jej dowolne przeskoki między formami. Ba, Arrisa w ogóle nie zdaje sobie sprawy z ich posiadania, dopóki nie przyjmie jednej z nich. Jej magia bowiem koncentrowana jest przez skrzypce, lecz jedynie amplifikowana niezwykle silnymi emocjami jest w stanie przeprowadzić ją przez ten proces. Nie sprzyja to oczywiście ponownej zmianie formy i istnieje ogromne prawdopodobieństwo że Arrisa uwięziona zostanie w danej formie aż do kolejnego zaćmienia pamięci, po którym dopiero budzi się z powrotem w swoim ludzkim ciele.



Postać jaszczurki:
Jest to bez najmniejszych wątpliwości największa, najdziwniejsza i zarazem najbardziej przerażająca ze wszystkich form jakie Arrisa może przyjąć. Jaszczurka ta bowiem znacznie przewyższa rozmiarami wszystkie te zwyczajne, które można spotkać w dziczy. W tej postaci osiąga aż paręnaście stóp wysokości, co jest wynikiem o tyle imponującym, że bardzo niewiele istot może się z nią wtedy równać. Jej łączną długość wraz z ogonem można natomiast oszacować na całe czterdzieści stóp.
W tej postaci jednak Arrisa nieszczególnie przypomina zwyczajne jaszczurki i to nie tylko pod względem rozmiarów. Jej łeb wydaje się być nie osadzony na szyi, a raczej na wężopodobnym tułowiu z którego to wychodzą kończyny. Oprócz tego wydaje się być dziwacznie niekształtna. Jej pysk jest krótki i spłaszczony, a mimo to nadzwyczaj szeroki. W jej otwartej paszczy można zobaczyć szeregi naprawdę ostrych i prawdopodobnie groźnych zębisk, a także długaśny, często wystawiony na zewnątrz wąski jęzor. Jej oczy również nie przypominają typowo gadzich, są otoczone okrągłymi, łuskowymi kręgami ochronnymi, które pozostawiają jedynie niewielką przestrzeń, przez którą rzeczywiście może patrzeć, jednak owe kręgi są ruchome, co zdecydowanie ułatwia jej życie. Na szczycie jej łba są dwa kościane kolce wysuwające się z jej czaszki, które dalej przechodzą w imponujący grzebień w kolorach podobnych co jej łuski, przechodzący przez całe jej ciało aż do ogona.
Jej łuskowy pancerz również przyciąga uwagę swoją wyjątkowością, pomimo tego że jego kolory zdecydowanie były dobrane tak by ułatwić ukrywanie się wśród dziczy. Jej łeb jest głównie koloru piaskowej żółci, poprzecinany jasnym pomarańczem i lekko jaskrawą zielenią na poziomie oczu. Dalej pomarańczowe pasy rozlewają się nieco po barkach i przez jakiś czas trwają przy grzebieniu, lecz dalej kolorem dominującym staje się łagodnie morska zieleń. Gdzieniegdzie na łapach można dostrzec odcienie pomarańczu, oraz pojedyncze żółtawe łuski, lecz poza tym nie ma już żadnych szczególnych wariacji.



Postać wilka:
Ta postać maie jest już zdecydowanie normalniejsza od jaszczurzej... w sumie pod każdym względem. Jej rozmiar jako wilczycy w zasadzie nawet nie wykracza poza normy, nie jest ani szczególnie duża, ani przesadnie mała. Wygląda w sumie całkiem normalnie, choć z paroma niewielkimi wyjątkami. Jej futro posiada przyjemny, śnieżnobiały odcień. Jest to raczej dość rzadko napotykamy kolor umaszczenia u wilków, u których dominują raczej odcienie szarości, chociaż raczej trudno jest to nazwać fenomenem.
Najbardziej rzucającą się w oczy cechą szczególną wilczycy są dwa niezbyt duże rogi, kształtem przypominające trochę te jelenie. Nie mają w zasadzie żadnego szczególnego zastosowania, choć nie przeszkadza im to w egzystowaniu. Drugą, znaczną różnicą pomiędzy nią a wilkami jest fakt, że posiada zaledwie jedno, lewe ucho. Po drugim natomiast nie ma nawet śladu, blizny, czy czegokolwiek co sygnalizowałoby że kiedyś mogło tam być. Trzecią różnicą, którą prawdopodobnie dałoby się zauważyć, że wilczyca ma niesamowicie puchatą, odstającą od ciała gęstą sierść, która przypomina raczej rozczochranego psa arystokraty niż żyjącego w lesie wilka. Ostatnią, najmniej widoczną różnicą są jej całkowicie pokryte bielmem oczy. Wilczyca w rzeczywistości nie posiada w oku tej osobliwej substancji, odpowiedzialnej za odbieranie obrazu i jest po prostu ślepa. Nie wiadomo właściwie dlaczego jej postać przetrwała do teraz w takiej formie. Kto wie, może to był defekt który wkradł się wraz z zapomnieniem?



Postać ptaka:
Można bezpiecznie powiedzieć, że ta postać jest najnormalniejsza ze wszystkich jakie posiada Arrisa. Przybiera ona bowiem wtedy formę gila, o jaskrawym upierzeniu. Niewielki ptak nie wygląda jakoś niezwykle, jest raczej zupełnie naturalny. Jaskrawe, czerwone upierzenie na brzuchu, szarawe piórka na grzbiecie, czarne nóżki i dziób, oraz trochę czerni na końcach skrzydeł i ogona. Zupełnie nic nadzwyczajnego.


Charakter

Charakter Arrisy jest... skomplikowany i wybitnie trudny do określenia. Nie dlatego, że jest dziwny, niespotykany, czy coś tam jeszcze, ale dlatego że w zasadzie nie istnieje. I nie, nie przerywaj już tutaj widząc takie herezje i pozwól mi chociaż dokończyć. Znasz może to powiedzenie: "Kobieta zmienną jest"? W tym wypadku jest ono niezwykle trafione, do tego wręcz stopnia że aż trudno to wyrazić. I nie, wcale nie chodzi o jej zdolność do zmiany zdania w każdej możliwej kwestii w dowolnym momencie. No, w każdym razie nie tylko o to. Głównym jednak powodem, dla którego to zdanie aż tak dobrze się do niej odnosi jest jej klątwa. Tak, dokładnie ta sama na którą kiedyś się zgodziła, ratując swoje życie. To właśnie przez nią raz za razem traci wszystkie swoje wspomnienia i zmuszona jest do uczenia się właściwie wszystkiego od początku. Ale nie traci samych tylko wspomnień, ale także jeszcze coś, co jest nieodzownie z nimi powiązane. Jej osobowość również zostaje zupełnie wymazana, pozostawiając ją w zasadzie z niczym.
Jaka więc właściwie jest? Otóż bywa różnie. Wyobraź sobie, że nic nie pamiętasz, nie wiesz gdzie jesteś ani kim jesteś. Zupełnie jakby twoje życie zaczęło się w tamtym miejscu. Co byś zrobił? Jaki byś był? To wszystko zależy od tego, w jakiej znalazłbyś się sytuacji. Może spotkałbyś kogoś miłego, kto niejako wprowadził cię do nowego życia, pomógł się odnaleźć. Co byś wtedy poczuł? Radość? Wdzięczność? Kto wie, może nawet miłość? Ale wyobraź sobie że po Przebudzeniu odnajdujesz się jedynie wśród pogardy i najgorszych ludzi na jakich można trafić. Uczysz się swojego nowego życia jedynie przez ból i wyśmiewane przez wszystkich próby. Co czujesz? Wściekłość, złość, bezradność, determinację, a może wszystko po trochu? Teraz bez większych trudności możesz to odnieść do Arrisy. Dopiero sytuacje, w których się odnajduje, powoli, a raczej nawet szybko na nowo kształtują jej charakter i zachowania. Nie ma w niej już tego, co było kiedyś, ba, nawet po ostatnim Przebudzeniu nie pozostaje zupełnie nic. Gdyby tylko ktoś tego chciał, bez problemu przekonałby ją, że została skrzywdzona przez cały świat, że powinna go nienawidzić, niszczyć i zabijać wszystko na swej drodze. Jednakże nic nie stoi na przeszkodzie by parę dni później, odnaleziona po kolejnej śmierci pamięci przez poczciwego druida, przez następne tygodnie kontemplowała z radością piękno natury. Technicznie więc, przewidzenie jej zachowania okazuje się być raczej niemożliwe, szczególnie jeżeli posiadała ona swe wspomnienia już od jakiegoś czasu. Najbardziej przewidywalna i zarazem najbardziej ufna Arrisa okazuje się być zaraz po przebudzeniu, wtedy jest najbardziej podatna na wszelkie wpływy zewnętrzne. Z natury jest raczej istotą dobrą i właśnie taką będzie z natury starała się stać, przynajmniej dopóki nie natrafi na jakiś opór. Zwykle też nie jest jakoś szczególnie zaparta w sobie, co bierze się z niezbyt dużej pewności siebie. Wprawdzie może się zdarzyć, że akurat będzie zupełnie odwrotnie, jednak jest to dość nieprawdopodobny scenariusz.
W zachowaniu Arrisy jednak można doszukać się jednej, prostej i stałej cechy. Maie bowiem żywi dużą fascynację magią i jej aspektami. Jest to pewnie spowodowane tym że kiedyś była naprawdę świetna w korzystaniu z niej, a teraz zwyczajnie czuje potrzebę by kontynuować to robić. Fakt, że z pomocą swoich skrzypiec może korzystać z magii za każdym razem niesamowicie ją intrygował. Nawet fakt, że czasami zdarza jej się kogoś skrzywdzić z jej pomocą nie jest w stanie jej odciągnąć od korzystania z tego niesamowicie groźnego narzędzia. Skrzypce Arrisy nieustannie domagają się gromadzenia wspomnień, zmuszając ją do tego by znajdowała ludzi i zwierzęta i łowiła ich wspomnienia dla energii i mocy.

Atrybuty

Krzepa:Niezbyt silny, Raczej wytrwały, Wrażliwy,
Zwinność:Zręczny, Szybki, Perfekcyjny,
Percepcja:Czuły słuch, Przytępiony smak, Czuły zm.mag,
Umysł:Niezbyt bystry, Łatwy do złamania,
Prezencja:Olśniewający, Nieokrzesany,

Cechy specjalne

Do zobaczenia w następnym życiu [K]Arrisa jest przeklęta potężnym piętnem, którego nie jest w stanie przerwać. Umowa, którą maie zawarła jeszcze w poprzednim życiu, gdyż nie można tego inaczej nazwać, był krótko mówiąc, nienajlepszą decyzją, choć jedyną która mogła ją ocalić. Z obawy przed nadchodzącą rychło śmiercią zgodziła się na odebranie jej wspomnień w zamian za ocalenie życia. Maie nie do końca zdawała sobie sprawę z tego na jak bardzo fatalny los sama siebie skazała. Arrisa przypuszczała, że dzięki temu będzie mogła żyć dalej, zdobyć nowe wspomnienia i nowe życie, które pozostanie już na zawsze. Nie wiedziała jednak że dana jej niemożność śmierci ze starości nie poprzestanie na tych wspomnieniach, które miała do tej pory. Wręcz przeciwnie, gdyż okazało się iż regularnie z jej umysły wysysana była pamięć, niczym sok z naczynia, aż w końcu nie pozostało nic. Obudziła się jako dziewczyna która niezbyt orientuje się kim właściwie jest, czy raczej kim była. Nawet nie to jednak było najgorsze. Arrisa wielokrotnie doświadczała podobnych przebudzeń, nigdy nie pamiętając właściwie, że to już się zdarzyło. Na zawsze utknęła w nieskończonej pętli uczuć i wrażeń, które kiedyś już odczuwała. Na szczęście za każdym razem jednak nawiedza ją uczucie, że czegoś jej brakuje, że coś jej odebrano. Zwykle zdaje sobie sprawę z tego że brakuje jej części samej siebie i chciałaby ją jakoś odzyskać, choć nie ma pojęcia jak. A nawet gdyby wiedziała, to i tak w krótkim czasie jej nieśmiertelność wyssie z niej wszystkie wspomnienia i wszystko zacznie się od nowa. Jest jednakże sposób, aby odrobinę odwlec nieuniknione. Magiczne skrzypce Arrisy pozwalają jej niejako wchłaniać wspomnienia otaczających ją ludzi i istot, karmiąc nimi jej klątwę przez jakiś czas. Daje jej to odrobinę więcej czasu by żyć ze wspomnieniami, zanim znów zacznie wszystko od początku...
Głód wspomnień [Z]Wraz z klątwą maie okazało się, że jej własne wspomnienia niekoniecznie wystarczają, aby nasycić jej zapotrzebowanie. Jej nowo powstałe wspomnienia bowiem nie zawsze są soczyste, napełnoine przeróżnymi emocjami, które to stanowią o ich jakości. Sprowadziło się to do tego, że Arrisa częściowo z przypadku zaczęła wykorzystywać magię umysłu, aby przeczytać wspomnienia innych i nimi właśnie zapełnić te własne. Wprawdzie niekoniecznie zdaje sobie sprawę że robi to celowo, jednak podświadomie czuje że czytanie wspomnień innych niż własne jej pomaga. I rzeczywiście tak jest, dzięki temu jest w stanie zyskać nawet do kilku dodatkowych dni, nim klątwa ponownie da jej o sobie znać.
Nieutracone cechy [D]Utrata pamięci Arrisy bardzo mocno wpłynęła na wszystkie bez wyjątku faktory jej życia. Sprawiła, że na zawsze zapomniała w jaki sposób dokładnie powinna samodzielnie korzystać z magii, utraciła też zdolność do rozmowy ze zwierzętami jak i z samą Matką. Wciąż jednak jest ona maie, czyli istotą energetyczną. Nie musi ona jeść ani spać by normalnie funkcjonować, to nie jest jej potrzebne, podobnie jak innym przedstawicielom tej rasy. Tak samo podobnie jak oni posiada, a raczej posiadała ona zdolność przemiany w kilka różnych form. Tej umiejętności jednak nie utraciła kompletnie. Co prawda nie potrafi jej użyć na życzenie, przeważnie nawet o niej nie pamięta. Czasami jednak, kiedy korzysta z magii z pomocą swych skrzypiec i targają nią silne emocje może się wydarzyć, że przyjmie jedną ze swoich dawnych form. Ma to jednak swoje konsekwencje, gdyż nie posiadając już możliwości korzystania ze skrzypiec Arrisa jest uwięziona w takiej postaci do czasu, gdy odezwie się jej klątwa. Budzi się potem znowu w swoim ludzkim ciele, jakby nic się nie stało. Nie wiadono jednak czy jest to część zaklęcia dziwnej istoty, czy po prostu jej własna magia, używana podświadomie.

Umiejętności

Gra na skrzypcach [AM] Gra na skrzypcach to dosłownie całe jej życie. Dla niej nie ma nic, czego nie możnaby wydobyć z instrumentu z pomocą smyczka. Potrafi bezbłędnie odtworzyć ledwo zasłyszaną melodię, choćby i nie wiadomo jak skomplikowana ina była. Skrzypce są jej ukochanym instrumentem, którego nigdy, w żadnym swoim życiu, nie zamieniła na jakikolwiek inny. Ale nie ma sukcesów bez poświęceń. Przez całe swe życie, jeszcze przed pamiętnym (czy też raczej o ironio niepamiętnym) paktem spędzała wiele godzin każdego dnia na grze. Nawet teraz, kiedy wszystko się zmieniło, nie zaprzestała treningów. Przeciwnie wręcz, teraz trenuje tak jak nigdy jeszcze dotąd. Jeżeliby powiedzieć, że wcześniej gra na skrzypcach była dla niej stylem życia, to teraz jest dla niej całym życiem, bez tego nie byłaby sobą. To wcale nie tak że gdyby zechciała, to mogaby przestać...
Aktorstwo [W] Arrisa w zasadzie sama nie zdaje sobie z tego sprawy, ale jakby naturalnie jest w stanie łatwo wczuć się w taką rolę jaką sama by chciała. Nie jest to w zasadzie nawet celowe działanie, to wręcz jej cecha osobista. Potrafi zachowywać się dwojako, mówić przekonująco różne rzeczy dlatego że sama w nie wierzy. Prawdopodobnie jest to efekt uboczny jej klątwy.
Rysunek [P] Umie całkiem nieźle rysować. Możliwe że kiedyś rysowała, ale trudno to właściwie określić. Do artystki jednak jej jeszcze dość daleko
Czytanie i pisanie [O] Prawdopodobnie po niektórych ze swoich Przebudzeń trafiła do kantoru czy gdzieś w podobne miejsce i tam właśnie się tego nauczyła. Pamięć o tak podstawowych rzeczach z jakiegoś trudnego do wyjaśnienia powodu z nią pozostała i teraz wciąż to potrafi. Nie żeby była jakoś szczególnie dobra w którejkolwiek z tych rzeczy ale gdyby zaszła potrzeba...
Wspinaczka i poruszanie po trudnym terenie [O] Arrisa jest z pochodzenia przystosowana do poruszania po ostępach leśnych i co trudniejszych terenach. Wprawdzie do podróżowania bardzo często wykorzystuje magię, jednak w sytuacji kiedy tego nie robi, co zdarza się rzadko, potrafi jako tako sobie poradzić.

Magia

        Sposób rzucania zaklęć: Moce
Chaosu [M]Magia Arrisy jest w sumie czymś bardzo skomplikowanym i trudnym do wyjaśnienia. Maie bowiem nie bardzo potrafi sama z siebie korzystać z niej w jakikolwiek sposób. Kiedyś prawdopodobnie to potrafiła, jednak klątwa jaka nad nią ciąży, sprawia że nie ma żadnej możliwości by nauczyć się tego na nowo i zapamiętać. Zamiast tego jednak Arrisa potrafi wyzwolić swą moc z pomocą swoich skrzypiec, które niemalże zawsze ma przy sobie. Dziwne zaklęcie istoty spoza planu Alarańskiego, spoczywające na tym przedmiocie sprawiają, że kiedy tylko Arrisa zaczyna grać, jej magia znajduje ujście w jej otoczeniu. Fakt jednak, że jest to magia chaosu, która w dodatku kontrolowana jest w tak nieprecyzyjny sposób, potrafi być naprawdę nieprzewidywalna. Technicznie bowiem może wydarzyć się wszystko. Zmiękczenie i zdeformowanie leśnego głazu do kształtu fotela, czy wyglądająca naturalnie dziura przez środek drzewa, umożliwiająca przejście to raczej normalny widok w jej otoczeniu. Co jest interesujące, czasami, w zależności od emocji, ona sama ulega zmianom pod jej wpływem. Jej ciało nagle okrywa się wirującymi liśćmi pochodzącymi wprost z jej sukni, a w środku tegoż osobliwego kokonu maie przemienia się w coś, co teoretycznie może przypominać jej inne postacie z czasów zanim utraciła pamięć. Niestety jednak, kiedy już się to wydarzy, Arrisa przeważnie nie jest w stanie samodzielnie wrócić do swojej zwyczajnej postaci, przemianę ogromnie ułatwiają jej skrzypce, które niejako skupiają energię. Bez nich jednak nie jest w stanie wiele osiągnąć, a już na pewno nie w sposób celowy. Oprócz tego, jak każda maie, przemiana kosztuje ją niemałą ilość energii, czym jedynie przyspiesza działanie swej klątwy i przybliża kolejną śmierć jej pamięci. Na szczęście, kiedy następuje Przebudzenie, Arrisa znów odnajduje się we własnej postaci, chociaż trudno powiedzieć czy jest to zasługa jej magicznych zdolności, czy raczej osobliwego czaru skrzypiec.
Umysłu [N]Zdolność do korzystania z tej dziedziny magii wykształciła się w niej właściwie dopiero po pierwszej utracie pamięci. Jest jakby formą naturalnego przystosowania do sytuacji, narzędziem, z którego korzysta się instynktownie. Arrisa, grając na skrzypcach jest w stanie oglądać wspomnienia istot wokół niej, dzięki czemu syci swoje własne wspomnienia cudzymi emocjami, których nie byłaby w stanie zdobyć w inny sposób. Pamięć taka bowiem jest bardziej wartościowa, bardziej soczysta i zawiera w sobie większe pokłady energii. Dzięki temu Arrisa jest w stanie zachować wspomnienia o swoim własnym życiu przez trochę dłuższy czas, sięgający nawet kilku dni. Jest to w pewnym sensie jedną z części osobliwej magii jej skrzypiec.

Magiczne przedmioty

Ostatni Świt [ART]Skrzypce te mają interesującą historię. Podarowane były jej niegdyś przez Markusa w charakterze prezentu. Było to jeszcze zanim pomiędzy nimi coś zachrobotało i przed rozpadnięciem się ich związku. Zawsze miały dla Arrisy wielką wartość emocjonalną i nie potrafiłaby się z nimi rozstać. Podczas ostatnich dni swojego świadomego życia pękła jej jedna ze strun i przy okazji i tak nieuchronnej wizyty u Markusa przez wzgląd na ostatnie wydarzenia zabrała je ze sobą, by móc tam założyć nową strunę. Skrzypce zostały tam aż do ostatnich chwil jakie miała tamta Arrisa. Kiedy jej życie było ratowane przez istotę z innego planu, maie poprosiła ją o to, by mogła jeszcze raz zagrać na skrzypcach. Stworzenie złożyło jej je wtedy w ręce, a potem zaczęło odprawiać z nią i przy okazji ze skrzypcami magię którą znało ze swojej rzeczywistości. Między innymi to właśnie dlatego instrument ten jest tak bardzo powiązany z samą Arrisą. Prawdopodobnie też jej pragnienie by ponownie za nie chwycić wpłynęło także bezpośrednio na jej klątwę i pamięć o samym instrumencie. Jedną z ważniejszych jego cech jest to, że nie można go zniszczyć na stałe. Wraz z zatraceniem pamięci maie i ponownym jej przebudzeniem, powstają od nowa u jej boku, tak jakby nigdy nic się z nimi nie stało. Przedmiot ten ma także parę innych, interesujących właściwości. Kiedy smyczek przesuwa się po napiętych strunach, skrzypce powoli odczytują wspomnienia wszystkich wokół, którzy słuchają ich muzyki. Wspomnienia te potem w jakiś sposób sprawiają, że Arrisa ma więcej energii, a tym samym więcej czasu zanim nastąpi kres jej świadomości. Skrzypce wprawdzie nie pozbawiają pamięci nikogo, jednak dalej należy być ostrożnym kiedy znajdują się w pobliżu. Dla skrzypaczki są one wręcz niczym katalizator, przedmiot który przez muzykę pozwala jej na korzystanie ze swych magicznych zdolności. W zasadzie to teraz jest już magia skrzypiec, gdyż sama nie jest w stanie niczego osiągnąć. Nie wiadomo, dlaczego istota ograniczyła ją w ten właśnie sposób, lecz faktem jest że tak właśnie się stało. Nie znaczy to jednak że instrument ten jest nieprzekraczalnym ograniczeniem dla destrukcyjności magii chaosu. Arrisa czasami, choć bardzo, bardzo rzadko jest w stanie korzystać ze swoich zdolności bez ich pomocy, lecz muszą nią wtedy targać ekstremalnie silne emocje a jej magia jest wtedy zauważalnie słabsza.
Szepczący Wiatr [ZAK]Piękna, pofałdowana suknia, którą Arrisa odkryła na sobie po pierwszym Przebudzeniu, była tym co zostało na niej po tym kiedy niemalże zginęła. Z tą jednak różnicą że teraz jest zaklęta przez działania istoty, która ją ocaliła. Materiał sukni jest wyjątkowo miękki w dotyku a krój zaskakująco dobrze do niej pasuje. Suknia mogłaby jednak uchodzić za całkiem zwyczajną, gdyby nie to że kiedy przepełniona emocjami i magią muzyka rozbrzmiewa w powietrzu, sukno zdaje się rozpadać od samej podstawy na niewielkie, wirujące dookoła niej liście dębu. Nie do końca wiadomo, czy to iluzja czy też rzeczywistość, trzeba jednak przyznać że wygląda bardzo efektownie. Okazuje się jednak, że suknia związana jest nierozerwalnie z jej ludzką formą i choć można ją zdjąć, to na przykład po jednej z przemian lub po Przebudzeniu zmaterializuje się dookoła niej, zupełnie tak jakby zawsze tam była. Niewątpliwie jest to efektem tej samej magii, która zaklęła jej skrzypce.

Towarzysz

Shynt
Nie wiadomo tak naprawdę zbyt dobrze skąd Shynt się wziął. Pewnego razu po prostu już był, wydawał się do niej już w pewnym sensie przywiązany. I choć Arrisa zupełnie nie potrafiła sobie przypomnieć gdzie ani kiedy go znalazła, ani także dlaczego wogóle stwór za nią chodził, to zwierzak nigdy nie odstępuje od niej zbyt daleko i zawsze trzyma się gdzieś w pobliżu, nawet jeżeli na pierwszy rzut oka go nie widać. Shynt nie jest jednak w żadnej mierze zwyczajnym zwierzakiem. Jest... powiedzmy że równie przyciąga wzrok i uwagę co sama maie. Prawdopodobnie został zaklęty w jakimś eksperymencie jakiegoś czarownika, chociaż trudno powiedzieć jaka mogła być jego pierwotna forma. Jeżeliby zgadywać, to mógłby to być lis, chociaż nigdy nie ma całkowitej pewności. Wciąż nawet można go z lisem pomylić, ale jedynie w pierwszym, króciutkim momencie. Nadal bowiem jest czworonogiem, nadal można go chyba zaliczyć do grupy ssaków, oraz w większości pokrywa go lisie futro. W drugiej jednak chwili widać już, że do ordynarnego lisa bardzo mu daleko. Pysk wprawdzie ma zupełnie normalny, ale nie można już tego powiedzieć o całej jego reszcie. Przednie łapy Shynta od góry pokryte są jeszcze futrem, lecz w miarę schodzenia niżej, futro zaczyna układać się w regularny, stwardniały wzór, aby skończyć się ptasimi szponami. Oprócz tego z futra okazjonalnie wystają ptasie pióra, które z tyłu tychże łap formują niezbyt zgraną formację którą od biedy można by nazwać skrzydłami. Wprawdzie są one na tyle małe i nieprzydatne, że Shynt nie jest w stanie wykorzystać ich do latania, ani w sumie czegokolwiek. Podobnie rzecz ma się z piórami na jego grzbiecie, które również tworzą niezbyt spójną pokrywę i ciągną się w ten sposób aż po czubek jego ogona. Tylne łapy Shynta wyglądają już zdecydowanie bardziej lisio, wyłączając pierzaste grzebienie z tyłu nad zgięciami łap.
Usposobienie Shynta można określić jako intrygujące. Wobec Arrisy bowiem wiecznie pozostaje nieufny i nigdy w zasadzie nie daje do siebie za blisko podejść. Mimo to zawsze podąża jej tropem, trzymając się w bezpiecznym od niej zasięgu, przynajmniej według swojego widzimisię. Wydaje się, że boi się maie i jej magii. Mimo to nawet często, kiedy tylko uzna sytuację za stosowną, podchodzi na w miarę bliski dystans i swoim zachowaniem sygnalizuje Arrisie, by zaczęła grać. Nie wiadomo w zasadzie co próbuję w ten sposób osiągnąć. Kiedy jednak znajduje się w jakiejś potrzebie, to Shynt okazuje się być bardzo sprytny i inteligentny, jak na lisa przystało. Zdaje się nawet że potrafi tworzyć własne plany, do których potem się stosuje, choć może to być jedynie wrażenie. Niewątpliwie potrafi też więcej niż każdy inny lis, a także zdaje się przynajmniej częściowo rozumieć ludzką mowę, co w pewnym sensie ułatwia komunikację z nim, o ile on sam chce się z kimkolwiek porozumieć, co nie zdarza się zbyt często.

Historia

Mętne światło kilku świec pełgało żwawo po drewnianej ścianie i deskach stołu. Jasny poblask z rozpalonego pieca tańczył na podłodze, a wraz z nim do pary tańczyły cienie nóg stołów, krzeseł i ludzi. W powietrzu wisiał ten dobrze znany, nieokreślony zapach, niby nieprzyjemny, a zarazem swojski, który sam w sobie potrafił przyciągać do siebie prawie każdego mężczyznę. Drobne kłęby dymu wisiały zaraz przy sklepieniu, sprawiając wrażenie że pomimo całkiem gęstego oświetlenia w pomieszczeniu było niemalże całkiem ciemno. Wydawało się jednak że zupełnie nikomu to nie przeszkadzało, bowiem w obliczu zawieruchy i strug deszczu uderzających z furią w powierzchnię ziemi wnętrze karczmy było wielokrotnie bardziej atrakcyjne niż jakiekolwiek inne miejsce we wsi. Wraz z nawałnicą raz po raz przelatywały pioruny, których blask i huk skutecznie odwodził ludzi od wychodzenia na zewnątrz. Atmosfera miejsca i sytuacji natomiast sprawiała, że pomimo tego iż karczmarz dnia dzisiejszego gościł o wiele więcej osób niż zazwyczaj, w budynku niemalże nie było słychać żadnych rozmów. Nawet kufle z miodem zdawały się sprzedawać gorzej niż zazwyczaj.
Względna cisza nie była jednak spowodowana tylko niespotykanie wielką i potężną burzą. Wewnątrz znajdowały się dwie, nieznane lokalnym bywalcom osoby. Obydwie były na swój sposób wyjątkowe i obie budziły w swoim otoczeniu aurę uległości, choć ze zgoła innych powodów. Na tym właśnie kończyły się ich podobieństwa i próżno byłoby ich szukać więcej.
Pierwszy z tej wyjątkowej jak na to miejsce dwójki był wysoki mężczyzna stojący na środku sali. Ubrany był w piękne, nowe i sięgające prawie do kolan kozaki, oraz jaskrawy, odrobinę schodzony kontusz w kolorach czerwieni i pomarańczu. U jego boku wisiała przypasana szabla, a na plecach zawiesił sobie kołczan pełen strzał, chociaż łuku nie było nigdzie widać. Spod kapelusza o zaskakująco szerokim rondzie wystawały ostrzyżone i ułożone pukle kruczoczarnych włosów. Znad kapelusza wystawało zatknięte zań orle pióro. Kwadratową i dość przystojną szczękę mężczyzny zdobił skrupulatnie ostrzyżony zarost. Spod kapelusza spoglądały niebieskie, inteligentne i trochę chciwe oczy, lecz generalnie szlachcic sprawiał wrażenie przyjaznego i raczej porządnego człowieka.
Był on tutaj widokiem wyjątkowym, ponieważ nieczęsto widywało się w tym przybytku ludzi szlachetnie urodzonych ani również posłów, podczas gdy mężczyzna ów zaliczał się do obydwu tych kategorii. Krążyła plotka że jechał właśnie z poselstwem do namiestnika pobliskiego kasztelu, lecz właściwie nikt nie wiedział tego na pewno. Żaden człowiek obecny w karczmie nie wpadł też na wątpliwie świetny pomysł żeby go o to zapytać. Czy po prostu nie pomyśleli, czy byli na tyle inteligentni, żeby nie mieszać się w sprawy które ich nie dotyczyły, to już była kwestia sporna. Wiadomo było jednak na pewno, że gdzieś niedaleko zaskoczyła go noc i deszcz, dlatego też zatrzymał się właśnie tu w zajeździe i postanowił przenocować. Mężczyzna swoją niezwykłością wzbudzał powszechną uwagę, do tego stopnia że nie ważne gdzie stanął, nieustannie dookoła niego były jakieś trzy stopy wolnego miejsca, tak bardzo schodzono mu z drogi. Wiele osób też nie spuszczało z niego wzroku, czy to spodziewając się że postawi wszystkim kolejkę, czy też po prostu żeby przyjrzeć się dokładnie bogatemu strojowi.
Drugi niezwykły gość nie wyróżniał się wyglądem aż tak bardzo jak pierwszy, jednak z powodzeniem ściągał na siebie tyle samo uwagi, jeżeli nawet nie więcej. Jest pewna grupa osób, którą bez najmniejszych problemów można na pierwszy rzut oka zidentyfikować. Pomimo iż mężczyzna usiadł w najdalszym kącie karczmy, zaraz ciżba zorientowała się że jest bardem i poetą zarazem. Po prawdzie na sobie miał zwyczajny, szary płaszcz i koszulę, które niczym szczególnym się nie wyróżniały. Miał za to jednak w swoim bagażu futerał na lutnię, z instrumentem w środku, co zdecydowanie nie umknęło niczyjej uwadze. Oprócz tego jego buty były wykonane z nowiutkiej, czarnej skóry, z pięknymi złotymi sprzączkami. Nie ulegało wątpliwości że w swoim bagażu miał zdecydowanie bogatszy ubiór niż to co miał teraz na sobie. Bard też był tutaj przejazdem, o czym świadczył kary wierzchowiec przywiązany w pobliskiej stajni, którego parę osób widziało zanim zdążyli wejść do środka.
Jasnowłosy grajek nie wydawał się skory do snucia opowieści, recytowania poematów czy gry na lutni. Wydawało się że przyszedł tu jedynie by znaleźć schronienie przed deszczem i nie przypuszczał, że natrafi na jakąś publiczność. Jednakże ludzie wokół niego patrzyli nań wyczekująco, raz po raz rzucając spojrzenia na boki na swoich kompanów. Atmosfera do opowieści była wręcz idealna, deszcz szumiący na zewnątrz, ciepłe palenisko którego płomienie przyjemnie grzały całe pomieszczenie. Jedynie bard zdawał się tego nie zauważać i spokojnie opróżniał zawartość swojego kufla. I gdy wreszcie puste naczynie uderzyło o deski stołu, ktoś postanowił wreszcie rozładować atmosferę oczekiwania. Sposobność ku temu była wręcz idealna. I jak się okazało, pierwszym który wpadł na taki pomysł był właśnie szlachcic.
- Drogi panie poeto! - rozbrzmiał w karczmie głośny, tubalny głos. Mężczyzna w kontuszu zbliżył się trochę w stronę rogu pomieszczenia, podczas gdy ciżba schodziła mu z drogi. Rozłożył lekko ręce na boki, sygnalizując tym samym że ma coś do powiedzenia. - Chciałbym pana uprzejmie poprosić, by umilił nam pan wieczór swoim zapewne wybitnym kunsztem i uraczył jakimś popisem! Jest pan przecież człowiekiem rozsądnym, a taką okazję przepuścić to szkoda! - z tymi słowami szlachcic mrugnął doń porozumiewawczo, choć zdecydowanie na pokaz, oraz zadzwonił sakiewką.
Bard, usłyszawszy te słowa, wyciągnął ręce do góry i przeciągnął się mocno nie wstając nawet z krzesła, zupełnie tak jakby czegoś takiego się spodziewał. Przez chwilę nie mówił nic, jakby rozkoszując się chwilą, po czym spojrzał na swojego rozmówcę.
- Prawdę mówisz, że okazji szkoda, lecz trunku brak, a gardło szybko wyschnie nim jedną opowieść skończę. - odparł poeta.
- O to już się waćpan nie martw! - odrzekł mu szlachcic. Zaraz potem podszedł do kontuaru i zamówił dwa duże kufle najlepszego miodu pitnego jaki tylko był do zakupienia. Nie minęła chwila, a zajął miejsce obok barda, stawiając przed sobą obydwa naczynia.
- Jak pana zwą, szlachetny mężu? - zapytał poeta, najwyraźniej zaciekawiony osobą posła.
- Zwą mnie Lando von Gertez z rodu Shynta. - odparł z dumą szlachcic, wypinając pierś kiedy prezentował swoją godność, czym wzbudził powszechny podziw wszystkich stałych bywalców karczmy. - A pańskie nazwisko?
- Jam jest Korysa, wielki poeta Valladonu. Miło jest usiąść przy stole w tak zacnym towarzystwie.
- Z wzajemnością. Co więc pan zamierza nam zaprezentować dzisiejszego wieczoru?
Poeta wziął krótki łyk ze swojego kufla, po czym uśmiechnął się, czując w ustach przyjemny smak. Spojrzał potem w bok, na swojego rozmówcę. Wyglądał mu na dobrego słuchacza. Zastanowił się chwilę nad odpowiednią historią na dzisiejszy wieczór. Nagle przypomniała mu się lokalna legenda, coś związanego z tym miejscem i okolicami. Była ona nad wyraz interesująca, toteż postanowił właśnie od niej zacząć. A potem? Kto wie, zobaczy się jak na historię zareagują słuchacze, a przede wszystkim szlachcic.
- Zna pan legendę o Samotnej Skrzypaczce? - zaczął poeta.
- Nie, jeszcze nie było mi dane usłyszeć tej historii. - odpowiedział szlachcic, pociągając łyk miodu ze swojego kufla.
- Tak więc wysłuchajcie proszę tej opowieści... - zaczął powoli swoją historię bard, podczas gdy wszystkie oczy w karczmie skierowały się w jego stronę...



Zabójczy rytm, dyktowany przez oszalałe z przerażenia serce. Jak najdalsze skoki przez usianą niezliczonymi kałużami ulicę. Niezliczone oddechy następujące po sobie zbyt szybko by odnieść jakikolwiek skutek. Przemoczone deszczem i błotem ubrania, które tylko marzyła by z siebie zrzucić. Nie mogła tego zrobić. Biec, biec cały czas przed siebie i nigdy nie zwolnić. Nie było innej drogi, nie było innego sposobu. Musiała biec. Nie wołać, nie prosić o pomoc. Marnowanie oddechu i narażanie niewinnych. Musiała biec. Tempo, należy trzymać tempo. Wspomagać rękoma, utrzymywać równowagę. I nigdy się nie zatrzymać. Tak jakby goniła ją sama śmierć. Boże, gdyby tylko to nie była prawda...
Dziewczyna wypadła na skrzyżowanie. Nie wahając się ani chwili rzuciła się w lewo, wskakując po drodze do gigantycznej kałuży. Nie wolno było jej się zatrzymywać. Nie teraz, kiedy zaszła już tak daleko. Nie mogła się poddać. Jej oddech nie chciał jej już słuchać, każdy kolejny palił niemiłosiernie, nogi odmawiały posłuszeństwa, a serce groziło wyrwaniem z piersi i powrotem w terminie nieokreślonym, co w pewnym sensie znaczyło tyle co nigdy. Nie zatrzymała się jednak i próbując znieść bóle cielesne parła dalej przed siebie, próbując uciec. Łudziła się nadzieją, liczyła że zdoła jakoś się wymknąć. Chciała uciec, schować się, zrobić cokolwiek by umknąć swoim oprawcom.
Jednakże wraz z upływającym czasem, przemęczona dziewczyna zwalniała coraz bardziej, nie będąc w stanie wytrzymać aż tak morderczego tempa. Niedługo ledwo starczało jej sił aby ledwie truchtać naprzód, lecz potem było już tylko gorzej. Płuca makabrycznie domagały się paru oddechów świeżego powietrza. Nogi nie dawały już się unieść, tak bardzo była wycieńczona. Musiała biec dalej, chociaż już nie mogła. Nie była w stanie dalej uciekać. Pozostawało więc tylko jedno. Ukryć się.
Dziewczyna zawlekła się za załom budynku, wciskając się w niewielką przestrzeń. Znalazła się w małej, może na dwie stopy szerokiej wnęce pomiędzy drewnianymi ścianami domów. Na samym końcu od świata odgradzała ją kolejna, tym razem jednak kamienna ściana. Z dachów domów nieustannie spływała brudna woda, która pokrywała całą dolną powierzchnię wnęki całkiem głęboką kałużą. Gdzieś w rogu dało się czuć pływające pomyje. Krótko mówiąc, nie wybrała sobie najlepszej kryjówki, ale lepsza była taka niż żadna. Ważne było tylko to aby przeczekać, nie dać się znaleźć. Jak Bóg da, następnego dnia będzie już daleko stąd, bezpieczna. Nie będzie musiała już obawiać się o swoje życie.
Wtem usłyszała na ulicy tuż obok zbliżające się w szybkim tempie kroki. Były nieregularne i zdecydowanie zbyt szybkie by należeć do tylko jednej osoby. Byli tutaj.
Dziewczyna przylgnęła do bocznej ściany wnęki, po czym wstrzymała oddech. Nie wiedzieli o niej. Wystarczyło zachować ciszę a z odrobiną szczęścia nawet tutaj nie spojrzą. Kroki zbliżały się jednak i zbliżały. Spokojnie, przecież ulica jest jedna. Przecież musieli nią iść. Nie było powodu żeby się denerwować na zapas. Przejdą tylko i będzie mogła im uciec w drugą stronę. Wystarczyło jedynie wstrzymać oddech i nie rzucać się w oczy...
Nagle tuż obok rozległ się trzask drewna, na myśl przywodzący wbijanie czegoś. Naraz podskoczyła w miejscu ze strachu, rozchlapując wodę w której stała. Zaraz mimowolnie skojarzyła sobie ten z jakimś ostrym narzędziem i własnym ciałem. Wtedy spanikowała. Co jeżeli usłyszeli? Czy któryś ją tu zauważył? Niemożliwe, przecież nawet nie wychynęli za róg... Jednak fakt przybicia czegoś do drewna przerażał ją bardziej niż sama perspektywa. Dobrze wiedziała, że przy każdym trupie mordercy pozostawiali swój znak. Zawsze jeden, zawsze tuż obok. Zatem musieli wiedzieć.
Dziewczyna zaczęła rozpaczliwie rozglądać się za jakąś możliwą drogą ucieczki. Była w ślepym zaułku. Kamienna ściana była zbyt wysoka żeby zdołała się po niej wspiąć. Dachówki budynków po bokach również były poza jej zasięgiem. Okien ani piwniczek natomiast nie było żadnych. Po cholerę ktoś robił taki ślepy zaułek? Przecież tutaj nic nie było! Niemożliwe żeby to istniało tu bez powodu. Z głębi jej umysłu wypłynęło wspomnienie opowieści, w której w ścianie ukryto sekretne przejście. Może i tutaj było coś takiego? Wprawdzie nie bardzo w to wierzyła, lecz w tym momencie była to jedyna rzecz, która mogła ją jeszcze uratować.
W momencie dopadła do ściany, rozchlapując wodę na boki. Zaczęła rozpaczliwie obmacywać kamień po kamieniu, próbując znaleźć jakikolwiek znak świadczący o istnieniu ukrytego przejścia. Żaden jednak nie ruszał się w ścianie, wszystkie zdawały się solidne i nieprzesuwalne. Przecież to nie możliwe! Pomyślała.
Wtem zaraz za jej plecami rozbrzmiały chlupnięcia wody. Dziewczyna zamarła w miejscu na ten dźwięk. Poczuła w brzuchu ognisty ból zdenerwowania, uczucie którego doświadczyli tylko ci, których kiedykolwiek złapano w trakcie ucieczki. Powoli obróciła się, żeby doświadczyć spotkania ze śmiercią.
- No proszę, znalazła się nasza zguba. - mruknęła cicho zamaskowana postać kultysty. Odziana była w szaty kultu, coś w rodzaju habitu, lecz oznaczonego przez duży czerwony symbol na przedzie. Na głowie miała kaptur, spod którego widać było jedynie białą maskę bez żadnego wyrazu. Nie można było powiedzieć, kim właściwie była ta postać. Zaraz za nią natomiast stały dwie kolejne, wyglądające niemalże identycznie, wyłączając położenie symbolu na habicie, sygnalizując że ten stojący na przedzie był ważniejszy. Dziewczyna spojrzeniem sięgnęła nawet dalej, lecz tam już nie było nikogo. Ani kultystów, ani ratunku, ani nawet świadka właśnie zachodzącego zdarzenia. Jedynym, kto oprócz nich mógł zobaczyć nadchodzącą śmierć był niewielki, czerwonobrzuchy ptak, który akurat teraz postanowił przysiąść na krawędzi jednego z dachów. Nawet przez myśl jej nie przeszło że spotkanie gila o tej porze roku i w dodatku przy takiej pogodzie jest prawie niemożliwe.
- To nie potrwa długo. Nie masz się o co martwić. To w zasadzie łaska, którą ci okazujemy. - oświadczył mężczyzna na przedzie, zgrabnym ruchem sięgając pod szatę i wysuwając stamtąd przerażający, ząbkowany sztylet. Broń była długa, zakrzywiona i zdecydowanie kunsztownie wykonana. Skropiona kroplami deszczu stal połyskiwała lekko w słabym świetle, kiedy ostrze zbliżało się w jej stronę. Dziewczyna przylgnęła plecami do ściany, instynktownie próbując jak najbardziej oddalić się od zagrożenia. Nie miała jednak gdzie uciekać. Ściana była pionowa, niemalże płaska. Nie mogłaby się po niej wspiąć na górę. Nawet pomimo tego że teraz pragnęła tego najbardziej na świecie.
A więc to koniec. To tutaj skończy - przebita na wylot i podlewająca i tak już gigantyczną kałużę własną krwią. Kultysta powiedział że to nie potrwa długo, ale czy mogła mu w to uwierzyć? Skąd wiedział, ile czasu będzie umierała? Jak wielu już zabijał, aby posiąść taką wiedzę? Wiedziała jednak że została pokonana. Raz na zawsze. Nie było opcji, by w jakikolwiek sposób wydostała się z tej sytuacji żywa. Nie znaczyło to jednak, że zamierzała poddać się bez walki. Aż tak łatwo się jej nie pozbędą! Dziewczyna rzuciła się do przodu na swojego napastnika, z zamiarem wytrącenia mu broni. Zanim jednak w ogóle zdążyła go dotknąć, w jej barku eksplodował niezwykle silny ból. Jej nadgarstek też zaczął palić, a jakaś nieznana siła wykręciła ją w bok. Zorientowała się wtedy, że nie jest w stanie poruszyć się w jakąkolwiek stronę. Potężny uchwyt mężczyzny nie wypuszczał jej ręki, nie pozwalając jej na jakikolwiek kolejny atak. Jakimś sposobem kultysta zdołał ją pochwycić i unieruchomić w aż tak krótkim czasie. Dziewczyna mimowolnie poczuła podziw dla jego umiejętności. Zarazem poczuła przeogromny smutek. Czyli to już koniec...
Mężczyzna uniósł broń w powietrze, szykując się do ciosu. Światło odbiło się od broni, błyszcząc jej po oczach. Dziewczyna nagle zapragnęła przypatrzeć się światu w swoich ostatnich chwilach, żeby zapamiętać dobrze jak on wygląda tutaj, po tej stronie. Chciała zapamiętać dokładnie widok kropel deszczu, ułożenie słojów drewna na ścianach czy też wygląd chmur, które mogła zobaczyć. Przypomniała sobie wtedy o ptaku, siedzącym na gzymsie i w tamtą stronę także spojrzała. Ale gila już tam nie było...
W tym momencie spadł cios. Ostrze zatoczyło całkiem szeroki łuk i świsnęło w powietrzu. "To koniec." Zdążyła po raz kolejny pomyśleć, po czym zamknęła oczy, nie zdążywszy się przygotować dość dobrze by spojrzeć śmierci w twarz.
Uderzenie trafiło ją w pierś, w samo serce. Najpierw ból poczuła na skórze, która ukłuta została pod jej koszulą. Naraz przeraziła się, że całe doznanie będzie trwało aż tak wolno. Wtedy jednak coś ją tam uderzyło i zatoczyła się do tyłu. Nie czuła jednak bólu. "A więc to tak wygląda śmierć?" Pomyślała i nagle nabrała odwagi by znów otworzyć oczy. Spodziewała się fontanny krwi, ostrza zagłębionego w jej sercu aż po rękojeść. Kiedy jednak spojrzała, okazało się że wciąż nie jest przeszyta na wylot. Kultysta zdawał się być w takim samym szoku co ona sama. Ostrze broni zwisało smętnie z rękojeści, pogniecione i przemoczone. Zupełnie tak jakby było zrobione z papieru.
- Nie sądzicie może że takie zachowanie jest trochę... nie na miejscu? - rozległ się w powietrzu aksamitny głos, który wyraził swoją dezaprobatę. Wszyscy bez wyjątku skierowali swoje spojrzenie w górę, czyli tam skąd dochodził dźwięk.
Na górze, na samej krawędzi dachu leżała biała wilczyca. Jej gęste, puchate futro zdawało się w ogóle nie dotknięte deszczem, jakby zupełnie suche i dopiero teraz zaczynało powoli oklapywać pod jego wpływem. Jej ogon zwisał sobie swobodnie w dół, bujając się to w jedną, to w drugą stronę. Jedna jej łapa w bardzo ludzkim geście podpierała jej pysk, tak jakby się nad czymś zastanawiała. Błękitne oczy zwierzęcia wpatrywały się intensywnie na scenę w dole. Nie było wątpliwości, że wilczyca nie była czymś zwyczajnym. Oprócz dziewczyny chyba nikt nie zorientował się, skąd ona właściwie się tam wzięła.
- Och, teraz przypomnieliście sobie o dobrych manierach? - spytała spokojnie wilczyca, widząc jak kultyści zaczęli powoli się cofać. Jednocześnie dało się na jej pysku dostrzec coś na wyraz satysfakcji. Uniosła się powoli, po czym niczym kot zeskoczyła w dół, prosto pomiędzy dziewczynę i trójkę mężczyzn. Mruknęła coś do siebie, czego nie dziewczyna nie zdołała dosłyszeć.
Teraz dopiero kultyści zdołali otrząsnąć się z szoku. Ten którego dotknęła magia wilczycy odrzucił bezużyteczny jelec zakończony papierem, który upadł w kałużę i zniknął pod powierzchnią brudnej wody. Potem wysunął trochę nogę do przodu, podwinął odrobinę rękawy i wykonał rękami dziwny gest. Jednocześnie w dłoniach pojawiło mu się blade, mdłe światło. Pozostali dwaj kultyści podążyli za nim, wykonując coś do złudzenia podobnego. Wilczyca, widząc to tylko prychnęła.
- Odejdźcie stąd, póki jeszcze mam do was cierpliwość. - mruknęła, po czym wykonała krok do przodu, a potem jeszcze następny. Jednocześnie woda dookoła niej zaczęła w dziwny sposób unosić się, kreując coś na kształt fali która poruszała się razem z nią. Ściany budynków również zaczęły w dziwny sposób rozpadać się na części, lewitując wokół. Mimo to jednak z żadnego miejsca nie było widać, co może znajdować się w środku. Nawet deszcz zdawał się nagle zatrzymać w powietrzu, jakby na coś oczekując.
Wtem wilczyca straciła cierpliwość. Warknęła głośno, tak że echo tego odgłosu uderzyło w ściany i kiedy się od nich odbiło, wszystko nagle wprawione zostało w ruch. Fala ruszyła do przodu, nagle z niewyjaśnionego powodu rosnąc w oczach, drewniane odłamki zalały deszczem wylot zaułka, a krople deszczu nagle zmieniły się w niewielkie igły, które z równą intensywnością zasypały kultystów. Jednocześnie dziewczyna zobaczyła jak ich szaty nagle robią się ciasne i zaczynają ich oplatać, uniemożliwiając ruchy rękami i tym samym pewnie inkantowanie zaklęć. Nawałnica nie ustawała w swej prędkości i sile, nieustannie zmuszając tamtych do cofania się. Dało się nawet słychać ich zbolałe okrzyki, lecz były jakby wytłumione i niepełne. Dziewczyna wyobrażała sobie jak bardzo musiało to być bolesne, ale nie potrafiła określić jak bardzo mogłyby boleć deszczowe igły. Na szczęście żadna z nich nie poszybowała w jej stronę, co tylko upewniało ją w przekonaniu że wilczyca uratowała jej życie.
Nagle magicznie prowadzony ostrzał ustał, a odłamki znów zaczęły lewitować swobodnie wokół. Kiedy jednak spojrzała na wyjście z zaułka, zauważyła jak znika tam naszpikowany ostrymi fragmentami wody i drewna czarny strój. Mężczyźni uciekli! Dopiero teraz jakoś dotarło do niej, że jeszcze jest w pełni żywa. Nie zabili jej! Została uratowana!
- Dziękuję ci! - wykrzyknęła w stronę białej wilczycy, po czym podeszła do niej troszeczkę bliżej. Chciała jej jakoś przekazać swoją wdzięczność, pokazać jak bardzo podziwia ją za to co właśnie zrobiła. Nie była tylko pewna jak to zrobić, ani czy to jest odpowiedni moment. Wilczyca bowiem wyglądała z zaułka, podążając wzrokiem za niedoszłymi zabójcami. Nie rzuciła się jednak za nimi w gonitwę. Dopiero po chwili wyraźnie się rozluźniła, a wszystkie wciąż lewitujące i bardzo ostre fragmenty otoczenia wróciły na swoje miejsca, a przynajmniej tak mniej więcej.
- Musisz być ostrożniejsza. - oświadczyła spokojnie wilczyca, obracając łeb w jej stronę. - Nie powinnaś była ingerować w ich sprawy.
- Ja... Rozumiem. Ale zrobiłam to, bo musiałam wiedzieć, nie mogłam żyć w niepewności i poczuciu zagrożenia. - próbowała się jakoś wybronić przed jej słowami, chociaż wiedziała że ma rację.
- Czy więc teraz już czujesz się bezpieczna? - zapytała rozsądnie, lekko przekrzywiając łeb. Dopiero teraz, kiedy się tak ruszyła, dziewczyna spostrzegła, że zwierzęciu brakuje prawego ucha. Nie było jednak odcięte czy nic z tych rzeczy. Jego tam po prostu nie było. - Zaraz z rana opuść tą miejscowość. Tutaj nie będziesz bezpieczna, a ja nie zawsze będę w pobliżu by ewentualnie móc ci pomóc jeszcze raz.
- Tak planuję uczynić. A czy ty... Zostajesz tutaj?
- Tak. - odparła wilczyca. - Muszę zająć się wykorzenianiem tego kultu zanim się rozprzestrzeni. Nie powinnam była zostawiać tej trójki przy życiu, ale chciałam się upewnić czy z tobą wszystko w porządku.
- Nie, chyba nic mi nie jest. Jeszcze raz ci dziękuję za ocalenie życia.
- Drobiazg moja droga. - odpowiedziała wilczyca. - My kobiety powinnyśmy trzymać się razem.
- A... - dziewczyna poczuła jak wzrasta jej ciekawość odnośnie jej wybawicielki. - kim właściwie jesteś? Jak masz na imię?
- Ja? Wybacz że nie pokazałam się w bardziej dla ciebie zrozumiałej formie ale chciałam zaoszczędzić energię na później. Jestem maie, a na imię mi Arrisa. Może nawet kiedyś o mnie słyszałaś?
- No... nie słyszałam. - przyznała się dziewczyna. Już zaczynała się szykować żeby zapytać o coś jeszcze, lecz Arrisa przerwała jej zanim jeszcze w ogóle zdążyła zacząć.
- Dobrze... chyba już jest bezpiecznie. Wychodź z tej dziury i zabieraj się stąd jak najszybciej. I postaraj się więcej nie zadzierać z kultami, a temu to już nawet nie pokazuj się na oczy. Żyj ostrożnie... i powodzenia. - mruknęła wilczyca, a potem skinęła jej łbem. Zrobiła potem parę kroków do przodu, żeby pozwolić i jej wyjść na zewnątrz.
- Dziękuję. - powiedziała jeszcze raz dziewczyna. Ale biały kształt zaczął już się oddalać z zaskakującą szybkością. Ciekawe czy wciąż była w stanie to usłyszeć, mając tylko jedno ucho.
Zaraz jednak musiała wrócić do rzeczywistości. Trzeba znaleźć konia i wynieść się stąd jak najdalej. Ważne było, żeby nikt nie zorientował się że wyjeżdżała. Musiała zachować ostrożność i utrzymać swoją wrodzoną zdolność do wtykania nosa w cudze sprawy na smyczy, bo było pewne że pewnego dnia ją to zabije. Już dzisiaj było zdecydowanie zbyt blisko do tego momentu.



Pogoda ani myślała się poprawić. Od kiedy udało jej się uratować pewną mieszczkę przed zostaniem brutalnie zamordowaną minęła już prawie godzina, a deszcz od tamtego czasu jedynie przybierał na sile. Szum uderzających kropel był wszechobecny. Samo zjawisko pogodowe zdołało ją zirytować, ponieważ padało chyba w najgorszym możliwym momencie. Z początku zdawało jej się że nie będzie miała zbyt dużych problemów z odnalezieniem tej trójki, jednak szybko okazało się że była w błędzie. Jakimś sposobem udało im się zdobyć nad nią znaczną przewagę w odległości, pomimo faktu że dała im na to ledwie chwilę i to wcale nie najdłuższą. W trakcie poszukiwań ani razu nie zdołała ich już zobaczyć. Trzeba było podążać po ich śladach, co w tych warunkach okazało się naprawdę niełatwym. Nieustannie lejący z nieba deszcz niemal z miejsca rozmywał wszystkie ślady w błocie. Musiała posługiwać się jedynie wilczym węchem, a nawet i ten trop nie utrzymywał się jakoś szczególnie długo. W dodatku tamci chyba zdali sobie sprawę z tego że będzie próbowała ich złapać i w naprawdę szybkim tempie zdołali opuścić mieścinę. Arrisa w pewnym momencie poczuła razem z nimi zapach koni. Musieli wsiąść na nie chyba jeszcze zanim wyjechali na otwarty teren. Potem pewnie pogalopowali przez tamte łany traw, o czym świadczył szybko zanikający trop.
Arrisa przez jakiś czas rozważała ponowną przemianę w gila, aby nadrobić trochę dystansu, ale musiała jednak z tego zrezygnować. Ulewa była teraz niesamowicie silna, a wiatr rwał zbyt mocno, by zdołała gdziekolwiek zalecieć. Wcześniej nawet ten krótki lot jakiego się podjęła był wycieńczający, a wtedy była jeszcze częściowo osłonięta od wiatru. Tam, na otwartym polu nie było budynków aby zatrzymały wiatr. Jedyne co mogłaby osiągnąć to zostać zdmuchniętą w tył, gdzieś gdzie poniósłby ją wicher. A nawet gdyby pogoda była odpowiedniejsza do latania to i tak po tylu przemianach mocno odczułaby deficyt energii. Wprawdzie była całkiem dobra jeżeli chodziło o przybieranie formy, ale nigdy nie udało jej się przekroczyć liczby siedmiu przemian bez odzyskiwania energii i odpoczynku. Tutaj nie mogła też osiągnąć aż tyle, gdyż część energii już zdążyła zużyć wcześniej, a także trochę kosztowało ją przepędzenie zabójców. Tak więc jeżeli miałoby jej jeszcze coś zostać by móc ich zneutralizować, musiała zachować wilczą formę. Tak czy owak w niej i tak poruszała się szybciej niż zrobiłaby to w którejkolwiek innej.
Nawet pomimo beznadziejnej sytuacji, chwilę zajęło zanim Arrisa odpuściła. Wiedziała wprawdzie że nie zdoła dogonić jeźdźców z taką przewagą, miała jednak nadzieję że może jednak się uda. Nie wiedziała wprawdzie czy mogli jakoś sprawdzić czy wciąż ich śledzi, ale liczyła na to że nie. Konie przecież nie będą chciały biec w takiej nawałnicy. Wkrótce musieliby się gdzieś zatrzymać, pod jakimś dachem lub chociażby drzewem. Wtedy miałaby szansę nadrobić cały ten stracony dystans. Jednak w miarę jak biegła naprzód, zdawało jej się że ślad jest coraz bardziej zatarty, do tego stopnia że wilczyca wkrótce podążała jedynie za przeczuciem, próbując odnaleźć choćby cień zapachu lub kilka bliskich sobie wgłębień po których poznałaby kierunek. Nie minęło dużo czasu a trop zgubiła zupełnie.
Arrisa znajdowała się wtedy na targanym deszczem i wiatrem podnóżu góry. Nigdy nie potrafiła zapamiętać nazwy, jaką ludzie jej nadali, była okropnie długa i dziwaczna. Góra ta w każdym razie nie była jakoś szczególnie wysoka, choć najwyższa z całego pasma górskiego w jakim się znajdowała. Słyszała kiedyś od jakiegoś podróżnika że w porównaniu z górami Dasso, czy szczytami Fellariońskimi ich góry przypominały co najwyżej kilka pagórków które położyły się obok siebie. Swoją drogą to ciekawe w sumie jak tamte wyglądały, skoro nawet te góry były dla niej niesamowicie wysokie. Chciałaby je kiedyś zobaczyć...
Potrząsnęła łbem, odpędzając niechciane myśli. Na to jeszcze przyjdzie czas, kiedy już będzie spokojniej. Teraz musiała się skupić. Wprawdzie zgubiła trop, lecz nie była głupia. Dało się przecież wydedukować, gdzie mogli się udać zabójcy. Nie bez powodu przecież ta okolica nazywała się Wschodnim Pustkowiem. Arrisa całkiem nie najgorzej ją znała, wiedziała więc że podążając w obecnym kierunku nie natrafi na nic. Tam nie było żadnych budynków, miast, zamków czy chatek. Tak naprawdę to tam nie było nawet szałasów, bo nie byłoby z czego ich budować. Można było tam szukać co najwyżej trawiastej równiny, stepu który ciągnie się aż po horyzont. Gdyby tylko widoczność była większa niż na pięćdziesiąt stóp dałoby się zauważyć, że na pewno tam się nie udali. Pozostawały więc dwa kierunki, w których mogli się udać. Jeden z nich prowadził ostro w prawo, mniej więcej na południe. Mniej więcej tam właśnie znajdowała się granica lasu, tego samego w którym żyła ona sama. Linia drzew jednak niestety nie ciągnęła się aż tak daleko jak trawiaste pustkowie dookoła. Arrisa dobrze znała ten las. Nie było w nim szczególnie wiele kryjówek, w których tamci mogliby się skryć, a jeszcze mniej tych, o których mogliby wiedzieć. Szanse na to że się tam udali były niewielkie. Z drugiej strony natomiast było po prostu pasmo górskie, to o którym wcześniej myślała. Tego Arrisa nie znała już aż tak dobrze jak swojego lasu. Niezbyt często zapuszczała się tam, szczególnie na duże wysokości. Czasami tylko, gdy pogoda sprzyjała, decydowała się na to by polecieć w górę, na sam szczyt. Po drodze chyba widziała kilka domków, choć nie bardzo pamiętała gdzie mogło to być. Może to było tam? Kto wie. W każdym razie wiedziała że musi poprosić o pomoc.
"Matko?" - zapytała głośno Arrisa w swojej własnej głowie, koncentrując się na nawiązaniu kontaktu. Czuła pod podsuszkami łap miękką, błotnistą glebę oraz całe pulsujące w niej życie. Zagłębiła się w to uczucie, pozwalając by objęło ją w całości i wchłonęło. Czuła całym swoim ciałem puls Matki Natury. Przybliżyła się trochę do Niej, kierując na siebie jej uwagę. Zwykle nie miewała większych problemów z porozumiewaniem z Nią, wystarczyło być blisko natury i zacząć rozmowę. Reszta jakby działa się sama. Czasami nawet to Ona kontaktowała się z nią, a nie na odwrót. Trochę jak matka i córka, którymi przecież były.
"Tak?" - gdzieś z głębi ziemi, napłynęła myśl, która wspięła się aż do niej, do jej umysłu. Była powolna, jednak zjawiła się niemalże od razu. Matka nie kazała jej czekać. W sumie to Arrisa nie pamiętała by kiedykolwiek jej się to przytrafiło. Matka zawsze zdawała się mieć czas dla swoich dzieci, jej z tego nie wyłączając. Ciekawiło ją jak właściwie ona to robiła. Nie potrafiła sobie wyobrazić co Matka robiła, by tak doskonale dzielić swą uwagę między swoimi dziećmi.
"Widzisz gdzie jestem?" - spytała Arrisa, domyślając się że gdyby nie dostała odpowiedzi twierdzącej, znaczyłoby to zapewne mniej więcej tyle że z tego źródła nie zdoła niczego się dowiedzieć. Mimo jednak tej myśli, Arrisa jednak miała nadzieję że Matka wypyta się roślin i zwierząt, czy spostrzegły tych o których jej chodziło i dlatego zapytała: "Niedawno jechało tędy kilkoro jeźdźców. Niestety zgubiłam ich trop i nie wiem gdzie ich szukać. Wiesz może w którą stronę się udali?"
Wtedy nastąpiła chwila milczenia. Arrisa poczuła jak uwaga Matki skupia się w tym konkretnym miejscu. Czuła zadawane pytanie, chociaż nie było ono skierowane do niej, lecz do wszystkich innych jej dzieci, które mogły zobaczyć opisaną przez maie sytuację. Arrisa czuła wręcz skupienie z jakim to nastąpiło. Matka nie zamierzała przecież zostawić jej z misją, którą Ona sama jej zadała bez żadnej pomocy. Między innymi właśnie za to szanowała Matkę Naturę.
"Wybacz że zadaję ci to pytanie, ale zanim odpowiem na twoje, muszę wiedzieć co zamierzasz z nimi uczynić." - rozległ się w końcu jej głos, który zawibrował w jej świadomości.
"Chcę nauczyć ich szacunku do życia Matko. Na własne oczy widziałam, że jest to konieczne." - odpowiedziała Arrisa, której oświadczenie Matki zupełnie nie zdziwiło. Maie dobrze wiedziała, jak Ona szanuje życie. Była to dla niej wartość nadrzędna, którą należy bezwzględnie chronić. Nie ważne czyje życie, ważne by osłonić je przed niebezpieczeństwem. I to właśnie ona, Arrisa, była przeznaczona do tego jakże istotnego zadania. Miała stać na straży istot żywych.
"Raniłaś ich wcześniej." - to było bardziej stwierdzenie niż pytanie.
"Musiałam to zrobić, by zapobiec inaczej nieuniknionej śmierci. Na niektórych ludzi nie działa nic prócz demonstracji siły." - odparła Arrisa.
Rozległo się ciche mruknięcie, jakby zastanowienia. Arrisa nie miała jednak pewności czy usłyszała je naprawdę, czy tylko jej się tak wydawało. Prawdopodobnie rozbrzmiało ono w jej rozmowie, nie widziała ku temu lepszego wytłumaczenia. Wkrótce też znów usłyszała głos Matki: "Ufam twojej ocenie. Wracając do twego pytania, dowiedziałam się że rozdzielili się jakiś kawałek od miejsca w którym się znajdujesz. Niezbyt duży, nie ma to większego znaczenia gdzie konkretnie. Troje z nich udało się w stronę gór, jeden natomiast skręcił w twoje prawo, jadąc do lasu. Dowiedziałam się też że tam na północy można zobaczyć podobnych ludzi całkiem często."
"Pewnie tam mają kryjówkę." Powiedziała Arrisa, wyobrażając sobie jak mogłoby wyglądać schronienie kultystów. Zapewne było to jakieś mroczne miejsce, może i nawet jakaś jaskinia. Ilu ich tam mogło być łącznie? Dziesięciu? Dwudziestu? I pozostawało jeszcze jedno pytanie. Co oni tam właściwie czcili? Arrisa nie potrafiła rozpoznać znaku jaki tamci mieli na swoich szatach. Miało to jakiś związek z kultem? A może to tylko zmyłka, żeby nikt nie domyślił się prawdy?
"Na te pytania niestety nie mogę ci odpowiedzieć, sama chciałabym je komuś zadać. Ale mam dla ciebie radę moja droga, nie próbuj iść tam sama. Najpierw znajdź kogoś, kto mógłby ci z tym pomóc. Spróbuj najpierw schwytać tego który udał się do lasu. I proszę, bądź ostrożna." - usłyszała nagle Arrisa w odpowiedzi na własny, wewnętrzny monolog. Z początku ją to zaskoczyło, lecz potem przypomniała sobie że nigdy nie była zbyt dobra w ograniczaniu swoich mentalnych rozmów z Matką. Z drugiej jednak strony to w sumie chyba dobrze, dzięki temu przynajmniej były ze sobą szczere. Przy okazji dostała całkiem dobrą radę, coś o czym wcześniej nie pomyślała. Jeżeli miała przeciwko sobie cały kult, rzeczywiście powinna sobie poszukać jakiegoś sojusznika.
"Dobrze Matko, zrobię tak jak mówisz... Trzymaj się dobrze." - Powiedziała Arrisa, po czym zakończyła ich rozmowę. Znów w pełni wróciła na powierzchnię ziemi, do swego wilczego ciała. Znów z pełną mocą poczuła targającą nią nawałnicą, która ani trochę nie zechciała osłabnąć. Teraz była już tak przemoczona, że w samej jej sierści było chyba tyle wody że starczyłoby dla człowieka na pustyni na całych parę dni. Potrząsnęła łbem, instynktownie próbując choć trochę pozbyć się wrażenia sierści przyklejającej się do ciała, lecz bez większych rezultatów. Prychnęła cicho, po czym skierowała swoje kroki w stronę lasu.



Nastąpiło głośne skrzypnięcie, gdy zawiasy na których wisiały drewniane, mocno nadgryzione zębem czasu drzwi, ustąpiły pod lekkim naporem jakiemu zostały poddane. Zamek nawet nie próbował stawiać oporu, a mechanizm przy obrotowej klamce tym bardziej. Drewno mruknęła coś z niezadowoleniem, kiedy wprawiono je w ruch, jednak prócz tego nie okazało po sobie nic więcej prócz uległości. Arrisa powoli wsunęła się poprzez powstałą w ten sposób szczelinę między drzwiami a framugą, wpierw dokładnie ocierając swoje łapy o szmatę która służyła tutaj za wycieraczkę. Uprzednio też z grubsza otrzepała swoje futro z wody, korzystając z pewnej poprawy pogody a także i posiadania małego daszki nad gankiem, który chronił niewielką jego część przed zamknięciem bezpośrednio z powodu deszczu. Nie chciała przecież za bardzo nabrudzić w mieszkaniu, potem musiałaby to wszystko wycierać i sprzątać, a na chwilę obecną jeszcze nie bardzo miała czym. Planowała ostatnio udać się na zakupy by nabyć coś takiego właśnie, lecz wyszło na to że ostatecznie nie zdążyła tego zrobić. Tak więc musiała na razie trzymać się rozwiązania prowizorycznego, czyli zwyczajnie nie nabrudzić. Nie lubiła kiedy w jej domu było pełno ziemi i wilgoci. Poza tym, chciałaby jeszcze nie rozpoczynać hodowli grzybów pod podłogą i jeszcze przez jakiś czas móc tu pomieszkać.
Domek bowiem, do którego weszła Arrisa był jej własną rezydencją, w której mieszkała już dobrych parę lat. Odziedziczyła tę leśniczówkę po kimś, kto najwyraźniej zwyczajnie w świecie się stąd wyniósł. Nie pozostało po nim wiele, prócz samego domku i malutkiego, żeliwnego i pokrytego rdzą i sądzą kominka. Arrisa do tej pory zastanawiała się, gdzie mógł się przenieść i co się z nim stało potem, jednak w większości były to ledwie przypuszczenia. Wszelkie ślady po poprzednim właścicielu już dawno zblakły do tego stopnia że nie dało się już odgadnąć choćby w którą stronę mogłyby prowadzić. Pamiętała jednak jeszcze jak całkiem niedawno koło siennika znajdywała nieswoje, długie, złociste włosy, które w miarę zamiatania chatki znikały, aż nie zostało po nich już nic. Wiadomo jednak było że wcześniejsza właścicielką też była kobietą.
Arrisa znalazła się w niewielkiej sieni, pokoiku który mierzył sobie co najwyżej trzy stopy po przekątnej. Nie było tu żadnego okna ani nawet mebli. Jedynie z boku, tak żeby nie przeszkadzać w otwieraniu drzwi stały trzy pary butów. Wszystkie one należały do niej i choć definitywnie nie dało się już o nich powiedzieć, że były nowe. Wprawdzie nie korzystała z nich tak często, jak robiłby to normalny człowiek, a już tym bardziej mieszkający w tej okolicy, jednak wyraźnie widać było ich zużycie. Wilczyca wsunęła się cała do środka a potem użyła tylnej łapy aby zamknąć drzwi za sobą. Zawiasy znów zaskrzypiały niemiłosiernie głośno, a drzwi trzasnęły gdy znów znalazły się przy framudze. W pomieszczeniu zapanowała względna ciemność, jedynie odrobina światła wpadała poprzez szczeliny w drewnie i przez nieszczelne fragmenty drzwi. Arrisa pchnęła nosem drugie drzwi, te prowadzące do wewnątrz, lecz z zaskoczeniem stwierdziła że były one zamknięte. Dopiero po chwili przypomniała sobie że przed wyjściem zamknęła je na klucz, którego z przyczyn naturalnych nie wzięła ze sobą. Ostatnio w sumie bez większego powodu zamykała te drzwi, pomimo że raczej nie było nikogo kto chciałby się tu włamywać. Mruknęła coś do siebie, lekko niezadowolona. Akurat jak miała ochotę trochę się rozgrzać... Musiałaby się przemienić, by móc otworzyć te drzwi. Czyżby naprawdę tego chciała? Przecież i tak była tutaj tylko na noc, chciała przeczekać ten czas zanim ruszy dalej... Ale z drugiej strony skoro przez ostatnie dwa dni nieustannych poszukiwań nie udało jej się znaleźć tego mordercy, to szanse na to że teraz się jej uda były bardzo niskie. Chyba powinna już odpuścić i zająć się poszukiwaniami sojusznika do wyplenienia samego kultu. Z odrobiną szczęścia może uda jej się znaleźć również i tego który jej się wymknął. W takim wypadku tak czy siak musiała do jutra przybrać ludzką formę, a kiedy miało to nastąpić nie miało żadnego znaczenia. Mruknęła sobie pod nosem, po czym przeciągnęła się mocno. Dopiero wtedy zaczęła się przemieniać.
Ledwie chwilę później, teraz już bardziej zmęczona niż była ledwie minutę temu, przekręciła klucz w zamku. Drzwi zaraz posłusznie ustąpiły i jej oczom ukazał się bardzo dobrze jej znany pokoik, który był jej własnym, prywatnym azylem spokoju. Kiedy tylko pragnęła się trochę wyciszyć, uspokoić czy zrelaksować, przychodziła tutaj. O ile nie musiała akurat wypełniać zadania, każdy z tych pobytów tutaj był niezwykle przyjemny. Pomimo tego, że deski podłogi odstają od siebie pod dość ostrymi kątami, pomiędzy szparami w ścianach świszczał wiatr, z dachu od czasu do czasu kąpały krople deszczu a kominek za każdym razem gdy się w nim zapaliło zadymiał pomieszczenie, to wciąż czuła się tu jak u siebie. Nawet mech zagnieżdżony w szparach zdawał się dodawać temu mieszkanku swojskości. Nowe były jedynie łóżko i skrzynia, które udało jej się kupić jakiś czas temu u stolarza. Wprawdzie Arrisa nigdy nie potrzebowała snu, ale w pewnym sensie czuła potrzebę do tego by jakoś upodobnić swoje miejsce pobytu do tego, co widziała u normalnych ludzi. Ciekawiło ją to, jak to jest spać we własnym łóżku, a teraz już to wiedziała. Skrzynia natomiast była tutaj od kiedy się wprowadziła, maie kupiła ją kiedy tylko postanowiła tu zamieszkać aby mieć gdzie trzymać swoje ubrania. No i były też w niej skrzypce, schowane skrupulatnie w nowiutkim pokrowcu.
Czarnowłosa dziewczyna podeszła powoli do trochę niedbale oszklonego okna, wypukłego w paru miejscach, przez co obraz na zewnątrz rozmywał się nieznacznie. Wprawdzie widok stąd nie był jakiś spektakularny ani nic podobnego. Można by powiedzieć co najwyżej że był przeciętny. Widać jednak było całkiem dobrze, że pogoda zaczynała już się uspokajać i że wkrótce oprócz rozległych kałuż nie pozostanie nawet ślad po niedawnej nawałnicy. Deszcz jednak ciągle kropił, od czasu do czasu jedną ze swych kropli dzwoniąc o szybę. I gdzieś tam, na tym samym deszczu był niedoszły morderca, który jakimś sposobem zdołał jej zbiec. Ciekawe jak blisko była jego odnalezienia... Godzinę drogi? Pół? Gdyby tylko próbowała podążać innymi drogami podczas szukania tropu, czy zdołałaby go złapać? Uderzyła lekko zaciśniętą pięścią w ścianę obok okna, a drewno odpowiedziało jej głośnym, niezadowolonym skrzypnięciem.
Nie, wystarczy. Nie przyszła tutaj przecież żeby zastanawiać się co zrobiła źle i kontemplować swoje błędy. Przybyła tutaj żeby trochę się uspokoić, rozluźnić i oczyścić umysł, a nie się zamartwiać. Co się stało to się nie odstanie i trzeba było to zaakceptować. Ważna była przyszłość i to, jak wszystko się dalej potoczy. Arrisa wiedziała że jeżeli ma uchronić się przed popełnieniem błędów, musi wpierw opanować swoje emocje, a przede wszystkim gniew. Był na to jeden doskonały sposób, który w jej wypadku zawsze się sprawdzał i pozwalał dobrze odpocząć od stresu. Maie odsunęła się od okna, po czym podeszła do skrzyni i uniosła wieko. Sięgnęła na jej dno i chwyciła za dobrze znany sobie miękki materiał. Wyciągnęła przedmiot ze środka, po czym ułożyła go ostrożnie na materacu łóżka. Dopiero wtedy odsznurowała dwa zawiązane supły i wysunęła z pokrowca swoje mahoniowe skrzypce. Potem wręcz pieszczotliwie przejechała dłonią po gładziutkiej powierzchni. Wtedy wyciągnęła również i smyczek, którego też nie omieszkała łagodnie pogładzić. Następnie chwyciła skrzypce w dobrze znany sobie chwyt i zaczęła grać.
Pierwsze pociągnięcie zawsze było najbardziej wyjątkowe. Ze wszystkich dźwięków jakie mogły się wydobyć że skrzypiec, pierwszy odgłos sprawiał wrażenie jakby zaczynało się coś nowego, coś wyjątkowego. Kto wie czy nawet rzeczywiście tak nie było? Zawsze jednak to jedno przeciągnięcie smyczkiem po strunach sprawiało, że po plecach Arrisy przebiegał dreszcz podniecenia, tak i też było tym razem. Maie przeciągnęła odgłos, chcąc jak najdłużej rozkoszować się barwą jego brzmienia. Dopiero po chwili, gdy pierwsza ekscytacja odrobinę osłabła, za pierwszym podążyły kolejne dźwięki, które zaczęły układać się w melodię.
Trwało to co najmniej przez całą noc. Dźwięki dobiegające z wnętrza leśniczówki nie ustały ani na chwilę aż do wschodu słońca. Muzyka, która dobiegała z wewnątrz, jednak robiła naprawdę spore wrażenie. Znaczy pewnie by zrobiła, gdyby w okolicy był ktoś, kto mógłby usłyszeć jej niesamowicie dokładne reinterpretacje dobrze znanych i powszechnie rozchwytywanych dzieł, ale także i tych które znane są zaledwie nielicznym. W okolicy nie było jednak nikogo oprócz zwierząt leśnych, a nawet i one postanowiły zatrzymać się przynajmniej na chwilę przy chatce Arrisy, by usłyszeć choć fragment tego, co akurat rozbrzmiewało w środku.
Muzyka ustała dopiero wtedy, gdy przerwana została nagle poprzez głośne, metaliczne trzaśnięcie, które zadźwięczało w powietrzu urywając utwór w połowie. Zaraz potem rozległo się zaskoczone i zarazem smutne jęknięcie. Gdy Arrisa spojrzała na przednią część swojego instrumentu zobaczyła, jak jedną ze strun pękła gdzieś w połowie i teraz sterczała sobie smętnie, zwisając w dół.
- Co ja teraz mam z tym zrobić? – zapytała samą siebie, możliwe że oczekując odpowiedzi od nie wiadomo kogo, chociaż bez większych nadziei. Wyglądała przy tym na naprawdę okropnie zasmuconą. – Przecież to był prezent... Od niego...
Wtedy właśnie wróciły do niej wcale nie tak odległe wspomnienia. Mark. Markus. Ile lat minęło, od kiedy pierwszy raz się spotkali? Dziesięć? Nie pamiętała dokładnie. Z początku nie sądziła że znajomość z czarodziejem może coś zmienić w jej życiu. Był taki spokojny, taki... zwyczajny. W przeciwieństwie do innych ludzi których spotykała on nigdy nie traktował jej jakoś inaczej, jak jakiejś dziwacznej istoty. Zawsze rozmawiało im się tak dobrze, tak normalnie... Arrisa zawsze miała wrażenie że traktował ją jak kogoś równego sobie, jak przyjaciółkę. No, przynajmniej do czasu...
Markus był z natury raczej kimś trochę nieśmiałym. Opowiadał jej kiedyś jednak o tym, że nie jest też raczej kimś zbyt odważnym. Mówił jej także, że to właśnie przez wzgląd na obydwie te cechy postanowił trochę zmienić swoją profesję. Z początku chciał wprawdzie korzystać z magii podobnej do tej, którą pokazywali mu jego mentorzy, lecz szybko okazało się że Mark był zawsze zbyt ostrożny by w pełni wykorzystywać tamten potencjał. Wtedy przez jakiś czas jeszcze trenował się w magii rytualnej, lecz ostatecznie i to praktycznie zostawił na sobą aby w ostateczności zostać badaczem niepoznanych jeszcze innych planów, które bardzo dalekie były jeszcze od ludzkiego zrozumienia. Spojrzenie w nie ponoć mogło doprowadzić człowieka do szaleństwa. Jednak Markusa, z trudnego do wytłumaczenia powodu akurat to zagrożenie nie zniechęcało ani trochę. Czy wierzył tak mocno w swój własny umysł, czy też w rzeczywistości widział dobre światy, trudno było powiedzieć. Nigdy bowiem, nawet za jej namowami nie napominał słowem jak one wyglądają.
Przyjaźnili się przez dłuższy czas, od czasu do czasu odwiedzając się nawzajem, rozmawiając, poznając się lepiej, a także czasami pomagając sobie w potrzebie. To ostatnie zdarzało się niezbyt często, gdyż rzadko kiedy Arrisa potrzebowała wsparcia czarodzieja, a i sam Markus nieczęsto potrzebował do swoich badań więcej mocy niż sam posiadał. Jednak nawet pomimo niezbyt częstych spotkań ich znajomość ewoluowała w zawrotnym tempie, zupełnie inaczej niż to Arrisa kiedykolwiek doświadczyła z kimkolwiek innym. Markus stał się dla niej kimś ważnym, kimś komu można zaufać. Stał się dla niej prawdziwym przyjacielem. I wszystko pewnie byłoby dobrze, gdyby nie to że ona stała się dla niego kimś jeszcze ważniejszym niż przyjaciółką.
Byli razem ze sobą chyba całe trzy lata. Arrisa z początku nie wiedziała nawet czy chciałaby się na to zgodzić, jednak ciekawość i pragnienie poznania świata jakiego doświadczają ludzie okazały się silniejszymi argumentami niż zwykła niepewność. Kto wie czy tak właśnie nie powinna się czuć? Dlatego też zgodziła się na jego propozycję. Z początku zdawało jej się trochę niezręcznie razem z Markusem. Było to dla nich coś nowego, nowe doświadczenie, które wymagało od nich innego zachowania. Z początku nie bardzo potrafili pozbyć się tego wrażenia dziwności. Potem jednak, w miarę upływu czasu wszystko zaczęło się między nimi jakby układać lepiej, jakoś naturalniej. Trwało to w ten sposób przez jakiś okres czasu, którego długości teraz nie bardzo potrafiła sobie przypomnieć. Jednak po tym okresie, jakieś dwa lata temu Arrisa zauważyła że Markus przestał poświęcać jej tyle uwagi co kiedyś. Dalej wprawdzie rozmawiali i zachowywali się podobnie, lecz on jakby stracił nią zainteresowanie, a przynajmniej takie właśnie miała wrażenie. Maie próbowała tę sytuację jakoś ułagodzić czy też próbować to jakoś subtelnie wyjaśnić, lecz bezskutecznie. Dlatego też postanowiła zerwać z nim tę bliską relację. Teraz byli już co najwyżej znajomymi, chociaż od tego czasu jeszcze ani razu nie widziała się z Markusem.
Jej wzrok ponownie spoczął na smętnie zwisającej strunie. Westchnęła cicho, po czym jedną dłonią pogładziła drewno instrumentu, zupełnie tak jakby skrzypce były żywym stworzeniem i chciała je jakoś pocieszyć. Potem powolnym ruchem włożyła je z powrotem do futerału. Teraz miała jeszcze jeden powód by odwiedzić Markusa.



Dom, a zarazem pracownia czarodzieja znajdował się parę godzin drogi na pieszo od jej chatki. Nie była to podróż ani szczególnie trudna, ani męcząca, dlatego też postanowiła, że najlepiej będzie zaoszczędzić energię i nie przemieniać się. I tak zapewne potem będzie potrzeba by zmieniła się z powrotem, czy to bardziej istotna, czy też mniej. Tak czy siak, to czy pojawi się tam dwie godziny wcześniej czy później nie powinno nikomu zrobić wielkiej różnicy.
Droga sama w sobie jednak trochę jej się dłużyła. Znała ją doskonale, toteż nawet nie musiała zastanawiać się w którą ścieżynkę pomiędzy drzewami powinna skręcić. Chciałaby po drodze poćwiczyć jeszcze grę na skrzypcach, jednak uszkodzenie instrumentu skutecznie jej to uniemożliwiało. Wciąż musiała jeszcze poprosić czarodzieja, czy mógłby się zająć naprawą jej skrzypiec. Upłynęła jej ona na rozmyślaniach, w dodatku z tych niekoniecznie należących do przyjemnych. Cały czas w jej głowie kołatały się mroczne myśli o niedawno odkrytym kulcie. Co oni mogli wiedzieć? Co robili, czym się zajmowali, oczywiście poza eliminowaniem niewygodnych im osób? Gdzie mieli kryjówkę? I wreszcie, komu tak naprawdę oddawali cześć? Nie znała się dobrze na istotach z innych planów, te zawsze wydawały jej się tak odległe i odrealnione... No może nie wszystkie, był jeden wyjątek. Czym mogło to być? I ważniejsze pytanie, czy byłaby w stanie stawić temu czoła, choćby z pomocą Markusa? Nie miała pojęcia. Nie podobało jej się to ani trochę. Jedynym, co trochę podnosiło ją na duchu był fakt, że czarodziej pewnie będzie wiedział co robić w takiej sytuacji i to pewnie nawet wiele lepiej niż ona sama. Tylko że wpierw czekała ją rozmowa z nim... I chyba też przeprosiny... Ech...
Około południa Arrisa dotarła na miejsce. Dom w pewnym sensie przypominał dwór, choć w istocie tak naprawdę trochę mu do takowego brakowało. Był sporo większy niż jakikolwiek inny dom jaki do tej pory widziała, miał bowiem aż trzy, całkiem rozległe piętra a do tego jeszcze pod powierzchnią ziemi kryła się piwnica. Ściany budynku od zewnątrz były kamienne, lecz maie wiedziała że wewnątrz cały kamień pokrywą pochłaniająca kamienny chłód warstwa drewna. Nawet z daleka dało się powiedzieć, że pod ten dach bieda nie zagląda. Dookoła budynku znajdował się ogród, całkiem zresztą rozległy jak na taki którym zajmuje się jedną osobą. Pełno w nim było roślin, choć w większości były to ozdobne krzaki i drzewka, jedynie za domem znajdowało się nieduże poletko na którym rosły zioła i inne, użyteczne dla ludzi rośliny. Czasami Arrisa widywała jak Markus zajmował się ogrodem, jednak było to bardzo rzadko, a pomimo tego rośliny i tak wyglądały bardzo zdrowo. Czasami Maie zastanawiała się, w jaki sposób to robił.
Powoli, zupełnie tak jakby wchodziła na nieswoje terytorium, zbliżyła się do drzwi. Rozejrzała się nagle w obydwie strony jakby czegoś się obawiając, jednak po chwili mruknęła do siebie niezadowolona, gdy zauważyła u siebie zwierzęce instynkty. Od dawna Maie miała problemy z odseparowanie od siebie zachowań typowych dla swoich postaci i czasami zupełnie nieintencjonalnie zdarzała jej się podobna gafa. Zawsze w takich momentach zdawała sobie sprawę z tego jak wiele jeszcze musi się nauczyć o tym świecie, jeżeli chciała być taka jak jego mieszkańcy. Musiała pamiętać w jakiej jest formie i o tym nie zapominać. Gdyby coś podobnego zdarzało jej się częściej, pewnie jeszcze trudniej byłoby jej się dopasować do żyjących tu ludzi. Na szczęście tego nie bardzo miał kto zauważyć, więc przynajmniej teraz nikt jej nie będzie oceniał.
Arrisa odetchnęła jeszcze raz rześkim, jesiennym powietrzem, zanim zebrała się na odwagę. To mogło być dla niej dość... trudne. Nie widywała Markusa od tak dawna, nawet pomimo tego że „podobno” pozostali przyjaciółmi. Co powie, gdy ją zobaczy? Czy... będzie wogóle jeszcze chciał z nią rozmawiać? Przecież równie dobrze mógłby odmówić jej prośbie, ona przecież nie mogłaby go zmusić do pomocy... Ale przecież Mark był zawsze racjonalnym, rozsądnym człowiekiem, kiedy usłyszy od niej o kulcie i zagrożeniu jakie stanowi to na pewno zgodzi się ją wesprzeć. Z tą myślą, zanim jeszcze zdążyły uderzyć w nią kolejne wątpliwości, zastukała głośno do drzwi. Dopiero wtedy dopadła ją kolejna fala zwątpienia, lecz teraz w zasadzie nie było już odwrotu. Mogłaby jedynie odbiec i uciec, lecz wątpliwości nie były na tyle silne by im uległa. Miała przecież powód, robiła to dla wyższego dobra. Nie mogła pozwolić by uczucia stanęły jej na drodze.
Drzwi uchyliły się ledwie po chwili, co sugerowało że Markus akurat był gdzieś na dole kiedy zastukała. Zza winkla wychyliła się raczej nieduża, męska sylwetka. Nawet pomimo upływu czasu maie bez najmniejszych problemów rozpoznała czarodzieja. Nadal miał te same, błękitne oczy, odrobinę pulchną twarz i krzywy nos, który był dla niego jeszcze pamiątką z młodości. Pradawny prawie w ogóle się nie zmienił od tamtego czasu. Nawet trochę przydługa, błękitna szata którą akurat miał na sobie wyglądała znajomo.
- Oh... – wymknęło mu się westchnienie, kiedy tylko zobaczył kto stanął u jego drzwi. Nie brzmiało to jednak jakby był zawiedziony, raczej... zaskoczony. Dopiero następne słowa Markusa brzmiały jakoś sucho jakby były wyprane z uczuć. Zupełnie tak jakby przypomniał sobie co między nimi zaszło. Arrisa nie była pewna, co powinna myśleć na ten temat. – To ty. Nie spodziewałem się twojej wizyty.
- Szczerze powiedziawszy to ja też wiem o tym od niedawna... – odpowiedziała maie, lekko się rumieniąc. Nie bardzo wiedziała jak zareagować w takiej sytuacji. Markus, kiedy usłyszał jej słowa, uniósł brew w typowym dla siebie, pytającym geście. Arrisa pamiętała dobrze ten wyraz twarzy i przypomniało jej to jedynie o tych momentach, kiedy go tak widziała, kiedy jeszcze byli razem. Nagle poczuła silne ukłucie bólu w brzuchu, lecz nie dała tego po sobie poznać. – Jest pewna sytuacja ii... Jestem przez to zmuszona aby poprosić cię o pomoc. – zaczęła, lecz widząc minę Markusa, która sugerowała jej że nie jest tym zainteresowany, dodała szybko: - Nie prosiłabym cię gdyby to nie było coś bardzo ważnego Markusie! Natknęłam się na złoczyńców, którzy nosili dziwne, czarne szary z wyraźnie wyeksponowanym czerwonym znakiem. Nie mam pojęcia co on oznaczał, ale mam przypuszczenia że to znak kultu i bardzo mnie to martwi. Znaczyłoby to że mord, który próbowali popełnić pewnie nie był pierwszym i raczej też nie będzie ostatnim. Normalnie zajęłabym się tym sama, lecz boję się że to, co oni wyznają i czczą, może się okazać prawdziwe i zarazem bardzo niebezpieczne. Dlatego też proszę o twoją pomoc.
- Dobrze wiesz przecież że nie zajmuję się taką magią. Jestem badaczem, a nie wojownikiem. Nawet gdybym chciał ci z tym pomóc nie byłbym bardzo użyteczny. Rozumiem twoje zamiary, ale muszę ci odmówić. – odparł Markus dość stanowczym głosem. Wyraźnie wyraził swoją opinię na ten temat i jej prośba najwyraźniej wydawała mu się dziwna i nie na miejscu. Trudno było się z nim nie zgodzić, on przecież potrafił głównie odbywać podróże do innych planów i niewiele ponadto. Nie posiadał żadnych bojowych umiejętności i dlatego było to dla niego tak surrealistyczne. Jednak to, czego Arrisa od niego chciała było w zasięgu jego możliwości, dlatego też nie odpuściła mu tak łatwo.
- Wiem o tym Markusie, ale to nie tego od ciebie chcę. Nawet nie chciałam prosić Cię byś udał się tam razem ze mną. Potrzebuję jednak pewnego wsparcia, bo bez tego mogę sobie nie dać rady. Nie zapominaj że ja nie chcę ich zabić. Muszę ich po prostu unieszkodliwić, aby już nikomu nie zrobili krzywdy. I jest jeden sposób, abyś mógł mi w tym pomóc. Pamiętasz może jeszcze naszą rozmowę nad jeziorem, tą w której rozmawialiśmy o planach poza astralnym? Wtedy kiedy... no wiesz kiedy. – powiedziała Arrisa, nagle zdając sobie sprawę z tego na jaki argument postanowiła się powołać. Pamiętała doskonale tę wspaniałą kolację którą Mark przygotował specjalnie dla nich. Takiego jedzenia, takiej atmosfery chyba nigdy poza tym momentem nie doświadczyła. To było takie... takie... I jeszcze ten spacer na końcu, właśnie ten o którym przed chwilą wspomniała. Wspomnienia nagle uderzyły w nią z pełną siłą i poczuła się winna że postanowiła zostawić czarodzieja, nawet pomimo tego że już od dawna miała gotowe długie i sensowne wytłumaczenie dlaczego już nie są razem. Nagle te powody wydały jej się małe... Arrisa nie chciała o tym rozmawiać, ale wspomnienie tamtej rozmowy było konieczne. Dla wyższego dobra.
- Hmm... Tak, pamiętam. I rozumiem do czego zmierzasz. – odrzekł Markus, teraz jednak już jakby mniej twardym tonem głosu. – Ale ani trochę mi się to nie podoba. Wiesz przecież że robiłem to tylko dwa razy w życiu i nie ma żadnej gwarancji że i tym razem się powiedzie, a już tym bardziej raczej nie rozegra się to tak jak byś tego chciała.
- Rozumiem to! Ale Mark, wiesz przecież że nie mogę inaczej. Muszę ich zatrzymać, to moja rola i zadanie. Muszę je wykonać, choćby nie wiem co. I wiesz też że nie ma tu nikogo innego niż ty, kogo można by prosić o pomoc w tej sprawie. Tu jest tylko nasza dwójka, która może coś zdziałać. Jestem w stanie zaryzykować tę próbę, bo inaczej może być naprawdę nieciekawie. – Ponownie próbowała perswadować czarodzieja chcąc przekonać go do swojej racji. Wiedziała doskonale jak bardzo niebezpieczna może być ta akcja, do której próbowała go namówić. Tyle różnych rzeczy mogło pójść nie po ich myśli. Ale z drugiej strony to była jedyna droga. Musieli to zrobić i nie było po prostu innej opcji.
- Ech... No dobra, pomogę ci. Ale wiedz, że robię to dlatego że tak wypada, a nie dlatego że no... Wiesz o co chodzi. Wchodź do środka, zrobię ci herbaty a potem do roboty. – powiedział Markus, z lekkim rumieńcem na twarzy. Jemu najwyraźniej też przypomniały się czasy, kiedy jeszcze byli ze sobą. Szybko jednak zdołał ukryć to pod nieprzeniknioną maską obojętności. Uchylił drzwi szerzej, po czym stanął z boku, zapraszając ją do środka.
- Dziękuję ci! – krzyknęła Arrisa, z trudem powstrzymując ochotę by rzucić się mu na szyję i przytulić. Już nie wypadało by się tak zachowywała. Tak przystało zachowywać się jedynie dzieciom i osobom bardzo, bardzo specjalnym. Nie sądziła jednak, by wciąż mogła mówić o sobie w ten sposób jeśli chodziło o Markusa. Mimo to ochota by to zrobić była tak kusząca... Chciała wmawiać sobie że to jeszcze jest jedno z jej dawnych przyzwyczajeń, lecz szczerze powiedziawszy to teraz sama już nie była tego pewna. – A tak przy okazji to... Nie masz może jakiejś zapasowej struny do skrzypiec?



- Więc... Opowiedz mi proszę co tak właściwie robisz i jak to ma działać? Mówiłeś mi już raz, ale nie wydałeś się za bardzo w szczegóły, a poza tym muszę się przyznać że po tych paru latach trochę już zapomniałam... – poprosiła maie, ostrożnymi ruchami nakładając strunę którą czarodziej hojnie jej podarował. Jako iż tak dawno się nie widzieli i czuła się z tego powodu trochę winna to chciała mu za nią zapłacić garstką posiadanych przez siebie pieniędzy, lecz Markus odmówił jej, twierdząc że tego akurat ma tyle że w żadnym wypadku nie było mu trzeba ich więcej, choć nie sprecyzował czy chodziło mu o zapasowe struny do skrzypiec, czy też raczej pieniądze. Arrisie głupio było przyjmować ten podarek, lecz w ostateczności wzięła go i za namową czarodzieja od razu przystąpiła do wymiany strun. Usiadła sobie w całkiem wygodnym fotelu w kącie, pracowni na strychu, do której Markus ją zaprowadził. Pomieszczenie to, przeznaczone i zaprojektowane było chyba tylko po to, aby zawalić je po brzegi wszelkiego rodzaju sprzętami, których przeznaczenie nie było dla niej do końca jasne, lecz mimo to by wszystko miało sensowne, z góry określone miejsce. Dziwna aparatura, obok której w statywach poumieszczane były fiołki z różnokolorowymi substancjami, stała w przeciwległym kącie i wszystkie elementy jakie zdawały się służyć do badań nad tymi dziwnymi cieczami znajdowały się w przeciwległym końcu poddasza. Naprzeciw nich znajdowało się coś w rodzaju wystawy, gdzie porozstawiane były wszelkiej maści przedmioty magiczne, a także i kilka rzeczy, o których wiadomo jej było z opowieści Markusa że są to trofea. Nie były to jednak, tak jakby można było się spodziewać, odcięte łby ani nic podobnego. Jeden na przykład wyglądał jak kostur, z tym że był malutki i stał na odlanym z brązu piedestale. Drugi z kolei do złudzenia przypominał księgę i dopiero z bliska dawało się zauważyć że to tak naprawdę jest rzeźba wykonana w drewnie, a trzeci to już właściwie sama nie wiedziała co miał przedstawiać. Było ich jeszcze więcej podobnych, poustawianych w z pozoru losowych miejscach. Wszystko w tym pomieszczeniu kreowało unikalną, magiczną atmosferę (a może to rzeczywiście była magia?) i nawet pomimo pozornego bałaganu dało się jakby dostrzec pewien porządek, a przynajmniej takie właśnie było zdanie Markusa, który zdawał się tutaj doskonale odnajdywać.
- Więc potrzebujesz przywołać sobie istotę z innego planu, która w razie potrzeby ma ci jakoś pomóc z tym co możesz tam znaleźć?
- No... tak, tylko że nie chciałabym żeby to...coś było na naszym planie dłużej niż to konieczne. Będzie się dało jakoś odesłać tą istotę?
- Tak, przeniesienie jej z powrotem nie powinno stanowić żadnych trudności, a już na pewno nie tobie. – odparł Markus, uspokajając jej obawy. Wyglądał jakby naprawdę wiedział co robi, choć dobrze wiedziała że nie był szczególnie doświadczony jeżeli chodzi o przywoływanie istot, a już tym bardziej na zawołanie. W tym momencie grzebał w jednej z komód, pochylając się w dość komiczny sposób, najwyraźniej czegoś poszukując. Arrisa niespecjalnie się temu przyglądała, skupiając się bardziej na tym, by w jak najlepszy sposób napiąć strunę skrzypiec, aby ich dźwięk jak najmniej odbiegał od tego jaki wydawały jeszcze zanim pękła poprzednia. Marzyła już o tym, żeby je wypróbować kiedy tylko już będzie miała chwilę wolnego czasu. Niestety, na ten moment chyba będzie musiała jeszcze chwilę poczekać, biorąc pod uwagę to, co miała teraz do zrobienia...
Wtem w pomieszczeniu rozległ się trzask. Arrisa, zupełnie na to nieprzygotowana, natychmiast obróciła głowę w stronę źródła dźwięku w iście zwierzęcym odruchu. Zaraz skarciła się za to w myślach, po raz kolejny wypominając samej sobie tak nieludzką reakcję. Nie mogła się przecież tak zachowywać, to nie był normalne. A przecież tak bardzo chciała się wpasować, naprawdę dopasować się do otaczającego ją świata. Trzask nie był niczym zupełnie dziwnym, Markus bowiem wyciągnął skądś jakąś dziwną metalową konstrukcję i właśnie próbował wtaszczyć ją na środek pomieszczenia.
- Daj, pomogę ci z tym. – zaoferowała Arrisa, odkładając skrzypce na fotel z którego przed chwilą wstała. Podeszła do czarodzieja i chwyciła za jeden z końców metalowego przedmiotu. Markus odetchnął cicho, niby niezauważalne, lecz maie zauważyła że rzeczywiście sam nie radził sobie z tym najlepiej. Konstrukcja sama w sobie była naprawdę ciężka i rzeczywiście noszenie jej w pojedynkę wydawało się dość problematyczne. Wspólnymi siłami jednak jakoś udało im się przenieść przedmiot na miejsce. Ostatecznie jednak okazało się, że cały ten sprzęt tak naprawdę składał się nie z jednej, a z czterech części.
- Ten na środku, pozostałe trzy trzeba ustawić w równych odstępach, jakieś trzy stopy od strefy. – powiedział Markus.
- Strefy?
- Strefy amilarnej, to jest zwieńczenia tego najwyższego wsparcia. To innymi słowy symbol planu Alarańskiego, a także wszystkich pozostałych. Nie jest to przyrząd idealny, ale za jego pomocą można nawiązać mocne i w miarę wytrzymałe połączenie z konkretnym planem. – wyjaśnił.
- Ah... no a w jaki sposób to działa? – spytała maie, ustawiając swój trójnóg mniej więcej tak, by był w odpowiedniej odległości od Strefy amilarnej i trójnogu który właśnie ustawiał Markus.
- Strefa? To akurat dość skomplikowany proces, nie chciałbym zanudzać cię fachowymi terminami których i tak pewnie nie zrozumiesz. W środku zachodzi jednocześnie parę procesów magicznych których nawet ja nie do końca rozumiem. Ale to co mamy zrobić nie jest aż takie trudne. W strefie umieścimy przedmiot, który będzie... miejscem, ee... zbiornikiem do przechowania energii niezbędnej do przyzwania istoty. Trzeba będzie jednak go wcześniej napełnić i musimy użyć do tego naszej własnej mocy. Kiedy już będziesz chciała go użyć, będzie wystarczyło go rozbić. Wpierw jednak trzeba będzie za pomocą tych trzech trzonów ustalić cel naszego działania, wybrać odpowiedni plan. To właśnie będziemy teraz robić. Na koniec trzeba jeszcze sprecyzować o jaką istotę chodzi, ale to już będę musiał zrobić sam, w tym nie dasz rady mnie wesprzeć.
- A czy przypadkiem natura mojej magii nie zepsuje czegoś w strukturze rytuału? Magia chaosu ma to do siebie że nie lubi stosować się do woli tego który jej używa.
- To nie powinno mieć wpływu ponieważ chodzi tu o samą moc, nie konkretne zaklęcia. Wystarczy że ją mi przekażesz a ja nakieruję ją na mój sposób i wszystko powinno być dobrze.
- Powinno... – mruknęła Arrisa, jednak nie powiedziała niczego więcej. Słowa czarodzieja zmartwiły ją. Miała nadzieję że miał rację, że nic takiego się nie stanie, ale... właściwie to żadne z nich nie mogło mieć pewności.
- No to do roboty. – mruknął Markus, stając przy strefie amilarnej. Położył palce na pierścieniach otaczających wnętrze metalowej kuli i wprawił je w ruch. Ich oczom ukazało się puste wnętrze, w całości wygrawerowane połyskującymi błękitem runami. Czarodziej wyciągnął z kieszeni niewielki przedmiot, a potem włożył go do środka, pomiędzy pierścienie. Gdy Arrisa uważnie się przyjrzała, zobaczyła że jest to metalowy pierścień z wstawionym w niego szklanym klejnotem. Nie wyglądał jakoś szczególnie niezwykle, nie miał na sobie żadnych szczególnych znaków czy niczego podobnego. Ot, pierścień zwieńczony przezroczystym, szklanym kamieniem. Następnie Markus ponownie wprawił pierścienie w ruch, lecz tym razem nie zatrzymały się tak jak ostatnio tylko kontynuowały wirowanie. Wtedy czarodziej odsunął się od strefy i przeszedł do pierwszego że statywów. Uniósł dłonie nad miniaturową kulą, która odrobinę przypominała tą na środku i wypowiedział parę słów w języku, którego ona nie znała. Mała sfera uniosła się w górę, zupełnie ignorując obecność praw wszechświata i zawisając w powietrzu. Markus paroma ruchami obrócił sferę i zmienił odrobinę jej położenie. Potem to samo zrobił z dwoma pozostałymi trójnogami, jedynym co się zmieniło w jego postępowaniu był stopień z jakim obrócił poszczególne kule. Arrisa domyślała się że ma to jakiś związek z planem, do którego dostęp chcieli uzyskać.
- Zaraz, nie pomyślałem wcześniej o tym... Czy nie będziesz może tej mocy potrzebowała później?
- Będę potrzebowała wszystkiego co tylko mogę mieć, ale mogę przecież część zregenerować zanim jeszcze tam się udam. – odpowiedziała maie.
- Nie za bardzo podoba mi się ten pomysł... na pewno chcesz to zrobić? Jeszcze możemy przerwać rytuał, nic się wtedy nie stanie. – zaproponował czarodziej.
- Nie po to fatygowałam się aż tutaj w takim momencie, jedynie po to żeby wymienić strunę w skrzypcach. Nie, zrobimy to do końca, potrzebuję tam wsparcia. – odparła stanowczo Arrisa. – spokojnie, damy sobie radę.
- Martwię się raczej że to ty nie dasz rady...
- Nie martw się na zapas, nic mi nie będzie. Dam sobie radę, tak jak zawsze dawałam. Obiecuję. – zapewniła go maie, widząc że wciąż nie jest tego pewien. Nie chciała by się o nią martwił. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu czuła, że miałaby poczucie winy gdyby rzeczywiście coś się stało. Czułaby się winna że on miałby się o nią martwić. Nie miała pojęcia skąd wzięło się to wrażenie i mimo prób nie zdołała się tego domyślić. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że żywiła wobec niego takie uczucia.
- No dobrze. Niech będzie. Podejdź tutaj, pomożesz mi.
- Mhm... – mruknęła maie, po czym zbliżyła się do sfery amilarnej. Za wskazówką czarodzieja jedną dłoń ustawiła tuż nad obracającymi się pierścieniami, drugą natomiast położyła na barku Markusa. Sięgnęła wtedy głęboko w siebie aby wydobyć swoją moc. Z łatwością odnalazła ją, a potem zaczęła powolnym strumieniem przekazywać ją uczonemu. Markus tymczasem rozpoczął inkarnację w tym samym języku co wcześniej, tym który dla niej nie miał żadnego sensu. Arrisa zauważyła, że dotychczas wiszące ponad metalowymi podporami strefy zaczęły emanować lekkim, pomarańczowym światłem, które zmierzało tylko w jednym kierunku – do strefy amilarnej i pierścienia wewnątrz. Inkantacja trwała tak dobrych parę minut. Maie czuła, jak jej energia powoli słabnie, kiedy coraz większe jej ilości przepływały ku strefie. Nie przestała jednak dopóki z ust Markusa nie wybrzmiało ostatnie słowo zaklęcia. Pierścienie strefy amilarnej powoli przestały się obracać, aż wreszcie stanęły w otwartej pozycji, ukazując im pierścień z błyszczącym płynnymi, ruchomymi odcieniami pomarańczu klejnotem.
- Teraz została ostatnia część. Będę na to potrzebował co około dnia, nie wiem jednak dokładnie jak długo może mi to zająć. Poszukiwanie odpowiedniej istoty może być czasochłonne. – oświadczył Markus.
- Nic nie szkodzi, mogę zaczekać. – odparła Maie. – I tak chciałam najpierw się czymś zająć, coś załatwić... W każdym razie powinnam.
- Nie krępuj się, i tak się stąd nigdzie nie ruszam. I tak muszę się za to zabrać samemu...



Rozległo się cichutkie stuknięcie, którego odgłos odbił się raz od kamiennych ścian. Ptaszek, ten sam który lądując wywołał ów dźwięk, spojrzał z zainteresowaniem na kamienną ścianę, a w szczególności jaskinię wewnątrz niej. Gil przeskoczył kawałek dalej, a jego pazurki ponownie stuknęły o kamień. I znów ptaszek uważnie wypatrzył się w wejście do jaskini. Obrócił lekko łebek, jakby nad czymś się zastanawiał. Po chwili sfrunął ze swojego kamienia wprost na ziemię i małymi podskokami zaczął zbliżać się do miejsca swojego zainteresowania. Wszystko wskazywało na to, że to dobre miejsce. Na ziemi były ślady ludzkich butów i końskich kopyt, prowadzące z i do jaskini. Naostrzone pale powbijane w płytką ziemię na wejściu sugerowały że ci ludzie nie lubili gości. Ptak doskonale to rozumiał, lecz nie leciał tu aż tyle by dowiedzieć się jedynie tego. Maie, która ukryła się pod jego postacią chciała odpowiedzi. I nie zamierzała odlatywać stąd bez nich.
Z wnętrza jaskini dało się słyszeć różne odgłosy, których echo ciągnęło się i odbijało od ścian. Dźwięki i hałasy dobiegały ją prawie nieustannie, zupełnie tak jakby ludzie w środku intensywnie nad czymś pracowali. Arrisa nie do końca tego się spodziewała, przypuszczała raczej natrafić na ciche, skrywające się przed światem zewnętrznym zgromadzenie. Z drugiej jednak strony nie wiedziała czy to ekstraordynarna aktywność czy może zwyczajowe ich zachowanie. Chociaż kto wie czy to po prostu nie były echa płatające jej figle? W każdym razie był ledwie jeden sposób by się o tym przekonać. Arrisa rozłożyła skrzydła, a potem przefrunęła pomiędzy zaostrzonymi palami prosto w jaskiniowy mrok.
Przez jakiś czas leciała na ślepo, nawet w najmniejszym stopniu nie potrafiąc rozróżnić jak daleko od niej znajdują się kamienne ściany. Była w zasadzie zmuszona by lecieć z naprawdę niewielką prędkością, kierując się głównie kierunkiem z którego dochodziły ją echa. Mimo podjętych działań i tak parokrotnie miała bliskie spotkanie ze ścianą. Cały ten czas musiała walczyć z pokusą by przybrać bardziej odpowiadającą sytuacji formę, lecz potrzeba by oszczędzać energię była silniejsza. Musiała jej zachować tyle ile to było możliwe, a dwie dodatkowe przemiany były teraz dokładnie tym, czego chciała uniknąć. Jeśli tylko się okaże że kult nie władał żadną poważniejszą mocą, mogłaby interweniować z miejsca, od razu. Jeżeliby dobrze poszło, obyłoby się bez ofiar śmiertelnych, co właściwie byłoby najlepszym możliwym wyjściem z sytuacji. Im szybciej mogła zająć się eliminacją zagrożenia ze strony kultu, tym lepiej. Nie mogła jednak mieć pewności... Jeszcze nie. Właśnie dlatego postanowiła przylecieć tu na zwiad.
Po jakimś czasie grobowe ciemności trochę się rozjaśniły i dało się już z trudem dostrzec wcale nie tak odległe ściany korytarza jaskini. Widząc to Arrisa odważyła się trochę przyspieszyć, chcąc jak najszybciej dotrzeć na miejsce, gdziekolwiek by ten korytarz nie prowadził. Wkrótce ilość światła wzrosła znacząco, do tego stopnia że widać już było kolory otaczającego ją świata. Ostatecznie maie natrafiła na źródło światła. Pochodziło ono wprost z niemalże pionowego zagłębienia, nagłego spadku korytarza. Gil spojrzał w dół, by zobaczyć prowadzącą w głąb drabinkę sznurową, której koniec znajdował się w bardzo jasno oświetlonym pomieszczeniu, a przynajmniej w porównaniu do reszty kompleksu jaskiniowego. Maie zanurkowała w kamienny komin, zwalniając dopiero gdy znalazła się przy końcu drabinki. Stąd miała doskonały widok na wszystko, co znajdowało się dalej.
Komin prowadził prosto do sporego, a nawet wielkiego naturalnego pomieszczenia. Sklepienie, usiane zewsząd stalaktytami wydawało się zaskakująco odległe od zadziwiająco równego podłoża. Wszędzie wokół rozpalone były ogniska, z których to światło rozjaśniało mrok jaskini. Wokół nich skupione były mniejsze lub większe grupy ludzi, z których wszyscy mieli na sobie te same, czarne szaty, które Arrisa widziała wcześniej w tamtej uliczce. To niewątpliwie był ten sam kult. Lekko licząc było ich wszystkich może i nawet czterdziestu. Znaczną większość jednak zamiast grzać się w swoich namiotach przy ogniskach, krzątała się wokół bez dużego ładu i składu. Niektórzy z nich nosili jakieś skrzynie, inni układali różne przedmioty... Wyglądało to prawie tak jakby się do czegoś szykowali. Wszystko nie tylko było, ale nawet wyglądało na zimne i mokre. Nic zresztą dziwnego, gdyż na samym środku pomieszczenia, a przynajmniej gdzieś w jego pobliżu rozlewało się podziemne jezioro, którego drobne fale nieustannie rozchlapywały się o brzegi na zewnątrz, a także i te wewnątrz. Gdzieś z tyłu jeziora leżała bowiem mała, odcięta od całej reszty pomieszczenia wysepka. I to na tej właśnie wysepce było coś, co Arrisa obawiała się zobaczyć. Posąg. Wielki, monumentalny, sięgający niemal sklepienia. Postać, którą przedstawiał była zaskakująco realistyczna i choć nie dało się w niej rozpoznać żadnego konkretnego kształtu, to wrażenie grozy jakie roztaczała swoim widokiem promieniowało na całe pomieszczenie. Arrisa czuła wręcz moc, prawdziwą i potężną, która rozlewała się dookoła niego, a także odczuwała jak posąg zdawał się pochłaniać wszystko, nawet ll światło wokół. Nawet płonące tuż obok niego ognisko nie rozświetlało ani trochę mrocznej sylwetki. To niewątpliwie była prawdziwa magia, żadną sztuczka. Nie musiała nawet się zbliżać by to wiedzieć. Zaraz... to było zbyt duże na ognisko. Płomienie sięgały zdecydowanie wyżej i szerzej... I wtedy zobaczyła niewyraźny, zniekształcony przez ogień kształt, przywiązany przypalonym ogniem łańcuchem do pala na środku. Kształt zdecydowanie już się nie ruszał. Naraz zechciało jej się wymiotować, gdy tylko zorientowała się czym to ognisko było w rzeczywistości.
W pewnym momencie usłyszała ciężkie kroki tuż obok niej. Odruchowo wzleciała w górę, z powrotem do kamiennego komina i tam stanęła na niewielkim załomie skalnym. Ledwie chwilę później jasno oświetlone zejście niemal całkowicie przesłonił czyiś cień. Zauważyli ją? Wiedzieli kim jest? A może to tylko przypadkowe zajście? Arrisa nie miała pojęcia, jednak w każdej chwili gotowa była by odskoczyć i rzucić jakieś zaklęcie. Teraz, kiedy wiedziała o zagrożeniu, była gotowa. Cień stał jednak chwilę w miejscu, jakby się nie ruszając. Sztuczka? Co oni planowali?
- Nie obijaj się, musimy być wkrótce gotowi do drogi! – warknął niedaleko jakiś głos, wyraźnie czymś niezadowolony. Wtedy obok, prawdopodobnie był to właściciel widzianego przez nią cienia, rozległo się jęknięcie, a potem skrzypnięcie jakby unoszonej skrzyni.
No tak. Wszystko jasne. Wiedzieli że zostali przez nią odkryci i że nie potrafili jej sprostać sami. Nie wiedzieli jak potężna była, dlatego postanowili uciec gdzieś i znaleźć dla siebie nowe miejsce. Chyba nie zdawali sobie jednak sprawy, że tym razem to oni mieli przewagę i mogliby po prostu tu zostać. Z siłą jaką pewnie potrafili wyciągnąć z posągu tej dziwnej postaci nie miała z nimi szans w pojedynkę. Mimo to postanowili się stąd zabrać... Mimo iż znaczyło to, że chwilowo nikt nie ucierpi z ich rąk, nie było to dobrze. Arrisa musiała się pospieszyć, zanim jeszcze zdążą jej uciec. To znaczyło że miała bardzo niewiele czasu by wyruszyć po pierścień do Markusa i jeszcze tu wrócić. Żałowała, że nie ma go teraz ze sobą, jednak tak czy siak nie był on gotowy kiedy wyruszyła. I tak musiała po niego wrócić... Lepiej było nie marnować czasu. Maie rozłożyła skrzydła i wystrzeliła szybko w górę, zmierzając w wiadomym jedynie sobie kierunku.
Zatrzymała się na chwilę jedynie przy wylocie z jaskini, kiedy już znalazła się na świeżym powietrzu. Była jeszcze jedna rzecz, której nie mogła zaniedbać. Wymagało to od niej skupienia i nie mogła tego zrobić w locie, o ile nie chciała skończyć z połamanymi skrzydłami. Żałowała że straci tę kolejną chwilę, ale musiała się z tym liczyć. Przysiadłszy sobie na moment na kamieniu, sięgnęła swoją świadomością w głąb ziemi. Zapragnęła znaleźć ją jak najszybciej, musiała jej to wszystko opowiedzieć. Na szczęście nigdy, kiedy jej naprawdę potrzebowała, nie musiała zbyt długo czekać na odpowiedź i tak też było tym razem. Ledwie moment minął nim poczuła obecność Matki.
- Co się stało dziecko? – usłyszała Arrisa nim jeszcze zdążyła coś powiedzieć. Matka musiała wyczuć jej pośpiech kiedy chciała ją odnaleźć. Niewątpliwie domyśliła się że coś jest nie w porządku, Arrisa zwykle dawała jej czas na pojawienie się, teraz jednak wywołała Matkę prawie na siłę. Ona na jej miejscu pewnie też coś by podejrzewała.
- Potrzebuję twojej pomocy, najszybciej jak to możliwe. – odpowiedziała maie. – Jest dużo gorzej niż przypuszczałam na początku. Ten kult o którym wcześniej rozmawiałyśmy... Jest ogromny. Co najmniej parudziesięciu zdolnych do walki mężczyzn, a ponad nimi wielki, cienisty posąg jakiejś nieznanej mi istoty. Nie wiem wprawdzie czy ta istota mieszka tam z nimi, jednak z pewnością ich wspiera.
- Pokaż mi to proszę. – usłyszała zmartwiony głos. Matka zdecydowanie chciała jej pomóc, lecz ten ton z jakim to powiedziała sugerował że może nie być w stanie. To nie wróżyło dobrze. Maie, pełną złych przeczuć, pokazała Matce Naturze swoje wspomnienie z wycieczki w głąb jaskini. Wszystko pokazała dokładnie, wiedziała bowiem że każdy szczegół tego co widziała mógł mieć duże znaczenie. Starała się jak najdokładniej przywołać obraz bezkształtnej istoty jaką przedstawiał posąg, gdyż przypuszczała że Matka mogła wyciągnąć z tej wizji więcej informacji niż ona sama z prawdziwego obrazu.
- To wszystko co widziałam. Nie odważyłam się tam zostać na dłużej żeby się czegoś więcej dowiedzieć, ponieważ wyraźnie słyszałam jak mówili że się stąd zbierają, a nie chciałam pozwolić im uciec. Nie chcę by kogoś jeszcze skrzywdzili. Widziałaś sama co oni tam zrobili. – powiedziała Arrisa.
- Bardzo chciałabym ci pomóc, ale obawiam się że nie bardzo mam jak to zrobić. W twoim pobliżu, tak że mogłyby przybyć cię wesprzeć są ledwie dwie bliźniacze maie podmuchu i w żadnym wypadku nie są to wojowniczki. Mogę poprosić o pomoc trochę większych zwierząt, ale wątpię by to wiele pomogło. – usłyszała głos Matki. To było dokładnie to czego się obawiała. Była zdana na siebie i istotę będącą ostatnimi wysiłkami Markusa. Nie było nic więcej co mogłoby ją wspomóc. Jedynie te dwie maie...
- Maie podmuchu wyślij na poszukiwania. Niech szukają ludzi wojowników, którzy będą chcieli pozbyć się kultu. Niech poszukają czarodzieji i sprowadzą ich tu. I jeszcze żeby udały się do miasta sprowadzić stamtąd tych nielicznych którzy mogą walczyć. Przydadzą się wszyscy ludzie. Nie wiem czy możemy wybaczyć tamtym to czego się dopuścili.
- Masz słuszność moja droga, lecz jeżeli będziesz miała możliwość to postaraj się ocalić ich życia. Nie zapominaj o swoim celu. Leć już, porozmawiam z Freją i Farą, przekażę im twoją prośbę. Wyślę też kogo się uda tutaj, do pomocy. Spiesz się, szkoda marnować czas.
- Oczywiście Matko. Do zobaczenia. – odpowiedziała Arrisa, urywając konwersację. Minęła jednak chwila, nim jej duch odnalazł drogę z powrotem do pierzastego ciała. Gil potrząsnął lekko głową, jakby otrząsając się, po czym rozłożył szeroko skrzydła i wzbił się w powietrze.



Widok drastycznej śmierci zawsze budził w niej obrzydzenie. Nie ważne, czy chodziło o człowieka, czy o zwierzę. Nie inaczej było, kiedy zobaczyła leżącego w jakimś rowie siwka. Obniżyła lot, chcąc sprawdzić co dokładnie się stało i upewnić czy koń przypadkiem jeszcze nie oddycha. Wprawdzie nawet gdyby tak było, pewnie nie byłaby w stanie mu pomóc inaczej niż ukracając jego cierpienia, lecz lepsze było to niż nic. Zaraz jednak okazało się że pierwsze wrażenie jej nie myliło. Zwierzę było martwe już od jakiejś godziny. Na jego sierści widać było wyraźnie odznaczone rozbryzgi krwi. Gardło siwka było szeroko rozchlastane jakimś ostrym narzędziem. Pierwsze cięcie jednak najwyraźniej nie było wystarczająco satysfakcjonujące dla sprawcy, bowiem przez bok zwierzęcia szła podobna, choć o wiele dłuższa szrama, przez którą wyraźnie widać było wnętrzności. Nie było to jednak wykonane przez czyiś głód, bowiem żadna część mięsa czy wnętrzności nie była stąd wzięta. Takiego postępowania Arrisa już za nic nie potrafiła zrozumieć. Głód był bowiem częścią cyklu życia, czymś potrzebnym co napędzało ten świat. Jednak by zabijać ot tak? To było już poza jej granicami zrozumienia.
- Barbarzyństwo. – ćwierknęła sama do siebie. Niestety nie była już w stanie pomóc zwierzęciu w żaden sposób. Poza tym wcale nie miała aż tak dużo czasu by zająć się i tą sprawą, nawet gdyby mogła coś tu zrobić. Nie chciała tu być. Poza tym do mieszkania Markusa został jej jeszcze niewielki kawałek, co było dodatkową motywacją by jak najszybciej opuścić to miejsce. Arrisa machnęła mocniej skrzydłami i ruszyła przed siebie.



Okno było otwarte, dokładnie tak jak wcześniej o to poprosiła. Markus pamiętał żeby go nie zamykać. To dobrze, bo w innym wypadku byłoby jej trudno dostać się do środka bez przemiany na zewnątrz, a tym samym eksponowania swojego ciała czarodziejowi. Ubrania zostały przecież w środku, czekając sobie bezpiecznie na jej powrót w tym właśnie pokoiku z otwartym oknem. Arrisa z początku chciała to rozwiązać inaczej, lecz skoro i tak miała tu wrócić to takie właśnie rozwiązanie prezentowało się zdecydowanie najlepiej. Maie obniżyła lot, by znaleźć się na odpowiedniej wysokości a następnie wfrunęła do środka.
Pokoik był niewielki, miał zaledwie parę stóp długości i szerokości. Właściwie to był podobnych rozmiarów co jej własny pokój w leśniczówce, tylko że ten miał zdecydowanie wyższy sufit. Oprócz tego nie było tu piecyka, czy pryczy, a kilka skrzyń, krzesło i złożony w kącie parawan, którego rzeczywistego przeznaczenia trudno się było domyślić. Arrisa wylądowała na podłodze pośrodku tych wszystkich rzeczy. Zanim jednak mogła spotkać się z Markusem, musiała się przemienić, tak by przynajmniej mógł zrozumieć co miała mu do powiedzenia. No i wypadałoby się jeszcze przed tym ubrać.
Parę minut później drzwi do pokoju skrzypnęły, kiedy Maie pchnęła je od środka, już w swojej ludzkiej postaci. Większość czasu tak naprawdę zajęło jej założenie na siebie ubrań, a przemiana zaszła w błyskawicznym tempie. I choć wydawałoby się że zrobiła to niemalże bez wysiłku, to Arrisa miała wrażenie że jest wykończona. Minęło wiele czasu odkąd w pełni zregenerowała siły, a przez ten okres wcale nie była jakoś szczególnie bierna pod względem magicznym. Właściwie to można nawet powiedzieć że korzystała z niej o wiele częściej niż zwykła to robić. Jednak nie mogła jeszcze sobie pozwolić na odpoczynek. Jeszcze nie teraz, dopóki wciąż istniało zagrożenie.
Arrisa przeszła po skrzypiących deskach podłogi aż do pracowni Markusa. Zawahała się przez chwilę, niepewna czy jej nagłe wejście przypadkiem mu nie przeszkodzi w razie gdyby wciąż pracował nad pierścieniem. W momencie jednak wyzbyła się wszelkich wątpliwości, bo pamiętała że czarodziej nie ostrzegał ją by tego nie robiła, a miała pewność że w innym wypadku zwróciłby jej na to uwagę. To prawdopodobnie był po prostu stabilny, chociaż czasochłonny proces. Widocznie nie było potrzeby by się tym zamartwiać. Z tą myślą pchnęła do przodu drzwi.
Arrisę zaskoczył trochę fakt, że Markusa w pracowni nie było. Mówił jej przecież, że zajmie mu to cały dzień, może nawet i dłużej. Nie było jej tu przecież ledwie paręnaście godzin, czy to możliwe żeby w tym czasie skończył pracę? Statyw ze sferą amilarną wciąż był na miejscu, wraz z wszystimi trójnogami i mniejsztymi sferami. Pierścienie dużej sfery jednak były obrócone w inny sposób niż wcześniej, co sugerowało że jakaś praca była przy nich wykonywana. Tezę tę potwierdzał również wciąż znajdujący się wewnątrz pierścień, którego szklany klejnot zmienił kolor z mieszających się wzajemnie odcieni pomarańczu na jeden, stały, którego barwa nie zmieniała się w ogóle. Arrisa nie była pewna co by to mogło znaczyć, jednak podświadomie coś mówiło jej że Markus znalazł już odpowiednią istotę i przywiązał ją do magii pierścienia. W każdym razie z jej punktu widzenia wszystko było tak jak powinno. Maie podeszła bliżej, chcąc lepiej poczuć buzującą przed nią magię. Wyciągnęła rękę i palce włożyła w największą przerwę pomiędzy pierścieniami, sięgając po wypełniony magią element biżuterii. Wysunęła go na zewnątrz i zbliżyła do swojego oka, chcąc przypatrzeć się szczegółom. Niestety, fragment metalu czy sam kryształ nie mówiły wiele swoim wyglądem. Okazało się jednak że pierścień całkiem nienajgorzej pasował na jej palec serdeczny. Arrisa już chciała się odwrócić by poszukać Markusa, jednak kroki które usłyszała właśnie w tym momencie oszczędziły jej tego wysiłku.
- O, jesteś już... Nie spodziewałem się że wrócisz tak szybko... – Powiedział Markus, wydając się być poniekąd zaskoczony. Najwyraźniej zakładał, że maie miała zamiar dać mu więcej czasu. I w istocie jeszcze jakiś czas temu tak było, przynajmniej dopóki nie zobaczyła co działo się w tamtej jaskini. Teraz naprawdę liczył się pośpiech, każda chwila była istotna.
- Tak, wróciłam. – powiedziała Arrisa, pozwalając sobie przy tym leciutko podnieść kąciki ust. Zaraz jednak zrugała się za to w myślach. Chciała przecież zachować dobre relacje z Markusem, lecz teraz nie była dobra chwila by zajmować się takimi drobnostkami. Na to będzie czas później. Ona musiała po prostu się skupić i nie dać się rozproszyć. A przede wszystkim musiała dowiedzieć się czy na pewno wszystko z pierścieniem było w porządku. – Udało ci się ukończyć ten rytuał? Pierścień jest gotowy? – spytała maie, zsuwając przedmiot z palca i pokazując czarodziejowi. Wprawdzie wszystko sprawiało wrażenie dobrze przygotowanego, jednak nie miała całkowitej pewności. Tak czy siak, zapytać się na pewno nie zaboli.
- Eee.... Pierścień... Tak, skończyłem już wszystko. Nie było z tym żadnych problemów, udało się bardzo szybko. – powiedział czarodziej, wyraźnie przez coś rozkojarzony. Coś musiało pewnie zwrócić jego uwagę i na chwilę uciekło mu z głowy jej pytanie. Znała to uczucie, jej samej czasami się to zdarzało.
- To świetnie. Im szybciej wszystko jest przygotowane, tym lepiej. A już szczególnie w tym wypadku. Udałam się niedawno na krótką wycieczkę do siedziby tych kultystów i jest o wiele gorzej niż się obawiałam. Co najmniej parudziesięciu ludzi, którzy na dodatek dysponują swoją własną magią. Sama na pewno nie dałabym sobie z nimi rady. Twoja pomoc z tym pierścieniem będzie nieoceniona. Dziękuję Markusie.
- Nie ma sprawy... – mruknął czarodziej, znów patrząc na nią trochę nieobecnym wzrokiem. Arrisę kusiło by się go o to zapytać, lecz wstrzymała się. Teraz nie był na to czas. Kiedy znów się z nim zobaczy, o ile to kiedykolwiek się stanie, będzie miała ku temu okazję. Niepotrzebne przedłużanie tej rozmowy nie miało żadnego sensu. Możliwe że Freja i Fara, o których mówiła jej Matka, już wypełniły swoje zadania i wysłały jej kogoś do pomocy. Najlepiej byłoby, gdyby była tam pierwsza, żeby nikt na nią nie musiał czekać. Ale żeby to zrobić, powinna wyruszyć od razu.
- Będę musiała już iść, jeżeli mój plan ma się powieść. W kwestii ubrań nic się się nie zmieniło, raczej wolałabym je tu zostawić, jeżeli mam się znów przemienić. Życz nam szczęścia Markusie. I... jeszcze raz ci dziękuję. – powiedziała maie.
- Zaraz, będziesz już iść? Ale... – Markus zatrzymał się, jakby nie bardzo wiedząc co chciał jej powiedzieć. Albo, jakby to co miał powiedzieć było dla niego trudne. Dopiero po chwili znów zaczął mówić, choć już znacznie ciszej i z mniejszą pewnością siebie. – Ja... Nie chciałbym żebyś tam szła. Nie teraz i... nie sama. Nie potrafię znieść myśli, że chcesz narazić się na tak wielkie niebezpieczeństwo. Ja... zależy mi na tobie. Bardziej nawet, niż ci się wydaje. Nie rób tego, proszę. Boję się o ciebie. Myślałem o tym ostatnio... bardzo dużo myślałem. I doszedłem do wniosku że nie dałbym rady żyć ze świadomością, że coś ci się stało, tylko dlatego że odmówiłem ci bezpośredniej pomocy.
- Zaraz... – powiedziała Arrisa, zupełnie zaskoczona tym co właśnie usłyszała. Z jakiegoś powodu trudno jej było przyjąć to wszystko do wiadomości. Czyżby to miało znaczyć że... że Markus wciąż darzył ją uczuciem? Wciąż ją kochał? Przecież... nie, to na pewno nie wyglądało w ten sposób. Gdyby mu naprawdę zależało, to przyszedłby do niej, może przeprosił, może chociaż napisał list. Ale na pewno nie pozwoliłby jej tak po prostu przerwać ich związku. Maie widziała przecież że stracił nią zainteresowanie, zarówno zanim jeszcze to się stało jak i po tym. Nie próbował nawet zapobiec ich końcowi. A jednak teraz, po całych dwóch latach powiedział jej wprost, że jego uczucie do niej wcale się nie wypaliło. Maie nie potrafiła tego pojąć. Ale z drugiej strony, to przecież ona jeszcze uczyła się o ludziach i ich zwyczajach. Może to nie było aż tak niezwykłe? Może po prostu... wstydził się tak bardzo, że do tej pory się nie przemógł?
- Ja... wiem że to zabrzmiało dla ciebie dziwnie. Ale ja wciąż cię kocham. Tak samo, jak wtedy gdy wciąż byliśmy ze sobą. Nic się nie zmieniło, tylko że... zamiast teraźniejszością żyłem przeszłością. Wszystkim tym co było, zanim jeszcze... no wiesz. Nie wymagam od ciebie, żebyś mi w to uwierzyła. Wiem że to trudne. Chcę tylko tego żebyś była bezpieczna. Żebyś została tutaj.
- Wiesz dobrze że nie mogę zostać. To mój obowiązek, żeby...
- Nawet obowiązki czasami można porzucić. – przerwał jej czarodziej. – Nie możesz pozwolić im by decydowały o całym twoim życiu. I... o moim...
- Ja... – zaczęła maie, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Nie zdawała sobie sprawy z tego ile sama dla niego znaczyła. Nie miała pojęcia, że wciąż pałał do niej tak silnym uczuciem. Nawet mimo tego że jej zapał do związku zdążył już trochę ostygnąć przez ten czas, to poczuła ogromny smutek i wstyd przed tym, co powinna powiedzieć. Powinna była iść, dla dobra wszystkich tych ludzi, którzy inaczej mieliby nieszczęście natknąć się na tamtych złoczyńców. Powinna była mu odmówić... jednak nie potrafiła.
- Ją widzę co chcesz powiedzieć. – mruknął Markus, wyglądając na wyjątkowo przybitego. Arrisa wiedziała że to z jej winy tak się czuł. I dlatego czuła się temu winna. Nie chciała mu tego robić. Wiedziała że będzie się o nią martwić przez cały czas, dopóki nie wróci. Ale nie było wiadomo, czy kiedykolwiek to nastąpi. Miał rację, mówiąc o tym, że jej obowiązek musiał wpłynąć na życia ich obojga. Czarodziej, jakby słysząc jej myśli, westchnął cicho, po czym kontynuował: - Nie możesz sobie tego odpuścić. Rozumiem że to dla ciebie niezmiernie ważne. Ale wiedz, że za nic nie puszczę cię tam samej.
- Ale mówiłeś że... – zaczęła mówić, choć czarodziej znów przerwał jej nim choćby zdążyła w pełni dokończyć myśl.
- Wiem co mówiłem. Ale to teraz nieważne. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby ci pomóc. Wiem że nie potrafię zbyt wiele, ale to wszystko co umiem i tak może nam pomóc. Po prostu zależy mi na tym, żeby być z tobą... Żeby cię nie stracić.
- No... dobrze. – zgodziła się Arrisa, wciąż jeszcze nie bardzo pewna co do tego co właśnie się stało. Po raz kolejny czarodziej udowodnił jej, jak bardzo była dla niego ważna. Wiedziała bowiem dobrze, że Markus unikał konfliktów kiedy tylko mógł, za każdym razem jakoś się wykręcając lub udając że ten w żaden sposób go nie dotyczy. Po części pewnie było to spowodowane jego raczej przyjaznym usposobieniem, a po części brakiem jakichś konkretnych umiejętności które mógłby w takim konflikcie wykorzystać. Teraz jednak, widząc jej determinację do zrobienia tego co zrobione być musiało, zaproponował że pójdzie tam razem z nią, tylko dlatego żeby móc ją ochronić! – To naprawdę wiele dla mnie znaczy Markusie... Mnie...mnie też ciebie brakowało. – powiedziała Arrisa, nagle zdając sobie sprawę z tego, że była to sama prawda. Dlaczego wcześniej tego nie widziała? Poczuła się nagle strasznie głupio, że nie potrafiła tego dostrzec. Jednak to uczucie złagodziło jakieś dziwne ciepło, gdzieś w środku.
Potem mężczyzna i kobieta połączyli się w miłosnym uścisku...

[linia][/linia]

Przepyszny napar z liści herbaty był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym jaki kiedykolwiek piła. Wprawdzie zwykle nie piła zbyt dużo czegokolwiek, a herbatę rzadko kiedy miała okazję degustować, jednak w żadnym wypadku nie ujmowało to temu konkretnemu napojowi wyjątkowości. Markus zawsze przygotowywał swoją herbatę według własnego sposobu, przepisu którego nawet jej nie chciał pokazywać. Trudno było też zgadnąć po smaku, co też takiego czarodziej robił, by osiągnąć taki smak i aromat. Jednak dziś herbata była naprawdę wyjątkowo smaczna, nawet jak na jego standardy. Arrisa nie była pewna, czy to dlatego że dawno już jej nie piła, czy raczej z powodu niedawnych zajść z Markusem, które naprawdę wprawiły ją w dobry nastrój, nawet pomimo tego co ich jeszcze czekało. Prawdopodobnie było to kwestią obydwu.
- Jest przepyszna. – skomentowała z uznaniem, kierując swe słowa do czarodzieja. – Na pewno nie mógłbyś pokazać mi jak ją przyrządzać kiedy już wrócimy?
- Chciałbym mimo wszystko zachować ten przepis w sekrecie, ale... jeśli tak nalegasz to niech już będzie. Zrobię to po powrocie. – zgodził się Markus. Szczerze powiedziawszy to maie nie spodziewała się, że ustąpi jej tak łatwo. Może po prostu tak bardzo ucieszył się z jej obecności, że trudno mu było odmówić jej czegoś? To byłoby nawet zrozumiałe, skoro nie chciał jej stracić. Teraz jednak Arrisa poczuła się głupio, że spytała o to w takim właśnie momencie. To było wobec niego trochę niewporządku.
- Zaraz ruszamy. Przygotowałeś sobie wszystko co ci będzie potrzebne? – spytała, chcąc trochę zmienić temat.
Odpowiedziała jej cisza.
Potem rozległ się głośny, rozrywający na kawałki ciszę trzask i podążające zaraz za nim brzęki. Jeszcze połowa niedopitej herbaty rozlała się pomiędzy porozwalanymi na posadzce fragmentami filiżanki. Markus jednak, zamiast się ruszyć lub zrobić cokolwiek, stał w miejscu, chybocząc się lekko to w przód to w tył, trzymając rękę na stole. Nawet mimo że obrócił się do niej tyłem, widać było że coś jest nie tak. Arrisa szybko odstawiła własną filiżankę, po czym zrobiła krok w stronę Markusa. Nagle poczuła jak kręci jej się w głowie, zupełnie bez powodu. Maie pomimo tego uczucia zmusiła się do paru następnych kroków.
- Co się stało? – wykrztusiła z siebie z lekkim trudem, zdając sobie sprawę że ma zupełnie zachrypnięte gardło. Chciała wiedzieć co tak nagle sprawiło, że Markus tak się zachwiał. Pragnęła usłyszeć jego głos, żeby uspokoił ją że nic mu się nie stało, że jedynie się zakrztusił i nic więcej. Z jego gardła jednak dobiegł ją jedynie niewyraźny charkot, coś co nawet nie przypominało mowy. Wtem i ona sama zachwiała się mocno i złapała krawędzi stołu, czując że nie jest w stanie inaczej ustać na nogach. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to co działo się z czarodziejem było tym samym co przytrafiło się jej i bez wątpienia miało związek z dopiero co wypitą herbatą.
Nagle Markus przewrócił się na podłogę, pełną wciąż porcelanowych odłamków i mokrą od rozlanego napoju. Rozległo się stęknięcie, gdy niemal bezwładne ciało uderzyło o posadzkę. Ostre fragmenty filiżanki wbiły się w ubranie a potem i w skórę, sprawiając że herbaciany napar nie był już jedyną cieczą zdobiącą posadzkę.
- Markus! – krzyknęła Arrisa zachrypniętym głosem, mając nadzieję że uda jej się usłyszeć od niego jakąkolwiek reakcję. Cokolwiek, chciała go po prostu usłyszeć. Nie było jednak żadnej odpowiedzi. Zapragnęła kucnąć przy nim, podnieść go, chociaż obrócić tak, by mogła spojrzeć na jego twarz, lecz gdy tylko spróbowała to zrobić, puszczając się krawędzi stołu, w głowie zakręciło jej się tak bardzo że ledwie z trudem udało jej się powstrzymać własny upadek, opierając się łokciem o blat.
- Spokojnie, on już cię nie słyszy. – tuż obok jej lewego ucha rozległ się nagle obcy, choć dziwnie znajomy głos. Sam ten dźwięk sprawił, że po plecach maie przeszły ciarki, nie wspominając już nawet o jego treści. – Jego trucizna była silniejsza od twojej.
- Co? – zdołała wysapać maie, wciąż nie do końca rozumiejąc sytuację. Wszystko to stało się tak nagle, tak niespodziewanie, że zupełnie nie była na to przygotowana i nie wiedziała jak zareagować. Pytanie, które wypłynęło z jej ust było w tym momencie najbardziej złożonym na jakie potrafiła się zdobyć. Jeszcze nie całkiem dotarło do niej to że ją otruto.
- Trucizna to taki... niewyrafinowany sposób na zabijanie. – mruknął głos, ponownie dziwnie blisko jej lewego ucha. Brzmiał tak jakby miał coś przeciwko temu... A mimo tego nie było wątpliwości że to właśnie on ich otruł. – Szczerze powiedziawszy wolałbym zabić cię własnoręcznie... Czuć twoją krew, widzieć wypływające życie... To jest dopiero niesamowite uczucie, naprawdę. Szkoda że musiałem uciec się do tej metody. Ale... może jeszcze nie wszystko stracone?
Po tych słowach Arrisa poczuła silne kopnięcie gdzieś w dolnej części pleców. Kiedy poczuła tą napierającą na nią siłę, nie zdołała utrzymać się na nogach. Wciąż widząc wirujący obraz poleciała prosto w dół na spotkanie z pobrudzoną i zawaloną ostrą porcelaną posadzką. Nie zdołała nawet się podeprzeć. Upadła na lewy bark, a potem przetoczyła się na plecy. Świat ponad nią wirował, a pod nią składał się z ostrych i nieprzyjemnych do dotykania ostrych krawędzi, które rozwaliły na strzępy górną część jej ubioru, prawdopodobnie miejscami przedzierając się nawet pod skórę.
Pomimo tego że widziany przez nią obraz niemal całkowicie się rozdwajał, zdołała rozpoznać swojego oprawcę. Pamiętała tę twarz bardzo dobrze, widziała ją przecież trzy dni temu, w tej mokrej uliczce. Pamiętała tego człowieka. Pamiętała nawet który to był z tej trójki którą tam wtedy spotkała, z zamiarem uratowania tamtej dziewczyny. To bez wątpienia był ten najważniejszy, dowódca tamtego małego oddziału. Na sobie wciąż miał te same, czarne szaty, które nosiły na sobie wyraźne ślady jej magicznego ataku. Poszarpane i podziurawione we wszelkich możliwych miejscach, jednak czerwony symbol, który najpewniej należał do istoty której statuę widziała w jaskini wydawał się być zupełnie nietknięty. Albo był już naprawiony.
W dłoni mężczyzna dzierżył sztylet. Na pierwszy rzut oka był całkiem zwyczajny, jednak nawet pomimo całej tej niejasności, którą trucizna sprowadziła na jej umysł potrafiła powiedzieć że jest on nasycony magiczną energią. Nie wiedziała wprawdzie w jakim to miało być celu, jednakże to nie wróżyło dobrze. Ostrze nasycone magią może być o wiele, wiele bardziej niebezpieczne i nieprzewidywalne od samych czarów maga który je stworzył. Ostrze poruszało się powoli, hipnotyzująco na boki, jednocześnie przy każdym machnięcie opadając nieco w dół, w stronę jej brzucha.
Maie przywołała swoją moc do pomocy. Już raz pozbawiła tego człowieka broni, zmieniając ją w zwykłą, papierową zabawkę. Mogła to zrobić ponownie, tym razem jednak by ocalić siebie, a nie kogoś innego. Poczuła magiczną energię gdzieś w głębi siebie i sięgnęła po nią. W chwili jednak gdy to zrobiła, nagle z przerażeniem zorientowała się jak niewiele jej tam zostało. Tak mało energii... ledwie tyle by móc przeżyć parę godzin. Arrisa nawet nie zauważyła kiedy aż tyle jej mocy ją opuściło. Teraz jednak, kiedy zwróciła już na to uwagę, to spostrzegła że jej ilość nieustannie malała w drastycznie szybkim tempie. Cały czas słabła, zupełnie jakby ktoś wysysał z niej całą energię... Maie spróbowała się skupić na pozostałej jej resztce aby tylko spróbować jakoś powstrzymać wiszącego nad nią kultystę, lecz próby skierowania na niego energii okazały się bezskuteczne. Ból i zawroty głowy, a także niepowstrzymana mieszanka uczuć ani trochę jej w tym nie pomagały. Nie mogła już polegać na magii. Arrisa z wielkim wysiłkiem uniosła prawą dłoń, z zamiarem zatrzymania nią ręki mordercy. Musiała zrobić coś by go zatrzymać i uciec. Musiała coś przedsięwziąć. Próba powstrzymania jego ręki nim tamta wraz z ostrzem zetknie się z jej ciałem była jedynym co zdołała zrobić. Arrisa jednak była tak osłabiona, że za nic nie potrafiła powstrzymać tego co za chwilę miało nadejść.
- Nie kłopocz się... Tobie już nic nie pomoże. Nie ma dla ciebie ratunku. Tym razem twoja magią już ci nie pomoże. Cała twoja moc jest już moja. – wysapał mężczyzna, z irytujące głupio wyglądającym uśmiechem na twarzy. Nie tak wyobrażała sobie swoją śmierć. Spodziewała się, że nawet jeśli ktoś miałby ją zabić, to na pewno zachowałby powagę. On natomiast wyraźnie cieszył się niczym dziecko. Z jakiegoś powodu Arrisa uważała to za większą obelgę niż to, że za chwilę ten sam człowiek miał ją zaszlachtować.
Nagle maie poczuła potężny, kłujący ból gdzieś w okolicach żołądka. Zacisnęła swoje słabe mięśnie, próbując się oswobodzić, lecz bezskutecznie. Zimne ostrze wbijało się coraz głębiej, powodując ogniście palący ból. Arrisa warknęła nieludzko, z rozpaczą próbując znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Niestety, trucizna która zaćmiła jej umysł nie pozwalała jej skupić się na niczym innym jak rozdzierającym ją od środka ostrzu. Nie było nic więcej, tylko ona, paraliżujące ją ostrze i przeszczęśliwe mamrotanie mężczyzny, którego ręka prowadziła nóż. Nic więcej nie potrafiła spostrzec.
Wtem jej cierpienie wzmogło się jeszcze wielokrotnie bardziej. Ręka tamtego na chwilę bowiem się zatrzymała, a nowe rodzaje rozdzierającego ją bólu na chwilę ustały. Zaraz jednak cierpienie wróciło, gorsze niż kiedykolwiek wcześniej. Ręka tamtego pociągnęła w bok, rozciągając ból na dużo większą część ciała. Słabe wierzgnięcie jedynie sprawiło, że nóż zagłębił się jeszcze bardziej w jej ciele. Arrisa krzyknęła, nie będąc w stanie zrobić nic więcej. Ból ten był tak niesamowicie silny, że nigdy nie czuła nic porównywalnie gorszego do tego, co właśnie się działo.
- Jeszcze chwila a zabraknie ci energii... Wtedy ból się skończy, raz na zawsze. – powiedział, gdy uwalniał swoje zakrwawione ostrze z jej flaków. Co dziwne, mówił to takim tonem jakby rzeczywiście martwił się o to co się z nią stanie. Co za ironia, zważywszy że przed chwilą prawie ją zabił, a teraz jeszcze chciał zostawić w tym stanie by cierpiała tak dopóki nie skończy jej się magiczną energia. Nie było innego sposobu, żeby mogła zginąć. Trzeba było ją pozbawić całej mocy... a ten bandyta zostawił ją śmiertelnie ranną z ledwie odrobiną energii. Czy to miały być tortury? Arrisa nie byłaby w stanie wytrzymać tak długo. Przy pierwszej udanej próbie użycia magii zużyłaby wszystko co jej zostało, byle tylko uwolnić się od cierpienia.
Kultysta powoli wstał, szybko tracąc zainteresowanie niemalże przepołowioną maie. Nóż schował gdzieś pod szatę, lecz nie dało się dostrzec gdzie dokładnie. Nie żeby miało to teraz dla niej jakiekolwiek znaczenie. Zrobił parę kroków, przestępując nad jej ciałem. Przez chwilę jeszcze był w zasięgu jej wzroku, stojąc w miejscu i chyba kopiąc coś miękkiego. Zaraz jednak i tym stracił zainteresowanie, po czym wyszedł z jej pola widzenia. Po dźwiękach zagadywała, że zmierzał już ku wyjściu, najwidoczniej nie mając tu już nic do zrobienia. Rzeczywiście po chwili trzasnęły drzwi, potwierdzając tę teorię. Potem zapadła zupełna cisza, przerywana jedynie przez zbolałe oddechy, następujące powoli jeden po drugim. Ale oddychała już tylko jedna osoba.
Arrisa nie potrafiła powstrzymać napływającej na nią wściekłości. Jak mogła być tak głupia, by pozwolić się tak zajść? Wszystkie te przygotowania, poszukiwania, oczekiwanie... Pomyślała o wszystkim tylko nie o tym, że kult postanowi ją zamordować zanim jeszcze ona przyjdzie po nich. Trucizna, którą wypiła wraz z herbatą zupełnie uniemożliwiła jej jakiekolwiek próby walki z zabójcą. Musiał się tu wkraść, kiedy rozmawiała z Markusem... kiedy wreszcie udało im się pogodzić ze sobą. Czemu akurat teraz? Dlaczego?! Nie potrafiła uwierzyć w swoje nieszczęście. Markus zdołał odzyskać to, czego tak bardzo pragnął. Znów byli razem ze sobą. Tym razem jednak już do końca. Ona sama myślała, że może będą razem szczęśliwi. I rzeczywiście, byli. Przez całych parę minut. Teraz jednak Markus leżał bez życia obok niej, podczas gdy z jej brzucha dosłownie strumieniami buchała krew. Ból fizyczny niemalże dorównywał temu psychicznemu. Podejrzewała jednak że trucizna ją znieczuliła, wątpiła bowiem by zdołała wytrzymać taki ból aż tak długo. Już dawno powinna była zemdleć. Gdy tylko spojrzała w dół mogła dostrzec własne, ubabrane krwią jelita. Zaraz jednak kiedy to zrobiła, poczuła jak resztki jej żołądka podchodzą jej do gardła. Ten jeden moment wystarczył, by już na zawsze odechciało jej się patrzeć w tym kierunku. Zresztą, „zawsze” teraz już nie znaczyło zbyt wiele. Nie w tej sytuacji. Arrisa już teraz wiedziała że nie przeżyje. Wątłe ilości magicznej energii jakie jej pozostały nie wystarczyłyby by scalić ją z powrotem. Uszkodzenia jakie spowodował nóż były zbyt poważne. Nawet na zmianę formy z fizycznej na energetyczną, która mogłaby ją uratować, brakowało jej energii. Morderca dobrze wiedział co robi... Pozwolił jej wykrwawić się tu na śmierć, która dla niej nadchodziła wyjątkowo powoli, jedynie dla czystej satysfakcji. On dobrze wiedział kim ona jest. Co zaskakujące, wiedział też gdzie i kiedy miał jej szukać. Wiedział przerażająco dużo informacji, których nie powinien znać. Wiedział też że maie znikąd nie mogła już oczekiwać pomocy. Co gorsza, Arrisa też to wiedziała. Nawet rozmowa z Matką Naturą wymagała od niej trochę mocy, a nawet tyle już nie posiadała. Jedynym plusem było to, że energia powoli z niej wypływała i już nie musiała długo czekać. Wiedziała co ją czeka, kiedy całą ją opuści. Teraz, będąc w takich bólach, prawie już tego pragnęła.
„Pomoc” – aż dziwne jak często ostatnio słyszała i wypowiadała to słowo. Teraz znów pojawiło się w jej myślach, znów do niej nawracając. Nawet pomimo iż wiedziała, że nie ma mowy by ktokolwiek zdołał tutaj dotrzeć nim z jej brzucha wypłynie cała krew a z ciała cała moc, to i tak słowo to rozbrzmiewało w jej umyśle. Szczególnie często go używała... Zwłaszcza przy ostatnich rozmowach z Markusem... Jej oczy zalała wtedy mocniejsza, jakby głębsza mgła. Po chwili jednak zdała sobie sprawę że to nie od trucizny. To były po prostu jej łzy. Łzy, które uroniła w rozpaczy. Kiedy tylko pomyślała o Markusie i o tym jak ofiarnie zgodził się jej pomóc, przygotowując pierścień...
Pierścień! Wciąż miała go na palcu! Jak mogła o tym zapomnieć? Ilość energii jaką była w nim uwięziona z pewnością zdołałaby jej pomóc! Może nawet zdołałaby jeszcze odratować Markusa? Wystarczyło jedynie po nią sięgnąć i... Wtedy Arrisa zorientowała się w czymś, czego nie zauważyła wcześniej. Próbując sięgnąć umysłem do pomarańczowego klejnotu i wyciągnąć jego moc, zorientowała się że niczego tam nie czuje. Zupełnie tak jakby pierścień był w pełni... zwyczajny. Tak jakby nie zawierał w sobie żadnej mocy. Dotarło do niej, że Markus musiał go zabezpieczyć, by nie był z daleka widoczny niczym latarnia morska dla każdego czarodzieja w okolicy. Nie było opcji, by dostała się do tej mocy. Pierścień miał służyć jedynie przywołaniu istoty z innego planu, nie wspieraniu jej własnych mocy magicznych. Moc dało się uwolnić, tylko inicjując zamknięte w klejnocie zaklęcie. Trzeba było przywołać istotę. Wprawdzie wtedy cała moc pierścienia pewnie zostanie zużyta, lecz w sercu Arrisy znów zawitała nadzieja. Może jeszcze nie wszystko stracone? Z tą myślą zmusiła się by podnieść rękę na której miała pierścień. Kosztowało ją to ogromną ilość wysiłku i zalało całe jej ciało nowymi falami bólu, promieniującymi wprost z brzucha i licznych ran na plecach. Udało jej się jednak unieść dłoń. Potem, z ogromnym wysiłkiem woli, wystawiając się na nowe fale cierpień, z całej siły jaka jej została uderzyła ręką o podłogę.
Wtem rozległ się trzask tłuczonego szkła. Spodziewała się tego dźwięku, a nawet miała nadzieję że go usłyszy. Natychmiast poczuła jak magiczną energia w uporządkowany sposób zaczyna wypływać z pierścienia. Usiłowała uchwycić część z niej, lecz nieskutecznie. Markus naprawdę dobrze zabezpieczył to zaklęcie. Nie była w stanie użyć tej mocy sama. Musiała zaczekać na to, co dopiero miało tu przybyć. W pewnym momencie Arrisa spostrzegła, że robi się zauważalnie chłodniej. Nie była pewna co to może oznaczać. Magiczna energia zaczynała całkiem szybko formować się w pionowy, poszarpany kształt, który dało się dostrzec nawet gołym okiem. Wyrwa, bo na coś takiego właśnie to wyglądało, rosła tak długo dopóki nie osiągnęła wysokości bardzo rosłego mężczyzny, tak że ledwo mieściła się w pomieszczeniu. Dopiero potem zaczęła rosnąć na szerokość, powoli rozwierając się w środku i tworząc połączenie pomiędzy światami.
Z dolnej części szczeliny nagle wypłynął jakiś strumień czarnej cieczy, która zaczęła rozlewać się w jednym miejscu na podłodze. Strumień szybko wzrastał w sile i rozmiarach, sprawiając wrażenie że zaraz zaleje całe mieszkanie. Maie niezbyt się to spodobało, tym bardziej że właśnie leżała na plecach i była poważnie ranna. Gdyby tak się stało, utknęłaby pod powierzchnią tej... cieczy. Jak się jednak po chwili okazało, wylewająca się że szczeliny maź jakby się nie przemieszczała na boki, a jedynie zyskiwała na wysokości. Dopiero wtedy Arrisa zorientowała się, czym jest ta ciecz. TO była właśnie przywołana przez nią istota. Nigdy jeszcze nie widziała czegoś choć odrobinę podobnego. Gdyby nie podbramkowa sytuacja w jakiej się znalazła, prawdopodobnie nie chciałaby mieć z tym stworzeniem zbyt wiele wspólnego. Teraz jednak, gdy nie pozostało jej już nic innego, musiała poprosić to coś o pomoc.
Stworzenie tymczasem zdążyło urosnąć w pionie do tego stopnia że zetknęło się z sufitem. Z jakiegoś powodu wydawało się że na chwilę wszystko to ustało, lecz dopiero po chwili maie zorientowała się co się stało. Istota w rzeczywistości była jeszcze większa i po prostu pojawiła się tutaj przez solidną warstwę drewna jaką był sufit. W chwilę później istota zaczęła przybierać bardziej zarysowany kształt. Wcześniej Arrisie wydawało się że może, potencjalnie stworzenie z innego planu będzie choć trochę przypominać coś, co widziała już kiedyś tutaj, w Alaranii. Teraz zastanawiała się, jak właściwie wpadła na podobny pomysł. Z pionowego czarnego słupa, jaki widziała obok siebie zaczęły powoli odstawać dwa kolejne, skierowane w górę. Z tych zaczęły wychodzić kolejne i kolejne, co przez chwilę sprawiało wrażenie że istota ma kształt drzewa. Zaraz jednak coś podobnego zdarzyło się od strony podłogi i cały proces się powtórzył. Kiedy jednak i to dobiegło końca, z każdego fragmentu ciała istoty zaczęły wystawać kolejne, ruchome odrosty. Na końcu każdego z nich znajdowało się niemożliwe do określenia w kształcie pomarańczowe światełko. Wydawało się jednak, że Istota jeszcze nie skończyła się przemieniać. Poszczególne fragmenty jej ciała wibrowały w oczach, zupełnie tak jakby powietrze wokół niej było niesamowicie gorące. Mimo to jednak kolejne zmiany nie nadeszły i wyglądało na to, że to jest już pełen kształt tej istoty. Twarzy stworzenia nie dało się jednak spostrzec wcale, co dość mocno ją martwiło.
- Pomóż mi... – wychrypiała Arrisa z trudem, chcąc zwrócić na siebie uwagę istoty. Nie miała pewności, czy ona ją zauważyła. Przynajmniej było tak, dopóki niezliczone macki z pomarańczowymi światełkami na ich końcach nie skierowały się w jej stronę. A więc to były jej oczy. Spoglądające z każdej strony, o niemożliwym wręcz kształcie. Jej własne oczy podpowiadały jej, że taki kształt nie miał prawa istnieć.
Nagle poczuła pytanie. Nie miała pojęcia jak to można inaczej opisać. Zapach, smak i dotyk pytania. Nie miała pojęcia w jaki sposób właściwie odebrała ten bodziec. Nie było wątpliwości że to była sprawka tej istoty, ale sprawiło to że przeszły ją dreszcze. Ani odrobinę jej się nie podobał ten sposób komunikacji. Musiała jednak jakoś odpowiedzieć, zareagować, żeby istota wiedziała że chce się z nią skomunikować.
- Jestem ranna... – wysapała Arrisa, z trudem łapiąc oddechy. Naraz jednak zorientowała się że istota może nie mieć pojęcia co znaczą poszczególne słowa w tym języku. Ciekawe czy w ogóle rozumiała że ktoś próbował się z nią porozumieć... Równie dobrze mogła przecież założyć, że ona sama jest ledwie elementem otoczenia. Arrisa żałowała że nie mogła przyjąć formy energetycznej. Bez najmniejszych wątpliwości bardzo by jej to pomogło w dogadaniu się. Wątpiła jednak by teraz mogła jakoś nawiązać kontakt.
O dziwo, istota zareagowała na jej słowa, i to w dodatku w taki sposób jakby rzeczywiście rozumiała o co jej chodzi. Czy to możliwe że znała ten język? Może po prostu wyczytała wszystko wprost z jej myśli? Arrisa bardzo żałowała że Markus nie mógł jej czegoś o niej opowiedzieć. Nie było wątpliwości że on trochę wiedział na jej temat, inaczej nie zdecydowałby się przyzwać właśnie tego konkretnego stworzenia. Pewnie mógłby opowiedzieć jej, jak się z nim dogadać. Może wytłumaczyłby jej, dlaczego istota z taką uwagą przyglądała się całemu jej ciału. Albo wiedziałby, dlaczego tak się do niej zbliżyła. Ona z pewnością nie miała pojęcia co to mogło znaczyć.
W tym momencie znów poczuła coś na kształt myśli. Smak zapach i dotyk, które z jakiegoś powodu przedstawiały coś co potrafiła zrozumieć. Mówiły one bowiem „wspomnienia”. Z początku Arrisa nie zrozumiała tej myśli. Nie wiedziała co to miałoby oznaczać. Jaki związek miałyby jej wspomnienia i pomoc ze strony istoty? Dopiero po chwili zrozumiała tego sens. Stworzenie chciało jej wspomnień, w zamian za wyleczenie jej. Nie zamierzało robić tego za darmo. W pierwszej chwili zapragnęła odmówić, nie zgodzić się na to. Miała przecież tyle dobrych wspomnień, których nie chciałaby tracić! Tyle ważnych, istotnych rzeczy które chciałaby pamiętać. Potem jednak przypomniała sobie, że bez pomocy tej istoty czekała ją jedynie śmierć. Na nic byłyby jej te wszystkie wspomnienia, gdyby miała umrzeć. Potrzebowała tej pomocy, nawet za taką cenę. Przecież kiedy już będzie po wszystkim nazbiera sobie nowe wspomnienia, przypomni sobie od innych kim była i wszystko będzie jak dawniej. No prawie jak dawniej, gdyż już nie będzie z nią Markusa. Jemu już chyba nie dało się pomóc. Pomimo tego że chciałaby myśleć że jest inaczej, to nie wierzyła w to by i jemu istota postanowiła pomóc. Mimo to musiała spróbować ją przekonać. Nie mogłaby zostawić tego przypadkowi.
- Dam ci wspomnienia... Ale uratuj nas oboje. – Powiedziała Arrisa.
W odpowiedzi istota poruszyła się w jakiś dziwny, niezrozumiały dla niej sposób. Nie wiedziała co to znaczy, a nie poczuła napływającej do niej kolejnej myśli. Nie wiedziała co to miało znaczyć. Czyżby przypadkiem ją rozgniewała? To było niewykluczone. Maie się to nie podobało.
Na chwilę obróciła wzrok w drugą stronę, chcąc choć na chwilę jeszcze popatrzeć na rzeczywisty świat. Nie wiedziała, czy teraz istota jej pomoże, czy może postanowi ją unicestwić, jednak dla Arrisy nie było żadnej różnicy. Ona umrze wraz ze swoimi wspomnieniami. Pozostanie tylko maie, niewiedząca wcale kim jest. To już nie będzie ona sama i zdawała sobie z tego sprawę. Los chciał, że jej wzrok padł akurat tam, gdzie ostatniego dnia zostawiła swoje skrzypce. Natychmiast niemal napłynęły do niej wspomnienia z tych wszystkich pięknych chwil, kiedy na nich grała. W szczególności natomiast przypomniał jej się moment, kiedy Markus jej je podarował. Przypomniała sobie jak bardzo była wtedy szczęśliwa. Wspomnienie było na tyle żywe, że aż zapragnęła się rozpłakać. Chciałaby jeszcze kiedyś świadomie na nich zagrać. Choćby jeden raz poczuć rzeźbione drewno pod swoimi palcami... Bardzo jej tego brakowało.
Nagle powietrze wokół skrzypiec zaczęło się załamywać. W pierwszej chwili Arrisa nie wiedziała co się dzieje, lecz gdy tylko zauważyła czarną mackę z pomarańczowym światłem na jej końcu, to zorientowała się że to sprawka istoty, na którą teraz nie patrzyła. Czyli że jednak czytała jej w myślach, bo jak inaczej zorientowałaby się o czym przed chwilą marzyła? Macka owinęła się wokół instrumentu, po czym uniosła go w górę. Nagle Maie przestraszyła się że może istota chciała je zniszczyć, by w ten sposób zmusić ją do współpracy. Jej obawy jednak okazały się bezpodstawne, gdyż macka ruszyła w jej stronę i po chwili odstawiła skrzypce na jej piersi. Dotyk znajomego instrumentu sprawił, że poczuła się o wiele pewniej. Czuła się trochę tak, jakby przyjaciel chwycił ją za rękę. Nie sprawiło to że ból zmalał, jednak zorientowała się że istota wcale nie chciała dla niej źle. Ona po prostu chciała jej pomóc. Może po prostu bez tych wspomnień nie była w stanie tego zrobić? Może to dlatego ich zażądała? To miałoby nawet trochę sensu. Teraz, wiedząc to, Arrisa nie czuła się wcale tak źle, wiedząc co ma niedługo nastąpić.
W tym momencie istota nachyliła się nad jej ciałem, nieprzeniknioną ciemnością zasłaniając większość jej pola widzenia. Maie wzięła głęboki oddech, ale nie protestowała. W myślach dała na to przyzwolenie. Wiedziała już że stworzenie i tak to usłyszy. Przez chwilę pomyślała, że może lepiej będzie, jeżeli odłoży skrzypce gdzieś obok, jednak już króciutką chwilę później poczuła smak i zapach protestu istoty. Ona chciała, by miała skrzypce ze sobą. Arrisa nie próbowała się z tym nie zgadzać. Jeżeli istota tego chciała, znaczyło to że tak jest dobrze. Pozwoliła więc jej opaść na siebie, przesłaniając już cały widok. O dziwo, nie poczuła żadnej zmiany temperatury. Właściwie to bólu też już prawie nie czuła. Nie minęła chwila a nie czuła już prawie niczego. Dotarł do niej jedynie zapach myśli istoty, a mówił on po prostu „śpij”. Arrisa nie czuła potrzeby by się temu przeciwstawić.
„Chciałabym jeszcze zagrać na skrzypcach” – pomyślała jeszcze.
Potem nie czuła już niczego.



- I co się stało potem? – zapytał ktoś ze zgromadzonych. Po sali poniósł się szept aprobaty, który sygnalizował jaka była wola gawiedzi. – Co było z Arrisą? Przeżyła?
Korysa, Valladoński poeta, zanim jeszcze choćby pomyślał o tym opowiedzieć, wychylił kolejny łyk z drugiego już kufla, oczywiście postawionego mu w zamian za dobrą opowieść. To byłby wręcz wstyd gdyby artysta jego pokroju musiał samemu sobie fundować napitki w takim miejscu, a już szczególnie w sytuacji takiej jak ta. Dopiero potem mężczyzna powoli rozważył pytanie, mrucząc przy tym coś do siebie. Korysa był prawdziwym specjalistą w budowaniu napięcia i potrafił utrzymać tłum w niepewności przez bardzo długi czas, lecz tak by ten nawet się nie zorientował. Jeżeli bowiem umiejętnie dobiera się słowa i ma się to coś, to nawet wielkie tłumy mogą i co ważniejsze, będą słuchać z uwagą. Wszyscy czekali na zakończenie historii. Oczywiście, poeta zamierzał im to dać... oczywiście w odpowiednim czasie.
- Co się stało pytacie? – mruknął Korysa, uśmiechnąwszy się samemu do siebie. Bardzo lubił tak przeciągać napięcie, ostrożnie i z uwagą trącając jego nici. Gęsta atmosfera była wręcz fascynująca w swojej strukturze i zawsze go sobą zaskakiwała. Poetę fascynowało to, jak daleko można było posunąć ludzką ciekawość zwyczajną, niedokończoną opowieścią. Każda jedna osoba zgromadzona w tej sali była bowiem pewna tego, że opowieść nie dobiegła jeszcze końca. I żadna z nich się w tym nie myliła. Korysa jednak ciekaw był, jak długo mógłby unikać dokończenia historii, dopóki ciżba nie zmusiłaby go do tego siłą, lub w inny, bardziej subtelny sposób. Wbrew temu, że jego audiencja wyglądała na całkiem przyzwoitą, to do tego momentu wcale nie zostało już zbyt wiele czasu. Poeta jednak zgrabnie wyczuł to jeszcze zanim to nastąpiło, zapobiegając czemuś takiemu. Żeby wywołać najwięcej emocji, trzeba było balansować na tej cienkiej granicy.
- Otóż więc, historia potoczyła się nie do końca tak jakby to można było przewidzieć. Z tego co powiedziałem wcześniej, mogłoby wynikać że przyzwania także innego planu istota była w gruncie rzeczy dobra i chciała pomóc. Jednak wiedząc co stało się później, można wyciągnąć zgoła odmienne wnioski. Zaklęcie, które nałożyła na Arrisę, rzeczywiście ją wyleczyło. Głęboka rana rozrywającą brzuch na pół zniknęła, tak jakby jej tam nie było od lat. Została po niej jedynie wąska, biała blizna. Istota nie oszukała jej też, kiedy mówiła że w zamian weźmie jej wspomnienia. Nie byłoby to szczególnie dziwne, skoro jej rasa pewnie to właśnie na nich ucztowała. Jednakże było parę rzeczy, o których nie wspomniała, zanim jej nie wyleczyła. I te rzeczy pozwalają sądzić, że albo nie rozumiała zupełnie struktury i działania tutejszego świata, lub zwyczajnie chciała pomęczyć jeszcze maie, choć tym razem w inny sposób niż fizyczny. Zaklęcie to bowiem, które na nią rzuciła co jakiś czas się powtarza. Odbiera jej wszystkie wspomnienia tego kim była i kim jest, nie pozostawiając niczego. Podobno też w tym procesie Arrisa bardzo szybko leczy swoje rany, co miałoby sens skoro jest pod wpływem tego zaklęcia. Istota też nie mówiła nic o tym, że odbierze jej zdolność do swobodnego rzucania czarów, czy choćby zmiany postaci. Maie jednak chyba jakoś znalazła sposób, żeby temu zaradzić, gdyż teraz kiedy używa magii zawsze można słyszeć nienaganny wręcz dźwięk skrzypiec. Różne rzeczy dzieją się wtedy, kiedy pociąga smyczkiem po strunach... – powiedział Korysa, po czym zawiesił oczy w górze, jakby czemuś się przyglądając i nad czymś zastanawiając.
- Co się stało z Markusem? I z tą istotą? – zapytał jakiś rosły brunet.
- Na przykład jakie rzeczy? Opowiedz nam. – powiedział drugi mężczyzna, nawet nie czekając by poeta zdołał pomyśleć nad pierwszym zadanym mu pytaniem.
- Co do czarodzieja to nieszczęśliwie nie miał on tyle czasu co maie. W jego żyłach była silna trucizna, która zdążyła zabić go jeszcze zanim jeszcze pojawiła się tam przyzwania istota. Prawdopodobnie jej wizyta w żadnym stopniu nie zmieniła tego, że był martwy, gdyż po tych wydarzeniach wszelki słuch po nich zaginął. Co do istoty, podobno ulotniła się przy pierwszej lepszej okazji, najwyraźniej nie czując się najlepiej w naszym świecie. W każdym razie nikt jej już od tamtego czasu nie widział. – odrzekł Korysa, przedstawiając w skrócie dalsze losy pobocznych bohaterów historii. – Natomiast wracając do naszej skrzypaczki, pamiętacie może historię o tym, jakie nieszczęście spotkało Balitsin?
Po sali przebiegł zgodny szum. Ludzie spoglądali po sobie nawzajem, kiwając głowami i mówiąc szeptem po parę słów. Dało się jednak zauważyć, że znaczna większość z nich zna tę konkretną historię o tym feralnym mieście. Nie wyglądało jednak na to, że znają ją wszyscy. Jedną z nielicznych osób, które najwyraźniej o niczym nie wiedziały, był sam szlachcic. I pomimo tego, że Korysa chciałby skrócić trochę swą opowieść, to nie mógł sobie pozwolić na to by jego fundator nie orientował się o co chodzi.
- Historia Balitsinu nie jest jakoś szczególnie ciekawa lub interesująca, z wyjątkiem jej końcowej części. Wieś ta bowiem już od paru dobrych lat nie istnieje i nikomu nie śpieszy się by ją odbudować. W każdym razie, na jakiś czas przed katastrofą, w odwiedziny przyszła do nich dziwna, czarnowłosa piękność i mistrzyni w grze na skrzypcach. Nie miała ze sobą żadnych bagaży, jakich można by się spodziewać po podróżniczce, nie miała nawet żadnego wierzchowca i zwyczajnie szła na nogach, zupełnie jakby było to bez znaczenia. Miała jednak ze sobą skrzypce. Zapewne wszyscy domyślacie a kim ona była? – po sali przebiegło kilka zgadzających się mruknięć. Nie było trudno tego zgadnąć, skoro przez ostatnią godzinę Korysa opowiadał tylko i wyłącznie o Arrisie. – W każdym razie w pewnym momencie w mieście pojawił się potwór. Nikt, kto nie widział, albo nie słyszał skrzypaczki, nie miał pojęcia skąd się tam wziął. Ci jednak co widzieli, mogli zobaczyć jak grając na swoim instrumencie przemienia się w olbrzymiego jaszczura, który samym swoim ciężarem zrujnował całe domostwo! Ci ludzie jednak mieli najmniej szczęścia że wszystkich, gdyż magia skrzypiec dosięgnęła także i do tych, którzy byli wtedy dość blisko. Magia ta sprawiła, że zaczęli przemieniać się w różne dziwadła, jednemu wyrosły pióra, inny obrósł w łuski i stracił ręce, a jeszcze inny tak zarósł w futro że trudno go było spod niego dostrzec. Na dokładkę dla nieszczęśników, którzy znaleźli się pod działaniem klątwy, jaszczur był już wtedy rozwścieczony i zdecydował staranować ich wszystkich, co skończyło się w wiadomy sposób. Szał bestii jednak się na tym nie skończył, gdyż nie nadszedł wieczór, a każdy dom zrównała z ziemią. Ocalałych z całego miasta było kilku, z czego jeden na wpół przemieniony chłopak, który widział od początku co się tam stało i potem wszystko to opowiedział mnie.
W karczmie rozległy się zaniepokojone szepty. Ludzie szeptali między sobą, lecz żaden z nich nie powiedział niczego na głos. Dało się jednak wyczuć, że atmosfera znacznie zgęstniała, i to w nienajlepszy sposób. Ludziom wyraźnie nie spodobały się jego słowa. Nic zresztą dziwnego, Balistin, a raczej jej ruina znajdowała się wcale nie aż tak daleko, ledwie kilkanaście mil stąd. Rzeczywiście znajdowała się tam jedynie ruina, o czym mógł poświadczyć wójt wioski, co jedynie dodawało opowieści realizmu.
- Gdzie ona jest teraz? Schwytano ją? – zapytał ktoś z tyłu sali. Znów po pomieszczeniu przeszedł szmer niezadowolenia, choć nikt nie protestował.
- Sęk tkwi w tym, że nie wiadomo. Od tego czasu widziano ją jeszcze w paru innych miejscach, choć nie zawsze kończyło się to tak jak w Bastionie. Czasami trzymała się na uboczu i zauważano ją przypadkiem jak przechodziła. Czasami też próbowała pomagać tam gdzie przyszła. Nigdy nie można przewidzieć tego, jak się zachowa. Schwytać jej do tej pory nie próbowano, gdyż w żaden sposób nie dało się udowodnić że Bastilin to jej wina. Oczywiście ludzie starają się na nią uważać, choć i z tym nic nie wiadomo...
- No, panie poeto, to była zdecydowanie dobra historia, choć trochę... Inna, niż bym się spodziewał. – Rzekł Lando z szerokim uśmiechem, jakby nie chcąc urazić Korysa, choć z jego tonu głosu dało się wyczuć, że i jemu nie przypadło do gustu zakończenie. Mimo to starał się być całkiem miły, jeśli chodziło o opinię.
- Jako iż historia skończona, może zechcecie wysłuchać mojej pieśni? – zapytał Korysa, sięgając do swojego instrumentu. Ludzie, choć nadal z lekką nutką niechęci, zadecydowali że chcą wysłuchać poezji artysty. Poeta brzdęknął w struny lutni, aby sprawdzić czy jest dobrze nastrojona. Po kilku nieznacznych poprawkach, wewnątrz karczmy rozbrzmiała wesoła, trochę sprośna, ale zdecydowanie humorystyczna pieśń. Ludzie szybko zapomnieli o makabrycznej historii, którą wcześniej zostali uraczeni. Wkrótce też goście zaczęli przytupywać do rytmu muzyki i wybuchać gromkim śmiechem pod koniec każdej zwrotki.

Historia ta mogła się skończyć w ten sposób. Dosłownie nikt nie narzekałby na to, gdyby właśnie tak się wydarzyło. A jednak, niezbadane są ścieżki losu. Nikt z chroniących się przed deszczem pod dachem ciepłej gospody nawet nie przypuszczał, że osobiście staną się częścią jej następnego rozdziału.
W pewnym momencie, pomiędzy uderzeniami piorunów, rechoczącymi śmiechami i muzyką poety rozległo się stukanie do drzwi. Z początku prawie nikt go nie usłyszał, a nawet jeśli, to najwyraźniej postanowił je zignorować. Nie minęła jednak chwila a nastąpiło ponownie, tym razem głośniej i wyraźniej, tak że większość ludzi w środku zdołała usłyszeć. Przytupywanie nagle ustało, zabierając ze sobą także i śmiechy większości widowni. Żaden z nich nie spodziewał się tu kolejnych gości, a już tym bardziej o tej godzinie. Gdyby nie był tam zgromadzony każdy mężczyzna z całej wsi, może nie byłoby to aż tak zaskakujące. Teraz jednak nie było wątpliwości że to któraś z kobiet, albo ktoś obcy.
- Może to twoja matka Codin. – zarechotał ktoś spod kominka. Nikt jednak nawet się nie uśmiechnął. W tym stukaniu było coś złowieszczego, coś z czym żaden z nich nie chciał mieć do czynienia. Żaden z nich nie kwapił się nawet by odsunąć zasuwę na drzwiach, czy choćby do niej podejść.
Jedyną osobą, która nie odczuła tak mocno tego wrażenia wrogości, płynącego wprost zza drzwi był szlachcic Lando. Możliwe wprawdzie że i on odczuwał to tak samo jak inni, jednak jako wysoko urodzony był w pewnym sensie przymuszony do tego by przestrzegać manier. A nawet jeżeli pominąć ten fakt, to tam na dworze ktoś stał i moknął, więc należało coś w związku z tym zrobić. Z tymi myślami Lando uniósł się z miejsca i utorowawszy sobie drogę przeszedł pod tamtą stronę sali. Wtedy jednak poczuł gdzieś w środku głęboką ochotę by zignorować i maniery i zdrowy rozsądek. Coś podświadomie mówiło mu że to okropny pomysł. Problem polegał jednak na tym, że teraz wszystkie oczy w gospodzie patrzyły wprost na niego, czekając na jego decyzję. Nie mógłby tak po prostu teraz odejść bez narażania swojej reputacji. Pytanie było jednak, co zaryzykowałby otwierając drzwi? Rozsądek mówił, że nic złego się nie stanie, jednak jego szósty zmysł szalał wręcz, gdy próbował sięgnąć dłonią do zasuwy. Coś było ewidentnie nie w porządku.
Lando przesunął się do jedynego, niedużego okna na froncie budynku, po czym przycisnął twarz do szyby. Patrzył przez chwilę w ciemność, lecz jedynym co zdołał zobaczyć była niemalże w pełni okryta cieniem postać, której kontur ledwie wystawał z granicy widoczności, choć nie było wątpliwości że przybysz wciąż stał centralnie pod drzwiami. Wtem uderzyła błyskawica i na krótką chwilę sylwetkę rozjaśniło trupioblade światło. Była to bez wątpienia kobieta. Na sobie miała suknię, czarną niczym noc, a jej mokre, czarne włosy kleiły jej się do szyi. Jej cera wyglądała na białą niczym śnieg, choć może to tylko gra świateł spowodowała taki jej kolor? W każdym razie przez ten krótki moment widać było jej piękne, niemal nienaganne rysy. Dziewczyna trzymała w dłoni coś drewnianego. Dopiero chwilę po tym, kiedy znów niemal nie było jej widać, dotarło do niego co to jest. To były skrzypce.
- To ona... – wyszeptał sam do siebie, nie dowierzając temu co widział. Nie potrafił uwierzyć, że osoba, której makabryczne losy opowiadał im poeta ledwie niecały kwadrans temu, stała teraz przed drzwiami tej gospody. Nie miał pojęcia jak na to zareagować. Jego twarz wyraźnie zbladła, a w jego oczach widać było strach.
- Jaką ona? – zapytał ktoś głośno, lecz nikomu nie trzeba było odpowiedzi. Wszyscy zaraz nagle przypomnieli sobie historię Balistinu. Żaden z nich nie chciał, aby ich wieś była tą następną po tamtej, zapamiętanej jedynie przez legendy. Wszystkim podobała się wieś taka jaka była – żywa. Ktoś z tyłu zaczął systematycznie szeptać w kółko te same frazy, najwyraźniej w modlitwie. Zaraz dołączyło doń jeszcze parę innych osób, które razem zebrały się w kącie. Cała reszta wydawała się być zbyt przerażona, by powiedzieć cokolwiek.
- Wpuśćcie mnie proszę... tu jest zimno i mokro... – rozległ się przytłumiony głos zza drzwi. Na ten dźwięk Lando niemal podskoczył. Jej głos był taki... taki znajomy. Ale przysiągłby że nigdy w życiu nie spotkał jeszcze maie ani razu. Nie wiedział co to może oznaczać. I szczerze powiedziawszy, bał się.
- Odejdź stąd! Nie chcemy cię tutaj! – powiedział ktoś, drżącym i niezbyt pewnym głosem. Ledwie chwilę później Lando zorientował się że to był jego własny głos.
- Nari jest chora i musi się rozgrzać! Wpuśćcie chociaż ją do środka! – rozległo się zza drzwi.
- Powiedziałem już raz i zdania nie zmienię. Żadna z was tutaj nie wejdzie! – powiedział szlachcic, tym razem jego głos był już twardszy. Nie miał pojęcia kim jest owa Nari i nie wyglądało na to że chciałaby ją poznać. Widać było po nim że zamierzał trzymać się swojego zdania. Gdyby nie to, sprawy pewnie potoczyłyby się inaczej. Gdyby Lando wiedział co robi, pewnie też postąpiłby inaczej.
- Wpuśćcie nas! – krzyknęła osoba za drzwiami, dało się wyczuć że tym razem była już poważnie rozgniewana. Nawet jednak kiedy Lando to usłyszał, to zamierzał się trzymać swoich postanowień.
- Ostatni raz ci mówię, nie! Nie wpuścimy tu nikogo! – krzyknął Lando, tym razem już rozgniewany. Strach jakby trochę się ulotnił i został zastąpiony gniewem. Nawet ludzie wewnątrz jakoś to odczuli i znaczną większość, której słowa osoby z zewnątrz nie przekonały, zaczęła potwierdzać, choć raczej ciszej niż sam szlachcic.
Przez chwilę nie działo się nic i na zewnątrz, nie licząc szalejącej burzy, zapadła cisza. Wewnątrz też na chwilę ciżba przycichła, lecz powoli zaczynała wykwitać pozytywną atmosfera. Szmery i przyciszone rozmowy zaczynały już mówić o tym, jak udało im się przetrwać nadchodzące zagrożenie. Niektórzy nawet, którzy nie widzieli kto stał na zewnątrz, zaczęli żartować sobie że przegonili matkę Edwina z powrotem do chałupy. Teraz dopiero poprzedni żart zdołał się przyjąć.
Wtem z dworu napłynęła muzyka. Z początku niezbyt głośna, lecz po chwili dźwięk smyczka przeciągane go po strunach skrzypiec wypełnił całe pomieszczenie, zagłuszając nie tylko rozmowy w środku, ale i nawet burzę na zewnątrz, pomimo że wcale nie wydawał się aż tak głośny. Dźwięki jednak niewątpliwie brzmiały naprawdę niezwykle. Melodia była szybka, groźna, przepełniona pięknem i gniewem zarazem. Gdyby nie sytuacja, w jakiej się znaleźli, wszyscy pewnie bez wyjątku chwaliliby muzyka, który zdołał zagrać coś tak mistrzowsko wykonanego. Teraz jednak w serca wszystkich ponownie wstąpił strach.
Nagle przednia ściana budynku zaczęła pękać w oczach. Złamania i pęknięcia pokryły gęstą siatką calutką ścianę, nie pozostawiając żadnej wolnej przestrzeni. Nawet drzwi i zawiasy nie zostały od tego oszczędzone. Minęła chwila, a okazało się że wszystkie te wyłomy tak naprawdę były na wylot i przez nowo powstałą siatkę dziur dało się patrzeć na zewnątrz. Bogowie jedni wiedzą, dlaczego cała ta konstrukcja jeszcze się nie zawaliła.
Rozbite na fragmenty drzwi zostały pchnięte od zewnątrz, a zasuwa nie stawiała temu żadnego oporu, jako iż została przełamana na pół. Na progu stanęła dziewczyna ze skrzypcami w dłoniach. Jej czarna suknia i włosy szarpane były przez wiatr. Była równie piękna i straszna jak sama noc. Potem weszła do środka.
Muzyka przepełniona gniewem rozbrzmiała ponownie.

Dane gracza: Arrisa

Nazwa użytkownika:
Arrisa
Ranga:
Zbłąkana Dusza
Inne Postacie:
Skierra, Ferren, Nanwe, Squamea, Sargybinis, Morengvarg,
Martwe postacie:
Calvemir, Ringlid
Status:
OFFLINE
 
 
PW:
Wyślij prywatną wiadomość
Grupy:
Dołączył(a):
Śr lut 14, 2018 11:50 pm
Ostatnia wizyta:
So cze 02, 2018 6:58 pm
Liczba postów:
2 | Znajdź posty użytkownika
(0.00% wszystkich postów / 0.01 posty dziennie)
Ostatni post:
Prośby o napisanie aury
Śr maja 30, 2018 7:51 pm
Najaktywniejszy w dziale:
Księga Boskich Praw
(Posty: 2 / 100.00% postów użytkownika)
Najaktywniejszy w wątku:
Prośby o sprawdzenie KP
(Posty: 1 / 50.00% postów użytkownika)
cron